Czteroksiąg - Yan Lianke - ebook + książka

Czteroksiąg ebook

Yan Lianke

4,7

Opis

Trzecia po Śnie wioski Ding oraz Kronikach Eksplozji dostępna w polskim tłumaczeniu książka Yan Lianke - jednego z najbardziej utalentowanych i najbardziej cenzurowanych współczesnych autorów chińskich. Tym razem punktem wyjścia złożonej, trzy-, a nawet czterogłosowej narracji jest okres Wielkiego Skoku Naprzód oraz obóz reedukacji przez pracę, w którym intelektualiści, „winni” nieprawomyślności są poddawani skomplikowanej (a może wręcz przeciwnie?) grze nagród i kar, szantażu i gróźb przez rządzącego obozem tyrana - Dziecko. Czteroksiąg to książka, w której kunszt pisarski Yan Lianke ujawnia się w całej zaskakującej pełni. Cztery przeplatające się fikcyjne rękopisy, to cztery punkty widzenia i cztery wybory literackie, składające się na opowieść o zniewoleniu, buncie, żądzy panowania nad człowiekiem i całą rzeczywistością oraz niemożliwym, które można zrozumieć dopiero sięgając po język mitorealizmu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 390

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




TYTUŁ ORYGINAŁU:四书 (Sishu)
REDAKTOR PROWADZĄCA: Elżbieta Brzozowska
REDAKCJA: Magdalena Pluta
KOREKTA: Maciej Libich
PROJEKT OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH: Wiktor Dyndo
SKŁAD I ŁAMANIE: ROCH Wojciech Ochocki
Na pierwszej stronie okładki wykorzystano – za uprzejmą zgodą autora – zdjęcie rzeźby „My Left Hand” Sheng Qi ze zbiorów Hua Gallery (www.hua-gallery.com).
Wydanie pierwsze
Warszawa, 2020
© Copyright Yan Lianke, 2010 © Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2020 © Copyright for the Polish translation by Katarzyna Sarek
ISBN 978-83-8196-070-0
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
E-MAIL:piw@piw.pl
Konwersja:eLitera s.c.
.

Tego samego autora:

Sen wioski Ding

Kroniki Eksplozji

W przygotowaniu:

受活 (Shouhuo)

Książkę tę dedykuję zapomnianym przez historię milionom uczonych –zmarłych i żyjących.

Yan Lianke

ROZDZIAŁ I

Niebiańskie Dziecko

1. Niebiańskie Dziecko, s. 13–16

Powróciły ziemia i droga.

Minęła jesień, opustoszały rozległe pola, a ludzie byli mali i nieznaczący. Czarna gwiazda stopniowo urosła. Budynki Strefy Reedukacji rozdzieliły niebo i ziemię. I zamieszkali w nich ludzie. I stało się tak. Ziemia i droga powróciły. Złoty zachód słońca. I stało się tak. Każdy gęsty i ciężki promień ważył siedem, osiem liang; jeden za drugim tworzyły kolejno zbity las. Stopy Dziecka tańczyły w blasku zachodzącego słońca. Ciepłe powietrze boleśnie napierało na jego nogi, piersi i plecy. Dziecko uderzał w ciepłe powietrze. Ciepłe powietrze go pętało. Wzniesione ze starych cegieł i dachówek budynki Strefy Reedukacji spowijało gromadzące się wiekami światło pradawnego chaosu, na dzikich pustkowiach otwierało się niebo i rozstępowała się ziemia. I ludzie tam zamieszkali. I stało się tak. Światłość była dobra i Bóg oddzielił ją od ciemności. Nazwał światłość dniem, a ciemność nocą. I stały się poranek i wieczór. Tak je rozdzielił. Czas przed ciemnością nazwał zmierzchem. Zmierzch był dobry. Kury siadły na grzędach, owce wróciły do zagród, woły odeszły od pługów. Ludzie odłożyli narzędzia.

Dziecko wrócił, ziemia była oparciem dla jego stóp. Otworzyła się brama obozu, otworzyła się na oścież. Dziecko gwizdnął. Na donośny gwizd zaczęli się schodzić kolejno ludzie. Bóg powiedział, że między wodami powinno być powietrze. Rozdzielił wodę na górę i dół. Stworzył powietrze i umieścił je nad wodą i pod wodą. I stało się tak. Miejsce nad powietrzem nazwał niebem, miejsce pod powietrzem ziemią. Ziemia dawała oparcie ludziom nadchodzącym jeden za drugim.

Dziecko powiedział:

– Wróciłem. Od władz, z miasta. Ogłoszę dziesięć przykazań.

Przeczytał dziesięć przykazań, dziesięć zakazów:

1. W czasie odpoczynku nie wykonuj zbędnych ruchów.

2. W czasie pracy nie wypowiadaj zbędnych słów.

3. W pracach rolnych rywalizuj o obfitość zbiorów, za nie będą rozdzielane nagrody i kary.

4. Wspieraj innych w eliminowaniu rozwiązłości. Rozwiązłość podlega karze.

5. Pozbądź się książek i przyborów do pisania. Zakaz zbędnej lektury i zbędnego pisania, zakaz niepoprawnych myśli.

6. Nie plotkuj i nie oczerniaj.

Razem było ich dziesięć. Dziesięć zakazów. A dziesiąty brzmiał: Nie uciekaj, przestrzegaj praw i zasad, uciekinierzy otrzymają dyplom. Przed nadejściem nocy zmrok powoli przykrywał ziemię. Budynki w obozie stały w rzędach na rozległym pustkowiu. Przed nimi rozciągał się dziedziniec, na którym rosły wiązy. Na drzewach siedziały ptaki. Bóg powiedział: Niechaj ziemia wyda żywe istoty, w tym wszystkie gatunki zwierząt domowych, owadów, dzikich zwierząt i ptaków. Także wszystkie gatunki domowego ptactwa; podobnie jak wszystkie gatunki owadów.

I Bóg zobaczył, że były dobre, i powiedział: Stwórzmy człowieka na nasze podobieństwo i uczyńmy go panem ryb w morskich wodach, ptaków w przestworzach i zwierząt chodzących po ziemi, a także pełzających i wszelkich owadów, i ptactwa domowego. Bóg powiedział: Patrzcie, daję wam na pożywienie wszystkie rośliny rodzące nasiona i rodzące owoce. Wszystkim zaś chodzącym po ziemi zwierzętom i fruwającym po niebie ptakom, i pełzającym po ziemi żywym istotom daję na pożywienie zieloną trawę. I stało się tak. I Bóg zobaczył, że wszystko, co stworzył, było dobre. Uporządkowane. Wszystkie gatunki. Był ład. Były zasady. Na twarzy Boga pojawił się uśmiech.

Dziecko powiedział:

– Razem jest dziesięć, a dziesiąte brzmi: Nie uciekaj, przestrzegaj praw i zasad, uciekinierzy otrzymają dyplom.

Dziecko wyciągnął białą kartkę z czerwoną obwódką, z flagą, godłem i wielkim napisem „Dyplom” u góry. W miejscu przeznaczonym na treść nie wpisano słów, ale umieszczono zdjęcie złotego naboju.

– Byłem w mieście i wróciłem – powiedział Dziecko. – Naczelnik polecił przekazać, że to dla was. Powiedział, że ten, kto ucieknie, oprócz dyplomu dostanie także prawdziwy pocisk.

I stało się tak.

Dziecko rozdał każdemu po dyplomie i kazał przykleić go nad łóżkiem. Albo wsadzić pod poduszkę i stale o nim pamiętać. Pociemniało i zmierzch był dobry. Kury siadły na grzędach, owce wróciły do zagród, woły odeszły od pługów. Ludzie odłożyli narzędzia.

Wtedy Dziecko powiedział:

– Na koniec jesieni każdy musi obsiać pole. Musi je zaorać i zebrać bogate plony z co najmniej trzech do pięciu mu[1] ziemi. Chłopi z każdego mu zbierają średnio po dwieście jin ziarna pszenicy. Ale wy, ludzie wykształceni, macie uzyskać pięćset jin[2] ziarna z każdego mu. Na górze powiedzieli, że nasze państwo rządzi wszystkim pod niebem, Stany Zjednoczone to para jaj, Anglia, Francja, Niemcy i Włochy to kutasy, jaja i gówna. Za dwa, trzy lata wywrócimy świat do góry nogami, przegonimy Anglię, prześcigniemy Amerykę. Władze powiedziały, macie siać pszenicę i wytapiać stal, każdy z was musi wytopić jeden piec miesięcznie, jako inteligenci nie możecie produkować mniej niż chłopi.

Tak powiedziały władze i tak się stało.

– Nie chcecie orać pól i wytapiać stali? W porządku – powiedział Dziecko. – Chcecie uciec? Też w porządku. W innych obozach nagradzają za to prawdziwą kulą. Zatem jeśli zdecydujecie się uciec, mam tylko jedną prośbę, jeden warunek. Przyniosę gilotynę i jeśli nie chcecie robić w polu, wytapiać stali i nie chcecie kuli, to musicie położyć mnie pod ostrze i przeciąć wpół.

– Pójdę wam na rękę – jeśli mnie przetniecie wpół, możecie odejść. Iść tam, gdzie wam się żywnie podoba.

– To moja jedyna prośba, macie mnie przeciąć i wtedy nie będziecie musieli pracować w polu, ani wytapiać stali, po prostu sobie pójdziecie.

Zapadła noc. I stało się tak. Rozmyła się granica pomiędzy niebem a ziemią w kłębach jesiennego mroku, ciemnozielonego jak skórka arbuza. Wszyscy się rozeszli, niosąc dyplomy na białym papierze z czerwoną obwódką, z flagą, godłem i wielkim napisem „Dyplom” u góry. W miejscu przeznaczonym na treść nie wpisano słów, ale umieszczono zdjęcie pocisku – złotego naboju, niezwykle dużego, wyglądającego jak olbrzymi owoc. Bóg powiedział: Na niebie muszą być świetliste ciała, aby odróżniać dzień od nocy i wyznaczać pory roku, dni i lata; aby rozpraszać niebo i oświetlać ziemię. I stało się tak. Bóg stworzył dwie potężne kule światła, mała rządziła nocą, duża dniem, stworzył również miriady gwiazd i rozmieścił je na nieboskłonie, aby oświetlały ziemię, rządziły nocą i rozdzielały mrok. I Bóg zobaczył, że były dobre. Stał się świat. Powstał wieczór i powstał poranek. Przed nocą pojawiał się zmierzch. Po zmierzchu pojawiała się noc. Z nadejściem nocy cichły dźwięki, ale uderzenia serca ziemi drgały na jej powierzchni. Szept trawy odbijał się echem w niebie. Ćwierkały wróble wracające do gniazd. Przygnębieni ludzie nieśli dyplomy jak kwiaty, które z nadejściem jesieni zaczynają więdnąć zranione nocą.

I stało się tak. Dziecko wrócił do swojego pokoju. Nad ziemią rozciągała się głęboka cisza. Cisza niosła kroki ludzi, tak jak woda unosi dryfujące na niej przedmioty.

2. Niebiańskie Dziecko, s. 19–23

Z rozdartego nieba spadło słońce, na niebie i ziemi zapanował chaos.

Ludzie zaczęli rywalizować o plony, siali pszenicę. Odwracali pługami ziemię. W dziewiątym miesiącu niebo było puste i rozległe, zapach jesieni przenikał bezmiar pustkowia. Słońce świeciło tam, gdzie chciało, nie świeciło tam, gdzie nie chciało. Tak samo wiatr – gdy chciał wiać na drzewa, korony chyliły się i gięły; gdy chciał dmuchać we włosy, dygotały twarze zziębniętych ludzi; a gdy chciał prześlizgnąć się po powierzchni ziemi, trawa i ziemia szeleściły i szeptały. W oddali wznosiły się wyniesione w górę brzegi Żółtej Rzeki. Nie widać było płynącego nurtu, jedynie rozległe tereny pomiędzy nadbrzeżem a Strefą Reedukacji. Nie widać było wsi, tylko tłumy więźniów.

Obozy leżały daleko od siebie i nie utrzymywały ze sobą kontaktów.

Rozproszeni na polach ludzie orali ziemię. Wstawali wcześnie rano i szli orać. Po śniadaniu orali. W południe orali. Obozów było dziewięćdziesiąt dziewięć. Władze powiedziały – niech rozsiani wzdłuż brzegów Żółtej Rzeki ludzie, a także ziemie i uprawy nazywają się Strefa Reedukacji. I tak powstała Strefa Reedukacji. Władze powiedziały – niech każdy tam mieszkający dostanie numer i zostanie poddany reedukacji przez pracę. Niebo zajmie się ziemią, ziemia zajmie się ludźmi. I kazały im pracować w znoju. Przyjechali inni ludzie, którzy wyznaczali zadania. Założyli pierwszy obóz, drugi obóz... aż do dziewięćdziesiątego dziewiątego. Władze powiedziały – i to jest dobre, niech pracują, można ich nagradzać i karać, można ich reedukować. Niech więc pracują dzień i noc, aby się na nowo stworzyli, zreedukowali. Nieważne, skąd przybyli, ze stolicy, z południa, ze stolicy prowincji, czy pochodzili stąd; nieważne kim byli – profesorami, urzędnikami, naukowcami, nauczycielami, malarzami, nieważne jak wykształceni i utalentowani, wszyscy mieli tutaj pracować i tworzyć, reedukować się i zmieniać w nowego człowieka. Przez dwa, trzy lata, może pięć, osiem, a może przez całe życie.

I stało się tak. Tak stała się praca i tak powstała reedukacja.

Około południa zjawił się Dziecko. Ludzie byli rozproszeni jak gwiazdy. Na niebie latały ptaki. Znad Żółtej Rzeki wolno rozchodził się odór zgnilizny. Świeżo zaorane pola lśniły czerwonawą żółcią. Wszędzie unosił się ciepły zapach tysiącletniej gleby, opadał miękko jak jedwab, falował jak mgła w blasku słońca. Zmęczeni ludzie odpoczywali w kucki. Widząc nadchodzącego Dziecko, zerwali się do gorączkowej pracy. Tylko jeden człowiek go przegapił, Dziecko podszedł i stanął przed nim, i wiedząc, że to Pisarz, autor licznych utworów, powiedział:

– Twoje książki to psie łajno.

Przerażony Pisarz skinął głową i zawtórował:

– Moje książki to psie łajno.

– Powtórz trzy razy.

Pisarz powtórzył trzy razy:

– Moje książki to psie łajno.

Dziecko roześmiał się i odszedł.

Pisarz również roześmiał się i wrócił do orki.

Dziecko zobaczył, że pewien profesor w kucki czyta książkę i nie spostrzegł jego nadejścia. Stanął za nim i chrząknął:

– Czytasz sobie?

Uczony zerwał się zaskoczony na równe nogi, obronnym gestem wepchnął książkę za pazuchę i spojrzawszy z lekką urazą, chwycił za łopatę i zaczął kopać.

Po błękitnym niebie sunęły niewielkie obłoki. Przekopywana przez intelektualistów ziemia pachniała nowością i świeżością. Ludzi w dziewięćdziesięciu dziewięciu obozach podzielono na brygady. Pracujący w polu należeli do mas roboczych i pracowali w grupach na wschodnich terenach należących do obozu. Brygady od pierwszej do trzeciej pracowały na rozległych terenach położonych daleko. Pozostałą po zbiorach kukurydzianą słomę zsypano wokół pni drzew rosnących na skraju pól, można się było wcisnąć w kopy badyli w poszukiwaniu ciepła, ale także w innym celu. Wszyscy członkowie trzeciej brygady byli obecni. Wszyscy kopali. Ale po uważnym przeliczeniu widać było, że brakuje jednej osoby. Dziecko zobaczył spojrzenie nadchodzącego człowieka i z rozmysłem podszedł do sterty wokół topoli. Zaczął kopać, raz za razem. Kopał dopóki z kupy słomy nie wyłoniła się głowa z suchymi liśćmi i źdźbłami we włosach.

Na widok Dziecka mężczyzna pobladł.

– Sikałeś? – zapytał Dziecko.

Mężczyzna nic nie powiedział.

– Srałeś czy sikałeś? – ponowił pytanie Dziecko.

Mężczyzna wciąż milczał.

Dziecko odgarnął badyle i zobaczył dziuplę wydrążoną w pniu drzewa. Emanowało z niej światło. Światło z drzewa. Na pniu wisiał naklejony obrazek Maryi Matki Bożej. Dziecko jej nie rozpoznał, ale dostrzegł jej urodę. Obrazek był brudny i stary, ale postać pozostała piękna. Dziecko patrzył z uśmiechem i wetknął sobie do ust łodygę. Nagle przestał się uśmiechać i spoważniał.

– Powtórz trzy razy „jestem zboczeńcem!”.

Mężczyzna nie odezwał się.

– To co w takim razie robiłeś w tej dziurze? Na dodatek z cudzoziemką.

Mężczyzna nie odezwał się.

– Może być dwa razy – ustąpił Dziecko.

Mężczyzna nie odezwał się.

Wszyscy na polu odwrócili się i patrzyli na nich, nie wiedząc, co się dzieje. Po prostu patrzyli, patrzyli przez wieki. Dziecko się zniecierpliwił, zrobił krok naprzód i drążył dalej:

– Naprawdę nie powtórzysz? Jeśli tego nie zrobisz, zerwę ten obrazek, powieszę go na ścianie obozu i ogłoszę, że barłożyłeś się z nią w stercie kukurydzy.

Mężczyzna nie odezwał się.

Dziecko nie miał wyjścia – kopniakiem oczyścił z badyli otwór w pniu, odwrócił się do wszystkich plecami i zaczął rozpinać spodnie, jakby miał zamiar nasikać na obrazek. Wtedy mężczyznę ogarnęła panika, padł na kolana i powiedział:

– Błagam, nie rób tego!

– Powiedz „jestem zboczeńcem!” – wystarczy nawet jeden raz.

Mężczyzna nie odezwał się.

Dziecko ponownie zaczął się przymierzać do sikania.

Mężczyzna zbladł jak ściana i drżącymi wargami powiedział kilka razy z rzędu:

– Jestem zboczeńcem, jestem zboczeńcem...

Kiedy to mówił, błyszczały mu w oczach łzy.

– Bardzo dobrze – stwierdził Dziecko. – Nie można było tak od razu?

I poszedł sobie, najwidoczniej nie mając zamiaru wymierzać mężczyźnie kolejnej kary. Ten jednak zamarł sparaliżowany na ziemi, blady jak chmura na jasnym niebie. Dziecko odszedł junackim krokiem i popatrzył na pracujących w oddali robotników czwartej brygady. Była pośród nich pewna milcząca kobieta, przypominająca urodą postać z podświetlonego obrazka na drzewie. Młoda, cicha i dostojnie piękna. Dziecko chciał ją nazywać siostrą, ale gdy się do niej zbliżył, zauważył, że wcale nie przypomina kobiety z obrazka. Spojrzał ponownie i znów ją przypominała. Zdezorientowany podszedł bliżej. Pochylona, powoli oddalała się, kopiąc ziemię. Gdy stanął przy niej, przypomniał sobie, że dołączyła do dziewięćdziesiątej dziewiątej brygady dopiero przedwczoraj – młoda nauczycielka muzyki ze stolicy prowincji, pianistka. Z pęcherzy na jej rękach wypływały krew z ropą i ściekały po stylisku łopaty. Dziecko wyciągnął chusteczkę i podał kobiecie. Uszyta z szorstkiego białego płótna chusteczka miała wystrzępione brzegi, ale wyglądała na czystą i nową.

Kobieta popatrzyła na niego z wdzięcznością.

3. Niebiańskie Dziecko, s. 39–43

Orali i siali, i każdy obóz przygotowywał się do oszacowania przyszłych zbiorów.

Dziecko nie miał wygórowanych żądań, w niektórych obozach komendanci kazali zgłosić pięćset, sześćset czy siedemset jin ziarna z jednego mu. Były też takie, które obiecały zwierzchnikom osiemset jin. Dziecko chciał, żeby każda brygada z Obozu 99 zobowiązała się do zaledwie pięciuset jin. Każde mu miało przynieść plon pięciuset jin ziarna.

Po wschodzie słońca w Obozie 99 panowała taka cisza, że ludzie słyszeli uderzenia promieni o ziemię. Wezwani na zebranie szefowie brygad siedzieli w milczeniu. Dziecko pytał ich kolejno o zgłaszane cele produkcyjne, ale milczeli jak zaklęci.

– Wiem – stwierdził Dziecko – że z tutejszej ziemi można uzyskać maksymalnie dwieście jin ziarna, ale przecież to nieprawda, bo jeśli chcemy mieć pięćset, musicie najpierw otworzyć usta i to powiedzieć, a potem wrócić na pole i tyle wyprodukować.

Zebranie odbywało się w domu Dziecka; domu, który stał obok głównej bramy i składał się z trzech pomieszczeń: głównego pokoju dziennego, sypialni z boku i komórki. Goście siedzieli w pokoju dziennym na kilku długich ławkach, każdy osobno i ze spuszczoną głową. Pisarz, Uczony i Teolog, a także Pianistka, wyznaczeni na szefów brygad. Siedzieli i milczeli.

– Jeśli nie zgłosicie celu produkcyjnego – powiedział miękko Dziecko – nie pozwolę wam wyjść się umyć.

– Jeśli nie zgłosicie celu produkcyjnego – powiedział głośno Dziecko – nie pozwolę wam wyjść na jedzenie.

– Jeśli nie zgłosicie celu produkcyjnego, odbiorę wam funkcję brygadzisty i zostaniecie tu przez co najmniej pięć lat, a przez sześć nie odwiedzi was żaden krewny – Dziecko wyryczał ostatnią groźbę.

Wtedy wszyscy włączyli się do gry i zgłosili wysokie zbiory.

I stało się tak.

Każdy podał średnio sześćset jin ziarna z mu. Dziecko miał dobre serce, nie zwyzywał ich ani nie uderzył, wystarczyło, że kopnął ławkę i wysokość zbiorów momentalnie wzrosła. Uczony, Teolog i Pianistka wyszli i zdążyli na jedzenie.

Umyli twarze. Zjedli posiłek. I tak stał się świat.

Dziecko zatrzymał Pisarza.

– Zgłosiłeś najniższe zbiory, dlatego zostań, muszę z tobą porozmawiać.

Przerażony Pisarz został na miejscu i gdy patrzył na wychodzących, z zazdrości zzieleniał jak niedawno przekopana ziemia. Po ich wyjściu Dziecko zamknął drzwi. W półmroku, kiedy zostali już tylko we dwóch, Dziecko wyciągnął obrazek Maryi i położył go na stole.

– Kto to? – zapytał. – Teolog w tajemnicy powiesił to na skraju pola, na drzewie obłożonym stertą kukurydzianych badyli.

Potem Dziecko wyciągnął książkę – siedem zeszytów zszytych razem w jeden tom.

– Co to jest? – zapytał. – Kiedy uczyniłem Pianistkę brygadzistką, dała mi taką książkę, jej utwory.

Dziecko wyciągnął jedną kartkę – dyplom z pociskiem, który wcześniej wszystkim rozdał. W pustym miejscu pod złotym nabojem wpisano dwa wersy: „Choćbyś się chował za żelazną bramą, kopczyk ziemi i tak cię przywoła”[3]. Czerwone znaki przykuwały wzrok. Dziecko wskazał je palcem i zapytał:

– Uczony trzymał to pod poduszką, co to znaczy?

Dziecko wyciągnął jeszcze wiele przedmiotów i wręczał je kolejno Pisarzowi, każąc dokładnie je obejrzeć. Na przykład zdjęcie półnagiej kobiety; dziesięć całkowicie zapisanych notesów; rodzaj pióra kulkowego używanego przez cudzoziemców i zapalniczkę – nawet Pisarz nigdy takiej nie widział – która zapalała się od jednego pstryknięcia. Pachniała benzyną, jakby właśnie przejechał samochód. Obejrzeli rzecz po rzeczy, szczegółowo je omówili, na końcu Dziecko wyciągnął butelkę z niebieskim atramentem, pióro ze stalówką i papier i wręczył je Pisarzowi.

– Napiszesz książkę i twoje marzenia się ziszczą. Władze zgodziły się, żebyś napisał książkę o obozie – powiedział Dziecko. – Możesz napisać coś naprawdę niesamowitego. Już wybrano tytuł książki, będzie brzmiał Księga złoczyńców. Powiedziano, że rozdziały mają liczyć po pięćdziesiąt stron i gdy skończysz któryś pisać, masz go przekazać, i wtedy dostaniesz kolejne pięćdziesiąt kartek. A kiedy napiszesz całość, nie tylko będziesz mógł wrócić do stolicy prowincji i do rodziny, lecz także książka zostanie wydrukowana i będzie sprzedawana w całym kraju. Dostaniesz również przydział na zamieszkanie w stolicy i kierownictwo nad ogólnokrajowym związkiem pisarzy.

– Teraz możesz odejść. Z całego Obozu 99 władze tobie ufają najbardziej.

Wychodząc, Pisarz odwrócił głowę i powiedział:

– Zgłosiłem zbyt niskie plony, teraz zgłaszam osiemset jin z jednego mu!

Dziecko uśmiechnął się do niego. Słońce było złote. Nad rozległymi polami kłębiła się mgła. Z dziedzińca obozu rozległ się ostry, przenikliwy dźwięk gwizdka wzywający ludzi, by ruszyli do pracy w polu.

4. Niebiańskie Dziecko, s. 43–48

Gwizd rozcinał niebo. Ale większość ludzi dalej guzdrała się w salach. Nie zarzucali na ramiona narzędzi i nie kierowali się na pola. Siewniki, a każda brygada miała ich po dwa, stały spokojnie pod okapem. Powrózki do ich ciągnięcia leżały na ziemi. Siewna pszenica przydzielona przez władze stała w workach opartych o wejścia.

Piorący dalej prali.

Piszący listy dalej pisali.

A ci, co nie mieli nic do zrobienia, wygrzewali się w kucki na słońcu.

Poszli do Dziecka i powiedzieli, że nikt nie pójdzie w pole, bo kto niby jest w stanie wyprodukować sześćset jin ziarna z jednego mu.

Dziecko popatrzył na Teologa, Uczonego i Pianistkę, którzy przed chwilą wyszli od niego z domu, a teraz znów się pojawili, i cicho wypowiedział jedno słowo:

– Zebranie.

Zwołano więc zebranie.

Wszyscy stłoczyli się na pustej przestrzeni przed domem Dziecka, zgrupowani brygadami.

Dziecko w milczeniu wyciągnął jakiś dokument i kazał, aby ktoś młody go przeczytał, mówiąc:

– Ten, kto przeczyta to na głos, w nagrodę jutro nie pracuje, tylko idzie do miasta wysłać ten list i odebrać pocztę.

Do czytania prędko zgłosiło się dwóch młodych mężczyzn, Dziecko wybrał jednego. Dokument nie był zbyt długi – ogłoszenie, jakie książki można czytać w Strefie Reedukacji. Po odczytaniu Dziecko chwilę pomilczał, a potem głośno zapytał:

– Zrozumieliście? To książki, które możecie czytać. Czytanie innych, spoza listy, jest niewłaściwym i nielegalnym czynem. Wiem dobrze, co teraz czytacie, wiem, że książki są pochowane po salach – Dziecko przechadzał się przed tłumem ludzi. – Niektórzy ukrywają się w ubikacjach i tam czytają reakcyjne książki. Inni budzą się w środku nocy, żeby czytać te reakcyjne, reakcyjne książki. A jeszcze inni czytają i płaczą przy tym w głos.

Dziecko gwałtownie się zatrzymał, wskazał na dwóch chłopaków spierających się o odczytanie dokumentu i powiedział:

– Wy dwaj nie tylko macie jutro wolne i pójdziecie do miasta wysłać list i odebrać przesyłki, ale w przyszłym roku każdy z was dostanie trzy dni na wizytę u rodziny. Teraz mnie słuchajcie. Idźcie do drugiej brygady, przeszukajcie łóżko Uczonego i przynieście książkę, którą trzyma pod poduszką.

Poszli szukać. Znaleźli reakcyjną książkę pod tytułem Siedmiu mędrców dynastii Wei i Jin.

– Idźcie do trzeciej brygady i sprawdźcie pościel Teologa. Poszewka ma suwak, rozsuńcie go i sprawdźcie w środku.

Poszli szukać. W głowie łóżka Teologa leżała idealnie złożona kołdra, w niej był schowany Stary Testament. Książka miała czarną okładkę i każda jej strona nosiła ślady wielokrotnego czytania i odciski po poślinionych palcach.

Dziecko powiedział:

– Idźcie do czwartej brygady i zajrzyjcie pod łóżko Pisarza. Stoją tam trzy drewniane skrzynki. Pełne książek.

Poszli szukać. Znaleźli trzy drewniane skrzynki. Wytargali je, wyrzucili na ziemię ubrania z wierzchu, po czym wyciągnęli książki. Dzikie trawy, Prawo dynastii Tang i Song, a także zagraniczne powieści Ojciec Goriot, Don Kichot, zbiór opowiadań Mériméego, Romeo i Julia Szekspira, David Copperfield Dickensa i wiele innych, między innymi Cierpienia młodego Wertera Goethego. Prawie wszystkie były stare. Wszystkie były zniszczone. Większość wydrukowana w znakach tradycyjnych. Pisarz w swoich powieściach pisał o Chinach, ale sam czytał głównie autorów zagranicznych.

Wyjęli z trzech skrzynek kilkadziesiąt książek, poukładali je w stos, a potem podłożyli pod nie ogień.

Dziecko spojrzał na twarz Pianistki. Zrobiła się biała jak papier. Biała jak śnieg. Biała jak mgła. Stała na samym końcu. Gdy Dziecko wbił w nią wzrok, wszyscy się odwrócili, żeby na nią popatrzeć. Pianistka spuściła głowę, a Dziecko przeniósł spojrzenie na grubego profesora w średnim wieku i powiedział:

– We wniosku napisałeś władzom, że w weekendy nie wracałeś do domu, a zamiast tego chodziłeś oglądać przedstawienia starych sztuk kostiumowych, ponieważ jedynie wtedy stawałeś się produktywny. Ale wszystkie książki schowane pod twoją poduszką to stare zszywane woluminy. Jedna z nich jest wyjątkowo reakcyjna i niemoralna, chodzi o Sen Czerwonego Pawilonu. Słyszałem, że umiesz z niej na pamięć wszystkie wiersze.

Następnie wskazał na chudą kobietę i powiedział:

– Wysłałaś list do najwyższych władz w stolicy. Napisałaś, że wszyscy rządzący są źli. Ale ty nie jesteś zła, w twoich szufladach nie ma książek, tylko dużo zagranicznych cukierków. Co miesiąc rodzina przysyła ci paczkę z ubraniem, a w każdej schowany jest jin cukierków. Codziennie, gdy wstajesz, wychodzisz do pracy, wracasz z niej i przed pójściem spać ukradkiem jesz cukierki. W ciągu dnia co najmniej pięć sztuk. Co daje miesięcznie sto pięćdziesiąt cukierków. Czy wiesz, że większość obywateli naszego kraju do teraz nigdy nie widziała zagranicznego cukierka zawiniętego w papierek?

Dziecko zdawał się dysponować nadnaturalnymi mocami – wiedział wszystko. Gdy mówił, że ktoś ma schowane książki – były we wskazanym miejscu. Gdy mówił, że ktoś ma schowane jakieś rzeczy – były we wskazanym miejscu. Dziecko stał przed tłumem i, mówiąc, bez przerwy kopał książki. Stos rósł coraz wyższy, aż przypominał pagórek, a Dziecko chodził dookoła niego. Słońce zdawało się podążać za nim i padało na stos książek spoza jego pleców. Drobinki kurzu lśniły i wirowały w promieniach światła. Twarze wszystkich były blade ze strachu, oczy lśniły przerażone – patrzyli na Dziecko tak, jakby patrzyli na Boga. Patrzyli na tego Boga. Patrzyli na tamtego Boga. Zgubione pióro przelatującego ptaka spadło z szelestem, Dziecko złapał je, wyrzucił i głośno powiedział:

– Nie będę się powtarzał – wiecie, gdzie macie schowane książki, i ja to wiem, i niebiosa to wiedzą. A teraz wszyscy idźcie, wyciągnijcie te reakcyjne książki, których nie powinniście czytać, i je oddajcie – w ten sposób rozwiążą się wasze problemy.

Wszyscy ruszyli do domów po książki, które zazwyczaj czytali. Większość robiła to chętnie, każdy był poruszony. Pod wpływem spojrzenia Dziecka wahający się tracili wątpliwości i pośpiesznie szli do siebie. Pianistka zaczęła się podnosić, ale Dziecko spojrzał na nią i powiedział:

– Nie masz książek, nie musisz nigdzie iść.

Pianistka usiadła naprzeciwko Dziecka, była pełna wdzięczności.

Wszyscy wrócili do siebie, wszyscy poza Pianistką.

Przynieśli książki jak stare buty. Rzucali po jednej, po kilka na stos. Rósł coraz wyższy. Słońce też wznosiło się coraz wyżej. Stos się powiększał. Słońce też stawało się coraz większe. Zapach zawilgoconego papieru unosił się w powietrzu i mieszał z wonią jesiennych pól.

Stos książek rósł coraz wyżej.

Stos książek rósł coraz wyżej i wyżej, przypominał górski szczyt.

Dziecko wyciągnął kilka tomów – Wezwanie do broni Lu Xuna, Faust, Dzwonnik z Notre-Dame – i je podpalił. Podniósł Fenomenologię ducha i ją podpalił. Wziął Boską komedię i Dziwne opowieści spisane w studio Liaozhai i je podpalił. Spalił tak dużo książek, ale kiedy miał puścić z dymem powieść Balzaka, odrzucił ją z powrotem na stos. Wziął do ręki powieści Tołstoja, ale je również cisnął z powrotem na stos. Dorzucił Zbrodnię i karę i powiedział do dwóch chłopaków:

– Pozostałe zanieście do mojego domu, w zimie przydadzą się na rozpałkę.

Ludzie przenieśli wszystkie książki do komórki.

Z każdego naręcza Dziecko wyciągał jakiś tom i wrzeszczał na całe gardło:

– Czyja to jest? Powiedz, czy sześćset jin ziarna z mu to dużo czy mało dla naszego Obozu 99?

Wziął do ręki kolejną.

– Czy nasz cel produkcyjny jest wysoki?

Podniósł następną i zapytał:

– Jesteś chętny do wyjścia w pole?

Uniósł wysoko książkę w twardej płóciennej oprawie.

– Ta książka jest straszliwie reakcyjna. Powiedz mi, czy jedno mu ziemi może urodzić sześćset jin pszenicy?

Do południa Dziecko obejrzał wszystkie książki ze stosu. Skończył zadawać pytania. Wszyscy zabrali siewniki i pługi i poszli orać pola.

ROZDZIAŁ II

Pradawne rzeczysko, Księga złoczyńców

1. Pradawne rzeczysko, s. 1–2

Zacząłem pisać, jak łódź dryfująca z biegiem rzeki.

Miałem papier, miałem pióro, miałem niebieski atrament. Moje dzieło władze przemyślnie zatytułowały Księgą złoczyńców i zażądały, abym opisał każdy szczegół dotyczący przestępców mieszkających w Obozie 99, uwiecznił każdą chmurę i każdą kroplę deszczu. Marzyłem o napisaniu książki, ale nie takiej. Kiedy brałem od Dziecka pióro, atrament i papier, moje ręce drżały. Przeżyłem już ponad połowę wieku, poza pięcioma powieściami, ponad dwudziestoma nowelami i ponad stoma opowiadaniami wydałem również kilka zbiorów esejów. Moje książki przetłumaczono na angielski, rosyjski, niemiecki, francuski, włoski, a także koreański i wietnamski. Filmy nakręcone na podstawie moich powieści powszechnie znano w kraju i zdobywały nagrody na międzynarodowych konkursach filmowych. Dostojnicy państwowi przed podróżami zagranicznymi często prosili mnie o autografy na egzemplarzach moich najsłynniejszych powieści, które potem w czasie spotkań wręczali prezydentom i przywódcom państw.

Ponieważ cieszyłem się taką sławą, kiedy mój oddział Związku Pisarzy nie zdołał wypełnić kwot, zwołałem seminarium dyskusyjne pisarzy i krytyków literackich całej prowincji. Zebranie zaczęło się o ósmej rano, w południe nie było nadal śladu konkluzji. Wytypowanie reakcjonisty do odbycia reedukacji jest trudniejsze niż zagraniczne wybory na prezydenta. Po trzech dniach obrad i głosowań pisarze i krytycy byli znużeni, a kiedy minęła już godzina po porze obiadowej, wszystkim kiszki grały marsza z głodu, mieli spierzchnięte wargi i wysuszone usta, zaczęli wykrzykiwać moje imię i powiedzieli:

– Jesteś słynnym pisarzem i przewodniczącym Związku Pisarzy, kogo wskażesz, ten będzie reakcjonistą, powiedz tylko nazwisko, a my podniesiemy ręce i zagłosujemy za.

Wiedziałem doskonale, że żyjemy w czasach politycznego zamętu i nie mogę ot tak rzucić nazwiska jakiegoś pisarza czy krytyka.

Rozdałem wszystkim kartki i zaproponowałem głosowanie anonimowe, aby każdy mógł wpisać nazwisko osoby, którą uważa za reakcyjną. Przemyślnie nawet dodałem:

– Jeśli boicie się rozpoznania charakteru pisma, możecie pisać lewą ręką, naśladować cudze pismo albo nawet pisać z zamkniętymi oczami. W każdym razie w taki sposób, aby nikt nie rozpoznał waszego charakteru pisma, zapiszcie nazwisko reakcjonisty na kartkach i mi je oddajcie.

Zastosowaliśmy tę niezwykle demokratyczną metodę głosowania i napisaliśmy na kartkach swój wybór. Okazało się, że moje nazwisko znajdowało się na prawie każdej kartce.

Zostałem wybrany przeważającą liczbą głosów.

Napisałem potem do jednego z przywódców list, w którym wymieniłem moje utwory, osiągnięcia artystyczne i oddanie krajowi, a na końcu wyraziłem nadzieję, że władze w Pekinie będą mogły zainterweniować i usunąć moje nazwisko z listy. Władze zadziałały błyskawicznie i szybko dostałem list z odpowiedzią: „Wasze osiągnięcia literackie są imponujące i dlatego jesteście idealnym kandydatem do pobytu w obozie reedukacji i napisania tam prawdziwie rewolucyjnego dzieła”.

W dniu mojego wyjazdu ze stolicy prowincji przyszli wszyscy koledzy, którzy na mnie zagłosowali, i powiedzieli, że spośród nich byłem jedynym, który dzięki swojej reputacji, osiągnięciom i sławie mógł się obronić, i że zaopiekują się moją rodziną i dziećmi.

2. Pradawne rzeczysko, s. 7–10

Obóz 99 znajdował się na Równinach Centralnych zaledwie czterdzieści kilometrów na południe od Żółtej Rzeki – rzeki matki. Cały obszar pokrywały piaski naniesione przez rzekę nieustannie zmieniającą bieg. Z powodu permanentnych powodzi i jałowej ziemi chłopi wynieśli się stamtąd dawno temu, pozostawiając za sobą chaszcze i nieskończone pustkowie z pojedynczymi osadami i nielicznymi mieszkańcami. Było to idealne miejsce na zsyłki i więzienia. Od czasu panowania dynastii Ming do wyzwolenia i niedługo po nim miejsce kwitło, w szczytowym okresie przebywało tam ponad trzydzieści pięć tysięcy więźniów, od skazanych na karę śmierci po tych z wyrokiem robót. Najważniejszym zadaniem skazańców było umacnianie wałów wzdłuż Żółtej Rzeki, wybieranie mułu ze starorzecza i zakopywanie pod nim piasku leżącego na powierzchni, aby w ten sposób zmienić odłogi w żyzną glebę i odzyskać ziemię orną. Przemiany tysięcy mu nieużytków w tereny zdatne do uprawy dokonano za czasów cesarstwa, po ustanowieniu republiki obszar ten przestał być więzieniem i miejscem egzekucji, zamienił się w kolonię pracy. Skazani na kilka lat robót zajmowali się tam pracą fizyczną – uprawą zbóż i bawełny. Niedługo po ustanowieniu republiki ludowej miejsce to przestało służyć jako kolonia pracy i stało się Strefą Reedukacji.

W Strefie Reedukacji pozostawiono budynki i układ przestrzenny z dawnych więziennych czasów, na bezkresnym starorzeczu Żółtej Rzeki ustanowiono centralę i obozy. Centralę usytuowano w miasteczku, wokół którego rozciągały się strefy mieszkalne i pola zajmujące blisko dziesięć tysięcy mu. Nikt dokładnie nie wiedział, ile ziemi i ilu przestępców ulokowano w Strefie Reedukacji. Niektórzy mówili o osiemnastu tysiącach siedmiuset skazańców, inni o dwudziestu trzech tysiącach trzystu. W każdym razie profesorowie, uczeni, nauczyciele, pisarze oraz ludzie wykształceni stanowili dziewięćdziesiąt procent wśród około dwudziestu tysięcy skazanych. Pozostałe dziesięć procent – urzędnicy i kadry. W naszym Obozie 99 wśród stu dwudziestu siedmiu osób dziewięćdziesiąt pięć procent to byli intelektualiści.

Nasz obóz leżał najdalej od centrali i najbliżej rzeki. Dlatego władze nie bały się, że ktoś ucieknie. Gdyby uciekinier udał się na lewo, na prawo czy przed siebie, przez najbliższych dziesięć czy dwadzieścia li[4] nie spotkałby nikogo poza przestępcami z innego obozu, nawet dzikich zwierząt. I kiedy wyszedłby w końcu z nieużytków i chaszczy na orne pola, i pomyślałby, że dotarł do zwykłej wsi i zwykłych ludzi, w rzeczywistości zobaczyłby uprawy kryminalistów z innej strefy. Tak samo jak ty w trakcie reedukacji. Według zasad obowiązujących w obozach ten, kto doniósł o planach ucieczki towarzysza, dostawał miesiąc pobytu w domu; ten kto złapał uciekiniera – trzy miesiące; a ten kto trzykrotnie złapał uciekiniera, w nagrodę wracał na stałe do domu, do rodzinnego miasta i do starej pracy. Każdy wypatrywał okazji na wydanie planów ucieczki współwięźnia, wyglądał szansy złapania uciekiniera. Oczywiście śmiałkowie mogli także próbować uciekać na północ, przepływając Żółtą Rzekę i docierając do wiosek na jej drugim brzegu. Jednak na tym odcinku rzeka, po przepłynięciu przez prowincje Gansu i Shaanxi i dotarciu do centralnego Henanu, zawsze wylewała w porze deszczowej i niosła ze sobą takie masy błota i piasku, że nikt nawet nie próbował do niej wchodzić. Zimą zaś przy brzegach rzekę co prawda skuwał lód zdolny unieść ciężar człowieka, ale w środkowej jej części, szerokiej na kilkadziesiąt zhang[5], lodowata woda płynęła zbyt szybko, aby zamarznąć. Żółta Rzeka stanowiła naturalną barierę Strefy Reedukacji, tak jak zaminowany pas graniczny oddzielający od siebie państwa. Więźniów w Obozie 99 trzymały w szachu rzeka i ludzie. Czasem zdarzali się uciekinierzy, ale zawsze ich chwytano i odsyłano z powrotem do obozu, gdzie podwajano im wyrok, a ci, którzy ich złapali, w nagrodę dostawali przepustkę. Niektórzy, zwiedzeni niższym poziomem wody późną jesienią i wczesną zimą, próbowali przedostać się przez rzekę wpław, ale tonęli, nie dopływając zbyt daleko, a ich ciała nurt wyrzucał na piaszczysty brzeg dwadzieścia li stamtąd. Raz jednemu więźniowi powiodła się ucieczka, ale gdy dotarł do domu, żona i dzieci, może ze strachu, a może z obudzonej świadomości, przywiozły go z powrotem do obozu. W rezultacie jemu zamieniono reedukację na więzienie, a żona ze zwykłej nauczycielki awansowała na dyrektorkę szkoły i z kierowniczki sekcji na kierowniczkę wydziału.

Od tamtej pory nikt już nie próbował uciec.

Poza tym tak naprawdę życie tutaj było o wiele lepsze niż w więzieniu. Jedliśmy do syta, dostawaliśmy ciepłe ubrania, powietrze było wilgotne i świeże, jak lipcowe brzoskwinie i gruszki, zerwane przed chwilą z drzewa. Co więcej, wielu ludzi spędzało czas głównie na wystawianiu się na słońce zimą i chłodzeniu się wiatrem w lecie, wykonywali jedynie sezonowe prace polne, a pozostały czas spędzali jak na urlopie. Na przykład ja – nie tylko mogę spacerować, oddychać świeżym powietrzem, gawędzić, grać w karty i spać, lecz także pisać powieść. Gdyby tylko wszyscy nie upierali się, że jedno mu nie może urodzić sześćset jin ziarna, praktycznie każdy z nas mógłby nadal czytać to, co by chciał. Myśleć o tym, o czym miałby ochotę.

Wszyscy jednak popełniliśmy przestępstwo – twierdziliśmy kłamliwie, że jedno mu ziemi nie może urodzić sześćset jin ziarna. Przez to nic nie było jak dawniej, ziarenko piasku zamieniło się w głaz, a lekki wietrzyk w gwałtowną burzę.

3. Księga złoczyńców, s. 9(wybrane fragmenty)

Spokojne popołudnie dwudziestego szóstego grudnia wypełniała otwarta tudzież ukryta walka klas pomiędzy kapitalistami i proletariatem. Na pozór wszyscy reedukowali się przez pracę i podążali w wytyczonym kierunku, w rzeczywistości zaś, pod pozorem spokoju, burżuazja przeklinała proletariat i knuła. Odkryłem na przykład, że młoda i urodziwa Pianistka, wychodząc w pole, wsuwała do kieszeni Damę kameliową, wyjątkowo reakcyjną, kapitalistyczną powieść o prostytutce. Pianistka nie tylko nie oddała jej w czasie pozbywania się książek, ale śmiała zabierać ją do pracy i podczas przerwy z oczami pełnymi łez ukradkiem czytała ją w skupieniu. Wpatrywała się w okładkę z ilustracją mocno wymalowanej prostytutki Małgorzaty – przez kilkadziesiąt sekund nie mogła oderwać od niej wzroku! – to pokazuje, jak brudne i zepsute są jej myśli. Małgorzata, chcąc przyciągnąć uwagę mężczyzn, przypinała do piersi czerwoną kamelię i dlatego zawsze unosiła się wokół niej woń tych kwiatów, podobnie jak Pianistka, która zawsze pachnie kremem o zapachu podobnym do zapachu kamelii. Loki Małgorzaty spływały jak wodospad na jej ramiona, rozpuszczone włosy Pianistki codziennie opadają na jej barki jak wodospad. Co to może oznaczać?

Sugeruję, aby zwierzchnictwo zwróciło szczególną uwagę na kapitalistyczne zachowanie i niezdrowe tendencje występujące u Pianistki. Tysiącmilowe wały mogą pęknąć z powodu mrówczych gniazd. Nie możemy dopuścić, aby ten jej przesiąknięty kapitalizmem sentymentalizm wpływał na nasz obóz.

4. Pradawne rzeczysko, s. 17–22

Władze zażądały spisania Księgi złoczyńców, ponieważ chciały poznać wszystkie słowa oraz czyny moich towarzyszy z Obozu 99, których nie mogły ani zobaczyć, ani usłyszeć, a w zamian za to miałem szybko zostać nowym człowiekiem i wrócić do domu. Zapisywałem więc wszystko, co zobaczyłem i usłyszałem, niektóre fragmenty zapisków odkładałem do szuflady, niektóre przekazywałem wyżej. Te ostatnie dotyczyły moich zasług i oddania wobec obozu, pozostawione zaś miały posłużyć jako materiał do powieści, którą miałem nadzieję napisać po przemianie w nowego człowieka. Nie wiedziałem, które były dla mnie ważniejsze, tak samo jak nie wiedziałem, co jest ważniejsze – życie autora czy jego dzieła. W każdym razie mogłem pisać. Mogłem stanąć naprzeciw tych wszystkich przestępców i zanim oni dostali cień szansy na zamoczenie piór w atramencie, ja, dzięki sławie, którą zdobyłem, wydając rewolucyjne powieści, mogłem pisać Księgę złoczyńców przygotowywaną do przekazania władzom. Mogłem również pod tym pretekstem zbierać materiały do innej, nowej powieści. Stałem się najbardziej zaufanym człowiekiem Dziecka, wierzył mi tak, jak wierzy się swoim oczom, uszom i palcom.

Rozpoczęły się siewy.

Nikt już nie wspominał, że to niemożliwe. Żaden wykształciuch nie otwierał swojej cuchnącej gęby i nie mówił kłamliwych, przesadzonych i nienaukowych bzdur. Wszyscy powtarzali:

– Nauka to gówno, jak w nią wdepniesz, to się upaprzesz, najlepiej ją zakopać w polu.

Ziemię podzielono między poszczególne brygady, na jedną osobę przypadło średnio siedem mu, każda brygada dostała ponad dwieście mu glin i piasków. Małe działki liczyły po kilka mu, duże – nawet kilkadziesiąt, pomiędzy nimi znajdowały się stawy, wielkie kałuże, jeziorka, nieużytki i wyschnięte, twarde stawy solne. Z pól wciśniętych pomiędzy błota a chaszcze nie widać było żywej duszy w promieniu dziesięciu czy dwudziestu li.

Aby szybko, w ciągu tygodnia, obsiać wszystkie pola, cztery brygady podzielono na grupy po siedmiu, ośmiu ludzi. Ci, którzy umieli obsługiwać siewnik, szli z tyłu, a reszta ciągnęła powrozy przywiązane do boków maszyny. Dawniej, kiedy z jednego mu uzyskiwano dwieście jin ziarna, na obsianie takiego areału szło pół worka, mniej więcej czterdzieści kilogramów, ale teraz, planując sześćset jin zbiorów, na jedno mu przeznaczono sto pięćdziesiąt jin pszenicy, którą siano znacznie gęściej. O tej porze roku na nizinie skończyły się już upały, ale jeszcze nie zaczęły się jesienne chłody, jedynie znad Żółtej Rzeki wiał błotnisty, słony wiatr, który orzeźwiał twarze, ale nie dosięgał ciał rozgrzanych i spoconych od ciągnięcia siewnika, ludzie wyglądali jakby nie wytarli się po myciu i od razu się ubrali.

Mojej brygadzie przydzielono pola znajdujące się kilka li na południe, po obejściu szerokich na trzy li stawów solnych dochodziło się do trójkątnej, odzyskanej z nieużytków, działki o powierzchni ponad pięćdziesięciu mu. Zaorana ziemia płonęła świeżą czerwienią na tle pobliskich szarobiałych słonych trzęsawisk. Wszyscy siali, ciągnęli sznury, krok za krokiem przemierzali pole od końca do końca, zawracali i znów szli, bez odpoczynku i bez przerwy, jakby wcale się nie przemieszczając, jak stado ptaków zamrożonych w locie na bezkresnym niebie. Pchałem z tyłu chwiejący się siewnik, chłopi powiedzieliby, że znam się na robocie. Taka praca nie była wcale trudniejsza od pisania – wystarczyło wbić się czterema ostrzami głęboko na dwa cun[6] w glebę, następnie obrócić bęben siewnika o trzydzieści stopni, a potem, wykorzystując siłę ciągnących, potrząsnąć uchwytem, aby ziarna wpadły w otwory. Po przejściu siewnika obsiany był jeden zagonek. Nauczyłem się ruchów po dwóch przejściach, po czterech – szło mi doskonale. Patrzenie na ludzi ciągnących przede mną sznury przypominało oglądanie muła z klapkami na oczach ciągnącego koło młyńskie.

– Zmęczeni? – zapytał poganiacz osłów.

– Pewnie. Jeśli zasiane pięćdziesiąt jin ziarna daje dwieście jin plonów, to sto pięćdziesiąt może urodzić sześćset jin – odpowiedzieli.

– Jeśli chce wam się pić, idźcie na skraj pola po wodę – powiedział poganiacz osłów.

– Zabrano nam wszystkie książki, co wieczór gramy w karty.

– Dziecko to dobry człowiek, nie spalił ich.

– Podobno... Podobno kilka dni temu złapali w czasie ucieczki jakiegoś profesora z obozu – zdjęli mu spodnie i wsadzili je na głowę, a potem kazali mu chodzić po polu i liczyć gwiazdy, jakie widział przez nogawkę.

Przez czas, kiedy słońce świeciło na obsiewane pola, aż do chwili, kiedy chowało się na zachodzie, ludzie całkiem opadli z sił jak wymięty skrawek tkaniny czy źdźbło trawy po zimie, zatrzymywali się na chwilę odpoczynku, siadali na środku pola, zdejmowali buty i wysypywali z nich ziemię i rozgniecione na miazgę robaki, które wpadły do środka. Ciągnący powrozy mieli pęcherze na ramionach, przekłuwali je cierniami, wyciskali krew i płyn surowiczy, okrzyki bólu „Ajaj! Ajaj!” dźwięczały żywo między niebem a ziemią.

Młody chłopak, który wyrwał się do pomocy Dziecku przy szukaniu książek, był technikiem z uniwersyteckiego laboratorium. Jego promotor, wyznaczony na reedukację, powiedział, że jest za stary, i poprosił studenta, żeby zgłosił się za niego. Chłopak ze łzami w oczach poszedł do dyrektora, który zapytał:

– Naprawdę jesteś zdecydowany zająć miejsce twojego promotora?

Student kiwnął głową i powiedział:

– Uczeń musi być posłuszny nauczycielowi, tak jak syn ojcu. Nie ma innego sposobu na spłacenie mojego długu.

Dlatego znalazł się w Obozie 99, gdzie przydzielono go do mojej brygady. W przerwach często chodził na siku za kępy kolczastych krzaków na miedzy, do których miał dość daleko. Tym razem gwałtownie się przed nimi zatrzymał.

Szybko ukrył się za krzakiem.

Potem niespodziewanie wyskoczył z zarośli i, dysząc, pędził przez pole jak uciekający jeleń. Zaczął mnie ciągnąć z powrotem w kierunku krzaków, które rosły około ośmiuset metrów dalej.

– O co chodzi? – zapytałem.

– Jest na co popatrzeć!

Jego twarz była czerwona niczym zachodzące słońce. Żeby szybciej biec, zdjął buty i trzymał je w rękach jak modele łódek, a kiedy się potknął i zgubił jeden, rzucił drugim i pędził dalej przed siebie jak trzewik przecinający powietrze.

Pracujący na polu rzucili się za nim jak za uciekającym złodziejem nie wiedząc, co się stało. Nagle Technik zatrzymał się, jakby nagle coś przyszło mu do głowy, wbił we mnie wzrok i zapytał:

– Za zgłoszenie przestępstwa należy się miesiąc przepustki?

Kiwnąłem głową:

– Ktoś uciekł?

– Coś poważniejszego od ucieczki – roześmiał się Technik.

Rozejrzał się i powiedział głośno do wszystkich:

– Ej, ja pierwszy to odkryłem i zgłoszę. Żeby mi się żaden nie podszywał.

Potem ręką pokazał wszystkim, że mają się uciszyć, i zaczął skradać się w stronę zarośli. W końcówce lata i na początku jesieni robinie i wiązy oplecione ciernistymi pędami wyrastały na brzegu rzeki jak kłęby dymu; pierwotnie czarne, ale z powodu blednących i opadających liści ciemna zieleń zrobiła się luźniejsza i jaśniejsza. W powietrzu unosiła się mocna woń roślin i przywiędły żółty zapach nadchodzącej jesieni. Wysokie na człowieka lub dwóch kolczaste krzaki wyglądały jak grupa blisko stojących obok siebie ludzi. Wszyscy szli za Technikiem, przyśpieszali, kiedy on przyśpieszał, zwalniali, kiedy on zwalniał, a gdy doszli do samych zarośli, Technik zatrzymał się i gestami pokazał, że wszyscy mają zdjąć buty. Zrobili to i z butami w ręku szli za nim na bosaka.

Podeszli bliżej.

Skradając się ze zgiętymi plecami jak koty, okrążyli kępę chaszczy wielką jak dom. Ale nie mogli niczego dostrzec poza pustą przestrzenią w środku z przygniecioną trawą i z jednym miejscem, na którym jak na łóżku pozostała odciśnięta sylwetka, a pomiędzy ciernistymi pędami unosił się dziwny zapach. Technik stał przed posłaniem, na twarzy malowało mu się głębokie rozczarowanie i olbrzymi żal. Kopnął ze złością badyle i zaklął:

– Kurwa mać!

Wszyscy profesorowie, wykładowcy i najróżniejsi intelektualiści zawołali za nim:

– Kurwa mać!

A kiedy skierowali wzrok w dal, zobaczyli grupki ludzi z drugiej i trzeciej brygady, którzy siewnikami obsiewali pola i w blasku zachodzącego słońca wyglądali jak chodzące stadka osłów lub wołów.

5. Pradawne rzeczysko, s. 29–32(wybrane fragmenty)

Technik był niespokojny aż do zmroku, jego frustracja – nie zastał w krzakach cudzołożników, których miał przyłapać – była widoczna jak cegła wisząca w powietrzu. Przez całe popołudnie chodził ze spuszczoną, poszarzałą twarzą i z całych sił ciągnął powróz siewnika, który podskakiwał, jakby chciał wyskoczyć z pola.

Następnego dnia przy pracy na tym samym polu regularnie biegał na siku. Gdy zbliżał się do zarośli, zaczynał iść na palcach i wyjątkowo ostrożnie zaglądał do środka z nadzieją, że po raz kolejny zobaczy scenę, którą podejrzał dzień wcześniej. Jednak każda wycieczka, zaczynająca się wielkimi nadziejami, kończyła się smętnym powrotem.

Pewien profesor w średnim wieku zapytał:

– Co ty tam właściwie zobaczyłeś?

Technik nic nie odpowiedział.

– Wydaje ci się, że nie wiem? Nie chodzi o cudzołożną parkę? – ożywił się profesor.

Technik wytrzeszczył oczy i zawołał:

– Zobaczyłem ich pierwszy!

– Gdzie ich zobaczyłeś? Złapałeś ich? Masz jakiś dowód? – roześmiał się zimno profesor. – Ty odkryłeś parę w tych krzakach, a ktoś inny może ją namierzyć w innych.

Po tych słowach zaczął otwarcie iść w kierunku chaszczy na wschodzie, po kilku krokach zatrzymał się i krzyknął na cały głos:

– Chcę ich nakryć i złożyć raport, wtedy będę mógł wrócić do domu na Święto Wiosny!

Nagle wszyscy rozpierzchli się i ruszyli ku zaroślom rozciągającym się po wszystkich stronach, zostawiając za sobą siewniki i ziarno na siew, nikt nie ciągnął sznurów, wszyscy rozeszli się w kierunku krzaków, rowów i uskoków, tak jakby szukali miejsca za potrzebą, podczas gdy ich celem było przyłapanie kochanków. Mieli nadzieję, że właśnie tam natkną się na nagą parę leżącą na ziemi albo splecioną w uścisku. I ten kto, tak jak marzyło się Technikowi, znienacka znalazłby się przed tą parą, zaskoczony głośno krzyknąłby:

– Niech mnie! Przyjechaliśmy tu na reedukację, a wy się łajdaczycie i kurwicie!

Potem kazałby im się ubrać i iść ze sobą. Drżących i ze strachu bladych jak śmierć zaprowadziłby do Dziecka.

W ten sposób zaskarbiłby sobie przychylność Dziecka.

W nagrodę kilka dni przed Świętem Wiosny dostałby przepustkę i spędziłby święta z żoną.

Wszyscy rozchodzili się i wałęsali po krzakach i dołach, dochodząc nawet do obrzeży pozostałych brygad. Wracali po długim czasie, kiedy słońce stało już wysoko na niebie, kolejno schodzili się ze wszystkich stron i przy spotkaniu nikt nie pytał, co udało się zobaczyć czy znaleźć, jedynie chichotali zawiedzeni i rozczarowani.

Jeden profesor, chcąc powiedzieć cokolwiek, zapytał:

– Załatwiliście się?

– Mam biegunkę – z nerwowym śmiechem odpowiedział drugi.

– Dzisiaj za dużo wypiłem, ciągle chce mi się sikać – dodał kolejny.

Potem w milczeniu wracali do ciągnięcia sznurów i pchania siewnika, nie migali się od roboty, nie rozpraszali, nie rozglądali na wszystkie strony.

Trwało to sześć dni, nikt ostatecznie nie przyłapał pary nierządników, ale nasze ponad dwieście mu ziemi zostało zaorane i obsiane szybciej niż pola pozostałych brygad. Na końcu wszyscy byli zmęczeni jak błoto zastygłe na ziemi i po powrocie do obozu padli do łóżek. Czułem się tak samo – od trzymania i naciskania rączek siewnika, który bez przerwy podskakiwał i drgał, miałem ramiona zdrętwiałe jak dwie gałęzie. Kiedy je szczypałem, nic nie czułem, jakbym szczypał nogę świni albo łapę psa. Właśnie w takiej chwili, kiedy spałem jak zabity, Technik obudził mnie potrząsaniem, pochylił się i gorączkowo wyszeptał mi do ucha:

– Szybko, wstawaj! Pięć kobiet z czwartej brygady nie wróciło z pola.

Wystraszony usiadłem na łóżku i w świetle księżyca wpadającego przez okno założyłem buty, wyszedłem za nim i stanęliśmy w cieniu drzewa przed wejściem. Technik opowiedział mi, że podczas każdego posiłku w stołówce, kiedy po zejściu z pól wszystkie brygady jadły równocześnie, obserwował, kto je wspólnie i kto traktuje się nadzwyczaj serdecznie. Powiedział, że namierzył co najmniej dziesięć par, które nie siadały przy stole, ale jadły razem w kucki, zauważył również, że mężczyźni oddawali kobietom część potraw, a kobiety wkładały do ich misek bułki mantou, których nie dojadły albo które szkoda im było zjeść. Dodał jeszcze, że chcąc potwierdzić relacje damsko-męskie wykraczające poza zwykłą serdeczność, wieczorem po kolacji schował się za załomem muru przed damskim barakiem i obserwował, które kobiety nie wróciły do siebie, a które wróciły, ale chwilę potem znów wyszły.

– Razem pięć – powiedział cichym głosem Technik – a jest połowa nocy, z dwudziestu siedmiu kobiet w naszym obozie w swoich łóżkach leżą tylko dwadzieścia dwie.

Noc była ciemna niczym dno studni. Księżyc nad naszymi głowami błyszczał zimno i blado, jakby zamarzł na niebie. Z pokojów dochodziły odgłosy chrapania wyczerpanych ludzi – plaskały jak gliniaste błoto, pokrywające polną drogę po deszczu. W ciemnościach wpatrywałem się w twarz Technika, jakbym obserwował nieukończony obraz o rozmytych konturach.

– Czemu nie poszedłeś ich łapać sam?

– Gdybym nakrył ich sam w środku nocy, to mogliby się wypierać, że nie było żadnego cudzołożenia i że ich wrabiam, a ty możesz być moim świadkiem.

Zastanowiłem się przez chwilę:

– Ale kto w takim razie to zaraportuje?

– Już to przemyślałem – powiedział Technik. – Jeśli złapiemy jedną parę, zgłosimy ją razem, jeśli dwie – każdy po jednej. Gdy złapiemy trzy, podzielimy się zasługą – mnie przypadnie sześćdziesiąt procent, tobie czterdzieści, bo w końcu ja się nad tym napracowałem.

Miał rację. Przestałem się wahać i po chwili zastanowienia poszedłem z nim w stronę bramy wjazdowej. Po drodze zobaczyliśmy zapalone światło w domu Dziecka, skąd dochodziły odgłosy podobne do piłowania drewna, jakby Dziecko nad czymś pracował. Rzecz jasna nie chcieliśmy go wystraszyć, więc na palcach prześlizgnęliśmy się koło drzwi i schyleni przeszliśmy pod oknami.

Przy podnóżu wschodniej części muru otaczającej Strefę Reedukacji dostrzegliśmy parę ukrywającą się w cieniu, podeszliśmy cichutko i włączyliśmy latarkę – okazało się, że to dwóch mężczyzn z naszej brygady, którzy tak jak my zaczaili się na zbereźników. Poszliśmy na drugą stronę muru i znów dostrzegliśmy ruszający się cień człowieka, w świetle latarki zobaczyliśmy leżącego na ziemi mężczyznę z trzeciej brygady, zapytaliśmy go, co tutaj robi, i odpowiedział, że słyszał o parach kochanków i chciał się zasłużyć, przyłapując ich na gorącym uczynku. We trzech ruszyliśmy w stronę małego zagajnika, ale zanim do niego doszliśmy, równocześnie oświetliły nas cztery latarki i w snopach światła jęknęliśmy jednym głosem:

– Kolejni!

Tamtej nocy, kiedy księżyc zaszedł, a gwiazdy zaczęły blednąć, wszyscy wymarzli i uznali, że trzeba wracać, skoro zaraz się rozjaśni. Wracali do obozu z pustymi rękami i zdali sobie sprawę, że na poszukiwania cudzołożników wybrało się ponad sześćdziesięciu mężczyzn, więcej niż połowa męskiego składu obozu, najstarszy z nich liczył sześćdziesiąt dwa lata, najmłodszy dwadzieścia kilka; gdy szli gęsiego, wyglądali jak smok wijący się po nocnych pustkowiach.