Dhruv - Nina Nirali - ebook + audiobook

Dhruv ebook i audiobook

Nirali Nina

3,9

Opis

Dhruv Verma to agent indyjskich tajnych służb specjalnych. Jest pozbawiony uczuć, bezwzględny dla przestępców i nieugięty w dążeniu do celu. Jest nazywany „posłańcem śmierci” lub też "Czyścicielem". Zbieg nieoczekiwanych wydarzeń sprawia, że zupełnie w obcym kraju znalazł się w sporych opałach. Gdyby nie Tara, samotna matka dwóch córek, misja, z którą przybył, wisiałaby na włosku.

Pobyt w domu kobiety wraz z nią, jej dziećmi i zwierzętami sprawia, że mężczyzna odnajduje zupełnie obcą mu stronę życia.

Historia mimo małej objętości, pełna jest zawrotnej akcji, humoru, pikantnych scen erotycznych oraz zawiera w sobie przesłanie, że każdy ma prawo do marzeń oraz do życia takiego, jakiego pragnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 107

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 20 min

Lektor: Agata Darnowska

Popularność




© Copyright by Nina Nirali & e-bookowo

Projekt okładki: designrans

ISBN 978-83-8166-127-0

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie

Mojej córce Weronice oraz jej przyjaciółce Kasi, którą nazywam swoją drugą córką. Za wszystkie powody do śmiechu, jakie mi bez ustanku ofiarowujecie oraz za wasz wkład w tę opowieść.

Dziękuję Wam!

Prolog

Żeby zabić człowieka, potrzebuję zaledwie jednej sekundy. Czasem nawet mniej. W zależności od tego, w jaki sposób zdecyduję się wykonać zlecenie.

Odbieranie życia innym to moja praca. Moje, zapisane w gwiazdach, przeznaczenie.

Dhruv − posłaniec śmierci. Nie mogę mieć żadnych uczuć ani wyrzutów sumienia. W końcu zabijam dla ojczyzny. Nauczono mnie nie czuć i nie myśleć, więc w moim życiu nie ma żadnych dylematów ani wewnętrznych konfliktów.

Wszystko zaczęło się, gdy byłem dzieckiem. Ulice Mumbaju są niczym otwarta puszka Pandory. To miasto jest kompilacją dobra i zła, biedy i bogactwa, piękna i brzydoty. Już jako pięciolatek musiałem sobie w nim znaleźć miejsce. Prędko nauczyłem się, jak zdobyć jedzenie, picie albo odzienie. Koniecznością była walka o byt i święty spokój. Reguły ulicy były bezwzględne. Kto pierwszy i silniejszy, ten wygrywał i przeżywał następny dzień.

W zasadzie nie myślę w ogóle o przeszłości. Ukształtowała mój charakter i pozwoliła zostać tym, kim jestem, Czyścicielem, jak nazwano potocznie członków SDNS. Tylko dokładnie tacy jak ja mogą należeć do elitarnej agencji rządowej Secret Department of National Security, Tajnej Jednostki Bezpieczeństwa Narodowego. Naszym zadaniem jest sprzątać ten kraj z każdego gnoju, który zagraża jego wolności i suwerenności.

Nie staram się specjalnie z tamtego okresu niczego przechowywać w pamięci, jednak nigdy nie zapomnę zapachu świeżo przysmażanych na ogniu roti, przebijającego się przez fetor slumsów. Ciekawe, że lepiej pamiętam ugryzienia pcheł skaczących swawolnie z psa na psa, aniżeli ciosy swoich ulicznych rywali. Czas sprawił, że na myśl o pchłach mam ochotę się uśmiechnąć.

Nie robię tego jednak. Jestem skupiony na misji.

Islamscy terroryści planują zamach w Nowym Delhi. Według doniesień wywiadu w przyszłym tygodniu mają wybuchnąć trzy bomby w budynku parlamentu. Moim zadaniem jest temu zapobiec. Zmierzam właśnie w kierunku jednego z zamachowców, ich przywódcy. Wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach przekazanych jakiś czas temu agencji.

