Dante - Bethany Kris - ebook
BESTSELLER

Dante ebook

Bethany Kris

4,7

99 osób interesuje się tą książką

Opis

On nie szuka miłości. Ona nie szuka stałego związku.

 

Życie Dantego Marcello, następcy tronu Cosa Nostry, od dawna było zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Mężczyzna zawsze marzył jedynie o tym, żeby zostać donem. Tylko tego pragnął.

 

Teraz nadeszła chwila, kiedy jego ojciec chce zejść mu z drogi do władzy. Dante ma rozpocząć swoje panowanie. Jednak jeżeli u boku przyszłego dona nie stanie kobieta, jego pozycja będzie niepewna.

 

Catrina Danzi słynie z niebiańskiej urody oraz zabójczej natury drapieżnika. Związek z Dantem zapewni jej stabilizację oraz ochronę, których potrzebuje. Oboje znają prawa rządzące mafią i na swojej relacji chcą ugrać coś dla siebie. Zasady są proste: żadnej intymności, zero emocji, tylko czysty biznes.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 493

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (521 ocen)
396
92
27
6
0
Sortuj według:
natzie4172

Nie oderwiesz się od lektury

najlepsza ze wszystkich części. cudo
10
ana174
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna część, która nie zawiodła oczekiwań. Bardzo lubię tę serię, bo oprócz niegrzecznych mężczyzn pojawiają się szacunek, honor i rodzina, które stanowią najważniejsze elementy życia. Mafiosi wychowywani w zgodzie z prawami mafii, a jednocześnie oddający niesamowicie charakter każdego z braci. Nie ma powtarzalności, a każda część świetnie odwzorowuje każdego z nich i kobiety, w których się zakochują. Polecam!
10
Sylwiajabl

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo fajna historia
10
smalecnachlebie

Nie oderwiesz się od lektury

Tajemnica, która daje początek układowi. Uwielbiam mafijne romanse, ale takiej historii nie było mi dane poznać. Cieszę się, że dokończyłam tą trylogię.
00
SylaL

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




Tytuł oryginału

Dante

Copyright © 2015 by Bethany-Kris

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2021

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Joanna Tykarska

Korekta:

Anna Adamczyk

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-676-8

ROZDZIAŁ 1

Kontrola nie zawsze oznacza władzę.

Dla Dantego Marcello to zdanie nigdy nie było bardziej prawdziwe niż teraz.

– Mam pakiet czterdziestu procent udziałów w Marcello Industries. Nie możesz mnie…

– Mogę – przerwał mu Antony spokojnym głosem. – Ja mam pięćdziesiąt procent. Giovanni ma dziesięć. Spłacę cię, Dante.

Młody mężczyzna gwałtownie zamrugał i zacisnął dłonie w pięści. Wielkie okno, zajmujące całą jedną ścianę, wychodziło na miasto. Był to widok dla niego tak znajomy, że znalazł w nim ukojenie. Spędzał w tym budynku osiem godzin dziennie, sześć dni w cholernym tygodniu. Marcello Industries zawsze należało tak samo do niego, jak do jego ojca. To nie miało sensu.

– Najwyższy czas, żebyś się usamodzielnił – powiedział Antony. – Stać cię na to, więc pokaż, co potrafisz.

– Usamodzielnił? – Złość Dantego rozsadzała go od środka. – Mam dwadzieścia osiem lat. Pracowałem dla tej firmy od dnia ukończenia szkoły…

– Pracowałeś dla mnie.

– To niedorzeczne!

– Naprawdę? – zapytał Antony, rozkładając szeroko ramiona. – Proszę cię o jedną prostą rzecz. To wszystko.

– Wywracasz do góry nogami całe moje pieprzone życie. Wszystko, na co pracowałem.

– Nie, wszystko, na co ja pracowałem. Teraz chcę zobaczyć, na co ciebie stać. Rzuć mi wyzwanie. Rywalizuj ze mną. Bądź lepszy ode mnie. Ale nie możesz być mną, Dante. Musisz być sobą.

Antony odepchnął się od krawędzi biurka, o które się opierał, odwrócił się i wziął z blatu mały skrawek papieru. Wyciągnął rękę z czekiem w kierunku syna, czekając cierpliwie, aż ten go weźmie.

– No weź – ponaglił go.

Dante z pogardą spojrzał na czek z niezliczoną ilością zer.

– Wypchaj się tym. Nie chcę twoich pieniędzy, tato.

– To twoje spieniężone udziały, więc nie są moje.

Nie mógł uwierzyć, jak niewzruszony pozostawał ojciec. Jakby ta cała szopka nic dla niego nie znaczyła.

– Możesz to spalić – obruszył się Dante. – Nie wezmę tego.

– Buntujesz się przeciwko wszystkiemu, o co cię poprosiłem. Sam to powiedziałeś, synu. Masz dwadzieścia osiem lat, prawie dwadzieścia dziewięć. To więcej niż ma teraz nasza firma. To tylko jedna rzecz. Przemyśl to. Jeśli sam, z własnej woli się nie wycofasz i nie zaczniesz życia na własny rachunek, zmuszę cię do tego.

Dante z trudem opanował narastający od wewnątrz gniew.

– Mówisz o małżeństwie. Znowu.

I robisz to w najbardziej chujowy sposób, pomyślał chłopak.

– Marcello Industries to jedna rzecz – odpowiedział jego ojciec. – To dopiero początek.

– Ja…

– Potrafisz, Dante. Pokaż mi.

***

Dante otworzył drzwi tak mocno, że te z hukiem odbiły się od ściany. Gio zerwał się z krzesła i wyciągnął przed siebie rękę z odbezpieczoną spluwą, celując w drzwi. Cain warknął ze swojego miejsca u stóp pana. Kiedy młodszy brat Dantego zorientował się, kto jest źródłem zamieszania, opuścił broń.

– Co ty, do kurwy nędzy, wyprawiasz? Chcesz żebym ci odstrzelił głowę? – zapytał Gio ze złością.

– Wiedziałeś?

– Serio, odpierdalając takie akcje sam się prosisz o kulkę w łeb, Dante. Mamy pełno problemów na mieście i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, są ludzie wpadający do mojego biura jak pieprzeni idioci. Masz cholerne szczęście, że ja najpierw patrzę, a dopiero potem strzelam. Lucian albo ojciec już dawno by cię kropnęli.

Dante zignorował wywód brata.

– Wiedziałeś?

Gio odłożył pistolet na stół.

– Ja tylko zapytałem…

– Gio, czy wiedziałeś, jakie ojciec miał wobec mnie plany w związku z Marcello Industries?

Wyraz twarzy młodszego brata wskazywał, że nie miał pojęcia. Dante opadł na najbliższe krzesło, a jego gorycz jeszcze bardziej wzrosła.

– Zgaduję, że nie wiedziałeś. Ojciec nie potrzebował twojego podpisu. Masz tylko dziesięć procent.

– Których nawet nie używam – powiedział Gio takim tonem, jakby jego brat to doskonale wiedział. – Raz w miesiącu dostaję przelew na konto, z którego nie korzystam.

Dante popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– To co ty, do cholery, z nimi robisz?

– Płacę podatki i przerzucam pomiędzy innymi kontami, żeby ukryć nielegalne interesy.

To miało sens. Dante z irytacją przygryzł wargę.

– Kurwa mać.

– Co się stało? – zapytał Gio, siadając na fotelu.

– Spłacił mnie. – Jego starszy brat skrzywił się, przypominając sobie czek, który wyrzucił do ojcowskiego kosza na śmieci. – A przynajmniej próbował. Odmówiłem przyjęcia kasy.

– Ile?

– Właśnie to cię teraz interesuje, serio?

Gio wzruszył ramionami.

– Po prostu jestem ciekaw, jaka jest wartość firmy.

– Czterysta milionów.

– Wow.

– Właśnie – westchnął Dante. – Marcello Industries trzyma łapę na, kurwa, wszystkim. Tylko w ciągu ostatnich pięciu lat firma podwoiła swoją wartość.

Gio odchrząknął, mierząc Dantego spojrzeniem.

– Od kiedy dołączyłeś do firmy po skończeniu szkoły.

– Właśnie.

– Ale ty skupiłeś się tylko na rozwoju projektów związanych z nieruchomościami i inwestycjami. Ojciec, oprócz tego, wchodził we wszystko inne.

Dante zmarszczył brwi.

– Do czego zmierzasz?

– Lepiej skoncentrować się na czymś, w czym jest się najlepszym, a nie tylko dobrym.

– Do rzeczy.

– Po co Antony miałby trzymać cię w miejscu, w którym będziesz zajmował się wszystkim, zamiast pozwolić ci się skupić tylko na tym jednym?

– Pieprz się – mruknął Dante, czując, jak wściekłość ogarnia go na nowo. – Nic nie rozumiesz.

– Dlaczego? Bo nie mam wartego dwadzieścia milionów dolarów apartamentu na Piątej Alei i nawet nie chciałbym go mieć? Kurwa, Dante, rozumiem o co chodzi ojcu, choć wybrał gówniany sposób, żeby ci to przekazać. Chce dać ci szansę, żebyś skupił się na tym, w czym jesteś najlepszy, zamiast zmuszać cię do ewentualnego przejęcia firmy, której w ciągu kolejnych trzydziestu lat możesz nawet nie chcieć.

– Rozmawiamy o Marcello Industries, dupku.

Gio kiwnął głową.

– Jasne, ale firmy ciągle się przekształcają i zmieniają właścicieli, a ojciec ma już pięćdziesiąt osiem lat.

Dante przechylił głowę. Coś w tonie brata przykuło jego uwagę.

– A co ma do rzeczy jego wiek?

– Nic. Nie miałem nic na myśli, po prostu…

– Kłamiesz. O czym mi nie mówisz?

Gio unikał jego wzroku.

– Dante…

– Mów, Gio – zażądał.

– Kilka miesięcy temu, po chrzcinach Johnathana…

– No, co się wtedy stało? – ponaglił brata.

– Nie chodziło tylko o Marcello Industries, prawda? O czymkolwiek dzisiaj rozmawialiście, nie chodziło tylko o interesy. Mam rację?

Dante zacisnął zęby.

– Może.

– Tak myślałem.

Opinia Dantego na temat małżeństwa była powszechnie znana wśród członków rodziny. Nie zamierzał się żenić, nigdy. Życie średniego z braci Marcello od zawsze było dokładnie zaplanowane, ale najważniejszy cel – zostać donem1 Cosa Nostry Marcello, był poza jego zasięgiem. Ponieważ nie mógł być brany pod uwagę, dopóki się nie ożeni.

To był kompletny absurd, ale taki był warunek Komisji.

– Ojciec ci już powiedział? – zapytał Gio.

Dante zmarszczył brwi.

– O czym?

– Nie mogę uwierzyć, że ci nie powiedział. Za sześć miesięcy mamy zebranie Komisji i…

Jeśli Dante miał jakąkolwiek cierpliwość, to teraz całkiem ją stracił.

– O czym miał mi powiedzieć?

– Nie dziwię się, że cię spłacił i chce, żebyś zajął się swoim biznesem, zwłaszcza jeśli chodzi o Marcello Industries. Chce odejść na emeryturę.

Dantego zatkało. Miał pustkę w głowie i zabrakło mu słów, aby odpowiedzieć.

– Lucian nie może przejąć rodziny. Ja jestem za młody i nigdy nie byłem brany pod uwagę. Masz pół roku, żeby sobie to wszystko poukładać. Widujesz się z kimś? – zapytał Gio cicho.

Dante oparł się na krześle i wgapił się w sufit.

– Nie.

– Nawet na szybkie ruchanko?

– Chyba nie o to pytałeś, braciszku. I serio, nie mam teraz do tego głowy. Ani czasu.

– Jeśli jest wystarczająco dobra, aby się z nią przespać, to czemu nie jest wystarczająco dobra, aby się z nią umawiać?

Dante mógł zadać swojemu bratu dokładnie to samo pytanie na temat jego dawnych przygód z kobietami, ale teraz Gio był już żonaty, więc ten argument nie miałby sensu.

– To tylko małżeństwo – kontynuował Gio. – Czego się tak bardzo boisz?

Że nie będzie umiał zapewnić kobiecie tych wszystkich rzeczy, które idą w parze z małżeństwem i miłością. Że dawał ciała w tej jednej rzeczy w życiu, która powinna być łatwa, ale dla niego nie była. Że zaczynał rzeczy z kobietami tylko po to, aby je zaraz kończyć.

Nigdy nie przyznałby się do tego głośno.

– Kobieta nie sprawi, że będę lepszym szefem.

– Ale może sprawić, że będziesz lepszym człowiekiem, Dante. I założę się, że tego boisz się najbardziej.

***

Tydzień później Dante sączył rum z colą, przysłuchując się kłótni towarzyszących mu mężczyzn.

– Mówię ci, mamy gigantyczne problemy na ulicach – mówił Gio z narastającą frustracją.

– Chyba na twoich – odparował Lucian. – Moje są w porządku.

– Moje też – dodał Leo, jeden z obecnych tam capo2.

– A na moich też coś zaczyna się dziać – włączył się Val, inny capo Marcellich, siedzący w dalszej loży. – Zgadzam się tutaj z Giovannim. Coś jest na rzeczy.

– Koka, co? – zapytał Gio.

– Głównie – zgodził się Val. – Sprzedaż stoi. A przecież koks normalnie się sprzedaje, Lucian. Schodzi na pniu, jak pieprzone cukiereczki.

– Wiem, że się dobrze sprzedaje, bo nie mam problemu z upłynnieniem towaru. – Lucian westchnął głęboko i rzucił spojrzenie na brata. – A co ty myślisz?

Dante wzruszył ramionami.

– Importujemy to gówno, więc trudno powiedzieć.

– Co ma import wspólnego z tym, że towar nam nie schodzi na pieprzonych ulicach? – zapytał Leo.

Dante miał wielką ochotę powiedzieć mu, żeby spierdalał. Nie miał dzisiaj cierpliwości do wysłuchiwania ich pieprzenia. Poza tym, to nie on miał się dzisiaj z nimi użerać. Raz w miesiącu odbywało się spotkanie wszystkich dziewiętnastu capo rodziny Marcello, głównie w celu spłacenia należności ojcu Dantego. Oddawali siedemdziesiąt procent wszystkiego, co udało im się zarobić, pili drinki na koszt szefa i omawiali bieżące sprawy. Przez te wszystkie lata, odkąd pamiętał, Antony nigdy nie opuścił żadnej odprawy.

Rzucił spojrzenie na zegarek i zdał sobie sprawę, że ojciec jest już spóźniony o godzinę. Niesłychane. To niepodobne do dona rodziny Marcello.

– Gdzie jest Antony?

Wszyscy capo w pokoju ożywili się, słysząc to pytanie. Żaden z nich nie wydawał się zaskoczony nieobecnością Antony’ego, byli raczej zainteresowani tym, dlaczego Dante o to pyta.

– Myślałem, że wiesz. Pauliego też nie ma – odparł Gio, unosząc brew.

– Co? – zapytał Dante. – Skąd miałbym…?

Zamknął się, zanim powiedziałby coś głupiego. Antony, Paulie i on we trójkę dzierżyli najwyższe stanowiska w ich rodzinnej Cosa Nostra. Jako zastępca ojca powinien wiedzieć, co się dzieje z jego wspólnikami. Przyznając, że nie ma pojęcia, tylko zrobiłby z siebie głupka.

To było coś, co kurewsko nie było mu potrzebne.

– Torno subito3 – rzucił przepraszająco, po czym wyszedł z loży.

Upewnił się, że był poza zasięgiem ich wzroku, zanim wyciągnąłtelefon i wybrał numer ojca. Nie rozmawiał z nim od tygodnia, od czasu ich kłótni. To było do nich niepodobne, ale Dante wciąż był wkurwiony o Marcello Industries. Miał nadzieję, że gdy nabierze dystansu, to jego złość osłabnie.

Nie osłabła.

– Ciao – przywitał się Antony głosem zbyt radosnym jak na gust Dantego.

– Gdzie jesteś? – zapytał bez wstępów. – Mamy odprawę i twoi capo czekają.

Pieprzyć uprzejmości. Nie było na nie czasu.

– Zabieram twoją matkę na kolację i do kina. Kupiła sobie nową sukienkę. Chcę się z nią pokazać na mieście.

– Co?

– Powiedziałem…

– Dio4, słyszałem co powiedziałeś. Gdzie zatem, do cholery, jest Paulie?

– Gra w kręgle.

Gra w kręgle?

W kręgle!

Dante gapił się tępo w ścianę, zastanawiając się, co, do ciężkiej cholery, stało się z jego życiem.

– Mówisz serio?

– Możesz do niego zadzwonić i zapytać, w której jest kręgielni. A jeśli nie wierzysz w moje dzisiejsze plany, to może chcesz porozmawiać z matką? Powie ci, na jaki film wybieramy się po kolacji.

– Nie, nie chcę rozmawiać z moją pieprzoną… – sam się zastopował, uciskając nos w okolicach zatok i próbując odzyskać poczucie kontroli. A przynajmniej jej pozory. – Proszę, powiedz mi, że to starość, że przez nią oszalałeś, zapomniałeś, jaki dziś dzień, i dlatego mi to dzisiaj robisz. Bo w przeciwnym razie będę musiał uznać, że jesteś po prostu dupkiem.

Antony długo milczał, zanim odpowiedział.

– Czy ty właśnie nazwałeś mnie starym?

– Tato…

– Nie. Wkurzyłeś mnie, nazywając mnie staruszkiem. Nie będętego tolerować. Nie przyjadę na zebranie, Dante. Radź sobie sam, zresztą tak, jak sobie radziłeś za każdym innym razem.

– Za każdym innym razem ty tutaj byłeś!

– Byłem? – dopytał Antony.

– Powiedz, chodzi ci o zeszły tydzień?

– Cristo5, synu, daj spokój. Dlaczego miałbym być zły o zeszły tydzień? Zdecydowałem się ciebie spłacić, nic więcej. To była moja decyzja. To tylko odprawa, Dante. Później mi wszystko przekażesz.

– Nasi ludzie mają pewne sprawy do przedyskutowania z tobą – powiedział Dante, starając się przekonać ojca.

Nie potrafił sobie wytłumaczyć dziwnego zachowania ojca i braku zainteresowania sprawami swojej lafamiglia6.

– Mogą przedyskutować to z tobą, Dante – odpowiedział cicho Antony. – Tak, jak robili to przez kilka ostatnich miesięcy na każdej odprawie.

Dante zmarszczył brwi, rozważając słowa ojca.

– Ale ty tam wtedy byłeś.

– Owszem, ale stałem w cieniu. Bardzo mało się angażowałem. To nie moja wina, że nie zauważyłeś, jak krok po kroku oddawałem ci stery. Musisz nauczyć się sztuki obserwacji, będzie ci niedługo potrzebna.

Oszołomiony Dante poczuł pulsujący ból głowy.

– Mogłeś do mnie zadzwonić, tato. Dać mi jakieś ostrzeżenie, że cię nie będzie.

– Telefony działają w obie strony, synu. To nie ja strzelałem focha przez ostatni tydzień, tylko ty. Zamiast próbować ze mną pogadać albo nawet uzgodnić, co chcesz robić po Marcello Industries, ty wolałeś mnie ignorować. Ja ci tylko na to pozwoliłem.

– Przez ciebie robię tu z siebie idiotę.

– Nie, przeze mnie wyglądasz jak don.

Po tych słowach Antony się rozłączył.

– Wszystko w porządku?

Dante wsunął telefon do kieszeni i odwrócił się do Luciana. Jego starszy brat pojawił się bezszelestnie, ale Dante wiedział, że stał za nim już wcześniej, zanim się odezwał.

– Nie wiem.

Lucian uniósł brew, a w kąciku jego ust igrał uśmiech.

– Co za gówniana odpowiedź.

– Ojciec nie przyjedzie.

– Domyśliłem się.

Dlaczego nikt nie był zaskoczony nieobecnością Antony’ego?

– Wydaje mi się, że nie będzie już wcale przyjeżdżał na nasze odprawy – dodał Dante cicho.

– Tego też się domyśliłem – odparł Lucian, wzruszając ramionami. – Co się dzieje?

Dante spojrzał prosto w spokojne oczy brata.

– Czy ja jestem gotowy na to, co to oznacza?

– Przekonamy się.

***

– Antony i jego żona mają swoje plany, a Paulie jest zajęty, zatem kontynuujmy według starego porządku – poinformował wszystkich Dante.

– Okej.

– Jasne, szefie.

– Wróćmy zatem do sprawy koki – powiedział Gio, wzywając Vala skinieniem głowy.

Dante nie okazał zdziwienia, gdy nazwano go szefem. Wolał zachowywać się, jak gdyby nigdy nic, to było zdecydowanie pomocne.

– Tak, wróćmy do tego.

Wszedł z powrotem do loży i oparł się opuszkami palców o brzeg stołu, słuchając wymiany zdań pomiędzy mężczyznami. Ponieważ Antony jasno określił jego status, nie pojawiając się na odprawie, tak samo zresztą jak Paulie, nowa rola Dantego nie była zaskoczeniem. Bycie szefem oznaczało wiele rzeczy, ale przede wszystkim znaczyło, że ma kontrolę i teraz musiał im to dobitnie pokazać. Dlatego, zamiast siedzieć w loży jak przedtem, stał w gotowości, wydając rozkazy.

– Nie ma żadnego problemu – oznajmił Leo, machając lekceważąco ręką w stronę Gio. – On po prostu nie chce przyznać, że stracił do tego smykałkę, to wszystko. Skip7 ma problemy, ale tylko z własną głową.

Twarz Gio wykrzywiła się w grymasie złości.

– Coś ty, kurwa, powiedział?

Nagła cisza przerwała paplaninę mężczyzn siedzących w lożach i przy stolikach. Wszystkie oczy skierowały się na dwóch capo, którzy wyglądali, jakby zaraz mieli się wziąć za łby. Dante nie mógł pozwolić, aby ci dwaj mężczyźni skoczyli sobie do gardeł, zwłaszcza, że jeden z nich był jego bratem. Walki we własnym kręgu nigdy nie wyglądały dobrze.

– Hej! Uspokójcie się kretyni – ostrzegł ich Dante. – Nie jestem w nastroju na takie gówniarskie zachowanie.

Gio jeszcze przez chwilę nie spuszczał wzroku ze swojego rywala, ale komentarz zachował dla siebie.

Cazzo8, to będzie długi dzień.

– Ponieważ załoga Giovanniego nie jest jedyną, która zgłasza problem z tym konkretnym produktem, nie wykluczam, że jest to coś, nad czym będziemy musieli się pochylić – zadecydował Dante, bębniąc palcami po stole.

– No jasne… – wymamrotał Leo.

– Słucham? – odezwał się Dante.

– Tak tylko mówię… szefie.

Dantemu nie podobał się sposób, w jaki Leo zmuszał się do okazywania mu szacunku, tytułując go szefem.

– Tak tylko, kurwa, mówisz co, Leo?

– No wiesz… to twój brat i…

Co za pierdolenie.

– No wyrzuć to z siebie. Jeśli masz jakiś problem, to chcę o nim posłuchać. A jeśli jesteś pieprzonym tchórzem i boisz się mówić o tym głośno, to siadaj na dupie i zamknij mordę, zanim ci ją zaszyję. Czy wyrażam się jasno?

Krótko przystrzyżone wąsiki Leo zadrżały.

– Tak, szefie, wszystko jasne.

– Dobrze. Kontynuujmy. Gio, nie jesteście jedyni, zgadza się?

– Tak – szybko odpowiedział jego brat. – Na ulicach Vala problem zaczął się zaraz po moich, a ponieważ za większość obszaru odpowiadamy razem, to logiczne, że też to zauważył. Bo zauważył, tak, stary?

– Powiedziałbym, że to około trzydzieści procent w dół przez ostatnie dwa miesiące – potwierdził Val, wzruszając ramionami. – Przynajmniej według moich ludzi.

– U mnie nie ma tego problemu – odezwał się Lucian, stojący obok Dantego. – Ale to nie znaczy, że nic się nie dzieje na tamtym terenie. Działam nieco dalej od ulic Gio i Vala i mam zupełnie inną grupę odbiorców. Val miał wcześniej rację. Koks sprzedaje się niezależnie od ceny czy ilości. Sprzedaje się dobrze, pod warunkiem, że jesteś jedyną ekipą, która go rozprowadza i nie masz konkurencji.

– A teraz tak nie jest – dopowiedział Dante, zastanawiając się, co to może oznaczać. – Jakieś przecieki?

– Nasi ludzie nic nie mówili, przekazywali tylko, że nie idzie tak jak do tej pory – odpowiedział Gio.

Dante westchnął, po czym spojrzał w klubowy sufit.

– Produkt jest importowany, więc problem zaczyna się tam.

– Nadal nie rozumiem, jak niby? – zapytał Leo, ciągle skrzywiony, jakby zjadł cytrynę.

– To proste. Nie kontrolujemy ludzi, którzy nam to sprzedają. Po prostu zamawiamy towar, podajemy ilość, odbieramy i płacimy za transport, resztę kontrolujemy stąd. Nie mamy pojęcia, czy po drodze nie ma jeszcze kogoś, kto konkuruje z nami ceną u dostawców. Poza tym, może być też tak, że dostawca miesza produkt z czymś innym jeszcze w czasie transportu, na statku, podbierając nasz towar i przekazując komuś innemu.

– A my cały czas płacimy pełną cenę – włączył się Lucian.

Dante potwierdził skinieniem głowy.

– Tak. Problem w tym, że to tylko gdybanie. Nie mamy dowodów i nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o takich akcjach. Nasi dostawcy siedzą w narkotykach, ale zawsze byli wiarygodni w interesach. Ale jeśli nas dymają, my też ich wydymamy.

– Kto byłby tak głupi, żeby wchodzić ze swoim towarem na terytorium Marcellich? – starszy capo, Carmen, odezwał się z trzeciej loży.

– Tego właśnie musimy się dowiedzieć – odpowiedział Dante. – Wszystkie ręce na pokład i macie być upierdliwi jak mucha nad gównem, dopóki tego nie wyjaśnimy.

– Zobaczymy, co da się zrobić – powiedział Lucian.

– To nie powinno zająć dużo czasu – zgodził się Gio.

Uwagę Dantego przykuło kilka kopert leżących na stole, przypominając mu, w jakim celu to całe cholerne spotkanie się odbywa.

– Zanim wszyscy znów zaczniecie skakać sobie do gardeł, złóżcie swoje pieprzone daniny, żebym mógł choć udawać, że mnie to obchodzi.

– Jasne, szefie – rozległo się kilkanaście głosów.

Lucian zaśmiał się cicho, kiedy gotówka zaczęła krążyć, tak jak na każdej innej odprawie.

Została już tylko jedna sprawa do załatwienia, żeby Dante mógł wreszcie wypić kilka kolejnych drinków i wrócić do swojego mieszkania.

– Leo, jeszcze jedno.

Wezwany capo rzucił szefowi aroganckie spojrzenie.

– O co chodzi?

– Twoja twarz – odpowiedział Dante z szyderczymuśmiechem.

Szum rozmów wokół nich znowu ucichł.

– Moja twa…

– Ten włochaty bałagan nad twoją górną wargą. Pozbądź się go.

– Ale…

Dante uniósł dłoń.

– Znasz zasady: żadnego zarostu. Ja tego nie wymyśliłem, tylko tego wymagam. Lepiej, żeby to zniknęło przed kolejną odprawą.

Leo zacisnął zęby.

– Rozumiem, że trzydniowy zarost Giovanniego już ci nie przeszkadza?

– On sobie nie wyhodował wąsów, kretynie. To nie to samo.

– Właśnie – włączył się Gio, szczerząc się jak głupek. – Poza tym, ja nie mam zarostu, żeby wyglądać cool, tylko dlatego, że moja żona lubi, jak ją tym łaskoczę po…

– Gio – ostrzegł go Lucian.

– Zamierzałem powiedzieć po policzku, cafone9.

Dante się zaśmiał.

– Wcale nie zamierzałeś.

Dzień jak co dzień.

***

W gwarnym salonie słychać było szum rozmów, kiedy matka Dantego oraz jego bratowe nakrywały do stołu. Mężczyzna myślał właśnie o tym, że ta tradycja chyba nigdy nie zaniknie i rodzina Marcello zawsze będzie organizowała wielkie niedzielne przyjęcia dla rodziny i przyjaciół. Zastanawiał się, czyj dom będzie następny w kolejce do tego niemal niemożliwego zadania, aby wykarmić ponad dwadzieścia osób, które cały ranek i popołudnie spędziły w kościele.

– Jak ci poszło w środę? – zapytał Antony Pauliego ze swojego miejsca na szczycie stołu.

– Dobrze. Pobiłem swój rekord.

Antony roześmiał się.

– Jesteś jedynym znanym mi durniem, który ciągle lubi grać w kręgle.

– To bardzo fajne hobby – bronił się Paulie.

– Tokręgle.

– A co twoim zdaniem powinienem robić, przyjacielu? Kolekcjonować noże i samochody tak jak ty?

– To lepsze niż rzucanie piłką w słupki.

W jadalni rozległy się śmiechy, w tym Dantego.

Lucian przechylił się na krześle w kierunku brata i zniżył głos, aby nikt poza nim nie usłyszał, co ma do powiedzenia.

– Gio ma wieści na temat koksu, o którym rozmawialiśmy w środę.

– No i?

Dante zastanawiał się, czemu młodszy brat nic na ten temat nie wspomniał. Przecież siedział przy tym samym stole, po jego prawej stronie, na litość boską. No tak, Gio był w trakcie rozmowy ze swoją żoną, a kiedy Kim była w pobliżu, nikt inny się dla niego nie liczył. Dante machnął na to ręką.

– Myślę, że poruszyłby ten temat rano, przed kościołem, ale hołduje nowym zasadom ojca. No wiesz…

Dante przewrócił oczami.

– Żadnych interesów w niedzielę. Co to za pieprzone wieści?

– Przestańcie tam szeptać – zażądał Antony.

Dante sprytnie pokazał ojcu środkowy palec, tak aby matka tego nie widziała, kiedy siadała do stołu.

– Za kilka miesięcy skończę dwadzieścia dziewięć lat, ty będziesz miał trzydzieści, a on ciągle warczy na nas jak na dzieci za szeptanie przy stole – fuknął, odwracając się do brata.

– On się nigdy nie zmieni – powiedział Lucian, śmiejąc się cicho.

Cecelia zajęła Antony’ego jakimś koncertem, na który chciała się wybrać, więc Dante skorzystał z nieuwagi ojca.

– Okej, dawaj. – Wziął ze stołu serwetkę, po czym rozłożył ją sobie na kolanach. – Co to za wieści?

– Jest taka mała ekipa rozprowadzająca swój towar po dużo niższych cenach niż nasze i, według niektórych, mają lepszy produkt. – Lucian wzruszył ramionami, powtarzając akcję brata z serwetką. – To chyba wszystko.

– Czyli jak? Sprzedają dilerom?

– Nie, sami dilują. Myślę, że to dlatego tak łatwo wślizgnęli się pomiędzy nas i narobili nam szkód, zanim ich namierzyliśmy.

Dante chrząknął pod nosem wzburzony.

– No tak, to mamy problem.

– Wiem.

– Nie, ty patrzysz na to z perspektywy capo, który traci kasę. Ja to widzę jako kwestię terytorium. Nikt nie powinien rozprowadzać niczego na naszych ulicach, chyba że za naszą zgodą albo po ucięciu sobie z nami pogawędki, żeby zrozumieć zasady.

– To też – zgodził się cicho Lucian.

– Ktoś chciał przykuć naszą uwagę.

– Może tak być.

Oczy Dantego zwęziły się, kiedy rozpatrywał tę ewentualność.

– Ale po co?

– To twoja robota, żeby się dowiedzieć.

Tak, Dante zdawał sobie z tego sprawę.

– Musisz jak najszybciej zdobyć kontakt i umówić spotkanie.

– Zrobi się.

– Dante – zwrócił się do syna Antony z drugiej strony stołu. – Bądź tak miły i zmów modlitwę.

Dante uznał, że modlił się już dziś wystarczająco dużo w kościele, ale nie miał żadnego interesu we wkurzaniu ojca po tym, jak przez cały tydzień ignorowali się nawzajem. Albo raczej, jak on ignorował ojca.

Antony nigdy nie robił niczego dla własnego kaprysu. Zawsze miał jakiś powód i zazwyczaj był on zasadny. Dante postanowił pamiętać o tym, zawsze kiedy brała go złość na wspomnienie tego, że ojciec go spłacił.

Czas odpuścić. To oczywiście nie znaczyło, że nie zamierzał zgotować ojcu piekła na rynku nieruchomości, bo jasne, że miał taki zamiar, kiedy tylko do tego wróci.

– Oczywiście, papà.

Uśmiechnął się, a następnie uniósł ręce do góry, zachęcając wszystkich siedzących obok do przyłączenia się do modlitwy. Obaj jego bracia wstali i złączyli z nim dłonie. Poczekał, aż wszyscy biesiadnicy złapią się za ręce, po czym zaczął:

– Ojcze nasz…

ROZDZIAŁ 2

– Jesteś pewien, że nie chcesz tam być? – zapytał Dante ojca.

– Absolutnie – odpowiedział Antony po drugiej stronie słuchawki.

Powiedział to tak nonszalanckim tonem, jakby jego odpowiedź była oczywista. Przez ostatnie dwa tygodnie, od czasu kiedy zgotował synowi kłopotliwą niespodziankę, nie pojawiając się na comiesięcznej odprawie, Antony niewiele robił dla spraw Cosa Nostry. Dante za to był przepracowany.

– Poza tym, ty masz więcej cierpliwości do takich spraw. Jeśli chodzi o wkraczanie na mój teren i brużdżenie w moich interesach, ja najpierw strzelam, a potem zadaję pytania.

– Cóż, chcę dać im szansę wytłumaczyć się, zanim ich zabiję – zażartował Dante.

Tak jakby.

– Daj mi znać, kiedy będzie po wszystkim. I postaraj się nie narobić za dużo bałaganu. – Zanim Dante zdołał odpowiedzieć, Antony dodał: – Żartuję, dasz sobie radę.

Po tych słowach zakończył połączenie. Dante wysiadł z mercedesa i zatrzasnął drzwi od strony kierowcy, jedną ręką wygładzając płaszcz. Lucian i Gio spotkali się z bratem w wejściu do jednego z najbezpieczniejszych klubów należących do najmłodszego Marcellego.

A przynajmniej wystarczająco bezpiecznego na czwartkowe spotkanie.

Namierzenie grupy rozprowadzającej swój towar na ulicach kontrolowanych przez Marcellich nie zajęło im dużo czasu. Umówienie spotkania, jak również spełnienie wszystkich żądań Dantego, także nie napotkało żadnych trudności. Łatwość, z jaką udało im się dojść do porozumienia ze swoją konkurencją, znowu wzbudziła w młodym szefie podejrzenia, że z jakichś powodów chodzi tylko o przykucie jego uwagi.

Zamierzał dowiedzieć się, co to za powody.

– Ilu naszych ludzi jest w klubie? – zapytał brata.

– Około dziesięciu, na pozycjach – odpowiedział Gio.

– A nieznajomych?

– Na razie nikogo.

– W ogóle? – dopytał Lucian.

Gio wzruszył ramionami.

– Według moich ludzi wszyscy, którzy są w środku, są stałymi bywalcami albo przynajmniej byli już tutaj raz czy dwa. Z wyjątkiem rudej przy barze, która pije wodę gazowaną i bawi się telefonem. Ona raczej nie jest ekipą, na którą czekamy.

– Jeśli się dzisiaj nie pojawią, będą martwi jeszcze przed weekendem.

Lucian zatarł ręce.

– Gotowy, szefie?

– Zwarty i gotowy – zaśmiał się pod nosem Dante.

Trzydzieści minut i dwa rumy z colą później do cichego klubu weszło trzech mężczyzn ubranych w czarne spodnie, czarne sportowe kurtki i błyszczące buty. Omietli spojrzeniem salę klubu, po czym zatrzymali wzrok na stoliku, przy którym siedzieli bracia Marcello. Wcześniej Dante poprosił Gio, aby ich stolik stał w rogu, tak, aby w czasie spotkania nikt nie mógł zajść go od tyłu.

Szef przechylił głowę, zwracając uwagę braci.

– Zdaje się, że nasi goście przybyli. Przywitacie ich?

– Jasne – odparł Gio.

Bracia odeszli od stolika. Powitanie gości w języku Marcellich nie miało nic wspólnego ze zwykłym „dzień dobry” i uściskiem dłoni. Dante obserwował, jak dokładnie przeszukują trzech mężczyzn. Na szczęście tamci nie robili z tego problemu. Wyglądało na to, że żaden z nich nie miał przy sobie nic poza portfelem i telefonem.

Kiedy przyprowadzili gości do stolika, Dante nadal siedział. Najwyższy z nich popatrzył na niego, czekając, aż ten wstanie i go powita. Ale Dante nie zamierzał tego robić. Szefowie nigdy nie wstają, aby przywitać pracowników niższego szczebla, a już zwłaszcza swoich rywali. To oni powinni się ukłonić i pozdrowić go, ale nie spodziewał się tego po tych frajerach.

– Siadajcie – rzucił, wskazując ręką na krzesła naprzeciwko niego.

Mężczyźni nadal stali. Najwyższy skłonił głowę i powiedział z czystym włoskim akcentem:

– Salve, Dante Marcello. Come sta?10

Dante zachował pokerową twarz. Docenił to, że powitanie mężczyzny było formalne, a nie przyjacielskie.

– Bene, grazie. Come si chiama?11– odpowiedział.

– Gaetano.

– A twoi przyjaciele? Jak się nazywają?

Gaetano uśmiechnął się drwiąco.

– Wspólnicy.

– A ich imiona? – ponowił pytanie Dante, tym razem z większym naciskiem.

Gaetano kiwnął głową w kierunku mężczyzny po swojej prawej. Facet miał bliznę nad okiem.

– Carlos. – Następnie wykonał ten sam gest w kierunku towarzysza po lewej i powiedział: – Pao.

Uwagi Dantego nie umknął fakt, że Gaetano nie podał mu ich nazwisk, jak również to, że nie nazwał ich swoimi pracownikami. Użył słowa „wspólnicy”, co oznaczało, że stawia siebie na równi z nimi.

To było co najmniej dziwne. Jeden z nich musiał być szefem, zatem który to i dlaczego pozwolił Gaetanowi dokonać prezentacji? Dante nie lubił takich gierek.

Machnął ręką w stronę krzeseł.

– Jeśli zaraz nie usiądziecie, każę wam odejść bez możliwości wyjaśnienia, dlaczego wasi ludzie pracują na naszych ulicach bez wiedzy i zgody Cosa Nostry Marcello. To niedopuszczalne. Uwierz mi, że w waszym interesie leży, abym dobrze wszystko zrozumiał. Siadajcie, proszę.

Kiedy usiedli, Dante poczekał jeszcze, aż obaj jego bracia zajęli miejsca po obu stronach stołu, po czym zaczął kontynuować.

– Najwyraźniej staraliście się zwrócić na siebie moją uwagę, zatem proszę, macie ją – powiedział cicho.

– My niczego nie chcieliśmy – odezwał się Carlos, opierając się na krześle, zdecydowanie zbyt wyluzowany jak na oko Dantego. Żaden boss nie zachowywałby się w ten sposób.

– Musicie czegoś chcieć – włączył się Gio ze swojego końca stołu. – W przeciwnym razie jesteście tylko kupą…

– Spokojnie, Gio – przerwał bratu Lucian, a potem zwrócił się do gości. – Skąd macie towar?

– Nie z waszych źródeł, jeśli o to pytacie – odpowiedział Pao, wzruszając ramionami. Przyglądał się swoim paznokciom, jakby był już znudzony całą tą sytuacją. – Nasi dostawcy, w przeciwieństwie do waszych, nie mają nic wspólnego z Meksykiem. Widzisz, przygotowaliśmy się do rozmowy.

– Dodatkowo – włączył się Gaetano, bębniąc palcami w stół – my kupujemy bezpośrednio od źródła, więc nie musimy opłacać pośredników. Niektórzy myślą, że to dość ryzykowne, w razie gdyby pierwsze ogniwo, tuż przed nami, wpadło, ale my się z tym nie zgadzamy. To dobry układ.

– Bardzo dochodowy – zgodził się Carlos. – Dziwię się, że sprzedając kokę po waszych cenach, macie w ogóle jakiś zysk.

Dante natychmiast zraził się do Carlosa najbardziej z całej trójki przybyszów. Choć tak naprawdę nie znosił ich wszystkich, bo tylko sobie z nim pogrywali. Był tak zirytowany ich zachowaniem, że miał ochotę na nich splunąć. Mimo to, pozostał niewzruszony i pozwolił mówić braciom.

– Nie mieliśmy z tym żadnego problemu – podkreślił Gio, krzyżując ramiona.

Pao sparodiował jego gest.

– Nie dokończyłeś zdania.

– O czym ty mówisz? – zapytał Lucian.

– Zapomniałeś dodać: „dopóki się nie pojawiliście” – wyjaśnił Carlos z drwiącym uśmieszkiem.

Dante obserwował, jak oczy Gio się zwężają. To nigdy nie był dobry znak. Spośród trzech braci Marcello to Gio był tym, który najmniej przejmował się swoim przeciwnikiem, zanim rzucił mu się do gardła. A kiedy już to zrobił, nie miał litości.

To było niezwykle niepokojące, że ci trzej nieznajomi wydawali się tylko zaczepiać braci, zamiast próbować dyskutować albo chociaż się tłumaczyć. Dante już nieraz w życiu siedział przy stole z lekceważącymi go ludźmi, jednak zawsze w końcu przechodzili do rzeczy.

– Czemu na tym terenie? – zapytał Gio, zaciskając zęby. To był jedyny przejaw jego irytacji.

Żaden z mężczyzn nie odpowiedział.

Cisza pomiędzy nimi zdawała się trwać bez końca. Im dłużej się przeciągała, tym bardziej Dante był wkurwiony. Niby mężczyźni wyłonili przywódcę spośród siebie, ale żaden z nich nie przemawiał jak szef. Prowokacja trwała. Dante pozwolił na nią przez kolejne dwadzieścia minut, tylko po to, by przekonać się, czy jego bracia dadzą radę coś z nich wyciągnąć, ale nie… nic.

Dopuszczał możliwość, że ich gra miała na celu zdezorientowanie Dantego albo nawet wszystkich braci Marcello, ale nie miał pojęcia, o co mogło im chodzić.

Żaden szef nie pogrywałby sobie w tak gówniany sposób.

Dante obrzucił wzrokiem mężczyzn siedzących przy stole i w końcu zrozumiał. Żaden z nich nie był szefem ich pieprzonego interesu. Żaden nie czekał na pozwolenie na wyrażenie swojej opinii, na wskazanie kierunku, w jakim ma podążać rozmowa, ani na lidera, który zakończyłby spotkanie.

Cała ta zabawa nie miałaby miejsca, gdyby Dante wcześniej się zorientował i nie pozwolił na marnowanie swojego cennego czasu. Nic nie wkurwiało go bardziej niż marnowanie jego cholernego czasu.

– Dość – powiedział, wstając z miejsca.

Nikt nie wstał razem z nim. To był kolejny znak, że żaden z nich nie czuł się przywódcą.

Skurwysyny.

Giovanni spojrzał na brata z uniesioną brwią.

– Ale…

– Ale gówno – warknął Dante, a jego irytacja wzrosła.

– Dante, nie dostaliśmy jeszcze odpowiedzi. Chcę wiedzieć, dlaczego ich towar jest na moich ulicach i odbiera robotę i kasę moim ludziom.

– Dokładnie. – Dante lekceważąco machnął ręką w kierunku gości, którzy tylko pieprzyli bez sensu i wkurwiali go. – A od tych idiotów się tego nie dowiemy.

– Hej – rzucił Gaetano. – Idioci to dość mocne określenie w stosunku do grupy ludzi, którzy zajęli ćwierć waszego terenu w mniej niż kilka miesięcy i zdołali ściąć waszą sprzedaż prawie o połowę.

Dante przeszył wzrokiem tego dupka, hamując się przed wsadzeniem mu lufy do gardła i naciśnięciem spustu. Zabawa się skończyła. Cosa Nostra Marcello nie pieprzyła się z takimi cienkimi zawodnikami. Po prostu się ich pozbywała.

To właśnie musiał zrobić. Nie, żeby to jakoś specjalnie lubił, wolał pokojowe rozwiązania zamiast przelewu krwi, ale nie pozostawili mu wyboru.

– Kiedy Marcellowie umawiają spotkanie, oczekują rozmowy na poziomie szef z szefem – powiedział Dante, zachowując spokój na zewnątrz, choć w środku aż się gotował. – Tak się umawialiśmy na dzisiaj. Zamiast tego mam tutaj bandę jebanych cwaniaczków bawiących się w narkotyki, którzy najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, z kim zadarli. Zatem skończyliśmy. Nie mamy już o czym rozmawiać.

– Ach tak? – zapytał Gaetano.

– Dokładnie tak. Dałem szansę waszemu szefowi na rozmowę ze mną twarzą w twarz, aby mógł wytłumaczyć mi powody, dla których wpieprzył się na nasze ulice, a on się nie pojawił. W dupie mam powód, dla którego nie przyszedł. Cosa Nostra nie uznaje ukrywania szefa i nie robi mi różnicy, czy jesteście la famiglia czy nie. Kiedy wchodzicie na moje terytorium, zgadzacie się na grę na moich zasadach.

Coś w rodzaju szyderstwa wykrzywiło usta Carlosa, stojącego obok Gaetano.

– Ale ty też nie jesteś szefem, prawda, Dante?

– Pełnienie obowiązków szefa jest tak samo dobre jak bycie szefem. To oznacza, że rozdajesz karty. A dopóki siedzicie w klubie, którego właścicielem jest mój brat, na ulicy, którą zarządzamy, i na terytorium, które nasza rodzina kontroluje, byłoby rozsądnie z waszej strony pamiętać, że to nie wy macie tutaj władzę.

Lucian zacisnął usta w cienką linię, po czym wstał od stołu.

– Jesteś pewien, że chcesz to zrobić, Dante?

Dante przytaknął skinieniem głowy.

– Tak. Możesz zrobić to dla mnie i zakończyć tę farsę? Kurewsko potrzebuję drinka po tym żenującym przedstawieniu.

– Zrobi się – odpowiedział Lucian.

– Upewnij się, żeby dobrze zrozumieli konsekwencje swojej gierki. To jebana kpina, kiedy ludzie marnują mój czas. Jakbym nie miał innych pieprzonych problemów.

– Jasne.

Dante odszedł od stołu, nie odwracając się za siebie. Ich gra przestała zaprzątać jego myśli, kiedy tylko zdecydował, że nie byli warci prób wyciągania z nich informacji.

Usiadł przy barze, przywołując barmana ruchem ręki.

– Three fingers12. Czysta.

– Robi się, szefie – szybko zareagował barman.

Niezależnie od tego, ile razy został nazwany szefem, ciągle jeszcze było to dla niego dziwne. Tyle tylko, że poza nim nikogo nie dziwiła ta zmiana w szeregach władzy rodziny Marcello. Antony dobrze go ustawił.

Dante stłumił uśmiech, odwracając się tyłem do baru, aby poobserwować starszego brata, jak radzi sobie z tymi idiotami po drugiej stronie sali. Był na tyle cicho, aby nikt inny się nie zorientował, ale sądząc po jego minie, Lucian, rzucając się na tych facetów, robił to, co potrafił najlepiej: wzbudzał strach.

Może powinien był zostać przy stole, aby rozkoszować się tym przedstawieniem?

Nagle uwagę Dantego przykuł widok zgrabnego kobiecego ciała, siedzącego przy barze parę metrów dalej. Wąska talia przechodząca w ponętne biodra okryte obcisłą czarną sukienką w stylu bodycon.

Ciemnorude loki okalały twarz kobiety, jednak nie ukrywały rysów. Brzoskwiniowa skóra, pełne usta, pociągnięte czerwoną szminką, i wysokie kości policzkowe nadawały jej słodki i niewinny wygląd. Ale jej ciało, ta sukienka i czarne wysokie szpilki wystukujące rytm na barowym stołku przywodziły na myśl wyłącznie grzech i rozpustę. Wpatrywała się w blat, ciemne rzęsy rzucały cień na jej policzki, a w kącikach ust widniał delikatny uśmiech.

Dantemu zaschło w gardle, a w spodniach zrobiło się ciasno. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej rosło jego zainteresowanie. To była chujowa noc, dlaczego więc nie zakończyć jej w miły sposób? Na przykład między nogami tej kobiety.

Odwrócił się do barmana, kiedy ten podawał mu zamówiony drink.

– Na koszt firmy, szefie.

– Dziękuję.

Sącząc whisky, Dante odszedł od baru i skupiając całą uwagę na kobiecie siedzącej trzy stołki dalej, skierował się w jej stronę. Kiedy usiadł obok rudej, seksowny, świadomy uśmieszek zagościł na jej ustach.

Orzechowymi oczami spojrzała z ukosa na Dantego, z wolna odwracając się w jego stronę. Lustrowała go wzrokiem od góry do dołu, wcale nie kryjąc tego faktu. Jego pożądanie wzrosło. Nic nie podniecało go bardziej niż kobiety, które wiedzą, czego chcą i nie ukrywają swoich intencji.

Przeciągnęła wypielęgnowaną dłonią, z paznokciami pomalowanymi identycznym odcieniem co usta, po udzie, zmuszając tym samym Dantego, aby spojrzał w dół.

Cristo, miała boskie nogi.

Był przekonany, że jeszcze lepiej wyglądałyby owinięte wokół jego bioder.

– Napijesz się czegoś? – zapytał zachrypniętym głosem.

– Nie dzisiaj.

Dante zamrugał zaskoczony. Silny włoski akcent w jej głosie sprawił, że cofnął się o krok. Nie spodziewał się tego i z jakiegoś powodu go to zdenerwowało.

– To klub, dolcezza13. Co innego można tu robić w czwartkowy wieczór, zwłaszcza siedząc przy barze?

Uśmiechnęła się słodko – zbyt słodko.

– Och, ja nie siedzę tutaj bezczynnie, bello14. I nie potrzebuję do tego alkoholu.

Jej głos był powściągliwy, słowa wypowiadała cicho, lecz stanowczo. Wyprostowane plecy świadczyły o jej klasie, a nieco bezczelne spojrzenie dodawało jej pewności siebie.

Oszołomiła go.

Nie był na to przygotowany.

Delikatny odgłos bębnienia palcami po stole przykuł jego uwagę. Na wewnętrznej stronie palca wskazującego u lewej ręki miała wytatuowane czarną, fantazyjną czcionką jedno słowo: Queen.

Znów poczuł niepokój gdzieś głęboko w sobie. Jak się pieprzy, to wszystko naraz. Obecność tej kobiety powodowała, że coś w nim krzyczało, ostrzegając go.

Dante rzucił okiem w kierunku stolika, gdzie obaj jego bracia stali, zakładając płaszcze i przygotowując się do wyjścia. Ciągle rozmawiali. Za to ten facet – Gaetano – nie zwracał na nich uwagi. Przyglądał się kobiecie u boku Dantego.

Nie z zainteresowaniem, jakby przypadkiem wpadła mu w oko, patrzył na nią jak znajomy, jak przyjaciel.

Myśli Dantego wystrzeliły, mimo że starał się zachować spokój. Podczas całego spotkania, żaden z mężczyzn nie wspominał ich szefa ani bezpośrednio, ani pośrednio. Bracia Marcello cały czas odnosili się do nieznanego im przywódcy grupy jako „on”, bo tak założyli, niezależnie, w jaką grę tamci z nimi pogrywali.

Teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo się mylili.

– Wiesz, zaskoczyłeś mnie – odezwała się kobieta, wypowiadając słowa tak zmysłowo, że każdy facet śliniłby się na ich dźwięk. Znowu przeciągnęła spojrzeniem od skórzanych butów Dantego aż po jego zielone oczy. – Na żywo jesteś dużo przystojniejszy, niż myślałam, Dante Marcello.

Mężczyzna ma w życiu trzy słabości: seks, miłość i dzieci.

Seks czasami prowadzi do miłości, a u niektórych również do dzieci. Ponieważ Dante nie mógł mieć dzieci, nie interesowała go miłość. Za to seks… no cóż, bez tego nie umiał się obejść.

Zachował się kurewsko nieodpowiedzialnie, pozwalając obnażyć się swoim żądzom, i to była dla niego lekcja, aby już nigdy nie myśleć fiutem, kiedy prowadzi interesy.

Kobieta szybko odwróciła się na krześle, w tym samym momencie Dante do niej doskoczył. Stanął pomiędzy jej udami, przyciskając ją do baru i prawie zrzucając z krzesła. Zanim w ogóle zdążyła się odezwać, trzymał już w ręce pistolet magnum, który zawsze nosił przy sobie w kaburze na plecach.

Przycisnął broń do jej brody, zmuszając ją do podniesienia głowy pod jej naporem. Patrzyła na niego wyzywająco, bezwstydna i nieustraszona, uśmiechając się figlarnie. W jej orzechowych oczach czaiło się rozbawienie, a jednocześnie groźba.

Wkurzył się, bo jej niewzruszona postawa na jego ostrzeżenie jeszcze bardziej go podnieciła.

Nagle poczuł w kroczu coś ostrego. Nie musiał spoglądać w dół, żeby wiedzieć, że to nóż niebezpiecznie zbliżający się do jego jaj.

Ja cię, kurwa, pierdolę.

– Schowaj tę spluwę, bello – powiedziała z naciskiem swoim niskim głosem. – Nie jesteś pierwszym, który próbuje mnie zastraszyć, Dante, a ja nie jestem małą, strachliwą dziewczynką.

– Kim ty, kurwa, jesteś? – wychrypiał Dante.

– Catrina Danzi.

Jego gnat nacisnął mocniej na jej podbródek. Jej nóż zrobił to samo przy jego kroczu.

– Czego ode mnie chcesz?

Catrina błysnęła białymi zębami w szelmowskim uśmieszku.

– Słyszałam, że szukasz żony.

Dante prawie się zachłysnął.

– Coś ty powiedziała?

– Och, myślę, że doskonale słyszałeś, Dante.

Kiedy przeciągnęła nożem wzdłuż jego fiuta, zdał sobie sprawę, że jest twardy jak stal.

– Zabierz ten pieprzony nóż.

– Nie ma mowy. Widzisz, twój pistolet nadal naciska na moje gardło i to nie jest zbyt miłe uczucie. – Catrina rzuciła mu kolejne wyzywające spojrzenie, po czym dodała: – Poza tym, wydaje mi się, że ci się to podoba.

Dante odbezpieczył broń, zupełnie nie zwracając uwagi na kilku kręcących się w pobliżu klientów. Nie wiedział, czy jego bracia widzieli, co się dzieje, bo w tej chwili był całkowicie skoncentrowany na pięknej nieznajomej i jej nożu na jego fiucie.

– Nie lubię broni palnej – odezwała się znowu kobieta, przechylając głowę na bok, jak gdyby gawędzili sobie o kolacji. – Jest ciężka i głośna. Małego noża nikt nie kwestionuje, w przeciwieństwie do pistoletu, z nim zawsze ktoś ma jakiś problem. A dla kobiety takiej jak ja posiadanie broni nie jest konieczne.

Dante nie mógł przestać gapić się w jej brązowe oczy.

– A to niby dlaczego? – zapytał.

– Ponieważ mężczyźni są przewidywalni. Patrzą na moją piękną buźkę i nie mogą się powstrzymać, żeby nie zbliżyć się do mnie, a wtedy…

– Mają przejebane.

Wciągnęła go w swoją pieprzoną pułapkę.

A on jej na to pozwolił.

– Dokładnie. Odłóż broń i pogadajmy.

Dante ani drgnął.

– Ci goście są od ciebie, tak?

– Zgadza się. I przyznam, że byłam dość zaskoczona, że tak długo pozwalałeś im na te absurdalne zagrywki.

– Czekałem, aż któryś z nich się wygada.

– Tak podejrzewałam – odparła z westchnieniem. – To się oczywiście nie mogło zdarzyć, za dobrze ich wytresowałam.

Dantemu przyszła do głowy pewna myśl.

– A co, jeśli na spotkaniu byłby mój ojciec, a nie ja, Catrino?

– Mów mi Cat.

Jego kutas drgnął na dźwięk imienia wypowiedzianego tym cholernie seksownym głosem. Chryste, jak to możliwe, że ta kobieta wkurwiała go i podniecała jednocześnie. To było wręcz obrzydliwe.

– Tu mógł być mój ojciec – powtórzył, starając się odwrócić uwagę od swoich myśli.

– Wiedziałam, że to będziesz ty – wyszeptała Catrina.

Dobry Boże.

Czuł, że koniecznie musi się od niej odsunąć. Jednak jakaś część jego mózgu zastanawiała się, jak wyglądałyby jej usta, gdyby je pieprzył, i ta myśl powodowała, że nadal stał pomiędzy jej udami, z nożem przyciśniętym do swoich jąder.

– W naszym świecie wieści szybko się rozchodzą, Dante. Wygląda na to, że przejąłeś ostatnio sporo władzy, ale ptaszki ćwierkają coś więcej. Że aby być szefem, potrzebujesz żonki. Nie masz jej i najwyraźniej nie zamierzasz się żenić, jeśli wierzyć twoim zapewnieniom.

– Skąd znasz moje zdanie na temat małżeństwa?

– To kolejna rzecz, którą mogę osiągnąć dzięki swojej pięknej twarzy: informacje. Co taka niepozorna kobietka mogłaby zrobić Marcellemu, hmm? Głupi faceci myślą, że jestem zwyczajnie ciekawska.

Dantemu zaczęło brakować tchu.

– Zatem szukałaś mnie, aby mi się oświadczyć?

– W pewnym sensie – zamruczała. – Mam coś, czego potrzebujesz, a ty masz coś, czego ja potrzebuję. To może zadziałać, ale nie przekonamy się, dopóki tego nie przedyskutujemy.

– Nie znam cię – zaatakował Dante. – I po dzisiejszym spotkaniu, nie sądzę, żebym chciał cię poznać.

– Naprawdę musisz cofnąć tę broń, bello.

– Przestań mnie tak nazywać.

– Dlaczego? Wydaje mi się, że „przystojniak” dobrze do ciebie pasuje. – Złość Dantego wzrosła, ale zanim zdążył odpowiedzieć, Catrina zabrała nóż spomiędzy jego nóg, po czym wsunęła go do pochewki zamocowanej na udzie. Następnie pomachała za plecami Dantego, najpewniej do tych mężczyzn, których przyprowadziła tutaj, aby się z nim zabawili. – To tylko przedsmak tego, do czego jestem zdolna.

Nie chciał tego robić, ale ponieważ ona zabrała nóż, Dante również schował pistolet do kabury na plecach.

– Nie podoba mi się, że wysłałaś tych facetów w swoim zastępstwie.

– Nie chodzi tylko o moich ludzi, Dante. To większa sprawa: towar, twoje ulice, informacje. Ciągle nie rozumiesz?

Dante zamrugał, niepewny, o czym ona mówi. Catrina dźgnęła go palcem w sam środek klatki piersiowej, sprawiając, że przeszył go dreszcz. Wytatuowane słowo na jej smukłym, bladym palcu znów przykuło jego uwagę.

– Catrina Danzi – powtórzyła.

– Nic mi to nie mówi.

– I nie powinno. Gdyby było inaczej, nie mogłabym być tak dobra w tym, co robię. – Znowu dźgnęła go w pierś. – Lepiej sobie pójdę i zabiorę swoich ludzi.

Dante się odsunął.

– Tak zrób.

Catrina zsunęła się z krzesła z wystudiowaną gracją, którą Dante podziwiałby, gdyby na jej miejscu była jakakolwiek inna kobieta, zamiast tej, która tak kurewsko się nim zabawiła, zabierając mu cenny czas. Mijając go, musnęła go ramieniem i figlarnie pomachała mu przed nosem palcami.

– Dla ciebie Cat, ale lepiej znana jestem jako Królowa.

Dante, zafascynowany, gapił się, jak trzej mężczyźni bez słowa wstają z miejsc i wychodzą z klubu za rudą pięknością. Lucian i Gio stali tuż za nim, obaj z takim samym wyrazem twarzy, pełnym złości i niedowierzania. Niektórzy klienci byli wypraszani z klubu przez ludzi, których Dante rozpoznał jako swoich… a raczej swojego ojca.

– Czy ja dobrze słyszałem, co ta kobieta mówiła? – zapytał Gio, kiedy było już czysto.

– To zależy, co słyszałeś – odpowiedział Dante cicho.

– Sporo – odparł za brata Lucian.

W odpowiedzi Dante tylko rozłożył ręce. Nie lubił, kiedy z nim pogrywano i nie lubił być osaczany. Ta kobieta – Catrina – zrobiła obie te rzeczy.

To jeszcze bardziej go wkurwiło.

– Zostajemy przy starym planie – powiedział, wracając do swojego opanowanego sposobu bycia. – Chcę się ich pozbyć z moich ulic.

– Nawet jeśli dowodzi nimi ta kobieta? – spytał Lucian.

– Właśnie dlatego, że to ona nimi dowodzi.

ROZDZIAŁ 3

Catrina Danzi potrzebowała tylko jednej rzeczy do szczęścia i wbrew temu, co większość mogła sądzić, wcale nie byli to mężczyźni.

Nie potrzebowała bliskości. Mężczyźni nie przykuwali jej uwagi. Tych niewielu, z którymi nawiązała relacje, fizyczne i nie tylko, byli albo pionkami w czyjejś grze, albo do rana byli już martwi.

Mimo to nie nazywali jej czarną wdową.

Nazywali ją Królową.

Jedynym powodem, dla którego potrzebowała mężczyzn w swoim życiu, były interesy.

Bycie odnoszącą sukcesy Queen Pin15 zależało częściowo od zrozumienia środowiska pracy oraz produktu, ale najważniejszym aspektem była umiejętność znajdywania klientów. A Cat była w tym najlepsza. Od zawsze.

Jej uroda przyciągała mężczyzn, swoim urokiem przywiązywała ich do siebie, a jej towar był tak dobry, że zawsze wracali po więcej. Wpasowała się w wyższe sfery, nie zwracając uwagi na siebie i swoją działalność. Jeśli mężczyzna – jakikolwiek mężczyzna, mający wystarczającą ilość gotówki i wpływów – potrzebował, aby dyskretnie zaopatrzyć go w eliksir rozkoszy, nadawała się do tego idealnie.

Nigdy jednak się z nimi nie spoufalała. Dobra Królowa nie angażuje się, szczególnie emocjonalnie, a już na pewno nie z klientami. Uczucia i interesy nie idą w parze, wbrew temu, do czego usiłowali ją przekonać co poniektórzy. Gdyby choć jeden z nich zdał sobie sprawę, że był dla niej wart tylko tyle, ile jego konto bankowe, być może coś by zrozumiał.

Choć szczerze w to wątpiła.

Cat miała swój podpis. Była z niego znana pośród wszystkich klientów, którzy mieli jej numer na liście szybkiego wybierania. Poza obcisłymi sukienkami, czerwonymi ustami i wysokimi szpilkami, które podkreślały jej seksapil i przyciągały uwagę, słynęła jako Królowa.

To był jej przywilej w interesach. To brzmiało jasno i prosto.

A przynajmniej tak prosto, na ile tylko handel narkotykami mógł być.

Ponad dekadę zajęło Cat zgromadzenie wyjątkowej klienteli, ukrytej skrzętnie w czarnym notatniku. Nie, to nie byli zwykli dziwkarze czy ćpuni. Cat miała własną listę. Miejsce w jej notesie zajmowali politycy, sędziowie najwyżsi, celebryci i członkowie wpływowych rodzin z całego kraju.

Oczywiście, że mogli sobie kupić koks, czy cokolwiek innego potrzebowali, od zwykłego dilera z ulicy, ale to zawsze niosło ze sobą ryzyko. Cat znana była z dyskrecji, umiejętności pozostawania niewidzialną i z tego, że każdy ze spotkania z nią wychodził zadowolony.

Poza tym była całkowicie pewna, że klienci, spotykając się z nią, podbudowywali swoje ego. Tak jakby jej klasa, połączona z nonszalancką postawą, błyskotliwy dowcip i tytuł królewski powodowały, że nie traktowali jej jako zwykłego handlarza narkotykami.

Dio, co za głupcy, tak bardzo się mylili. Była tak samo brudna i zdemoralizowana jak dilerzy stojący na rogach ulic i starający się zarobić na swoją działkę. Z wyjątkiem tego, że Cat nigdy nie tykała własnego towaru. Co to byłby za interes, gdyby wciągała całą zarobioną kasę?

Tak, ta mała dziewczynka z sycylijskiej wioski przebyła cholernie długą drogę od miejsca, w którym zaczęła.

Wstając z fotela, w którym siedziała, Cat rzuciła okiem na mężczyzn rozmawiających przyciszonym głosem w małym aneksie kuchennym w pokoju hotelowym.

– O czym tak szepczecie? – zapytała.

Pao odwrócił się na krześle.

– Jak myślisz, regina16, jak poszło?

– Masz na myśli pistolet przystawiony do mojej twarzy czy to, że zostawiliśmy go w stanie szoku? Bo żadna z tych rzeczy nie przydarzyła mi się po raz pierwszy.

Gaetano pociągnął nosem.

– W ogóle cię to nie ruszyło, co?

– Nie, spodziewałam się po nim takiej reakcji, kiedy wreszcie dodał dwa do dwóch.

To nie była prawda, ale nie chciała, aby towarzyszący jej mężczyźni się zorientowali. Prawda była taka, że Dante Marcello ją zaskoczył. Grożenie jej w taki sposób to ostatnia rzecz, jakiej by się po nim spodziewała. Zazwyczaj mężczyźni łatwo ulegali jej wdziękowi i niewinnej aparycji, po czym wpadali w pułapkę jej ciemnej strony, skrzętnie ukrytej pod warstwą piękna.

Tak, złapała Dantego na początku, ale nie trwało to długo.

Cat zauważyła, że Carlos milczy. Zazwyczaj wyrażał głośne niezadowolenie z jej wyborów i zaczynało ją to już nudzić. Najbardziej na świecie nienawidziła, kiedy kwestionowano jej działania. A zwłaszcza, kiedy robili to mężczyźni.

– Carlos? – zapytała, w tym samym czasie przywołując ręką Gaetano.

– Sì, regina?

– Jesteś wyjątkowo cichy, a biorąc pod uwagę, że w tym tygodniu zgłaszałeś najwięcej uwag, jestem ciekawa, dlaczego teraz się nie wtrącasz. – Wskazała na swoje plecy. – Gae, możesz mnie rozpiąć? Muszę zdjąć tę przeklętą sukienkę.

– Odwróć się – odpowiedział Gaetano.

– Nie spodoba ci się to, co mam do powiedzenia – wyjaśnił Carlos.

Cat pozwoliła mężczyźnie sięgnąć do zamka sukienki. Pociągnął za mały metalowy uchwyt i materiał łatwo zsunął się z jej ciała. Wszyscy mężczyźni odwrócili wzrok, kiedy Cat przestąpiła nad leżącą sukienką i okryła się białym, jedwabnym szlafrokiem, który wręczył jej Gaetano.

– Śmiało, tylko bądź ze mną szczery – rzuciła Cat, kiwając głową w stronę Carlosa. – Nawet brutalnie szczery. Nie będę zła.

ROZDZIAŁ 4

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 5

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 6

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 7

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 8

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 9

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 10

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 11

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 12

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 13

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 14

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 15

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 16

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 17

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 18

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 19

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 20

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

EPILOG

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Podziękowania

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

1 Don – głowa rodziny mafijnej (przyp. tłum.).

2 Capo, caporegime – (z wł.) kapitan w strukturach mafijnych (przyp. tłum.).

3Torno subito – (z wł.) Zaraz wracam (przyp. tłum.).

4Dio – (z wł.) Boże (przyp. tłum.).

5Cristo – (z wł.) Chryste (przyp. tłum.).

6La famiglia – (z wł.) rodzina (przyp. tłum.).

7 Skip – uliczny odpowiednik capo, używany zamiast prawdziwego imienia (patrz: pierwsza część serii pt. Lucian) (przyp. tłum.).

8Cazzo – (z wł.) kurwa (przyp. tłum.).

9Cafone – (z wł.) prymityw, cham (przyp. tłum.).

10Salve, come sta? – (z wł.) Witaj, jak się masz? (przyp. tłum.).

11Bene, grazie. Come si chiama? – (z wł.) Dziękuję, dobrze. Jak się nazywasz? (przyp. tłum.).

12 Three fingers– kanadyjska 12-letnia whisky (przyp. tłum.).

13Dolcezza – (z wł.) kochanie, złotko, słonko, mała (przyp. tłum.).

14Bello – (z wł.) przystojniak (przyp. tłum.).

15 Queen Pin – (z ang.) damski odpowiednik szefa organizacji przestępczej. Nie tłumaczy się na język polski. Pierwotnie termin ten użyty był w stosunku do Jemeker Thompson, byłej amerykańskiej dilerki cracku z lat 80. XX w. (przyp. tłum.).

16Regina – (z wł.) królowa (przyp. tłum.).