Deus Irae - Philip K. Dick, Robert Zelazny - ebook

Deus Irae ebook

Philip K. Dick, Robert Zelazny

4,0

Opis

Świat po wojnie jądrowej. Na skażonej ziemi rodzą się nie tylko groteskowe rośliny i stworzenia, ale też groteskowe idee. W małej społeczności Charlottesville w Utah dominuje kult Carletona Lufteufla, sprawcy nieszczęść, które spadły na ludzkość. Urodzony bez rąk i nóg Tibor McMasters, twórca wspaniałego fresku w kościele wyznawców Lufteufla, zaprzęga do swego wózka ukochaną krowę i wyrusza na pielgrzymkę, żeby poznać oblicze Boga Gniewu…

Philip K. Dick i Roger Żelazny, dwie znakomitości amerykańskiej science fiction, w „Deus Irae” postanowili dokopać się do korzeni judeochrześcijańskiej religijności. Zamysł ten, zapowiadający się na obrazoburczy, dzięki dobrodusznemu humorowi autorów zaowocował jednak wielce sympatyczną, humanistyczną powieścią. 

WOJCIECH SIUDMAK (ur. 1942) — polski malarz. Mieszka i tworzy we Francji. Uważany za czołowego reprezentanta realizmu fantastycznego. Prace wystawiał m.in. we Francji, Niemczech, Anglii, Szwajcarii, Kanadzie i USA. Honorowy Obywatel Miasta Wielunia i Ozoir-la-Ferriere. Otrzymał Order Zasługi RP.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przełożył

Paweł Kruk

Z serca dedykuję tę powieść

Stanleyowi G. Weinbaumowi –

za to, że ofiarował światu Marsjańską odyseję

Rozdział pierwszy

Jest! Czarno-biała krowa ciągnęła wózek na rowerowych kołach. Stojący na progu zakrystii wielebny Handy powiódł wzrokiem poprzez promienie porannego słońca od strony Wyoming ku północy, jakby słońce wschodziło z tamtej strony, i dostrzegł pracownika kościoła – pozbawiony kończyn korpus z pokrytą guzami głową kołysał się, jak w transie, w rytm powolnych pociągnięć zaprzężonej do wózka krowy rasy holstein.

Zły dzień, pomyślał wielebny Handy. Miał przekazać złe wieści Tiborowi McMastersowi. Odwrócił się i wszedł do kościoła. Tibor nie dostrzegł go ze swojego wózka, gdyż całkowicie pochłaniały go własne myśli oraz nudności. Działo się tak zawsze, gdy artysta zabierał się do pracy: robiło mu się niedobrze i wszelkie zapachy czy widoki – nawet związane z jego profesją – sprawiały, że zaczynał kaszleć. Wielebny Handy zastanawiał się nad tą przypadłością, niechęcią do odbierania bodźców zmysłowych już na początku dnia – wyglądało to tak, jakby Tibor nie chciał go przeżyć.

Duchowny lubił słońce. Lubił zapach nagrzanej wielkiej koniczyny na pastwiskach otaczających Charlottesville w Utah, świst krowich ogonów… Wciągnął w nozdrza powietrze wypełniające kościół, a jednak… nie chodziło o widok Tibora, lecz o to, że wiedział o bólu tego człowieka bez kończyn – to go niepokoiło.

Za ołtarzem widać było fragment niemal ukończonego malowidła. Tibor pracował nad nim pięć lat, ale czas nie miał tutaj znaczenia: to dzieło pozostanie w kościele na wieczność – nie, poprawił się w myślach wielebny Handy, nie na wieczność, ponieważ zostało wykonane ręką człowieka, a przez to jest przeklęte, ale na wieki, zostanie tu na pokolenia. Przybędą inni, bez rąk i nóg, którzy nie będą mogli przyklęknąć bez odpowiedniego sprzętu; wydano na to oficjalną zgodę.

