Demokrator - Piotr Gociek - ebook + książka

Demokrator ebook

Piotr Gociek

4,8

Opis

Demokrator” – to oszałamiająca powieść satyryczno-fantastyczna o krainie, która wyposażona w niewyczerpane zasoby energii, ubóstwianego przywódcę i całkowity brak skrupułów szykuje się do podboju świata. Surrealistyczna, okrutnie śmieszna i przerażająco zabawna książka, w której słychać echa Strugackich, Bułhakowa, Orwella, a nawet „Czarnoksiężnika z krainy Oz”.


Witajcie w Gorodopolis! 

• Tylko tu Żandarmi Wolności kontrolują sieć fi-fi-fi, a szajdokamery śledzą każdy krok radosnych obywateli.

 • Tylko tu po niebie w poszukiwaniu kradzionej energii krążą sterowce Gazdromu, a po ziemi krwiożercze chatki na kurzych łapkach.

• Tylko tu automatyczne śmieciarki piszą traktaty filozoficzne i sroży się wojna z okrutnymi chustaszami z Chafgachustanu. 

• Tylko tu na świat przychodzą superbohaterowie, tacy jak Mistok Man, Matros Man, Baba Girl i Dziad Moroły.

 • Tylko tu swe majątki pomnażają wielomarchowie i mnogomarchowie, a zabawiają ich najpiękniejsze spiczki, mewki i krasawice.

 • Tylko stąd w kosmos mkną statki junaków Dalekiego Patrolu, niosąc brudnemu wszechświatowi wolność, demokrację i nanonuce.

• Tylko tu Dzień Wyborów to dzień naprawdę szczęśliwy, a każdy nowy rok to Dobry Rok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 630

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0

Popularność




Piotr Gociek 

DEMOKRATOR

Powieść w czterdziestu ośmiu rozdziałach z epilogiem

Copyright©Piotr Gociek, 2012

Copyright©Ender Sławomir Brudny, 2012

STRONA POWIEŚCI:

www.demokrator.com

FANPAGE POWIEŚCI:

www.facebook.com/demokrator

REDAKCJA I KOREKTA:

Karina Stempel-Gancarczyk

AUTOR OKŁADKI:

Krzysztof Ostrowski

ILUSTRACJE:

Łukasz Ryłko

 

ISBN 978-83-62730-30-8

WYDAWCA:

Ender Sławomir Brudny

ul. Bładnicka 65, 43-450 Ustroń

www.enderbook.pl

EPOOK MASTERED BY:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

atelier@duchateaux.pl

PROLOG

WIE­LU CHCIA­ŁO­BY DZIŚ do­wie­dzieć się praw­dy o ma­tro­sie Si­mo­no­wie i je­go nie­zwy­kłych przy­ja­cio­łach, ale nie ma ko­go za­py­tać. Po­dob­no na­zy­wa­no ich Wspa­nia­łą Czwór­ką, ale nie wia­do­mo na­wet, czy rze­czy­wi­ście. Róż­ne zresz­tą o nich krą­ży­ły le­gen­dy. Że chat­ki na ku­rzych łap­kach na sam ich wi­dok da­wa­ły dra­pa­ka. Że kie­dy chcie­li, po­tra­fi­li być nie­wi­dzial­ni al­bo nad­ludz­ko mo­car­ni. Lu­dzie mó­wi­li też, że na cze­le bo­ha­te­rów je­chał sre­brzy­sty upiór, sam le­gen­dar­ny Tro­fim Gro­mo­wład­ny: ci­skał pio­ru­na­mi i wiódł ich ku sła­wie.

Za­grod­ni­cy po­wta­rza­li w swych cha­tyn­kach, że bo­ha­te­ro­wie do­sia­da­li ka­rych ogie­rów, ogrom­nych jak sie­wie­ryj­skie lo­ko­mo­ty­wy. In­ni do­da­wa­li, że drze­wa się kła­nia­ły bo­ha­te­rom, kwie­cie z ło­dyg sa­mo opa­da­ło i ście­li­ło się pod no­ga­mi, tak że do­kąd się nie ob­ró­ci­li, je­cha­li przez oce­an barw. We­dle jesz­cze in­nych bo­ha­te­ro­wie pru­li prze­stwo­rza na ma­gicz­nym, że­la­znym la­ta­ją­cym dy­wa­nie.

I cu­dów mia­ło za ich spra­wą nie brak­nąć: stu ślep­ców przej­rza­ło na oczy, dwu­stu głu­chych od­zy­ska­ło słuch, a trzy­stu chro­mych ozdro­wia­ło i ru­szy­ło w tan – wszyst­ko dla­te­go, że mu­snął ich le­d­wie wiew te­go sa­me­go po­wie­trza, któ­rym od­dy­cha­li bo­ha­te­ro­wie.

Nie wierz­cie w te baj­dy. Lu­dzie za­wsze wszyst­ko prze­krę­cą.

CZĘŚĆ I

NA DROGACH I BEZDROŻACH GORODOPOLIS

„Człowiek – to brzmi obiecująco”.Profesor Timur Trusawy

Rozdział I

Uśmiechy do dechy Urodziłem się w Gorodopolis

BYŁO TO W KO­LEJ­NYM Do­brym Ro­ku, by­ło to w ro­ku wy­bo­rów. Go­ro­do­po­lis to­nę­ło w mar­dza­liach, a ca­ły kraj wzmógł wszyst­ko, co mógł, by de­mo­kra­cji sta­ło się za­dość. Na wiel­kim rusz­to­wa­niu po­środ­ku naj­więk­sze­go pla­cu, mię­dzy Miej­ską Ro­bo­stra­dą, han­dlo­wym cen­trum Zło­ta Gó­ra a Pa­ła­cem Lu­dów, sta­nę­ła naj­więk­sza try­bu­na, z któ­rej Gu­ber­na­tor czę­sto do lu­dów prze­ma­wiał. Lu­dy za­wsze słu­cha­ły. We wzru­sze­nie wbi­ja­ła je gu­ber­na­tor­ska syl­wet­ka oraz je­go skrom­ny wzrost i prze­rze­dzo­ne si­we uwło­sie­nie. Jak­że pa­so­wa­ły do wro­dzo­nej gu­ber­na­tor­skiej skrom­no­ści!

Pięk­nie by­ło na zie­mi i w po­wie­trzu. La­ta­ły szaj­do­lo­ty, jeź­dzi­ły szaj­do­cho­dy, a by­wa­ło, że i sam sę­dzi­wy, lecz wciąż krzep­ki Oby­wa­tel Szaj­do sta­wał na try­bu­nie, by wraz z Gu­ber­na­to­rem po­zdro­wić lu­dy. Rósł wte­dy tłum przy szaj­do­ma­tach z cho­rą­giew­ka­mi i już po chwi­li ca­ły naj­więk­szy plac wy­glą­dał jak ży­wy dy­wan kar­ma­zy­nu, błę­ki­tu i bie­li, barw naj­lep­szych, bo na­szych. Po praw­dzie tłum przy szaj­do­ma­tach i bez te­go był nie­zgor­szy, bo każ­dy u nas oj­czy­znę swą ko­cha i po no­cach tę­sk­nie szlo­cha.

Za­ko­cha­ni spa­ce­ro­wa­li po bul­wa­rach, prze­kup­ki traj­ko­ta­ły nad stra­ga­na­mi. Cie­pło by­ło i słod­ko, praw­dzi­we la­to za­wi­ta­ło do Go­ro­do­po­lis. Cza­sem w głę­bi po­dwór­ka roz­pa­lo­nej ka­mie­ni­cy do­zor­ca tu­man ku­rzu mio­tłą wzniósł w po­wie­trze, a kurz lśnił w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu, jak­by ol­brzym ci­snął gar­ścią zło­te­go py­łu. W cie­niu rzu­ca­nym przez mo­rze cho­rą­gwi i trans­pa­ren­tów na fe­sty­nach lek­ko upo­je­ni pi­wem gu­lia­now­skim chłop­cy w let­nich mun­du­rach i ar­mij­nych fu­ra­żer­kach od­bi­ja­li się od ścian, po­wra­ca­jąc czę­sto-gę­sto do bu­dek z pie­ni­stym chło­dzi­wem. A gdy któ­ryś z nich sa­mo­pas lub sa­mo­wtór na jezd­nię się wy­to­czył, trą­bi­li na nie­go kie­row­cy w bia­łych li­be­riach sie­dzą­cy za ste­ra­mi luk­su­so­wych po­jaz­dów na­le­żą­cych do mno­go­mar­chów, lu­dzi, któ­rzy w po­cie czo­ła od świ­tu do no­cy po­mna­ża­ją bo­gac­twa na­szej kra­iny ku chwa­le oj­czy­zny i Gu­ber­na­to­ra.

Mno­go­mar­cho­wie na­si ma­ją bo­wiem wie­le, lecz chcie­li­by wię­cej – i tak jest do­brze. Tak trze­ba.

Ży­cie bie­gło więc swo­im to­rem na uli­cach mia­sta, a sto­li­ca cze­ka­ła na dzień gło­so­wa­nia. Z rzad­ka tyl­ko ja­kiś za­gra­nicz­ny sa­mo­chód ze­psuł po­wie­trze, bo za­miast na szaj­do­ge­ne­ra­tor jeź­dził na ben­zy­nę-kiep­ści­nę.

Praw­dę mó­wiąc, jak w ogó­le za­gra­nicz­nia­kom w ich od­le­głych, nędz­nych kra­jach uda­je się bez Szaj­dy i je­go do­ko­nań żyć – nie wiem. Roz­strze­laj­cie, zrzuć­cie mi bom­bę szaj­do­wą na łeb, roz­gnieć­cie wor­ka­mi kar­to­fel­ków – nic nie wy­my­ślę, bo na­wet nie mam po­ję­cia, jak się do te­go za­brać. Jed­no wiem na pew­no: szczę­ście ma­my, że Szaj­do to nasz człek. Już dzie­cię­ciem bę­dąc, Edu­ar­do Ju­rij Ra­mi­rez Szaj­do, syn dziew­czy­ny go­rod­skiej i oby­wa­te­la emi­gran­ta z La­ti­no­po­lis, za­szo­ko­wał świat swy­mi od­kry­cia­mi. To dzię­ki nie­mu Go­ro­do­po­lis kro­czy ja­ko pierw­sze dro­gą ja­sno­ści ku naj­lep­szej przy­szło­ści. Zna­czy się: Szaj­do na­szym sym­bo­lem nie tyl­ko szczę­ścia, ale i prze­zna­cze­nia.

Naj­pierw by­ły to rze­czy pro­ste: lo­dów­ka bez sprę­żar­ki, pierw­szy szaj­do­wi­zor, prąd bez dru­tu. Wszyst­kie te suk­ce­sy osią­gnął Szaj­do, gdy miał lat za­le­d­wie dzie­sięć, kie­dy to z wy­róż­nie­niem przy­ję­to go na Go­rod­ski In­sty­tut Tech­ni­ki Lu­do­wej i Re­wo­lu­cyj­nej. A już dwa la­ta póź­niej ukoń­czył GI­TLER-a, od­bie­ra­jąc pierw­szy w hi­sto­rii dy­plom z po­trój­nym wień­cem lau­ro­wym i Or­de­rem Szczwa­ne­go Je­rze­go.

Wte­dy do­pie­ro za­czę­ły się cu­da! A szaj­do­ge­ne­ra­tor był z nich naj­więk­szym. Dzię­ki je­go za­sto­so­wa­niu Go­ro­do­po­lis sta­ło się li­de­rem wszech­pla­ne­tar­nym, du­żo po­tęż­niej­szym, niż się to ma­rzy­ło naj­bar­dziej roz­ma­rzo­nym opty­mi­stom w daw­nych, smut­nych cza­sach Jem­pe­rium, lub co gor­sza – cza­sach Wiel­kie­go Okrą­że­nia, gdy wro­gie lu­dy i drob­ne nie­przy­ja­ciel­skie ustro­je szar­pa­ły gra­ni­ce na­szej kra­iny.

Bo ener­gia, ko­cha­ni, to po­tę­ga. A szaj­do­ge­ne­ra­to­ry ener­gii da­wa­ły, ile wla­zło.

Na­tu­ral­ną rze­czą był więc wy­wo­ła­ny przez ich za­sto­so­wa­nie bły­ska­wicz­ny roz­wój wszyst­kich dzie­dzin na­uki i prze­my­słu w służ­bie pro­ste­mu czło­wie­ko­wi.

Naj­sam­przód przy­szły więc szaj­do­bom­by, po­tem bo­jo­we szaj­do­lo­ty, na­stęp­nie po­le szaj­do­we (zwa­ne nie wie­dzieć cze­mu za gra­ni­cą po­lem „si­ło­wym” – prze­cież to Szaj­do je wy­my­ślił, a nie ja­kiś Si­łow), aż wresz­cie ko­smicz­ne stat­ki z na­pę­dem Szaj­dy, nie­stru­dze­nie wę­dru­ją­ce mię­dzy ko­smo­dro­mem Raj­ko­nur a or­bi­tal­ny­mi for­ta­mi Go­ro­do­po­lis i da­lej. Du­żo da­lej.

Ener­gia, ko­cha­ni. Si­ła. Po­tę­ga.

I to ja­ka ener­gia! Czy­sta, prze­czy­sta, jak uśmiech dzie­wi­cy wa­bią­cej jed­no­roż­ca, jak za­pach po­ran­ka na szczy­cie Gór Mi­kłu­cho-Sał­taj­skich, jak pierw­szy śnieg lub pierw­szy spust su­rów­ki w no­wej hu­cie Za­głę­bia Bom­ba­su. Niech tam in­ni się na świe­cie du­szą i krztu­szą, niech pa­lą wę­giel, ro­pę, drwa, niech roz­bi­ja­ją ato­my, niech bru­dzą swe wo­dy, za­tru­wa­ją swe zie­mie. Ma­ją za swo­je, by­dla­ki.

U nas – ina­czej. Szaj­do­ge­ne­ra­to­ry szu­mią ci­cheń­ko, skąd moc bio­rą – to szaj­do­wo-gu­ber­na­tor­ska ta­jem­ni­ca, ale do­bro­czyn­ne efek­ty od ra­zu wi­dać. Rze­ki czy­ściut­kie, po­wie­trze pach­ną­ce, la­sy znów szu­mią, w gó­rach zwie­rza ob­fi­tość, na po­łu­dniu psze­ni­ca ro­śnie wiel­ka jak ku­ku­ry­dza, a ku­ku­ry­dza wiel­ka jak ja­błon­ki. A so­czy­stych i smacz­niut­kich owo­ców z ja­bło­nek to już na­wet nie ma z czym po­rów­nać, ta­kie wiel­gach­ne. Od pół­no­cy na­to­miast – pusz­cze od­ra­sta­ją prze­past­ne, je­zio­ra prze­peł­nio­ne są ry­ba­mi, zie­mie peł­ne ko­pa­lin i rud.

Krót­ko mó­wiąc: bo­gac­two, po­kój i szczę­ście. Na­sze wie­że han­dlo­we – peł­ne to­wa­rów. Na­sze fi­nan­so­we cen­trum – peł­ne szkla­nych cu­dów dra­pią­cych igli­ca­mi nie­bo­skłon po chmu­rza­stym brzu­chu. Na­sze Go­rod­skie Kol­co – naj­bo­gat­sza i naj­pięk­niej­sza dziel­ni­ca glo­bu, ba! – nie dziel­ni­ca, lecz osob­ny świat, ca­ły wy­bu­do­wa­ny z mar­mu­rów ka­ra­ryj­skich i pa­ru­zjań­skich, szma­rag­dów, to­pa­zów i be­to­nu naj­wyż­szej ja­ko­ści, ni­by Pas Orio­na ota­cza­ją­cy Go­ro­do­po­lis, sto­li­cę Go­ro­do­po­lis. A naj­now­szą no­wo­ścią sto­li­cy jest cen­trum han­dlo­we Zło­ta Gó­ra – naj­więk­sze pod słoń­cem i naj­za­sob­niej­sze. Tu w luk­su­so­we to­wa­ry za­opa­tru­ją się naj­do­stoj­niej­si i naj­wiel­moż­niej­si – gwiaz­dy fil­mo­we, spor­tow­cy, a na­wet Mor­do­wij Mor­dor­kow­ski (no, on chwi­lo­wo już aku­rat nie) czy Ba­ron Pa­ster­nak, naj­po­tęż­niej­si z na­szych wie­lo­mar­chów. (Ła­two od­róż­nić wie­lo­mar­chę od mno­go­mar­chy. Ten dru­gi to ten pierw­szy, tyl­ko bar­dziej).

A tam­ci, na Pół­ku­li Za­chod­niej, w Me­tro­po­lis czy La­ti­no­po­lis, już rę­ka­wa­mi od­dy­cha­ją, na opa­rach go­nią, reszt­ki pier­wiast­ków wy­skro­bu­ją z zie­mi czer­pa­ka­mi nie­zgrab­nych pa­li­wo­żer­nych ko­pa­rek. Dym ich du­si, spa­li­na za­dła­wia, sko­rum­po­wa­ne rzą­dy gło­dzą i kre­dyt od ust odej­mu­ją. Wia­do­mo – jak gło­si sta­re przy­sło­wie jew­row­skiej fi­nan­sje­ry, ostre bie­rze ba­ty, kto in­we­stu­je w hi­po­tecz­ne de­ry­wa­ty.

Nic dziw­ne­go, że wy­ciecz­ki za­gra­nicz­ne co­raz czę­ściej do nas, do Go­ro­do­po­lis przy­jeż­dża­ją. Po­pa­trzeć, jak wy­glą­da przy­szłość. A przy­szłość, ko­cha­ni, przy­szłość – to brzmi dum­nie. I ni­ko­mu jej wy­cze­ki­wać nie bro­ni­my. Dla­te­go za­pra­sza­my. Tyl­ko od na­szych ta­jem­nic – wa­ra!

Zresz­tą… Na­wet pil­no­wać za bar­dzo tych ta­jem­nic nie trze­ba, bo im­por­to­wa­ny ele­ment od­wie­dza­ją­cy Go­ro­do­po­lis li­chy jest ja­kiś i wy­raź­nie przy­głu­pi, jak przy­sta­ło na re­pre­zen­tan­tów kra­in pod­upa­dłych. No bo po­wiedz­cie sa­mi: po­ja­wia­ją się ta­cy u nas, i co – my­śli­cie, że na­praw­dę waż­nych rze­czy są cie­ka­wi? Że chcie­li­by się cze­goś na­uczyć? Grze­chy wy­znać i po­pra­wę obie­cać? A gdzie tam. In­ne ma­ją za­in­te­re­so­wa­nia. Idio­tycz­ne, jak­by ktoś py­tał.

– Na ko­go bę­dzie­cie gło­so­wać? – py­ta­ją na przy­kład wy­słan­ni­cy za­gra­nicz­nych prze­kaz-me­diów. Tyl­ko to ich cie­ka­wi! O Szczwa­ny Je­rzy, na set­ki spo­so­bów to py­ta­nie od­mie­nia­ją! I szczu­ją mi­kro­fo­na­mi. I ma­mią obiek­ty­wa­mi. Ośle­pia­ją an­tycz­ny­mi, fle­szo­wy­mi lam­pa­mi. Ten i ów do kie­sze­ni się­ga, by wy­jąć garść peł­ną by­dla­rów.

Cóż so­bie my­ślą te ska­ti­ny? Że ni­by czło­wiek go­rod­ski za ma­mo­nę bar­dziej się zro­bi ga­da­tli­wy? Ka­na­lie to mu­szą być nie la­da, na­wet nie trze­ba pa­trzeć na ich stro­je i pla­kiet­ki, by wie­dzieć, że każ­dy jest zwy­kłym Dzie-Dziem, zwy­czaj­nie – na ko­merc­kon­trak­cie.

A miesz­kań­cy Go­ro­do­po­lis uśmie­cha­ją się wte­dy tyl­ko, moc­no za­kło­po­ta­ni. Bo za­iste głu­pio od­po­wia­dać na głu­pie py­ta­nia. A szcze­rze, to z Dzier­ża­wio­nym Dzien­ni­ka­rzem z im­por­tu w ogó­le ga­dać – wstyd.

Zresz­tą u nas dzien­ni­ka­rze w ogó­le po­trzeb­ni nie są. Ani dzier­ża­wie­ni, ani zwy­czaj­ni. Bo i po co? Gdy rze­czy do­brze idą, cóż to za sen­sa­cja? A idą ca­ły czas! Zaś gdy cza­sem, nie prze­czę, ja­kiś nie­fart, ja­kaś tam kry­mi­nał­ka, mor­do­wał­ka czy in­na kra­dzioł­ka się tra­fi – to czym­że się zno­wu chwa­lić? Po co roz­głos da­wać? Tak czy ina­czej – nam tru­teń dzien­ni­karz nie­po­trzeb­ny. Niech so­bie ni­mi in­ne kra­je po­wie­trze za­nie­czysz­cza­ją.

Każ­dy wi­dzi od ra­zu, że zdro­we po­dej­ście do spraw in­for­ma­cji zba­wien­ne da­je skut­ki. U nas w szaj­do­wi­zji nie ma smut­nych, kłam­li­wych i fru­stru­ją­cych po­pi­sów nie­szczę­śli­wych lu­dzi pró­bu­ją­cych so­bie do­dać zna­cze­nia na­pu­szo­nym gło­sem. Zo­ba­czyć za to moż­na we­so­łe pio­sen­ki, za­baw­ne bie­sia­dy i ra­do­sne spek­ta­kle. Bo też i kraj nasz pe­łen jest lu­dzi we­so­łych, bie­siad­nych i ra­do­snych. A pusz­cza­nie ob­raz­ków czar­no-bia­łych i nie­trój­wy­mia­ro­wych daw­no zo­sta­ło za­ka­za­ne. Dzię­ki te­mu sta­rych dur­not z cza­sów przed­szaj­do­wych zno­sić na ekra­nie nie trze­ba. I ła­twiej prze­pro­wa­dzać Wiel­ki Plan.

Pro­ste praw­dy nie do­cie­ra­ją jed­nak do za­ku­tych za­gra­nicz­nych głów, bo ci wiecz­nie swo­je: „Na ko­go głos od­da­cie?”.

I da­lej szczu­ją. I ma­mią. I nic nie ro­zu­mie­ją.

Ich po­pi­sy na szczę­ście de­ma­sko­wa­ne są na bie­żą­co – ku prze­stro­dze, za­du­mie i roz­ryw­ce. Wszyst­kie te bo­wiem nie­wia­ry­god­nie pod­łe i nie­mo­żeb­nie nie­mą­dre wy­czy­ny obej­rzeć moż­na w szaj­do­wi­zji. (Nie wie­dzieć cze­mu zwa­nej przez za­gra­nicz­nych „te­le­wi­zją trój­wy­mia­ro­wą”. Nie­słusz­nie, bo prze­cież to Szaj­do ją wy­na­lazł, a nie ja­kiś Trój­wy­mia­row).

Naj­lep­sze ka­wał­ki z głu­pi­mi ob­co­kra­jow­ca­mi po­ka­zy­wał Przy­ja­ciel Mi­sza w swo­im pro­gra­mie „Uśmie­chy do de­chy”. Ależ to był za­ba­wa! Nie wie­dzie­li bie­da­cy, że ma­leń­kie gi­per­ka­me­ry (Szaj­do skon­stru­ował) krą­żą w po­wie­trzu nad Go­ro­do­po­lis i trans­mi­tu­ją wszyst­ko do stu­dia Pierw­sze­go Ka­na­łu. Tam Przy­ja­ciel Mi­sza i je­go przy­ja­cie­le wy­bie­ra­ją do pro­gra­mu sam miód. Na wiel­kich te­le­bi­mach mor­dy im­por­to­wa­ne-za­ka­za­ne po­ka­zu­ją, sła­bość mó­zgów wy­śmie­wa­ją, nę­dzę mo­ral­ną pięt­nu­ją.

Trud­no nie ko­chać Przy­ja­cie­la Mi­szy. Swój z nie­go chłop – zwy­kły pod­ko­szu­lek no­si, w pa­ski bia­łe i nie­bie­skie, a na nie­go za­kła­da zwy­kłą sza­rą ma­ry­na­rę. Za koł­nierz nie wy­le­wa, co to, to nie! No­si­sko ma czer­wo­ne, jak nor­mal­ny czło­wiek, a nie ja­kiś my­dł­ko­wa­ty ak­tor-gwiaz­dor--sra­ta­ta­ta-paź­dzior. I żar­ty wy­my­śla pierw­sza kla­sa! O pi­ja­nych mę­żach i o te­ścio­wych. O żo­nach, co zdra­dza­ją, o me­li­cjan­tach; oczy­wi­ście o Ja­siu i szko­le, no po pro­stu bo­ki zry­wać! Al­bo te o Mi­siu Mi­szu­ni i Wło­cha­tym Pro­siacz­ku Cze­bu­rasz­ce! I nie wsty­dzi się cał­kiem po ludz­ku i pa­trio­tycz­nie po­wie­dzieć pod­czas pro­gra­mu:

– Za­cze­kaj­cie chwi­leń­kę, ko­cha­ne ser­deń­ka, wy­sko­czyć mu­szę na mo­ment, że­by pod­lać kar­to­fel­ki!

Bo pa­trio­tyzm, ko­cha­ni, waż­ny jest tak­że w rze­czach ma­łych. Ży­cie za oj­czy­znę na sza­li kłaść – jed­na spra­wa, a o kar­to­fel­ki dbać – dru­ga, nie mniej istot­na.

Ale naj­więk­szy od­lot był, kie­dy Przy­ja­ciel Mi­sza śpie­wał swo­ją hit--pio­sen­kę, a czy­nił to za­wsze na po­czą­tek i na ko­niec „Uśmie­chów”:

Uro­dzi­łem się w Go­ro­do­po­lis

To tu­taj zmaj­stro­wa­no mnie

Gdzie ra­kie­ty ko­smicz­ne

Gdzie dziew­czę­ta prze­ślicz­ne

W Go­ro­do­po­lis uro­dzi­łem się!

Uro­dzi­łem się w Go­ro­do­po­lis

To tu­taj zmaj­stro­wa­no mnie

Tu si­lo­sy zbo­żo­we

Tu­taj bom­by szaj­do­we

W Go­ro­do­po­lis uro­dzi­łem się!

Uro­dzi­łem się w Go­ro­do­po­lis

Dziec­kiem Go­ro­do­po­lis je­stem ja

Mo­je ży­cie dla nie­go

Mo­ja śmierć (w ra­zie cze­go)

Go­ro­do­po­lis, oj­czy­na ma­ja­aaaaa!

I śpie­wa­li wszy­scy ra­zem, jak oj­czy­zna na­sza dłu­ga i sze­ro­ka, śpie­wa­li w stu­dio na sce­nie, śpie­wa­li i w do­mach, przy wie­czor­nym kar­to­fel­ku. A kto nie śpie­wał – nu­cił. Kto nie nu­cił – tu­pał lub do ryt­mu stu­kał. A kto na­wet nie tu­pał i nie stu­kał, wi­dać zna­czy cał­kiem już za­snął. •

Rozdział II

Centralny Rejestr Dobrobytu I Pasożytu

JED­NO BY­ŁO jed­nak miej­sce w ca­łym Go­ro­do­po­lis, któ­re ni­g­dy nie za­sy­pia­ło: wie­czór czy po­ra­nek, po­łu­dnie czy pół­noc. Daw­no już wszyst­kie szaj­do­wi­zo­ry po­ka­zy­wa­ły tyl­ko trój­wy­mia­ro­wy bia­ły szum, daw­no w nie­pa­mięć osu­nę­li się by­wal­cy szaj­do­wi­zyj­nych fo­te­li, już im z dło­ni sła­bo­wi­tych opróż­nio­ne fla­sze wy­pa­dły, pi­lo­ty łup­nę­ły o par­kiet i na­wet wiecz­nie gde­ra­ją­ce żo­nisz­cza w ką­tach chat po­snę­ły.

Ale nie w De­par­ta­men­cie.

Tu nikt nie zwa­żał na to, czy za­cmo­ka­ne pa­ry jesz­cze spa­ce­ru­ją nad rze­ką Gor­ką, czy w gi­per­ma­ga­zy­nach ruch się­gnął wie­czor­ne­go szczy­tu, czy też mo­że ciut jesz­cze do te­go bra­ku­je. I nikt nie przej­mo­wał się, czy ty­sią­ce li­mu­zyn brzę­czą jesz­cze, ci­cho pru­jąc szaj­do­stra­da­mi do Ge­ne­ral­skie­go Kol­ca i wio­ząc miesz­kań­ców sto­li­cy na za­słu­żo­ny od­po­czy­nek, czy też noc jest od daw­na mar­twa, a po opu­sto­sza­łych wstę­gach z pla­sto­be­to­nu szo­ru­ją już tyl­ko wy­stra­szo­ne jasz­czur­ki.

Tu rytm ni­g­dy nie zmie­niał się na szyb­szy.

Ani na wol­niej­szy, gwo­li ści­sło­ści.

W nie­zli­czo­nych po­ko­jach De­par­ta­men­tu wszyst­ko i za­wsze dzia­ła­ło z jed­na­ką pręd­ko­ścią – w sam raz. Z pre­cy­zją ato­mo­we­go ze­ga­ra sa­pa­ły ru­ry pneu­pocz­ty, pstry­ka­ły elek­trycz­ne zam­ki w otwie­ra­nych i za­my­ka­nych odrzwiach, oży­wa­ły dzwon­ki nad ko­piar­ka­mi, szu­mia­ły krę­cą­ce się za­wrot­nie szyb­ko dys­ki pa­mię­ci. Nie usta­wa­ły w ru­chu na­wet zwy­kłe szpu­le, przez aspi­rant­ki słu­cha­ne, spi­sy­wa­ne czu­le.

No i kar­to­fel­ki ho­do­wa­ne przez sto­sow­ny wy­dział na licz­nych we­wnętrz­nych dzie­dziń­cach ro­sły ob­fi­ciej niż gdzie in­dziej: kar­nie i nie­ustan­nie. Bo De­par­ta­ment wzo­ro­wy jest we wszyst­kim, trud­no więc, by kwe­stię ho­dow­li kar­to­fel­ków, tak waż­ną dla bi­lan­su żyw­no­ścio­we­go na­ro­du, za­nie­dby­wał.

Traf chciał, że w owym cza­sie, pew­ne­go dnia, a wła­ści­wie no­cy, dłu­go po ostat­niej pio­sen­ce z pro­gra­mu Przy­ja­cie­la Mi­szy, w pasz­czę Cen­tral­ne­go Re­je­stru Do­bro­by­tu i Pa­so­ży­tu wpa­dły w krót­kich od­stę­pach cza­su czte­ry de­pe­sze.

Wszyst­kie one ma­ją zwią­zek z hi­sto­rią ma­tro­sa Si­mo­no­wa, któ­rą chciał­bym wam opo­wie­dzieć. I oczy­wi­ście z hi­sto­rią je­go przy­ja­ciół. A tak­że pew­nej gwiaz­dy es­tra­dy, nie­zwy­kłej, za­chwy­ca­ją­cej Ir­mi­ny, o któ­rej nikt dziś już nie pa­mię­ta, jak­by jej ni­g­dy nie by­ło.

Lecz ona by­ła. Ja to wiem. Ja pa­mię­tam.

Dziś wszel­kie ma­te­rial­ne śla­dy naj­więk­szej (i je­dy­nej) ody­sei ma­tro­sa Si­mo­no­wa i ca­łej je­go cze­red­ki no­szą klau­zu­lę „ści­śle taj­ne”. Ale wów­czas by­ły to do­ku­men­ty róż­nych prio­ry­te­tów i oczy­wi­ście ni­ko­mu jesz­cze nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy, by łą­czyć je ze so­bą.

Pierw­szą de­pe­szą był list po­ści­go­wy za Ta­tia­ną Pie­truch-Pie­tru­szen­ko, po­szu­ki­wa­ną za kłam­stwa roz­sie­wa­ne ze szcze­gól­ną per­fi­dią oraz sze­reg wy­stęp­ków na­tu­ry eko­no­micz­nej. Pie­tru­szen­ko by­ła tak­że – co wy­ni­ka­ło nie­zbi­cie z do­ku­men­tów – wy­rod­ną mat­ką, któ­rej rę­ce spla­mi­ła krew wła­snych dzie­ci i któ­ra, co gor­sza, ni­g­dy nie za­pre­nu­me­ro­wa­ła na­wet „Wal­czą­cej Nie­wia­sty”, naj­waż­niej­sze­go or­ga­nu pra­so­we­go ko­biet Go­ro­do­po­lis, re­da­go­wa­ne­go raz w ro­ku oso­bi­ście przez Gu­ber­na­to­ra, a na co dzień przez gro­no do­świad­czo­nych cen­zo­rów mo­dy i uro­dy.

Ta­tia­na po­sta­wio­na zo­sta­ła na­wet przed ob­li­czem Spra­wie­dli­wo­ści Lu­do­wej, lecz nim za­pła­ci­ła za swe grze­chy, wy­mknę­ła się sto­sow­nym or­ga­nom we wsi Ja­sny Łan.

W spra­wie Ta­tia­ny pod­ję­to więc ru­ty­no­wy ze­staw czyn­no­ści śled­czo-po­ści­go­wych: rzecz prze­nie­sio­no w ge­stię okrę­go­wych od­dzia­łów De­par­ta­men­tu i ich nie­zmie­rzo­nej ar­mii Przy­ja­ciół Lu­du.

Dru­gą de­pe­szą był pri­kaz do­pro­wa­dze­nia po­wrot­ne­go na miej­sce re­flek­sji i od­osob­nie­nia nie­ja­kie­go Lwa Alek­san­dra Go­ry­ny­cza, ory­gi­nal­nie po­cho­dzą­ce­go z mia­stecz­ka Spar­ta­ko­za­wodsk. Go­ry­nycz zna­ny był tak­że pod dźwięcz­nym pseu­do­ni­mem „Dziad Mo­ro­wy” lub – we­dle in­nych źró­deł – „Mo­ro­ły”.

Re­jestr je­go wy­stęp­ków był skrom­ny – sztuk je­den. Tra­fił był on swe­go cza­su do spe­cjal­nej zo­ny za udział w trzy­oso­bo­wej szaj­ce wy­wro­to­wej, któ­rej po­zo­sta­ły­mi ani­ma­to­ra­mi by­li we­te­ra­ni ob­ra­zy pu­blicz­nej: Optym Ka­sto­ro­wicz i Pe­sym Pol­luk­so­wicz. Obaj, jak moż­na by­ło wy­czy­tać w sto­sow­nych do­ku­men­tach, zo­sta­li daw­no bez­pow­rot­nie wy­kre­śle­ni z ewi­den­cji, więc przy­naj­mniej ży­wić już nie trze­ba by­ło ich mord par­szy­wych, za­ka­za­nych. Go­ry­nycz przy­pi­sa­ny był ak­tu­al­nie do let­ni­ska re­edu­ka­cyj­ne­go K-9, z któ­re­go ni­g­dy i ni­ko­mu nie uda­ło się jesz­cze uciec. Spo­koj­na gło­wa – nie uda­ło się i Go­ry­ny­czo­wi.

Z do­ku­men­tów wy­ni­ka­ło jed­nak, że pry­snął z trans­por­tu, ni­g­dy nie do­cie­ra­jąc na no­we miej­sce prac i igr­ców na da­le­kiej pu­sty­ni Ki­rył-Krum.

Owa uciecz­ka prze­dłu­ży­ła mu au­to­ma­tycz­nie wy­rok trzy­krot­nie. Wy­glą­da­ło więc na to, że na Go­ry­ny­cza na­sze do­bro­tli­we pań­stwo bę­dzie mu­sia­ło jesz­cze przez czas ja­kiś mar­no­wać kar­to­fel­ki. Ale by je da­lej mar­no­wać, trze­ba go by­ło naj­pierw zna­leźć i we wła­ści­we miej­sce od­sta­wić.

List goń­czy za Go­ry­ny­czem zo­stał więc ro­ze­sła­ny.

Trze­cia rzecz do­ty­czy­ła ga­spo­nau­ty Her­ma­na Frun­ze, do­mnie­ma­nej ofia­ry kid­na­pin­gu na ko­smo­dro­mie Raj­ko­nur. Ar­cy­cie­ka­wa to by­ła hi­sto­ria. Frun­ze, czło­nek Kor­pu­su Ga­spo­nau­tów, we­dle ra­por­tów po­wró­cił był do­pie­ro co z se­kret­nej mi­sji or­bi­tal­nej. Przez sto pięć­dzie­siąt dni pra­co­wał na po­kła­dzie sta­cji MI­STOK-7 przy ści­śle taj­nym pro­jek­cie na­uko­wym, któ­re­go pro­mo­to­rem, twór­cą i ani­ma­to­rem był pro­fe­sor Tru­sa­wy, wscho­dzą­ca gwiaz­da na­uki go­rod­skiej. By­ło to jed­no z klu­czo­wych przed­się­wzięć Wiel­kie­go Pla­nu.

Tu spra­wa by­ła grub­sza.

W chwi­li obec­nej, jak mó­wi­ły pa­pie­ry, Frun­ze „prze­by­wał w miej­scu nie­usta­lo­nym, do któ­re­go tra­fił w rów­nie nie­usta­lo­ny spo­sób”, co czy­ni­ło je­go znik­nię­cie kwe­stią naj­wyż­szej wa­gi. MI­STOK-7 (zna­czy się Mię­dzy­pań­stwo­wa Sta­cja Or­bi­tu­ją­ca w Ko­smo­sie) oraz wszyst­ko, co dzia­ło się na jej po­kła­dzie, oto­czo­na by­ła bo­wiem ści­słą ta­jem­ni­cą. A eks­pe­ry­men­ty Tru­sa­we­go mia­ły naj­wyż­szy ze wszyst­kich prio­ry­tet, bo wy­ku­wa­ła się w nich przy­szłość na­ro­du, je­go si­ła, je­go na­dzie­ja, je­go lo­sy.

Pro­fe­sor Tru­sa­wy kon­ty­nu­ował i twór­czo roz­wi­nął dzie­ło naj­więk­sze­go go­rod­skie­go ge­ne­ty­ka, przy­rod­ni­ka i wi­zjo­ne­ra dok­to­ra Iwa­na Ło­sen­ki i czy­nił to tak chwac­ko, że gdy­by nie Oby­wa­tel Szaj­do, pro­fe­sor Tru­sa­wy mógł­by śmia­ło ubie­gać się o mia­no Naj­więk­sze­go Na­ukow­ca Oj­czy­zny. Ale trud­no prze­cież z Szaj­dą kon­ku­ro­wać, więc Tru­sa­wy mu­siał po­prze­stać na za­szczyt­nym ty­tu­le Mie­cza Przy­szło­ści.

Frun­ze zaś był jed­nym z mło­dzień­ców eli­tar­nych i sa­te­li­tar­nych, któ­rzy nad­zo­ro­wa­li pra­ce MI­STOK-a. Wy­cho­wa­ny w Szko­le Ka­de­tów, od ma­łe­go szy­ko­wa­ny był do rze­czy wiel­kich i bo­ha­ter­skich. Je­go na­głe znik­nię­cie by­ło ja­snym oraz nie­zbi­tym do­wo­dem, że kno­wa­nia agen­tu­ry ob­co­kra­jo­wej przy­bie­ra­ją na si­le. Ni­by nic w tym dziw­ne­go, bo prze­cież wszy­scy wie­dzą, że po­za gra­ni­ca­mi Go­ro­do­po­lis wię­cej jest wro­gich na­szej kra­inie grup ob­co­ję­zy­ko­wych, niż śni­ło się naj­star­szym fi­lo­lo­gom. A i po tej stro­nie gra­ni­cy tro­chę by się zna­la­zło zdra­dziej­ców par­cha­tych.

Czwar­ty do­ku­ment na­le­żał do cał­kiem in­nej ka­te­go­rii i teo­re­tycz­nie nie po­wi­nien bu­dzić żad­nych emo­cji. Był to ofi­cjal­ny akt zgo­nu nie­ja­kie­go Si­mo­no­wa, ma­tro­sa dru­giej ka­te­go­rii.

Ar­chi­wum nie mia­ło o nim zbyt wie­le do po­wie­dze­nia. Si­mo­now po­cho­dził z ubo­giej ro­dzi­ny. Tak ubo­giej, że nie stać ją by­ło na­wet na imię dla naj­młod­sze­go sy­na. Dla­te­go Si­mo­no­wa zwa­no po pro­stu Si­mo­now. We­dle da­nych De­par­ta­men­tu był on jed­ną z ofiar ka­ta­stro­fy jed­nost­ki kla­sy PO­KOP, ło­dzi pod­wod­nej „Hercz” H-217.

Po­ko­jo­we Okrę­ty Pod­wod­ne nie zo­sta­ły jesz­cze w owym cza­sie prze­zbro­jo­ne w szaj­do­tor­pe­dy i prze­zwo­jo­ne w szaj­do­sil­ni­ki. Pcha­ły je na­przód sta­ro­mod­ne tur­bi­ny, w ruch wpra­wia­ły sta­re re­ak­to­ry ato­mo­we ciek­ną­ce na po­tę­gę al­bo na­wet an­tycz­ne sto­sy pro­to­no­we, ta­kie cał­kiem sta­reń­kie, z że­liw­ny­mi drzwicz­ka­mi na ole­jo­wa­nych za­wia­sach. Nie­mi­łe rze­czy przy­da­rza­ły im się czę­sto.

H-217 za­to­nął zaś na Mo­rzu Mar­nym, nie­da­le­ko wy­brze­ży De­wa­sto­po­la, gdzie trwa­ła sro­ga woj­na z fa­na­ty­ka­mi z Cha­fga­chu­s­ta­nu, zwa­ny­mi po­tocz­nie chu­s­ta­sza­mi. Czy by­ła to awa­ria, czy wy­nik wro­gie­go ata­ku – te­go jesz­cze nie usta­lo­no. Stwier­dzo­no za to po­nad wszel­ką wąt­pli­wość, że okręt stał się te­raz stu­dwu­dzie­sto­miej­sco­wą trum­ną, spo­czy­wa­ją­cą gdzieś na szel­fie mar­no­mor­skim.

Nie to jed­nak by­ło w spra­wie Si­mo­no­wa naj­waż­niej­sze i nie ja­kaś tam ka­ta­stro­fa wy­wo­ła­ła nie­zwy­kłe wręcz za­in­te­re­so­wa­nie De­par­ta­men­tu.

Szło o rzecz po­waż­niej­szą: otóż, ja­ko się rze­kło, we­dle urzę­do­wych pa­pie­rów oraz wszel­kich zna­ków na nie­bie i zie­mi Si­mo­now był zim­nym mar­twym cia­łem w głę­bi­nach mor­skich. W ewi­den­cji fi­gu­ro­wał ja­ko „ka­te­go­ria po­bo­ru A3” – zna­czy trup. Mi­mo to do ar­chi­wum wpły­nął no­wy, DRU­GI akt zgo­nu opie­wa­ją­cy na tę sa­mą oso­bę. Nie by­ło wąt­pli­wo­ści, bo in­ne szcze­gó­ły się zga­dza­ły co do jo­ty: syn Ti­mu­ra i Ga­maj­dy, uro­dzo­ny w Ko­był­ce, okręg sza­ra­szań­ski, lat dwa­dzie­ścia sie­dem, zna­ki szcze­gól­ne: dwie bli­zny od szpa­dla na le­wej ło­pat­ce. Ru­ty­no­wa re­je­stra­cja pró­bek DNA, któ­rej do­ko­na­no przed roz­po­czę­ciem ma­new­rów „Ju­nak” na po­li­go­nie w Pa­ła­se­mi­tyń­sku, do­wo­dzi­ła nie­zbi­cie, że Si­mo­now – choć od pół ro­ku trup – znaj­do­wał się znów w re­je­strze flo­ty. Ty­le tyl­ko, że za­miast słu­żyć na jed­no­st­ce H-217, przy­dział miał te­raz na H-240.

Ozna­czać to mo­gło kil­ka rze­czy. Na przy­kład: w kra­inie na­szej do­szło do cu­du nie­sły­cha­ne­go i zmar­twych­wsta­nia – co sa­mo w so­bie by­ło nie­po­ko­ją­ce, bo wy­obraź­cie so­bie: gdy­by tak sztu­kę po­wsta­wa­nia z mar­twych opa­no­wa­ła ja­kaś gru­pa Nie­przy­ja­ciół Lu­du! Hań­ba!

Al­bo ina­czej: ja­ko­wyś szpieg prze­chy­try i nie­sły­cha­nie szczwa­ny ubił w ja­kiś zna­ny tyl­ko so­bie spo­sób nie­szczę­sne­go ma­tro­sa, po czym ob­lekł się w je­go toż­sa­mość i se­kre­ty Go­ro­do­po­lis pe­ne­tro­wał al­bo Wiel­ki Plan tor­pe­do­wał. Gro­za!

Lub wresz­cie: jest ja­kiś nie­po­rzą­dek w do­ku­men­tach, ja­kiś błąd, nie­dbal­stwo, po­dwój­nie fał­szy­wy za­pis do­ty­czą­cy aku­rat Si­mo­no­wa (w koń­cu Si­mo­no­wów u nas do­sta­tek). Przy­zna­cie sa­mi, że ta trze­cia moż­li­wość by­ła naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ca! Tam, gdzie po­rząd­ku w do­ku­men­tach brak, tam z kra­ju szyb­ko zo­sta­nie wrak – mó­wi go­rod­skie przy­sło­wie.

Nic więc dziw­ne­go, że naj­wyż­sze czyn­ni­ki pań­stwo­we i na­uko­we ży­wo za­in­te­re­so­wa­ły się ta­jem­ni­cą nad­mier­nie ży­wot­ne­go (a ak­tu­al­nie – po­dwój­nie mar­twe­go) ma­tro­sa. Za­szu­mia­ły spec­de­pe­sze, za­brzę­cza­ły te­le­gra­ficz­ne dru­ty, za­stu­ka­ły te­lek­sy, a we­wnętrz­na sieć De­par­ta­men­tu dy­go­ta­ła w takt prze­sy­ła­nych ze zdwo­jo­ną mo­cą bi­tów. Aby wy­ja­śnić ta­jem­ni­cę po­dwój­ne­go zgo­nu Si­mo­no­wa, nasz De­par­ta­ment Żan­dar­mów Wol­no­ści (zna­ny w skró­cie ja­ko DE­ŻA­WI) od­de­le­go­wał do dzia­łań w te­re­nie dwu­dzie­stu dwóch funk­cjo­na­riu­szy.

Ża­den nie wró­cił. •

Rozdział III

W stepie szerokim Admirał Port-Artur

A Z SI­MO­NO­WEM BY­ŁO tak: za­czę­ło się kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, na po­li­go­nie w Pa­ła­se­mi­tyń­sku. Dzień był czy­sty, sło­necz­ny i ja­sny, Dwu­dzie­sta Flo­ta Mar­no­mor­ska od­by­wa­ła ma­new­ry lą­do­we. By­ło to wśród bu­rza­nów, by­ło to na ste­pie.

Go­ści­ny mor­skim ju­na­kom uży­czy­ła Czter­dzie­sta Pią­ta Ar­mia Pan­cer­na (gwar­dyj­ska), i tak tan­ko­drom w Pa­ła­se­mi­tyń­sku stał się na czas ja­kiś no­wym do­mem ma­tro­sów – wśród nich ma­tro­sa Si­mo­no­wa.

Od ra­na za­ło­ga pod­wod­ne­go okrę­tu „Hercz” H-240 ćwi­czy­ła głę­bo­kie za­nu­rze­nie w po­ko­nie. Po­kon stał na środ­ku py­li­stej ko­tlin­ki i le­d­wo mie­ścił stu dwu­dzie­stu lu­da. Dzie­lił się na czte­ry ko­mo­ry – tor­pe­do­wą, głów­ną, ma­szy­now­nię i mo­stek. Ko­mo­ry dzie­li­ły się zaś na po­zio­my. W tor­pe­do­wej rzą­dził i dzie­lił star­szy fe­jer­wer­ker Ołyp­ko, w ma­szy­now­ni me­chan­mat Kar­pow, a z most­ka do­wo­dził ka­pi­tan-ko­mo­dor­les­ser Du­chawsz­czyk. Ma­tros Si­mo­now słu­żył bez­po­śred­nio pod Ołyp­ką wła­śnie. Z ran­gi był tyl­ko ma­tro­sem, ale z cha­rak­te­ru – po­da­wa­czem tor­ped z jasz­czy. Od te­go miał tę­ży­znę, mu­sku­la­tu­rę i po­wa­ża­nie.

Ćwi­cze­nia w po­ko­nie nie by­ły ła­twe. Pod­wod­ny Kon­te­ner Na­ziem­ny mniej­szy jest od ty­po­wej po­ko­jo­wej ło­dzi pod­wod­nej, aby ćwi­cze­nia by­ły trud­niej­sze, a oszczęd­ność ma­te­ria­łu więk­sza. War­to przy tym za­uwa­żyć, że na­sza mi­łu­ją­ca po­kój kra­ina po­sia­da tyl­ko po­ko­jo­we okrę­ty pod­wod­ne oraz obron­ne okrę­ty pod­wod­ne. Te pierw­sze, jak już wie­cie, zwa­ne są PO­KOP-ami. Te dru­gie two­rzą osob­ną kla­sę: OBOP.

Głę­bo­kie za­nu­rze­nie by­ło z wsze­la­kich ćwi­czeń naj­trud­niej­sze, bo szyb­kość li­czy­ła się w nim nie­sły­cha­nie. W koń­cu cóż za po­ży­tek z naj­bar­dziej na­wet po­ko­jo­we­go i obron­ne­go okrę­tu pod­wod­ne­go, je­śli wróg go zdy­bie na po­wierzch­ni lub tuż pod po­wierzch­nią, a na do­da­tek ob­ło­ży bom­ba­mi.

Wa­gi te­go­rocz­nym ma­new­rom do­da­wa­ła obec­ność naj­wyż­szych szarż Po­ko­jo­wej Ma­ry­nar­ki Go­ro­do­po­lis.

Był tu ge­ne­rał Izwiest­nyj, do­wód­ca Po­ko­jo­wych Wojsk De­san­to­wo--Sztur­mo­wych, był i kontr­ad­mi­rał Su­cha­row, szef służb kwa­ter­mi­strzow­skich, ale na­de wszyst­ko był sam ad­mi­rał Port-Ar­tur, mąż sław­ny i bit­ny. On to na cze­le flo­ty od­zy­skał dla Go­ro­do­po­lis utra­co­ne wie­ki te­mu na rzecz sko­śno­okich Ki­ca­jów Wy­spy Ka­dryl­skie. Wszyst­kie czte­ry! Jed­nym, po­ko­jo­wym ude­rze­niem Flo­ty Da­le­ko­wschod­niej! By­ło to cał­kiem nie­daw­no, w po­cząt­kach ery szaj­do­wej, gdy jesz­cze pół­głów­kom z da­le­kich kra­jów zda­wa­ło się, że moż­na z na­mi w kli­pę po­gry­wać i od­ma­wiać speł­nie­nia po­ko­jo­wych żą­dań po­wro­tu ziem utra­co­nych do ma­cie­rzy. Ad­mi­rał Port-Ar­tur był jed­nym z tych, któ­rzy po­ka­za­li wro­gim po­kra­kom, gdzie ra­ki zi­mu­ją! Na­zy­wa­no go na­wet (słusz­nie!) Po­grom­cą Ki­ca­jów.

Nic dziw­ne­go, że przed ta­ką pu­blicz­no­ścią każ­dy chciał się po­ka­zać i wy­ka­zać, prę­żył za­tem mło­dy duch jak stal.

Sko­ro świt roz­po­czę­ły się więc zma­ga­nia. Za­ło­ga dwie­ście czter­dziest­ki sie­dzia­ła we­wnątrz po­ko­nu, a ma­tro­sy z brat­niej dwie­ście czter­dziest­ki je­dyn­ki ota­cza­ły kon­te­ner szczel­ną ty­ra­lie­rą. Jed­ni mie­li wia­dra, in­ni garn­ki, a jesz­cze in­ni – praw­dzi­we po­le­wacz­ki.

Na roz­kaz do­wód­cy eska­dry roz­po­czy­na­ło się po­le­wa­nie.

Aby po­jąć mą­drość ćwi­czeń w pod­wod­nych kon­te­ne­rach na­ziem­nych, mu­si­cie wie­dzieć, że po­jem­ni­ki owe wca­le nie są do­sko­na­le szczel­ne. Po praw­dzie, to jed­nym z naj­pięk­niej­szych ar­mij­nych wi­do­ków po­li­go­no­wych jest ten, któ­ry we wnę­trzu pu­ste­go po­ko­nu moż­na uj­rzeć, daj­my na to, w moc­no sło­necz­ny dzień. Wy­obraź­cie so­bie, ko­cha­ni, że wkra­cza­cie do wnę­trza ta­kie­go bla­sza­ne­go smo­ka. Nie czyń­cie te­go z otwar­ty­mi ocza­mi. War­to po­cze­kać. Bo gdy człek sta­nie po­środ­ku ćwi­czeb­nej ła­dow­ni i do­pie­ro wte­dy śli­pia roz­two­rzy, wte­dy zo­ba­czy.

Oto set­ki świetl­nych ni­ci wy­strze­lo­nych ze wszyst­kich stron. Oto krzy­żu­ją się w po­wie­trzu jak smu­gi re­flek­to­rów szpe­ra­czy obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej nad Go­ro­do­po­lis. Tu ma­leń­kie płat­ki rdzy ma­je­sta­tycz­nie opa­da­ją ku pod­ło­dze, tam po­wietrz­ny prąd pły­ną­cy z ja­kie­goś więk­sze­go otwo­ru w ścia­nie po­ru­sza pro­por­czy­ka­mi, któ­ry­mi ozna­czo­no wszyst­kie ćwi­czeb­ne sta­no­wi­ska. Tak wła­śnie pro­mie­nie słoń­ca wpa­da­ją do wnę­trza po­ko­nu przez nie­zli­czo­ne ma­leń­kie dziu­reń­ki. Du­szę czło­wie­ka ogar­nia wte­dy ja­kaś uro­czy­sta pod­nio­słość, bo pięk­ne to wszyst­ko, aż dech za­pie­ra, cał­kiem jak­by znie­nac­ka sta­nąć po­środ­ku cer­kwi Szczwa­ne­go Je­rze­go, bra­ku­je tyl­ko świę­tych graf­fi­cjów na ścia­nach.

Na cóż, za­py­ta­cie, w Pod­wod­nym Kon­te­ne­rze Na­ziem­nym ty­le otwo­rów wsze­la­kich? (Mię­dzy na­mi – we flo­cie fa­cho­wo mó­wi się na nie „prze­strze­li­ny”, bo otwar­te są na prze­strzał). Ano wła­śnie po to, by jak na­le­ży ćwi­czyć szyb­kie za­nu­rze­nie.

Naj­le­piej przed­sta­wić to na przy­kła­dzie, zo­stań­my więc w ów sło­necz­ny dzień na tan­ko­dro­mie w Pa­ła­se­mi­tyń­sku, gdzie czter­na­ste­go dnia mie­sią­ca kwi­czeń, w nie­wiel­kiej ste­po­wej ko­tlin­ce peł­nej kwie­cia w ko­lo­rze krwaw­ni­ka za­ło­ga dwie­ście czter­dzie­sta pierw­sza po­ma­ga­ła w za­nu­rze­niu za­ło­dze dwie­ście czter­dzie­stej.

Na­przód więc trąb­ki sy­gna­ło­we: od­zy­wa­ły się gło­śno i świ­dru­ją­co, zwy­kle do­pie­ro po roz­po­czę­ciu ope­ra­cji, bo za­sko­cze­nie też by­ło jed­nym z tre­no­wa­nych ele­men­tów. Kie­dy ostat­nie to­ny wy­brzmie­wa­ły w świe­żym po­wie­trzu po­ran­ka, stru­gi wo­dy z po­le­wa­czek ar­mij­nych daw­no już wa­li­ły o ścia­ny po­ko­nu.

Ju­na­cy z dwie­ście czter­dzie­stej pierw­szej zwi­ja­li się jak w ukro­pie, po­le­wa­jąc kon­te­ner za­war­to­ścią wia­der po­da­wa­nych spraw­nie z tyl­nych sze­re­gów. Wo­da zaś spły­wa­ła po bla­sza­nych ścia­nach, zbie­ra­ła się na dnie ko­tlin­ki, ale przez prze­strze­li­ny w po­ko­nie jej stru­gi do­sta­wa­ły się tak­że do we­wnątrz. Tam zaś trwa­ła wal­ka z ży­wio­łem: char­cza­ły prze­no­śne mo­to­pom­py, char­czał i nie­je­den czer­pią­cy wo­dę ma­tros; zgrzy­ta­ły łań­cu­chy wie­lo­krąż­ków, zgrzy­tał zę­ba­mi i nie­je­den ofi­cer.

Za­da­nie by­ło pro­ste: wy­le­wać wo­dę na ze­wnątrz rów­nie szyb­ko, jak do­sta­wa­ła się do środ­ka. Pó­ki kon­te­ner ata­ko­wa­ny był je­dy­nie rę­ka­mi i wia­dra­mi dwie­ście czter­dzie­stej pierw­szej, uda­wa­ło się to bez tru­du. Gdy do bo­ju ru­szy­ły ar­mij­ne po­le­wacz­ki, rzecz sta­ła się trud­niej­sza i le­d­wie na­dą­ża­no. Chło­pa­ki z dol­nych ko­mór sta­ły już po ko­la­na w bru­nat­nej to­pie­li, ale dy­cha­ły jesz­cze bez­tro­sko. Każ­dy miał w dło­niach re­gu­la­mi­no­wy czer­pak, któ­rym za­czerp­nię­tą wo­dę po­da­wał wy­żej, po­tem na­stęp­ni ju­na­cy prze­ka­zy­wa­li ją da­lej, a sztur­mow­cy z dru­ży­ny pie­cho­ty mor­skiej wy­le­wa­li wszyst­ko na ze­wnątrz zgrab­ny­mi służ­bo­wy­mi wy­le­wa­ka­mi. Sztur­mow­cy pia­sto­wa­li tę od­po­wie­dzial­ną ro­lę, gdyż by­li naj­szyb­si i naj­bar­dziej wy­trzy­ma­li.

Wte­dy jed­nak roz­po­czął się de­cy­du­ją­cy etap ćwi­czeń – sil­ny­mi stru­ga­mi blu­znę­ły sto­ją­ce wo­kół bo­jo­we wo­do­bit­nie, sta­lo­we po­two­ry tło­czą­ce w try mi­ga lo­do­wa­te hek­to­li­try. Wszyst­ki­mi otwo­ra­mi w kon­te­ne­rze wo­da wa­li­ła jak osza­la­ła, a jej po­ziom pod­no­sił się szyb­ko i nie­ubła­ga­nie.

– Szyb­ciej! Szyb­ciej! Jesz­cze szyb­ciej! – po­ga­niał za­ło­gę ka­pi­tan-ko­mo­dor­les­ser Du­chawsz­czyk.

– Qu­er­wa, qu­er­wa, o żesz qu­er­wa! – prze­kła­da­li je­go po­le­ce­nia na ję­zyk pro­stych ma­tro­sów ofi­ce­ro­wie.

Wo­dy gwał­tow­nie przy­by­wa­ło. Wy­tę­żo­ne do gra­nic moż­li­wo­ści ra­mio­na po­czy­na­ły omdle­wać, ale nikt w tru­dzie ćwi­czeb­nym nie usta­wał. Już na naj­niż­szym po­kła­dzie bu­re fa­le usta ma­tro­sów za­le­wa­ły, już kil­ka głów pod po­wierzch­nią znik­nę­ło, już po­wie­trze w po­ko­nie wy­py­cha­ne od do­łu przez wzbie­ra­ją­cą to­piel ro­bi­ło się nie­bez­piecz­nie ma­ło przy­ja­zne i ja­kieś ta­kie do skra­ju moż­li­wo­ści wy­od­dy­cha­ne.

Ma­tros Si­mo­now był wśród ob­sa­dy dru­gie­go po­zio­mu, ale i tu do­tarł ży­wioł, któ­ry po­czy­nał so­bie co­raz śmie­lej. Z te­go, co za­uwa­żył ma­tros, by­ły to po­czy­na­nia za­bój­cze, bo trzech ju­na­ków z naj­niż­sze­go po­zio­mu już na do­bre za­tch­nę­ło się pły­nem, a ich mar­twe cia­ła dry­fo­wa­ły te­raz bez­ład­nie po po­wierzch­ni.

Był to do­bry omen, bo zna­czy­ło to, iż ma­new­ry prze­bie­ga­ją re­gu­la­mi­no­wo. Zgod­nie z ar­mij­ny­mi za­sa­da­mi za­ło­ga otrzy­my­wa­ła za ćwi­cze­nia oce­nę „do­bry”, gdy zgi­nę­ło w ich trak­cie do pię­ciu pro­cent sta­nu oso­bo­we­go ło­dzi. Kie­dy zgi­nę­ło od pię­ciu do dzie­się­ciu pro­cent – oce­na pod­ska­ki­wa­ła na „bar­dzo do­bry”. A kie­dy nie zgi­nął nikt, wte­dy uzna­wa­no, że za­ło­ga ob­la­ła su­chą za­pra­wę w po­ko­nie, anu­lo­wa­no więc ćwi­cze­nie i na­ka­zy­wa­no je prze­pro­wa­dzić od po­cząt­ku.

Twar­de to by­ły za­sa­dy, lecz słusz­ne, bo na­sze. Je­dy­ną wszak dro­gą eli­mi­na­cji ma­te­ria­łu bez­war­to­ścio­we­go jest nie­ustan­ne śru­bo­wa­nie norm, a chłyst­ków to­ną­cych na­wet na ćwi­cze­niach, pod by­le po­zo­rem, wca­le nam we flo­cie nie trze­ba.

Gdy wo­da za­la­ła wresz­cie ca­ły po­ziom dru­gi, ma­tros po­le­cił swą du­szę Szczwa­ne­mu Je­rze­mu i skon­cen­tro­wał się z ca­łych sił na re­gu­lar­nym nie­od­dy­cha­niu. Wo­kół zro­bi­ło się na­raz spo­koj­nie, jak to by­wa pod wo­dą. Wszyst­ko zwol­ni­ło – tyl­ko gdzieś tam, w gó­rze, trwa­ła jesz­cze wal­ka, aż wresz­cie wszel­ki ruch ustał. Ca­ły po­kon wy­peł­nił się po brze­gi bru­nat­ny­mi hek­to­li­tra­mi oraz cia­ła­mi ma­tro­sów: ży­wych i umar­łych.

Chwi­le cią­gnę­ły się jak stu­le­cie, ból w uszach i płu­cach na­ra­stał. Si­mo­now do­zna­wał dziw­ne­go uczu­cia – jak­by ba­lan­so­wał na kra­wę­dzi bez­den­nej prze­pa­ści, pró­bu­jąc od­wró­cić się, uciec, ale bez­sku­tecz­nie. Jak­by wiel­ka nie­wi­dzial­na dłoń się­ga­ła z ot­chła­ni, za­ci­ska­ła się na je­go gar­dle i cią­gnę­ła w dół. Jak­by za­stygł w tym wła­śnie mo­men­cie na wie­ki – już nie sto­jąc, ale jesz­cze nie spa­da­jąc.

A po­tem ude­rzył go blask dnia.

Bocz­na ścia­na po­ko­nu opa­dła z hur­go­tem na zie­mię. Ju­na­cy z dwie­ście czter­dzie­stej pierw­szej od­ry­glo­wa­li ją pio­ru­nem, kie­dy tyl­ko trąb­ki oznaj­mi­ły ko­niec ćwi­czeń. Za­ło­ga H-240 le­ża­ła te­raz roz­rzu­co­na na ste­pie, w ka­łu­żach męt­nej wo­dy, jak sta­do ryb wy­rzu­co­nych na brzeg, a rach­mistrz Flo­ty Mar­no­mor­skiej ra­cho­wał skrzęt­nie, by ogło­sić po chwi­li, że stra­ty wy­nio­sły rów­no dzie­sięć pro­cent sta­nu oso­bo­we­go za­ło­gi. Zna­czy uby­ło ma­tro­sów dwu­na­stu, zna­czy wy­nik na­le­ży uznać za ce­lu­ją­cy!

Si­mo­now klę­czał wła­śnie nie­opo­dal po­ko­nu, wy­rzy­gu­jąc nad­miar wo­dy z płuc, gdy zza grzbie­tu wzgó­rza wy­sko­czył by­stry szaj­do­ła­zik do­wódz­twa.

Uno­sił się pół me­tra nad zie­mią, bur­ty miał lśnią­ce, a za­ło­gę do­bo­ro­wą: przy­by­li nim ad­mi­rał Port-Ar­tur i kontr­ad­mi­rał Su­cha­row.

Ad­mi­rał zna­ny był z su­mia­ste­go, nie­re­gu­la­mi­no­we­go wą­sa oraz nie­by­wa­łe­go po­czu­cia hu­mo­ru. Do­bry był z nie­go prze­ło­żo­ny, ludz­ki po­nad mia­rę, ni­g­dy nie prze­ga­pił oka­zji, by ze zwy­kłym ma­tro­sem po­żar­to­wać, ma­chor­ki-ma­ri­hu­or­ki za­ku­rzyć, o ro­dzi­nę wy­py­tać, za pra­cę dla oj­czy­zny po­chwa­lić.

Dla każ­dej flo­ty miał przy tym in­ny żar­cik se­man­tycz­ny, któ­rym czę­ste wi­zy­ta­cje uroz­ma­icał. Na przy­kład od­wie­dza­jąc po­kła­dy okrę­tów Dwu­dzie­stej Flo­ty Mar­no­mor­skiej, ni­g­dy nie omiesz­kał rzu­cić fi­glar­nie:

– Nu, jak tam, u was, chło­pa­ki, z mo­rzem?

– Mar­nie, oby­wa­te­lu ad­mi­ra­le, mar­nie! – z uśmie­chem od­wza­jem­nia­li żart ma­tro­si.

Nie ina­czej by­ło i tym ra­zem. Jesz­cze szaj­do­ła­zik nie zdą­żył na do­bre się za­trzy­mać, a już ad­mi­rał raź­no z nie­go wy­sko­czył i za­ma­szy­stym kro­kiem ru­szył ku za­ło­dze H-240. Chwi­lo­wo by­ła ona nie­zdol­na do re­gu­la­mi­no­wej zbiór­ki w dwu­sze­re­gu, bo jej człon­ko­wie al­bo le­że­li roz­rzu­ce­ni po oko­li­cy, al­bo pró­bo­wa­li do­pie­ro wstać, jak Si­mo­now. Ad­mi­ra­ło­wi to jed­nak nie prze­szka­dza­ło. Te­go po­kle­pał po ra­mie­niu, tam­te­mu po­pra­wił mo­krą chu­s­tę pod szy­ją, jesz­cze in­ne­mu wy­mie­rzył lek­kie­go kuk­sań­ca, wo­ła­jąc:

– A to ci ry­beń­ki mo­je, naj­droż­sze!

I uwi­jał się ni­by pa­ni mat­ka mię­dzy ma­tro­sa­mi, któ­rym sam je­go wi­dok do­da­wał na­tych­miast sił, żwa­wiej więc się pod­no­si­li, a nie­któ­rzy po chwi­li sta­wa­li na­wet w po­sta­wie za­sad­ni­czej.

Za ad­mi­ra­łem kro­czył kontr­ad­mi­rał Su­cha­row, z wiel­ką płó­cien­ną tor­bą prze­wie­szo­ną przez ra­mię. Ten wi­dok roz­ra­do­wał ju­na­ków jak nic in­ne­go w świe­cie! Do tra­dy­cji ar­mij­nej na­le­ża­ło bo­wiem, że głów­ny kwa­ter­mistrz oso­bi­ście na­gra­dza naj­lep­szą za­ło­gę ma­new­rów do­dat­ko­wy­mi ra­cja­mi i spe­cja­ła­mi. Wi­dok Su­cha­ro­wa z tor­bisz­czem ozna­czał za­tem, że „Hercz” H-240 wy­grał dzi­siej­szą ry­wa­li­za­cję z in­ny­mi za­ło­ga­mi – i tak rze­czy­wi­ście by­ło.

Ka­pi­tan-ko­mo­dor­les­ser Du­chawsz­czyk aż po­kra­śniał z du­my, gdy ad­mi­rał Port-Ar­tur wrę­czył mu prze­chod­nią ga­łąz­kę Przo­dow­ni­ka Ćwi­czeń. Ozna­cza­ło to, że aż do ju­trzej­sze­go po­ran­ka za­ło­ga je­go okrę­tu zwol­nio­na jest z in­nych za­jęć, mo­że się za­tem od­dać re­kre­acji i edu­ka­cji w ko­sza­rach po­lo­wych.

Ma­tro­som tak­że du­ma prze­peł­nia­ła pier­si, ale po praw­dzie bar­dziej ucie­szy­li się z roz­da­wa­nych przez Su­cha­ro­wa fry­ka­sów. Cze­go tam nie by­ło! Luk­su­so­we kar­to­fel­ki naj­wyż­szej kla­sy, o skór­ce de­li­kat­nej i żół­ciut­kiej; pysz­ny sok ziem­nia­cza­ny w pusz­kach i pra­żo­ne otrę­by na za­ką­skę; pacz­ki su­szo­ne­go ka­pu­śnia­ku z ka­szą, no i wresz­cie jed­no­ra­zo­we ma­nier­ki z gu­rzał­ką.

Mia­ry zwy­cię­stwa do­peł­ni­ły dwie do­rod­ne cy­bu­le, wrę­czo­ne oso­bi­ście do­wód­cy „Her­cza” H-240. Du­chawsz­czyk chwy­cił je zręcz­nie za wy­ro­śnię­ty jak na­le­ży szczy­pior, uniósł w gó­rę ni­by ob­cię­te gło­wy wro­gów, a za­ło­ga bi­ła bra­wo, gwiz­da­ła i po­hu­ki­wa­ła. Na­wet ad­mi­rał Port-Ar­tur przy­łą­czył się do owa­cji, choć kla­ska­niem miał prze­cież obrzę­kłe pra­wi­ce, gdyż od ra­na do wie­czo­ra obo­wiąz­ki zmu­sza­ły go do na­gra­dza­nia róż­nych jed­no­stek za róż­ne osią­gnię­cia.

Po­tem trąb­ki ar­mij­ne za­gra­ły sy­gnał „ko­niec ćwi­czeń” i szaj­do­ła­zik uniósł do­wódz­two w in­ne miej­sce tan­ko­dro­mu, a do­kład­nie w kie­run­ku wież spa­do­chro­no­wych, gdzie Trzy­na­sta Flo­ta Po­wietrz­na ćwi­czy­ła sko­ki bez spa­do­chro­nu. •

Rozdział IV

Druga śmierć matrosa Simonowa Gwiazda

RADO­ŚCI BY­ŁO co nie­mia­ra, gdy ju­na­cy z „Her­cza” H-240 ru­szy­li w dro­gę po­wrot­ną z tan­ko­dro­mu do przy­tul­nych zie­mia­nek w po­lo­wych ko­sza­rach. Ma­sze­ro­wa­li, śpie­wa­jąc ar­mij­ne ku­ple­ty: o ba­bie por­to­wej, co wiel­ką du­pę mia­ła i każ­de­mu da­wa­ła; o tym, że wro­gom na­szej kra­iny daw­no te­mu po­gni­ły jaj­ca; o ol­brzy­mim ma­tro­sie zwa­nym Ka­mu­fla­żem, któ­ry wy­no­sił no­ca­mi ran­nych dru­hów spod ostrza­łu, choć sam daw­no te­mu zgi­nął i za­mie­nił się w du­cha. Ale naj­czę­ściej śpie­wa­li hymn Dwu­dzie­stej Flo­ty Mar­no­mor­skiej za­czy­na­ją­cy się od słów: „Fa­la na­sza za­le­je od­le­gły ho­ry­zont”.

Sto czter­dzie­ści sie­dem ra­zy go prze­śpie­wa­li, nim do­szli na miej­sce.

Słoń­ce tym­cza­sem zmie­ni­ło się w po­po­łu­dnio­we i co­raz dłuż­sze cie­nie za­czę­ły kłaść się nad ko­sza­ra­mi po­lo­wy­mi. Mi­mo to wciąż go­rąc pa­no­wał okrut­ny, więc więk­szość za­ło­gan­tów zrzu­ci­ła bo­jo­we ła­chy, za­mie­nia­jąc się w gro­ma­dę pół­na­gich, roz­do­ka­zy­wa­nych bycz­ków. Jed­ni spa­li w zie­mian­kach, na gra­na­to­wych gu­mo­wa­nych płasz­czach sztor­mo­wych, dru­dzy koń­czy­li pa­ła­szo­wa­nie sma­ko­ły­ków wrę­czo­nych przez kwa­ter­mi­strza Su­cha­ro­wa, in­ni wy­bra­li ar­mij­ne gry ru­cho­we.

Na nie­wiel­kim piasz­czy­stym bo­isku Trze­cia Dru­ży­na Ognio­wa gra­ła w rę­ko­no­gę z Dru­gą Na­wi­ga­cyj­ną. Za­sa­dy by­ły pro­ste: każ­dy z ma­tro­sów mógł przy prze­bi­ja­niu pił­ki za siat­kę do­tknąć jej by­le czym i ile chciał ra­zy, a jak już do­tknął i po­dał, szyb­ko gnał pod siat­ką na dru­gą stro­nę, by któ­re­goś z dru­ży­ny prze­ciw­nej zdzie­lić ku­ła­kiem w twarz al­bo łok­ciem pod że­bro. Do­bry sport, jak ma­wiał oby­wa­tel ge­ne­rał Izwiest­nyj, to ta­ki, w któ­rym jak w ży­ciu: nie ma żad­nych re­guł, a kto ga­pa – ten do­sta­je znie­nac­ka po ry­ju.

„Był to do­bry dzień, spę­dzo­ny na do­brej służ­bie, wśród do­brych dru­hów” – po­my­ślał ma­tros Si­mo­now, któ­ry przy­siadł nie­co z bo­ku, grze się przy­pa­try­wał i ka­ra­bin czy­ścił.

Ju­tro za­ło­gę cze­ka­ły za­wo­dy śle­po­strze­lec­kie, w któ­rych udział mie­li wziąć naj­lep­si snaj­pe­rzy okrę­to­wi. W tym ro­ku za­szczyt ten przy­paść miał Si­mo­no­wo­wi oraz Czar-Cza­jo­wi i Czaj-Cza­ro­wi, dwóm bra­ciom z Au­to­no­micz­nej Żmur­łac­kiej Re­pu­bli­ki Go­rod­skiej. Jak wszy­scy Żmur­ła­cy sły­nę­li oni ze zręcz­no­ści w po­słu­gi­wa­niu się bro­nią bia­łą oraz wie­lo­pa­ła­mi wszel­kiej ma­ści.

Z po­cząt­ku cięż­ko by­ło ma­tro­so­wi przy­wyk­nąć do ich nie­ty­po­wej po­wierz­chow­no­ści: twa­rze mie­li pła­skie, skó­rę mie­dzia­ną, oczy krzy­we, jak u Ki­ca­jów. W czar­ne wło­sy wpla­ta­li łu­ski po wy­strze­lo­nych na­bo­jach, a cia­ła sma­ro­wa­li oleum ste­po­wym, wy­ci­ska­nym z zia­ren doj­rza­łych traw.

Dla­cze­go aku­rat do flo­ty obaj się zgło­si­li, za­miast jak in­ni Żmur­ła­cy po­strach siać w ka­wa­le­rii lub gór­skich sta­nic pil­no­wać – nikt nie wie­dział. Zra­zu pod­śmie­wa­no się z nich na­wet, że ni­by ma­ło na ma­tro­sów pa­su­ją, pó­ki w ogniu wal­ki nie oka­za­ło się, że obaj są przo­dow­ni­ka­mi po­śród sztur­mow­ców mor­skiej pie­cho­ty. Si­mo­now na wła­sne oczy wi­dział, jak pod­czas po­je­dyn­ku z wro­gi­mi sa­mo­lo­ta­mi bra­cia Cza­ry-Ma­ry (tak ich po­tocz­nie zwa­no) roz­wa­li­li cel­nym ostrza­łem z ma­łe­go dział­ka aż pięć wro­gich ma­szyn, a by­ły to naj­now­sze my­śliw­ce bom­bar­du­ją­ce chu­s­ta­szy, ty­pu As­sam-Alej­kum.

Jesz­cze więk­szą sła­wę – nie tyl­ko we flo­cie – przy­nio­sła żmur­łac­kim chwa­tom ak­cja abor­da­żo­wa pod­czas ata­ku na bu­rec­ki lot­ni­sko­wiec „Pcham-Tam-Chan”. Rzu­ci­li się na­on­czas sa­mo­dwaj na bur­tę wra­że­go okrę­tu i wy­rą­ba­li so­bie dro­gę przez sta­lo­we gro­dzie zwy­kły­mi kin­dża­ła­mi z sa­za­reń­skiej sta­li, ja­kie wszy­scy uczci­wi Żmur­ła­cy, koń­cząc lat dwa­na­ście, od oj­ców do­sta­ją.

„A ja nic od oj­ca nie do­sta­łem” – za­du­mał się Si­mo­now.

Z rzad­ka zda­rza­ło mu się my­śleć o ro­dzin­nym do­mu, a jak już zda­rza­ło, to nie miał za bar­dzo o czym my­śleć, bo nie­wie­le pa­mię­tał. Nie był pod tym wzglę­dem wy­jąt­kiem, bo ma­ło któ­ry z chło­pa­ków wspo­mnie­nia ta­kie pie­lę­gno­wał. Nie zmie­nia­ło to fak­tu, że na­wet na tle in­nych za­po­mi­nal­skich ma­tros Si­mo­now wy­da­wał się wy­jąt­ko­wo nie­pa­mię­tli­wy.

Oczy­wi­ście znał za­war­tość ofi­cjal­nych do­ku­men­tów, ty­le tyl­ko, że nie­spe­cjal­nie kle­iły mu się z tym, co nie­ofi­cjal­ne, zna­czy wspo­mnie­niem wła­snym.

Imię oj­ca? Ti­mur. Imię mat­ki? Ga­maj­da. Naj­młod­szy w ro­dzi­nie? Pew­nie i tak, ale bra­ci żad­nych ani sióstr nie pa­mię­tał. W je­go gło­wie po­ja­wia­ły się dzie­cię­ce twa­rze, lecz do ko­go na­le­ża­ły, nie spo­sób by­ło po­wie­dzieć. Ti­mur. Ga­maj­da. Ga­maj­da. Ti­mur. Oj­ciec chy­ba był wy­so­ki, a mat­ka ra­czej niż­sza. A mo­że na od­wrót?

Si­mo­now pa­mię­tał za to do­brze przed­szko­le flo­ty: dłu­gie zim­ne ko­ry­ta­rze, gi­gan­tycz­ne sa­le gim­na­stycz­ne, gwar­ną sto­łów­kę, ba­se­ny tre­nin­go­we, strzel­ni­ce, ko­mo­ry ke­so­no­we. Ale jak tam tra­fił? Nie wie­dział. Kie­dy? Te­go rów­nież. Na pew­no wcze­śniej niż póź­niej, bo do któ­re­go by wcze­sne­go wspo­mnie­nia nie się­gnął, tra­fiał za­wsze na po­nu­re ob­ra­zy ce­gla­ne­go kar­ce­ru z czar­ną zim­ną wo­dą, sta­lo­wych drzwi z wiel­ką za­su­wą, ćwi­czeń bez koń­ca, musz­try bez koń­ca, bó­lu bez koń­ca i bez po­cząt­ku.

Cza­sem roz­ma­wiał o tym z in­ny­mi ucznia­mi – praw­da, że rzad­ko. Nie by­li ta­cy jak on. No­si­li w gło­wach przy­naj­mniej garść ob­raz­ków z ro­dzin­nej prze­szło­ści – ja­kieś za­ma­za­ne twa­rze, dzie­cię­ce wóz­ki na wiel­kich, szpry­cho­wa­nych ko­łach, chy­bo­tli­we huś­taw­ki, traw­ni­ki, ław­ki, cza­sa­mi kwia­ty. Al­bo na­haj­ki, wro­gie gry­ma­sy, pi­jac­kie krzy­ki, ra­zy i siń­ce, krwa­wią­ce ra­ny, dzi­kie spoj­rze­nia.

Nie­waż­ne. Mie­li w gło­wach coś.

Si­mo­now nie miał ni­cze­go.

Ti­mur i Ga­maj­da. „Jak wy­glą­da­łaś, ma­teń­ko? Czym się zaj­mo­wa­łeś, oj­cze? Ja uro­dzi­łem się w Ko­był­ce. Chy­ba. A wy gdzie? Tak­że w niej? W okrę­gu sza­ra­szań­skim? A ja­ki on jest: ni­zin­ny, wy­żyn­ny, pusz­czań­ski czy ste­po­wy? To chy­ba strasz­nie da­le­ko stąd, spraw­dzić sa­me­mu nie spo­sób, służ­ba nie druż­ba. Czy tam wła­śnie jest wasz dom? Mój dom?”.

Ma­tros Si­mo­now sie­dział tak i roz­my­ślał, gu­rzał­kę z ma­nier­ki jed­no­ra­zo­wej są­czył, a wo­kół by­ło już ciem­no, za­czy­na­ła się ko­lej­na noc w ste­pie. Gu­rzał­ka mia­ła mdły smak, bo się kar­to­no­wa ma­nier­ka cał­kiem nie­mal roz­pu­ści­ła.

Ju­na­ki z za­ło­gi roz­pa­la­ły tym­cza­sem ogni­ska, su­szy­ły tę część odzie­ży, któ­ra nie prze­schła im w cią­gu dnia na grzbie­cie, pa­sto­wa­ły ma­ry­nar­skie bu­ty, ostrzy­ły kor­dzi­ki, wcie­ra­ły czer­ni­dło w sze­ro­kie par­cia­ne pa­sy.

Kto swo­je od­ro­bił i go­tów był do wie­czor­nej in­spek­cji, ten kar­ciosz­ki zza pa­zu­chy wy­cią­gał al­bo ko­ść­mi do gry w heł­mie grze­cho­tał. Bra­cia Cza­ry-Ma­ry szu­ka­li chęt­nych do szyb­kie­go tur­nie­ju w rzu­ca­niu no­żem do ce­lu, ale nikt się ja­koś nie kwa­pił. Star­szy fe­jer­wer­ker Ołyp­ko de­mon­stro­wał młod­szym sta­żem ma­tro­som, jak jed­ną rę­ką pod­no­si skrzyn­kę po­ci­sków do gwoź­dzie­rzy. Chłop­cy z ma­szy­now­ni bie­ga­li do­oko­ła jak sfo­ra zzia­ja­nych psów my­śliw­skich, gra­jąc w ło­wy na czer­no­dup­ca, a uma­za­ny sma­rem po­moc­nik me­chan­ma­ta (któ­ry ro­bił wła­śnie za czer­no­dup­ca), wy­my­kał się po­go­ni i darł przy tym ra­do­śnie wnie­bo­gło­sy. Sam me­chan­mat Kar­pow nu­cił smęt­ną piosn­kę o dzie­wusz­ce, co ma­tro­sa w so­bie roz­ko­cha­ła, ale cze­kać na nie­go w por­cie nie chcia­ła. Wszy­scy pra­wie kop­ci­li jak sta­re lo­ko­mo­ty­wy, ku­rząc skrę­ty z ma­ri­hu­or­ki, ma­chor­ki naj­lep­szej, bo na­szej.

Si­mo­now ci­snął wresz­cie pu­stą kar­to­no­wą ma­nier­kę w ogień, ka­ra­bin od­niósł do zie­mian­ki, a wra­ca­jąc, za­brał koc, któ­ry zwi­nął so­bie za­raz pod gło­wę, gdy roz­cią­gnął się na zie­mi pach­ną­cej dy­mem, tra­wą, ben­zy­ną i roz­la­ną gu­rzał­ką.

Le­żał tak na wznak, z rę­ka­mi sple­cio­ny­mi pod gło­wą, i pa­trzył w gwiaz­dy.

Znał głów­ne kon­ste­la­cje. Uczył się o nich w szko­le, na za­ję­ciach z na­wi­ga­cji bez­przy­rzą­do­wej. Gło­wa By­ka by­ła naj­ja­śniej­sza, Ta­is Afin­ska­ja naj­więk­sza, a Wąż Krę­to­kłąb naj­bar­dziej po­krę­co­ny.

Gdzieś tam, w od­da­li, kry­ły się pla­ne­ty: zna­ne i nie­zna­ne. W szaj­do­wi­zji po­ka­zy­wa­no nie­kie­dy Pan­do­rę, Opir, Ar­ka­nar, Ta­chor­gię al­bo krą­żą­cy wo­kół czer­wo­ne­go kar­ła układ po­dwój­ny – Ma­łe­go Abał­ki­na i Du­że­go Abał­ki­na. Wszę­dzie tam do­tar­ły już ko­smo­lo­ty Go­ro­do­po­lis, wszę­dzie tam sto­pę po­sta­wi­li chłop­cy z Da­le­kie­go Pa­tro­lu.

Wszech­świat był roz­le­gły i dzi­ki, aż pro­sił się o upo­rząd­ko­wa­nie. „Któż in­ny, jak nie my, za­nieść po­wi­nien mię­dzy gwiaz­dy ustrój naj­lep­szy, bo nasz” – my­ślał Si­mo­now. Cza­sem coś go w du­szy uszczyp­nę­ło: odro­bi­na za­zdro­ści, że to nie on ze śmier­cio­no­śnym szaj­de­rem w dło­ni kro­czy przez dżun­glę Pan­do­ry, że to nie je­mu w udzia­le przy­pa­dły mi­sje roz­po­znaw­cze na Ar­ka­na­rze, wśród okrut­nych i za­co­fa­nych tu­byl­ców. Ale prze­cież każ­dy ma swo­je za­da­nie w Wiel­kim Pla­nie lep­szej przy­szło­ści – tłu­ma­czył so­bie za­raz ma­tros. Są ta­cy, któ­rych miej­sce jest tam, na krań­cach nie­zna­ne­go, a są i ta­cy, bez któ­rych obejść się nie da tu, na wła­snej pla­ne­cie, gdzie tak wie­le jesz­cze zo­sta­ło do zro­bie­nia.

Bo cóż z te­go, że Go­ro­do­po­lis jest oj­czy­zną po­stę­pu? Co z te­go, że rwie się ku gwiaz­dom? Prze­gni­łe tru­chła in­nych kra­jów cią­żą mu ni­czym kaj­da­ny, przy­spie­szyć nie po­zwa­la­ją. A naj­gor­sze – i tu bra­ła ma­tro­sa złość, gdy tyl­ko o tym po­my­ślał – że te nie­szczę­sne zwie­rzę­ta, ta dzicz stło­czo­na w slum­sach pla­ne­ty, ta czerń mro­wią­ca się w Me­tro­po­lis, La­ti­no­po­lis, w cha­li­fa­tach Cha­fga­chu­s­ta­nu, w upa­dłym Jeu­ro­po­lis, w rynsz­to­kach Ki­ca­ju, nie wie na­wet, jak jest nie­szczę­śli­wa ani jak szczę­śli­wa by być mo­gła.

Że­by tyl­ko! Niech­by tam so­bie wszy­scy by­li i nie­szczę­śli­wi, ale przy­naj­mniej do­go­ry­wa­li ci­cho, wsty­dli­wie za­nu­rze­ni w bru­dach wła­snej prze­szło­ści, nie prze­szka­dza­jąc in­nym we wsta­wa­niu z ko­lan. Nie! Oni nie tyl­ko nie chcą Go­ro­do­po­lis w spo­ko­ju zo­sta­wić, ale jesz­cze pod­stęp­nie knu­ją, okrą­ża­ją, na szwank wy­sta­wia­ją.

Nie ma dnia bez pro­wo­ka­cji, bez dy­wer­san­ta schwy­ta­ne­go na gra­ni­cy, bez ustrze­lo­ne­go szpie­go­lo­tu. Na po­łu­dnio­wej gra­ni­cy wrze, woj­na z chu­s­ta­sza­mi idzie na ca­łe­go. Na wscho­dzie zgra­je wy­głod­nia­łych ki­caj­skich ka­ni­ba­li prze­ni­ka­ją w sie­wie­ryj­skie prze­strze­nie. W zdra­dziec­kim Jeu­ro­po­lis ni­by wszę­dzie so­jusz­ni­cy, ale cią­gle ja­kieś pre­ten­sje i de­mon­stra­cje: że do­sta­wy za ma­łe, że ce­ny za wy­so­kie, że ktoś im w chmu­rach la­ta bez ze­zwo­le­nia, prze­strzeń po­wietrz­ną na­ru­sza­jąc. A ni­by jak, py­tam, wro­gów wy­tro­pić, jak nie z po­wie­trza? Co do Wiel­kie­go Pla­nu… cóż, ten nie ob­cho­dzi ich wca­le, chcie­li­by wszyst­ko prze­żreć, prze­pa­lić, prze­pu­ścić przez nie­na­sy­co­ne gar­dzie­le tłusz­czy kłę­bią­cej się na uli­cach ich zdy­cha­ją­cych, śmier­dzą­cych miast. Wstyd!

Le­żał tak ma­tros Si­mo­now i du­mał, w nie­bo pa­trzył. Nie tyl­ko gwiaz­dy wi­dział, bo prze­cież for­ty or­bi­tal­ne Go­ro­do­po­lis tak­że skrzy­ły się ni­czym krysz­ta­ło­we per­ły na wie­czor­nym nie­bie. Po­mię­dzy ni­mi po­ru­szał się ma­leń­ki ja­sny punk­cik – ani chy­bi któ­raś ze sta­cji MI­STOK prze­bie­ga­ła swą dro­gę od ho­ry­zon­tu po ho­ry­zont, a mo­że to je­den z za­opa­trze­nio­wych wa­ha­dłow­ców „Pio­łun” szy­ko­wał się do do­ko­wa­nia. „Tak wie­le dzie­je się ja­ko w nie­bie, tak i na zie­mi – dzi­wo­wał się Si­mo­now – aż ro­zu­mem trud­no ob­jąć”.

Wte­dy wśród gwiazd wsz­czął się za­ska­ku­ją­cy ruch.

Oto jed­na z nich za­czę­ła się po­ma­łu po­więk­szać, z głów­ki szpil­ki zmie­nia­jąc się w łe­pek gwoź­dzia, a po­tem pest­kę cze­re­śni. Naj­bar­dziej jed­nak za­dzi­wi­ło ma­tro­sa Si­mo­no­wa, że owa ru­cho­ma gwiaz­da zmie­nia ko­lor: z po­cząt­ku by­ła sre­brzy­sta, po­tem za­czę­ła bie­leć, by za chwi­lę przejść w so­czy­stą czer­wień.

Gdzieś wy­so­ko w gó­rze at­mos­fe­rę prze­ciął prze­cią­gły grzmot.

Za­ło­ga za­mar­ła.

– A niech mnie ze­żrą dzi­kie joł­ki-po­łki! – wy­krzyk­nął po krót­kiej chwi­li in­ten­syw­nej pra­cy pła­tów mó­zgo­wych me­chan­mat Kar­pow. Mi­nę miał za­fra­so­wa­ną. – Prom spa­da!

– Nasz? – za­py­tał po­moc­nik me­chan­ma­ta, prze­cie­ra­jąc uma­za­ne sma­rem oczy.

– A czyj?! – zdzi­wił się Kar­pow i pal­nął w łeb mło­de­go cym­ba­ła, aż mu się z czu­pry­ny za­ku­rzy­ło. – Któż jesz­cze, głu­pi ba­sa­ły­ku, na or­bi­tę la­ta?

– Ze­strze­lo­ny? – spy­tał nie­pew­nie je­den z ju­na­ków, trzy­ma­jąc się prze­zor­nie po­za za­się­giem ku­ła­ków me­chan­ma­ta.

– Kto by tam dał ra­dę ze­strze­lić! – rzekł ka­pi­tan-ko­mo­dor­les­ser Du­chawsz­czyk, któ­ry nie­po­strze­że­nie po­ja­wił się mię­dzy za­ło­gan­ta­mi. – Mu­si awa­ria.

– Mo­że do lą­do­wa­nia scho­dzi? – za­wo­łał ktoś z tyl­nych sze­re­gów, ale sen­su wiel­kie­go to nie mia­ło, bo po pierw­sze ko­smo­drom Raj­ko­nur był da­le­ko, da­le­ko stąd, a po dru­gie do­tąd nikt o pro­mie scho­dzą­cym do lą­do­wa­nia z pręd­ko­ścią bły­ska­wi­cy nie sły­szał.

Co do awa­rii, to ow­szem, mo­gła się zda­rzyć, bo w owych cza­sach nie wszyst­kie jesz­cze ko­smo­lo­ty wy­po­sa­żo­ne by­ły w na­pęd szaj­do­wy i osło­nię­te po­lem Szaj­dy, a ko­smos to prze­cież wro­gie miej­sce.

Szcze­gól­nie na or­bi­cie by­wa­ło nie­przy­jem­nie, bo tam set­ki śmie­ci z daw­nych cza­sów dry­fo­wa­ły bez ła­du i skła­du: szpie­gow­skie sa­te­li­ty Me­tro­po­lis, te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­ne bo­je La­ti­no­po­lis, ze­psu­te prób­ni­ki z Jeu­ro­po­lis, prób­ne ra­kie­ty Ki­ca­jów wy­strze­lo­ne w cza­sach, gdy jesz­cze tym sko­śno­okim łaj­zom śnił się pod­bój prze­strze­ni. W tych ostat­nich zresz­tą z re­gu­ły or­bi­to­wa­ło po kil­ku mar­twych, za­su­szo­nych Ki­ca­jów, bo ich śmiesz­ne ce­sar­stwo sły­nę­ło wpraw­dzie z nie­zwy­kłych umie­jęt­no­ści w od­pa­la­niu ra­kiet i in­nych fa­jer­wer­ków, ale trud­nej sztu­ki po­wro­tu z ko­smo­su ni­jak opa­no­wać nie po­tra­fi­ło.

W ste­pie za­pa­dła ci­sza. Za­ło­ga „Her­cza” H-240 z za­par­tym tchem pa­trzy­ła, jak no­wa gwiaz­da ro­śnie na nie­bo­skło­nie.

– O Szczwa­ny Je­rzy! – wy­rwa­ło się wresz­cie ko­muś z pier­si. – Prze­cież le­ci pro­sto na nas!

I sta­ło się – nikt już ni­g­dy ma­tro­sa Si­mo­no­wa na tan­ko­dro­mie w Pa­ła­se­mi­tyń­sku nie zo­ba­czył. •

Rozdział V

Dżygit, gdzie jesteś Do krwi ostatniej

NAJ­BAR­DZIEJ PŁA­KAŁHer­man Frun­ze, kie­dy za­bi­li mu ko­ta. Kot ni­by nie czło­wiek, ale Frun­ze ni­ko­go in­ne­go na świe­cie nie miał.

A by­ło tak: wró­cił wła­śnie do Ko­smicz­ne­go Mia­stecz­ka, zma­cha­ny, jak za­wsze po mi­sji, i zdzi­wił się bar­dzo, że Dży­git nie wy­szedł mu na po­wi­ta­nie. Zwy­kle prze­cież za­raz po uchy­le­niu drzwi kwar­ti­ry z wnę­trza wy­strze­li­wał pu­cha­ty po­cisk w kształ­cie ko­ta. Dży­git rzu­cał się na pod­ło­gę ko­ry­ta­rza, ta­rzał chwi­lę z ra­do­ści po be­żo­wym luk­su­so­wym li­no­leum, po czym pio­ru­nem wra­cał do stóp ga­spo­nau­ty, by ocie­rać się o je­go no­gi z gło­śnym mru­cze­niem.

Ale nie tym ra­zem.

„Cho­ry – prze­mknę­ło za­nie­po­ko­jo­ne­mu Frun­ze­mu przez myśl – pew­nie ze­żarł coś nie­świe­że­go”.

Szyb­ko zzuł ko­smicz­ne wo­de­ry i cią­gnąc za so­bą roz­wi­ja­ją­ce się or­bi­tal­ne onu­ce, po­dą­żył w głąb swe­go luk­su­so­we­go dwu­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia o po­wierzch­ni dwu­dzie­stu me­trów kwa­dra­to­wych.

Wszel­kie miej­sca we­wnątrz prze­ja­wia­ły jed­nak symp­to­my cał­ko­wi­te­go bra­ku ko­ta. Dży­gi­ta nie by­ło ani na tap­cza­ni­ku, ani w ku­we­cie, ani na pa­ra­pe­cie, ani na­wet na je­go ulu­bio­nej pół­ce ze swe­tra­mi z gry­ziń­skiej weł­ny. Po­po­łu­dnio­we słoń­ce na próż­no prze­dzie­ra­ło się przez przy­ku­rzo­ne szy­by, bo nie by­ło ko­mu wy­cią­gnąć się w je­go cie­płych pro­mie­niach. Wo­da i su­cha kar­ma w au­to­ma­tycz­nych do­zow­ni­kach znaj­do­wa­ły się na swo­im miej­scu, ty­le tyl­ko, że ża­den kot nie wy­ra­żał ni­mi za­in­te­re­so­wa­nia.

„Wy­mknąć się mu­siał przez nie­do­mknię­te okno” – prze­ko­ny­wał sam sie­bie w du­chu Frun­ze, któ­ry ja­ko ży­wo żad­ne­go okna nie­do­mknię­te­go nie zo­sta­wiał.

Naj­praw­do­po­dob­niej­sze jed­nak wy­da­wa­ło się, iż zgod­nie z tra­dy­cją i po­trze­ba­mi Kor­pu­su Ga­spo­nau­tów ktoś ko­rzy­stał z miesz­ka­nia Frun­ze­go pod­czas je­go nie­obec­no­ści i ko­ta nie do­pil­no­wał.

Przej­ścio­we-chwi­lo­we kło­po­ty z kwa­te­run­kiem wciąż jesz­cze tra­pią nie­któ­re re­jo­ny na­szej kra­iny, nie ina­czej by­ło w Raj­ko­nu­rze, naj­szyb­ciej roz­wi­ja­ją­cym się Ko­smicz­nym Mia­stecz­ku świa­ta. Frun­ze wca­le by się więc nie zdzi­wił, wi­dząc po po­wro­cie ja­kie­goś chwa­ta z Da­le­kie­go Pa­tro­lu śpią­ce­go w je­go wła­snym łóż­ku. Nie trzy­ma­no dla nich osob­nych kwa­ter, bo by­ło­by to czy­stym mar­no­traw­stwem: ni­g­dy nie by­ło wia­do­mo, kie­dy i czy w ogó­le wró­cą.

Pod­grze­wa­jąc wo­dę na kar­to­fel­ki, Her­man Frun­ze do­szedł więc do wnio­sku, że z sa­me­go ra­na zaj­rzy na war­tow­nię spraw­dzić, kto z Pa­tro­lu wpi­sy­wał się ostat­nio do książ­ki noc­le­gów w je­go miesz­ka­niu. O los Dży­gi­ta się nie mar­twił – noc po­za do­mem nie by­ła dla ko­ta pierw­szy­zną i głód mu na pew­no nie gro­ził. Chód miał szyb­ki, ła­py za­bój­cze, pa­zu­ry ostre, a w po­lo­wa­niu na jasz­czur­ki ma­ło któ­ry zwierz mógł mu do­rów­nać. Nie­zwy­kły był to kot, trój­ko­lo­ro­wy, w pla­my bia­łe, czar­ne i ru­de.

Ale ko­la­cja bez ko­ta by­ła smut­na. Nie miał kto krę­cić się pod sto­łem, ża­den wil­got­ny nos nie trą­cał Frun­ze­go, gdy ten za­ja­dał pysz­ne kar­to­fel­ki i lot­ni­czą tu­szon­kę z pusz­ki; nie by­ło ko­mu rzu­cić tłu­stych skraw­ków ani ko­mu dać ta­le­rza do wy­li­za­nia.

Ga­spo­nau­ta po­czuł się sa­mot­ny, włą­czył więc szaj­do­wi­zor.

Po­ka­zy­wa­no aku­rat mi­li­tar­ny pro­gram edu­ka­cyj­ny „Li­ter­ki i cy­fer­ki sztab­ska­pi­tan Wier­ki” prze­zna­czo­ny dla tych żoł­nie­rzy, ma­tro­sów i ga­spo­nau­tów, któ­rzy nie za­mie­rza­li za­trzy­my­wać się na po­zio­mie na­uki osią­gnię­tym w Szko­le Ka­de­tów, ale chcie­li się tak­że na­uczyć czy­tać, pi­sać i li­czyć. Do­wód­ca­mi dzi­siej­sze­go od­cin­ka by­ły li­te­ry D i S oraz cy­fra osiem. „D jak do­bosz. Do­bosz dziar­sko do­by­wa de­cy­be­li du­żo” – po­wta­rzał bez­gło­śnie Frun­ze za sztab­ska­pi­tan Wier­ką, cy­ca­tą szel­mut­ką wbi­tą w na­uczy­ciel­ski mun­du­rek. „S jak szpieg. Szpieg schwy­ta­ny sro­mot­nie spin­da­lać się sta­ra”.

Ry­mo­wan­ki i do­da­wan­ki z cy­frą osiem jed­nak po­mi­nął, bo do ty­lu li­czyć już po­tra­fił. Nie dar­mo był jed­nym z pry­mu­sów rocz­ni­ka. To w koń­cu tak­że dla­te­go do­stał luk­su­so­wą kwa­te­rę z luk­su­so­wym szaj­do­wi­zo­rem. Cu­dow­nie by­ło w nim oglą­dać fil­my i se­ria­le, a es­tra­do­we eks­tra­wa­gan­cje to aż dech za­pie­ra­ły. Szcze­gól­nie cie­pło ro­bi­ło się pod ser­cem Frun­ze­mu, kie­dy w re­wiach i śpie­wo­grach bra­ła udział Ir­mi­na Ja­kow­le­wa, nie­zwy­kłe zja­wi­sko o uro­dzie nie­ziem­skiej i gło­sie nad­zwy­czaj­nym. Znał na pa­mięć wszyst­kie jej pio­sen­ki. O, tak, luk­su­so­wy szaj­do­wi­zor – to by­ło to!

A był to apa­rat nie la­da, naj­now­szej ge­ne­ra­cji. Zaj­mo­wał nie­mal ca­łą ścia­nę po­ko­ju dzien­ne­go. Spo­glą­da­jąc na nie­go, Frun­ze czuł się za­wsze dum­ny i do­ce­nio­ny. Nie każ­dy mógł na koszt pań­stwa w ta­kie cu­deń­ko tech­ni­ki się za­opa­trzyć, tak jak nie każ­de­mu przy­słu­gi­wa­ła do kar­to­fel­ków praw­dzi­wa lot­ni­cza tu­szon­ka, nie mó­wiąc już o tym, że nie każ­de­mu prze­cież Gu­ber­na­tor po­wie­rzał tak od­po­wie­dzial­ne za­ję­cie, jak pra­ca na po­kła­dzie MI­STOK-a.

Na wspo­mnie­nie Gu­ber­na­to­ra Frun­ze­mu łzy szczę­ścia na­pły­nę­ły do oczu. Do­brze by­ło być jed­nym z je­go ulu­bio­nych dzie­ci, do­brze by­ło wie­dzieć, że jest się waż­nym i po­trzeb­nym. A już naj­le­piej by­ło czuć się czę­ścią pięk­nych, lep­szych cza­sów, któ­re cze­ka­ły nas wszyst­kich, czę­ścią Wiel­kie­go Pla­nu.

Frun­ze zaś czuł się za­szczy­co­ny po­dwój­nie, bo na pro­mo­cji je­go rocz­ni­ka w Szko­le Ka­de­tów wi­dział Gu­ber­na­to­ra z bli­ska, co wię­cej, otrzy­mał z je­go rąk od­zna­kę pod­cho­rą­że­go Stra­ży Or­bi­tal­nej. A to lep­sze na­wet, przy­zna­cie sa­mi, niż bia­łe oto­ki De­par­ta­men­tu Żan­dar­mów Wol­no­ści, no i du­żo lep­sze od zwy­kłych szli­fów me­li­cyj­nych.

Gu­ber­na­tor przy­le­ciał wte­dy do ko­szar re­gi­men­tów ko­smicz­nych na po­kła­dzie wiel­kie­go ste­row­ca po­ma­lo­wa­ne­go w trzy ko­lo­ry: kar­ma­zyn, błę­kit i biel, bar­wy naj­lep­sze, bo na­sze. Ste­ro­wiec przy­cu­mo­wał nad pla­cem ape­lo­wym, a gięt­ki ko­ry­tarz tra­pu z je­go wnę­trza zwin­nie przy­ssał się do wej­ścia na wie­ży sy­gna­ło­wej.

Gu­ber­na­tor cza­su nie miał wie­le, bo jak zwy­kle po­chła­nia­ły go spra­wy naj­wyż­szej pań­stwo­wej wa­gi, ale nie był­by so­bą, gdy­by choć chwil­ki nie zna­lazł na spo­tka­nie ze swym uko­cha­nym Kor­pu­sem Ga­spo­nau­tów. Już trzy dni przed je­go nie­za­po­wie­dzia­ną wi­zy­tą wszyst­ko w ko­sza­rach lśni­ło jak ostrze ob­na­żo­nej ka­wa­le­ryj­skiej sza­bli. Tra­wa by­ła re­gu­la­mi­no­wo zie­lo­na, przy­strzy­żo­na na wy­ma­ga­ne prze­pi­sa­mi dwa pa­znok­cie, a łby ka­de­tów pod­go­lo­ne zgod­nie z pa­ra­gra­fa­mi sto­sow­nych re­gu­la­mi­nów – na pa­zno­kie­tek je­den.

W do­nio­słej chwi­li wi­zy­ta­cji Gu­ber­na­tor zstą­pił mię­dzy sze­re­gi wy­prę­żo­nych jak stru­na ju­na­ków i ude­ko­ro­wał rząd pierw­szy, uści­snął pra­wi­cę rzę­do­wi dru­gie­mu, uśmiech­nął się do rzę­du trze­cie­go, a wszyst­kim po­zo­sta­łym po­ma­chał i po­bło­go­sła­wił.

Frun­ze stał przed­ostat­ni w sze­re­gu pierw­szym. Nim przy­szła na nie­go ko­lej, mógł się więc na­pa­trzeć na Gu­ber­na­to­ra, ile wle­zie, a wła­ści­wie ile zez ze­zwo­lił, bo prze­cież nie­re­gu­la­mi­no­wo by­ło­by gło­wą tar­gać. Sztu­kę zer­ka­nia ką­tem oka opa­no­wał na szczę­ście do­brze.

Gu­ber­na­tor był czło­wie­kiem nie­zbyt wiel­kie­go wzro­stu, ale też nie moż­na by­ło go na­zwać ma­łym. Nie był oty­ły, ale i do wy­chu­dze­nia by­ło mu da­le­ko. Oczy miał sza­ro­nie­bie­skie, twarz po­dłuż­ną, po­stu­rę pro­stą. Je­go ulu­bio­nym ofi­cjal­nym stro­jem był sza­ry gar­ni­tur zwy­kłe­go czło­wie­ka, ale w ar­mii wszy­scy wie­dzie­li, że pry­wat­nie naj­le­piej czu­je się na ma­cie, gdy w luź­nej sza­cie szu­do­ki mo­że po­tre­no­wać rzu­ty, chwy­ty i sko­wy­ty tej in­te­re­su­ją­cej i wiel­ce przy­dat­nej sztu­ki wal­ki wręcz.

Tak­że i ka­de­ci uczy­li się szu­do: nie­je­den nad­gar­stek pękł pod­czas ćwi­czeń, nie­jed­na no­ga chrup­nę­ła, wia­do­mo jed­nak by­ło, że choć­by nie wiem jak się sta­ra­li, i tak ża­den z ich Gu­ber­na­to­ro­wi nie do­rów­na. On z go­ły­mi rę­ka­mi na mi­kłu­cho-sał­taj­skie niedź­wie­dzie cha­dzał, a wiel­ki ga­bi­net w Pa­ła­cu Lu­dów pe­łen był wy­pcha­nych głów mi­siów, któ­rym kar­ki skrę­cił wła­sno­ręcz­nie. Miał tak­że oswo­jo­ne­go ty­gry­sa śnież­ne­go i zwykł wy­gar­niać pstrą­gi ze stru­mie­nia ot tak, po pro­stu – gar­ścią.

I nie wsty­dził się swo­ich skrom­nych pa­sji! Ob­szer­ne pik­to­ria­le o przy­go­dach Gu­ber­na­to­ra re­gu­lar­nie uka­zy­wa­ły się w dzien­ni­kach, ty­go­dni­kach i mie­sięcz­ni­kach. A on sam o od­bior­ców dbał – nie od­mó­wił na­wet se­sji na okład­kę „Cię­żar­nej Ko­bie­ty Go­rod­skiej”, „Prze­glą­du Na­uki, Tech­ni­ki i Szaj­dy”, „Po­rad­ni­ka Wen­tro­lo­gicz­ne­go” oraz tłu­ste­go ni­czym płat do­rod­ne­go bocz­ku „Żur­na­lu Po­ezji Ry­mo­wa­nej Po­wścią­gli­wie”. Do te­go ostat­nie­go prze­słał zresz­tą tak­że ze­staw bar­dzo in­te­re­su­ją­cych utwo­rów po­etyc­kich: do­stoj­nych dys­ty­chów i so­czy­stych so­ne­tów. Naj­pięk­niej­szy z nich za­czy­nał się od słów: „Chroń­cie nas, rzą­dzą­cych, jak źre­ni­cy oka”.

Ale bądź­my szcze­rzy – żad­na z fo­to­gra­fii za­miesz­cza­nych w ga­ze­tach i pe­rio­dy­kach nie by­ła tak pięk­na jak wi­ze­ru­nek Gu­ber­na­to­ra, któ­ry ka­de­ci mie­li za­wsze przy so­bie. A zdo­by­wa­li go pod­czas uro­czy­sto­ści Ofia­ro­wa­nia Ser­ca.

Ce­re­mo­nia ta by­ła naj­waż­niej­szą czę­ścią pro­mo­cji w Szko­le Ka­de­tów. Do­pie­ro wte­dy kan­dy­da­ci na ga­spo­nau­tów otrzy­my­wa­li pra­wo do po­słu­gi­wa­nia się mia­nem ofi­se­ra. Co to ofi­ser, spy­ta­cie? Chy­ba ja­sne – ta­ki ofi­cer, któ­ry ofia­ro­wał ser­ce Gu­ber­na­to­ro­wi.

Od­by­wa­ło się to tak: na nie­wiel­kim pod­wyż­sze­niu po­środ­ku Ogro­dów Cioł­ko­łow­skich – na­zwa­nych tak na cześć wiel­kie­go wi­zjo­ne­ra ko­smo­su Cio­ra­na Cioł­ko­ło­wa – sta­wał prze­pięk­ny, słusz­nych roz­mia­rów por­tret Gu­ber­na­to­ra. Przy­no­szo­no go z naj­więk­szym sza­cun­kiem wprost ze skarb­ca Szko­ły, gdzie spo­czy­wał w ste­ryl­nych wa­run­kach, w ko­mo­rze o tem­pe­ra­tu­rze i wil­got­no­ści tak sta­łej, jak mi­łość Gu­ber­na­to­ra do lu­dów Go­ro­do­po­lis.

Na pod­wyż­sze­niu by­ło jesz­cze nie­co miej­sca – w sam raz dla dwóch chwa­tów. Pierw­szy wkra­czał Ar­mij­ny Mistrz Ma­lar­ski, nie­ja­ki Dzia­row Dziar­ga­tyj, któ­ry na nie­wiel­kim trój­no­gu uro­czy­ście roz­kła­dał swój kra­mik pe­łen róż­ne­go ro­dza­ju na­rzę­dzi szpi­cza­stych. Spla­tał dło­nie na po­tęż­nym brzu­chu i cze­kał.

Na sy­gnał dy­rek­to­ra szko­ły pod­cho­dzi­li do nie­go ko­lej­ni ka­de­ci. Każ­dy przed wej­ściem na pod­wyż­sze­nie przy­klę­kał z sza­cun­kiem na jed­no ko­la­no, po­tem przed por­tre­tem Gu­ber­na­to­ra ni­sko się skła­niał, a na­stęp­nie dziel­ną pierś ob­na­żał.

Mistrz wy­kłu­wał mu zaś na tor­sie, nie­co po le­wej stro­nie, prze­cud­ny i wie­lo­barw­ny pro­fil Gu­ber­na­to­ra, któ­ry od­tąd nie­po­dziel­nie brał w pa­no­wa­nie ser­ce ko­lej­ne­go ka­de­ta. Sym­bo­licz­nie, rzecz ja­sna, bo tak na­praw­dę to prze­cież ich ser­ca na­le­żą do nie­go od chwi­li uro­dze­nia. Ale in­na rzecz w skry­to­ści du­cha wiel­bić wiel­kie­go czło­wie­ka, a in­na ofi­cjal­nie, przed kwia­tem Stra­ży Or­bi­tal­nej, ser­ce mu ofia­ro­wać.

I tak, je­den po dru­gim, ka­de­ci za­mie­nia­li się w praw­dzi­wych or­bi­tal­nych ofi­se­rów, chlu­bę Go­ro­do­po­lis, dzie­ci naj­uko­chań­sze Gu­ber­na­to­ra. A je­go wy­kłu­te z pa­sją por­tre­ty sta­wa­ły się przed­mio­tem ci­chych noc­nych li­ta­nii zma­wia­nych przed snem, nie­odmien­nie koń­czo­nych sło­wa­mi: „I ni­g­dy cię nie opusz­czę”.

Wszyst­kie­mu ze sta­re­go po­stu­men­tu ukry­te­go nie­co w cie­niu ja­bło­nek przy­glą­dał się po­sąg Cio­ra­na Cioł­ko­ło­wa. Sę­dzi­wy ka­mien­ny wi­zjo­ner jed­ną rę­kę trzy­mał na gru­bym to­mie in fo­lio opa­trzo­nym zna­kiem astro­la­bu, a dru­gą wska­zy­wał dro­gę hen, da­le­ko, ku gwiaz­dom. Na mar­mu­ro­wej ta­bli­cy przy­krę­co­nej do po­stu­men­tu znaj­do­wa­ły się zaś je­go naj­słyn­niej­sze sło­wa po­cho­dzą­ce z Trak­ta­tu o dro­gach nie­bie­skich: „Dło­nie ludz­ko­ści są dziś bez­bron­ne, jak u dziec­ka w ko­leb­ce. Lecz gdy kie­dyś opu­ści ko­leb­kę, na­dej­dzie czas za­ci­ska­nia pię­ści”.

Zroz­pa­mię­ty­wa­nia daw­nych dni wy­rwał Frun­ze­go lek­ki dy­got zie­mi. Jak za­wsze o peł­nej i w po­ło­wie go­dzi­ny od zie­mi ko­smo­dro­mu Raj­ko­nur od­ry­wał się mo­car­ny trans­por­to­wiec zmie­rza­ją­cy na or­bi­tę.

Zwy­kle w ta­kich chwi­lach z ja­kie­goś ta­jem­ni­cze­go za­kąt­ka miesz­ka­nia wy­ska­ki­wał wy­stra­szo­ny Dży­git i da­wał nu­ra pod sze­ro­ką blu­zę ga­spo­nau­ty, gdzie na­tych­miast przy­kle­jał się ca­łym swo­im pu­cha­tym je­ste­stwem do Frun­ze­go i drżał, wy­da­jąc z sie­bie ci­chy prze­cią­gły pisk. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o wstrzą­sy; z nie­zna­nych po­wo­dów uru­cho­mie­nie ge­ne­ra­to­rów po­la Szaj­dy wpra­wia­ło w fa­tal­ne hu­mo­ry wszyst­kie oko­licz­ne zwie­rzę­ta, szcze­gól­nie ko­ty, szczu­ry i ka­nar­ki.

Dży­git nie był wy­jąt­kiem, a Frun­ze nie miał mu te­go za złe. Wsu­wał wte­dy dłoń pod blu­zę, kładł ją de­li­kat­nie na kar­ku ko­ta i dra­pał go za usza­mi tak dłu­go, aż w miej­sce po­pi­ski­wa­nia po­ja­wia­ło się ci­che mru­cze­nie.

Ale nie dziś.

I wte­dy ga­spo­nau­ta po raz pierw­szy na­praw­dę za­czął mar­twić się o Dży­gi­ta. A je­śli start pro­mu za­stał go gdzieś na otwar­tej prze­strze­ni, nie­da­le­ko pły­ty star­to­wej? Mo­że przy­da­rzył mu się ja­kiś wy­pa­dek, gdy pa­nicz­ny lęk wziął gó­rę nad wro­dzo­nym ko­cim spry­tem?

Szyb­ko wrzu­cił kar­to­no­we ta­le­rze do zle­wu, by póź­niej oskro­bać je do czy­sta, wcią­gnął na sie­bie czar­ny dres, w któ­rym zwy­kle cha­dzał po Ko­smicz­nym Mia­stecz­ku, i za­brał się do sznu­ro­wa­nia bu­tów, któ­re zgod­nie z re­gu­la­mi­nem mia­ły sześć­dzie­siąt czte­ry dziur­ki i trzy rze­py. A po­tem wy­biegł nie­mal­że na za­ku­rzo­ne uli­ce Raj­ko­nu­ru.

Wy­bo­ru nie miał wiel­kie­go. Kot mógł pójść w le­wo lub w pra­wo al­bo przy­cup­nąć w ja­kiejś jasz­czur­czej dziu­rze pod do­mem. Frun­ze za­czął więc od szcze­gó­ło­wych oglę­dzin naj­bliż­szej oko­li­cy.

Efek­ty by­ły mar­ne: pe­ne­tru­jąc lo­szek, roz­darł dres o łe­pek krzy­wo wbi­te­go gwoź­dzia w piw­ni­cy, brnąc przez chwa­sty po­ra­sta­ją­ce klomb, wy­stra­szył garść owa­dów że­ru­ją­cych na sta­rych ogryz­kach ja­błek; wresz­cie ze­rwał tro­chę pa­ję­czyn z za­po­mnia­nych za­ka­mar­ków dwóch kla­tek scho­do­wych (głów­nej i prze­ciw­po­ża­ro­wej). Tak­że wśród roz­licz­nych grzą­dek kar­to­fel­ków ro­sną­cych kar­nie mię­dzy do­ma­mi nie uda­ło mu się wy­pa­trzyć ni­cze­go oprócz kar­to­no­wych śmie­ci.

Dży­gi­ta mu­sia­ło po­nieść gdzieś da­lej, w cho­le­rę da­le­ko, ale to nie zra­zi­ło ga­spo­nau­ty. Frun­ze był bo­wiem upar­ty jak muł i do­kład­ny jak szwa­dron Żan­dar­mów Wol­no­ści. Po­sze­rzał więc krąg po­szu­ki­wań tak dłu­go, aż włą­czył w nie­go naj­bliż­szy skwer, plac za­baw oraz kan­ty­nę. Na skwe­rze hu­lał tyl­ko wiatr, ci­ska­jąc pa­pie­rzy­ska­mi w pa­miąt­ko­wą sko­ru­pę pierw­sze­go or­bi­tal­ne­go pro­mu wy­sta­wio­ną na pa­miąt­ko­wym po­stu­men­cie, a na pla­cu za­baw garść brud­nych dzie­cia­ków per­so­ne­lu na­ziem­ne­go po­głę­bia­ła wię­zi spo­łecz­ne, rzu­ca­jąc ka­mie­nia­mi w naj­mniej­sze­go i naj­słab­sze­go z gów­nia­rzy. Gó­wiarz ry­czał.

Z kan­ty­ną in­na spra­wa. Już z da­le­ka by­ło wi­dać, że że­ru­je w niej spo­ry tłum, na ty­le ob­fi­ty, że nie mie­ścił się w głów­nej sa­li z po­rdze­wia­łym szynk­wa­sem. Peł­no by­ło też na dłu­gich ła­wach przed kan­ty­ną, gdzie czar­ne dre­sy ga­spo­nau­tów mie­sza­ły się z bru­nat­ny­mi kom­bi­ne­zo­na­mi chłop­ców z Da­le­kie­go Pa­tro­lu.

„Gdzie tłum, tam je­dze­nie, gdzie je­dze­nie, tam reszt­ki, a gdzie reszt­ki, tam i ko­ty” – uśmiech­nął się w du­chu Frun­ze i dziar­skim kro­kiem ru­szył ku spo­ży­wa­ją­cej wie­czor­ny po­si­łek ciż­bie.

Tym­cza­sem zmrok po­ma­łu szy­ko­wał się do wkro­cze­nia do Ko­smicz­ne­go Mia­stecz­ka i kładł się fio­le­tem na do­mach i uli­cach. Po­wie­trze z wol­na chłod­nia­ło, skom­pli­ko­wa­ny wzór gwiazd co­raz wy­raź­niej ry­so­wał się na nie­bo­skło­nie. Koń­czył się ko­lej­ny do­bry dzień, dla nie­któ­rych na­wet bar­dzo do­bry, są­dząc po ro­ze­śmia­nych gę­bu­chach ju­na­ków przed kan­ty­ną.

– Wi­taj, są­sie­dzie ko­cha­ny! – za­wo­łał je­den z nich na wi­dok Frun­ze­go. Był to, zda­je się, Bo­rys Ku­ciap­kow, ga­spo­nau­ta, lecz po­śled­niej ran­gi. – Ot, spójrz­cie, ko­cha­nień­cy, to druh mój ser­decz­ny i do­bro­czyń­ca!

Ostat­nie sło­wa skie­ro­wa­ne by­ły do gro­mad­ki krzep­kich bycz­ków z Pa­tro­lu sie­dzą­cych wo­kół bla­sza­ne­go sto­łu nu­mer sześć­dzie­siąt sześć, wspie­ra­ją­ce­go się jak in­ne na wpusz­czo­nych w ce­ment że­liw­nych wspor­ni­kach. Groź­ne to by­ło to­wa­rzy­stwo: wiel­kie chło­py o po­nu­rych mi­nach, z wiel­gach­ny­mi ka­bu­ra­mi na szaj­de­ry – mio­ta­cze pro­mie­ni szaj­do­wych. Je­den czar­nia­wy i czte­rech blon­da­sów. Naj­więk­szy był ten czar­nia­wy.

– Za­ło­ga z Ar­ka­na­ru! – ob­wie­ścił Ku­ciap­kow gło­sem peł­nym du­my, jak­by sam wła­śnie wró­cił z eks­pe­dy­cji na da­le­ką pla­ne­tę. Frun­ze ski­nął gło­wą nie­zna­jo­mym choj­ra­kom. Jak ro­zu­miał, wa­le­to­wać mu­sie­li u Ku­ciap­ko­wa, któ­ry tro­chę się wy­głu­pił z tym „dru­hem i do­bro­czyń­cą”. Kil­ka osu­szo­nych wspól­nie kar­to­nów przy­dzia­ło­wej gu­rzał­ki z ni­ko­go nie uczy­ni­ło jesz­cze przy­ja­cie­la, choć oczy­wi­ście pod­czas sa­mej de­gu­sta­cji zwy­kle wy­glą­da to bar­dziej opty­mi­stycz­nie.

– Si­ła i moc! – po­zdro­wił pa­tro­low­ców jak na­le­ży Frun­ze, tra­dy­cyj­nie za­ci­ska­jąc przy tym ku­łak w ge­ście zwy­cię­stwa. – Smacz­ne­go. Ko­ta szu­kam.

Ży­cze­nia „smacz­ne­go” by­ły co­kol­wiek spóź­nio­ne, bo na­wet z po­bież­ne­go oglą­du po­bo­jo­wi­ska na sto­le wy­raź­nie wy­ni­ka­ło, że fu­tro­wa­nie lot­ni­czej tu­szon­ki za­koń­czy­ło się czas ja­kiś te­mu peł­nym znisz­cze­niem prze­ciw­ni­ka. Na bla­sza­nym bla­cie wa­la­ły się pu­ste pusz­ki, me­naż­ki, brud­ne łyż­ki i opróż­nio­ne w więk­szo­ści kar­to­no­we ma­nier­ki po gu­rzał­ce.

A po sło­wach „ko­ta szu­kam” naj­mniej­szy z pa­tro­low­ców (któ­ry i tak był więk­szy od Frun­ze­go i Ku­ciap­ko­wa ra­zem wzię­tych) za­chi­cho­tał.

Sie­dzą­cy obok z wy­cią­gnię­ty­mi no­ga­mi czar­nia­wy drą­gal pal­nął go wte­dy z pią­chy w głu­pi, roz­chi­cho­ta­ny ryj. Mi­krus umilkł, choć coś tam w nim wście­kle bul­go­ta­ło. A czar­nia­wy le­ni­wie się prze­cią­gnął, dło­nie otrze­pał, sze­ro­ko się uśmiech­nął i rzekł:

– Miau!

Po­tem bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­ny za­czął dłu­bać w zę­bach czymś, co zda­niem ga­spo­nau­ty Frun­ze­go za­dzi­wia­ją­co przy­po­mi­na­ło ma­łą, prze­ła­ma­ną i za­ostrzo­ną na­pręd­ce kor­dzi­kiem ko­cią kość.

Los Dży­gi­ta stał się dla Frun­ze­go zu­peł­nie ja­sny, za­nim jesz­cze za­uwa­żył, że in­ny z pa­tro­low­ców po­pra­wił ma­łą fu­trza­ną opa­skę na prze­gu­bie le­wej rę­ki. Opa­ska by­ła trój­ko­lo­ro­wa. W pla­my bia­łe, czar­ne i ru­de.

Czar­nia­wy drą­gal bek­nął.

– Si­ła i moc – po­wtó­rzył Frun­ze. Wie­dział, co po­wi­nien zro­bić.

Dłoń w ku­łak za­ci­snął, wziął głęb­szy od­dech. Ale po­wie­trze na­raz wy­da­ło mu się nie­zno­śnie cięż­kie, jak­by ra­zem ze zmierz­chem przy­wę­dro­wał do Ko­smicz­ne­go Mia­stecz­ka tu­man tru­ją­cych opa­rów. „Si­ła i moc – po­wta­rzał w my­ślach – si­ła i moc”, do sko­ku się szy­ko­wał, si­ły zbie­rał… Lecz choć wma­wiał so­bie, że jest go­to­wy, ni­jak go­to­wy nie był. Próż­no przy­wo­ły­wał w pa­mię­ci naj­bar­dziej efek­tow­ne i za­bój­cze sztucz­ki, ja­kich na­uczył się w Szko­le Ka­de­tów.

I nic – stał jak po­sąg pi­lo­ta Da­le­kie­go Pa­tro­lu w miej­skim par­ku Go­ro­do­po­lis.

Praw­da by­ła smut­na. Ni­by wie­le ćwi­czeń prze­szedł, szko­lo­ny był, jak się pa­trzy. Ale w praw­dzi­wej wal­ce ni­g­dy udzia­łu nie wziął, ani w ak­cji bo­jo­wej, ani na­wet w ba­ro­wej bój­ce. Co z te­go, że żył w prze­ko­na­niu, iż jest go­to­wy, sko­ro go­to­wy nie był.

Po­czuł go­rąc na twa­rzy, wil­goć na dło­niach, ucisk w skro­niach. To przy­szedł strach. A za­raz po nim – wstyd.

Czar­nia­wy drą­gal pa­trzył na Frun­ze­go z mie­sza­ni­ną zdzi­wie­nia i obrzy­dze­nia. Je­go kom­pa­ni – już tyl­ko z po­gar­dą.

– A to ci choj­ra­ków tu ma­ją! – po­wie­dział je­den z pa­tro­low­ców z nie­do­wie­rza­niem.

Ga­spo­nau­ta zmil­czał, gło­wę zwie­sił. I do do­mu za­czął się zbie­rać. „Głu­pi kot” – po­my­ślał jesz­cze i po­czuł, że łzy wście­kło­ści i ża­lu na­pły­wa­ją mu do oczu.

– Nie­ład­nie go­ści sa­mych zo­sta­wiać – rzekł drą­gal z Da­le­kie­go Pa­tro­lu, bo nie tak je­go zda­niem mia­ło się to wszyst­ko skoń­czyć. Kto szu­ka bit­ki, ten znaj­dzie, mó­wi w koń­cu sta­re go­rod­skie przy­sło­wie, a kto jej nie szu­ka, ten znaj­dzie z pew­no­ścią.

No i za­bra­li się za ob­rób­kę Frun­ze­go, a czy­ni­li to ze znaw­stwem i sa­tys­fak­cją. W koń­cu by­ły to twar­de chło­pa­ki, któ­re za­li­czy­ły nie­jed­ną mi­sję na od­le­głych świa­tach, gdzie nikt i z ni­czym się nie cac­kał.

O dzi­wo, Frun­ze­mu uda­ło się z po­cząt­ku od­nieść je­den suk­ces, lecz był on dzie­łem przy­pad­ku, a nie bo­jo­we­go spry­tu, bo tak na­le­ży okre­ślić roz­pacz­li­we szarp­nię­cie, po któ­rym łeb ga­spo­nau­ty nie­spo­dzie­wa­nie gruch­nął w fa­cja­tę drą­ga­la. Tam­ten ryk­nął i po­trzą­snął cze­re­pem, roz­bry­zgu­jąc kro­ple krwi do­oko­ła. I kon­ty­nu­ował ob­rób­kę.

Naj­bar­dziej prze­ra­zi­ło Frun­ze­go, że ju­na­cy wciąż się śmia­li. Śmia­li się, chwy­ta­jąc go w sta­lo­we dło­nie, śmia­li się, roz­cią­ga­jąc go na bla­sza­nym sto­le, śmia­li, wy­mie­rza­jąc ko­lej­ne cio­sy; re­cho­ta­li, gdy ci­snę­li nim na zie­mię, kie­dy ko­pa­li go i po­le­wa­li ra­ny gu­rzał­ką, a naj­bar­dziej się roz­we­se­li­li, kie­dy Bo­rys Ku­ciap­kow, druh ser­decz­ny, chciał Frun­ze­go kop­nia­kiem w par­szy­wą mor­dę po­czę­sto­wać, ale chy­bił, więc tyl­ko ra­mię ga­spo­nau­cie po­si­nia­czył.

A po­tem Frun­ze uj­rzał nad so­bą prze­ra­ża­ją­cą, krwa­wą ma­skę, coś jak znie­kształ­co­ne od­bi­cie w lu­strze: ludz­kie, ale szpet­ne. To czar­nia­wy drą­gal, ten o zmiaż­dżo­nym no­sie, zdru­zgo­ta­nych po­licz­kach i prze­trą­co­nej szczę­ce, po­chy­lił się nad ga­spo­nau­tą. Her­man Frun­ze pró­bo­wał się wy­rwać, ale sił miał nie­wie­le. Pa­tro­low­cy trzy­ma­li moc­no.

Coś ma­łe­go, bia­łe­go i ostre­go bły­snę­ło w dło­ni drą­ga­la.

– Miau – wy­sy­czał nie­na­wist­nie i zwy­cię­sko.

I wra­ził Frun­ze­mu w oko ogry­zio­ną do czy­sta, za­ostrzo­ną kość Dży­gi­ta. •

Rozdział VI

Jasny Łan Listy

KAŻ­DE­GO RAN­KATa­tia­na przy­cho­dzi­ła na skraj wio­ski i pa­trzy­ła w oce­an sza­rze­ją­cej po­ma­łu zie­le­ni, któ­re­go ser­decz­nie nie­na­wi­dzi­ła. Sta­ła tak i wpa­try­wa­ła się w ho­ry­zont, pó­ki oczy nie za­czy­na­ły szczy­pać od wia­tru. Nic nie mó­wi­ła.

Za wy­so­kim, kol­cza­stym ogro­dze­niem cią­gnął się aż po ho­ry­zont bez­miar dzi­kich traw, chwa­stów i kwia­tów. Kie­dyś, daw­no te­mu, wszę­dzie tam by­ły po­la upraw­ne. Sta­rzy lu­dzie opo­wia­da­li o psze­ni­cy, o kło­sach, mie­dzach, sier­pach, ce­pach i żni­wach. Ta­tia­na pa­mię­ta­ła z dzie­ciń­stwa, jak ro­dzi­ce wy­cho­dzi­li o świ­cie w po­le. Kie­dy do­kład­nie to by­ło? Zda­wa­ło się, że lat te­mu sto lub dwie­ście.