Długi kosmos - Stephen Baxter, Terry Pratchett - ebook

Długi kosmos ebook

Stephen Baxter, Terry Pratchett

4,5

Opis

Lata 2070–2071. Minęło prawie sześćdziesiąt lat od Dnia Przekroczenia, a na Długiej Ziemi rozwija się nowa, postludzka spoleczność Następnych.

Dla Joshuy Valienté, dobiegającego siedemdziesiątki, nadszedł czas, by wyruszyć na jeszcze jedną, ostatnią samotną wyprawę do Wysokich Meggerów: po przygodę, która zmienia się w katastrofę. Kiedy staje wobec bezpośredniej groźby śmierci, jedyną nadzieją ocalenia staje się stado trolli. Kiedy jednak Joshua musi się zmierzyć z własną śmiertelnością, Długa Ziemia odbiera sygnał z gwiazd – sygnał odebrany przez radioastronomów, a także – w sposób bardziej abstrakcyjny – przez trolle i przez wielkie trawersery. Wiadomość jest prosta, ale o porażających implikacjach:

DOŁĄCZCIE DO NAS.

Superinteligentni Następni odkrywają, że przekaz zawiera też instrukcje budowy ogromnej sztucznej inteligencji., By ją jednak skonstruować, muszą szukać pomocy w uprzemysłowionych światach ludzi. Część po części, bajt po bajcie, montują komputer rozmiarów kontynentu – urządzenie, które zmieni miejsce Długiej Ziemi w kosmosie i ujawni ostateczny, afirmujący życie cel tych, którzy wysłali wiadomość. Jej sens do wszystkich i odczują je wszyscy – ludzie i inne gatunki, młode i stare, społeczności i pojedyncze osoby – którzy zamieszkują Długą Ziemię.

Oda do radości nieskrępowanego tworzenia światów… pomysłowość nieznająca spoczynku…
„Guardian”

Pomysłowe, zachwycające SF w najlepszej formie… Porywająca opowieść mistrzów.
„Independent on Sunday”

Oto przybywają znowu, Terry Pratchett i Stephen Baxter, skacząc wzdłuż kwantowego łańcucha planet niczym oszołomieni chłopcy – to wielka radość spotkać ich raz jeszcze… Porywający i nieodmiennie wciągający.
„SFX”

Wspaniale napisane… Inteligentnie, dowcipnie i porywająco.
„Daily Mail”

Znakomita wspólna science fiction… Do polecenia każdemu, kto kocha być zaskakiwanym.
IO9.com

Ze swą zawsze obecną fantazją [Pratchett] znakomicie współpracuje z Baxterem, dodając nieco tak potrzebnej radości do świata science fiction.
„Sunday Times”

Cudownie wizualna, inteligentnie wyobrażona… przypomina nam, jak czarujący i głęboki jest ten cykl.
forwinternights.com

Terry Pratchett był uznanym pisarzem, twórcą bestsellerowego cyklu książek o świecie Dysku, z których pierwsza – „Kolor magii” – ukazała się w roku 1983. Czterdziesta pierwsza i ostatnia powieść o Dysku, „Pasterska korona”, została wydana w roku 2015. Książki były często adaptowane jako sztuki teatralne i filmy. Terry Pratchett był laureatem wielu nagród, między innymi Carnegie Medal; otrzymał też tytuł szlachecki za zasługi dla literatury. Zmarł w roku 2015.

Stephen Baxter to jeden z najpopularniejszych brytyjskich twórców science fiction i laureat licznych nagród. Wśród jego książek warto wspomnieć o cyklu „Xelee”, powieściach „Odysei czasu” (pisanych wspólnie z Arthurem C. Clarkiem), o „Statkach czasu” – kontynuacji „Wehikułu czasu” H.G. Wellsa, opowieści o Doktorze Who „The Wheel of Ice”, oraz, ostatnio, epickich historiach z bardzo dalekiej przyszłości „Proxima” i „Ultima”. Mieszka w Northumberland.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 462

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (11 ocen)
6
4
1
0
0

Popularność




Tytuł oryginału

THE LONG COSMOS

Copyright © Terry and Lyn Pratchett

and Stephen Baxter, 2016.

First published as The Long Cosmos

by Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt okładki

Piotr Cieśliński/Dark Crayon

Ilustracje na okładce

© Composer, paylessimages, dreamypixel,

Ivan Grlic/Fotolia.com

Ilustracja kapsuły

© Richard Shailer

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja i korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-257-5

Jacksowi Thomasowi i Malcolmowi Edwardsowi,

za ich wystawne przyjęcia,

na jednym z których odrodziła się

opowieść o Długiej Ziemi.

T.P.

Popieram. I Sandrze, jak zawsze.

S.B.

PRZEDMOWA

Projekt Długiej Ziemi narodził się podczas rozmowy na przyjęciu na początku 2010 roku, kiedy Terry Pratchett wspomniał mi o pewnym pomyśle z dziedziny science fiction, który dawno temu odłożył na bok. Zanim impreza dobiegła końca, postanowiliśmy rozwinąć tę fabułę wspólnie. Początkowo planowaliśmy dwie książki, ale w grudniu 2011, kiedy skończyliśmy pierwszy szkic tomu 1 (Długa Ziemia), ta pierwsza książka zdążyła się podzielić na dwie, nie mogliśmy się powstrzymać przed badaniem Długiego Marsa w tomie 3, i planowaliśmy, jak uzyskać wielką kosmiczną kulminację całej serii... W rezultacie w tym momencie mogliśmy już zaprezentować naszym heroicznie cierpliwym wydawcom plany całego pięcio­tomowego cyklu.

Książki ukazywały się w tempie jednej na rok, ale pisaliśmy szybciej. Czas nie pracował dla nas, a Terry miał też inne projekty, które chciał zrealizować. Dwa pierwsze tomy ukazały się w latach 2012 i 2013. Jednak już w sierpniu 2013 przekazaliśmy wydawcom konspekty końcowych trzech tomów cyklu, w tym również niniejszej książki. Potem pisaliśmy dalej. Ostatni raz spotkałem się z Terrym jesienią 2014 roku, kiedy pracowaliśmy – między innymi – nad fragmentem o „wielkich drzewach” w Długim Kosmosie (rozdział 39 i późniejsze). Moim obowiązkiem było przeprowadzenie książki przez etap redakcji i publikacji.

S.B.

ROZDZIAŁ 1

DOŁĄCZCIE DO NAS

W drodze „dół” zawsze oznaczał Ziemię Podstawową. W dół, do zatłoczonych światów. W dół, do milionów ludzi.