Muuu! – zaryczała krowa, kiedy Tibor, posługując się siłownikami od amerykańskiej rakiety balistycznej, zatrzymał zwierzę, ściągając lejce. Wózek stanął na wewnętrznym dziedzińcu kościoła, gdzie wielebny Handy trzymał swojego nie używanego już cadillaca model 1976, w którym zbierały się na noc śliczne, pokryte lśniącym złocistym puszkiem kurczęta karłowatej odmiany kury meksykańskiej. Ich kupki niszczyły wprawdzie… ale właściwie dlaczego nie? Były to odchody pięknych ptaków, których niewielkie stado prowadzał Herbert G, kogut – całe wieki temu stawił on czoło wszystkim rywalom i od tego czasu panował niepodzielnie. Przywódca zwierząt, pomyślał wielebny Handy. Była to jego cecha wrodzona, cecha Herberta G, który w tej właśnie chwili grzebał w żyznej glebie ogrodu, poszukując robaków, szczególnie tych tłustych, mutantów.

Duchowny nienawidził robaków. Zbyt wiele ich dziwnych odmian wychodziło z ziemi w ciągu nocy, dlatego kochał stworzenia, które żywiły się tymi chitynowymi paskudztwami, kochał swoje stadko – śmieszne, gdy o tym pomyśleć – ptaków! Nie ludzi.

Ludzie jednak przychodzili, przynajmniej w Dzień Święty, wtorek, żeby odróżnić go – celowo – od archaicznego chrześcijańskiego Dnia Świętego, niedzieli.

Tibor wyprzągł krowę i korzystając z akumulatorowego napędu wózka, po rampie z desek wtoczył się do kościoła. Wielebny Handy poczuł jego obecność, wyczuł przybycie człowieka bez kończyn, który nękany nudnościami starał się opanować okaleczone ciało, by kontynuować dzieło pozostawione poprzedniego dnia o zachodzie słońca.

– Zrobisz mu gorącą kawę? Proszę – odezwał się wielebny Handy do swojej żony, Ely.

– Tak – odpowiedziała. Była drobna, pomarszczona, zwiędła, jakby zasuszona. Z niechęcią patrzył na tę bezbarwną postać, kiedy wyjmowała filiżankę i spodek; w jej ruchach nie było miłości, tylko chłodne oddanie żony duchownego, a tym samym jego sługi.

– Cześć! – zawołał pogodnie Tibor. Mimo powracających nudności był zawsze pogodny, jakby należało to do jego obowiązków.

– Czarna – powiedział wielebny Handy. – Gorąca. Już zaparzona. – Odsunął się, by wózek, ledwo mieszczący się w drzwiach, mógł przejechać korytarzem do kuchni.

– Dzień dobry, pani Handy – rzekł Tibor.

– Dzień dobry, Tibor – odpowiedziała niewyraźnie Ely Handy, nie patrząc na mężczyznę bez kończyn. – Pokój z tobą i twoją świętą iskrą.

– Iskrą czy ikrą? – odparł Tibor, mrugając do Handy’ego.

Kobieta nic nie odpowiedziała, tylko wydęła usta. Nienawiść, pomyślał wielebny Handy, może przybierać najprzeróżniejsze, zdumiewające formy. Nagle zapragnął doświadczyć jej bezpośrednio, otwarcie, bez etykiety czy zwykłego chłodu… Patrzył, jak żona wyjmuje mleko z chłodziarki.

Tibor przystąpił do trudnej czynności picia kawy.

Najpierw musiał unieruchomić wózek. Zablokował prosty hamulec. Następnie odciął zasilanie od napędu kół i przełączył na obwód manipulatorów ramiennych. Wysunął się rurkowy siłownik z jasnego aluminium, a znajdujący się na jego końcu sześciopalczasty mechanizm chwytny – którego każda jednostka podłączona była przez przejścia wyrównawcze do mięśni barków mężczyzny bez kończyn – zbliżył się do pustej filiżanki. Ujrzawszy, że jest pusta, Tibor spojrzał pytająco na gospodynię.

– Na kuchni – powiedziała Ely, uśmiechając się znacząco.

Tak więc trzeba było zwolnić hamulec wózka, który potoczył się ku piecykowi. Tibor ponownie zaciągnął hamulec i wysunął swoje manipulatory w stronę czajnika. Przypominający ramię rurkowy siłownik z aluminium podniósł naczynie niezgrabnymi ruchami, jakby dotknęła go choroba Parkinsona, aż wreszcie Tiborowi udało się – dzięki skomplikowanym elementom systemu naprowadzającego rakiety balistycznej – nalać kawy do filiżanki.

– Nie napiję się z tobą – odezwał się wielebny Handy – bo w nocy i rano miałem skurcze odźwiernika. – Czuł się fizycznie podrażniony. Przypominam ciebie, pomyślał, bo chociaż jestem perfektusem, od rana doskwiera mi moje ciało: gruczoły i hormony. Zapalił papierosa – pierwszego tego dnia – delektując się luźno ubitym prawdziwym tytoniem, wypuścił dym i poczuł się znacznie lepiej. Jeden środek chemiczny ograniczał nadprodukcję innego. Usiadł przy stole, Tibor zaś, uśmiechając się pogodnie, pił spokojnie zbyt gorącą kawę.

A jednak…

Czasami ból fizyczny staje się zwiastunem niegodziwości, pomyślał wielebny Handy; czy tak jest też z tobą? Czy wiesz, co chcę… co muszę ci oznajmić? Nie mam wyboru, gdyż jestem zaledwie robakiem, który otrzymuje polecenia i przekazuje je we wtorki, a dziś właśnie jest wtorek.

– Tibor – powiedział. – Wie geht es heute?

– Es geht mir gut – natychmiast odpowiedział Tibor.

Obaj z wielkim upodobaniem wracali pamięcią do niemieckiego i mówili w tym języku. Przywodził im na myśl Goethego, Heinego, Schillera, Kafkę i Falladę; dla obu stanowiło to treść życia. Takie rozmowy – prowadzone, nim zabrali się do pracy – stały się nieomal świętym rytuałem, przypominały im o godzinach po zapadnięciu zmroku, kiedy nie sposób malować i można – oraz trzeba – już tylko rozmawiać. Rozmawiali przy lampach naftowych i ogniu – było to zbyt słabe źródło światła i zbyt zmienne, poza tym Tibor narzekał nieśmiało, że męczą mu się oczy. Nie wróżyło to nic dobrego, bo na całym obszarze Wyoming i Utah nie było nikogo, kto mógłby zrobić soczewki; w całej okolicy nie znaleźliby zresztą ani odrobiny odpowiedniego szkła. Po okulary dla Tibora trzeba by było udać się na Pielg. Wzdrygnął się na samą myśl o tym, gdyż pracownicy kościoła wysyłani na Pielg bardzo często nie wracali. Nie wiadomo było nawet dlaczego: czy gdzieś tam było lepiej czy gorzej? Należało przypuszczać, że – do takiego doszedł wniosku, wysłuchawszy wiadomości radiowych o szóstej po południu – i jedno, i drugie, wszystko zależy od miejsca.

Teraz świat składał się z wielu odosobnionych miejsc. Połączenia zostały zerwane. Tak pogardzana niegdyś jednolitość już nie istniała.

– „Rozumiesz” – wielebny Handy zaintonował śpiewnie fragment z Ruddigore.

Tibor natychmiast przestał pić kawę.

– „Tak myślę” – odpowiedział przeciągle cytatem. – „Trzeba spełnić swój obowiązek” – dodał i odstawił filiżankę, wykonując skomplikowane ruchy manipulatorem.

– „Zasada ta obowiązuje wszystkich” – powiedział wielebny Handy.

– „Uchylić się od obowiązku”. – Tibor wymówił te słowa z goryczą, częściowo do siebie samego. Odwrócił głowę, mlasnął wprawnie językiem i spojrzał uważnie na duchownego. – O co chodzi?

