Damy i Huzary - Aleksander Fredro - ebook + audiobook

Damy i Huzary ebook i audiobook

Aleksander Fredro

5,0

Opis

Damy i Huzary” to komedia Aleksandra Fredry. Sztuka opowiada o zatwardziałych kawalerach, którzy mimo wszystko ulegają urokowi dam.

 

W pierwszym akcie poznajemy huzarów, którzy beztrosko korzystają z żołnierskiego urlopu w domu Majora, dowódcy pułku. Nieoczekiwanie ich spokój zostaje zmącony przez przyjazd sióstr Majora: Pani Orgonowej, Pani Dyndalskiej, panny Anieli wraz z całą świtą służących. Wizyta kobiet nie jest bezinteresowna, pragną one bowiem wyswatać brata z Zofią, córką Pani Orgonowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 64

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 20 min

Lektor: Jacek Kiss

Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2019

ISBN: 978-83-65922-78-6
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Osoby

Z pułku HUZARÓW, na urlopie:

MAJOR

ROTMISTRZ

EDMUND, PORUCZNIK

KAPELAN

Siostry MAJORA, jedna starsza i grubsza od drugiej:

PANI ORGONOWA

PANI DYNDALSKA

PANNA ANIELA

ZOFIA, córka PANI ORGONOWEJ.

Służące:

JUZIA

ZUZIA

FRUZIA

Stare HUZARY:

GRZEGORZ

REMBO

Scena w domu MAJORA, na wsi.

AKT I.

Duży pokój. Czworo drzwi bocznych; dwoje w głębi. Na środku stół z mapami; stolik po prawej stronie, na którym gra szachów, przy nim w głębi krzesła. W głębi broń różna; dzidy, cel, głowy tureckie do karuzelu służące, i t. d..

​Scena I.

Major, Rotmistrz, Kapelan, Porucznik, Rembo.(Major na środku, ogląda strzelbę; po lewej Porucznik nabija; po prawej Rotmistrz oparty na strzelbie, patrzy na szachy; przy nim siedzi kapelan zatrudniony strzelbą; w głębi Rembo. Wszyscy w szpencerach ubrani na polowanie, w wojskowych czapeczkach.)

Major.

Czy tylko pewnie? bo to czasem...

Rembo.

 Nie śmiałbym przecie zwodzić pana Majora; niech zaraz zginę, jeślim nie widział na własne oczy kozła i dwie sarny. Wszystko troje wyszło razem do bydła, na ciemną dolinę, jak ten kąt, ta struga... oto jak ta wielka łoza, gdzie ksiądz Kapelan prześlepił zająca... aż tu obces kundys jeden i drugi: huf, huf!... Ech, panie! jak nie pójdą sarny moje! strach! aż się ziemia trzęsła!... przez Garb, Wielką Banią, po nad Bartkowy potok...

Major.

 Ho, ho, ho! sarny dotychczas na drugim końcu świata.

Rembo.

 Zlękły bo się fur idących gościńcem i hajże łąkami nazad w jasieninę.

Major.

Nam więc drogą od kopców zastąpić wypada.

Rembo.

 Ja z dębniaków cicho psy podpuszczę, a każda na strzelbę, jak na rożen wpadnie.

Major.

 Dalej panowie! I na urlopie nie dam wam próżnować.

Kapelan.

Zaraz, zaraz.

Porucznik.

Ja dogonię.

Major.(biorąc lulkę ze środkowego stoła i kiwając głową, do Remba).

Zawołaj Grzesia. (Rembo odchodzi).

Rotmistrz.(do kapelana patrząc na szachy).

Wygram, jeśli wieżę cofnę.

Kapelan.

Wątpię.

Rotmistrz.

Załóż się.

Kapelan.

Dobrze.

Rotmistrz.

 Nikt tu nam nie ruszy, za powrotem przekonam, i talarka schowam.

​Scena II.

Ciż sami, Grzegorz.

(Stary huzar z ogromnemi wąsami).

Major.

 Tylem razy, mój Grzesiu, już cię o to prosił, abyś kładł wszystko na swojém miejscu. Poco tu na mapach lulkę zostawiasz? tam w szafce ma swój numer; nienawidzę nieporządku. (oddaje lulkę i zdmuchuje mapę). Otóż, otóż, nie mówiłem? plama... i ta baszta... á propos, a klucznica?

Grzegorz.

Kłusem wywieziona. (odchodzi)

Kapelan.

Bogu dzięki.

Rotmistrz.

 Ostatnia więc białogłowa usunięta z naszego domu; będzie raz przecie cicho i spokojnie.

Major.

Okropnie gadała.

Porucznik.

Bo stara, bo stara.

Major.

 O ho, ho, Panie poruczniku, wiem, na co Pan zakrawasz, ale nic z tego. Wolę huk moździerzy, niż kobiece świergotanie. Nic z tego, i pokażę, że i żołnierz potrafi domem rządzić bez kobiety.

Porucznik.

Piękny rząd!

Kapelan.

Dobry, dobry.

Rotmistrz.

Wyśmienity.

Major.

Wyśmienity.

Porucznik.

 Czy zawszeście go Panowie wyśmienitym znajdowali? Czy zawsze przykrém było kobiece świergotanie? (długie milczenie)

Major.

Chodźmy na polowanie.

Rembo(wbiegając).

Goście jadą!

Major.

Któryś z kolegów.

Rembo.

Gdzie tam! kilka pojazdów! największa parada.

(Odchodzi, oficerowie jeden po drugim, zbliżają się powoli do okna).

Major.

Dla Boga! landara.

Porucznik.

I kocz.

Rotmistrz.

I bryka.

Porucznik(z ukontentowaniem)

Ach! damy!

Major, Rotmistrz(odskakując na środek pokoju).

Damy!

Porucznik(rachując).

Jedna, dwie, trzy...

Major, Rotmistrz(z żałością spoglądają na siebie).

Trzy!

Porucznik.

Cztéry, pięć...

Major(jak wprzódy).

Pięć!

Rotmistrz(podobnież).

Pięć!

Porucznik.

Jeszcze jedna...

Major, Rotmistrz(razem).

Sześć!

Porucznik.

Jeszcze jedna.

Major, Rotmistrz(razem).

Siedm! siedm!

Kapelan(wstając).

Siedm! (Zatykając uszy znowu siada i tak oparty o stół, do końca sceny zostaje).

Porucznik.

Co widzę! (wybiega.)

Rotmistrz(zbliżając się nieśmiało do okna).

Cóżto za baby! Co za gmachy! Co za graty! 

Major(zbliżając się do okna).

Ach, to siostry moje.

Rotmistrz.

Przepraszam cię...

Major.

Niemasz za co, znam ja je dobrze. (chodzi po pokoju coraz prędzej).Siostry, damy, przyjąć je wypada... Grzesiu, mundur!... mój mundur, Grzesiu!... czy diabli nadali... Grzesiu, mundur! (Grzegorz z mundurem chodzi za nim). Rad im być muszę... mój mundur, Grzesiu! mój mundur! cieszyć się trzeba, czy diabli nadali!

Grzegorz.

 Niech Pan mundur włoży.

(Po lewej stronie sceny Major wdziewa mundur, przez zapomnienie na swój ubiór. Postrzegłszy się, chce zdjąć, i ściąga razem rękaw szpencera; nie może ręki wyrwać, gdy wchodzi Pani Dyndalska z dwoma pieskami na ręku, za nią Józia, kosz w ręku ze szczeniętami i kilka pudełek; Przy Majorze dalej w głębi stoi Rotmistrz, za nim Kapelan: Grzegorz z mundurem wychodzi.)

​Scena III.

Major, Rotmistrz, Kapelan;(następnie)Pani Dyndalska, Józia, Panna Aniela, Zuzia, Pani Orgonowa, Zofia, Fruzia, Porucznik, Rembo.

Dyndalska.

Jak się masz, Panie bracie?

(do Józi)

Ostrożnie, gawronie! nie upuść szczeniąt.

Major(pomieszany).

Witam, witam.

Dyndalska(do Józi).

Czegóż trzymasz? połóż!

(do Majora).

Jakże się miewasz?

(do Józi)

Czemuż nie na stole? jakieżto głupie dziewczę!

(Józia kładzie wszystko na szachach i wychodzi. Dyndalska siada. Aniela wchodzi, za nią Zuzia z dwiema klatkami, w jednej sroka, w drugiej wiewiórka, i z różnemi gratami)

Aniela.

Wieki już, braciszku, jakeśmy się widzieli.

(do Zuzi)

Postawże klatki, czego będziesz stała?

Major.

Witam, witam.

Aniela(do Zuzi).

Gdzie, gdzie, gdzie! ślepa! cóżto stołu niemasz?

(Zuzia stawia klatki na mapach i odchodzi. Poruszenie Majora. Rotmistrz go za suknię wstrzymuje).

Major(cicho do Rotmistrza).

Mapy.

Rotmistrz(do Majora)

Pst!

(Major stara się pokryć nieukontentowanie i spogląda czasem na mapy. Słychać hałas i krzyk kobiet za sceną.)

Rembo(za sceną).

Nie rusz; a harap! a fe! a zasię!

Orgonowa

(tyłem wchodząc i trzepiąc rękoma). Zasię! zasię, bo zemdleję. (Rembo za nią wchodzi trzymając kota nad głową, którego we drzwiach Orgonowa odbiera). Biedny Filunio! moja duszka droga! jak się trzęsie! Biedny Filunio! Jak też możesz, Panie bracie, trzymać takie obrzydłe psiska? jakiemiś kajdankami podcięły mi nogi i tylko co nie rozdarły lubego Filunia.

Rembo.

 To na sforze Zagraj z Pisklą jak kota zwietrzyły, hajże po kocie! obces na Jejmość! a Grzmocisz i Popraw... (wychodzi na znak Majora).

Orgonowa.

 Fi, co za nazwiska! przebrzydłe kundysy... ledwie dyszę... całam w pocie. (Siada przy Dyndalskiej i Anieli. Za Orgonową weszła Zofia z Porucznikiem niosącym klatkę z kanarkiem, którą zawieszają w głębi rozmawiając po cichu. W ciągu tej sceny, dziewczęta powynosiły kota i pieski).

​Scena IV.

Orgonowa, Dyndalska, Aniela.(siedzą w rzędzie po prawej. Po lewej stronie na przeciwko, stoją:)Major, Rotmistrz, Kapelan;(w głębi)Zofia, Porucznik.

Major.

 Witam, witam Panie siostry w moim domu i bardzo przepraszam kota, za niegościnność Piskli i niecnoty Zagraja.

Orgonowa.

Patrz, Panie bracie, moja córka. (Zofia się zbliża i kłania) Owa Zosiunia mała... Anibyś ją poznał pewnie... wyrosła, wyładniała, nieprawdaż? Za jej wychowanie nie powstydzę się także. W pierwszej stolicy świata mogłaby bezpiecznie rozmawiać, i to nie jednym językiem:

Kapelan(na stronie).

Nie jednym! okropnie!

Orgonowa.

Miała i guwernantkę; Madam znakomitą, i na wyższych naukach w mieście pół roku strawiła.

Aniela.

Talenta gdy rozwinie...

Dyndalska.

 Ach, Anielko luba, co też nie wygadujesz! Już je rozwinęła: czyliż nie śpiewa całego Rossyniego, tak, że każdy słuchać musi? Czyż nie tańcuje, tak, że nigdy taktu nie chybi? Czyż nie maluje, tak, że jej kwiatek wszystkich zwodził, i że Pan Sędzia chcąc powąchać, nosem go zmazał?

Aniela.

To Pan Referendarz.

Dyndalska.

Ależ Pan Sędzia, mój aniołku!

Orgonowa.

Cicho, cicho Dyndalsiu; nie trzeba jej w oczy chwalić, ona sama pokaże, co umie.

Aniela(do Majora).

Jakże ci się podoba?

Dyndalska(szturchając ją łokciem).

Cożto za pytanie!

Aniela.

Nie dasz mi mówić, kochana siostruniu.

Dyndalska.

Bo mówisz bez sensu, moja duszko.

Orgonowa.

Cicho, cicho siostruniu. (do Majora) Któż są ci Panowie?

Major.