Takie grupy przestępcze likwidujemy, odcinając im ich głowę. Efekt zawsze jest taki sam. Zamiast jednego zamachu, w którym mogą zginąć setki lub tysiące ludzi, nie ma ofiar lub ginie zaledwie kilka osób. W akcie desperacji spowodowanej całkowitą dezorganizacją, wysadzą jakiś samochód albo w ogóle zrezygnują z przeprowadzenia jakiejkolwiek akcji do czasu, kiedy nie obiorą nowego lidera, którego potem ja lub też inny Czyściciel zlikwiduje. 

Patrzę chłodno w twarz przestępcy. W ogóle nie spodziewa się tego, co zamierzam zrobić. Z pewnością myśli, że jestem zwykłym przechodniem albo w ogóle mnie nawet nie dostrzegł.

Podchodzę bliżej. W dłoni trzymam patyk z ice gola.

Jestem dziesięć metrów od celu. Biorę ostatni kęs loda o owocowym smaku. Jeden z lepszych, jakie dotąd jadłem. Przełykam wolno smakołyk, chcąc na dłużej zatrzymać jego słodycz na kubkach smakowych.

Pięć metrów. Opuszczam rękę. Przyśpieszam nieznacznie kroku, obracając jednocześnie patyk kilkakrotnie w dłoniach.

Trzy metry. Chwytam patyk zdecydowanie.

Metr. Zginam lekko rękę w łokciu. Jeszcze jeden krok. Zderzenie. Puszczam patyk.

To była zaledwie jedna sekunda. Nie odwracam się. Nie muszę. Słyszę, jak wróg publiczny pada bezwładnie na chodnik. Odchodzę zwykłym tempem, wtapiając się w tłum, aż w końcu w nim znikam. Przecież i tak oficjalnie nie istnieję.

Rozdział 1

16 stycznia 2017 roku, New Delhi – Budynek Ministerstwa Spraw Wewnętrznych

Deepak Prakash przemierzał korytarze biur ministra Govindy Munir Sena, by w końcu dotrzeć do jego gabinetu. Wiedział, w jakim celu go wezwał. Od dwóch dni prasa nie przestawała mówić o odnalezieniu zwłok jego syna oraz o jego domniemanych kontaktach z mafią narkotykową ze wschodniej Europy. Rosyjskie i ukraińskie narkotyki zalewały od pewnego czasu rynek Indii niczym deszcz w porze monsunu. Agent Prakash był wzywany tylko w wyjątkowych sytuacjach. Komórka rządowa, którą prowadził z sukcesem od dwudziestu lat, nie zajmowała się błahostkami. Sekretarka poinformowała ministra przez interkom, że zjawił się agent Prakash. W interkomie udało się usłyszeć polecenie wypowiedziane rozkazującym tonem:

− Niech wejdzie. Nikogo nie łączyć. Zrozumiano!? − Gość spojrzał z lekkim współczuciem na sekretarkę i gestem dłoni powstrzymał kobietę, by ta nie wstawała. Doskonale znał drogę. Chwycił za klamkę, nacisnął ją i wszedł zdecydowanie do pomieszczenia, zamykając za sobą cicho drzwi.

− Govinda. Przyjmij moje kondolencje. − Przywitał się uściskiem dłoni z grubawym już i łysym mężczyzną, ubranym w białą koszulę i ciemne spodnie od garnituru.

− Siadaj, Deepak. Napijesz się ze mną. − Nie było to pytanie, mimo to Prakash odmówił przeczącym skinieniem głowy. Od razu postanowił przejść do konkretów. Patrzył jeszcze przez ułamek sekundy, jak minister, siedząc na powrót za swoim hebanowym biurkiem, nalewa sobie przezroczysty płyn do niskiej szklaneczki.

− O co chodzi, Govinda, po co mnie wezwałeś? I dlaczego nieoficjalnie? − Minister jednak nie słuchał Prakasha. W zamyśleniu przyglądał się szklaneczce i obracał nią w dłoni. Niczym zahipnotyzowany wpatrywał się w wirujący teraz lekko przezroczysty alkohol.

− Wiesz, Prakash, zamawiam najlepsze produkty z Rosji od tylu lat, mam tam przyjaciół, a nawet rodzinę. Nigdy nie sądziłem, że zapałam kiedykolwiek nienawiścią do tego kraju. − Prakash postanowił poczekać na konkluzję i nie włączać się jeszcze w monolog ministra. Ten tymczasem przechylił kryształową szklaneczkę i wypił jednym haustem jej zawartość. Jego twarz nie wyrażała teraz żadnych emocji. Kiedy przełknął płyn, dokończył swą myśl tak po prostu, jakby mówił o pogodzie.

− Znajdź ich. Wyślij swoich najlepszych agentów i posprzątajcie to gówno. Niech mój syn będzie ostatni.

Deepak Prakash westchnął głęboko i zaoponował na głos znużonym tonem, jakby wyjaśniał dziecku, dlaczego nie dostanie lizaka.

− Govinda, SDSN1 nie miesza się w narkotykowe porachunki. To sprawa CBI2 i CID3, pomijając, że wydział antynarkotykowy bada ją od roku.

− No właśnie! Bada! Tu potrzeba akcji, a nie badań! − ryknął wściekle minister. Agent Prakash nie przejął się niczym. Zmarszczył brwi, pochylił głowę w zamyśleniu, po czym ostrożnie, lecz zdecydowanie odrzekł.

− Nie zrobię teraz wyjątku. Nie poślę ludzi do akcji bez wiedzy o tym, kim jest przeciwnik.

− Do cholery, Prakash! Rząd płaci na twoich „czyścicieli” od ponad dwudziestu lat. Daliśmy ci najlepszy ośrodek szkoleniowy, broń, nauczycieli, najnowocześniejszą technikę. Pora udowodnić, że było warto − wysyczał przez zęby wściekły Minister.

− Udowodniliśmy miesiąc temu, udaremniając atak terrorystyczny w Delhi. − Prakash mówiąc to, spojrzał wymownie prosto w twarz Govindy Munir Sena. − Agent Verma uratował ci wtedy życie, jak zapewne pamiętasz?

Oczy ministra natychmiast rozbłysły, a usta rozciągnął szeroki uśmiech, jakby właśnie doznał olśnienia.

− No, oczywiście, jesteś genialny, Prakash! Poślij jego! On sobie poradzi z tym zadaniem. Jest najlepszy.

Prakashowi kończyły się z wolna argumenty. Patrzył teraz na przyjaciela, w którego oczach zobaczył niemal szaleństwo. Człowieka u władzy z takim zaślepieniem można było zacząć się bać. Prakash mimo to próbował jeszcze raz przekonać ministra, by ten zmienił zamiary.

− Govinda, nie mogę posłać nikogo, rozumiesz? Nie wiem dokąd, kogo śledzić i aresztować bądź zlikwidować.

− Gówno mnie to obchodzi, Prakash! − Okrągła twarz Govindy była teraz purpurowa z wściekłości, oczy szeroko otwarte, a usta wilgotne od śliny, która wydostała się z jego ust podczas krzyku.

− Poślesz tam Vermę i on ma posprzątać albo odejdziesz wraz z czyścicielami na emeryturę! Macie trzy dni na dokończenie śledztwa i miesiąc na zlikwidowanie problemu. CID i CBI mają wam oddać wszystko, co na ten temat posiadają. Jeśli nie, ja was posprzątam. − Ostatnie zdanie minister powiedział już spokojnym i opanowanym tonem. Oznaczało to, że mówił zupełnie poważnie i nie zamierzał zmieniać swojego zdania. Prakashowi nie pozostało już nic innego, tylko pożegnać się i wyjść z gabinetu.

Agent podchodzący już nieco pod sześćdziesiątkę, niejednego doświadczył w życiu. Rozumiał doskonale uczucia Govindy, jednak był zdania, że minister podchodzi do problemu zbyt emocjonalnie. Na pewno nie należało przerywać obserwacji oraz odbierać sprawy wydziałowi antynarkotykowemu albo CID. Niestety, pod groźbą zlikwidowania agencji, którą on sam stworzył, nie miał wyjścia i musiał przejąć dochodzenie.

Na agenta Prakasha czekał już na lotnisku agencyjny helikopter. Podczas powrotnego lotu na Goa, gdzie znajdował się tajny ośrodek szkoleniowy i agencja, mężczyzna wciąż z rosnącym niepokojem myślał o zadaniu. Czyściciele rozwiązywali tylko takie problemy, gdzie inne komórki rządowe zawiodły na finałowym etapie, nie zaś w początkowej lub środkowej fazie dochodzenia. Miał jednak nadzieję, że gdy dotrze do swojego biura, materiały przesłane przez pozostałe agencje, będą już na niego czekały.

Agent Prakash szczęśliwie wylądował na lotnisku dla helikopterów na terenie należącym do Tajnego Wydziału Bezpieczeństwa Narodowego i natychmiast udał się do budynku, gdzie rozpoczął poszukiwania Dhruva.

Budynek ośrodka szkoleniowego dla jednostki specjalnej był doskonale zamaskowany, a jego widoczny z zewnątrz fragment nie wyróżniał się niczym specjalnym od innych ze swojego otoczenia. Wszystko, co stanowiło serce tego miejsca, mieściło się w jego podziemiach. Agenci od najmłodszych lat uczyli się tu nie tylko podstawowego programu nauczania, ale również sztuk walki, użycia każdej broni, medytacji czy też języków obcych. Musieli być przygotowani na wszelkie scenariusze zdarzeń podczas akcji „sprzątania” po innych wydziałach, jak CBI, IB4, CID czy nawet RAW5. W końcu żaden z nich nie był nieomylny i popełniał czasem katastrofalne w skutkach błędy. W zamyśleniu agent przemierzał korytarze budynku, który przed dwudziestoma czterema laty zbudował od zera. Czyściciele i SDSN było jego projektem, który stworzył w obliczu narastającego zagrożenia terrorystycznego. W 1993 roku po serii zamachów islamskich terrorystów w Bombaju na giełdzie, w pociągach, hotelach oraz stacjach benzynowych, podczas których zginęło dwieście pięćdziesiąt siedem osób, a ponad tysiąc sto zostało rannych6, rząd Indyjski zaczął zastanawiać się, jak skutecznie bronić się przed takimi tragediami. Podczas obrad, rządzący stwierdzili, że potrzebny im zupełnie nowy wydział, który będzie miał uprawnienia o wiele większe niż te istniejące. Padło wówczas sarkastycznie wypowiedziane przez ministra obrony zdanie, że po obecnych agencjach rządowych ostatnimi czasy należy sprzątać. Przywiodło to Prakashowi, który pełnił wówczas funkcję zastępcy Szefa Centralnego Biura Śledczego, pewną myśl. W ciągu dwóch dni naszkicował projekt nowej, tajnej komórki rządowej i przedstawił Ministrowi Obrony Narodowej. Z początku ministrowie i rząd nie chcieli przyjąć projektu, obawiając się kosztów inwestycji w ośrodek szkoleniowy. Przedstawiony pomysł budził kontrowersje z uwagi na swoją innowacyjność i duże ryzyko. Jednocześnie kusił, ponieważ był potrzebny i wzbudzał nadzieję. Największym entuzjastą tego pomysłu był właśnie Govinda Munir Sen. Dzięki jego poparciu utworzono na Goa ośrodek szkoleniowy i zezwolono Prakashowi na poszukiwanie odpowiednich kandydatów. Z ironią, ale też ze smutkiem myślał teraz o tym, że ta sama osoba, która niegdyś przyczyniła się do utworzenia SDSN, może je swoim jednym podpisem zlikwidować.

Agent dotarł do sali ćwiczeń, gdzie spodziewał się znaleźć Dhruva. Z przyjemnością obserwował chwilę przez szklaną ścianę swojego najlepszego agenta, którego znał od początku powstania agencji.

Dhruv Verma był dla niego niemal jak syn, którego nigdy nie miał. W tej chwili mężczyzna ćwiczył z innymi agentami sztuki walki. Mimo iż był bardzo dobrze zbudowany, odznaczał się szybkością i zwinnością niczym pantera. Ubrany zazwyczaj w czarne spodnie i tego samego koloru T-shirty chłopak, zawsze przywodził mu na myśl czarnego, dzikiego kota. Spokojny, skupiony, lecz w każdej chwili gotowy, by zaatakować. Wobec innych agentów Dhruv wzbudzał respekt i był wzorem, do którego oni chcieli dążyć. Nawet ćwiczenia z nim były imponujące. Jako jedyny w agencji, prócz karate czy kalaripayattu7 znał i stosował sandę8. Jego wyrzuty, podcięcia czy blokady przeciwnika były bardzo widowiskowe. Na prowadzonych przez niego treningach uczniowie i agenci mieli nosić ochraniacze na korpus, jak i rękawice oraz kaski bokserskie. Nie minęła chwila, gdy w popisowy sposób podrzucił przeciwnika wysoko i niczym w zapasach, błyskawicznie pochwycił go w locie, bezwładnego odwrócił głową w dół i opuścił na materace, przygniatając w mocnym uścisku swoich rąk. Prakash uśmiechnął się pod wąsem, widząc chłopaka w świetnej formie. Skinął lekko głową w uznaniu, czym natychmiast zwrócił uwagę mężczyzny. Już wcześniej widział on kątem oka obserwującego go przez szklaną szybę szefa. Z agentem Prakashem rozumieli się bez słów. Dhruv widząc minę przełożonego, od razu domyślił się, że ten chce z nim mówić. Podziękował ukłonem uczniom i kolegom za trening i wyciągnął dłoń do pokonanego, żeby pomóc mu wstać.

Kiedy dotarli do niewielkiego gabinetu, znajdującego się na parterze budynku, młodszy z mężczyzn od razu zauważył, że Prakasha coś trapi. Ten wskazał mu miejsce za stołem konferencyjnym, usytuowanym naprzeciw biurka i rzucił przed nim akta z dokumentacją, które trzymał dotąd w dłoni. Zostały mu przekazane zaraz po przekroczeniu progu budynku SDNS.

− Nie udało mi się przekonać Govindy Munir Sena, że wysyłanie tam kogokolwiek to duży błąd. – Młody agent skinął głową w zrozumieniu, patrząc jednocześnie w zawartość teczki.

− Nie dziwię mu się. Zginął jego syn.

− Śmierć syna odebrała mu, według mnie, zdolność logicznego myślenia − skwitował z marsową miną Prakash. − Oczywiście jest pod wrażeniem twoich umiejętności, po tym, jak mu uratowałeś życie i jest przekonany, że sobie z tym poradzisz.

Dhruv wstał wolno od stołu i odwrócił się do okna w zamyśleniu. Patrzył na doskonale wypielęgnowany ogród na zewnątrz budynku i zastanawiał się nad czymś głęboko. Zaniepokoiło to Prakasha. Nie widział go jeszcze w takim stanie. Ten chłopak był maszyną, którą on sam wykreował. Doskonały żołnierz, bez emocji, nie odczuwający bólu ani nie posiadający myśli, które byłyby go w stanie zdekoncentrować lub odsunąć od zadania.

