Degustator - Marcin Walczak - ebook

Degustator ebook

Marcin Walczak

3,3

Opis

Kiedy prokurator Artur Metz wszczyna śledztwo dotyczące oskórowanych zwłok młodej kobiety, znalezionych przy jednym z pleszewskich kościołów, nie wie jeszcze, że właśnie trafił w sam środek piekła. Trop prowadzi do katechety, który wiele lat temu, po zagadkowej śmierci nastolatki, zniknął z Polski. Wkrótce okaże się, że makabrycznych zbrodni, podczas których ofiary zostały pozbawione krwi, było znacznie więcej. Próbując znaleźć niewidoczną nić łączącą wszystkie morderstwa, prokurator Metz nieświadomie naraża nie tylko siebie, ale także swoich najbliższych. Sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że w przestępstwa zamieszanych jest wielu wysoko postawionych urzędników państwowych i kościelnych. Tymczasem w okolicy dochodzi do kolejnych morderstw…

Nachylił się nad uśmierconą ofiarą, wbijając zęby w miejsce, z którego wypływała krew. Trafił nieco za wysoko, lekko tylko otwierając osierdzie. I tak świeża porcja niczym nieskażonej krwi napełniała go rozkoszą. Czuł, że magazyny energii wypełnia błogie uczucie powolnego nasycenia. Ciepło dotykało jego krtani, powoli chłodząc się i spływając wzdłuż przełyku wprost do żołądka. Przyzwyczaił się do odruchów wymiotnych, potrafił opanować naturalną potrzebę wyrzucenia tak ogromnej ilości nasyconej żelazem substancji. I ten strzał endorfin, jak wtedy, gdy tuż po orgazmie padał prawie nieprzytomny obok kobiety, z którą współżył. Uczucie radości, które trwało zaledwie sekundę, jemu wystarczyło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (35 ocen)
5
8
15
5
2

Popularność




Tomaszowi, Anecie i Mateuszowi – pierwszym czytelnikom mojej książki

Prolog

Pleszew, 22 grudnia 2017

Policjant

Włożył dwa palce do ust, prowokując wymioty. Treść żołądka gwałtownie uderzyła o taflę wody. Odkręcił kran, energicznie przecierając twarz zimną wodą. Spojrzał na swoją ofiarę. Martwe ciało spoczywało na dnie emaliowanej wanny. Rozpołowiony tułów pozbawiony wnętrzności wzbudzał w nim poczucie winy. Nie chciał odbierać jej życia. Szczerze wolałby, aby nigdy nie pojawiła się w jego domu. Zwlekał z wykonaniem wyroku do ostatniej chwili. Nie miała żadnych szans przeżyć, kiedy została uderzona w głowę obuchem kuchennego noża.

– Długo jeszcze będziesz się pieścił z tym karpiem? Faceci, kurwa. Chcą rządzić światem, a jednej rybki nie potrafią zaszlachtować.

Głos żony marudzącej w kuchni momentalnie go otrzeźwił.

– Michał, jak tak dalej pójdzie, to jedynym, co wystawię na wigilię, będą twoje walizki za drzwiami mieszkania! – Marta wytarła poklejoną ciastem rękę w fartuch i stanęła w progu niewielkiej łazienki.

Michał klęczał przy wannie, wpatrując się w martwego karpia. Postanowiła pozostawić bez komentarza ufajdany wymiocinami kibel. Poklepała swojego męża po barku, dając do zrozumienia, że modlenie się do truchła ryby to lekka przesada.

– Bo ty zawsze musisz mi to robić! Prosiłem cię, byś kupiła gotową? Ale jak zwykle uparłaś się na żywą. Dobrze wiesz, że nie znoszę przemocy wobec niewinnych zwierząt. – Podnosząc się z kolan, słyszał, jak stawy wydają niepokojące dźwięki.

– Wrażliwiec się znalazł. Może gdybym wywiesiła ci tu taśmę z napisem „Miejsce zbrodni”, inaczej byś gadał. – Przecisnęła się koło ślubnego, zabrała wypatroszonego bohatera świątecznego stołu, po czym nie zważając na emocjonalne rozchwianie Michała, wróciła do zagniatania masy na pierogi.

– Przeklęta morderczyni – zaklął pod nosem. – Co ja w tobie widziałem, kiedy przysięgałem ci dozgonną wierność – rzucił za nią, ale w odpowiedzi usłyszał tylko trzask uderzającego o blat wałka.

Powtarzali tę scenę co roku. Stanowiła dla nich część dwudziestoletniej małżeńskiej tradycji. Marta kochała go bezsprzecznie, ale w te dni mogłaby przysiąc, że niejeden raz powstrzymywała się przed wykrojeniem mu serca.

Michał umył ręce i schował się w gabinecie. Kłótnia małżeńska miała to do siebie, że kiedyś musiała się skończyć. Włączył komputer z nadzieją, że w przeddzień wigilii świąt Bożego Narodzenia będzie mógł w końcu zająć się porządkowaniem zalegających dokumentów. Jego pokój przypominał magazyn biblioteczny, w którym setki książek zalegają na podłodze, czekając na skatalogowanie i umieszczenie na odpowiednim regale. Na szczęście sierżant Śliwiński we własnym bałaganie świetnie się czuł. Potrafił z dokładnością wojskowego sapera wskazać, gdzie lub na której stercie znajduje się właściwa kartka z rozwiązaniem. W jego prywatnym archiwum znajdowały się dokładnie takie same materiały, jak te złożone podczas pracy śledczej w policyjnej przechowalni.

Lubił to robić. Ślęczeć nad mozolnym i z pozoru bezsensownym powielaniem dokumentacji. Nic tak nie zaznajamia ze szczegółami śledztwa aniżeli doskonałe zapamiętanie uzyskanych informacji. Takiej metody pracy nauczył go jego starszy kolega, kiedy jeszcze służyli razem w milicji. Stary January Kopytko doskonalił własne rzemiosło policyjnego psa, zanim jeszcze rodzice Michała zaczęli się spotykać. January polubił młodszego partnera od razu. Być może rekompensował sobie brak własnego potomstwa i dlatego traktował Śliwińskiego jak syna. Był wybitnym nauczycielem fachu, mistrzem dedukcji, a nade wszystko doskonałym przyjacielem. Zmarł pięć lat wcześniej na nowotwór płuc. To prawda. Kopytko palił niczym smok, odpalając jednego papierosa od drugiego. I nie była to przesada. Dymem tytoniowym przesiąknięty był cały gabinet i pół posterunku. Wszyscy, którzy zbliżali się do jaskini Januarego, musieli mieć świadomość, że ryzykują własnym życiem.

Michał wspominał tamte czasy z rozrzewnieniem. Gdyby stary January i jego pokolenie powstało dzisiaj z grobu i przyjrzało się zmianom, jakie w krótkim czasie nastąpiły, na pewno kazaliby wszystkim spierdalać i wróciliby do spokojnego odganiania zżerających ich ciała robaków. Śliwiński miał podobne odczucia. Miał wrażenie, że cały świat koniecznie chce się go pozbyć, a przynajmniej porządnie go zmęczyć, zanim odejdzie na świadczenie emerytalne. Od kiedy Komenda Powiatowa Policji w Pleszewie rozpoczęła digitalizację prowadzonych dotąd spraw, ciągle figurował na ostatnim miejscu listy niezłożonych sprawozdań. Przyzwyczaił się do spisywania zeznań na maszynie, notowania najistotniejszych kwestii w służbowym kajecie i mało kto był na tyle odważny, by próbować zmienić jego przyzwyczajenia. Najwyżej mnie wyjebią – pomyślał, czekając, aż stary komputer w końcu będzie gotowy do pracy.

Zalogował się na mail. Ikonka informująca o nieodebranych wiadomościach pokazywała, że ma jedną nieprzeczytaną. Kliknął nią, sądząc, że najpewniej ktoś pomylił adres. Jedyne, co zobaczył, to pusty ekran. Nacisnął na klawiaturze przycisk F5, ale po odświeżeniu strona dalej wyglądała tak samo. Dopiero za trzecim razem zauważył, że do maila dołączono plik ze zdjęciem. Nie rozpoznał nadawcy, jednak ciekawość okazała się silniejsza. Nacisnął na załącznik i mimowolnie krzyknął. Fotografia co prawda była niewyraźna, mimo to dokładnie wiedział, na co patrzy. Nie mógł oderwać wzroku od ekranu. Po omacku znalazł telefon komórkowy, wybrał numer komendanta i potrząsając nerwowo nogą, oczekiwał na odebranie połączenia.

– Śliwa, co jest, kurwa! Żona cię nie kocha, że po ludziach wydzwaniasz? – Głos przełożonego był stłamszony, jakby dopiero co przełknął spożyty posiłek.

– Morderca Lili. On wrócił.

Godzinę później pod blokiem Śliwińskiego zaroiło się od świateł radiowozów. W niewielkim mieszkaniu na pierwszym piętrze inspektor Wiesław Błaszczak wydawał pierwsze rozkazy. Sapał przy tym i łapczywie zasysał powietrze. Wskutek wieloletnich zaniedbań w ćwiczeniach fizycznych i wyhodowanej samodzielnie ciąży spożywczej z ledwością wdrapał się na drugie piętro. Przez moment chciał poprosić, by Śliwa zszedł na dół, ale w zaistniałych okolicznościach uznał, że byłby to gruby nietakt wobec kolegi z pracy. Nie chodziło mu wcale o to, że w jakikolwiek sposób było mu żal podwładnego. Kiedyś tak. Mógłby powiedzieć, że ich znajomość można by nazwać kiełkującą przyjaźnią.

Po śmierci Liliany cała ich relacja uległa gwałtownej i właściwie całkowitej destrukcji. Michał się załamał. Nie przychodził do pracy, a jak już przychodził, był tak zalany, że cudem udało się Błaszczakowi zatuszować jego przebojowe występy. Ot, chociażby ordynarne opróżnienie zawartości pęcherza na jednego z młodszych posterunkowych. Biedak nie chciał wręczyć wyraźnie wstawionemu Śliwińskiemu kluczyków do radiowozu. Całkiem słusznie. Nie przypuszczał, że sierżant Śliwiński, w przypływie złości i chęci zamanifestowania swojego sprzeciwu wobec odmowy wydania mu służbowego pojazdu, wyciągnie ze spodni kutasa i będzie nim machał niczym strażak podczas gaszenia pożaru. Swoją drogą powinien jeszcze kiedyś Michałowi za to podziękować. Nie potrafił przypomnieć sobie, jak ów policjant się nazywał, ale dzięki całej akcji młody przeniósł się do innej jednostki policji i kabluje na kolegów nowemu przełożonemu.

– Zabezpieczcie komputer i prześlijcie do badań. Niech nasi informatycy się pośpieszą, w przeciwnym razie opłatkiem dzielić się będą na komendzie. Dwóch zostaje pod blokiem, sprawdzać każdego, kto będzie chciał wejść. Reszta won. Nie potrzebuję przed świętami osiedlowej sensacji. – Komendant wydał rozkazy, po czym rozsiadł się w fotelu i czekał, aż wszyscy wyjdą. – Co z Martą? – W pierwszej chwili w ogóle nie zauważył, że małżonka Śliwińskiego gdzieś przepadła.

– Poszła do sąsiadki. Nic nie wie i lepiej, żeby tak zostało. – Michał postawił kubki z kawą na stole i usiadł naprzeciwko. Spojrzał na stojące na komodzie zdjęcie swojej córki. W oczach zaiskrzyły mu krople łez. Sam wyglądał, jakby wrócił ze szpitala dla psychicznie chorych. Rozczochrane, posklejane włosy podskakiwały w rytm stawianych przez Michała kroków. Siwe pasemka włosów rozchodziły się swobodnie w każdą możliwą stronę, powodując, że wyglądał jak jeż po spotkaniu z kosiarką.

– Miejmy nadzieję, że to ohydny żart. – Wiesław wychylił się z fotela i wsypał dwie łyżeczki cukru do czarnej cieczy. Sam nie wierzył w to, co mówił. – A ty się ogarnij, bo wyglądasz jak kloszard albo inne gówno.

– Spierdalaj Wiesław na drzewo ruchać wiewiórki. Widziałeś, w jaki sposób wyeksponował zwłoki? – Michał rzadko podnosił głos, tym bardziej na przełożonego. Z drugiej strony nie cierpiał bezsensownego strzępienia jęzora.

– Widziałem. Podobnie wyglądała Lili, kiedy ją w końcu znaleźliśmy.

Inspektor już dawno przestał pocieszać Śliwińskiego po stracie jego jedynego dziecka. Wiedział, że na swój sposób Michał pogodził się z tym, co się stało. Doskonale pamiętał wykrwawione ciałko jedenastoletniej dziewczynki porzucone w hali serwisowej dworca kolejowego w Pleszewie. Kiedy okazało się, że to córka Śliwińskich, poprzysiągł, że odnajdzie bydlaka, który jej to zrobił. Minęło dziesięć lat, a on nie potrafił wskazać jednego tropu, który przybliżyłby ich do rozwiązania sprawy.

Prokurator Mikołaj Zawiślak zawiesił postępowanie po roku. Jego decyzja była słuszna, tylko że Michał nie potrafił się z nią pogodzić. Nie dziwił mu się. Nie umiał sobie wyobrazić, jak by się czuł, gdyby coś takiego spotkało jego najbliższych. Nieoficjalnie dał Michałowi wolną rękę, ale i jemu niczego nie udało się ustalić. Nie mieli motywu, narzędzia, odcisków palców, próbek biologicznych. Właściwie nic nie mieli. Dysponowali jedynie opinią biegłego psychiatry, który bełkotał coś o zaburzeniach z dzieciństwa i silnym doświadczeniu przemocy domowej. Brzmiała Wiesławowi w uszach od kilku lat. Na próżno.

– Wiesław, myślę, że powinieneś już pójść. – Michał spojrzał na stojącą w przedpokoju żonę, która najwyraźniej znudziła się wysłuchiwaniem plotek Krystyny Brylewskiej. Na tym polu była mistrzynią. Poczciwa kobieta mieszkała sama naprzeciwko Śliwińskich i korzystała z każdej nadarzającej się okazji, by wciągnąć Martę do osiedlowego klubu podstarzałych dewotek. Śliwińska nie pasowała do tego towarzystwa pod żadnym względem, ale lubiła czasami skorzystać z darmowego kabaretu dla starszych pań.

– Wesołych Świąt wam życzę. Nie martw się, na pewno to jakiś wirus. Chłopcy się tym zajmą. – Wiesław udawał, że nic się nie stało. Ucałował dłoń gospodyni domu, po czym zabrał przewieszony przez oparcie fotela płaszcz i zszedł na dół.

Marta stała z założonymi rękami, oczekując, aż Michał pierwszy się odezwie. On jednak nie zamierzał się tłumaczyć. Zabrał nieruszoną kawę do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Po chwili poczuł rozchodzącą się po całym mieszkaniu woń pieczonego karpia i uznał, że małżonka dała za wygraną. Otworzył niewielki sejf, wyciągnął zielonkawą teczkę i rozłożył zawartość na blacie biurka. Mamrotał coś pod nosem, przypinając do korkowej tablicy niewyraźne zdjęcia i zapisane kartki. Nie było tego wiele, poza wynikami sekcji okaleczonej córki, kilkoma wycinkami z lokalnych gazet, profilem psychologicznym i luźnymi notatkami. Doczepił obok wydrukowane wcześniej nowe zdjęcie. Poniżej przykleił samoprzylepną karteczkę z zapisanym grubym markerem pytaniem: „Kim jesteś?”

Rozdział 1

Pleszew, wrzesień – grudzień 1989

Ksiadz

Grzegorz Dalętka ucieszył się, kiedy jego nowy proboszcz oznajmił, że od tego roku szkolnego będzie uczył katechezy w klasach maturalnych Liceum Ogólnokształcącego imienia Stanisława Staszica w Pleszewie. Uważał, że doskonale dogaduje się z młodzieżą i że jego obecność w tradycyjnym liceum dobrze wpłynie na frekwencję młodszej części wiernych. Wraz z grupą swoich uczniów właśnie przygotowywał się do wystawienia okolicznościowych jasełek. Po czterech miesiącach udało mu się zgromadzić wokół siebie zaledwie dziesięć osób, z czego był niezadowolony. Najwyraźniej na tutejszych licealistach nie robiło wrażenia lśniące BMW, którym codziennie dojeżdżał do szkoły, i luźny styl. Pozwalał zwracać się do siebie po imieniu i sporadycznie paradował w sutannie. Nie zrażał się. Na spotkaniach kapłanów z dekanatu zbywał uwagi kierowane pod swoim adresem i nie przyjmował ich poważnie.

Najwięcej trudności sprawiało mu dogadanie się z klasą 3c. Dziwna młodzież tęskniła za jego poprzednikiem i na każdym kroku dawała wyraz swojemu niezadowoleniu. Nie potrafił do nich dotrzeć. Nie chodziło wcale o to, że go nie słuchali. Wręcz przeciwnie. Cisza, jaka panowała podczas prowadzonych przez Grzegorza zajęć, mogła wprawić w zdumienie niejednego belfra. Dla niego był to sygnał, że nigdy go nie zaakceptują. Nie byli wulgarni czy niekulturalni. Po prostu mieli kompletny zlew na to, co do nich mówił. Osobiście wolał raczej młodzież odważną, umiejącą wyrazić jasno wątpliwości nurtujące serca dorastających młodych ludzi.

Weronika była wyjątkiem. Niska, szczupła brunetka o kocioszarych oczach swoim zachowaniem dawała do zrozumienia, że jest poważnie zainteresowana pogłębieniem ich, jak dotąd sztywnej, szkolnej relacji. Grzegorz się zakochał. Nie planował tego. Dość miał kłopotów w poprzedniej szkole. Obiecał sobie, że tym razem będzie roztropniejszy. Pożądanie jednak było silniejsze. Weronika umiała go podejść. Z początku udawała nieśmiałą. Podchodziła na przerwach i zagadywała o rodzaj muzyki, której słucha i drużynę piłkarską, której kibicuje. Szybko zrozumiała, że nie jest tym typem faceta. Musiała się postarać. Nie wiedział, dlaczego nastolatka szuka sposobu, żeby usidlić nauczyciela, do tego duchownego. Nie przeszkadzało mu to. Ilekroć zbliżała się do niego, czuł, że robi mu się gorąco. Musiał się nieźle nagimnastykować, żeby nikt nie zwrócił uwagi na rozwijającą się znajomość uczennicy z belfrem.

Nie czekała długo, by w końcu się z nią umówił. Pierwsza okazja nadarzyła się w październiku, podczas balu integracyjnego klas pierwszych. Weronikę zaprosił kolega, ale szybko się okazało, że poza przytulaniem i gładzeniem po plecach nic z tego nie będzie. Wtedy postanowiła zatańczyć z księdzem. Potem poprosiła, by odwiózł ją do domu. Nie protestował. Nudne oficjalne uroczystości uważał za stratę czasu. Zignorował głos sumienia przypominający mu o obowiązku wstrzemięźliwości seksualnej, kiedy na tylnym siedzeniu swojego auta Werka oddała mu się cała bez słowa sprzeciwu. Mógłby przysiąc, że to ona chciała go zaliczyć, a jemu było to najzupełniej obojętne. Doceniał w niej wyrachowaną ostrożność. Nikt nie miał pojęcia, że młody katecheta regularnie obcuje cieleśnie z nieletnią uczennicą, a ich wspólny plan był taki, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że cokolwiek ich łączy.

Minęły niespełna trzy miesiące, a oboje mogliby przysiąc, że znają się kilkanaście lat. Weronika odkryła przed Grzegorzem serce. Poznał jej historię. Wiedział, że zanim się z nim związała, była nastoletnią prostytutką. Nie cierpiała się za to, ale w jakiś sposób musiała zarobić na wydostanie się z Pleszewa, miasteczka bez perspektyw. Marzyła o pracy modelki i Dalętka musiał przyznać, że warunki fizyczne miała wymarzone. Niestety. Na jej nieszczęście związała się z nieodpowiednimi ludźmi, którzy za żadne skarby nie pozwoliliby jej się wyzwolić.

Najgorszy był Damian, choć członkowie osiedlowego gangu wołali na niego „Kuśka”. Weronika szybko przekonała się, skąd wzięła się ta dziwaczna ksywka, kiedy zmusił ją do stosunku. Nigdy wcześniej nie widziała tak wielkiego fiuta, a w swoim młodym życiu naoglądała się ich sporo. „Kuśka” traktował ją jak swoją własność. Nie pozwalał jej nigdzie chodzić samej. Przydzielili go do jej ochrony, a ona sto razy bardziej wolałaby spotkać seryjnego gwałciciela, niż kolejny raz obcować z Damianem.

Grzegorz postanowił pomóc. Zadzwonił do Gudunova, starego kumpla, żeby przypomniał chłopcom z prowincji, dla kogo pracują. Weronika nigdy nie zapomni miny Damiana, który zwijał się z bólu po tym, jak jeden z przyjezdnych gangsterów miażdżył mu jaja ciężkim wojskowym butem. Od tego czasu miała święty spokój. Dalętka zapewnił jej pieniądze i mieszkanie, żeby mogli się spokojnie spotykać. Na co dzień udawali, że nic ich nie łączy. Nawet podczas spektaklu bożonarodzeniowego wszyscy uważali, że doskonale grają rodzinę z Nazaretu, trzymając w splecionych dłoniach Boże Dzieciątko. Oboje wiedzieli, że łączy ich prawdziwa miłość.

Była sobota dwudziestego grudnia, kiedy nad ranem służby otrzymały zgłoszenie od zaniepokojonych rodziców Weroniki Plichty, że ich córka nie wróciła z nocnej imprezy. Dziewczyna była pełnoletnia i policja nie zamierzała wszczynać procedur przed upływem 24 godzin. Do mieszkania Plichtów przyjechał jeden radiowóz. Dwóch funkcjonariuszy spisało zeznania, po czym zapewnili, że dołożą wszelkich starań, by sprowadzić córkę do domu. Nie zamierzali. Weronika Plichta znana była lokalnym stróżom prawa z tego, że dość lekko się prowadzi. Sądzili, że zaszyła się u jakiegoś klienta i niebawem wróci.

W poniedziałkowy mroźny poranek dwudziestego drugiego grudnia sprawa się skomplikowała. Pracownik liceum, który pierwszy przyszedł do pracy, poinformował, że w łazience szkolnej leży zakrwawione ciało nastolatki. Po kilkunastu minutach pod budynkiem przy ulicy Poznańskiej zaroiło się od policyjnych samochodów. Przez liceum Staszica przeszło tornado złożone z dwunastu funkcjonariuszy policji, prokuratora rejonowego i czterech techników kryminalistycznych wyróżniających się z tłumu białymi jak śnieg skafandrami.

– Co tu mamy? – Prokurator Mikołaj Zawiślak powstrzymywał się, żeby nie zwymiotować. Widok nagiej dziewczyny był przerażający. Jej blada skóra wyglądała, jakby ktoś owinął ją papierem. Rany na nadgarstkach sugerowały samobójstwo.

– Dziewczyna, osiemnaście lat, ślady po ostrym narzędziu na wewnętrznej stronie nadgarstków. Plama krwi o powierzchni około metra kwadratowego, na moje oko jakieś dziesięć procent tego, co powinno być. Brak otarć, śladów szarpaniny. Słowem – wygląda na samobójstwo. Technicy nie zabezpieczyli żadnego śladu daktyloskopijnego. Przeszukaliśmy budynek, ale nigdzie nie znaleźliśmy jej ubrań. – Komendant Błaszczak zrelacjonował prokuratorowi to, co udało się do tej pory ustalić.

– Chcesz mi powiedzieć, że przyszła tutaj nago, podcięła sobie żyły, narzędzie spłukała w kiblu, a jej krew wpierdoliły gołębie? – Zawiślak przetarł jedwabną chustką usta, po czym poprawił nienagannie skrojony garnitur.

– Próbuję powiedzieć, że panienka jest profesjonalną samobójczynią. Niczego tu więcej nie znajdziemy. – Wiesław powstrzymywał się, żeby nie przyłożyć eleganckiemu lalusiowi prosto w zęby. Miał alergię na wymuskanych chłopców, zwłaszcza jeśli wydawali mu polecenia.

– Zabezpieczcie wszystko. Jedź do jej rodziców i wybadaj, czy miała jakiegoś stałego partnera. Czekam na postępy w śledztwie. Na samobója jest tu za czysto. – Zawiślak odwrócił się na pięcie i opuścił szkolną toaletę. Jeszcze chwila, a musiałby się poniżyć przed policjantami, czyszcząc sobie buty po torsjach, które wielkimi skokami zbliżały mu się do gardła.

Błaszczak przyjął polecenie prokuratora bez słowa sprzeciwu. Nie zamierzał dłużej przeszkadzać technikom, którzy mieli ręce pełne roboty. Wyszedł poszukać telefonu. Przed wejściem głównym znalazł gabinet dyrektora i sekretariat mieszczące się w dwóch małych pokojach, do których prowadził niewielki, wąski korytarz. Wszedł bez pukania. I tak wiedział, że wewnątrz nie ma nikogo. Znalazł telefon i wykręcił numer Śliwińskiego. Michał odebrał, choć ciężko przyjął konieczność pojawienia się na komisariacie. Miał urlop, na który Błaszczak sam go wysłał. Teraz jednak był mu potrzebny doświadczony śledczy, a nie banda żółtodziobów, która po raz pierwszy ma do czynienia z morderstwem. Do tego jeszcze ten nowy prokurator rejonowy, na którego widok otwierał mu się nóż w kieszeni.

Policjant

Dzwonek telefonu wyrwał go z głębokiego snu. Przecierał oczy ze zdumienia, spoglądając na wskazówki budzika, które niewyraźnie krążyły wokół ósemki. Od dwóch dni przebywał na przymusowym urlopie. Nie znosił sytuacji, w których szefostwo nakazywało mu wykorzystanie zaległości w pełnopłatnym nicnierobieniu. Wolał zanurzyć się w rozpracowywanych sprawach. Miał ich sporo, choć w ostatnim czasie liczbę prawdziwie kryminalnych przypadków mógł policzyć na palcach prawej nogi. Tej właśnie, gdyż przed laty wybuch pozostawionego przez hitlerowską armię niewybuchu pozbawił go dwóch najmniejszych palców.

– Małpą nie jestem, po drzewach nie łażę, nie przydadzą się – żartował w szpitalu, kiedy prowadzący jego przypadek chirurg nieco zbyt poważnie opisywał mu przyszłościowe konsekwencje utraty czwartego i piątego palca. Jedyną bolączką, szczycącego się posiadaniem osiemnastu palców policjanta, było symptomatyczne utykanie. Uważał, że w ten sposób los okrutnie go pokarał, dodając mu ekstra dwadzieścia lat więcej.

Kuśtykając, doczołgał się do mikroskopijnego salonu, który udało się wydzielić, zakładając, że stojąca na granicy z kuchnią szafa pełni rolę ścianki działowej. Tej awangardowej aranżacji wnętrza domagała się socrealistyczna wizja architekta budynku. Najwyraźniej nie mieściło mu się w artystycznej łepetynie, że istnieją ludzie, dla których dochodzące z kuchni zapachy niekoniecznie stanowią przyjemną woń. Michał był jedną z nich. Dodatkowo pokój główny spełniał także funkcję biura detektywistycznego, zatem wszyscy goście cierpliwie musieli znosić widok wisielców, topielców i ogółem pojętej śmierci. Tutaj znajdował się jedyny aparat telefoniczny, którego sygnału nie dało się w żaden sposób przeoczyć.

– Śliwiński, słucham.

Nie do końca była to szczera prawda. Podnosząc słuchawkę, przewrócił kryształowy wazon, w którym nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie fakt, że był prezentem ślubnym ofiarowanym przez ukochaną teściową. Zdołał jednak ocalić ten pamiątkowy bibelot od niechybnego roztrzaskania się o podłogę, jednakże tym samym nie dosłyszał nazwiska dzwoniącej natarczywie osoby.

– Kto mówi? Nic nie słyszę.

– Twój komendant, uniżenie dziękuję za odebranie połączenia. A teraz słuchaj, kurwa, bo sprawa jest trudna. – Wiesław Błaszczak zaciągnął się papierosem i dodał: – Znaleźliśmy zwłoki nastoletniej dziewczynki z podciętymi żyłami. Prokuratorowi skończyły się pomysły, jak to wyjaśnić. Doceniam, że w końcu po dłuższym czasie nie muszę oglądać twojego pyska na komisariacie, ale zbieraj dupsko, bo wszyscy srają pod siebie. Chcę mieć tu kogoś, kto myśli.

– A ustaliliście cokolwiek? – Michał zalotnie uśmiechnął się do małżonki, która najwyraźniej dziękowała Bogu, że choć na chwilę pozbędzie się męża z domu. Dwa dni przed Wigilią zachowywała się w taki sposób, że gotów był przysiąc, iż nie tej kobiecie ślubował wierność i uczciwość małżeńską.

– Ten żółtodziób z rejonowej ustalił, że małolata kręciła z księdzem katechetą. Czekaj, zaraz znajdę jego nazwisko. – W słuchawce przez moment było słychać, jak komendant pospiesznie przewraca kartki w notatniku. – Mam. Niejaki Grzegorz Dalętka. Zaprosiłem do nas jego proboszcza, bo wikariusz się ulotnił i nie ma po nim śladu. Poza tym głucho i ciemno. Reszty dowiesz się na miejscu.

Śliwiński wyczuł, że Błaszczak nie mówi mu wszystkiego. Być może nie był sam, kiedy do niego zadzwonił. Michałowi zrobiło się gorąco, kiedy usłyszał nazwisko księdza. Ubrał się pospiesznie, podniósł stojącą w przedpokoju staromodną teczkę i wyszedł bez słowa. Do pracy swobodnie mógł iść w klapkach. Budynek pleszewskiej komendy sąsiadował z blokiem, w którym wynajmował mieszkanie.

Przed wejściem dzieci Malinowskich usiłowały ulepić bałwana. Śnieg pokrył ziemię skąpą warstwą, ale i tak zabawę miały przednią. Mimowolnie pomyślał o swojej żonie. Ustalili z Martą, że nie będą się spieszyć ze staraniem się o potomstwo. Byli po ślubie raptem od roku, ale większość rodziny już wieszczyła, że coś jest nie w porządku. Zdawali sobie oboje z tego sprawę. Uprawiali seks prawie codziennie – bezskutecznie. Początkowo Michał sądził, że jego żona po kryjomu bierze jakieś tabletki. Raz ją nawet o to zapytał. Nie był to najlepszy pomysł, bo Marta przestała się do niego odzywać na ponad tydzień. Za kilka dni mieli umówioną wizytę u specjalisty. Do tego czasu wytrzyma. Miał nadzieję, że lekarz rozwieje ich wątpliwości. Nie miał złudzeń. Któreś z nich było niepłodne. Czytał o tym w jakimś poradniku małżeńskim, których wypożyczył chyba z tuzin, zanim na dobre zdecydował się oświadczyć Marcie. Pamiętał, że jeden z rozdziałów traktował o takiej sytuacji, w której małżonkowie muszą zmierzyć się z ewentualnością biologicznych przeszkód do naturalnego poczęcia potomstwa. Widział, jak jego małżonka to przeżywa. Zwłaszcza kiedy ukradkiem wyglądała przez okno na podwórko, gdzie inne kobiety w jej wieku krzyczały do swoich pociech, by za mocno się nie huśtały. Znał swoją partnerkę dość dobrze i nie sądził, by towarzystwo młodych matek Polek, plotkujących pod blokiem o innych członkach wspólnoty sąsiedzkiej było szczytem jej marzeń. Doskonale zdawał sobie za to sprawę z tego, że w lokalnym rankingu jego żona plasuje się gdzieś pomiędzy panem Stasiem z klatki numer dwa a rodziną Skałeckich z ich wejścia.

Pan Stanisław był powszechnie uważany za niepisanego gospodarza osiedla. Rzeczywiście. Stasiu, jak sam kazał wszystkim się do siebie zwracać, był emerytowanym pracownikiem pleszewskich „obrabiarek”. Nieodpłatnie naprawiał większość standardowych usterek, typu przepalona żarówka czy niedziałający telewizor. Jedyne wynagrodzenie, którego nigdy nie odmówił, było w formie płynnej i koniecznie wysokoprocentowej. I tak starsze, nieporadne życiowo sąsiadki co chwila wołały do siebie pana Stasia, który wychodził po interwencji pijany i w dość wesołym nastawieniu do świata.

Na drugim końcu skali znaleźli się Skałeccy. Ultraprawicowi i do tego niereformowalni. Zwłaszcza stara Barbara Skałecka podnosiła Michałowi ciśnienie za każdym razem, kiedy przez przypadek spotkał ją, wracając z pracy. Nazywała go starym komuchem, czerwoną zarazą i życzyła mu jak najrychlejszej śmierci. Nikt ich nie lubił. Nawet pan Stasiu omijał ich mieszkanie z daleka.

Bryła komisariatu przypominała mu, że całkiem niedawno zwracano się do niego: towarzyszu czy panie milicjancie. Minęło raptem pół roku, odkąd PZPR wyprowadziło sztandar z gmachu sejmu i nie ukrywał, że trudno było mu się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Jego osiedle wciąż nosiło nazwę Polskiej Partii Robotniczej i jakoś nie widział potrzeby, by cokolwiek zmieniać. Może poza zwiększonym asortymentem dostępnym w sklepach, większość była po staremu.

– Obudź się, Kaliński, bo ci menele uciekną. – Zastukał w okienko dyżurnego, któremu przedświąteczna atmosfera nie ułatwiała zachowania pełnej gotowości bojowej.

– Dzień dobry! Pan Śliwiński nie na urlopie? – Jakub uniósł lekko głowę dotąd zanurzoną w lekturze jakiejś książki.

– Na całe szczęście. Kobiety w święta zamieniają się w gatunek przeznaczony do natychmiastowej eksterminacji. Trudno to wytrzymać.

– Święta prawda. Moja na przykład dziś rano powiedziała mi, że nie ma ze mnie żadnego pożytku. Kurwa, siedzi sobie całymi dniami w domu, ogląda seriale i tyje. Gdyby nie moja psia pensja, nie miałaby za co żreć. – Kaliński podszedł do kraty blokującej dostęp do wewnętrznej części budynku i wpuścił Michała do środka.

Gabinet komendanta znajdował się na pierwszym piętrze, choć on sam równie dobrze mógł znajdować się gdziekolwiek. Głosu Błaszczaka nie dało się pomylić z żadnym innym. Przypominał mieszaninę tępego brzeszczotu i policyjnej syreny. Amplituda rozciągała się w takim zakresie, że potrafił w jednej wypowiedzi bełkotać basowym głosem pijanego drwala i piskliwie zawodzącego kastrata. Dzięki temu zlokalizowanie szefa było dziecinnie proste. Wystarczyło na chwilę wsłuchać się w głosy rozchodzące się po korytarzu, aby mieć niemal stuprocentową pewność, gdzie się znajduje. Śliwiński nie słyszał tym razem żadnego dźwięku, uznał więc, że najlepiej będzie, jeśli skieruje swoje kroki wprost do jaskini lwa.

Wszedł do gabinetu i od razu wyczuł, że atmosfera jest napięta. Jedyne wolne krzesło w pomieszczeniu było już zajęte. Postać mężczyzny stanowiła jedność z wysłużonym meblem. Tylko ogromne kępy czarnych włosów unoszące się nad głową pozwoliły Śliwińskiemu rozpoznać, że to prokurator. Zbliżył się z prawej strony z zamiarem kurtuazyjnego uściśnięcia dłoni. Michał Zawiślak spojrzał kpiąco na wyciągniętą w swoim kierunku rękę, po czym wstał i opuścił biuro.

– Kiedyś wygarnę mu z piąchy, może się nauczy dobrych manier wobec starego gliny.

Wiesław zaplótł dłonie ponad głową i nie zwracając uwagi na stojącego przed nim Śliwińskiego, zaczął się przeciągać.

– A zaraz potem stracisz stanowisko. Widocznie niewygodne masz krzesło. – Obrócił je tak, by móc oprzeć się ramionami o oparcie.

– Czemu nasza gwiazda wyszła bez pożegnania?

– Okazało się, że kościelne znajomości naszego prokuratora są gówno warte. Kuria diecezjalna wpierw wyparła się, że niejaki Grzegorz Dalętka jest ich pracownikiem, a potem zadzwonili, że jednak figuruje. Widocznie mają podobny burdel jak my po zmianie ustroju.

– Sądzisz, że księżyna byłby zdolny do takiego morderstwa? – Michał wpatrywał się w wiszącą obok komendanta tablicę, na której zawieszono fotografię zabitej dziewczyny.

– Miałem nadzieję, że ty to ustalisz. Jak na razie nie wiemy nic poza tym, że Grzegorz Dalętka zniknął bez śladu. Przeszukaliśmy lokal, który zajmował, ale poza książkami i pastą do zębów nic więcej nie znaleźliśmy. – Wyjął z szuflady plik zdjęć i rzucił Śliwińskiemu na biurko. – Chłopcy ustalili, że dziewczynę pozbawiono krwi w innym miejscu, niż ją znaleziono. Na ciele nie było żadnych śladów. Czysta robota.

– Przyczyna śmierci? – Michał kodował szczegóły w pamięci.

– Dopiero ją kroją. Jak chcesz, możesz się przejechać do kostnicy i spytać osobiście. A potem dobrze by było, gdybyś dowiedział się czegoś więcej o tym księdzu. Może nie jest bezpośrednim sprawcą, ale nie bez powodu rozpłynął się zaraz po jej śmierci.

Śliwa uznał, że nie ma sensu przedłużać tej rozmowy. Szef niewiele wiedział, a i tak najprawdopodobniej czekała go podróż do Gniezna. Pożegnał się i zamierzał wyjść, ale zatrzymał się przy drzwiach. Pomyślał, że powinien zapytać o coś jeszcze.

– Przesłuchaliście już rodziców ofiary? Nie zostawiła jakiegoś listu, może prowadziła pamiętnik?

– Może byśmy i przesłuchali, ale oboje są w takim szoku, że trudno do nich dotrzeć. Ich córka dopiero co urodziła. Zostali rodzicami i dziadkami w jednej chwili. Szczerze, to im współczuję. Mieszkają na Osiedlowej. Trafisz bez trudu.

Nie zamierzał się domyślać, o co konkretnie Wiesławowi chodziło. W głowie układał nieco inny plan działania. Dotarcie z komendy do miejskiego szpitala pieszo poważnie go zmęczyło. Przeklinał się za to, że nie wyciągnął samochodu z garażu. Czerwony maluch do demonów prędkości nie należał, ale woził tyłek równie sprawnie jak limuzyny, na które nigdy nie było go stać. Ocierając pot z czoła, pchnął drzwi prowadzące do sali sekcyjnej. W środku czuć było zaduch wywołany zapachem wyziewów gorzelnianych pomieszanych ze specyficzną wonią martwego ciała. Na stole dostrzegł nagie zwłoki denatki. Przyznał w duchu, że była dość przeciętnej urody. Jedyne, co zapewne dawało jej przewagę nad innymi dziewczętami w walce o uwagę chłopców, to nieproporcjonalnie duże piersi. Skarcił się w duchu za nieodpowiednie myśli.

– Cześć, Zięba, znowu piłeś w pracy? – Założył odzież ochronną i zbliżył się do szepczącego pod nosem patologa.

– Śliwa, kurwa, żona cię nie kocha, że błąkasz się po kostnicach? – Doktor Hieronim Zięba nieznacznie uniósł głowę, racząc Michała szerokim uśmiechem. – Piłem, a i owszem, ale w domu. Wyobraź sobie, że zadzwonił ten twój otyły komendant i uprzejmie poprosił o szybką sekcję. Co było robić? Wasz trup, mój zarobek.

– Nie użalaj się nad sobą, tylko mów, co z naszą cycatą denatką. – Mimowolnie ponownie spojrzał na pozszywaną klatkę piersiową.

– Przyczyną śmierci był rozległy zator w prawej komorze serca. Ofiara straciła dużo krwi, w wyniku czego pompka nie miała czego pompować i się zatarła. – Uniósł zaciśniętą pięść do góry, symulując zatrzymanie pracy serca.

– A nie umarła z wykrwawienia? – Wskazał palcem na szerokie bruzdy pozostawione przez ostre narzędzie na wewnętrznej stronie jej dłoni.

– Niekoniecznie. Problem w tym, że leżąca przed nami małolata wcale nie wykrwawiła się w ten sposób. Ktoś umiejętnie spuścił z niej krew. Wbił igłę w tętnicę ramienną, żeby wykorzystać naturalne ciśnienie. Dla przyspieszenia efektu powiesił ją nogami do góry. – Wskazał palcem ślad po wkłuciu i dwie symetryczne pręgi ponad stawem skokowym.

– Czyli sadysta znający się na rzeczy. Tylko co zrobił z krwią? – Michał skupił wzrok we wskazanym miejscu.

– Tego, mój drogi, nie wiem, ale w tej, którą pobrali twoi koledzy, nie znalazłem niczego, co mogłoby spowolnić wykrzepianie. Normalnie pobrana krew krzepnie w ciągu około sześciu minut, więc albo ją pił na bieżąco, albo miał kilka kilogramów skrzepliny.

– Oszczędź mi formalności i powiedz, co to znaczy. – Wyobraźnia podsuwała Michałowi widok wykrwawiającej się młodej dziewczyny.

– Chodzi o to, że krew poza organizmem jest bezużyteczna, chyba że poda się odpowiednią substancję, żeby powstrzymać krzepliwość. Poza tym nic więcej nie wiem. Żadnych śladów daktyloskopijnych, spermy też nikt nie zostawił, choć do cnotliwych nie należała. – Hieronim zdjął rękawiczki i przysiadł na stojącym pod oknem taborecie. Pociągnął łyk przezroczystej substancji z niezbyt czystej szklanki, po czym uchylił zmatowione do połowy okno i odpalił papierosa.

– A jesteś w stanie określić, jak często korzystała z okazji do współżycia? – Michał wyciągnął swoją paczkę i dołączył do palącego kolegi.

– Można domniemywać, że dość często. Na swój wiek jest nad wyraz wyeksploatowana. Doświadczenie zawodowe każe mi przypuszczać, że dorabiała w ten sposób.

– Dobra robota. Może uda mi się namierzyć któregoś z jej klientów. Na razie to wszystko. Trzymaj się.

Wychodząc z budynku, Śliwiński uznał, że czas najwyższy odwiedzić rodziców Weroniki.

Tymczasem komendant Błaszczak przesłuchiwał bezpośredniego przełożonego Grzegorza Dalętki. Pięćdziesięcioletni mężczyzna wyglądał na zdenerwowanego. Wiesław nie wątpił, że obecna sytuacja dla nikogo nie jest przyjemna.

– Czyli twierdzi ksiądz, że nowy wikariusz był zupełnie normalny? – Wiesław pochylił się nad stołem i położył na nim zdjęcia zamordowanej dziewczyny.

Ksiądz Tadeusz Kerl odwrócił wzrok, był wyraźnie poruszony.

– Tak. Powiedziałbym, że był normalnym księdzem, jakich w swoim życiu widziałem całkiem sporo. Odprawiał msze święte spokojnie, kazania wygłaszał całkiem na temat, miał dobry kontakt z parafianami. Nic więcej nie mogę panu powiedzieć. – Siwiejący kapłan wypuścił gwałtownie powietrze, jakby bał się wcześniej oddychać.

– I nie zauważył ksiądz niczego podejrzanego? Nawet tego, że w nocy zabrał wszystkie rzeczy i zniknął?

– Panie inspektorze, należy zacząć od tego, że ksiądz Grzegorz przyjechał do mojej parafii z jedną walizką i jedną sutanną. Nie miał nawet własnej alby do sprawowania Eucharystii. Słowem – miał niewiele. Nie mam w zwyczaju przesłuchiwać współpracowników w zakresie ich preferencji mieszkaniowych.

– Nie zauważył ksiądz niczego dziwnego? Obcych ludzi, nocnych gości, dziwnych samochodów?

– Panie komendancie, dobrze pan wie, gdzie mieszkam. Nie należę do proboszczów, którzy ograniczają swobodę życia swoich podwładnych. Nic nie wiem. Nic nie widziałem. – Ksiądz Kerl poczerwieniał na twarzy. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek znajdzie się w podobnej sytuacji.

Wiesław uznał, że dalsze maglowanie księdza nie ma najmniejszego sensu. Dowiedział się niewiele, a i tak góra nalegała, by zostawił proboszcza w spokoju. Niedawno zmienił się ustrój i większość kleru ciągle utożsamiała policjantów z mordercami księdza Jerzego Popiełuszki i wielu innych. Nie spodziewał się nawet, że czcigodny raczy się pofatygować na komendę, ale najwyraźniej się pomylił. Spojrzał na barczystego faceta ubranego w nienagannie czystą sutannę i musiał przyznać, że Tadeusz Kerl bardziej nadawałby się do drużyny zapaśniczej. Kiedy wstawał z krzesła, Wiesławowi zrobiło się najzwyczajniej w świecie przykro, że natura właśnie księdza obdarzyła wysokim wzrostem i wysportowaną sylwetką. Nie mógł go za to winić. Swoją nadwagę zawdzięcza tylko sobie. No, może jeszcze do kręgu oskarżonych o nadprogramowe kilogramy dołączyłby własną ślubną, która do gotowania przykładała się niezwykle dokładnie.

Podziękował duchownemu za poświęcony im czas, po czym polecił stojącemu pod drzwiami funkcjonariuszowi, żeby wyprowadził gościa z budynku. Błaszczak podrapał się po głowie i zaczął się zastanawiać, gdzie powinien się teraz udać. Nie pozostało mu nic innego, jak zadzwonić do kurii diecezjalnej w Gnieźnie. Wszedł do swojego gabinetu i wybrał właściwy numer. Ksiądz, który odebrał telefon, nie był zbyt rozmowny. Obiecał, że oddzwoni, kiedy tylko znajdą właściwą teczkę. Błaszczak wzdrygnął się na samą myśl o tym, że i w takiej instytucji, jak Kościół katolicki, gromadzi się dokumenty pracownicze. Jedyne teczki, które mu się dobrze kojarzyły, to te wykonane przez agentów bezpieki. Nie minęło dziesięć minut, a aparat telefoniczny już zawył doniośle, zwiastując przychodzące połączenie. Rozmówca poinformował go, że cała dokumentacja zniknęła. Burdel, jak wszędzie – pomyślał. Odłożył słuchawkę, po czym podniósł ją ponownie i wykręcił numer lokalnej gazety.

Godzinę później młoda dziennikarka spisywała w jego gabinecie krótki komunikat prasowy.

Poszukujemy Grzegorza Dalętkę pełniącego obowiązki wikariusza parafii Ścięcia św. Jana w Pleszewie. Ksiądz Dalętka może być zamieszany w śmierć młodej uczennicy, Weroniki Plichty. Ktokolwiek posiada informacje dotyczące tej sprawy, proszony jest o niezwłoczne poinformowanie lokalnych władz.

Rozdział 2

Pleszew, 20 grudnia 2001

Liliana

Liliana stała w przedpokoju gotowa do wyjścia. Jedenastoletnia dziewczynka trzymała w prawej dłoni prostokątną czarną teczkę zapinaną na środku ozdobną klamrą. Przechowywała w niej swoje skarby, mianowicie zestaw nut na dzisiejszy koncert. Drugą dłoń kurczowo zaciskała na rączce futerału, w którym znajdowały się skrzypce. Spojrzała na swojego ojca, który dopiero zapinał białą koszulę. Marta, jej matka, starała się zawiązać krawat swojemu mężowi, a przez to uniemożliwiała mu prawidłowe dopięcie guzików we właściwe dziurki. Efekt był taki, że Michał po raz trzeci rozpinał je, by zacząć od nowa.

– Tato – wyjęczała podenerwowanym głosem, odkładając teczkę na stojące przy komodzie krzesło – spóźnię się na własny koncert.

– Spokojnie, kochana, już jestem prawie gotów. – Michał sam nie wierzył w to, co mówi. Przyjrzał się sobie w lustrze i musiał stwierdzić, że w ogóle nie był gotów na dzisiejsze wyjście. Godzinę wcześniej domykał sprawę na komisariacie i gdyby nie telefon od małżonki, zupełnie zapomniałby, że jego ukochana córeczka ma wystąpić na uroczystej gali bożonarodzeniowej organizowanej przez państwową szkołę muzyczną. Cieszył się, że jego dziecko osiąga nieprawdopodobne wyniki, ale na Boga, sam nie cierpiał, kiedy młoda wyciągała instrument i ćwiczyła w głównym pokoju. Co dopiero ich sąsiedzi, którzy średnio raz w tygodniu zgłaszali na policję, że uniemożliwiają spokojne życie w bloku. Michał akurat z donosów nic sobie nie robił, natomiast nie do końca wiedział, jak przekazać prośbę o nieco cichsze rzępolenie swojej córce. Ilekroć wychodził z własnego pokoju, by zwrócić jej uwagę, tylekroć powstrzymywał się, widząc, z jakim zaangażowaniem Lili pracuje nad kolejnym utworem.

Stał teraz, wpatrując się w nagie nogi odbijające się od zwierciadła, przyznając sobie w duchu maksymalną liczbę punktów w skali obciachu. Wciągnął wreszcie spodnie, zarzucił marynarkę i włożył średnio wypastowane buty. Wyglądał w miarę przyzwoicie, jak na kogoś, kto odświętny strój zakłada tylko przy okazji pogrzebów. Będąc policjantem wydziału kryminalnego, miał ten przywilej, że nie musiał przychodzić w mundurze do roboty. Zamiast tego wkładał wytarte sztruksowe spodnie i równie mocno nadgryzioną zębem czasu koszulkę z podobizną Freddiego Mercury’ego, którą kupił w Budapeszcie. Możliwość udziału w koncercie zespołu Queen na Stadionie Ludowym to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła mu się w życiu. Drugą było urodzenie się jego córki. Zdobycie biletów nie było łatwe. Dwa funty dla Brytyjczyków wydawały się śmieszną ceną, ale dla ludzi bloku państw wschodnich za żelazną kurtyną była to równowartość przeciętnej pensji. Dzięki znajomościom w UB udało mu się zdobyć dwa bilety. To wtedy zbliżyli się z Martą do siebie na tyle, by podjąć wspólną decyzję o małżeństwie. Przez dwa lata starali się o dziecko. Potem zdecydowali się na adopcję. Patrzył na Lilianę, wspominając tamten moment, kiedy w końcu pojawiła się u nich w domu. Wtedy była taka maleńka, a teraz ma zagrać partię solową skrzypiec. Zaszkliły mu się oczy, kiedy patrzył na Lili ubraną w różową sukienkę i biały sweterek, który dostała od babci.

Wsiedli do samochodu i ruszyli ku alei Wojska Polskiego. Budynek szkoły muzycznej przypominał raczej kurnik aniżeli gmach poważnej uczelni. Sama sala koncertowa wzbudzała w Michale śmiech. Z ledwością mieścili się w niej rodzice występujących dzieci i to nie wszyscy. Dyrektor szkoły poprosił, by ze względu na ograniczoną liczbę miejsc, na uroczysty koncert przybyli tylko najbliżsi występujących. Część z ponad setki podekscytowanych opiekunów stało opartych o tylną ścianę, szukając odrobinę więcej miejsca. Dotarli w ostatniej chwili, stąd też musieli stanąć w drzwiach. Michał przygarnął Martę do siebie, wspominając osiemdziesięciotysięczny tłum na budapesztańskim stadionie. Emocje były podobne. Był niebywale dumny, kiedy zobaczył w pierwszym szeregu swoją córeczkę.

Na scenie pojawił się konferansjer. Wysoki młodzieniec w nienagannym fraku zapowiedział, że podczas dzisiejszego koncertu zostanie wykonany koncert a-moll Jeana Baptiste Accolay. Po chwili przygasły światła na widowni. Rozświetlona scena prezentowała się o dziwo dość przyzwoicie. Obok podestu dla dyrygenta stała Liliana i dumnie trzymała w dłoniach skrzypce. Podała ton pozostałym członkom orkiestry. Zapadła nieskazitelna cisza. Michał musiał przyznać, że wykonywany utwór nawet przypadł mu do gustu, choć podejrzewał, że stało się tak za sprawą gry jego córki.

Po około godzinnym występie nastąpiła piętnastominutowa przerwa. Nie mieli szans przedostać się do sąsiedniej sali, w której znajdowała się prowizoryczna garderoba. Kiedy upłynął zapowiedziany czas, Michał zaczął się niepokoić. Orkiestra zbyt długo zwlekała z ponownym wyjściem na scenę. Jego przypuszczenia okazały się złowieszcze. Zauważył powiewające poły czarnego fraka i krótki komunikat, że dalsza część koncertu zostaje odwołana. Michał nakazał Marcie, by pozostała na swoim miejscu. Przeciskał się przez sporawą grupę zdezorientowanych rodziców, próbując przedostać się do pomieszczenia, w którym, jak przypuszczał, wydarzyło się coś złego. W końcu stanął w progu niewielkiej sali. Przeczesywał wzrokiem młode twarze artystów, szukając własnego dziecka. Poczuł, że żołądek kurczy mu się do rozmiaru piłeczki pingpongowej. Chwycił za ramię dyrektora szkoły, pytając, gdzie jest jego córka.

– Właśnie jej szukamy. – Dariusz Bąkowski poprawił okulary, które niebezpiecznie zsunęły się na skraj przydługiego nosa zaraz po tym, jak nieznany mu jegomość miał czelność szarpnąć jego marynarką.

– Co to znaczy szukamy? Może mi pan wyjaśnić, dokąd poszła Lili? – Michał powstrzymywał się jak mógł, by nie zakląć przy coraz bardziej przerażonych dzieciach.

– Szanowny panie, jak mniemam, jest pan opiekunem Lilianki? – Dyrektor Bąkowski, widząc iskrzące się złością oczy mężczyzny, kontynuował, nieco łagodząc ton. – Pańska córka wyszła do toalety. Kiedy jedna z naszych uczennic poszła sprawdzić, co się z nią dzieje, już jej tam nie było. Część personelu szuka jej na zewnątrz, ale jak na razie bez skutku.

– Proszę zadzwonić na komendę, powiedzieć, że córka sierżanta Śliwińskiego zniknęła. Oni będą wiedzieć, co robić dalej. Gdzie ta cholerna łazienka?

Michał czuł, że stało się coś niedobrego, ale próbował utrzymać nerwy na wodzy. Musiał działać profesjonalnie. Liczyła się każda sekunda. Poszedł we wskazanym kierunku. Toaleta mieściła się na niższej kondygnacji w przeciwległej części budynku. W środku znajdowały się cztery kabiny, jeden pisuar i ogromne okno. Śliwiński od razu zauważył, że podwójne skrzydła są ledwie przymknięte. Otworzył je gwałtownie i wychylił głowę, penetrując teren przed sobą. Było zbyt ciemno, by mógł cokolwiek dostrzec. Wyskakiwanie z okna w garniturze było średnim pomysłem. Kiedy tylko podniósł nogę, by przełożyć ją przez ramę okna, poczuł, jak szew w kroczu gwałtownie pęka. Zignorował zupełnie kompromitujące rozdarcie. Gdyby musiał, w obecnej sytuacji wyskoczyłby przez okno nago, byle znaleźć córkę. Zeskoczył na tyły budynku. Wysokość była niewielka. Dziecko spokojnie mogłoby zrobić to samo. Zaczął krzyczeć, ale na próżno. Po dziewczynce nie było śladu.

Dziesięć minut później przed gmachem szkoły muzycznej zatrzymały się trzy radiowozy. Większość ludzi została już wyprowadzona z budynku. W sali koncertowej pozostał tylko Michał, który próbował uspokoić płaczącą żonę. Kątem oka zauważył, że w drzwiach sali mignęła mu sylwetka Wiesława. Przeprosił ukochaną, po czym wyszedł na korytarz. Zachęcony przykładem innych policjantów palących bez żadnych skrupułów papierosy, sięgnął do kieszeni marynarki, szukając własnych.

– Kurwa. Musiały mi wylecieć, kiedy skakałem przez jebane okno. Wiesiu, poratuj mnie szlugiem, bo za chwilę chuj mnie najjaśniejszy strzeli. Ustaliliście coś? – Odpalił wydębioną od komendanta fajkę i przysiadł na stopniu schodów.