Desperado! Autobiografia - Tomasz Stańko - ebook + książka

Desperado! Autobiografia ebook

Tomasz Stańko

4,2

Opis

Mroczny książę polskiego jazzu

Najsławniejszy i najwyżej ceniony na świecie polski muzyk jazzowy opowiada o początkach polskiego jazzu, legendarnych koncertach i sesjach nagraniowych, o wspaniałych muzykach, z którymi miał okazję współpracować. Razem z trębaczem zaglądamy w nuty, za kulisy i w głąb jego własnej duszy. Idziemy drogą, która zaprowadziła go na szczyty plebiscytów w najlepszych jazzowych periodykach świata, oraz ścieżką wiodącą wprost na dno.

Wraz ze Stańką poznajemy podziemny świat ćpunów, dilerów i szaleństwa, by przekonać się, jak po latach w nim spędzonych można powrócić do rzeczywistości. Dopełnieniem opowieści o muzyce i życiu są barwne reprodukcje niezwykle oryginalnych szkiców kompozycji i liczne, często niepublikowane wcześniej, fotografie.

Tomasz Stańko (ur. 1942) – trębacz i kompozytor, powszechnie uważany za jednego z najlepszych trębaczy jazzowych na świecie. Koncerty jego zespołów wypełniają sale we wszystkich zakątkach globu, a jego płyty wydaje monachijska ECM – najważniejsza wytwórnia w Europie i jedna z najlepszych na świecie.

Rafał Księżyk (ur. 1970) – dziennikarz i krytyk muzyczny. Od początku lat 90. współtworzył oblicze rodzącej się wówczas nowej prasy muzycznej i popkulturowej. Jako redaktor pracował m. in. w magazynach „Brum”, „Plastik”, „Antena Krzyku”, a jego teksty o muzyce ukazywały się we wszystkich liczących się czasopismach specjalistycznych oraz . w „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku” i „Przekroju". Aktualnie pracuje jako zastępca redaktora naczelnego „Playboya”, a jako krytyk muzyczny współpracuje z „Machiną” i kanałem TVP Kultura.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 508

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Kalendarium, dyskografia: RAFAŁ KSIĘŻYK
Konsultacja faktograficzna kalendarium i dyskografii: JERZY PIASECKI
Redakcja: ANNA MILEWSKA-GRZYB
Adiustacja i korekta: SYLWIA FROŁOW, TOMASZ KUNZ, ANNA RUDNICKA, BARBARA BOROWSKA
Projekt okładki, opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN
Zdjęcie Tomasza Stańki (1998) na okładce fot. Andrzej Tyszko. Na wyklejkach wykorzystano partyturę kompozycji i plan dnia, narysowane przez Tomasza Stańkę
Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT
Skład i łamanie: Infomarket
Dziękujemy redakcji „Jazz Forum” za pomoc w uzyskaniu praw do fotografii ze s. 87, s. 416–417, s. 419
Copyright by Tomasz Stańko & Rafał Księżyk Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2010
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-04643-2
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

1. PODWÓJNIEURODZONY

Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan dźwięk trąbki?

Trudno mi powiedzieć. Pamiętam, jak pierwszy raz zagrałem. Pod koniec lat pięćdziesiątych, kiedy byłem harcerzem. Jako jedyny chłopak w drużynie, który miał styczność z muzyką, zostałem wytypowany do gry na trąbce sygnałówce. To był mój pierwszy kontakt z instrumentem. W szkole muzycznej uczyłem się grać na fortepianie i skrzypcach. Słuchałem już wtedy jazzu w amerykańskich audycjach radiowych Willisa Conovera. I kiedy po szkole zdecydowałem się na powrót do muzyki, wiedziałem, że to będzie trąbka. Ze względu na jazz.

Co pana pociągało w jazzie?

Wiele rzeczy. Dziś wydaje mi się, że po prostu mam skłonność do tego, co nieustabilizowane, anarchistyczne. Gdybym się urodził później, byłbym rockmanem albo hiphopowcem. To wszystko muzyka nonkonformistyczna. Jazz był opozycją szkoły, stabilizacji i mieszczaństwa, które dał mi rodzinny dom. Instynktownie czułem, że jazz najbardziej pomoże mi w pokonywaniu słabości, zmianie osobowości.

Zacznijmy od samego początku, czyli od rodzinnego domu. Zauważyłem, że określenia „miasto rodzinne” używa pan wobec dwóch miast: Rzeszowa i Krakowa.

Niewiele pamiętam z Rzeszowa. Wyjechałem stamtąd w wieku sześciu, siedmiu lat. Człowiek ma sentyment do miejsca, w którym się urodził, rodzaj geograficznego sentymentu. I dlatego cały czas mówię, że czuję się jak rzeszowiak. Zaglądałem kiedyś do wsi, w której urodziła się matka. Kiedyś to było pod Rzeszowem, dziś to już Rzeszów. Po koncercie wziąłem taksówkę i pojechałem tamtędy. Wydawało mi się, że coś nawet rozpoznałem. Ale to wszystko, co dotyczy Rzeszowa, jest raczej symboliczne.

Generalnie ja jestem z Krakowa. Kraków to cała moja młodość. Pamiętam, jak byłem w ulicznej bandzie. Chyba każdy z nas do takiej należał... Ja w każdym razie należałem. Do bandy z ulicy Sienkiewicza.

Trudno się dziwić, że pan nie pamięta Rzeszowa, bo tamten, w którym pan się urodził, przestał istnieć wraz z wojną. Galicja. Kresowy tygiel.

No tak. Dziadek był sierżantem w austriackiej armii.

Dziadek ze strony ojca?

Tak. Drugi był rolnikiem. Ze strony matki wieś. Ze strony ojca bardzo małomiasteczkowe mieszczaństwo. Ale ojciec miał talent. Nie wiem po kim. Od początku był zdeklarowany – miał iść do konserwatorium. System nerwowy go przyblokował. Zawodowi muzycy to drapieżne bestie, silni ludzie. A ojciec miał tremę, może był za wrażliwy. Zdawał do konserwatorium, ale w pewnym momencie się załamał. I poszedł na prawo.

Tomasz Stańko w wieku 3 lat

To było we Lwowie czy w Krakowie?

Kraków. Tam przed wojną ojciec skończył prawo. W czasie wojny wrócił do Rzeszowa. Najpierw był asesorem. Egzamin sędziowski zrobił po wojnie i został sędzią. Matka była nauczycielką.

Cała rodzina pochodziła z Rzeszowa?

Matka spod Rzeszowa, ze Zwięczycy. Ojciec z samego Rzeszowa. Ale ich rodzice przybyli gdzieś z Przeworska, gdzieś z Przemyśla. Ze Wschodu. Babka ze strony ojca miała ukraińskie pochodzenie. I były gdzieś żydowskie korzenie. Był w rodzinie jakiś neofita. Bardzo jestem skundlony i pomieszany – jak to ludzie z takich regionów.

Interesował się pan bliżej swoimi korzeniami?

Niespecjalnie. Wiem o korzeniach ukraińskich i żydowskich zmieszanych z polskimi. Ale nie badałem – jak to dziś ludzie robią – swego rodowodu. Z przyjemnością przeszedłbym za to testy DNA, które bezpośrednio dotyczą samych korzeni genetycznych. One odpowiadają na pytanie: skąd jestem? Czy może jestem potomkiem Czyngis-chana? Podobno spora część populacji azjatyckiej to potomkowie Czyngis-chana.

Robił pan sobie horoskop?

Nie lubię horoskopów. Nie znam nawet godziny swoich urodzin. I już się nie dowiem, bo nie mam kogo zapytać.

Czy wojna mocno dotknęła waszą rodzinę?

W zasadzie nie. Oczywiście zdarzały się różne sytuacje. Podobno esesman pogłaskał mnie po głowie. Po jakiejś akcji partyzanckiej Niemcy wpadli do domu. Rozbroił ich fortepian. Jeden coś zagrał. Zdaje się, że wielu esesmanów lubiło muzykę, tak jak to pokazują w filmach. W każdym razie pograł na fortepianie, pogłaskał mnie po głowie i poszli sobie. Było to stresujące przeżycie.

Rodzice już nie żyją?

Nie żyją. Matka zmarła w latach dziewięćdziesiątych. Ojciec jeszcze w latach siedemdziesiątych.

Jaka była relacja między nimi?

Jak to zwykle. Trochę się kłócili. Ojciec nie był człowiekiem łatwym. Matka była dosyć energiczna, zasadnicza. Miała własne zdanie. Ale ich relacje były szlachetne, tradycyjne.

Można by powiedzieć, że to matka była głową domu?

Można tak powiedzieć. W praktycznych sprawach matka decydowała i popychała ojca, żeby on to załatwił. Dbała o rozwój, ekspansję naszego domu.

Wie pan, jakie były przyczyny tej przeprowadzki rodziców z Rzeszowa do Krakowa?

Tak. Matka parła. Matka miała taką wewnętrzną siłę, która ją niosła przez cały czas, chciała poszerzać swoje terytorium. Myślę, że Rzeszów był dla niej duszny, nie chciała tam przyschnąć. Ojciec był raczej statyczny, a ona była motorem. Miała ambicje. Załatwiała sprawy mieszkaniowe i dbała, żebyśmy ja i siostra poszli do szkoły muzycznej. Ona też siedziała w muzyce. Pracowała w bibliotece szkoły muzycznej, tej samej, do której chodziłem ja i siostra. To była jedna z pierwszych szkół, gdzie podstawówkę łączono ze szkołą muzyczną. Chodziłem tam od drugiej klasy, bo wcześniej tej szkoły po prostu nie było. Przed wojną matka skończyła seminarium nauczycielskie. Potem przez pewien czas nie pracowała. Widać, były potrzebne pieniądze, bo zdała egzamin, żeby wrócić do zawodu, ale nie chciała uczyć, wolała pracować w bibliotece.

W wieku 4 lat

Jak pan wspomina swoje dzieciństwo?

Miałem refleksyjne dzieciństwo. Różne dziwne stany.

Na czym te stany polegały?

Byłem specyficzny. Byłem dość samotny.

Dziecko wrażliwe i raczej introwertyczne?

Tak jest. W tym kierunku. A z drugiej strony byłem w bandzie ulicznej. Ja się nie biłem, jak inni chłopcy. Szczerze mówiąc, nigdy w życiu się nie biłem. W bandzie musiałem się wykazać i pierwsza rzecz, jaka mi wpadła do głowy – walnąłem cegłą w samochód. Po tym stałem się kolegą herszta. Jakoś tak miałem załatwione, że nic już nie musiałem, byłem pod jego parasolem ochronnym.

Szyba poszła?

Że szyba poszła... Gonił mnie koleś tak, że chyba by mnie zabił, jakby złapał. W tamtych czasach samochód to był luksus.

To było w czasach podstawówki?

Bardzo wczesna podstawówka. Miałem siedem, osiem lat.

I co dalej z bandą?

Potem wszystko się rozmyło. Przeprowadziłem się na inną ulicę. I tam już nie miałem kolegów. To był ciemnawy okres w moim życiu, depresyjny. Byłem zagubiony i rozdarty. Chodziłem do szkoły muzycznej, a nie byłem przekonany, czy będę dalej zajmował się muzyką. Nieśmiałość dystansowała mnie od kontaktów towarzyskich. Zostało mi tak na dobrych parę lat, siedem, osiem, aż zacząłem grać jazz. Używki pomogły mi w nawiązywaniu kontaktów. Myślę, że to bardzo prozaiczne.

Na tym polega popularność używek.

Naturalnie. Myślę, że to w ogóle podstawa. Używki są niczym innym jak lekarstwem. O różnych zastosowaniach. Wyrównują nadpobudliwość albo nieśmiałość. Stymulują organizm.

Zanim pojawił się jazz, było coś, w co się pan mocniej zaangażował?

Harcerstwo. Byłem zagorzałym i takim stuprocentowym skautem. Ojciec mnie zapisał. Z drużyną wyjechałem pierwszy raz za granicę. No i w harcerstwie miałem pierwszy kontakt z trąbą. W związku z tym chodziłem na lekcje do profesora Lutaka, który później uczył mnie na akademii. To był kolega ojca.

A wyjazd za granicę?

W czasach ogólniaka pojechaliśmy do Jugosławii na zlot skautów. Pamiętam, jak byłem oburzony na starszych kolegów, którzy palili papierosy, że to takie nieharcerskie. Byłem wtedy jak purytanin. Przez jakiś czas harcerstwo bardzo mnie wciągało.

Był pan też ministrantem.

Byłem. Tak. W tym ciemnawym okresie. Późna podstawówka, jeszcze przed muzyką. Byłem wtedy bardzo wierzący. Pamiętam, jak się załamałem, kiedy pojechałem na pielgrzymkę do Częstochowy i widziałem naokoło grzech. Flacha, wie pan. Ludzie święci nie są. Wśród ministrantów też mnie to odstraszyło. Myślałem, że to wszystko będzie wzniosłe, a w kościele głównie chlało się wino mszalne i paliło papierosy. Machnąłem ręką.

Moje życie idzie od idealizmu i w tej chwili odbiłem się od tego, bo nie istnieją ideały. Ale zawsze miałem mistyczne zacięcie.

W domu religia odgrywała ważną rolę?

Niespecjalnie. Ojciec był dosyć religijny. Matka – tak jak to polscy katolicy. Modlili się. Ale pomysł, żeby zostać ministrantem, to była moja inicjatywa.

Później nie ciągnęło pana do religii?

Nie. Tak całkiem naturalnie. Zainteresowałem się filozofią i to wyrabiało mój światopogląd. Wydaje mi się, że jestem człowiekiem o skłonnościach do religijności. Moje mistyczne skłonności sprawdziły się w ewolucjonizmie. Ja wierzę w ewolucję. To, co wydawać się może zimnymi prawami, dla mnie wcale takie nie jest. To przepiękne i bogate. Przez miliony lat życie rozwija się od jednego atomu, rozszerza się i komplikuje. Formą życia jest myśl. Dźwięk, który gram na trąbie. Wytwory żywego, węglowego mózgu.

Czy są jakieś opowieści i anegdoty z pana dzieciństwa, które przetrwały w rodzinie?

Nie pamiętam. Poza tą jedną z esesmanem. W domu nie mówiliśmy za dużo.

A historie o członkach rodziny, które mogły dziecku utkwić w pamięci?

Nie ma takich. Żyliśmy dosyć osobno. Cała rodzina uprawiała taką pojedynczość. Może stąd moje skłonności do monadyzmu Witkacego. Lubię mówić, że jestem IP, Istnienie Poszczególne.

Nie miewał pan wielu kontaktów z dalszą rodziną?

Przez kilka lat, jeszcze przed szkołą, jeździłem w wakacje do babek. Mam w pamięci jakieś strzępki z tego okresu. Pamiętam ogród babci od strony ojca. Może stąd mój sentyment do Rzeszowa. Mieli piękny ogród w samym centrum miasta. Dziś już go nie ma.

Kilka razy jeździłem do Zwięczycy. Pamiętam taki moment: stałem z chłopakami i czułem rodzaj wstrętu, bo oni rzucali kamieniami w kijanki. Jak trafiali, one się rozpryskiwały. Stałem z tyłu, za nimi, i brało mnie obrzydzenie. Może to mnie wycofało z chłopięcych zabaw.

Pamiętam różne wyjazdy, kolonie. Zawsze byłem trochę z boku. Aczkolwiek nie miałem problemów w kontaktach z ludźmi, tylko wolałem stać z boku. Patrzyłem na całość sytuacji. Kiedy było trzeba, zawsze załatwiałem sobie z rówieśnikami to, co chciałem. Przecież ten herszt bandy to był mój najlepszy kolega. Ostro szedł, zdaje się, że nawet w więzieniu wylądował. Pamiętam jego ojca, był krawcem i szył ściborki, takie polskie dżinsy.

Pierwsza Komunia (u góry)Z siostrą Jadwigą (u dołu)

Mówił pan, że w rodzinie uprawialiście pojedynczość.

Wszyscy żyliśmy osobno. Ojciec lubił ciszę i spokój. Matka spędzała czas w domu. Każdy z nas miał swój pokój. Mieliśmy trzy pokoje i piękną, dużą kuchnię. Matka spała w kuchni albo u ojca, różnie, ale ja i siostra mieliśmy własne pokoje.

Nie było burzliwych emocji na zewnątrz?

Nie. Ojciec tego nie lubił. Nie stosował żadnych używek. Czasami napił się symbolicznie. Nienawidził imienin. Jak była w domu wódka, to z kolegami wyciągałem strzykawką i wlewałem do butelki wodę. W pewnym momencie, na imieninach, ojciec bierze do ust tę rozwodnioną wódkę. Goście nic nie mówili, dopiero matka: „Przecież tu jest sama woda... Tomek!”. Byliśmy spokojną, zamkniętą w sobie mieszczańską rodziną. Z tym, że ojciec kochał muzykę, znał się na niej i był bardzo tolerancyjny. Gdy zacząłem grać jazz, nigdy mi nie przeszkadzał, odwrotnie – wspierał mnie. On był całkowicie pochłonięty muzyką i jako niespełniony muzyk cały czas czuł się chory.

Ojciec miał podobne jak pan zacięcie introwertyczno-depresyjne?

Był człowiekiem podobnego typu. Zdecydowanie.

W tamtych czasach warunki pracy sędziego były nieciekawe, jeśli chodzi o klimat polityczny. Przecież ojciec zaczynał pracować jako urzędnik państwowy w epoce stalinizmu.

Zdecydowanie musiał lawirować. Ale nie było tak źle. Pamiętam, że już później zadałem mu pytanie, czy się nie męczył. Powiedział, że tak, ale też dodał, że kwestia presji na sędziów była chytrze rozwiązana. Po prostu prezes sądu rozdzielał sprawy tak, jak uznawał za stosowne, a zawsze było pełne spektrum sędziów: jedni bardziej karierowicze, inni mniej. Ojciec prowadził sprawy karne.

Był komunistą?

Nie. Był socjalistą i automatycznie musiał przejść do PZPR. Do PPS zapisał się jeszcze przed wojną, jako postępowy student. Komunistą ojciec nie był, ale nie był też człowiekiem manifestacyjnie walczącym. Wujek trzy lata siedział w więzieniu za dowcip o Stalinie. To było normalne środowisko, tak jak przeciętni ludzie w tamtych czasach, nie wychylali się specjalnie.

Dużo było muzyki w domu?

Dużo. Zdecydowanie. Ojciec cały czas trzymał skrzypce pod ręką, w widocznym miejscu.

Miał jakieś ulubione style, kompozytorów?

Nie. Grał na skrzypcach i po prostu bardzo dobrze znał się na muzyce.

Słuchał muzyki z płyt?

Wtedy nie mieliśmy płyt. Było radio. Dopiero po wyjeździe z Komedą kupiłem pierwszy magnetofon.

Nie gramofon?

Nie. Płyt było mało. Magnetofon miał większą wartość, przegrywało się duże taśmoteki.

Na fortepianie też ojciec grywał?

Na fortepianie ćwiczyła siostra. Bardzo dużo. Przez ćwiczenia siostry znam masę literatury fortepianowej, bez nazwisk, tytułów, motywy zapamiętane z dawnych czasów, jakieś nokturny Chopina.

W podstawówce uczył się pan grać na fortepianie?

Od tego zacząłem. Klasyczna edukacja. Potem ojciec namówił mnie na skrzypce. Dyplom w szkole podstawowej zdawałem na skrzypcach, ale nie bardzo mnie to wciągało.

Od początku i ja, i siostra byliśmy ukierunkowani muzycznie. Przecież ojciec cały czas kochał muzykę i czynnie grał. Również kiedy był sędzią, miał profesjonalne angaże. Grał w operze pod dyrekcją Korda. Kord go cenił, ojciec miał bardzo dobrą reputację w krakowskim środowisku muzycznym.

Chodził na próby orkiestry?

Pracował na dwóch etatach. Z sądu szedł do opery. A moja siostra Jadwiga, trzy lata młodsza, była takim cudownym dzieckiem. Jeszcze gdy chodziła do szkoły podstawowej, uczyła się u profesora Zbigniewa Drzewieckiego z warszawskiej Akademii Muzycznej. Skończyła akademię, miała kursy mistrzowskie. Maksymiuk grał z nią dyplom w Białymstoku: dyrygował, ona grała. Jako pianistka była wysoko oceniana, ale wyjść nie wyszła na scenę. Nerwy ją zablokowały.

Stres po ojcu?

Po ojcu. Tak. Poszła w normalne życie, wyszła za mąż w Szwecji. Uczyła muzyki w szkole. To katastrofa. Jest niespełniona i źle się czuje. Nie jesteśmy do tego stworzeni. Trzeba trafić na siebie w życiu.

Ja trafiłem na siebie. Choć nie od razu. Dopiero w ogólniaku, kiedy z Jackiem Ostaszewskim zainteresowałem się sztuką, zacząłem odżywać. Bo wcześniej nie miałem żadnego punktu odniesienia. Nic mi się specjalnie nie podobało. Nie bawiłem się tak jak inni chłopcy, nie używałem siły fizycznej. Jestem drobny, może dlatego nie ciągnęło mnie do sportu. To dosyć naturalne, instynktownie czułem, że nie miałbym tam żadnych osiągnięć. Nieśmiałość źle mi się przysłużyła, w szkole mi nie poszło. Natomiast jak zacząłem grać jazz, to był początek mojego życia, jak nowe narodziny. Trafiłem na moją wewnętrzną pasję, predyspozycję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

SPIS ILUSTRACJI

s. 7 – Tomasz Stańko w wieku 3 lat (fot. z archiwum autora)

s. 10 – W wieku 4 lat (fot. z archiwum autora)

s. 15 – Pierwsza Komunia (fot. z archiwum autora)

– Z siostrą Jadwigą (fot. z archiwum autora)