„Góra” była kierunkiem światów ciszy i czystego powietrza Wysokich Meggerów.

Pięć kroków na zachód od Podstawowego Madison w Podstawowym Wisconsin, na małym wydzielonym cmentarzu przy domu dziecka, Joshua Valienté stał nad nagrobkiem swojej żony. Na dole, niemal tak daleko, jak było dla niego możliwe zejście w dół. W tym marcowym dniu panował dotkliwy chłód.

Helen Green Valienté Doak.

– O co tu chodzi, skarbie? – zapytał cicho. – Jak do tego doszliśmy?

Nie przynosił kwiatów. Nie musiał – dzieci dobrze opiekowały się małym cmentarzem, zapewne pod delikatnym nadzorem siostry John, starej przyjaciółki Joshuy, która teraz kierowała Domem. Prawdę mówiąc, ten nagrobek był jej pomysłem – miał stanowić pocieszenie dla Joshuy, kiedy się zjawiał. Helen uparła się, żeby pochowano ją na Podstawowej – świecie o wiele trudniej dostępnym.

Na kamieniu wyryto datę śmierci Helen, w 2067 roku. Trzy lata później Joshua miał wrażenie, że nadal usiłuje jakoś się pogodzić z brutalną rzeczywistością.

Był człowiekiem, który szukał samotności zawsze, a w każdym razie w długich okresach swego życia. Ten pęd był też przyczyną jego przeżyć z Dnia Przekroczenia. Już ponad pół wieku minęło od dnia, kiedy nieodpowiedzialny geniusz, niejaki Willis Linsay, opublikował specyfikację prostego w budowie aparatu, nazwanego w sieci „krokerem”. Kto go zrobił, przypiął do paska i nacisnął przełącznik u góry, ten „przekraczał”, opuszczając dawny świat, obecnie określany przez wszystkich Ziemią Podstawową. Trafiał do innego: milczącego i porośniętego puszczą, jeśli przekraczał z takiego miejsca jak Madison, Wisconsin, jak trzynastoletni Joshua. Mógł wtedy przesunąć przełącznik w drugą stronę i wrócić do punktu startowego albo też – jeśli był dostatecznie odważny, jak młody Joshua – wykonywać kolejne kroki, do następnego świata, i jeszcze następnego… Nagle otworzyła się Długa Ziemia, łańcuch światów równoległych, podobnych, ale nie identycznych. I – poza Ziemią Podstawową – wolnych od ludzi.

Dla takiego odludka jak Joshua Valienté było to idealną kryjówką. Ale dokądkolwiek uciekał, zawsze musiał w końcu wrócić. Teraz miał sześćdziesiąt siedem lat, jego żona umarła, a Sally Linsay zginęła dawno temu – dwie kobiety, dwa przeciwieństwa, które definiowały jego życie. Nawet jedyny syn praktycznie się nie kontaktował. Wydawało się, że Joshuę czeka już tylko samotność.

Poczuł nagły, ostry ból głowy, jakby prąd poraził go w skronie.

I stojąc tam, miał wrażenie, że coś usłyszał. Może poddźwiękowy łoskot głębokiego wstrząsu, falę dźwiękową tak potężną, tak gęstą energetycznie, że raczej wyczuwalną niż słyszalną.

Starał się skupić na tu i teraz – tym miejscu, nazwisku żony na nagrobku, prostokątnych budynkach tej Niskiej Ziemi – głównie drewniane ściany i panele słoneczne. Ale daleki dźwięk nie dawał mu spokoju.

Czyjeś wołanie odbijało się w Wysokich Meggerach jak echo.

DOŁĄCZCIE DO NAS

I o wiele dalej od Podstawowej, na pustym, rozgwieżdżonym niebie, gdzie powinna być Ziemia:

– To niemożliwe – uznała Stella Welch, wpatrując się w tablet.

Dev Bilaniuk westchnął.

– Wiem…

Stella miała już ponad sześćdziesiąt lat, o trzydzieści więcej od niego. Co więcej, była Następną: tak inteligentną, że kiedy naprawdę ruszała wzdłuż jakiejś linii spekulacji czy analizy, Dev – też przecież niegłupi, z doktoratem z uniwersytetu w Valhalli – ledwie dostrzegał na horyzoncie wzniesiony przez nią kurz. Owszem, w tej chwili nie wyglądała zbyt mądrze, zwłaszcza z perspektywy Deva: wisiała głową w dół w ogromnej komorze wewnątrz Ceglanego Księżyca, z chmurą sterczących na wszystkie strony nieważkich włosów. I wydawała się tak samo jak Dev zdumiona „Zaproszeniem”, przechwyconym przez radioteleskop CYKLOP.

– Przede wszystkim – stwierdziła – nie skończyliśmy jeszcze CYKLOPA.

– Jasne. Ale testy submacierzy jak dotąd były udane. I właś­nie przełączaliśmy się między rozmaitymi próbnymi celami, kiedy to... ten komunikat SETI… pojawił się w źródle danych, przeładował i…

– Poza tym mieliśmy raporty, że inne teleskopy, głównie na Niskich Ziemiach i na Podstawowej, też to wyłapały. Znaczy, na innych wykrocznych światach. To nie jest jakiś nadajnik strzelający przekazem radiowym na tym konkretnym niebie. To fenomen obejmujący całą Długą Ziemię. Jak to możliwe?

– Jakieś dziwne raporty pojawiały się też w outernecie. Niezwykłe zjawiska na Długiej Ziemi. Nic związanego z radioastronomią. Nietypowe elementy w długim wołaniu trolli…

Zdawało się, że nie zwraca na to uwagi.

– No i deszyfracja. – Raz jeszcze spojrzała na ekran tabletu, na którym widniały trzy krótkie słowa, w zwykłym angielskim: DOŁĄCZCIE DO NAS.

– Wydaje się, że pod podstawowym przekazem ukryto całą masę informacji – powiedział Dev. – Możliwe, że będzie trzeba pełnej macierzy CYKLOPA, żeby to ściągnąć.

– Chodzi o to – ciągnęła ze znużeniem – że odebrany przekaz dotarł tu z wkodowanym własnym algorytmem deszyfrującym, jakby to był jakiś wirus komputerowy. Algorytmem potrafiącym przełożyć własną treść na angielski…

– I na inne języki – dodał Dev. – To znaczy ludzkie języki. Sprawdziliśmy. Zrzuciliśmy całość na tablet będący własnością Chińczyka z naszej ekipy…

Dostał za to naganę. Ale napięte stosunki między Chinami i krajami zachodnimi na Ziemi Podstawowej tutaj – dwa miliony światów dalej – nie miały większego znaczenia.

– Jak? – mruknęła zirytowana Stella. – Do diabła, w jaki sposób do nas mówią? Prawdopodobnie bez żadnej uprzedniej wiedzy o ludzkości i naszych językach? Podejrzewamy, że komunikat został wysłany przez jakąś bardzo daleką cywilizację, od strony Strzelca. Może o lata świetlne od nas, może nawet z okolic jądra galaktyki. Nasze wycieki radiowe nie mogły jeszcze tam sięgnąć, nawet z Podstawowej.

Bombardowany zdaniami Dev stracił cierpliwość.

– Pani profesor, pani doświadczenia w tej dziedzinie są o dziesięciolecia dłuższe od moich. Pisała pani teksty, z których się uczyłem. W dodatku należy pani do Następnych. Dlaczego to mnie pani pyta?

Spojrzała mu w oczy i poza niecierpliwą irytacją dostrzegła błysk humoru.

– Mimo to powiedz, co o tym sądzisz. Jakieś pomysły?

Wzruszył ramionami.

– Wydaje mi się, pani profesor, że w przeciwieństwie do pani jestem przyzwyczajony do życia w jednym świecie z istotami mądrzejszymi ode mnie. Ci… Sagittarianie… są jeszcze mądrzejsi. Mądrzejsi od pani. Chcieli coś nam powiedzieć i wiedzieli, jak to zrobić. Najważniejsze teraz, jak pani wie, to wymyślić, co robić dalej.

Uśmiechnęła się.

– Oboje znamy odpowiedź na to pytanie.

On także się uśmiechnął.

– Potrzebujemy większego teleskopu.

DOŁĄCZCIE DO NAS

I jeszcze dalej od Ziemi Podstawowej:

Pewnego dnia Joshua Valienté miał tego podstarzałego trolla nazwać „Sancho”. Ale on już miał imię, w pewnym sensie, w swojej gromadzie trolli – choć nie takie, które jakakolwiek ludzka istota potrafiłaby rozpoznać czy wymówić. Było to raczej złożone podsumowanie jego tożsamości, motyw w nieskończonej pieśni trolli.

I teraz, karmiąc się pożywnym mięsem bizona, w zapadającym powoli wczesnowiosennym zmierzchu, Sancho zaniepokoił się. Upuścił swój kawał żebra, wyprostował się i zbadał wzrokiem horyzont. Inne warknęły, na moment oderwane od jedzenia, ale zaraz wróciły do posiłku. Sancho jednak wciąż stał nieruchomo, nasłuchiwał i patrzył.

Trolle miały za sobą udany dzień tutaj, w sercu innej Ameryki Północnej. Od długiego czasu tropiły stado zwierząt, które były jak bizony, ale nie całkiem. Trolle miały na oku – grupowym, stadnym oku – pewnego konkretnego samca, który utykał ciężko i wlókł się z tyłu za całą grupą. Trolle posuwały się w stronę zachodzącego słońca, niewidoczne, podążające równolegle do truchtu bizona przez oddalone o kilka kroków światy. Ich zwiadowcy pojawiali się na moment, by sprawdzić stan ofiary, a potem natychmiast wracali, aby tańcem, gestami i pohukiwaniem przekazać meldunki.

I w końcu stary bizon się potknął.

Dla samego zwierzęcia było to zakończenie długiej historii życia. Tylna noga nigdy się porządnie nie zrosła po złamaniu z przemieszczeniem, którego doznał jako zaledwie cielę. I teraz w końcu go zdradziła.

Leżącego i dyszącego w upale samca natychmiast otoczyli łowcy: wielkie i ociężałe humanoidy o futrach czarnych jak noc, z kamiennymi nożami i zaostrzonymi kijami w masywnych dłoniach. Zaatakowały, kłując i tnąc, celując w ścięgna, starając się przecinać żyły, próbując przebić serce. Trolle dysponowały pewną wysublimowaną inteligencją, ale nie jako wytwórcy narzędzi. Używały rozłupanych kamieni i kijów, ale nie potrafiły atakować ofiar z dystansu – nie miały łuków ani nawet oszczepów. W rezultacie polowanie było bezpośrednie i bliskie, wspaniale fizyczne – wielkie muskularne ciała rzucane na ofiarę, dopóki nie padała w efekcie zwykłej aplikacji siły. Bizon był stary i dumny: z rykiem spróbował stanąć do walki, ale znów upadł, pokonany kolejnymi atakami łowców.

To właśnie Sancho zadał bizonowi ostateczny cios, jednym uderzeniem ciężkiego kamienia roztrzaskując mu czaszkę.

Trolle zebrały się nad powalonym zwierzęciem i zaśpiewały swoją pieśń zwycięstwa: o radości z bliskiego posiłku, o szacunku dla ofiarowanego przez bizona daru życia. A potem zajęły się dzieleniem mięsa.

Niebawem zaczęła się uczta: najpierw wątroba, nerki, serce. Już wkrótce wieści o udanym polowaniu będą rezonować w długim wołaniu trolli, powtarzanym przez ich stada na tysiącach światów – i na zawsze utkwią w pamięci pewnych starszych osobników, takich jak Sancho.

Teraz jednak, gdy ten udany dzień dobiegał końca, coś odwróciło uwagę Sancha od zdobyczy. Coś usłyszał. Albo… nie usłyszał.

Co to było? Jego umysł różnił się od ludzkiego, ale był przestronny i pełen zakurzonych wspomnień. Nie znał ludzkich słów – ale gdyby je znał, mógłby to, co usłyszał albo co wyczuł, nazwać „Zaproszeniem”.

Sancho spojrzał na swoją grupę: samce, samice i młode, z satysfakcją pożerające mięso. Spędził z nimi długie lata, widział, jak rodzą się dzieci, jak starzy padają i umierają. Znał ich tak dobrze, jak samego siebie. Byli całym jego światem. Teraz jednak zobaczył ich takimi, jakimi byli naprawdę: garstka zwierząt zagubionych w pustym, nagim krajobrazie. Skulonych i bezradnych w ciemności.

A zza horyzontu coś się zbliżało.

DOŁĄCZCIE DO NAS

W świecie oddalonym o kilka kroków od Podstawowej, w nowej, kamiennej kaplicy w cieniu historycznej angielskiej parafii pod wezwaniem św. Jana nad Wodami:

Nelson Azikiwe miał już siedemdziesiąt osiem lat i oficjalnie przeszedł na emeryturę. Prawdę mówiąc, przybył tutaj, ponieważ jego dawna parafia na Podstawowej – teraz skuta lodem na świecie wciąż przeżywającym długą zimę wulkaniczną – była miejscem, gdzie w swym długim i pełnym wędrówek życiu czuł się najbardziej w domu. Gdzie jeszcze mógł spędzić lata emerytury?

Ale dla kogoś takiego jak Nelson stan spoczynku był jedynie etykietą. Nadal z całych sił trudził się nad rozmaitymi projektami, tyle że teraz miał prawo nazywać to rozrywką, nie pracą.

Oczywiście, bardzo pomogła mu rozwijająca się infrastruktura techniczna tej Niskiej Ziemi, która umożliwiała komunikację, niezbędną do utrzymania kontaktów z szerokim światem, a raczej światami, bez konieczności opuszczania wygodnego saloniku. Mógł codziennie porozumiewać się z Quizmasters, sieciową grupą podstarzałych, paranoicznych i obsesyjnych osobników – o ile wiedział, żadnego z nich nie spotkał nigdy osobiście – rozproszonych obecnie po Niskich Ziemiach i dalej. Mimo to przez dziesięciolecia zdołali utrzymać regularne kontakty, w ostateczności wymieniając się kość­mi pamięci. Dziwił fakt, że do dzisiaj, ponad pół wieku od dnia przekroczenia, nikt jeszcze nie wymyślił sposobu przekazywania wiadomości do wykrocznych światów – sposobu innego niż fizyczne jej przeniesienie.

W tej chwili uwagę Quizmasters zajęło zjawisko określane jako „Zaproszenie”. Wieści o tym, że radioteleskop w Szczelinie odebrał sygnał pochodzący zapewne od obcej cywilizacji, przez pewien czas były sensacją w mediach Niskich Ziemi – choć zaściankowych i obsesyjnie zajętych lokalną polityką i celebrytami. Nastąpił grad raportów, burza spekulacji o galaktycznej przyszłości człowieka albo niedalekiej zgubie z kosmosu, a potem wszyscy o temacie zapomnieli. Ale nie Quizmasters. Niektórzy z nich uważali, że wiadomość jest tym, na co w oczywisty sposób wygląda: obcym sygnałem z nieba, spełnieniem wieloletnich marzeń programu SETI – Search for Extraterrestrial Intelligence, przekazem szepczącym do radioteleskopów na każdym wykrocznym świecie, gdzie tylko je zbudowano. Inni sądzili, że tak nie jest – właśnie dlatego, że to najbardziej oczywiste wyjaśnienie. Może chodzi o jakiś tajny wojskowy eksperyment, jakąś korporacyjną wirusową infiltrację albo pierwsze posunięcia od dawna przepowiadanej chińskiej inwazji na bezsilną post-Yellowstone’ową Amerykę.

I właśnie kiedy Nelson przesiewał codzienne wiadomości na ten gorący temat, otrzymał bardziej osobiste zaproszenie.

Ekrany na wszystkich jego tabletach i innych urządzeniach nagle poczerniały. Nelson usiadł wygodnie w fotelu, podejrzewając wyłączenia prądu – całkiem częste w świecie, którego produkcja elektryczności opierała się na ostrożnym spalaniu drewna. Ale po chwili jeden ekran po drugim rozjaśniły się, ukazując tę samą znajomą twarz: męską, spokojną, pod ogoloną czaszką.

Nelsona przeszył dreszcz wyczekiwania.

– Witaj, Lobsangu. Myślałem, że znowu odszedłeś.

Twarz uśmiechnęła się, a rozmaite urządzenia w pokoju rozbrzmiały głosem niczym uderzenie w gong w buddyjskiej świątyni.

– Dzień dobry, Nelsonie. Rzeczywiście, odszedłem. Traktuj moją obecność tutaj jako rodzaj poczty głosowej…

Nelson zastanowił się, z jak dużą częścią Lobsanga rozmawia. Miał wrażenie, że w stanie pełnej funkcjonalności Lobsang kieruje niemal całą Ziemią Podstawową, więc język mówiony musiał być dla niego metodą komunikacji równie wydajną, co – na przykład – jodłowanie alfabetem Morse’a. Ten awatar był pewnie zaledwie trochę bardziej złożonym generatorem mowy. A jednak, uświadomił sobie Nelson, Lobsang pamiętał o tym, by ta „poczta głosowa” uśmiechnęła się do starego przyjaciela.

– Mam wiadomość dla ciebie – powiedział Lobsang.

Ekran tabletu przed Nelsonem mrugnął znowu; twarz Lobsanga zniknęła, zastąpiona fotografią dziecka, opalonego chłopca w wieku dziesięciu, może jedenastu lat.

– To ktoś, kogo sam niedawno odkryłem. Odezwała się zdalna sonda, trochę spóźniona…

– Kto to jest?

– To twój wnuk, Nelsonie.

DOŁĄCZCIE DO NAS

O wiele dalej od Podstawowej, ponad dwieście milionów kroków dalej:

USS „Charles M. Duke” nie był okrętem admirał Maggie Kauff­man. W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat była już za stara na dowodzenie operacją, a nawet oficjalnie przeszła w stan spoczynku. Nie przeszkadzało jej to naprzykrzać się dawnym dowódcom i nominalnym następcom w szeregach tego, co pozostało z dawnej marynarki wojennej USA. Ale ta ostatnia misja w głąb Długiej Ziemi była jej pomysłem, jej inspiracją – do diabła, była efektem jej osobistej dwudziestopięcioletniej kampanii, by rozwiązać i domknąć niedokończoną sprawę.

I kiedy kapitan Jane Sheridan powiedziała jej o wiadomości odebranej z Hawajów Podstawowych, Maggie zrozumiała, że sprawa będzie musiała poczekać jeszcze trochę.

Nie ustąpiła jednak bez walki.

– Jesteśmy już tak blisko! Pokonaliśmy dwieście milionów światów z drobnymi.

– I jeszcze pięćdziesiąt tysięcy zostało do pokonania, najtrudniejszy odcinek…

– Bzdura. Tę łajbę mogłabym przeprowadzić przez „najtrudniejszy odcinek” choćby we śnie.

– Obawiam się, madam, że rozkazy są całkiem jednoznaczne. Mamy zawrócić. Niecodziennie wysyłają szybkie łodzie kurierskie z takimi poleceniami. A poza tym ta wiadomość jest do pani, madam. Admirał Cutler zwłaszcza panią prosi o powrót.

– Ed Cutler nie potrafiłby dowodzić nawet cieknącą balią.

– Nie mogę się wypowiadać w tej kwestii, madam.

– Jestem na emeryturze!

– Oczywiście, że tak, pani admirał.

– I nie muszę słuchać rozkazów tego starego biurkownika.

– Ale ja muszę, madam – przypomniała spokojnie Sheridan.

Maggie westchnęła i przez solidne iluminatory na pokładzie obserwacyjnym spojrzała na wulkaniczny pejzaż ostatniej wykrocznej Ziemi. Kuter pościgowy wisiał na niebie obok „Duke’a”.

– Ale dotarliśmy już tak daleko… – westchnęła smutnie. – I minęło tyle czasu…

Dwadzieścia pięć lat, odkąd zostawiła zespół naukowy na Zachodniej 247 830 855 – na bardzo dziwnej Ziemi, będącej zaledwie księżycem większej planety. Ponad dwadzieścia lat, odkąd misja wsparcia odkryła, że zniknęli.

– To moi ludzie, Jane.

– Wiem, madam. – Sheridan dobiegała trzydziestki, ale była sprawna i wydawała się o wiele starsza. – Ale ja widzę to tak. Po dwudziestu pięciu latach oni albo nie żyją, albo znaleźli sposób, by przetrwać. Tak czy tak, poczekają jeszcze trochę.

– Niech to szlag… Nie tylko jesteś wręcz śmiesznie młoda, ale też wręcz śmiesznie rozsądna. Owszem, masz rację. I niech szlag trafi Cutlera. O co w tym chodzi? Jakie zaproszenie?

– Wiem tyle, co i pani, pani admirał.

Dyskutowały jeszcze, kiedy „Duke” ruszył w długą drogę do domu, i wróciło wywołane regularnym przekraczaniem delikatne wrażenie kołysania. Za oknami przefruwały całe światy, jeden na sekundę, potem dwa, potem cztery, upał i chłód, krajobrazy, formy życia i systemy klimatyczne… Pojawiały się i znikały w mgnieniu oka. Ale nikt nawet nie patrzył na te rutynowe cuda.

DOŁĄCZCIE DO NAS

I gdzie indziej:

W ten chłodny marcowy dzień wygolony na zero nowicjusz siedział ze skrzyżowanymi nogami przy niskim stoliku i w skupieniu pracował nad tekstem, pochodzącym z ósmego wieku naszej ery. I nagle jego uwagę odwrócił daleki dźwięk. Ciche wołanie.

Nie rozmowy i śmiechy wieśniaków, niosące się w czystym powietrzu Himalajów: starych mężczyzn z fajkami, kobiet nad praniem, małych dzieci bawiących się drewnianymi, ręcznie robionymi zabawkami. Ani brzęk krowich dzwonków z przełęczy. Ten dźwięk był niczym głos – pomyślał chłopiec – odbijający się echem od zimnych, białych, okrytych lodem zboczy gór, wyrastających nad tą doliną, głęboko w dawnym Tybecie.

Głos brzęczący mu w głowie. Słowa cicho wymawiane:

…Ludzkość musi się rozwijać. Taka jest logika naszego skończonego kosmosu: musimy wznieść się, by sprostać jego wyzwaniom, jeśli nie chcemy wraz z nim przeminąć. Pomyśl. Nazywamy siebie myślącymi, ale jaki byłby prawdziwy Homo sapiens? Co by zrobił? Z pewnością przede wszystkim chroniłby swój świat, albo światy. Spoglądałby w niebo, szukając innych form świadomego życia. I patrzyłby na wszechświat jako całość…

– Joshua? – zawołał chłopiec.

Mistrz uderzył otwartą dłonią o blat stolika, aż chłopiec podskoczył.

– Uważaj, Lobsangu!

DOŁĄCZCIE DO NAS

DOŁĄCZCIE DO NAS

Słowa spływały z nieba wzdłuż Długiej Ziemi, gdziekolwiek znalazły się uszy do słuchania, oczy do patrzenia i umysły do rozumienia.

Stojąc nad nagrobkiem swej żony, Joshua nie potrzebował żadnych zaproszeń.

– Zostawcie mnie w spokoju, do diabła!

I przekroczył gniewnie.

Powietrze wypełniło przestrzeń po nim i delikatny wietrzyk musnął płatki kwiatów na grobie.

Ale głos z niebios wciąż nie milkł.

DOŁĄCZCIE DO NAS

DOŁĄCZCIE DO NAS

DOŁĄCZCIE DO NAS

ROZDZIAŁ 2

Kiedy Bill Chambers zjawił się w biurze ostatniego kwietniowego poranka, zanim Joshua wyruszył na swoje kolejne wakacje, miał kłopot z otwarciem drzwi. A przecież były to drzwi jego własnego biura, jako że Bill pełnił obecnie urząd burmistrza Diabli Wiedzą Gdzie – co Joshua uświadomił sobie z pewnym rozgoryczeniem.

Joshua był akurat w małej prywatnej łazience. Kiedy usłyszał stłumione przekleństwa, stanął w drzwiach, nagi do pasa, z ręcznikiem na szyi i połową twarzy pokrytą pianką do golenia. Choć dzień wstał już dość dawno, rolety były zasunięte i w pokoju panował półmrok. Bill usiłował przedrzeć się przez gabinet, nie nadeptując na jakieś ważne elementy sprzętu, a to stanowiło spore wyzwanie. Nie tylko jego składana prycza wciąż stała zawalona pościelą, ale na podłodze, a nawet na biurku, leżała w rzędach i stosach reszta ekwipunku Joshuy.

– Matko święta, Josh, co żeż ty tu pakujesz? – Sztuczny irlandzki akcent Billa z każdym spotkaniem wydawał się silniejszy. – Diabli Wiedzą Gdzie to teraz wyrafinowane miasto, rozumiesz. Do końca tygodnia muszę przeliczyć kwartalne wyrównania podatkowe.

– Myślałem, Bill, że do takich rzeczy masz komputer.

Bill zrobił zbolałą minę. To znaczy bardziej zbolałą niż dotąd.

– Człowieku, takich spraw nie można zostawiać komputerom. Prawdziwa księgowość to ostatnia ucieczka twórczego umysłu.

– Ja też kiedyś siedziałem w tym fotelu, nie zapominaj. Zresztą będziesz miał mnie z głowy…

– Tak jak włosy. – Bill usiłował przebić się dalej w głąb pomieszczenia. Robił długie kroki i trochę się chwiał na niepewnie stawianych stopach. – Boże wielki, cuchnie tu jak w szatni trolli.

Zwinął roletę i pociągnął za sznur, by otworzyć zasuwane okno. Do środka wpłynęło chłodne powietrze, niosące zapach kurzu, siana i wiosennych kwiatów: powietrze świata chłodnego w porównaniu z innymi z tego pasa Długiej Ziemi – tak bardzo, że nawet w czerwcu zdarzał się szron. Odświeżający, w opinii Joshuy.

Dla niego była to teraz atmosfera domu – w każdym razie tutaj przechowywał najwięcej swoich rzeczy. Nie było to miasto, które założył czy pomagał budować, ale tutaj zamieszkał na długie dziesięciolecia ze swoją żoną Helen i synem Rodem. Kiedy tu przybył, jedynym stałym punktem w powstającej osadzie była kuźnia. Żelaza nie dało się przenosić między światami, więc kuźnia w pewien sposób łączyła społeczność z tą konkretną Ziemią, a w tamtych latach służyła też za miejsce spotkań i tygiel plotek. To nie przypadek, że później Joshua, Bill i inni wykorzystali jej lokalizację, by wznieść ten budynek: pierwszy ratusz w Diabli Wiedzą Gdzie. W dniu otwarcia zawiesili nad drzwiami żelazną podkowę. Dziwny zwyczaj, wykuwanie podków w świecie, gdzie nie ma jeszcze koni, ale ludzie chcieli, by przynosiły im szczęście.

Jednak małżeństwo Joshuy się rozpadło. Helen wyniosła się stąd i wróciła do rodzinnego miasteczka Restart w Pasie Uprawnym. A potem umarła. Teraz Joshua rzadko widywał Roda, swojego syna; miał się tu dzisiaj zjawić, ale… No, w każdym razie taki był plan.

Bill odsunął się od okna i w półmroku wpadł prosto na rząd suszących się na sznurze lekkich koszul i spodni Joshuy.

– Kurna… Zabawna historia, ale nie przypominam tu sobie żadnego sznura do suszenia prania. Do czego żeś go przyczepił? Aha, już widzę, do popiersia założycielki miasta na biblioteczce. ­Obwiązałeś jej szyję. Na pewno tego by sobie życzyła.

– Wybacz. Musiałem improwizować. Może chcesz kawy? Zaparzyłem dzbanek w kuchence na zapleczu.

– Chciałeś powiedzieć: czy mam ochotę napić się mojej najlepszej kawy, zanim wymaszeruje stąd w twoim pęcherzu? A co tam, nalej mi…

Joshua wytarł twarz ręcznikiem, po czym nalał kawy do najmniej brudnego kubka, jaki znalazł w małej szafce nad zlewem.

– Masz. Bez mleka, bez cukru.

– Nigdy. – Bill oczyścił róg biurka i usiadł. – Zdrowie.

Stuknęli się kubkami.

– Wiesz, Bill, był taki czas, kiedy poprosiłbyś o… jak to wtedy określałeś… kropelkę czegoś ciut wzmacniającego. Nawet o tej porze, całkiem rano.

– Miałem gusta dojrzałego mężczyzny…

– A zacząłeś jako czternastolatek, o ile sobie przypominam, kiedy tylko coś się trafiło. Nie zaprzeczaj.

– Wiesz, zmieniłem się od tamtych czasów. Tamtych dziesięcioleci. Mogę za to podziękować Morningtide.

– Masz szczęście, że jest przy tobie. Ona i dzieciaki.

– Moja wątroba zasadniczo zgadza się z tą opinią. Tak jak ty miałeś szczęście z Helen.

– To prawda.

Zapadła krępująca cisza.

– Za nieobecnych przyjaciół – powiedział wreszcie Billy i znowu stuknęli się kubkami. Bill ostrożnie zdjął z fotela za biurkiem kapelusz z szerokim rondem. – Wszystkie te stosy śmiecia… Naprawdę koniecznie tego potrzebujesz?

– Jasne.

– I wszystko ułożyłeś jak trzeba… – Rozejrzał się. – Ciepła odzież, jak widzę, czyli planujesz trasę na kilka miesięcy. Mapy uniwersalne…

Te mapy uwzględniały elementy, jakie na Długiej Ziemi pozostawały na ogół prawie niezmienne. Żadnych ludzkich czynników, takich jak miasteczka czy drogi, tylko łańcuchy górskie, rzeki, linie brzegowe, charakterystyczne punkty…

– Srebrna folia ratunkowa… zgadza się. Gdzie masz karimatę?

– Nie nadążasz, Bill. Spójrz na to. – W lewej dłoni Joshua podniósł pakiet wielkości piłki do baseballa. – Aerożel… Cały materac mieści się w ręku.

– W twoim przypadku to raczej cyberszpon Terminatora.

– Tak, tak.

– Buty. Terenowe sandały. Skarpety! Skarpet nigdy dosyć. Tabletki odkażające do wody. Żywność, suszone mięso i podobne… Żelazne racje, jak zgaduję?

– Będę się żywił tym, co złapię. Polowanie, sidła…

– Zawsze byłeś trochę ofermą w tej dziedzinie, ale możesz sobie pozwolić, żeby zrzucić parę kilo.

– Dzięki.

– Apteczka… jest. Sprawdzimy: tabletki na rozwolnienie, antyhistaminowe, przeczyszczające, dezynfektant, środki owadobójcze, witaminy… Co jeszcze? Groty strzał. Linka, żeby zrobić łuk. Sidła. Sieci. Lekka siekierka z brązu. Więcej noży niż w szufladzie u rzeźnika. Typowe gadżety elektroniczne: przekaźnik radiowy, tablet, lokalizator.

Lokalizator wykorzystywał nawigację satelitarną w światach dostatecznie rozwiniętych, by utrzymywać takie systemy. Jednak w pozostałych podawał przybliżoną pozycję na podstawie położenia słońca i księżyca, konstelacji gwiezdnych, długości dnia czy takich szczęśliwych zdarzeń jak zaćmienia. Cała ta technologia wykorzystywała trudne doświadczenia dziesiątków lat wędrówek po Długiej Ziemi.

– Co jeszcze? Krzesiwo. I zapałki, rozsądnie. Słoneczny piecyk…

Był to niewielki odwrócony parasol, z lustrzaną powierzchnią wewnętrzną. Można było umieścić go na stojaku, by odbijał światło słońca i gotował wodę.

– Worki do kolostomii. Klej do protez.

– Tak, tak…

– Tylko trochę żartuję, Matuzalemie. Kawa. Przyprawy. Pieprz! Towary na wymianę, naturalnie. Ach. I jeszcze broń. Para rewolwerów z brązu… na impuls elektromagnetyczny?

– Tak. – Joshua zważył w dłoni jeden z niewielkich rewolwerów. – Najnowsza konstrukcja. Ładuje się energią słoneczną, albo można dopompować ręcznie, ściskając kolbę.

Skierował lufę w dół, wystrzelił i wybił niewielki otwór w rogu biurka Billa.

– Hej, okaż odrobinę szacunku! To biurko to antyk.

– Nie, wcale nie. Sami je zrobiliśmy.

– No to teraz już nigdy nie będzie antykiem. I to wszystko chcesz zapakować do jednego plecaka, jak rozumiem? Masz trochę rewelacyjnego sprzętu, Josh, muszę przyznać.

– A mówią, że po Dniu Przekroczenia skończyły się innowacje.

– Szkoda tylko, że nie wymyślili jeszcze niełamliwego serca – stwierdził otwarcie Bill.

Joshua odwrócił głowę.

– Wybacz, chłopie. – Bill się zawstydził. – To było obciachowe, jak mokry sen myszy. Kiedyś nigdy bym czegoś takiego nie powiedział, prawda? Byliśmy kumplami, ty i ja. Uczucia to miały te porąbane zakonnice, nie my. No ale się zmieniłem. Ty też zresztą. Tyle że zmieniłeś się, no… z powrotem.

Te słowa poruszyły Joshuę. By to ukryć, zdjął ze sznura i wciąg­nął na siebie koszulę.

I nagle Bill, lat sześćdziesiąt osiem, z kubkiem kawy w ręku siedzący na własnym zagraconym biurku, w półmroku gabinetu, zaczął w oczach Joshuy wyglądać jak prawdziwy burmistrz. Dojrzały. Całkiem jakby stary i zwariowany Bill, fałszywy Irlandczyk, wydoroślał jakoś, kiedy Joshua akurat nie patrzył. Więcej nawet: wyprzedził samego Joshuę.

– Jak to zmieniłem się z powrotem?

Bill rozłożył ręce.

– No, na przykład kiedy wszystko się zaczynało z tymi zbuntowanymi typami w Valhalli, a wszystkie trolle na Długiej Ziemi gdzieś się nagle wyniosły, pamiętasz? Ten pieprzony Lobsang dał nam twaina i kazał lecieć szukać Sally Linsay.

– Jezu, Bill, to było trzydzieści lat temu!

– Jasne. Wtedy, o ile pamiętam, przespaliśmy się, wstaliśmy i w drogę, pogoniliśmy na koniec Długiej Ziemi. Nie przypominam sobie, żebyś się pakował. Albo liczył te pieprzone skarpety.

Joshua rozejrzał się po pokoju, mierząc wzrokiem swój ekwipunek rozłożony w równych rzędach i kupkach.

– Trzeba to zrobić porządnie, Bill. Trzeba się upewnić, że masz wszystko, co trzeba, że to działa jak należy. A potem trzeba to odpowiednio spakować…

– W tym właśnie cała rzecz. Tak nie mówi Joshua burmistrz Diabli Wiedzą Gdzie, Joshua ojciec, Joshua bohater połowy tej pieprzonej Długiej Ziemi. To Josh, chłopak, którego znałem w Domu, kiedy mieliśmy jedenaście, dwanaście czy trzynaście lat. Kiedy robiłeś swoje kryształkowe radio albo składałeś modele, tak jak teraz się pakujesz. Najpierw sobie wszystko układałeś, naprawiałeś uszkodzone elementy…

– Malowałem przed złożeniem…

– Co?

– Tak mówiła mi Agnes. „Jesteś chłopcem, który zawsze, ale to zawsze, maluje przed złożeniem”.

– No i miała rację.

– Zwykle miała. Prawdę mówiąc, nadal zwykle ma… I powinna się zjawić. Spotka się dzisiaj ze mną i bez wątpienia będzie miała rację raz jeszcze. Ale, Bill, co z tego?

– Konieczna jest równowaga, chłopie. Musisz trafić we właściwe proporcje. Dodatkowo, żeby poruszyć inną ważną kwestię: nie jesteś już trochę, kurna, za stary, żeby tak znikać i bawić się w Daniela Boone’a?

– Nie twój interes – burknął Joshua.

Bill uniósł dłonie.

– Święta prawda. Bez urazy.

Ktoś zapukał do drzwi. Bill wstał.

– Może to siostra Mary Stigmata, jak na zawołanie. Zostawię cię z nią. Znaczy, i tak tu nie popracuję, dopóki się nie wyniesiesz.

– Bill, jestem wdzięczny…

– Pamiętaj tylko o jednym. Postaw jakiś cholerny marker gdzieś wysoko, żeby zobaczyć go z twaina. Koc ratunkowy na skale albo co. Żeby cię znaleźli, gdybyś sam się załatwił.

– Roger.

Tym razem stukanie było bardziej energiczne.

– Dobrze już, dobrze.

Otwarte drzwi odsłoniły nie Agnes, ale syna Joshuy. Bill Chambers wyniósł się pospiesznie.

ROZDZIAŁ 3

Daniel Rodney Valienté miał trzydzieści osiem lat. Stał teraz w drzwiach, wyższy od Joshuy, z jasną cerą po matce, ale włosami ciemnymi jak u ojca. Na przerzuconym przez ramię pasku nosił niedużą skórzaną torbę. Joshua podejrzewał, że ma tam wszystko, co ze sobą zabrał, być może wszystko, co w ogóle posiada.

Wszedł do gabinetu burmistrza, z lekkim niesmakiem przyjrzał się stosom sprzętu, oczyścił fotel Billa i usiadł. Wszystko bez słowa.

Joshua stłumił westchnienie. Widząc surową minę syna, zaczął odruchowo zapinać koszulę. Potem zabrał z biurka kubek Billa z niedopitą kawą i przeniósł go do wnęki kuchennej.

– No tak… – powiedział.

– No tak.

– Chcesz kawy? Jest jeszcze w dzbanku.

Rod, jak teraz kazał się nazywać, pokręcił głową.

– Już lata temu udało mi się pozbyć uzależnienia od kawy. O jedno łaknienie mniej do zaspokajania w Wysokich Meggerach.

– No to wody? Miejski zbiornik znowu jest czysty, już od…

– Nic mi nie trzeba.

Joshua skinął głową, wstawił kubki do zlewu i usiadł na stołku, z którego musiał wcześniej uprzątnąć zestaw zaczepów wspinaczkowych.

– Cieszę się, że dotarłeś.

– Czemu?

Joshua westchnął.

– To oczywiste, że kiedy umarła mama, mamy już tylko siebie nawzajem, ty i ja.

Rod słuchał tego z kamienną twarzą.

– Nie „masz” mnie, tato. Ani ja nie „mam” ciebie.

– Rod…

– I dlaczego po raz kolejny planujesz zniknąć gdzieś na pustkowiach Długiej Ziemi? Tak jak to robiłeś przez całe moje dzieciństwo, okresowo. I wtedy, kiedy rozpadło się twoje małżeństwo z mamą. Outernetowa wiadomość „Cześć, wyruszam znowu” to naprawdę trochę za mało. Poza tym, tato, nie jesteś już za stary na takie wyskoki?

– Wiesz, Rod… Danielu… mam wrażenie, że przez całe życie mnie osądzasz. Może tak jest, że każdy obwinia rodziców…

Rod mu przerwał.

– Przyszedłem tylko po to, żeby porozmawiać o twoim testamencie.

– W porządku. Został podpisany przez świadków i zarejestrowany notarialnie i tutaj, w Diabli Wiedzą Gdzie, i w biurze Egidy w Madison Zachodnim 5.

– Nie interesują mnie prawnicze szczegóły, tato. I niczego od ciebie nie oczekuję. Chcę tylko mieć pewność, że dobrze wszystko rozumiem, zanim znikniesz i skręcisz sobie kark, a ja już nigdy cię nie zobaczę.

– Dobrze. No więc znasz podstawowe założenia. Poza kilkoma darowiznami, na przykład dla Domu w Madison, wszystko zostawiłem twojej ciotce Katie w Restarcie albo jej żyjącym spadkobiercom. Prosta sprawa…

Katie była starszą siostrą Helen. Razem z rodzicami, mniej więcej dziesięć lat po Dniu Przekroczenia, siostry Green wyruszyły pieszo w głąb Długiej Ziemi i uczestniczyły w budowie miasteczka Restart na granicy żyznych światów, znanych jako Pas Uprawny. Helen opuściła Restart, kiedy poznała Joshuę, ale Katie została, wyszła za mąż, dochowała się dwóch zdrowych córek, a potem i wnuków.

Ta opowieść miała jednak i mroczną stronę. Siostry Green miały jeszcze brata, Rodneya, który był fobikiem, jak żargonowo określano osoby biologicznie niezdolne do przekraczania. Kiedy rodzina wyruszyła na wędrówkę, Rodney został na Podstawowej z ciotką. I po latach uczestniczył w zniszczeniu Madison w Wisconsin, detonując plecakowy ładunek jądrowy. Resztę życia spędził w więzieniu. I gdy syn Joshuy, Daniel Rodney, poznał pełną historię rodziny, porzucił swe dziecięce imię „Dan”, a przybrał inne, na pamiątkę utraconego wuja. Był to jeden z elementów generujących napięcie między ojcem i synem.

– O ile wiem, po twojej stronie nie ma nikogo, komu mógłbym coś zostawić – rzekł Joshua.

Rod westchnął.

– To się nazywa rozszerzone małżeństwo, tato. Jestem w tej chwili jednym z piętnastu mężów. Kiedy ostatnio liczyliśmy, było też osiemnaście żon i dwadzieścioro czworo dzieci. To dość luźne relacje; jesteśmy rozproszeni po wielu światach i wciąż się przemieszczamy. W tej chwili jestem w stałym związku z Sofią. Sofia Piper: nigdy jej nie spotkałeś i pewnie nigdy nie spotkasz. I jestem też kimś w rodzaju przybranego wuja dla jej siostrzeńców. Wujczymem? Wszystko jedno, dawne etykiety nie mają tu zastosowania. System jest elastyczny, ale stabilny i odpowiada migrantom Długiej Ziemi, takim jak ja. Minęło już dwadzieścia lat, odkąd pierwsza para to wszystko zaczęła.

– To taka wariacka bzdura, akurat dla czesaczy. Prawo Egidy tego nie uznaje. A jeśli chodzi o dziedziczenie własności…

– Nie mamy praktycznie żadnej własności, tato. Tak jakby na tym wszystko polega.

– Wydaje się, że podjąłeś świadomą decyzję, by nie mieć włas­nych dzieci.

– I uczestniczyć w tym obrzydliwym eksperymencie hodowlanym dawnych kroczących?

– Nie musiałoby tak być…

– Przecież ty sam, tato, jesteś owocem zaaranżowanego związku. Sam wiesz, co z tego wyszło. Twoja matka zmarła przy porodzie, ojciec okazał się seksualnym maniakiem i menelem. Wiekowy spisek, żeby w tajemnicy płodzić naturalnych kroczących! Takie rzeczy nie znikają same. I spójrz, co miała z tego ludzkość: wielką destabilizację Dnia Przekroczenia.

– Gdyby nie to, Rod, nie siedzielibyśmy tutaj. Zresztą… przecież mnie nikt niczego nie proponował. Czyli w moim pokoleniu fundacja chyba już nie funkcjonowała, prawda? Zresztą twoja matka i jej rodzina na pewno nie mieli z tym nic wspólnego. Twój własny wuj był czystym fobikiem.

– Bzdury. Możesz być nosicielem genu, choć jego ekspresja nie nastąpiła. Zresztą wszystko jedno. Na dobre czy złe, przynajmniej ta linia rodu Valienté kończy się na mnie, razem z naszym skażonym genomem.

– To świetnie – warknął Joshua. Przyjrzał się synowi siedzącemu w fotelu burmistrza, sztywnemu, bez śladu rozluźnienia, jakby lada moment zamierzał się stąd wynieść. – Wam, młokosom, zawsze się wydaje, że sami wszystko wymyśliliście.

Rod wstał.

– Chyba wszystko już załatwiliśmy, prawda? Aha, coś jeszcze. Mam dla ciebie prezent. Pomysł Sofii.

Podał mu wąski futerał. Wewnątrz były lekkie okulary przeciwsłoneczne. Joshua spojrzał przez nie i zmrużył oczy.

– Są korekcyjne.

– Owszem. Według twojej recepty. Znalazłem ją w papierach mamy.

– Nie potrzebuję żadnych okularów…

– Owszem, potrzebujesz. Zresztą, noś je albo nie, jak chcesz. Na razie, tato.

I wyszedł.

A Joshua stał nieruchomo przez nieokreślony czas: z okularami w ręku, otoczony równymi rządkami sprzętu.

A potem znów ktoś zapukał do drzwi.

Siostra Agnes.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI