Człowiek yakuzy. Sekrety japońskiego półświatka - Jake Adelstein - ebook

Człowiek yakuzy. Sekrety japońskiego półświatka ebook

Jake Adelstein

0,0
39,44 zł

lub
Opis

Wzlot i upadek współczesnej japońskiej mafii.

Gdy dziennikarz Jake Adelstein naraził się prominentnemu członkowi yakuzy, ochrony mógł szukać tylko u człowieka z półświatka. Z pomocą przyszedł mu Makoto Saigō, były boss w mafijnej rodzinie Inagawa-kai. Postawił tylko jeden warunek – dziennikarz spisze jego biografię.

Historia życia Saigō jest jednocześnie opowieścią o zwyczajach i tradycji yakuzy, niesławnej organizacji, która przez lata budziła wśród Japończyków jednocześnie strach i podziw. Kulisy przestępczych praktyk regulowanych przez dwuznaczny kodeks honorowy ninkyōdō i nieformalne powiązania mafiosów ze stróżami prawa, politykami i biznesmenami. Losy brutalnych konfliktów pomiędzy rodzinami walczącymi o strefy wpływów i sylwetki najważniejszych bossów pociągających za sznurki całej yakuzy. To elementy, z których składa się kryminalna historia Japonii ostatnich dziesięcioleci, którą przybliża nam bezpośrednia relacja Saigō.

Człowiek yakuzy to historia niedoszłej gwiazdy rocka, Makoto Saigō, który został odrzucony… i stał się yakuzą. Majstersztyk dziennikarstwa napisany tuszem do tatuaży, krwią odciętych palców, który pochłonie cię, drogi czytelniku, bez reszty.
Artur Kawa, Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!

Jake Adelstein umiejętnie maluje jednocześnie dwa obrazy: portret jednego z szefów japońskiej mafii oraz szkic niezwykłej historii tej przestępczej organizacji. Niczym na rozległym tatuażu yakuzy łączy je w jedną całość – mroczną, ale pełną wyrazistych barw i bardzo wielu odcieni szarości opowieść, która pozwala zajrzeć za szczelnie zamknięte na co dzień drzwi.
Anna Bielak, redaktor naczelna portalu Japonia-Online

Jake Adelstein – amerykański dziennikarz, większość swojego życia zawodowego spędził w Japonii. Najczęściej porusza tematykę świata przestępczego, a od ponad 20 lat zajmuje się yakuzą. Autor książek na temat japońskiej mafii, po publikacji których grożono mu śmiercią. Główny bohater książki Człowiek yakuzy, Makoto Saigō, pracował dla niego w charakterze ochroniarza i kierowcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 506

Popularność




Seria: MUNDUS. Fenomeny

Projekt okładki Agnieszka Winciorek

Fotografia na okładce: iStock

Tytuł oryginału: The Last Yakuza: A Life in the Japanese Underworld

Copyright © 2018 Joshua Adelstein

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2018 All rights reserved

Wydawca dziękuje pani Alinie Stożek za weryfikację słownictwa japońskiego.

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-4501-5

ISBN 978-83-8179-515-9 (e-book)

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663-23-80, 12 fax 12 663-23-83

Dystrybucja: tel. 12 631-01-97, tel./fax 12 631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.pl

Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Spis treści

Od autora 7

Prolog. Lipiec 2008 11

1 Yakuzaz amerykańskim rodowodem 17

2 Szaleńcza jazda drogą bez powrotu 26

3 1982–1984: Gimme Shelter 38

4 Giri (義理) 53

5 Shinogi (凌ぎ) 63

6 1987–1990: Świńskie koryto 69

7 1990: Powrót do shaby 81

8 Tatuaże maskują strach 89

9 1991–1992: Jak zarobić 50 milionów jenów za pomocą garści monet i paru kociaków 98

10 Profesor: Susumu Ishii 108

11 1990–1992: Chłopcy, byliście bardzo niegrzeczni. Pierwsze ustawy dotyczące zwalczania przestępczości zorganizowanej 128

12 Pułapka w biurze podróży 140

13 1994: Możesz na mnie liczyć 148

14 1994: Wożąc pana Baseballa. Jak być yakuzą 155

15 1994: Mniej niż żebrak, więcej niż złodziej – Trener 163

16 1995: Biały mercedes armagedonu 168

17 1996: Powroty do nałogu i reguły gry 176

18 1998: Koronacja 180

19 1998: Sen o lodach 185

20 2001: Śmierć na pogrzebie 191

21 2002: Odpowiednie powitanie 206

22 2003: Pływanie z rekinami 214

23 „Kiedyś byliśmy hazardzistami…” 220

24 Jeden gang, by wszystkimi rządzić 225

25 2005: Kwestie podatkowe 236

26 2005: Problem rozwiązany małym palcem 244

27 2006: Facet od lodówki i uczciwy yakuza 258

28 2007: Efekt domina 266

29 2007: Żegnaj i zjeżdżaj 275

30 2008: Nawiedzone domy, przytulne gniazdka. Listopad 2008 roku 282

31 Hotel Gokudō 287

32 Kiedy wszystko naraz się wali 296

Epilog 303

Posłowie 305

Od autora

Książka ta powstała na podstawie biografii kilku bossów yakuzy i opowiadao dziejach przestępczości zorganizowanej w Japoniiw ostatnim stuleciu, starając się pokazać, dlaczego yakuza osiągnęła swoją obecną pozycję, dlaczego ją tolerowano, jakie były jej początki oraz jak się zmieniała z biegiem czasu. Wiele osób zaangażowanych bezpośrednio i pośrednio w powstanie tej książki, w tym prawnicy, członkowie yakuzy, policjanci, prokuratorzy i dziennikarze, udzielało mi drobiazgowych informacji na temat swego życia, wykraczając daleko poza ramy obowiązków, a niekiedy nawet działając wbrew własnemu interesowi. Ludzie ci opowiadali mi ze szczegółami o sobie, o swojej organizacji, o swoich znajomych i przyjaciołach. Rozmawiali ze mną na temat przestępstw, które były przedmiotem ich śledztwa lub które sami popełnili, o tym, czegow życiu żałują, i udostępniali mi poufne informacje na temat swojej pracy, a niektórzy przekazywali mi nawet prywatne nagrania wideo, fotografie, listy, dokumenty, faksy, hamonjō oraz e-maile. Decydując się na ten krok, podejmowali niewiarygodne ryzyko. Wielu z nich naruszyło kodeksy swoich organizacji, które nie zezwalają członkom na kontaktowanie się z prasą, a niektórzy, rozmawiając ze mną, być może złamali prawo. Gdyby wyszło na jaw to, że ze mną współpracowali i jakie informacje ujawnili, mogłaby im grozić utrata nie tylko pracy, lecz także wolności, a nawet życia.

W 2010 roku w Japonii uchylono zasadę przedawnienia wszelkich przestępstw zagrożonych karą śmierci oraz wydłużono do 25 lat okres, po którym następuje przedawnienie innych poważnych przestępstw. Przepisy ustawy o służbie cywilnej są w tym kraju niezwykle surowe i ujawnienie informacji może stać się przedmiotem postępowania karnego. Na mocy ustawy o tajemnicy państwowej, która weszła w życie 10 grudnia 2014 roku, za ujawnienie informacji grozi nawet do 10 lat więzienia. Ogólnikowy charakter tych ustaw umożliwia również teoretycznie skazanie dziennikarza na karę do pięciu lat więzienia za „nakłanianie do ujawnienia informacji”.

Kiedy przystępowałem do pracy nad książką, nic jeszcze nie zapowiadało wejścia w życie zmianw zasadach przedawnienia ani ustawy o tajemnicy państwowej.

W idealnej sytuacji używałbym jedynie prawdziwych imion i nazwisk, i nie musiałbym wprowadzać zmian w opisach ani w chronologii; mając jednak na uwadze ryzyko, jakie ponoszą moi informatorzy, zrobiłem co w mojej mocy, aby ich ochronić.

W zamian za współpracę większość z nich prosiła tylko o jedno – żebym za ich życia nie podawał ich prawdziwych imion ani nazwisk oraz nie ujawniał szczegółów, które umożliwiłyby organom ścigania rozpoczęcie śledztwa. Osoby, które początkowo rozmawiały ze mną jawnie i zgodziły się na ujawnienie swoich prawdziwych nazwisk, później wycofały zgodę, twierdząc, że pragną zachować anonimowość. W konsekwencji większość imion i nazwiskw tej książce została zmieniona. Aby chronić niewinnych – oraz nie do końca niewinnych – zmieniłem także lub pominąłem wiele szczegółów z ich życia osobistego, które mogłyby pomóc w ustaleniu ich tożsamości. Zdecydowałem się też wprowadzić pewne zmiany w opisie przebiegu lub porządku chronologicznym kilku wydarzeń, aby utrudnić ich rozpoznanie uczestniczącym w nich osobom. Nie uczyniłem tego w celu „podkręcenia” tempa narracji, lecz po to, aby zapewnić bezpieczeństwo wszystkim zainteresowanym, łącznie ze mną.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie chce mieć do czynienia z wściekłymi członkami yakuzy albo wkurzonymi gliniarzami.

Typowa strategia yakuzy polega na prowokowaniu konfrontacji i późniejszym żądaniu rekompensaty. Jest to jedna z jej głównych metod pozyskiwania pieniędzy. W języku japońskim nosi ona nazwę inneno tsukeru. Zarówno ustawao zwalczaniu przestępczości zorganizowanej, która weszła w życie 1 października 2011 roku, jak i wcześniejsze przepisyo przeciwdziałaniu przestępczości zorganizowanejz 1992 roku zakazują podobnych praktyk. W tym przypadku jednak prawo jest tylko martwą literą. Zadawanie się z obecnymii byłymi członkami yakuzy zawsze przypomina spacer po polu minowym po wychyleniu zbyt wielu czarek sake.

Mimo to, dysponując wiedzą i materiałami, które zgromadziłem zajmując się przez ponad dwadzieścia lat tematyką przestępczości zorganizowanej w Japonii jako dziennikarz, postanowiłem podjąć to ryzyko, ponieważ uważam, że ludzie powinni poznać dzieje yakuzy oraz dowiedzieć się, jak negatywny wpływ, nawet dziś, wywiera na społeczeństwo. Członkowie yakuzy, którzy kierują się elementarnym kodeksem etycznym, na tle całej reszty świata przestępczego są ludźmi „godnymi podziwu”. Pozostała ich jednak ledwie garstka. Istnienie yakuzy będzie tolerowane co najmniej do olimpiady w 2020 roku. W tym roku zdecydowano o odroczeniu głosowania nad projektem ustawy o zmowie przestępczej, która zapewne nie ma szans wejść w życie, dopóki najważniejsze grupy yakuzy dysponują kapitałem politycznym, a kilku polityków siedzi u nichw kieszeni.

Jeżeli od Inagawa-kai, a dokładniej od Yokosuka-ikka, można się w ogóle czegoś nauczyć, to jedynie następujących reguł: Każda obietnica ma znaczenie. Dobrze jest posiadać kodeks. Bądź przygotowany na to, że zostaniesz zdradzony, ale sam nie bądź zdrajcą.

Istnieje jeszcze jedna regułą, która odnosi się do stróżów prawa. Są to słowa słynnego byłego prokuratora Toshirō Igariego, który podporządkował całe swoje życie walce z yakuzą oraz przyczynił się do ustanowienia ram prawnych, które umożliwiły przetrzebienie jej szeregów:

„W życiu napotykamy tylko takie przejawy niesprawiedliwości, które mamy za zadanie naprawić”.

Książkę tę dedykuję jemu oraz Takahiko Inouemu, jednemu z bossów yakuzyi buddyjskiemu duchownemu, który robił, co w jego mocy, aby przekonać członków yakuzy w swoim otoczeniu, że istnieje jedno prawo, którego nie da się nagiąć: prawo karmy. Miejmy nadzieję, że to prawda.

Jake AdelsteinJaponia, 3 maja 2015

Prolog

lipiec 2008

W pokoju było nas trzech. Ja, Makoto Saigō i towarzyszący mu Tomohiko Suzuki.

Saigō to były yakuza, który kierował niegdyś 150 żołnierzami jako boss jednej z grup wchodzących w skład Inagawa-kai, trzeciej największej organizacji mafijnej w Japonii.

Tomohiko Suzuki zaś był jednym z najlepszych pisarzy zajmujących się tematyką yakuzy i byłym redaktorem naczelnym czasopisma fanów yakuzy „Jitsuwa Bull”. Suzuki z wyglądu przypominał członka yakuzy zdecydowanie bardziej niż ludzie, o których pisał. Siedział na podłodze; Saigō zajął miejsce na sofie obitej czerwoną sztuczną skórą, ja zaś usiadłem na fotelu stojącym vis à vis. Dzielił nas mały, okrągły stolik, chabu-dai, idealny do ceremonii parzenia herbaty i całkiem niezły jako stolik kawowy albo miejsce na popielniczkę.

Siedzieliśmy w milczeniu. Czułem się tak, jakby ktoś przyciszył dźwięk na całym świecie. Było chłodno jak na lipiec. Od rana padał deszcz i wiał silny wiatr. Słyszałem grzechot amado (żaluzji przeciwdeszczowych) i dźwięk kropel wody rozpryskujących się na szybie. W tej ciszy przerywanej tylko werblem deszczu rozmyślałem o okolicznościach, które nas tu przywiodły.

Byłem w dość trudnej sytuacji. Udało mi się bowiem nieźle wkurzyć jednego z najbardziej bezwzględnych bossów japońskiego świata przestępczego, Tadamasę Gotō, consigliere Yamaguchi-gumi. Yamaguchi-gumi to największa organizacja mafijna w Japonii, zrzeszająca 39 tysięcy członków. O tym, jak go wkurzyłem, napisałem już gdzie indziej*. Zresztą to długa historia, nie będę się więc nad nią rozwodził. Powiedzmy jedynie, że dokopawszy się do pewnych brudów w biografii wspomnianego osobnika, znalazłem dowody na to, że wszedł on w układ ze służbami federalnymi USA, z czego czerpał osobiste korzyści, działając równocześnie na szkodę własnej organizacji.

Chwilowo mogłem liczyć na ochronę tokijskiej Policji Metropolitalnej, wyjąwszy jednego skorumpowanego gliniarza, który pracował dla Gotō. Zawarłem też cichy sojusz z jednym z członków Yamaguchi-gumi. Mimo to nie czułem się zbyt pewnie. Miałem jednak asa w rękawie – musiałem tylko utrzymać się przy życiu wystarczająco długo, aby móc go wykorzystać.

Zamierzałem napisać artykuł, który sprawi, że Gotō się ode mnie odczepi. Kiedy tekst zostanie opublikowany, nie będę już tak łatwym celem.

Siedziałem w Japonii już dwa miesiące, próbując znaleźć sposób na opublikowanie mojego artykułu. Nie chciałem, żeby bandzior ruszył moim śladem do Stanów Zjednoczonych i wykorzystując swoje koneksje, wykończył mnie, a być może również moją żonę i dwoje dzieci.

Szczerze mówiąc, po cichu liczyłem na to, że jeśli uda mi się doprowadzić do wydrukowania artykułu, ludzie Gotō sami go wykończą. Takie założenie wydawało się całkiem logiczne. Nikt nie lubi mieć kreta we własnych szeregach, a zwłaszcza yakuza. Z tym że w Japonii zamiast „kret” mówi się „pies”. Tak czy owak, yakuza nie miała zwyczaju tolerować współpracy któregoś ze swoich ze stróżami prawa.

Skontaktowałem się z Suzukim, ponieważ tylko on mógł mi pomóc w doprowadzeniu do wydrukowania mojej historii ze wszystkimi szczegółami. Potrzebowałem go też, żeby skontaktować się z Saigō, którego obaj znaliśmy. Wiedziałem, że w ostatnich latach nie wiodło mu się najlepiej. Wiedziałem, że odszedł albo został wyrzucony z yakuzy. Nie wiedziałem natomiast, co się dokładnie stało. Nie wiedziałem też, że szuka pracy oraz że ma na utrzymaniu rocznego synka. Potrzebowałem ochroniarza i chciałem skorzystać z jego usług.

Zanim jednak poprosiłem Saigō, żeby pracował dla mnie, czy też raczej ze mną, chciałem być absolutnie pewien, że mogę mu zaufać. Znałem go dość luźno od wielu lat. Nosił przydomek Tsunami – „Tajfun”. Nazywano go tak, ponieważ był nieposkromiony jak żywioł, bezwzględny, brutalny i nikt nie potrafił przewidzieć, kiedy się pojawi, żeby siać zniszczenie. W świecie przestępczym jednak nigdy nie zna się kogoś do końca. Tak to już jest.

Skontaktowałem się z jedynym członkiem przestępczego podziemia, którego darzyłem pewnym zaufaniem. Dotarcie do niego nie było łatwe. Musiałem się udać do najbliższej budki telefonicznej i zadzwonić do jednej z jego firm-przykrywek, zostawić dla niego wiadomość, a potem czekać aż oddzwoni. On również skorzystał z automatu telefonicznego, o czym poinformowała mnie moja komórka dzięki cudom japońskiej technologii.

Oddzwonił jeszcze tego samego dnia, tuż przed północą.

Wyjaśniłem mu, o co chodzi i podałem nazwisko.

– Ach, Saigō. Dobrze go znałem. Jest kyōdai (bratem krwi) jednego z naszych, chociaż nie z mojej frakcji. Jego oyabun to człowiek gwałtownego usposobienia. Podobnie jak on…

Właśnie to chciałem usłyszeć.

Mój „doradca” udzielił mi jednak przestrogi:

– On jest niezwykle uparty. Nie słucha głosu rozsądku, a kiedy uzna, że ma rację, przestaje nad sobą panować i roznosi wszystko na swojej drodze jak buldożer.

I bardzo dobrze. Jeżeli Saigō faktycznie był wcielonym huraganem, ja stawałem się kimś w rodzaju kieszonkowego Raijina, japońskiego bóstwa grzmotów i błyskawic. To znacznie lepsze niż czuć się jak japońska mandarynka złożona na buddyjskim ołtarzu jako ofiara dla zmarłych.

Saigō zjawił się u mnie w towarzystwie Suzukiego, ubrany w czarny garnitur, który pamiętał lepsze czasy; jeśli się dobrze orientowałem, był to garnitur na pogrzeb. Mój gość był ogromny, jak na Japończyka, miał włosy zaczesane do tyłu, a spod mankietów jego niegdyś śnieżnobiałej koszuli wystawały tatuaże. Miał tak głęboko osadzone oczy, jakby ktoś wepchnął jego oczodoły w głąb twarzy, ale mimo że dobiegał pięćdziesiątki, wciąż jeszcze emanował zwierzęcą siłą.

Poprosiłem Saigō, żeby mnie chronił i wyjąłem z torby brudnopis artykułu, ignorując Suzukiego, który dawał mi rozpaczliwe znaki, żebym go natychmiast schował. Saigō czytał niespiesznie, słowo po słowie, wodząc palcem od znaku do znaku, jakby tekst został napisany alfabetem Braille’a.

Wąż podąża ścieżką węża. Ja no michi wa hebi.

To jedno z moich ulubionych japońskich przysłów. Odpowiada mniej więcej naszemu „ogień zwalczaj ogniem”. Uznałem, że najlepszym sposobem na uporanie się z całym tym problemem z Gotō-gumi będzie skaptowanie innego, choćby nawet byłego yakuzy z którejś z rywalizujących z nimi grup. Nie mogło mi to bardziej zaszkodzić, a w sprzyjających okolicznościach potrafiło nawet pomóc.

Pytanie zasadnicze brzmiało, czy Saigō przyjmie moją ofertę.

Odłożył brudnopis i spojrzał mi w oczy.

– Myślę, że masz poważny problem. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. Wkurzyłeś Tadamasę Gotō. Coś ci powiem, znam Gotō. Ten gość nie jest jak inni yakuza.

– A czym się od nich różni? – spytałem.

– To dupek; arogancki, dwulicowy palant. Kiedyś był jednym z nas, członkiem Inagawa-kai, ale zwiał do Yamaguchi-gumi. Wiem, co to za jeden. – Saigō wyjął swoją komórkę i przewinął listę kontaktów. Wśród nich widniało nazwisko Tadamasy Gotō i jego numer.

Gotō zabijał lub zlecał zabójstwa – zwykłych ludzi, cywilów – bez mrugnięcia okiem.

– Yakuza nie powinni działać w ten sposób – stwierdził Saigō. – Katagi ni meiwaku o kakenai. Tak kiedyś brzmiała nasza żelazna reguła: nie przysparzać kłopotów zwykłym ludziom.

Gotō osiągnął swoją obecną pozycję i zgromadził fortunę dlatego, że nigdy nie przywiązywał do niej wagi. Może właśnie tacy jak on byli przyszłością yakuzy? W dzisiejszych czasach wszystko sprowadza się do pieniędzy.

– Jake-san, ile wart jest dla pana ten artykuł? Pytam, bo jest całkiem możliwe, że zanim pan go opublikuje, a nawet później, zginę próbując pana chronić, a potem Gotō każe pana zabić.

Myślałem o tym, żeby wyjechać w diabły z Japonii, ale wówczas już zawsze oglądałbym się za siebie. Chodziło też jednak o coś więcej. Mój artykuł nie był już jedną z wielu historii. Sprawa nabrała dla mnie osobistego znaczenia. Może była to moja vendetta. Wzdragałem się przed tego rodzaju melodramatycznymi sformułowaniami, ale nie potrafiłem lepiej wyrazić tego, co miałem do powiedzenia.

– Jestem gotów oddać za niego życie.

– Cóż – powiedział Saigō z namysłem – w takim razie ja również.

W ten sposób zgodził się zostać moim osobistym ochroniarzem. Był skłonny narażać dla mnie życie, ale chciał wiedzieć, co ja jestem skłonny zrobić dla niego. To, co mogłem mu zaoferować w zamian, nie miało większego znaczenia. Podjął już decyzję. Jego pytanie było w gruncie rzeczy czystą formalnością.

– Czego ode mnie oczekujesz? – spytałem.

– Pozwól, że się przez chwilę zastanowię – odparł niemal szeptem.

Zapalił papierosa, krótkiego hope’a, zaciągnął się i przymknął oczy, głęboko zamyślony. W jego wielkiej jak bochen dłoni papieros wyglądał jak zapałka. Trzymał go w taki sposób, że trudno było zauważyć, iż brakuje mu dwóch paliczków małego palca.

Właściwie „brakuje” to nie najwłaściwsze słowo. Obciął je sobie sam zgodnie z tradycją yakuzy, w charakterze swego rodzaju pokuty za uchybienia. Nie wiedziałem, dlaczego to zrobił i z całą pewnością nie zamierzałem o to pytać. Nie dziś.

Siedział na kanapie sztywno wyprostowany. Przyjrzałem się dokładniej jego twarzy. Miał włosy ostrzyżone na jeża i brodę przetykaną siwizną. Nie tylko jego oczodoły, ale także policzki były zapadnięte, a blada skóra miała niezdrowy, szarawy odcień. Wyglądał jak zombie. Pomyślałem, że to całkiem nieźle. Nie da się przecież zabić zombie; one wstają i idą dalej. Uznałem, że jest idealnym ochroniarzem.

– Kiedy będzie po wszystkim, napiszesz moją biografię. Jestem dumny z tego, że jestem yakuzą i chcę, żeby mój syn dowiedział się, kim byłem i czego dokonałem. Nie wydaje mi się, że będę żyć wystarczająco długo, żeby zobaczyć, jak dorasta.

Zawahałem się. Potrzebowałem go jako goryla, ale nie miałem ochoty zostać fanem yakuzy. Nie zasługiwała na to.

– Nie zamierzam gloryfikować yakuzy – stwierdziłem. – Jeżeli mam pisać, napiszę o wszystkim.

Jego odpowiedź mnie zaskoczyła:

– Niczego innego nie oczekuję.

W ten sposób nasze losy się połączyły, ale prawdziwe powody, dla których Saigō przyjął tę pracę, poznałem znacznie później.

** J. Adelstein, Zemsta yakuzy. Mroczne kulisy japońskiego półświatka, tłum. J. Żuławnik, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2014.

1

Yakuza z amerykańskim rodowodem

Matka Saigō, Josephine Katō, dorastała w Seattle w latach dwudziestych i trzydziestych. W roku 1940 wszystko wskazywało na to, że Stany Zjedno­czone znajdą się w stanie wojny z Japonią. W kraju narastały nastroje anty­japońskie. Josephine, będąc nisei, przewidywała, że w chwili wybuchu wojny ona i jej rodzina trafią do więzienia**. Postanowili więc wrócić do Japonii w nadziei, że będą tam bezpieczni. Jej starszy brat James Y. Katō wstąpił do armii amerykańskiej, gdzie do końca wojny służył jako kryptolog. Przez kilka lat pracował nawet w GHQ (General Headquarters), naczelnym dowództwie sił sprzymierzonych, pełniącym rolę rządu okupacyjnego w powojennej Japonii. W Sztabie, oprócz personelu wojskowego zatrudnionych było kilkuset amerykańskich urzędników cywilnych. Część z nich opracowała projekt Konstytucji Japonii, którą Zgromadzenie Narodowe (japoński parlament) ratyfikowało po wniesieniu kilku poprawek. Katō nigdy nie mówił, czym się zajmował w GHQ.

Po powrocie do Japonii Josephine nie zrzekła się amerykańskiego obywatelstwa, co oznacza, że jej syn Tatsuya Saigō, formalnie rzecz biorąc, jest synem Amerykanki (choć obecnie zapewne trudno by mu było otrzymać amerykańskie obywatelstwo).

Po wojnie, o której nie lubi opowiadać, Josephine poznała ojca Sai­gō, ­Hitoshiego. Ich małżeństwo, wbrew ówczesnej tradycji, nie zostało skojarzone przez rodziców, lecz było ren’ai kekkon, małżeństwem z miłości. Małżonkowie nie stanowili jednak idealnie dobranej pary, ponieważ Josephine w głębi duszy była Amerykanką, pan Saigō zaś nie był wprawdzie typowym Japończykiem, lecz zarazem trudno go uznać za internacjonalistę.

Z całą pewnością nie był jednak fanatycznym japońskim nacjonalistą.

We wczesnej młodości pan Saigō pragnął zostać policjantem, po części dlatego, że jego ojciec służył w policji, ale również z tego powodu, że, jak mawiał: „Chciałem naprawiać świat; chciałem, żeby stał się bezpieczniejszy. Pragnąłem robić coś dobrego”.

Druga wojna światowa przeszkodziła mu w realizacji marzeń. Został wcielony do armii i zgłosił się na ochotnika do formacji kamikaze, która nosiła oficjalną nazwę Tokkōtai (特攻隊), „specjalnych sił uderzeniowych”. Tak naprawdę wcale nie chciał umierać.

– Wiedziałem, że nie możemy wygrać wojny, że Ameryka nas zmiażdży. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Kiedy słyszałem, jak mój dowódca mówi, iż Japonia będzie walczyć dopóty, dopóki ostatni Japończyk nie odda życia za cesarza, myślałem, że to kompletne szaleństwo. Jak można wygrać wojnę, skoro nie będzie nikogo, kto mógłby się radować zwycięstwem?

Oczywiście nie brakowało bojowo nastawionych Japończyków, którzy wierzyli w boskość cesarza i pragnęli walczyć do ostatniej kropli krwi, lecz on się do nich nie zaliczał.

Pan Saigō był człowiekiem praktycznym. Miał stoickie podejście do świata, które wyrażał nieraz w lakonicznej formie, cytując japońskie przysłowie: „Możesz spędzić życie, śmiejąc się, lub spędzić je, płacząc. Tak czy owak, życie masz tylko jedno”.

– Byłem pewien, że zginę na wojnie. Skoro zatem czekała mnie nieuchronna śmierć, czy nie fajniej podnieść rękę i zgłosić się na ochotnika, żeby zginąć jako kamikaze, zamiast zostać zwykłym mięsem armatnim?

Kiedy poszukiwano ochotników, z uśmiechem podniósł rękę. Kto wie, być może jego syn odziedziczył po nim ten pogodny fatalizm.

Pod koniec wojny pan Saigō został przyjęty do programu szkoleniowego pilotów myśliwskich marynarki wojennej w Tsuchiurze. Rok później na pewno byłby zginął. Nie żałował jednak, że wojna się skończyła ani że Japonia poniosła klęskę.

Tuż po wojnie wstąpił do szkoły policyjnej, aby móc wreszcie zrealizować młodzieńcze marzenie o zostaniu oficerem policji, a w przyszłości być może nawet detektywem. Niestety, wojsko po raz kolejny pokrzyżowało mu plany.

W dniu wręczenia dyplomów, latem 1950 roku, odwołano go na bok wraz z grupą innych absolwentów. Komendant oznajmił im, że ma dla nich specjalną misję. Mieli zostać funkcjonariuszami nowo sformowanej Narodowej Rezerwy Policji.

Byli zaskoczeni i zdezorientowani. Jeden z kadetów podniósł rękę i spytał:

– Co to takiego Narodowa Rezerwa Policji?

Dowódca głośno nabrał powietrza, robiąc teatralną pauzę:

– To armia. Nowa armia.

Kadeci zaniemówili. Armia? Czyż japońska armia nie została zdziesiątkowana? Japonia nie miała więcej posiadać armii.

Jeden z kadetów poruszył tę kwestię.

– McArthur zabronił formowania armii.

Komendant odparł:

– No, cóż, zmienił zdanie. Tak to wygląda. Jeżeli któryś z was nie chce do niej wstąpić, może teraz zrezygnować.

Uczyniło tak około 20 procent kadetów. Pan Saigō do nich jednak nie należał. Zaszedł już za daleko, żeby teraz się wycofać. Liczył na to, że może coś się jeszcze zmieni.

GHQ oficjalnie powołało do życia Narodową Rezerwę Policji 10 sierpnia 1950 roku. Później, po przekształceniu jej w Japońskie Siły Samoobrony, stała się ona de facto armią tego kraju. Jak wynika z dokumentów odkrytych przez gazetę „Sankei” w 2014 roku, GHQ zezwoliło na jej utworzenie z obawy przed komunistami oraz zamieszkami wywoływanymi przez zamieszkałych w Japonii Koreańczyków.

W epoce kolonialnej (1895–1945) do Japonii przybywało bardzo wielu Koreańczyków, którzy nie wrócili do ojczyzny po zakończeniu wojny. Część z nich została sprowadzona przez Japończyków w charakterze przymusowej siły roboczej, mającej wspomóc japoński wysiłek wojenny. W 1948 roku Ministerstwo Edukacji wystosowało do władz w Osace oficjalne pismo z poleceniem zamknięcia koreańskich szkół, w których nauczano języka koreańskiego oraz kultury koreańskiej. Społeczność koreańska zareagowała gniewem i gwałtownymi protestami.

24 kwietnia 7 tysięcy osób, w większości Koreańczyków, otoczyło siedzibę władz prefektury w Osace. W Kobe protestujący wtargnęli do siedziby władz prefektury Hyōgo i zażądali od gubernatora, który stał się praktycznie ich zakładnikiem, aby uchylił decyzję o zamknięciu szkół. Siły okupacyjne wprowadziły w rejonie Kobe stan wyjątkowy. Generał broni Robert L. Eichelberger, wysłany tam przez naczelne dowództwo w celu opanowania sytuacji, oficjalnie potępił organizatorów i uczestników rozruchów. Dowiedziawszy się, że część protestujących stanowili komuniści, GHQ odniosło się przychylnie do postulatu wzmocnienia japońskich sił policyjnych, z którym wielokrotnie zwracał się do niego premier Yoshida***.

Pan Saigō nie miał o tym pojęcia – wiedział tylko, że pragnie zostać policjantem, a zamiast tego jakimś cudem po raz drugi zgłosił się na ochotnika do wojska. Zdawał sobie sprawę, że wprawdzie wcześniej uniknął śmierci na polu walki, lecz następnym razem, po wybuchu przewidywanej wojny z Rosją, może już nie mieć tyle szczęścia.

Wysłano go na Hokkaido. Po czterech latach ćwiczeń w spartańskich warunkach, opanowywania arkanów sztuki wojennej i strategii, było jasne, że jego jednostka zostanie wcielona do nowej japońskiej armii. Nigdy nie będą policjantami.

Mimo to ze względów praktycznych byli zorganizowani jak siły policyjne i umundurowani jak funkcjonariusze policji. Jedyna różnica polegała na tym, że nie mieli prawa nikogo aresztować.

Szkolenie było mordercze. Klimat surowy i nieprzyjazny. Pan Saigō musiał nauczyć się strzelania ze strzelby i z broni maszynowej czy wspinania na mury oraz opanować wszystkie umiejętności członka oddziałów SWAT.

Po pewnym czasie udało mu się załatwić przeniesienie do Camp Fuji, gdzie służba była lżejsza i gdzie na jednej z przepustek poznał Josephine.

Początkowo go onieśmielała i uważał, że jest trochę narwana. W tamtych czasach mierząca 174 centymetry wzrostu Josephine była olbrzymką wśród niziutkich Japonek, ale pan Saigō postanowił, że sprosta temu wyzwaniu.

Ponieważ nominalnie był nadal urzędnikiem służby cywilnej, pociągnąwszy za parę sznurków i zapukawszy do odpowiednich drzwi, zdołał opuścić szeregi armii i znaleźć pracę w Banku Japonii. Wkrótce pan Saigō i Josephine postanowili się pobrać. Ich rodziny były temu przeciwne. Rodzina Josephine chciała, żeby wyszła za Amerykanina, rodzina Saigō natomiast nie mogła pojąć, dlaczego żeni się on z tą ogromną kobietą, która była bardziej Amerykanką niż Japonką, a na dodatek znacznie odbiegała od ideału powierzchownej i potulnej japońskiej żony.

Ich życie nie było usłane różami, ale nie było też złe. Byli ze sobą szczęśliwi. Przeprowadzili się do Machidy, dużego miasta w aglomeracji Tokio. Josephine urodziła troje dzieci. Tatsuya Saigō był najstarszy. Przyszedł na świat dwa dni po Bożym Narodzeniu, 27 grudnia 1960 roku.

Każdego ranka Josephine przygotowywała dla swojej rodziny amerykańskie śniadanie. Nie odpowiadało to tacie Saigō, który domagał się ryby, ryżu, wodorostów i zupy miso. Mama natomiast bardzo rzadko przyrządzała tradycyjne japońskie śniadanie. W rezultacie młody Saigō nie radził sobie z pałeczkami. Jego niezdarne próby jedzenia ryżu „po japońsku” doprowadzały ojca do furii.

– Tatsuya – mówił – tak się nie je ryżu. Musisz trzymać pałeczki w ten sposób.

I demonstrował mu, jak należy to robić prawidłowo.

Josephine sprzeciwiała mu się, mówiąc:

– Mając nóż, widelec i łyżkę, nie potrzebujesz pałeczek.

Saigō był tego samego zdania.

– To prawda, tato, na co komu pałeczki?

Wściekły ojciec Saigō walił go w głowę i mówił:

– Jesteś w Japonii. Tutaj jada się pałeczkami i jeśli masz tu mieszkać, lepiej naucz się jeść jak trzeba.

Zdaniem Josephine jednak jedzenie „jak trzeba” oznaczało spożywanie owsianki, jajek, bekonu, tostów i hamburgerów. Innymi słowy – standardową amerykańską dietę. Jej syn zgadzał się z nią całkowicie w tej kwestii. Typowe japońskie śniadanie złożone z ryżu, ryby, suszonych wodorostów i zupy miso? Saigō szczerze go nie znosił.

Odżywiając się w amerykańskim stylu, Saigō rósł jak na drożdżach. Na tle kolegów z klasy wyglądał jak niedźwiedź wśród smukłych jeleni. I być może właśnie z powodu jego wzrostu albo z powodu sposobu, w jaki matka rozmawiała z nim w obecności sąsiadów, kiedy Saigō poszedł do szkoły podstawowej, inne dzieci nazywały go złośliwie gaijin, to znaczy obcym.

Dłuższa forma tego słowa, gaikokujin (外国人), powstała z połączenia słów „na zewnątrz” (外), „kraj” (国) i „osoba” (人). Formy skróconej używano niekiedy w znaczeniu „nie-człowiek”, co nadawało jej charakter obelgi. Jednostka napiętnowana takim określeniem niewątpliwie czuje się wyobcowana w japońskim społeczeństwie. To nie przypadek, że ponad 30 procent członków yakuzy nie jest z pochodzenia Japończykami. Wielu z nich to trzecie bądź czwarte pokolenie japońskich Koreańczyków. Stojący obecnie na czele Inagawa-kai Jirō Kiyota to japoński Koreańczyk, który nigdy się nie zintegrował.

Gdybyśmy zapytali Saigō, czy to, że w dzieciństwie i wczesnej młodości był traktowany jak cudzoziemiec, przyczyniło się do jego fascynacji yakuzą albo uczyniło z niego buntownika, odpowiedziałby, że to nadinterpretacja. Twierdził bowiem stanowczo, że został yakuzą po prostu dlatego, że nie znosił szkoły, nie odpowiadał mu purytanizm japońskiego społeczeństwa, a poza tym działanie poza granicami prawa to znacznie większa frajda niż praca na etacie.

W miarę jak dorastał, coraz bardziej mu odpowiadało, że nazywają go Amerykaninem. W końcu jego matka była Amerykanką, a Ameryka wygrała wojnę.

O dziwo, jego ojciec również odnosił się do Ameryki z sympatią. Często mu powtarzał: „Amerykanie uratowali nas przed nami samymi. Pokonali nas, ale okazali nam wspaniałomyślność i pomogli odbudować nasz kraj. Gdybyśmy przyspieszyli prace nad skonstruowaniem bomby atomowej, moglibyśmy wygrać wojnę. Wątpię jednak, czy bylibyśmy równie miłosierni”.

Oczywiście Saigō nie rozumiał co miał na myśli jego ojciec, kiedy mówił o Japonii i bombie atomowej. Dopiero po latach, siedząc w więzieniu, przeczytał w gazecie artykuł o japońskim tajnym programie budowy broni jądrowej i zrozumiał, jak dobrze poinformowanym człowiekiem był jego ojciec. Darzył go wielkim szacunkiem.

Podobnie jednak jak większość japońskich ojców, on również był właściwie nieobecny w życiu syna. W tamtych czasach w Japonii przeważał właśnie taki model wychowania dzieci. Każde miało wprawdzie mamę i tatę, lecz obowiązki rodzinne spoczywały przede wszystkim na barkach matek. Saigō spędzał z matką nieporównanie więcej czasu niż z ojcem i po prostu uznawał taki stan rzeczy za zupełnie naturalny. Ojciec wychodził z domu wcześnie rano, wracał późno, a czasami pracował także w weekendy. Saigō widywał go zazwyczaj przy śniadaniu. Ojciec nie okazywał mu zresztą szczególnej czułości ani uwagi. Jego koncepcja wychowania ograniczała się do wtłaczania synowi rozumu do głowy za pomocą pięści lub otwartej dłoni.

Rodzice Saigō często się kłócili, lecz ich kłótnie były raczej komiczne niż pełne wrogości.

Josephine i Hitoshi sprzeczali się najczęściej przy śniadaniu z najrozmaitszych powodów. Przedmiotem ich kłótni była wojna, szkoła, miejsce Japonii w świecie, cesarz, a także samo śniadanie. Oboje byli Japończykami i mówili tym samym językiem, lecz pod względem kulturowym Josephine była wyzwoloną Amerykanką, natomiast Hitoshi (pan Saigō) japońskim tradycjonalistą.

Kiedy kłócili się po japońsku, wytrącona z równowagi Josephine, której czasami brakowało słów, przechodziła na angielski i uderzając dłońmi w stół krzyczała „NO!”.

Wówczas Hitoshi, który słabo znał angielski, zazwyczaj się poddawał.

Kiedyś spytał ją, co sądzi o cesarzu, a ona odparła: „Prezydent USA jest ważniejszy”. Jako że nie o to pytał, odpowiedź żony nie przypadła mu do gustu.

Kłócili się także o to, jak mają się do siebie zwracać. Japończycy zazwyczaj używają w takich przypadkach nazwiska oraz tytułu grzecznościowego. Japońskie społeczeństwo jest silnie zhierarchizowanie, co znajduje odzwierciedlenie w języku. Aby posługiwać się nim poprawnie, należy przede wszystkim określić miejsce zajmowane przez siebie oraz swego rozmówcę w owej hierarchii. Okazywaniu uprzejmości służy odpowiednia odmiana czasowników i przymiotników, lecz szczególnie ważny jest sposób, w jaki zwracamy się do ludzi.

Najlepiej znanym na Zachodzie, a zarazem najbardziej neutralnym znaczeniowo przyrostkiem grzecznościowym (sufiksem honoratywnym) jest san. Sama ma bardziej formalny charakter. Mężczyźni, zwracając się do bliskich przyjaciół oraz mężczyzn o równym lub niższym statusie, używają formy grzecznościowej kun, a niekiedy chan. Chan jest raczej żeńską formą grzecznościową. Kobiety również używają san, sama i kun, lecz chan to zdrobniała, pieszczotliwa forma, którą stosują, zwracając się do siebie nawzajem. Czasami używają jej także w odniesieniu do mężczyzn i chłopców. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą się też posługiwać przyrostkiem grzecznościowym chama, powstałym z połączenia sama i chan, ale wyłącznie w formie żartobliwej. W firmach zamiast nazwisk osób na kierowniczych stanowiskach używa się często nazw ich funkcji. Na przykład podwładni „Toshiakiego Katō, kierownika działu części zamiennych do ciągników” mogą zwracać się do niego po prostu per kachō (課長, panie kierowniku działu). Gdyby, dajmy na to, na zebraniu był obecny również kierownik innego działu, dla uniknięcia niejasności Toshiaki Katō byłby nazywany Katō kachō. Zdarza się, że niektórzy nowo przyjęci pracownicy dodają nawet formy grzecznościowe do nazwy stanowisk. Oznacza to, że młody narybek zwracałby się do naszego pana Katō per Katō kachō-sama, co zdaniem starszych Japończyków jest formą przesadnie ugrzecznioną, a zatem właściwie niegrzeczną.

W świecie yakuzy szef grupy bywa często nazywany kumichō (組長). Chōznaczy szczyt. Przywódcę nazywa się także oyabun (親分), co dosłownie znaczy „autorytet”. Jeżeli jesteś zaprzyjaźniony z szefem, możesz nazywać go nawet oyaji (親爺), co stanowi odpowiednik naszych poufałych określeń „staruszek” albo „papcio”.

Jednym z największych nietaktów, jaki można popełnić, jest zwrócenie się do kogoś po imieniu bez formy grzecznościowej. Japończycy nazywają taką gafę yobisute, „odrzuceniem formy grzecznościowej”.

Josephine życzyła sobie, żeby nazywać ją po prostu „Josephine”, bez żadnych grzecznościowych dodatków. Zdaniem Hitoshiego powinna była używać swojego japońskiego imienia, Kazuko. Pragnął mówić do niej Kazuko-chan. Josephine jednak wcale się to nie podobało. Ona sama początkowo zwracała się do swego męża po imieniu – Hitoshi – ale z czasem ten nietypowy dla Japończyków przejaw poufałości wydawał mu się coraz bardziej nienaturalny. Zaczęli się o to kłócić. W końcu zdecydowali się na formy ME (ja) i YOU (ty). Josephine nazywała go YOU. On zaś zwracając się do żony używał formy ME. Z pozoru było to zupełnie bez sensu, a jednak się sprawdzało. Kiedy się nie sprawdzało, mówili do siebie po imieniu. A kiedy bardzo się na siebie gniewali, zwracali się do siebie z wyszukaną uprzejmością, używając nazwisk z przyrostkiem sama.

Jeśli rodzice zaczynali się przerzucać „Saigō-sama” i „Katō-sama”, wiadomo było, że w domu panuje zimna wojna.

W trakcie jednej z najbardziej zaciekłych kłótni Josephine, kompletnie straciwszy panowanie nad sobą, rzuciła mężowi w twarz obelżywe Jap****. O mały włos nie doszło wówczas do rękoczynów. Mąż odparował: Hikokumin!, slangowym, obraźliwym określeniem obcego, lecz Josephine wcale się tym nie przejęła. Odparła zimno:

– Tak, jestem. Jestem Amerykanką. Mogę wyglądać jak Japonka, ale w środku jestem Amerykanką.

Podobnie czuł się jej syn. Przynajmniej w głębi duszy.

W Japonii przywiązuje się wielką wagę do kwestii integrowania się jednostki z grupą. Życie Japończyków krępuje, niczym ciasny gorset, niezliczona liczba zasad właściwego zachowania.

Amerykance pokroju Josephine, która była Japonką wyłącznie z wyglądu, Japończycy wydawali się niezwykle sztywni i surowi. Sposób mówienia zmieniał się w zależności od tego, czy rozmówcą był mężczyzna, czy kobieta, osoba starsza czy młodsza, o niższym czy wyższym statusie społecznym, bliski przyjaciel czy zwykły znajomy. Na to, jak należy mówić i zachowywać się wobec drugiej osoby wpływał nawet prestiż wykonywanego przez nią zawodu. Lekarza należało tytułować sensei, lecz do robotnika budowlanego można się zwrócić po prostu „ty tam”.

Przestrzegano również nieformalnych zasad ubioru stosownego do pozycji społecznej. Pracownicy biurowi nosili koszule frakowe, nazywane howaito shatsu (białymi koszulami), gładkie, ciemnogranatowe garnitury, ciemne krawaty i ciemne buty. Robotnicy budowlani zakładali specjalne, luźne spodnie, buty ze wzmacnianymi czubami, a często miewali także jednakowe fryzury. Wszyscy uczniowie nosili takie same mundurki, co sprawiało, że nie można było odróżnić dzieci z zamożnych domów od dzieci biedaków. Od pierwszego dnia w szkole Japończyków uczono, aby „nie szli własną drogą”, lecz zachowywali się tak jak inni i utrzymywali dobre stosunki z rówieśnikami; aby dzielili się obowiązkami, odpowiedzialnością i wyznawali te same wartości.

Istniał nawet właściwy i niewłaściwy sposób kłaniania się, przy czym głębokość ukłonu zależała zarówno od miejsca i czasu, jak i od tego, komu się go składało.

W Japonii wszystko kręci się wokół Wa – ideału społecznej harmonii. Na wielkiej scenie, jaką jest ten kraj, każdy gra rolę, którą mu wyznaczono. Wszyscy są równocześnie aktorami i widzami – oglądają spektakl, ale też grają przed innymi. Wymaga to od każdego wypowiadania jego kwestii w odpowiednim czasie i we właściwy sposób.

Duch Wa, znany również jako Yamatodamashii (duch Japonii), nie został jednak wpojony ani matce Saigō, ani jemu samemu. Nie widział sensu w siedzeniu cicho i posłuszeństwie w imię spokoju i dobra grupy. Nie miał ochoty być członkiem społeczeństwa, w którym trzeba było mieć Wa; ale nie miał też ochoty być Amerykaninem*****.

Josephine próbowała uczyć swego syna angielskiego, lecz zrezygnowała, kiedy zdała sobie sprawę, że nie wykazuje on najmniejszego zainteresowania tym językiem. Być może dlatego, że wstydził się, kiedy nazywano go Amerykaninem lub taktowano jak cudzoziemca, a może dlatego, że był zwyczajnym leniem. Nawet Saigō nie mógł sobie przypomnieć, czemu nie chciał się uczyć, ale żałuje, że bardziej się nie przykładał.

Gdyby nauczył się angielskiego, może zajmowałby się w życiu czymś innym. W szkole mógłby mieć dobre oceny przynajmniej z jednego przedmiotu. Ale nie miał. Tak się złożyło, że jego zainteresowania i umiejętności miały mniej wspólnego ze szkołą, a więcej z działalnością przestępczą.

*** Termin nisei stosuje się na określenie dzieci japońskich rodziców, które przyszły na świat za granicą.

****W pewnym sensie Koreańczycy mieszkający w Japonii przyczynili się do odbudowy japońskiej armii. Później zasilili szeregi drugiej tamtejszej „armii” – yakuzy. W przeciwieństwie do reszty Japonii, z jej nieodmiennie rasistowskim nastawieniem wobec Korei i japońskich Koreańczyków, yakuza była w znacznej mierze merytokratyczna.

***** Pol. „żółtek, Japoniec” (przyp. tłum.).

****** Książka Roberta Whitinga You Gotta Have Wa traktuje wprawdzie o japońskim bejsbolu, lecz prezentuje świetny obraz japońskiego społeczeństwa w mikroskali.

2

Szaleńcza jazda drogą bez powrotu

W kwietniu 1975 roku Saigō był już młodocianym przestępcą pełną gębą. Umiał tylko grać na gitarze i dobrze się bić. W wieku 14 lat zdał egzamin do państwowego liceum w Machidzie. W trzecim dniu nauki, w obliczu jego nagannego zachowania, częstych bójek z kolegami z klasy, nieodpowiedniej postawy, a być może nawet niedbałej fryzury, postawiono mu ultimatum: albo w ciągu tygodnia odejdzie z własnej woli, albo zostanie wydalony.

W tamtym okresie interesowały go tylko dwie rzeczy: muzyka i motocykle. Był jednym z członków pierwszego składu legendarnej kapeli rockowej Gaidō, znanej szerzej jako The Evil Path (Ścieżka Zła).

W latach siedemdziesiątych zespół cieszył się ogromną popularnością wśród młodocianych przestępców, młodych członków yakuzy i gangów motocyklowych. Jego muzyka i teksty były niezwykle kontrowersyjne, jak na tamte czasy. W takich piosenkach jak Yellow Monkey (Żółta małpa) muzycy kpili z ówczesnej Japonii, a ich neopunkowa wersja hymnu japońskiej prawicy rozsierdziła konserwatystów. Jedna z piosenek, której współautorem był Saigō, Kaori, była lekko zakamuflowaną odą na cześć palenia trawki. W języku japońskim Kaori to imię żeńskie, ale także „zapach”. Fragment tekstu „Kaori zawsze cię zdradzi” odnosi się do silnej, charakterystycznej woni marihuany. Za sprawą piosenek takich jak ta oraz całej swojej postawy, Gaidō urośli do rangi prawdziwych rockersów, buntowników swojej epoki. W swoim najlepszym okresie brzmieli jak skrzyżowanie Sex Pistols z Kiss (chodź działali dużo wcześniej niż Sex Pistols). Saigō został członkiem zespołu w 1974 roku, kiedy miał zaledwie 13 lat. W oryginalnym składzie grupy grał na gitarze i czasami śpiewał. Starszy od niego Ryōichi Nakamori był wokalistą i perkusistą. Nakamori, choć szczupły, dorównywał Saigō wzrostem. Miał niezwykle płaską twarz i charakterystyczny uśmiech od ucha do ucha.

Gaidō czerpali szczególną przyjemność z drażnienia władzy. Nosili niekształtne kimona, nakładali makijaż i nonszalancko traktowali japońską flagę. Nie sposób było stwierdzić, czy mają prawicowe, czy raczej lewicowe poglądy; wszyscy natomiast doskonale wiedzieli, że lubią się pakować w kłopoty.

Machida bywa niekiedy nazywana japońskim Detroit, a w jej przygnębiającym, industrialnym środowisku narodziło się zaskakująco wiele wybitnych japońskich zespołów rockowych, jak choćby Luna Sea. W czasach, gdy Saigō dorastał, Machida była pogrążonym w marazmie miastem przemysłowym, które poza kilkoma parkami nie miało wiele do zaoferowania swoim mieszkańcom. Ta część wielkiej aglomeracji Tokio była równocześnie osobliwym miastem bezprawia. W tym przypadku określenie „miejska dżungla” to nie banał, lecz opis stanu faktycznego. Roiło się tam bowiem od barów, burdeli i knajp z muzyką na żywo. Urżnąć się, pieprzyć się i/lub słuchać rocka – oto jak wyglądała rozrywka w mieście.

Dziś Machida ma dwa przydomki. Pierwszy to Nishi Kabukichō, który odnosi się do tamtejszej sieci obskurnych sex shopów, hoteli na godziny i salonów masażu. Drugi zaś to Machida Miasto Muzyki.

Sam fakt, że ktoś pochodził z Machidy, nie stanowił jednak gwarancji, że będzie utalentowanym muzykiem.

Saigō był nienajlepszym gitarzystą i kiedy zespół dawał swój pierwszy występ na żywo z prawdziwego zdarzenia, odstawiono go na boczny tor. Został pracownikiem obsługi technicznej. Wczesne koncerty Gaidō zostały utrwalone na dwupłytowym albumie The Crazy Passionate Machida Police 1974 (Live). Nagrania pochodzą z występów w hali sportowej w Machidzie w lutym 1974 roku oraz z Festiwalu Miejskiego w Machidzie we wrześniu tego samego roku. Zespół grał na prowizorycznej scenie wzniesionej tuż obok posterunku policji. W przerwie między piosenkami członkowie zespołu ubrani w porwane białe kimona i dżinsy drwili z policjantów, pytając: „Panie policjancie, dobrze się pan bawi?” Na nagraniu słychać, jak funkcjonariusze i mieszkańcy proszą muzyków, żeby zeszli ze sceny i przestali grać, a wrzeszczące i piszczące dziko groupies każą wszystkim malkontentom się zamknąć. Niewyraźne nagranie wideo z tego występu trafiło kilka lat temu do serwisu YouTube. Jeśli uważnie się przyjrzymy, zobaczymy na nim Saigō w czerwonej koszuli i z włosami wyondulowanymi na afro, tańczącego euforycznie pod sceną. Wygląda na niemal upojonego radością.

Występ nie tylko rozdrażnił policję, ale zwrócił też uwagę mediów, ze względu na obecność mnóstwa członków gangów motocyklowych. Fragment koncertu pokazano w telewizji państwowej i opatrzono komentarzem o demoralizującym wpływie Gaidō na zbuntowaną japońską młodzież. Zespół nie mógł sobie wymarzyć lepszej reklamy.

Jako że Saigō rzucił szkołę, nie grał już w zespole i miał mnóstwo wolnego czasu, postanowił kupić sobie motocykl. Jeździł na nim przez rok, a potem, tuż po swoich szesnastych urodzinach, zdobył prawo jazdy i dołączył do lokalnego gangu motocyklowego Mikaeri Bijin (Beautiful Girl Looking Back, BGLB, Piękna Dziewczyna Spoglądająca Za Siebie). Byli królami Machidy.

I budzili strach.

W latach sześćdziesiątych uważano Japończyków za jeden z najbardziej konformistycznych narodów świata. W tym samym okresie grupy młodocianych przestępców i tych, którzy prześlizgnęli się przez luki w surowym systemie edukacji, zaczęły łączyć się ze sobą, tworząc wielkie gangi motocyklowe. Stały się one azylem dla młodych ludzi, pragnących zamanifestować swoją indywidualność i odrębność od reszty społeczeństwa. Początkowo nazywano je kaminari-zoku, to jest „hordami grzmotu”, albo po prostu „hałaśliwymi bandami”, lecz określenie to się nie przyjęło. Niebawem japońskie media wymyśliły nową nazwę, bōsōzoku (暴走族), co dosłownie znaczy „bandy, które jeżdżą szybko i niebezpiecznie”; na Zachodzie rozpowszechniło się jej angielskie tłumaczenie: speed tribes. Gangi motocyklowe chętnie udawały się do miejsc tłumnie odwiedzanych przez turystów – Enoshimy, Hakone – i najbardziej ludnych dzielnic Tokio, takich jak Shinjuku czy Shibuya.

Jak to się często zdarza w Japonii, u źródeł bōsōzoku leżało pragnienie naśladowania kultury amerykańskiej. W epoce gwałtownego rozwoju Japonii amerykański gang Hells Angels zyskał w tym kraju olbrzymią sławę, a japońska młodzież zaczęła go naśladować. Wierny swojej spuściźnie Saigō umieścił na swojej kurtce flagę Japonii, nazywaną Hinomaru, ale dodał również flagę amerykańską.

Istniało kilka odmian speed tribes, wśród których były nawet gangi złożone z kobiet******. Swoją sławę zawdzięczały przede wszystkim podrasowanym motocyklom. Powszechną praktyką było przycinanie tłumika, który po tym zabiegu wydawał ogłuszający ryk. Saigō nie pochwalał takich działań. Jego zdaniem stanowiły poważne zakłócenie porządku publicznego.

Bōsōzoku słynęły również ze swoich wyrafinowanych uniformów – zwanych tokkōfuku (特攻服) – nawiązujących do kombinezonów, które zakładali japońscy piloci kamikaze, wyruszając w swój ostatni lot. Bikersi z BGLB mieli własne wyszywane stroje, naklejki i flagi, a przy tym wydawali na swoje maszyny znacznie więcej niż pozostałe gangi. Niektórzy członkowie przeznaczali na modyfikację motocykli ponad pięćset tysięcy jenów.

W tym samym roku, w którym Saigō wstąpił do BGLB, gangi motocyklowe zostały uznane za poważny „problem społeczny” po incydencie na plaży Shōnan Shichirigahama.

Na początku czerwca 1975 roku gangi motocyklowe z Tokio oraz prefektury Kanagawa, po miesiącach zaciekłych potyczek, postanowiły stoczyć rozstrzygającą bitwę na nadmorskiej szosie w mieście Kamakura. Uzbrojenie gangów, z których wiele nosiło śmiesznie brzmiące nazwy, takie jak Klauni o Białych Kłykciach, stanowiły bokkeny (drewniane miecze), nunczaku, repliki karabinów przerobione na śmiertelnie niebezpieczną broń palną, drewniane drągi, kije bejsbolowe i inne prymitywne narzędzia.

Tamto wydarzenie mogłoby stanowić idealną inspirację dla sceny otwierającej kultowy film Akira.

Członkowie gangów przybyli na „pole walki” na ponad 350 motocyklach. Kiedy starli się ze sobą, rozpętało się istne pandemonium, w którym 27 osób, w tym pięciu policjantów, zostało rannych, cztery motocykle spłonęły lub wyleciały w powietrze, 28 pojazdów uległo zniszczeniu, a 412 osób trafiło do więzienia lub aresztu prewencyjnego. Gangi motocyklowe chciały zostać zauważone; młodzież pragnęła zwrócić na siebie uwagę i tym razem z pewnością osiągnęła swój cel.

Do BGLB należeli wyłącznie mężczyźni. Grupa rozrosła się do kilkuset bikersów. W 1976 roku Saigō został przywódcą reprezentującym drugie pokolenie członków BGLB. W tamtym okresie gang zrzeszał już 1500 osób – członków i sympatyków.

Bōsōzoku pod wieloma względami przypominały bandy nazywane gurentai, które grasowały w Tokio w trudnych czasach po zakończeniu drugiej wojny światowej. Gu (愚) znaczy „głupota”, rentai zaś to slangowe określenie „pułku”. Gurentai należy więc tłumaczyć jako „pułk głupców” albo „głupi pułk”. Dziś nazywa się je wszystkie gangami. Bikersi trudnili się wymuszaniem haraczy, terroryzowali okolicznych mieszkańców i pod byle pretekstem wszczynali wojny z innymi gangami motocyklowymi.

Saigō, wyższy i zbudowany potężniej od przeciętnego Japończyka w tamtych czasach, był z nich wszystkich najtwardszy. Właśnie w gangu nadano mu przydomek Tsunami.

– Saigō zjawiał się bez ostrzeżenia i w mgnieniu oka siał spustoszenie w szeregach wroga – stwierdził jego kolega z BGLB. – Był niepowstrzymany jak żywioł. Niesamowicie silny, nieustraszony. I tak samo jak w przypadku tsunami, nie dało się przewidzieć, kiedy nadejdzie ani jakie szkody wyrządzi.

Ale Saigō był nie tylko pospolitym młodym opryszkiem, który utorował sobie drogę na szczyt wyłącznie brutalną siłą – miał też głowę do interesów. Kiedy organizacja się rozrosła, zażądał od nowych członków, aby umieszczali na swoich motocyklach nalepkę BGLB i za każdy komplet dwóch nalepek pobierał od nich opłatę w wysokości 3 tysięcy jenów, co w owych czasach było niebagatelną kwotą. Wydał wprawdzie aż 50 tysięcy jenów na płytę drukarską do produkcji nalepek, lecz nowych członków przybywało tak szybko, że wkrótce odzyskał zainwestowane pieniądze z nawiązką. Koszt wyprodukowania jednej nalepki wynosił zaledwie 300 jenów, co oznacza, że zyski ze sprzedaży były niemal dziesięciokrotnie wyższe.

Gang spotykał się w każdy piątek i sobotę na stacji benzynowej Dai­kyō na skraju miasta. Zjeżdżały tam setki bikersów. Większość z nich na nielegalnie zmodyfikowanych maszynach z usuniętymi tłumikami i podrasowanymi silnikami. Na każdym spotkaniu uczestnicy wrzucali drobne sumy „na pokrycie kosztów paliwa” do kilku przekazywanych z rąk do rąk kasków motocyklowych. Większość zebranych pieniędzy trafiała do kieszeni Saigō.

Od czasu do czasu on i jego kumple jeździli do szeregowych członków i sympatyków gangu, żeby zbierać od nich pieniądze. Nazywali te „rundki” kanpa, od rosyjskiego słowa kompanija, używanego na określenie zbiórki funduszy na kampanię polityczną. Działania BGLB nie miały jednak nic wspólnego z polityką; gang za niczym się nie opowiadał i nie miał żadnego innego celu poza rozróbą.

Kanpa miewały niekiedy uzasadnienie. „Musimy kupić prezenty dla naszego kumpla, który leży w szpitalu”. „Potrzebujemy nowych kijów bejsbolowych”. „Musimy naprawić motory”. Częściej jednak organizatorzy nie podawali żadnego powodu. Domagali się pieniędzy, a smarkacze, którzy chcieli szpanować i jeździć z dużymi chłopcami, ochoczo sypali groszem. Niektórzy członkowie gangu zaczęli także zmuszać do kupowania nalepek dzieciaki w wieku szkolnym. W pewnych dzielnicach Tokio „opłaty za nalepki” stały się synonimem drobnych wymuszeń.

– Bardzo podobne rzeczy robiliśmy później w yakuzie – powiedział Sai­gō. – Góra zawsze zbierała pieniądze od gangów stojących niżej w hierarchii podczas najróżniejszych rytuałów, ceremonii i innych szczególnych okazji.

W BGLB obowiązywało kilka niepisanych zasad. Ten, kto je złamał, wylatywał z gangu, dostając na odchodnym solidne lanie.

1. Nie zabawiać się z kobietą innego członka gangu.

2. Nie wszczynać wojen gangów bez zgody szefostwa.

3. Nie donosić glinom.

4. Nie rabować, nie kraść, nie gwałcić.

5. Nie niepokoić kobiet, dzieci ani staruszków*******.

6. Okazywać szacunek członkom stojącym wyżej w hierarchii organizacji.

Kierowanie największym gangiem motocyklowym w Machidzie nie wystarczało Saigō; chciał stać na czele największego gangu w całym Tokio. Uciekając się do bicia i zastraszania, BGLB zaczęli wchłaniać inne gangi.

– To było jak fuzje i przejęcia firm. Prowokowaliśmy spór z jakimś lokalnym gangiem, spuszczaliśmy łomot jego szefom, a potem dawaliśmy im wybór: albo się do nas przyłączycie, albo nigdy więcej nie wsiądziecie na motory. Większość dołączała do naszej grupy.

Lokalne gangi, nawet budzący postrach Gokuaku (Ostateczne Zło), jeden po drugim trafiały pod parasol jego organizacji. Saigō wymagał od wszystkich członków gangu przestrzegania zbioru elementarnych zasad, lecz kiedy już raz wstąpiło się do gangu, trudno było z niego wylecieć. Dobrowolne odejście z gangu również nie było łatwe ani przyjemne. Ceną za opuszczenie gangu mogło być 10 tysięcy jenów albo porządne manto. Ci, którzy chcieli odejść, przeważnie ulatniali się po cichu.

Jako szef, Saigō starał się wyprzedzać o krok zmiany w prawie. Kiedy wprowadzono obowiązek jazdy na motocyklu w kasku, każdy członek jego gangu musiał go sobie sprawić. Kiedy podniesiono dolną granicę wieku dla osób kierujących dużymi motocyklami, zadbał o to, aby jego ludzie jeździli tylko na takich motocyklach, do prowadzenia których byli uprawnieni. Saigō zaczynał rozumieć, że aby skutecznie prowadzić działalność przestępczą, trzeba być na bieżąco z przepisami prawa. W prawie, tak jak w lusterku samochodowym, istniało zawsze martwe pole, w obrębie którego można było działać, pod warunkiem, że trzymało się rękę na pulsie.

W miarę rozrastania się gangów motocyklowych, które osiągnęły największą liczebność około 1976 roku, walki między rywalizującymi grupami stawały się coraz bardziej brutalne. Speed tribes zaczęły się stopniowo upodabniać do organizacji mafijnych. Bikersi – teraz już standardowo po dwóch na jednym motocyklu – poruszali się grupami. Przed każdym rajdem przydzielano zadania poszczególnym „funkcyjnym”.

Kilka grup zabezpieczało tyły, uniemożliwiając radiowozom rozdzielenie konwoju; kolejną grupę stanowili zwiadowcy, którzy mieli obserwować, czy nie nadjeżdża któryś z wrogich gangów lub policja. Czasami wyposażano specjalny patrol w dodatkową broń. Obsada każdego motocykla składała się z uzbrojonego, gotowego do walki pasażera oraz kierowcy.

Kiedy członkowie innych gangów zaczęli używać drewnianych kijów bejsbolowych do atakowania ścigających ich policjantów oraz ludzi Saigō, ten kazał wszystkim członkom swojej grupy zaopatrzyć się w kije metalowe. Kiedy wrogie gangi zdobyły metalowe kije bejsbolowe, Saigō uzbroił swoich ludzi w tantō (japońskie sztylety). Gdy zabrakło kijów albo sztyletów, bikersi potrafili wdzierać się na teren prywatnych działek, wyrywać z ziemi słupki z tabliczkami „Na sprzedaż”, po czym, oderwawszy tabliczki od najeżonych gwoździami słupków, używać tych ostatnich jako groźnej broni. Dzięki przyjacielowi, którego ojciec należał do yakuzy, Saigō zdobył kilka japońskich mieczy, które rozdzielił między swoich najwierniejszych zastępców.

Jego ulubiony miecz miał zakrzywione ostrze. Broń tego typu stanowiła standardowe wyposażenie oficera japońskiej armii w czasie drugiej wojny światowej. Jako produkt masowy była kiepskiej jakości.

Kiedy zaczynała się bitwa, Saigō zeskakiwał ze swego motocykla i dobywszy miecza, wymachiwał nim, rzucając wyzwanie swoim przeciwnikom. Nawet goście na rozpędzonych motorach, wiozący na tylnych siodełkach zakapiorów uzbrojonych w kije bejsbolowe, nie mieli odwagi się na niego rzucić – wiedzieli, że wystarczy jeden głupi błąd, żeby skończyli jak kurczaki nadziane na szpikulce do szaszłyków w budce z yakitori. Saigō piorunował wrogów wzrokiem, wrzeszczał i zachowywał się niczym jakiś japoński Conan Barbarzyńca.

Ciachnął paru gości, ale nigdy nikogo nie dźgnął – taki cios byłby bowiem śmiertelny. Poza tym jeśli najlepszym japońskim mieczem można podobno przeciąć człowieka na pół, to jego miecz był raczej na pokaz. Ale i tak potrafił napędzić niezłego strachu. Saigō zdawał sobie sprawę, że warto o niego dbać. Spiczasty czubek głowni był tępy i lekko zardzewiały, lecz jej granie (zgrubienia biegnące wzdłuż obu stron głowni na całej jej długości – przyp. tłum.), zwane shinogi, były tak doskonale wypolerowane, że gdy wywijał mieczem w słońcu lub w świetle księżyca, rzucały oślepiające błyski.

Oryginalna definicja terminu shinogi, to ość głowni. W epoce Edo samuraje oraz roninowie (bezpańscy samuraje) zarabiali na życie jako wojownicy biorący udział w bitwach oraz jako członkowie gwardii przybocznej. Im więcej pracowali, tym częściej używali swoich mieczy. Z czasem ość głowni ścierała się od częstego dobywania broni.

Ość miecza Saigō była jednak ostro zarysowana, a głownia ostra. Mógł odciąć nią komuś ramię albo nogę. Ponieważ miecz był ciężki, trzymał go obiema rękami. Starał się zawsze trafiać w ramię. Gdyby ciął z całej siły, odrąbałby je. Dlatego uderzał, a potem przerywał w pół ruchu. Być może coś komuś amputował, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. Nigdy nie zauważył leżącej na ziemi ręki ani żadnej innej części ciała. Jego przeciwnicy zazwyczaj uciekali, a on nie zostawał, żeby sprawdzić, czy na polu bitwy nie walają się jakieś odcięte kończyny. Czasami ciął naprawdę głęboko, ale nigdy do końca.

– Bardzo uważałem, żeby nikogo nie zabić. Mawiałem „Tym razem daruję ci życie” i zawsze tak robiłem. Nie wolno zabijać ludzi. Byliśmy ostrożni. Nigdy nie atakowaliśmy gościa mieczem, jeśli jechał z kobietą. Nigdy też nie podnosiliśmy ostrza na kobietę, nawet jeśli ona pocięła nas brzytwą czy jakimś innym ostrym narzędziem, które miała przy sobie.

Stopniowo doszło jednak do takiej eskalacji przemocy, że Saigō zaczął się obawiać, iż to, co zaczęło się jako dobra, ostra zabawa, może się przerodzić w coś śmiertelnie niebezpiecznego.

Nadszedł wreszcie moment, kiedy przestał kontrolować sytuację. Było za dużo ludzi i za dużo starć; rozgorzała prawdziwa wojna gangów, której policja nie chciała i nie mogła ignorować.

W latach 1977 i 1978 wszystkie serwisy informacyjne pełne były doniesień o gangach motocyklowych terroryzujących spokojnych mieszkańców. W Osace bikersi atakowali policjantów drewnianymi kantówkami najeżonymi gwoździami. W prefekturze Fukushima 40 członków dwóch wrogich gangów stoczyło regularną bitwę na boisku jednego z gimnazjów. Chłopcy uzbrojeni w bokkenyi utłuczone szklane butelki walczyli zaciekle, dopóki sześciu z nich nie zostało poważnie rannych. Gang Czarny Cesarz przeprowadził partyzancki atak na stację benzynową, w trakcie którego otoczył policjantów i przejął dystrybutory. Policja aresztowała i/lub tymczasowo zatrzymała 109 członków gangu. Grupy yakuzy zaczęły wcielać bōsōzoku do swoich szeregów, wykorzystując je do rozprowadzania metamfetaminy oraz wymuszania pieniędzy od miejscowej ludności. Gangi motocyklowe coraz bardziej upodabniały się do yakuzy.

Jako że działalność speed tribes budziła poważne zaniepokojenie Agencji Policji Państwowej, 1 października 1978 roku wprowadzono nowy przepis zakazujący potencjalnie niebezpiecznych działań grupowych w trakcie jazdy. Jego celem było umożliwienie karania gangów motocyklowych za jazdę z nadmierną prędkością w grupach, za ściganie się na drodze, a nawet poruszanie się w konwojach. Bikersi zawsze dostawali mandaty za przekraczanie dozwolonej prędkości, lecz na mocy nowych przepisów wysokość mandatu za niebezpieczną jazdę wzrosła do 50 tysięcy jenów – tak dotkliwa kara stanowiła bardzo poważne obciążenie dla kieszeni młodocianego chuligana.

Powszechnie uważano, że nowe przepisy położą kres działalności speed tribes. Źródłem ich siły była bowiem liczebność. Nie mogąc jeździć w dużych grupach, tracili swój największy atut. Mandaty były niezwykle wysokie i nikt nie miał ochoty zostać przyłapany na łamaniu nowych przepisów jako pierwszy. Wiele bōsōzoku się rozpadło, a ich członkowie całkowicie zmienili styl życia.

Pewnego dnia, podczas motocyklowego wypadu, Saigō i jego ludzie zostali zatrzymani przez policję. Policjanci zagrozili im, że jeśli nie rozwiążą swojej grupy, zostaną aresztowani. Saigō, który i tak miał już dosyć środowiska bōsōzoku, postanowił porzucić życie członka gangu motocyklowego. Rozwiązał BGLB i uznał, że najwyższy czas powrócić do muzyki.

W tamtym okresie był już całkiem dobrze znany w swoim rodzinnym mieście. Lokalna gazeta przeprowadziła z nim nawet wywiad i zamieściła krzepiącą informację o jego wycofaniu się z działalności przestępczej, życząc mu równocześnie lepszego, bardziej pożytecznego i twórczego życia.

Jeden z członków jego dawnego zespołu, Nakamori, przyjął go na próbę jako gitarzystę do grupy, która powstała po rozpadzie Gaidō i przyjęła nazwę Kusare Gaidō (Zgnili albo Cholerni Gaidō). Członkowie Gaidō rozstawali się i łączyli w zmienionych składach tyle razy, że w tamtym okresie istniało już kilka zespołów, które rościły sobie prawo do tej nazwy.

Gaidō nigdy nie mieli stałego, stabilnego składu, a ciągłe kłótnie między muzykami zapisały się w historii japońskiego rocka na równi z dokonaniami samej kapeli. W 1975 roku zespół udał się na Hawaje, gdzie 1 stycznia wziął udział w Sunshine Head Rock Festival jako pierwszy w dziejach japoński zespół rockowy, który zagrał na terenie Stanów Zjednoczonych. W tym samym roku grupa wydała liczne single i albumy koncertowe. W 1976 roku Gaidō byli jednym z najpopularniejszych zespołów rockowych w Japonii, lecz we wrześniu nieoczekiwanie ogłosili, że po festiwalu w Machidzie zakończą działalność.

6 października 1976 roku zagrali swój ostatni koncert w mieście Hibiya. Poszczególni członkowie zespołu rozpoczęli później kariery solowe, Nakamori natomiast założył Kusare Gaidō. Wiele wskazywało na to, że nowa grupa może zasłużyć na tytuł „Gaidō wszystkich Gaidōs”.

Kusare Gaidō wypełnił próżnię, jaką pozostawił po sobie w życiu Saigō rozpad jego speed tribe. BGLB wnieśli niebagatelny wkład w rozwój Gaidō i przyczyniali się do wzrostu popularności zespołu, jako największa grupa jego wiernych fanów. Saigō czuł więź z zespołem i już wcześniej zaczął pisać własne piosenki. Wierzył, że mimo krytyki ze strony społeczeństwa ich buntownicza postawa przyniesie im sławę.

Nakamori powiedział mu, że stara się reaktywować zespół pod jego pierwotną nazwą i przygotowuje materiał do nowego, piątego albumu, który miałby się ukazać w następnym roku. Zagwarantowali sobie współpracę z Nippon Columbia Records, japońską filią słynnej firmy fonograficznej Columbia Records. Wszystko doskonale się układało.

Żeby zarobić na utrzymanie, Saigō chwytał się tymczasem różnych dorywczych zajęć. Nadal mieszkał z rodzicami, ale zapewniał ich, że już niebawem trafi do panteonu gwiazd rocka i godzinami ćwiczył grę na gitarze. Zdaniem jego rodziców to, co robił, było i tak lepsze od przynależności do bōsōzoku. Przynajmniej miał wreszcie jakiś cel w życiu.

Saigō nie przestał jednak kochać szaleńczej jazdy na motocyklu. Minęło wiele miesięcy od wprowadzenia przepisów wymierzonych w speed ­tribes. Gangi postanowiły się przyczaić, żeby stwierdzić, czy policja podejmie konsekwentne działania zmierzające do ich rozbicia. Nikogo jednak nie aresztowano. Prawo nie zostało złamane. Wiele zresztą wskazywało na to, że policja nie przykłada większej wagi do jego egzekwowania. Saigō i jego kumple uznali więc, że gliniarze narobili tylko mnóstwo szumu, z którego nic nie wynikło. Oni nie zamierzali dać się zastraszyć jakimś próżnym gadaniem; chcieli szaleć na swoich motorach.

Saigō i jego była ekipa spotkali się w Machidzie w pewne spokojne, sobotnie popołudnie, w sierpniu 1979 roku. Członkowie gangu chcieli znów ruszyć w miasto. Saigō uważał, że to bardzo kiepski pomysł, ale nie chciał, żeby uznano go za tchórza. Postanowił więc odłożyć na bok wątpliwości i pójść na całość. Na stacji benzynowej Daikyō zjawiło się 120 motocyklistów. Ich rajd zakończył się kompletną katastrofą. Następnego dnia trafili na pierwsze strony gazet.

Przywódca bōsōzoku aresztowany za współudział.

Pierwsze aresztowanie współwinnego przestępstwa na mocy zmienionych przepisów

Jak ujawnili śledczy z Wydziału Drogowego Tokijskiej Policji Metropolitalnej oraz funkcjonariusze z komendy okręgu Shibuya, zastępca szefa gangu motocyklowego bōsōzoku został aresztowany pod zarzutem współuczestnictwa w akcie piractwa drogowego.

Dnia 12 bm. we wczesnych godzinach rannych policja zatrzymała czterech członków gangu bōsōzoku pod zarzutem naruszenia przepisu ustawy o ruchu drogowym „Niebezpieczna jazda w grupie” (共同危険行為). Wśród zatrzymanych był zastępca przywódcy gangu, osiemnastoletni bezrobotny mieszkaniec Machidy, który jechał na tylnym siodełku jednego z motocykli. Podejrzany utrzymywał, że jest niewinny, ponieważ nie miał kontroli nad pojazdem w czasie, gdy kierujący złamał prawo. Policja aresztowała go jednak jako współwinnego, stwierdziwszy, że wszyscy młodzi ludzie działali z bezpośrednim zamiarem naruszenia ustawy o ruchu drogowym.

Saigō został oskarżony o piractwo drogowe, utrudnianie działań policji i inne wykroczenia. Sąd obciążył go grzywną w wysokości 50 tysięcy jenów i skazał na dwa miesiące pobytu w zakładzie poprawczym.

W 1980 roku Nakamori zawiadomił go, że zespół wznawia działalność. Udział Saigō w nowym przedsięwzięciu nie wchodził jednak w rachubę. Mimo że był członkiem pierwotnego składu, a Nakamori uważał jego ostatnią przygodę z bōsōzoku za zabawną, manager uznał, że Saigō jako przestępca szkodziłby wizerunkowi zespołu. Poza tym podczas odsiadki w poprawczaku i tak nie mógłby uczestniczyć w próbach, co ostatecznie wykluczyło go ze składu grupy. Manager powiedział Saigō:

– Słuchaj, chłopcze, zbierz swoich szemranych przyjaciół i przychodźcie na koncerty. Być może któregoś dnia sam staniesz na scenie. Ale póki co wrzuć na luz i po prostu wspieraj kapelę.

Saigō do dziś żałuje tamtego ostatniego wyskoku.

– Byłem wtedy na życiowym zakręcie i nie tylko przegapiłem swoją szansę, ale nawaliłem na całej linii i wylądowałem w więzieniu. Zboczyłem z drogi, wpakowałem się w bagno i tylko siebie mogę za to winić.

Saigō nie miał przed sobą świetlanej przyszłości. Stracił szansę, by zostać gwiazdą rocka. Nie mógł być przywódcą bōsōzoku. Musiał poszukać sobie jakiejś pracy. Zatrudnił się w warsztacie samochodowym. Znał się świetnie na samochodach, ale nie było to prestiżowe zajęcie. Jego frustrację pogłębiało to, że odebrano mu tymczasowo prawo jazdy i nie mógł jeździć samochodami, które naprawiał.

Saigō miał więc stałą pracę, lecz w jego przypadku szansa na to, iż zechce prowadzić uczciwe życie była równie mała jak na to, że zacznie jeździć z przepisową prędkością.

******* Stanowiące rzadkość w tradycyjnie zdominowanym przez mężczyzn japońskim świecie przestępczym.

******** Jeżdżenie nocą po ulicach z rykiem silników i wyrywanie ze snu kobiet, dzieci i staruszków nie było jakoś uznawane za naruszenie tego zakazu.

3

1982–1984: Gimme Shelter********

W 1981 roku Saigō spotkał kobietę swoich marzeń. Miała na imię Naomi, była cudowna, kapryśna, uwielbiała szybkie samochody, no i lubiła jego. Kiedy ją poznał, nie wiedział jeszcze, czym jest miłość, ale był pewien, że w całej Machidzie nie ma drugiej takiej kobiety.

– Pragnąłem jej tak, jak się pragnie najbardziej wypasionego samochodu.

Ponieważ nie chciał jest stracić, postarał się, aby jak najszybciej zaszła z nim w ciążę. Ich córeczka przyszła na świat rok później. Pobrali się po jej narodzinach, co wówczas nie było już w Japonii niczym niezwykłym. Kiedy Naomi była w drugim trymestrze ciąży, przestali uprawiać seks i Saigō, pragnąc dochować jej wierności, ograniczył się do odwiedzin w burdelach. Nie uważał tego za zdradę, ponieważ korzystanie z usług prostytutek nie miało nic wspólnego z miłością. Dla niego było to czynnością równie niezbędną, a przy tym pozbawioną wymiaru emocjonalnego, jak wymiana oleju w samochodzie.

Mimo wszystko Saigō nie był mężczyzną nieodpowiedzialnym i pragnął zadbać o to, by jego córka mogła uczęszczać do dobrej szkoły. Zaczął myśleć o przyszłości. W 1982 roku skontaktował się z nim jeden z pomniejszych bossów drugiej co do wielości grupy przestępczej w Japonii, Sumiyoshi-kai. Zaproponował, aby on i jego dawna ekipa z BGLB wstąpili do jego oficjalnie zarejestrowanej organizacji prawicowej Jiritsusha, której siedziba znajdowała się w dzielnicy czerwonych latarni Kabukichō, w Shinjuku, jednym z okręgów Tokio. Organizacja pilnie potrzebowała świeżej krwi. W zamian za wprowadzenie do niej swoich ludzi Saigō otrzymałby oficjalne stanowisko, wizytówkę i nazwę instytucji, na którą mógłby się powoływać. Shinjuku, oficjalnie stojąca na straży wartości narodowych, była w istocie przykrywką dla Sumiyoshi-kai.

Saigō i tak spędzał już mnóstwo czasu w Kabukichō, niesławnej dzielnicy domów publicznych, gdzie zlokalizowane były wszystkie tokijskie sex shopy. Jego znajomość polityki ograniczała się natomiast do wiedzy, że komunizm jest zły, a Chiny zagrażają Japonii. Co się zaś tyczy boskości cesarza, nigdy się nad nią nie zastanawiał. Skoro jednak nie można być liderem organizacji prawicowej, jeśli się w nią nie wierzy, to w porządku, cesarz jest bogiem. Uwierzy w to bez zastrzeżeń.

Większość frakcji yakuzy ma swoje własne fasadowe organizacje prawicowe. Umożliwiają jej dokonywanie półlegalnych wymuszeń pod płaszczykiem zbierania „darowizn”. Wiele spośród tych przykrywek funkcjonuje od dziesięcioleci. Organizacja, do której go zwerbowano, Jiritsusha, powstała przed drugą wojną światową.

Naturalnie, nie każda grupa prawicowa ma powiązania z yakuzą, choć większość niewątpliwie tak. Yakuza i ugrupowania prawicowe funkcjonują na bardzo podobnych zasadach i stoją na straży tego wszystkiego, co przynosi im korzyści materialne. Wstępując do takiego ugrupowania Saigō i jego ekipa stali się de facto wspólnikami yakuzy. Wszyscy otrzymali także stosowne uniformy. W