Chodzi o to, pomyślał wielebny Handy, że jestem związany; jestem częścią sieci, która drży i chłoszcze całym tym łańcuchem poruszanym u góry. A my wierzymy – jak ci wiadomo – że źródło tego ruchu jest Gdzie Indziej, skąd otrzymujemy mętne przekazy, które staramy się usilnie zrozumieć i wypełnić, ponieważ wierzymy – wiemy – że to, czego ono pragnie, jest nie tylko przekonujące, ale i słuszne.

– Nie jesteśmy niewolnikami – rzekł. – Jesteśmy tylko sługami. Możemy to rzucić; ty możesz. Nawet ja bym mógł, gdybym był przekonany, że tak będzie słusznie. – Wiedział jednak, że nigdy by tego nie zrobił. Już dawno ślubował w sercu wierność. – Dlaczego zajmujesz się tym tutaj? – spytał.

– No cóż, płacisz mi – ostrożnie odpowiedział Tibor.

– Ale do niczego cię nie zmuszam.

– Muszę jeść. To wystarczy.

– Jedno jest pewne – powiedział wielebny Handy. – Możesz znaleźć wiele zajęć gdzie indziej; mógłbyś pracować wszędzie mimo swoich… ograniczeń.

– Drezdeńskie Amen – rzekł Tibor.

– Co? – Handy nie zrozumiał.

– Kiedyś – powiedział Tibor – kiedy znowu podłączysz generator do elektronicznych organów, zagram ci to. Na pewno rozpoznasz. Drezdeńskie Amen wznosi się wysoko, ku Ponad, skąd cię terroryzują.

– Ależ nie – zaprotestował wielebny Handy.

– Ależ tak – rzekł sardonicznie Tibor. Jego twarz zmarszczyła się jeszcze bardziej, ściągnięta niewłaściwym uczuciem, jego przekonaniem. – Może to nawet jest „dobre”, może jest życzliwą mocą. I tak jednak zmusza cię do robienia różnych rzeczy. Powiedz mi tylko jedno: czy mam zamalować coś, co już kiedyś namalowałem? Czy chodzi o cały fresk?

– No cóż, jeśli chodzi o wynik końcowy, to twoja dotychczasowa praca została doceniona. Wysłaliśmy trzydziestopięciomilimetrowe kolorowe slajdy, byli nimi zachwyceni… no wiesz, ci, którzy je oglądali, Starsi Kościoła.

– Dziwne – powiedział Tibor po chwili zamyślenia. – Wciąż można dostać kolorowe filmy i wywołać je, ale nie sposób dostać czegoś takiego jak gazeta codzienna.

– O szóstej mamy wiadomości radiowe – zauważył wielebny Handy. – Z Salt Lake City. – Czekał z nadzieją. Nie padła żadna odpowiedź; mężczyzna bez kończyn popijał kawę w milczeniu. – Wiesz, jakie jest najstarsze słowo w języku angielskim? – spytał duchowny.

– Nie – odparł Tibor.

– „Moc” – rzekł wielebny Handy. – W znaczeniu bycia potężnym. Macht po niemiecku. Jednakże słowo to wywodzi się jeszcze z czasów przedgermańskich, z języka Hetytów.

– Hm.

– Hetyci mieli słowo mekkis. „Moc”. – Wciąż nie opuszczała go nadzieja. – „Czyś nie trajkotała? Czy nie tak postępują kobiety?” – cytował teraz słowa z Zaczarowanego fletu Mozarta. – „Mężczyznom przystoi działanie” – dokończył.

– To ty trajkoczesz – powiedział Tibor.

– Ale ty musisz działać – odparł wielebny Handy. – Miałem ci coś powiedzieć. – Zamyślił się. – Ach, tak. Owce. – Na pięcioakrowym pastwisku za kościołem wypasał swoje sześć owiec. – Wczoraj dostałem barana od Theodore’a Bentona – powiedział. – Pożyczył mi tego tryka, żeby pokrył moje owce. Przyprowadził go, kiedy mnie nie było. Stary tryk z siwym pyskiem.

– Hm.

– Przyszedł pies i próbował podejść stado; ten rudy seter irlandzki Yeatsów. Wiesz, ciągle podchodzi mi owce.

Mężczyzna bez kończyn odwrócił wreszcie głowę. Zainteresowało go to.

– Czy ten baran…?

– Pies pięć razy podchodził stado. Pięciokrotnie zakradał się powoli, a baran wychodził do niego, zostawiając za sobą stado. Pies, oczywiście, zatrzymywał się i stał nieruchomo, kiedy widział, że baran się zbliża; baran też się wtedy zatrzymywał i udawał, że skubie trawę. – Wielebny Handy uśmiechnął się na wspomnienie tego wydarzenia. – Mądry był ten stary tryk: widziałem, jak skubał trawę, ale ani na chwilę nie spuszczał oka z psa. Pies warczał i szczekał, a baran skubał trawę. Później pies podkradł się jeszcze raz. Tym razem jednak rozpędził się, przeskoczył obok barana i znalazł się między nim a stadem.

– I stado się spłoszyło.

– Tak. Wtedy pies… wiesz, co one wtedy robią… dogonił jedną owcę i przewrócił ją. Psy zwykle zabijają owce albo je okaleczają, atakują od brzucha. – Zamilkł. – Baran był za stary, nie potrafił dogonić psa. Odwrócił się tylko i patrzył.

Milczeli obaj długą chwilę.

– Czy one potrafią myśleć? – spytał Tibor. – Mówię o baranach.

– Wiem – powiedział wielebny Handy. – Też się nad tym zastanawiałem. Poszedłem po strzelbę, żeby zabić psa. Musiałem to zrobić.

– Gdybym był na jego miejscu – odezwał się Tibor – gdybym był tym baranem i musiał patrzeć, jak pies mnie omija i podchodzi stado, a ja nic nie mogę zrobić… – Zawahał się.

– Wolałbyś umrzeć, niż dożyć takiej chwili – dokończył wielebny Handy.

– Tak.

– A zatem śmierć, zgodnie z tym, czego uczymy Sługi Gniewu, jest rozwiązaniem, nie przeciwnikiem, jak uczyli chrześcijanie, jak mówił Paweł. Pamiętasz ten fragment: „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twoje żądło?”. Rozumiesz chyba, o co mi chodzi.

– Lepiej, żebyś nie żył, niż nie potrafił spełnić swojego obowiązku – powiedział wolno Tibor. – Co mam zrobić?

Na swoim fresku, pomyślał wielebny Handy, musisz pokazać jego twarz.

– Jego – odparł. – Takiego, jaki jest naprawdę.

Tibor milczał zdumiony, nim zapytał:

– Masz na myśli jego dokładny fizyczny obraz?

– Nie, jego subiektywne wyobrażenie.

– Masz zdjęcia? Jakieś wideo?

– Przysłali mi trochę materiału, żebym ci pokazał.

– Chcesz powiedzieć, że masz zdjęcie Deus Irae?

– Mam kolorowe zdjęcie, z tych, które przed wojną nazywali trójwymiarowymi. Żadnych ruchomych obrazów, ale to wystarczy. Tak myślę.

– Pokaż je. – W głosie Tibora dało się wyczuć zdumienie, strach i wrogość osaczonego, ograniczonego artysty.

Wielebny Handy poszedł do swojego biura, wziął teczkę, wrócił i wyjął z niej trójwymiarową fotografię Boga Gniewu. Podał ją Tiborowi, którego prawy manipulator natychmiast porwał zdjęcie.

– Oto i Bóg – powiedział wielebny Handy.

– Tak, widzę. – Tibor pokiwał głową. – Te czarne brwi. Zmierzwione, czarne włosy. I oczy… widzę w nich ból, ale się uśmiecha. – Jego manipulator oddał nagle zdjęcie. – Nie potrafię go namalować na podstawie czegoś takiego.

– Dlaczego nie? – spytał wielebny Handy, choć wiedział dlaczego. Zdjęcie nie oddawało boskości; było to tylko zdjęcie człowieka. Nie sposób było wyrazić boskości na kawałku celuloidu powleczonym azotanem srebra. – Kiedy robiono to zdjęcie – mówił – odbywał sjestę na Hawajach. Objadał się młodymi liśćmi kolokazji z kurczakiem i ośmiornicą. Widzisz ten nienasycony głód, tę żądzę nienaturalnie zmieniającą jego twarz? Odpoczywał w niedzielne popołudnie przed jakimś przemówieniem, które pewnie miał wygłosić na którymś z uniwersytetów, nie pamiętam na którym. Te szczęśliwe lata sześćdziesiąte…

– Jeśli nie mogę spełnić swojego obowiązku – powiedział Tibor – to z twojej winy.

– Marny robotnik zawsze wini…

– Nie jestem skrzynką narzędziową. – Jego siłowniki uderzyły w wózek. – Oto moje narzędzia. Nikogo nie winię, używam ich. Ale ty… ty jesteś moim pracodawcą. Ty mówisz mi, co mam robić, ale jak miałbym to zrobić, mając zaledwie jedną kolorową fotkę? Powiedz mi…

– Pielg. Starsi Kościoła postanowili, że jeśli nie wystarczy ci to zdjęcie… a nie wystarczy, wszyscy dobrze o tym wiemy… będziesz musiał udać się na Pielg i odszukać Deus Irae. Przysłali już odpowiednie dokumenty.

Zdumiony Tibor zamrugał i otworzył usta, po czym zaprotestował:

– A mój metaakumulator?! Co będzie, jeśli się rozładuje?!

– A jednak obwiniasz narzędzia – rzekł wielebny Handy. Powiedział to ostrożnie, panując nad głosem.

– Wyrzuć go i niech go piekło pochłonie! – odezwała się Ely.

– Nikogo nie wyrzucam – odpowiedział wielebny Handy. – Piekło mieli chrześcijanie. My nie mamy czegoś takiego – przypomniał jej. Odwrócił się do Tibora i wyrecytował Wielki Poemat wszystkich światów, który obaj rozumieli, lecz nie potrafili uchwycić jego istoty, nie potrafili opleść go siecią, tak jak Papagano. Mówił głośno, co miało symbolizować więź jednoczącą ich w tym, co chrześcijanie nazywali agape, miłością. Jednakże wznosiło się to jeszcze wyżej; obejmowało miłość, człowieka, piękno: nową świętą trójcę.

Ich sih die liehte heide

in gruner varwe stan.

Dar süln wir alle gehen,

die sumerzit enphahen.

Kiedy skończył recytować, Tibor skinął głową i jeszcze raz podniósłszy filiżankę – był to trudny, skomplikowany ruch i problem – napił się kawy. W pokoju zapadła cisza; nawet Ely, kobieta, nic nie mówiła.

Na zewnątrz krowa Tibora jęknęła ochryple i poruszyła się. Może szuka, może spodziewa się jedzenia, pomyślał wielebny Handy. Potrzebuje strawy dla ciała, a my dla umysłów. Inaczej wszyscy umrą. Musimy mieć ten fresk. Tibor musi przebyć tysiące mil; jeśli jego krowa zdechnie albo rozładuje mu się akumulator, wszyscy przestaniemy istnieć. On nie jest osamotniony w swojej śmierci.

Zastanawiał się, czy Tibor o tym wie. Może by mu to pomogło? Raczej nie. Dlatego nic nie powiedział – w tym świecie nic już nie pomagało.

Tytuł oryginału: Deus Irae

Copyright © 1976, Philip K. Dick & Robert Zelazny

Copyright renewed © 2005 Laura Leslie, Christopher Dick, Isolde Hackett, Judith C. Zelazny, Devin J. Zelazny, Trent Zelazny, Sharon A. Zelazny

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2009

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

Redaktor serii: Radosław Kot

Redaktor tego wydania: Grzegorz Dziamski

Copyright © 2014 for the illustrations by Wojciech Siudmak

Grafiki: Wojciech Siudmak, www.siudmak.com

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Deus Irae, wyd. III poprawione, Poznań 2014)

ISBN 978-83-7818-296-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl