Cztery liście koniczyny - Weronika Tomala - ebook

Cztery liście koniczyny ebook

Weronika Tomala

4,4

22 osoby interesują się tą książką

Opis

W imię miłości

Nie dam ci nic w zamian, ale proszę, daj mi szansę. Bo możesz uratować czyjeś życie. Wiedz, że jest teraz w twoich rękach…

Judyta jest pielęgniarką pracującą w sopockiej klinice. Pewnego dnia w położonej przy plaży biblioteczce znajduje notatnik, a w nim słowa: „Jeśli to czytasz, to znaczy, że mnie już nie ma. Teraz jesteś odpowiedzialny za życie innego człowieka”. Początkowo Judyta bierze to za żart. Nie ma pojęcia, że właśnie wzięła na siebie zobowiązanie. I że odtąd jej życie nie będzie już takie samo.

Mateusz mieszka w małej chatce w lesie. Tu może przeżywać swój ból w samotności, z dala od niechętnych spojrzeń innych. Kiedy u jego progu zjawia się obca dziewczyna z notatnikiem, wściekły wyrzuca ją za drzwi. Ale ta wizyta nie daje mu spokoju. Postanawia odkryć prawdę…

Weronika Tomala to autorka poczytnych książek Nieprzegrany zakład, Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, Płynąc ku przeznaczeniu i Rabih znaczy wiosna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
AnitaZacharska83

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna polecam 🍀🥰
00
AnnaWegrzyn1986

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka. Polecam. Cudowna.
00

Popularność




Weronika Tomala Cztery liście koniczyny ISBN Copyright © by Weronika Tomala, 2021All rights reserved Redaktor Hanna Kossak-Nowocień Projekt okładki i stron tytułowych Paulina Radomska-Skierkowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dziadkowi Czesławowi i prababci Amalii — tym, którzy przekroczyli niewidzialną granicę, ale wciąż są wśród nas

Słowo wstępne

W Nigerii skaryfikacja twarzy, czyli nacinanie blizn na policzkach, stanowi wyraz odwagi i męstwa, do którego dobrowolnie dążą przedstawiciele płci męskiej. Wygojone rany stają się ich dumą, ale i oznaką hierarchii czy przynależności.

W Papui Nowej-Gwinei młodzi chłopcy zostają poddani rytuałowi wycinania nożem bądź zaostrzonym pędem bambusa wzorów na plecach. Nabrzmiała rana przypomina skórę krokodyla. Po krwawym zabiegu i długotrwałym procesie gojenia śmiałek staje się prawdziwym mężczyzną.

W Etiopii Mursi wybijają dziewczynkom siekacze i przebijają dolną wargę po to, by włożyć w nią drewniany kołek. Rozciągana przez coraz to większe przedmioty, doczekuje się talerzyka. Im większy, tym kobieta staje się atrakcyjniejsza dla otoczenia.

Przerażające? Dzikie? Budzące kontrowersje? Jak można tak traktować swoje ciało? A może by tak zerknąć na to od zupełnie innej strony?

Tatuaż. Sięga kultur starożytnych plemion. Dziś polega na wprowadzeniu pod powierzchnię skóry tuszu przy kilkudziesięciu wkłuciach na sekundę. Powszechnie akceptowany, stał się modnym dodatkiem zdobiącym ciało. Czyż jego robieniu nie towarzyszy ból?

Tatuaż to jednak nie tylko forma ozdoby. Mówi się, że to obraz duszy człowieka. I choć kiedyś kojarzony był ze światkiem przestępczym, teraz decydują się na niego ludzie z wielu środowisk, od lekarzy po nauczycieli. Ludzie z różnymi doświadczeniami i planami na przyszłość. Ludzie, którzy chcą wyrazić siebie. Warto więc potraktować tatuaż nie jako modny wybryk czy kawałek skóry pokrytej tuszem, ale jako dzieło. Jako obraz, w którego symbolice możemy doszukać się czyjejś historii.

Bo magia i znaczenie tatuażu ukryte są właśnie w symbolach.

Książka: symbol cnoty, wiedzy i mądrości. Prawdy, sprawiedliwości i przeznaczenia. W Nowym Testamencie: symbol tajnych planów Boga.

Rozdział 1

Pusta, niezaśmiecona plaża. Urok chłodnych, marcowych dni, niezmąconych gwarem rozwrzeszczanych turystów. Pocieram ręce, żałując, że nie zabrałam rękawiczek. Ale w takie dni jak dziś nie przeszkadza mi nawet panujący wokół chłód. Cieszę się, że pomimo wolnego dnia wstałam wcześniej. I chociaż trudno mówić o spektakularnym wschodzie słońca, przebijające przez chmury promyki napawają mnie optymizmem. Odcinam się od szpitalnych myśli, strzykawek, pacjentów i wszędobylskich kroplówek. Choć praca pielęgniarki jest właśnie tym zawodem, w którym widziałam się od najmłodszych lat, miewa swoje ciemne dni, jak to mamy w zwyczaju nazywać. Moje dwuletnie doświadczenie w zawodzie nie nauczyło mnie jeszcze wszystkiego, jednak zdążyłam już sporo się naoglądać. Zwłaszcza na oddziale onkologii, gdzie pośród jęków cierpienia trudno o pozytywne myśli. Życie stanowczo bywa bardzo niesprawiedliwe. Niełatwo dopatrzyć się w tym wszystkim sensu. A mimo to staram się uśmiechać tak często, jak tylko potrafię. W końcu od tego jestem. Od niesienia pomocy i od uśmiechania się. Któż ma podarować cierpiącym trochę ciepła, jeśli nie właśnie taki człowiek jak ja?

Siadam na brzegu kamienistego murku, pozwalając sobie na chwilę zadumy. Białe bałwanki tracące na sile w momencie zderzenia z piaskiem cofają się po to, by zaraz na chwilę powrócić. Zerkam na pustawy o tej porze roku wypoczynkowy pensjonat rodziców, którzy do teraz nie potrafią pogodzić się z moim wyborem życiowej ścieżki. A ja za nic w świecie nie chciałam dać się wplątać w tę pogoń za pieniądzem. Nie chciałam stać się jednym z tych wiecznie niemających na nic czasu, pędzących szczurów. Dość już naprzyglądałam się temu w przeszłości. Nie mam więc żalu o to, że cały rodzinny biznes przypadnie w udziale mojej siostrze, która usilnie stara się przypodobać rodzicom. Ja pomagam im w sezonie, bezinteresownie, w wolnym czasie. Kiedy na Sopot napływają fale żądnych wypoczynku i szaleństw turystów. I czuję się zdrowsza pomimo tego, że nie jestem ustawiona na całe życie. Jak moja szanowna siostra.

Zresztą doprawdy nie wiem, jak miałybyśmy się pogodzić, współpracując ze sobą na co dzień. Nie potrafimy współegzystować na jednej powierzchni dłużej niż pięć minut. Bywa.

Wyjmuję z torebki książkę i ostatni raz przyglądam się naderwanej okładce, która i tak wygląda już o wiele lepiej. Starałam się ją podreperować, przyodziewając w przezroczystą folię. Duma i uprzedzenie nie wyglądała dumnie, kiedy zdejmowałam ją z półki pobliskiej biblioteczki w drzewie ulokowanej niedaleko plaży. Ludzie nie szanują dziś książek, zwłaszcza tych niebędących ich własnością. Plamy z kawy, pozaginane rogi, sklejone strony i okruszki jedzenia wpadające w szpary grzbietu.

Przyciskam powieść do piersi, by osłonić ją przed wiatrem, i wstaję.

Podchodzę do grubego pnia i wspinam się na palce, by otworzyć wykonaną z pleksi ochronną szybkę, za którą ukrywa się skromnie wyposażona półka. Odkładam podreperowaną publikację, życząc jej szczęścia. Jakiś czas temu przyniosłam tutaj kilka swoich książek, licząc na to, że posłużą innym. Zastanawiam się nad tym, ile osób mogło je w ciągu tych kilku miesięcy przeczytać. Pewnie niewiele. Czytelnictwo w dzisiejszych czasach nie przeżywa renesansu. Ludzie wolą kolorowy ekran telewizora od czarno-białych kartek.

Zerkam na regał położony na środku biblioteczki. Niesforne, brązowe pasma włosów, ulegając podmuchom wiatru, zasłaniają mi oczy. Odgarniam je z twarzy i próbuję doszukać się jakiejś powieści, której nie miałam jeszcze okazji przeczytać. Czasami ludzie przynoszą tutaj swoje niepotrzebne już egzemplarze, by dać im drugie życie. Zostawiam połyskującą okładkę nagłośnionego bestsellera dla innych, może jeszcze kiedyś przyjdzie na niego czas. Przenoszę wzrok na brązową, podniszczoną, odzianą w skórę oprawę, na której grzbiecie nie widnieje żaden tytuł. Sięgam palcem, wyjmując ją ostrożnie z uścisku innych, ale stawia opór. Dopiero potem zauważam, że to wynik odstającego zapięcia, które zahacza o pozostałe publikacje.

Pierwszy raz widzę taką książkę.

Mrużę oczy, wpatrując się w to, co trzymam. Słyszałam, że bardzo dawno temu obszerne tomiszcza oprawiano w skórę zwierząt. Ale nie wierzę, że ktoś wcisnął tutaj tak cenny i wartościowy egzemplarz.

Przyglądam mu się bliżej.

I uświadamiam sobie, że to jednak z całą pewnością nie jest żadna powieść. To zwyczajny notes. Dziwne. Po co ktoś go tu zostawił? Pewnie przez pomyłkę. Może znalazł go na ławce albo w trawie. I przyniósł tutaj, chroniąc go przed zniszczeniem.

Chyba nie powinnam do niego zerkać, więc poprawiając pozostałe książki, próbuję wepchnąć go z powrotem na swoje miejsce.

Mocny podmuch wiatru sprawia, że otwarta szybka uderza mnie w dłoń. Przytrzymuję pleksi, wciąż dzierżąc w drugiej ręce pozostawiony przez kogoś notes.

A jeśli ktoś go szuka? — przemyka mi przez głowę. Czasami na pierwszych stronach ludzie podają swoje adresy na wypadek zguby. Pamiętam, kiedy rozpaczliwie szukaliśmy zeszytu z rezerwacjami hotelu po całym pensjonacie. Rodzice byli załamani. Znalazł się. To znaczy cudownie i w wielkiej chwale znalazła go moja siostra. Nigdy nie przyznała się do tego, że to ona go zabrała, żeby poszukać danych chłopaka, który wpadł jej w oko.

Teraz jest o wiele łatwiej. Wszystko zapisane na serwerach komputerów.

Patrzę na notes.

Właściwie… Nic nie zaszkodzi, jeśli po prostu zerknę do środka.

Zamykam półkę, rozglądając się dookoła, jakbym miała za moment popełnić czyn karalny. Oprócz przebiegającego linią brzegową mężczyzny, który każdego ranka uprawia jogging, nie widzę jednak nikogo. Na powrót siadam na kamiennym murku i odpinam skórzany pasek notesu.

Zegarek wskazuje siódmą pięć. Cienka wskazówka sekundnika powoli przemierza kolejne kawałki białej tarczy.

Nie mam najmniejszego pojęcia o tym, że za minutę mój świat stanie do góry nogami.

Drogi Czytelniku!

Tak, Czytelniku. To do Ciebie kieruję te słowa. Nie do pamiętnika, nie do siebie. Do Ciebie, a właściwie także do Niego. Nie jestem szalona, mimo że wydźwięk moich słów może przypominać bełkot szaleńca. Ale jeśli to czytasz, to bądź świadom tego, że mnie już po prostu nie ma.

Nie dam Ci zatem nic w zamian, ale proszę, Ty daj mi dzisiaj szansę. Bo możesz uratować inne życie. Wiedz, że jest teraz w Twoich rękach. Jesteś za Nie odpowiedzialny. Nie pozostawię Cię bez wyjaśnień, bo pierwszych kilka stron tego zeszytu jest przeznaczone właśnie dla Ciebie.

Czas, by sekrety opuściły swoje kryjówki. I nie masz wyboru, tak jak ja nie miałam wyboru, by dłużej kochać. To, co tak piękne, zostało mi zabrane. A ja otrzymałam jedną z tych niewdzięcznych ról czarnego charakteru, którą teraz chciałabym odczarować.

Nigdy nie przestałam darzyć go miłością. Był sensem mego życia. Był ze mną aż do końca, tak blisko, choć tak daleko. Nie mogłam dopuścić, by oglądał mnie w stanie, z którego już nie można było mnie wyciągnąć. Wiem, że wtedy pękłoby mu serce. Musiałam wybrać lepszą opcję. Lepszą… Nie wiem, czy to właściwe określenie.

Glejak wielopostaciowy. Brzmi jak nazwa rośliny wyjętej ze szkolnego zielnika. Naparstnica wełnista, mniszek pospolity, fenkuł włoski i… glejak wielopostaciowy. Gdyby był rośliną, wyobrażałabym sobie niezwykły kwiat o różnokształtnych, kolorowych płatkach. Tymczasem to obrzydliwy nowotwór. Który z każdym dniem wysysa ze mnie siły, nie pozostawiając żadnej nadziei. Zostało mi tak mało czasu. Złe rokowania. Niekwalifikowana do operacji. Wiesz, co to znaczy, prawda?

Z hukiem zatrzaskuję okładkę. Czuję, że serce podchodzi mi do gardła. Rozglądam się dookoła, zastanawiając się nad tym, czy przypadkiem nie jest to jakiś kiepski dowcip. W końcu w dobie dzisiejszej znieczulicy ludzie potrafią żartować na wiele obrzydliwych sposobów.

Pocieram paznokciami nadgarstek. Czerwone, wypukłe pręgi na skórze od razu dają się we znaki. Czuję rozchodzące się po nich ciepło. Dermografizm. Nieszczęsna przypadłość, która uaktywnia się w momentach stresu. A moja skóra staje się jak pergamin, po którym zwyczajnie można pisać.

Naciągam rękaw, by zakryć przykry widok, i przytrzymuję go kciukiem.

Biorę kilka głębokich wdechów i zamykam oczy.

Odłożę ten dziwaczny notes na swoje miejsce i będzie po sprawie. Dość mam swoich problemów, by babrać się w czyichś. Nie jestem do niczego zobowiązana. Nikomu nie poprzysięgłam żadnej przysługi, zwłaszcza nieznajomej dziewczynie, która być może siedzi teraz w domu, zastanawiając się, czy już kogoś udało się jej nabrać. A może to jeden z tych eksperymentalnych programów, w których bada się poziom ludzkiej wrażliwości i reakcji na czyjąś krzywdę? Co jakiś czas gadają o takich w programach telewizyjnych.

Uderzające w policzek pasma włosów prawie wyprowadzają mnie z równowagi. Przecież miałam dzisiaj odpocząć, ochłonąć z emocji. Zerkam na fale. Wciąż niespokojne morze idealnie odzwierciedla mój stan.

Otwieram notes, cofając kilka zapisanych stron do miejsca, w którym skończyłam czytać.

Chcę, Czytelniku, tylko tego, byś dostarczył Mu ten notes. Do rąk własnych. Zależy mi na tym, by otrzymał go osobiście, bez pośredników, którzy mogliby zniszczyć mój plan. Trochę mnie to kosztowało. Tyle mam Mu do powiedzenia. A wierz mi albo nie, pisanie tego wszystkiego nie przychodzi mi łatwo. Czytelniku. Phi… Jak to brzmi… Czuję się jak autorka kiepskiej dramy.

Zadbasz o to, żeby go przeczytał, dobrze? Niezależnie od tego, jak Cię potraktuje, bądź nieustępliwy. Skrzywdzone zwierzę traci zaufanie, gryzie, atakuje, ucieka. Trzeba cierpliwości, by na nowo móc do niego podejść. Mateusz jest wrażliwym kotkiem ukrytym w pancerzu lwa.

Świadomość tego, kim się dla Niego stałam i jak bardzo cierpi, jest dla mnie o wiele gorsza niż to całe odchodzenie. Bo na to jestem już gotowa. Prawie.

Nie bój się. Nigdy Cię nie skrzywdzi. Nie daj się zwieść pozorom. Wbrew wszystkiemu to mogę Ci zagwarantować. Dasz mi szansę? Po prostu musisz. Nie możesz tego tak zostawić. Zeżrą Cię wyrzuty sumienia.

Dlaczego nie poszłam na pocztę? Dlaczego nie skorzystałam z usług kuriera? Przypuszczam, że się zastanawiasz. Przecież musiałabym podać swój adres. A ja nie chcę, żeby mnie szukał. Nierejestrowane paczki, w których mogłabym uniknąć podawania własnej tożsamości, lubią się gubić. Zwłaszcza gdy mają do przebycia długą drogę.

Przepraszam za bezpośredniość. Ale nie mogę inaczej. Postaw się w mojej sytuacji. Poznań, ulica Łomska 16. Tam Go znajdziesz. Zapytaj o Niego, to Ci powiedzą. Szerokiej drogi.

I niech Bóg będzie z Tobą.

Morze: symbol nieskończoności, tajemnicy, życia i śmierci. Symbol chaosu i sumienia.

Rozdział 2

Budzi mnie nieprzyjemne uderzenie gorąca. Odsuwam kołdrę i próbuję odkleić od brzucha materiał piżamy. Jestem cała mokra. Przejeżdżam dłonią po wilgotnym czole, po czym włączam nocną lampkę. Za okienną roletą wciąż widać mroki zaawansowanej nocy. Chyba daleko jeszcze do świtu.

Sięgam po telefon, by nabrać pewności.

Druga trzydzieści cztery.

Szlag by to trafił.

Raczej nie miewam problemów ze snem. Wiele razy słyszałam o współczesnej epidemii bezsenności, na którą cierpi spory procent społeczeństwa. Na pewno mnie to nie dotyczy. W nocy mam w zwyczaju wstawać rzadziej niż rzadko. Chyba że budzi mnie jakiś koszmar.

Kładę głowę na poduszce, mrużę oczy i próbuję skupić się nad ostatnimi godzinami spędzonymi w łóżku. Za nic w świecie nie potrafię przywołać żadnego snu. Wytężam umysł, jakbym szukała wytłumaczenia tej dziwnej pobudki.

Kompletna pustka.

Gaszę lampkę i staram się zasnąć. W końcu rano muszę wstać w pełni sił, by zmierzyć się z kolejnym dniem intensywnej pracy.

Obracam się na drugi bok.

Oddycham głęboko.

Znowu się przekręcam.

Ale już czuję, że nie będzie mi dane oddać się w ramiona Morfeusza.

Na powrót włączam lampkę, sięgam do szuflady i wyjmuję oprawiony w skórę notes.

Stałam na Rynku Jeżyckim przy jednym ze straganów ze świeżymi produktami. Na co dzień robiłam zakupy w supermarketach, ale po soczyste pomidory przyjeżdżałam właśnie tu. Zdrowy tryb życia? Raczej przyzwyczajenie, wyuczona tradycja. Odkąd pamiętam, jako dziecko towarzyszyłam mamie przy wyborze najdojrzalszych owoców i warzyw.

Tego dnia wsłuchiwałam się w kłótnię dwóch kobiet. Przypadkiem? Ha! Bezczelnie je podsłuchiwałam, choć trudno było skupić się na czymkolwiek innym, mając przed sobą skaczące sobie do gardeł osoby. Ot co. Ciężko było mi uwierzyć, że można rozdmuchać taką aferę o źle wydaną złotówkę. Ludzki błąd, przecież każdemu może się zdarzyć. Znam sprzedawczynię i na pewno nie miała złych intencji. Po prostu się pomyliła. Zniecierpliwieni klienci wpatrywali się w ten cyrk, milcząc. Nagle usłyszałam zza swoich pleców głos, którego tembr sprawił, że przebiegły mnie dreszcze.

— Czy to konieczne? Ludzie, dajcie spokój. Od tej złotówki nie zmieni się chyba wasze życie, ale zmieni się mój dzień, jeśli na czas nie otworzę studia.

Pamiętam jak dziś Jego wyciągniętą w kierunku zrzędliwej klientki dłoń, w której trzymał dziesięciozłotowy banknot.

— Proszę. Skoro złotówka była w stanie zapewnić nam wszystkim takie przedstawienie, dziesięć chyba wystarczy, by pani zamilkła.

Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc oburzoną twarz kobiety, która po chwili zawahania bezczelnie wzięła pieniądze i odeszła. A nie wyglądała na biedną.

Tak jakby nic przed momentem się nie wydarzyło, wszystko wróciło do normy.

Jednak kiedy się odwróciłam i nasze spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy, wiedziałam, że norma została właśnie przekroczona po tysiąckroć. Postawny właściciel głosu nieświadomie skradł moje serce.

Boże. Nie jestem pewna, czy powinnam to czytać. Jeśli to wszystko prawda, to przyglądam się właśnie romantycznej historii, w której najwyraźniej zabrakło happy endu. A ja nienawidzę smutnych zakończeń. Nie cierpię dramatów, w których jeden z bohaterów ginie. Po Pearl Harbor z Benem Affleckiem w roli głównej nie umiałam się otrząsnąć przez tydzień, choć przecież to wszystko było zaledwie utkaną na potrzeby filmu fikcją.

Odkładam notes na bok i wstaję. Sen przeszedł do reszty, jak ręką odjął. Zmierzam powoli do kuchni, nalewam wody do czajnika i wsypuję do kubka łyżkę rozpuszczalnej kawy. Przyda się. Na pewno. A już obowiązkowo teraz, kiedy otwieram stary laptop. Czas sprawdzić na planach internetowych, czy Łomska 16 w Poznaniu faktycznie istnieje.

***

— Judyta, idź na szesnastkę! — Głos przełożonej wyrywa mnie z zamyślenia. — Jesteś dziś jakaś nieprzytomna, śpiąca królewno. Pacjent po operacji sam sobie worka z cewnika nie zmieni — karci mnie.

Spośród tysiąca negatywnych komentarzy kierowanych przez nią do pielęgniarek niższych rangą ten jest słuszny.

— Przepraszam — odpowiadam ze skruchą, nie czekając na nic więcej.

Wstaję, biorę rękawiczki i truchtam do sali, z której dochodzi sygnał przywoławczy. Co się, do licha, dzisiaj ze mną dzieje?

Doprawdy powinnam się ogarnąć. Nieprzespana noc i setki rozbieganych myśli dają mi się we znaki.

— Siostrzyczka Judyta. Nasz anioł! — Starszy pacjent macha mi ręką na powitanie.

— Dzień dobry, panie Antoni. — Uśmiecham się do niego. — I jak się pan dzisiaj czuje?

— Dobrze, dobrze — powtarza — bo siostrzyczkę widzę. — W jego głosie słychać autentyczne zadowolenie. — Wczoraj czułem się źle, bo siostry nie było — żartuje, wzruszając ramionami w geście niewinności.

W odwecie grożę mu palcem.

— Tylko żeby się pan nie zakochał. Bo żona będzie zazdrosna. A nie chciałabym dostać od niej po głowie — chichoczę, po czym zabieram się do pracy.

— Zazdrosna? Ta jędza wydłubałaby mi oczy.

— Panie Antoni, przesadza pan. Naprawdę nie każda kobieta przybiega na oddział szpitalny z domową zupą dla męża.

— Oczywiście — parska. — Pewnie mnie nią podtruwa — żartuje.

Kiwam głową na boki. Chyba zabrakło mi argumentów.

Tyle werwy przy takiej chorobie. I w tak sędziwym wieku. Życzyłabym wszystkim na tym oddziale podobnego optymizmu.

Ale jak go wypatrywać, kiedy ma się przed sobą całe życie i przychodzi mierzyć się z bezkompromisowym wrogiem?

Glejak wielopostaciowy.

Nieznajoma dziewczyna.

Jak miała na imię? Jak wyglądała? Otwarła się przede mną, choć wciąż pozostała największą enigmą, z jaką przyszło mi się zmierzyć. Jak wygląda mężczyzna, którego podobno zraniła? Kim się stał?

Obraz zapisanych w notesie słów staje mi przed oczyma. Wyobraźnia znowu zaczyna zapuszczać się tam, gdzie nie powinna.

— Pani Judytko, a co pani taka zamyślona? Smutna.

— Skupiona na pracy, panie Antoni. Po prostu — tłumaczę.

— Mnie siostrzyczka nie oszuka — przeciąga ostatnie słowo.

Podnoszę wzrok i widzę, że mi się przygląda. Wbijam wzrok w szaroburą podłogę.

— Aż tak to widać? — pytam cicho.

Nigdy nie byłam dobra w udawaniu.

— Uśmiechem możesz skłamać, ale oczami nie oszukasz — śmieje się. — Stary ze mnie dziad. Znam się na ludziach.

— Oj, gdzie tam stary! — Macham ręką. — W kwiecie wieku. A humoru to by panu mogli pozazdrościć wszyscy ci dzisiejsi młodzi — przyznaję uczciwie.

Rozlegający się z innej sali system przywoławczy przerywa nam rozmowę.

— Muszę iść. Jestem pod dzwonkiem — kończę, wychodząc przez oszklone drzwi.

Na korytarzu panuje zamieszanie. Mijam zapłakaną kobietę skrywającą twarz w dłoniach. Zawodzi, nie zwracając uwagi na próbującego pocieszyć ją mężczyznę.

— Mogę w czymś pomóc? — pytam, cofając się o krok.

Nie odpowiada. Czekam kilka sekund i ruszam dalej. Czasami lepiej pozwolić ludziom wypłakać się w samotności. Nie każdy ma ochotę na zwierzenia. A narzucając się komuś, tylko potęgujemy ból.

Otwieram drzwi pomieszczenia, do którego zostałam wezwana, i zderzam się z wyrzekaniem niezadowolonej pacjentki. Rzuca w moją stronę coraz bardziej niewybredne wyzwiska, skarżąc się na ból. Nie mogę mieć jej tego za złe. Człowiek w chorobie nie jest sobą. Potrafi nieświadomie zranić, wyładowując się za swój stan. Brak mu kontroli i chyba tylko głupiec odszedłby obrażony. To dlatego nie każdy nadaje się do tego zawodu. Potrzeba cierpliwości przede wszystkim. Dopiero na drugim miejscu odporności. Makabrycznych obrazów nie brak.

— Zaraz temu zaradzimy — próbuję wtrącić chociaż trzy słowa w potok płynących oskarżeń.

Biegnę po kroplówkę, prawie potykając się o własne nogi. Mam tylko nadzieję, że wenflon kolejny raz nie spłata nam figla i okaże się drożny.

Monotonny rytm silnika autobusu wprowadza mnie w letarg. Czuję, jak ciało zaczyna się poddawać i wiotczeć. O tej porze linia, którą wracam do domu, nie jest zatłoczona, więc mogę cieszyć się wolnym miejscem siedzącym. Kiedy dotrę do domu, nie będę miała chyba siły nawet na kąpiel. I to nie wyczerpanie fizyczne, ale emocjonalne dało mi się we znaki najbardziej. Nieprzespana noc tylko spotęgowała efekt.

Mateusz. Całkiem ładne imię.

Nie znam cię, chłopaku, a tak bardzo namąciłeś mi w życiu.

Zakładam ręce i odpływam, zupełnie nie przejmując się tym, czy wysiądę na właściwym przystanku.

Dochodzący z oddali dźwięk telefonu pomaga mi oprzytomnieć. Z kołaczącym sercem zaczynam przetrzepywać torebkę. Jest.

Sylwia. Moja najlepsza przyjaciółka.

— Hej, Judytko. Jesteś już w domu?

Automatycznie zerkam za okno, uświadamiając sobie, że jakiś czas temu po prostu beztrosko odpłynęłam. Najwidoczniej jednak nie spałam zbyt długo, bo wciąż miałam do swojego przystanku jakieś pięć minut.

— Właśnie wracam. Za kwadrans powinnam być. Jeśli chciałabyś wpaść, to zapraszam.

— Nie, kochana. Pewnie jesteś padnięta. Może spotkamy się jutro, co? Będzie ci pasowało? Chyba muszę się komuś wygadać.

— Jasne. Oczywiście. Sylwuś, jeśli potrzebujesz, naprawdę możesz przyjść dzisiaj. Stało się coś? — pytam, choć znając ją, wiem już, jaki będzie temat naszej rozmowy.

— Ach, nic takiego. Po prostu, wiesz sama… — przerywa. — Dorian. Ostatnio znowu miałam wrażenie, że coś przede mną ukrywa. — Wiesz… — jąka się. — Jego eks… — Obie nie chcemy ciągnąć tego tematu. — Będę jutro, dobrze?

Przytakuję głową, choć przecież zdaję sobie sprawę z tego, że mnie nie widzi.

— Pogadamy.

— To do zobaczenia.

— Pa, Sylwuś.

Historia znowu zatacza koło. Na miejscu Sylwii już dawno zakończyłabym ten związek. Dorian zdecydowanie nie jest mężczyzną na całe życie. Sposób, w jaki ją traktuje, z pewnością nie jest wart tych kwiatów na przeprosiny i wystawnych obiadów udostępnianych później w face­bookowych relacjach. Ja to rozumiem. Sylwia — zbyt rzadko. Tylko do czasu, kiedy kolejny raz otrzymuje wystawny prezent i obietnicę poprawy. Wiem, że kochając, można wiele wybaczyć. Ale chyba są jakieś granice rozsądku. Sylwia zdaje się beznadziejnym przypadkiem. I nie mówię tego ze złości. Szczerze się martwię o jej dobro.

Wzdycham, zbierając się do wyjścia. Krajobraz szaroburych blokowisk nijak nie przypomina zielonego Sopotu pokazywanego na turystycznych pocztówkach czy broszurach. Wiele bym dała, by mieszkać bliżej morza. Z taką pensją nie mam jednak co liczyć na zmiany. Ale przecież zawsze mogę udać się nad morze, żeby nacieszyć oczy i nozdrza pełnym jodu pięknem północnej Polski.

Wracam do domu, przemywam ręce, przebieram się i rzucam na łóżko. Tak jak przypuszczałam, bez większego problemu zapadam w twardy sen. Sen, który przed jutrzejszym dniem na pewno mi się przyda. Nie mogę mieć przecież pojęcia o tym, przed jak wielkim dylematem przyjdzie mi stanąć.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki