Czy jest ktoś, kto cię kocha? - Kalin Terzijski - ebook

Czy jest ktoś, kto cię kocha? ebook

Kalin Terzijski

3,6

Opis

Outsiderzy, alkoholicy, wyłudzacze, kolekcjonerzy cudzych żyć, nieznośni sąsiedzi, niespełnieni kochankowie – to właśnie oni zaludniają rzeczywistość Kalina Terzijskiego. Obyczajowy obrazek sąsiaduje tu z przełamanym przekorną puentą symbolizmem, przed melancholią i powagą życia chronią zaś ironia i zgryźliwy humor.

Bohaterowie „Czy jest ktoś, kto cię kocha?” przypominają nas samych tak bardzo, że być może lektura jest tylko złudzeniem i to my sami odgrywamy w opowiadaniach sofijskiego pisarza główne role. Bo przecież „nie radzimy sobie szczególnie dobrze” i do złudzenia przypominamy Antona K., który mógłby bez trudu zamienić się miejscami z Kafkowskim Józefem, gdyby tylko sławniejszego K(olegę) wzięły w obroty i przemieliły tryby codzienności. Ale jest u Terzijskiego tęsknota za miłością, jej fizyczna wręcz potrzeba, która nawet w chwilach cynizmu przebija na wierzch i przynosi nadzieję.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Kalin Terzijski

CZY JEST KTOŚ, KTO CIĘ KOCHA

Przełożyła: Hanna Karpińska

Wrocław 2015

CZY JEST KTOŚ, KTO CIĘ KOCHA

Na dworze pada deszcz, nadchodzi wieczór, z balkonowych odpływów z pluskiem leje się woda. Z ulicy dobiega ostry, niezrozumiały kobiecy krzyk. Jest lato, pod wieczór odgłosy ulicy brzmią w szczególny sposób. Nic się nie dzieje, tylko pada deszcz i odświeża powietrze.

Jesteśmy razem z E.J. Siedzimy w biurze, w którym pracuję. Nie wiem dokładnie, co to za praca. Po prostu zauważyłem, że w biurach kręcą się zazwyczaj ludzie wykonujący jakąś pracę. Ze mną jest trochę inaczej. Na ogół siedzę, pstrykam w game boya i czekam, aż ktoś skończy swoją pracę, żebym ja mógł zacząć moją. Z tego punktu widzenia przypominam sprzątaczkę lub dozorcę budowy. A tak naprawdę jestem lekarzem. Obydwaj z E.J. jesteśmy lekarzami. Obydwaj niemal w tym samym czasie zraziliśmy się do medycyny. Nie do medycyny w ogóle, tylko do tego, co w Bułgarii jest określane jako medycyna. Za dużo świństw w tej przeklętej bułgarskiej medycynie. Teraz siedzimy w biurze na kanapie i nie robimy nic. Pijemy piwo. To lepiej niż nic.

Słowo „kanapa” przywodzi mi na myśl kanciapę w naszej szkole, w której sprzątaczki trzymały miotły, wiadra i szmaty do mycia kibli.

Siedzimy i pijemy piwo, rozmawiając o nieważnych sprawach. Gdybyśmy umieli rozmawiać o ważnych, to pewnie rozmawialibyśmy i o nich.

E.J. spaceruje po pokoju i bębni palcami po meblach.

– Wczoraj wieczorem widziałem się z Martinem K. – mówi.

Obracam się na krześle i pytam:

– Był zdołowany?

– Nie, był pijany… właściwie jedno i drugie… trochę zdołowany i bardzo pijany.

Martin K., znany dziennikarz i medialny strzępiozór, jest naszym kumplem. Razem chodziliśmy na dziewczyny, popijaliśmy i prowadziliśmy dyskusje o życiu przez ponad dziesięć lat. Ostatnio stał się złośliwy, awanturuje się o głupoty, łatwo wpada w zły nastrój.

– Zadzwonił do mnie wczoraj wieczorem i powiedział, że jestem mu potrzebny – powiedział E.J.

Wczoraj Martin K. zadzwonił także do mnie. Poprosił, żebyśmy pojechali razem na lotnisko odprowadzić Długą Lili Marlene Hammer.

Spytałem: „Po co?”. Odpowiedział: „Jesteś mi potrzebny… Będziemy razem krzyczeć i śpiewać, dopóki samolot nie wystartuje”. – „E tam, krzyczeć i śpiewać… Jestem zmęczony… To jakieś bzdury… Pojedź sam i odprowadź ją do… no tam, dokąd ma lecieć… To tymczasem”.

Po kilku godzinach Martin K. znów zadzwonił: „Jesteś mi potrzebny”. – „Nie, nie, padam ze zmęczenia. Odprowadziłeś ją?” – „Tak, ale nie chcę o tym mówić, przyjedź, muszę kogoś przy sobie mieć…” – „Napij się, to ci przejdzie” – odpowiedziałem i chciałem się rozłączyć, żeby dokończyć oglądanie głupiego filmu, takiej wieczornej zapchajdziury.

A Martin K. wybuchł pijackim, chamskim krzykiem: „Ty kretynie, ty żałosny pederasto, łajzo, głupolu jeden, ty porąbany ćwoku…”. I rozłączył się. Najwyraźniej nie było z nim dobrze.

Muszę opowiedzieć, kto to jest Długa Lili Marlene Hammer. Poznaliśmy ją prawie dziesięć lat temu nad morzem, była jeszcze smarkulą.

Teraz jest piękną, wysoką, smagłą kobietą o egipskiej urodzie. Ma bliznę na górnej wardze, białe zęby i czarne włosy. Jest promienna i pełna dobroci. Leciutko szpanuje, akurat tyle, żeby nikt nie myślał, że to zwykła gęś z blokowiska, zatrudniona w wypożyczalni kaset.

Mieszka w USA z jakimś Włochem. Pracuje w Banku Światowym. Pojęcia nie mam, co to znaczy „Bank Światowy”, ale na co mi znać wszystkie wspaniałe legalne miejsca przeznaczone do ograbiania ludzi?

To, że mieszka teraz z Włochem, od samego początku wydawało mi się perwersyjne. Aż dostałem zgagi. Już samo słowo „Włoch” kojarzy mi się z czymś kosmatym i pedziowatym, z romansami w męskich kiblach, jedzeniem żab i makaronów. Może oglądałem nieodpowiednie filmy.

Długa Lili Marlene Hammer przyjechała do Bułgarii po pięciu latach nieobecności i zaraz odszukała Martina K. Nie wiem, czy przedtem się nim szczególnie interesowała. W ogóle nie mogę zrozumieć, jak Martin K. to robi, że babki tak na niego lecą. Hipnotyzuje jak pyton. One są gryzoniami, a on pytonem.

Podobno zadzwoniła do niego już z lotniska i spotkali się, jeszcze zanim zobaczyła się z rodzicami.

Przez kilka tygodni Martin K. spacerował tam i z powrotem nerwowo jak wyżeł i opowiadał wszystkim, jak ona wspaniale robi loda i jak podczas robienia loda krzyczy w języku angielskim. W jej światowobankowym angielskim, specjalnie przeznaczonym do krzyczenia podczas robienia loda. I jeszcze – jak bardzo ją kocha za to, że krzyczy po angielsku, i za całą resztę. Jak bardzo chce się z nią ożenić, jak jest jej ochroniarzem, służącym, żigolakiem, jak bardzo chce rozpierdzielić w cholerę tego jej Włocha i wszystkich Włochów. Opowiadał takie rzeczy, jakby był naprawdę zakochany. Brał ją do restauracji, wydawał forsę, upijał się i proponował małżeństwo.

Po tygodniu poszła do szpitala na angioplastykę tętnicy nerkowej. W Bułgarii to jest tanie, a skubanemu Włochowi szkoda było kasy na zrobienie zabiegu w USA, tak!

Wtedy Martin K. urządził jej serenadę. Pod oknem szpitala przez cały wieczór śpiewał jakieś głupie piosenki.

Ona może naprawdę go kocha, pomyślałem sobie tego wieczora, kiedy wystąpił z serenadą. A może on ją też.

Potem, dokładnie wczoraj, poleciała do Ameryki, żeby krzyczeć po angielsku podczas robienia loda sknerowatemu Włochowi. A także pilnować, żeby Bank Światowy nie przepuścił szansy ograbienia kogoś.

Teraz Martin K. siedzi i zapija poczucie pustki i cierpienia. Znam to.

Pięć czy siedem lat temu my, starzy kumple, też siedzieliśmy, piliśmy piwo i rozmawialiśmy o tym samym, co teraz. O miłości i o kobietach, o kobietach i o tym, jak robią loda. Nasze życie mija na mówieniu jednych i tych samych rzeczy. Dziwne pokolenie patałachów, którzy nie chcą zrobić w swoim życiu nic ważnego. A może się mylę – jest tak wiele trzydziestoletnich mężczyzn i kobiet, którzy zajmują się takimi rzeczami jak piar, zarządzanie i inne gówna, chodzą odstawieni i pracują po dwanaście godzin na dobę. Na przykład w Banku Światowym… Pewnie to oni są prawdziwymi przedstawicielami swojego pokolenia. My, starzy kumple, nie zazdrościmy im. A gdybyśmy im mieli czegokolwiek zazdrościć, to niezachwianej pewności, że jutro znów wstaną i będą pracować dwanaście czy więcej godzin, i jeszcze większej pewności, że to czyni ich czymś więcej od zwykłych neptków.

Siedzimy i rozmawiamy, deszcz pada, odświeża powietrze… Czuję się spięty; czasem najtwardsi łajdacy odczuwają niewytłumaczalną chandrę, coś, co z tureckiego określamy jako syklet – bolesny dyskomfort, wywołany bezmyślnym lenistwem. Siadam przed komputerem i mówię do E.J.:

– Chodź, weźmy się do jakiegoś pisania…

E.J. kieruje na mnie spojrzenie swoich głęboko osadzonych mongoidalnych oczu i podszytym drwiną śpiewnym głosem zaczyna dyktować:

– …i wtedy Anna Karenina powiedziała: En ten tinus, sabaraka minus, hej przeleciał ptaszek, a nie żałuj grosza…

Ja:

– Powinniśmy pisać… No bo po co tu jesteśmy?

E.J. kręci się po biurze, coś sobie taktuje, kopie krzesła.

– Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia… dlaczego tu jesteśmy. Ja w ogóle nie mam pojęcia, dlaczego żyję…

My z E.J., podobnie jak Martin K., zajmujemy się pisaniem. To dobry sposób na usprawiedliwienie własnego nieróbstwa, na popisanie się przed dziewczynami, na wytłumaczenie chronicznego kaca i na zarabianie pieniędzy w celu zapewnienia tegoż.

Martin K. zajął się pisaniem na poważnie, a my – nie bardzo. On bierze wszystko na poważnie, pije na poważnie i na poważnie śpi ze wszystkimi kobietami znajdującymi się w promieniu stu metrów od niego. A teraz na poważnie cierpi.

Musimy się wziąć do pisania. Nie możemy tak po prostu siedzieć.

Odkąd wielki Douglas Adams użył komputera z edytorem tekstu do pisania swoich utworów, pisanie stało się pracą w sam raz dla półtechnokratów. Shift, insert, format, numlock i ecie pecie. Ale my nie jesteśmy półtechnokratami i nie lubimy pisać. Właśnie dlatego zajmujemy się pisaniem. W dzisiejszych czasach nikt nie chce pisać, nikomu się nie chce pracować. Smutne jest to, że pracować nie ma po co. Gdzie się podziała ta wspaniała pewność siebie młodych lwów, pracujących po dwanaście godzin na dobę? Pewność, że jutro, kiedy się obudzą, przed japiszonami otworzą się drzwi do raju, w którym będą mogli pracować po osiemnaście godzin na dobę. Pisanie jest pracą dla ludzi samowystarczalnych, którzy mieszkają w jaskiniach, żywią się porostami i jeżdżą raz w miesiącu na światowe konferencje, żeby walczyć z AIDS czy czymś w tym guście.

Spoglądam na podłogę, upijam piwa i mówię do E.J.:

– A co ty chcesz robić, sieroto nieszczęsna, skoro ci się nie chce pisać? Czemu nie chcesz pisać?

– Nie chcę pisać. Chcę iść na dziwki. Mam ochotę iść na dziwki. Ja nie jestem pisarzem, jestem dziwkarzem.

W gruncie rzeczy wcale tak nie jest. E.J. ma szczególny stosunek do kobiet. Właściwie my wszyscy, poeci i nieroby, mamy szczególny stosunek do kobiet. Przykład: kiedy zdarzy mi się przeczytać „…rzucili się na siebie z dziką, niepowstrzymaną, zwierzęco seksualną namiętnością”, robi mi się niedobrze. Czy po to – pytam sam siebie – ludzie od dziesięciu tysięcy lat rozwijają swoją cywilizację, żeby się teraz napawać zwierzęcą dzikością? Czy nie lepiej by było, gdyby człowiek leżał nieruchomo w chłodnym łożu, podczas gdy spokojna i mądra kobieta cicho i ze skupieniem obciąga mu penisa? – tak myślę ja, tak myśli także E.J. Dziki, agresywny, wulkaniczny seks jest wymyślony po to, by zdrowo myślący praktyczni ludzie mogli się rozładować po pracy. Wzmacnia naczynia krwionośne. Dla tych zdrowo myślących, praktycznych skurwieli seks jest po prostu jedną więcej rzeczą do zrobienia. Robią seks, robią dzieci, robią pieniądze, robią miłość, a nie wojnę, a kiedy trzeba, robią i wojnę. Piją soki, nektary, izotoniki, biegają, podnoszą ciężary, pływają, surfują, wszędzie ich pełno, jeżdżą drogimi samochodami, rozmawiają o nich, mają po troje dzieci, mają cele, mają zadania, mają wszystkich w dupie, oczekują za to wdzięczności itd.

My z E.J. widzimy sprawy inaczej.

E.J.:

– Nie chodzi mi o pieprzenie, po prostu poszedłbym gdzieś z kumplami i z kobietami… w jakieś przyjemne miejsce… ot tak, na luzie.

E.J. zawsze lubił rozmawiać z kumplami i żeby kobiety go słuchały. Każdy mężczyzna lubi rozmawiać z kolegami o sztuce, samochodach, wojsku i kobietach, i jeszcze żeby go inne kobiety słuchały.

Aprobuję i cenię poglądy E.J. na życie, moje są podobne.

E.J.:

– …kobiety służą tylko do ozdoby.

Czy rzeczywiście kobiety służą do ozdoby? – zastanawiam się.

Przychodzi mi na myśl Długa Lili Marlene Hammer. Tak, to jest kobieta do ozdoby. Ona ci nie pomoże posprzątać piwnicy. Nie powynosi kartonów pełnych mysiej mierzwy i bobków. Nie weźmie się do posprzątania twojej duszy.

Co też robi Martin K.? Z pewnością próbuje coś robić, żeby się nie czuć pusto i samotnie. Pije czy pracuje?

Może ogląda programy o zwierzętach. Zauważyłem, że ludzie oglądają wiele programów o zwierzętach, kiedy się czują pusto i samotnie.

Może do niego zadzwonić? Ale kiedy człowiek ma doła, to lepiej mu nie zawracać głowy. Po co go zmuszać do udawania, że wszystko jest okej. Mam rację?

E.J. pluje za okno i jakby wyczuwa, że myślę o Martinie K.

– Mój stary wczoraj, masz pojęcie… on lubi czytać w kiblu, wszystkie książki, które przeczytał w ostatnich latach, to właśnie tam… no i wczoraj poszedł do kibla z „Defloracją”…

„Defloracja” to pierwsza książka Martina K., cieniutki tomik wierszy. Niektóre są dobre, inne naiwne, ale książka jako całość jest na poziomie. Większość wierszy jest nieprzyzwoita.

E.J. ciągnie:

– Siedzi w kiblu przez ponad pół godziny i czyta „Deflorację” Martina K. Potem wyszedł i pyta mnie, kto napisał te świństwa. Nie, tato, to nie ja – powiedziałem. I przestraszyłem się, że nie przepisze na mnie mieszkania z powodu tych cholernych wierszy Martina K.

No proszę – myślę sobie – starsi ludzie uwielbiają wojny i pogrzeby, radioterapię i dziurę ozonową… A kiedy zacznie się mówić o tych organach mężczyzny i kobiety, dzięki którym powstają słodkie dzieciątka, to wpadają w pełne obłudy oburzenie, spluwają i omal nie wymiotują. Właściwie ja też jestem starszym człowiekiem. Mam duże dziecko. Może to wszystko dlatego, myślę sobie. Nikt nie podejrzewa, że jego dziecko któregoś dnia będzie uprawiało seks.

Martin K. ma własną audycję w Radiu Darik. Bardzo ostrą, bardzo mądrą – przynajmniej tak mówią kobiety, które z nim sypiają. Właściwie ja też tak myślę. Audycja jest nadawana raz w tygodniu, właśnie dzisiaj. Za kilka godzin będzie na antenie.

– Wiesz, jaki Martin ma dzisiaj temat? – pytam E.J.

Od niechcenia stuka w komputer.

– „Czy jest ktoś, kto cię kocha?” – odpowiada. – Chcesz, to możemy do niego dzwonić co pięć minut, udawać nieznajomych radiosłuchaczy i mówić: „Nie ma nikogo, kto cię kocha, gnojku jeden”. Albo udawać, że dzwonimy z Włoch, i powiedzieć: „Buongiorno, signor Martin… Czy pan czasem nie posuwał mojej dziewczyny?”.

– To by było świństwo, nie?

– Skąd.

Temat jest całkiem interesujący: „Czy jest ktoś, kto cię kocha?”. Rodzice, kobieta, która z tobą jest, przypadkowa kobieta, którą przelatujesz, kumple, dzieci, Bóg wie kto jeszcze… Rzeczywiście, czy jest ktoś, kto cię kocha? Zdarzało mi się nad tym zastanawiać, a jeśli zastanawiałem się zbyt długo, to i popłakać.

– A może zadzwonić do Martina K. i wymienić wszystkich, którzy go kochają? – pytam E.J.

– Po co faceta okłamywać? Gdyby do ciebie ktoś zadzwonił z takim tekstem, to byś uwierzył?

E.J. ma rację. Bardzo łatwo jest uwierzyć, kiedy ktoś mówi, że nas nienawidzi, bardzo trudno – kiedy mówi, że kocha. Nie wierzę kobietom, które mówią, że mnie kochają. Przedtem lubiłem im wierzyć, ale teraz wiem – kiedy są jeszcze młode, to po prostu opowiadają brednie, podyktowane przez hormony. Kiedy przybędzie lat, mówią to samo ze strachu i z samotności. Boję się, że nawet moje dziecko mnie nie kocha… Zawsze, kiedy o tym mówi, podejrzewam, że czegoś ode mnie chce. To okropne!

Co też robi Martin K., przygotowując się do audycji „Czy jest ktoś, kto cię kocha?”.

Na wyjezdnym, relacjonuje mi E.J., Długa Lili Marlene naopowiadała Martinowi K. różnych rzeczy. Powiedziała mu, że właściwie w Ameryce jest nieszczęśliwa, samotna, bardzo samotna, że nie jest w stanie kochać nikogo innego, ale musi tam wrócić, bo życie jest podłe i nic nie zależy od nas. O, życie jest podłe, o, nic nie zależy od nas. Powiedziała, że bez przerwy będzie o nim myśleć. Spytał: „Nawet wtedy, kiedy się będziesz pieprzyła ze swoim Włochem?”. Jego grubiaństwo sprawiło, że się rozpłakała: „Nawet wtedy”.

Potem Martin K. odwrócił się i odszedł, starając się wyglądać na twardziela i nie dopuścić, by coś mokrego wydostało mu się z kącika oka, powodując plamę na honorze – wypisz wymaluj Hemingway, obojętny na rozstania z niezliczonymi kochankami. Ja jednak wiem, że było mu bardzo ciężko. Powtarzał sobie: „Ależ mnie przejebała”, ale w gruncie rzeczy nie był wściekły, tylko czuł pustkę i smutek.

Na dworze deszcz stopniowo cichnie, jest już całkiem ciemno, zapadła wilgotna letnia noc. Z ulicy dobiega ostry, niezrozumiały kobiecy krzyk. Jest lato, nocą odgłosy ulicy brzmią w niepokojący sposób. Nic się nie dzieje, deszcz ustał, nie odświeżywszy powietrza.

Obydwaj z E.J. siedzimy w biurze, w którym pracuję. Właściwie wcale nie pracuję. Kogo ja chcę okłamać. Siedzimy i rozmawiamy o tym, kto kocha Martina K. Z pewnością każdy z nas myśli o tym, kto kocha jego samego. Ale jesteśmy tacy leniwi, niewrażliwi i znudzeni, tak przez to opancerzeni przed smutkiem, że rozmawiając, właściwie nic nie odczuwamy.

Włączam radio, żeby posłuchać audycji Martina K. na temat „Czy jest ktoś, kto cię kocha?”. Przebrzmiewa startowy dżingiel, po czym niezmienny pyszałkowaty głos – chociaż nie tak pyszałkowaty jak zwykle – mówi:

– Witam nocnych sofijskich słuchaczy, Radio Darik rozpoczyna swój nocny blok, przy mikrofonie Martin K. Dzisiaj porozmawiamy o czymś nietypowym. Może jesteście przyzwyczajeni, może i ja się przyzwyczaiłem do mówienia o prostytutkach, o małżeństwach homoseksualnych i o rzadkich chorobach wenerycznych. Pewnie spodziewacie się państwo, że dzisiaj będę mówił na przykład o twardych i miękkich narkotykach i zadam pytanie: „Kiedy po raz pierwszy uprawiałeś seks analny?”. Tymczasem dzisiaj postanowiłem, być może z czysto osobistych powodów, porozmawiać na temat… Temat, który został zasygnalizowany w tytule dzisiejszej audycji: „Czy jest ktoś, kto cię kocha?”. Raczej niezwykły temat…

– I muszę powiedzieć… ja sam postanowiłem zrobić dzisiaj coś niezwykłego. Nie będę zadawał pytań, po prostu zostawię włączony telefon, każdy będzie mógł zadzwonić i mówić. Uprzedzam reżysera dźwięku, a raczej proszę, by puszczał wasze wypowiedzi bezpośrednio, w ogóle się na mnie nie oglądając… zresztą… to by nie było możliwe… ja nie będę mówił… w tej audycji w ogóle nie będę mówił… każdy po prostu zadzwoni i powie na antenie, czy jest ktoś, kto go kocha. Bardzo was proszę, bądźcie tacy dobrzy i mówcie, kto was kocha… a tymczasem do usłyszenia… tymczasem… dzwońcie do studia i mówcie… mówcie głośno i wyraźnie – kto was kocha… Proszę…

Potem z odbiornika rozlega się trzask. Jest bardzo podobny do strzału z pistoletu. Jest strzałem z pistoletu. Przez jakieś pięć minut na antenie nie słychać nic. Potem włącza się pierwszy słuchacz, który chce powiedzieć wszystkim, kto go kocha.

My z E.J. siedzimy i nie wiemy, co robić.

KOLEKCJONER CENNYCH RZECZY

Kolekcjoner cennych rzeczy wyciąga z kieszeni spodni pogniecioną paczkę papierosów – jedną z cennych rzeczy, jakie posiada – i zapala papierosa. Zapala go zapalniczką, na której jest zdjęcie gołej kobiety, mocno wytarte – też cenna rzecz. Pociąga nosem, spluwa i zaczyna ciągnąć swój na wpół wypełniony wózek do przewozu cennych rzeczy. Posuwa się wolno ulicą. Stojące przy niej domy są ciemnoszare, bo ulica jest stara. Kolekcjoner sprawia wrażenie roztargnionego, ale to przez dym papierosa – ma zmrużone oczy, ale tak naprawdę to uważnie patrzy na ziemię pod nogami, niczego nie omija. O! – jego wzrok pada na przedmiot, który mógłby być interesujący: jakąś kartkę w przyjemnym żółtawym kolorze. Pochyla się i wyciąga fragment gazety. Zaklinowała się między koszem do śmieci a nieczynnym kioskiem prasowym i żółkła tam przez cały rok. Tak, data dokładnie ta sama, ale sprzed roku. Na jednej stronie widnieje tytuł: „W marcu Koziorożce odniosą sukcesy w biznesie, a Barany – w miłości”. Na odwrocie są same nekrologi, jedno ze zdjęć przedstawia sympatyczną młodą kobietę o mądrym spojrzeniu. „Cenna rzecz” – myśli kolekcjoner i wsuwa kartkę między inne cenne rzeczy, które ma w wózku. Idzie dalej, uszczęśliwiony bogactwem cennych rzeczy, jakie oferują mu ulice, chodniki, pojemniki na śmieci, Świat. Znajduje nogę lalki Barbie, pustą, ale jeszcze pachnącą buteleczkę po perfumach, wypisany długopis, całkiem świeżą główkę goździka, pióro sroki, drugą część noweli Lwa Tołstoja „Sonata Kreutzerowska”, łyżeczkę do herbaty, płytkę procesora jakiegoś urządzenia elektronicznego. Układa to wszystko w wózku w odpowiednim miejscu, żeby potem łatwiej znaleźć. Jest zadowolony ze swoich znalezisk i teraz obserwuje ziemię pod stopami mniej uważnie, raczej dla przyjemności – już zgromadził na ten dzień dość cennych rzeczy. Wraca do domu, ostrożnie wciąga wózek po schodach na piętro, otwiera i wchodzi do swojego królestwa cennych rzeczy. Dla kogoś innego to może być koszmarną dziurą, śmietnikiem, norą pełną obrzydliwości i odpadów, ale dla kolekcjonera cennych rzeczy jest to najcudowniejsze miejsce na świecie. Przechowuje ono pozostałości ludzkiego szczęścia, smutku, zadowolenia, pracy, rozpaczy, geniuszu, strachu, głupoty, pijaństwa i szaleństwa. Kolekcjoner cennych rzeczy przygląda się z satysfakcją swojej posiadłości, przez całą godzinę porządkuje nowo znalezione przedmioty, po czym siada na podłodze, zapala papierosa i zaczyna czytać jeden z listów miłosnych, znalezionych dziesięć dni wcześniej, związanych w zgrabną paczuszkę i ukradkiem wyrzuconych w chaszcze nad kanałem. List zaczyna się tak:

Ukochany, ukochany, ukochany mój, już od całych trzech dni nie dotykałam cię, nie całowałam, nie słyszałam twojego głosu i nie głaskałam twoich włosów. Tak bardzo mi cię brak, że aż czuję fizyczny ból, całkiem jakby mi wycięto jakiś potrzebny do życia organ. Nawet powietrze, którym oddycham bez ciebie, jest pozbawione smaku, nie wystarcza mi go, piersi mam puste. Cały świat jest pusty bez ciebie…

„Cenna rzecz” – myśli sobie kolekcjoner cennych rzeczy i zapala nowego papierosa, kładąc świeżo zgaszony niedopałek w przeznaczonym do tego miejscu.