− Kya hua9? − zapytał starszy od niego mężczyzna.

− Kuch nahin10. Wiesz, że spędziłem w służbie dla Indii niemal całe życie, a poznałem je tylko z tej złej strony? Chociaż raz chciałbym poznać je inaczej.

Prahash, słysząc to, zaniemówił. Zaraz potem odzyskał rezon i odpowiedział.

− Znam cię od dziecka, chłopcze. Do czego zmierzasz? − zapytał Deepak, z trudem już ukrywając swój niepokój.

− Nie wiem, ale na przykład nigdy nie brałem udziału w Holi, nawet jako dzieciak. Widziałeś może kiedyś na żywo taki tłum, radośnie obchodzący święto wiosny? To musi być wyjątkowe przeżycie. Przedwczoraj obchodziliśmy Makar Sankranti11...

Po chwili, sarkastycznym tonem dodał:

− „Til-gul ghyaa, aani goad−goad bolaa, Deepak”12. − Spojrzał wymownie na szefa, który nie bardzo rozumiał, o co chodziło jego najlepszemu agentowi.

− Tobie również, Dhruv. Może jednak się skupimy na tym tutaj − napomniał rzeczowo i wskazał palcem na akta leżące na stole. − Govinda zagroził, że jeśli za miesiąc sprawa nie będzie rozwiązana, a dochodzenie zamknięte, zlikwiduje SDSN.

Dhruv odwrócił się na powrót przodem do starszego od siebie mężczyzny i z twarzą nie wyrażającą już żadnych emocji zawyrokował:

− Więc bierzmy się do pracy. Nie pozostaje nam nic innego.

Rozdział 2

Dhruv studiował dostępne informacje na temat narkotyków pochodzących z Rosji przez cały wieczór. Po głębokim namyśle musiał stwierdzić, że jednak nie pochodzą one z Rosji. Po porównaniu danych aresztowań z całej Europy, zaznaczył je na mapie wyświetlanej na szklanym, płaskim ekranie, przedzielającym niczym ściana całe pomieszczenie oraz wypisał ich daty. Gdy połączył narysowane przez siebie punkty, tylko jeden europejski kraj pozostał niezaznaczony. Niewielkie państwo położone w centralnej Europie nie słynęło ani z zamożności, ani też wielkich przewrotów politycznych ostatniego dziesięciolecia. Tchnięty impulsem przejrzał natychmiast rejestry z aresztowań. Wśród ponad dwudziestu osób zatrzymanych do tej pory, znalazło się dwóch obywateli Indii, jeden Pakistańczyk, kilkoro Rosjan, Polaków i Niemców. Reszta, jak Dhruv podejrzewał i zobaczył teraz na własne oczy, pochodziła z Republiki Czeskiej. Już wiedział, gdzie szukać. Nie wiedział tylko, czego się spodziewać i jak się przygotować. Sam szlak zdawał się wychodzić z Niemiec, biegł przez Polskę i Rosję, omijając inne państwa, docierał do Pakistanu, a stamtąd do Indii. Równolegle prowadził z drugiej strony, znów od Niemiec przez Austrię, Węgry, Słowację i Ukrainę, aż dragi trafiały na powrót do Rosji i jak poprzednio, podróżowały przez Pakistan do Indii. Mafia musiała być liczna…

Dhruv myślał intensywnie. Przejrzał jeszcze raz dokumenty w teczce w poszukiwaniu obserwowanych podejrzanych. Wyjął z grubego pliku karty osób pochodzących z Czech. Przyjrzał im się krótko, po czym zarejestrował w głowie znajdujące się na nich dane. „Jeżeli pasożyta odcina się od żywiciela, pasożyt umiera” – dokończył własną myśl, odłożył trzymane w dłoni dokumenty do akt, po czym pochwycił flamaster i przekreślił obszar Republiki Czeskiej na szklanej mapie. Bez zbędnej zwłoki odwrócił się i udał do swojego pokoju, by przygotować się do podróży.

W nocnym klubie o wdzięcznej nazwie Kwiat lotosu, rozbrzmiewała rytmiczna muzyka. Jej echo niosło się jeszcze przed wejściem do budynku. On przychodził tu czasami. Tak naprawdę to był jedyny zdrowy sposób na zaspokojenie fizycznych popędów. Dzięki temu mógł stuprocentowo skupić się na swojej pracy. Swoje potrzeby zawsze zaspokajał z jedną dziewczyną. Tańczyła w klubie, odkąd pamiętał. Z pewnością, jak on, wywodziła się z ulicy. Nie obchodziło go to jednak wcale. Nie przychodził tu po to, by dyskutować lub kogoś poznawać. Niedbałym krokiem przeszedł czarne drzwi budynku. Minął dwóch osiłków stojących tuż za wejściem i odsunął dłonią zwisające z sufitu sznury kolorowych świateł, stanowiące zasłonę do wejścia na salę główną.

Klub, mimo iż ulokowany w bardzo niepozornej dzielnicy, był wyposażony we wszystko, co dla ciała i ducha niezbędne: dobra muzyka, taniec, stanowiska z fajkami wodnymi czy jacuzzi, oddzielone od siebie ozdobnie rzeźbionymi parawanami, z pewnością ręcznie wykonanymi z ciemnego drewna. Zwisające zewsząd kolorowe lampiony, sznury drobnych lampek czy też jedwabne i tiulowe zasłony dodawały temu miejscu niezbędnego nastroju i intymności. W końcu klienci wywodzili się zwykle z wyższych sfer Goa i każdemu zależało na zachowaniu swej prywatności. Tu mężczyzna nie musiał się obawiać, że ktoś będzie się interesował jego osobą.

Kiedy zbliżył się do niewielkiej sceny, obojętnie minął tańczące na niej półnagie piękności, zbliżył się do ciemnego stolika i zajął wolne miejsce na wyściełanym, miękkim siedzeniu. Bosa kelnerka, ubrana w zwiewny strój do tańca odsłaniający brzuch i długie, zgrabne nogi, od razu doniosła do stolika jego ulubiony drink − whiskey z lodem. Przez chwilę patrzył z minimalnym zainteresowaniem na kobiety seksownie wijące się w erotycznym tańcu.

Na zapleczu, w miejscu, gdzie dziewczęta miały niewielką garderobę, można było podejrzeć scenę i śledzić, co dzieje się tuż przy niej. W przebieralni znajdowały się dwie tancerki, jedna z nich kończyła przygotowania do następnego tańca, a druga podglądała, co dzieje się na sali.

− Shukri, jest twój Duch − oznajmiła niespodziewanie z ożywieniem podglądaczka.

Młoda kobieta siedząca dotąd przy lustrze i poprawiająca makijaż, na te słowa od razu zerwała się ze swojego miejsca i podbiegła do koleżanki. Jak zawsze, widok przystojnego i doskonale zbudowanego mężczyzny sprawiał, że jej zmysły szalały. Tak bardzo tęskniła za tym ciemnym, ostrym jak brzytwa spojrzeniem oraz męskimi, a zarazem seksownymi ustami. Przez chwilę podziwiała niewyrażającą emocji, pociągającą twarz, pokrytą ciemnym zarostem. To było kompletnym szaleństwem, ale od chwili, gdy przyszedł tu po raz pierwszy, była beznadziejnie w nim zakochana. W facecie, którego imienia nawet nie znała. Od ponad roku przychodził w to miejsce i od razu wybrał ją. Nie pytał o nic. W zasadzie w ogóle nie chciał rozmawiać. Łudziła się, że nie przychodził tu tylko po seks. Przecież sypiał wyłącznie z nią! Nawet nie okazał cienia swojego zainteresowania innym dziewczętom.