Czerwona nić - Stefan Leder, Witold Leder - ebook

Czerwona nić ebook

Stefan Leder, Witold Leder

2,5

Opis

Książka ta to opis historii rodziny żydowskiej, której dzieje splotły się ściśle z rozwojem komunizmu w Polsce. Należeli do inteligencji, która stykała się bezpośrednio z działaczami ruchu rewolucyjnego takimi jak Róża Luksemburg, Leon Jogiches, Feliks Dzierżyński czy Julian Marchlewski. Autorzy starają się odpowiedzieć na ważne pytania: jak w ciągu jednego czy dwóch pokoleń drobni przedsiębiorcy awansowali do elity intelektualnej, dlaczego zostawali komunistami oraz jak dokonywała się asymilacja ludzi ze środowiska żydowskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 575

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opracowanie graficzne Andrzej Barecki

Redakcja Maria Magdalena Matusiak

Opracowanie indeksu nazwisk Leszek Sankowski

Na obwolucie wykorzystano

Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego autora

Wydanie I

Copyright © by Witold Leder

Copyright © by Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2005

Książka wydana przy pomocy

Fundacji im. Róży Luksemburg

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1084-2 (EPUB), 978-83-244-1084-2 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

ul. Smolna 11, 00-375 Warszawa

Tel. (22) 827-94-15

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dziękuję z całego serca, również w imieniu mojego nieżyjącego brata Stefana, wszystkim niemieckim i polskim przyjaciołom, którzy nam towarzyszyli w pracy nad przygotowaniem niemieckiej i polskiej wersji tej księgi: Gerdowi Kaiserowi, który odegrał znaczącą rolę przy jej opracowaniu, Theodorowi Bergmanowi, Jochenowi Czerny, Christinie Teller, A. i U. Kriegelom, Friedrichowi Leidingerowi, Jurgenowi Henslowi, Ines Mietkowskiej-Kaiser i J. Rojahnowi – za pomoc, liczne sugestie i wspomagające naszą pracę zainteresowanie. Opracowaniem wersji polskiej musiałem się zająć sam i chciałbym wyrazić szczególną wdzięczność Bogusławowi Rychwalskiemu i mojej długoletniej współtłumaczce Elżbiecie Kaźmierczak. Bez jej nieocenionej pomocy nie byłbym w ogóle w stanie tej sagi opracować.

Witold Leder

Witold LederROZDZIAŁ I
Profil – korzenie ludzi, korzenie idei

Od wielu lat staram się dokonać czegoś w rodzaju podsumowania mojego życia. A więc wspomnienia przeplatane refleksją, z pewnym przewartościowaniem spraw i zamierzeń, których znaczenie wydawało się nam dane raz na zawsze, którym poświęciliśmy się i którym wielu z nas dzisiaj też by się poświęciło. Chciałbym, aby uniknąć wszelkich nieporozumień, od razu zaznaczyć, że przewartościowanie nie dotyczy podstaw, w których wyrosłem, którym byłem wierny przez całe życie i którym chcę pozostać wierny aż do mojego niezbyt już odległego, jak można mniemać, końca. A więc przeszłość i refleksja, również próba samouświadomienia i samopoznania, przy czym taka formuła sama mi się narzuciła, chociaż trochę mnie peszy rola epigona wielkiego wzorca. W każdym razie chodzi o moje życie, o moje wspomnienia, o moje subiektywne komentarze i refleksje. To, co musiałem powiedzieć o korzeniach, moich roots, było tylko wprowadzeniem, dodatkiem na rzecz lepszej czytelności całości. Następnie stopniowo – nie bez aktywnego oddziaływania moich najbliższych, przede wszystkim brata – doszedłem do nieco odmiennego ujęcia tematu.

Tematem tym jest rozwój jednej rodziny i jej przeobrażenia przez trzy, może nawet cztery pokolenia. Niestety, nasza wiedza, gdy tylko spoglądamy wstecz do drugiej, a co dopiero trzeciej generacji, jest wielce ograniczona, wręcz fragmentaryczna. Ale to, co się da powiedzieć o tych przeobrażeniach, wydaje mi się ciekawe pod trzema względami. Ujmę to hasłowo.

Jak i na jakiej drodze członkowie rodziny stawali się rewolucjonistami, opowiadając się w chwili rozłamu w ruchu robotniczym za jego kierunkiem komunistycznym i dlaczego komunistami zostawali? Chciałbym każdemu, kogo to interesuje, a szczególnie przedstawicielom młodszych pokoleń, przybliżyć myśl, że nie chodzi tu o tępe i uparte trzymanie się wydeptanych ścieżek, o niezdolność oderwania się od czegoś, w czym się wyrosło, z czym się było związanym przez całe życie. Chodzi raczej o nasze przekonanie, że mimo ogromnych zwycięstw ruchu robotniczego w XX wieku, mimo pokonania najgroźniejszych i nieludzkich form organizacji społeczeństwa w postaci stalinizmu i poststalinizmu z jednej strony oraz hitlerowskiego faszyzmu z drugiej, mimo zwycięstwa demokracji (na obszarze wysoko rozwiniętych krajów Europy, Ameryki i Australii) kapitalizm nie jest w stanie rozwiązać podstawowych problemów (w znacznej mierze nowych, ale również starych) ludzkości. Gospodarka rynkowa, a więc baza ekonomiczna kapitalizmu, udowodniła co prawda swoją wyższość w porównaniu z radzieckim modelem gospodarki planowej, zarówno pod względem obfitości produkowanych dóbr, jak też jako siła napędowa postępu naukowego i technicznego, ale model społeczeństwa opartego na liberalizmie ekonomicznym nie tylko nie rozwiązuje wielu problemów, ale tworzy nowe i niezwykle niebezpieczne pola minowe. Grozi nam wojna wszystkich przeciwko wszystkim i – co za tym idzie – zagłada naszej cywilizacji, czego pierwsze oznaki już się wyraźnie zarysowują.

Drugim elementem jest próba pokazania, jak w ciągu jednego czy dwóch pokoleń doszło do przekształcenia kilku rodzin drobnych przedsiębiorców, a mógłbym nawet śmiało powiedzieć sklepikarzy i rzemieślników, w mniej lub bardziej znaczących, a w każdym razie autentycznych intelektualistów.

I wreszcie – last but not least – jak dokonała się – znów w ciągu jednego czy dwóch pokoleń – asymilacja ludzi ze środowiska żydowskiego, o ile mogę sądzić, bez dramatycznych konfliktów. Chciałoby się powiedzieć, członkowie mojej rodziny rozstali się z kondycją żydowską niejako bezboleśnie, a przy tym – co wydaje mi się szczególnie ciekawe – asymilacja ta dokonywała się w różnych kierunkach pod względem językowym i narodowym, w zależności od usytuowania poszczególnych przedstawicieli rodziny w imperium carów.

Wszystkie te procesy były najściślej ze sobą związane, przeplatały się i wzmacniały wzajemnie. Bez tego przeplatania wynik końcowy – tak mi się wydaje – prawdopodobnie byłby inny.

A teraz wspomnienie rozmowy sprzed wielu lat, chyba sprzed czterdziestu, z udziałem trzech zaprzyjaźnionych par. Temat, który budził nasze szczególne zainteresowanie, brzmiał: Co przyciąga ludzi do komunizmu, co sprawia, że stają się komunistami?

Witold Leder

Pola Landau-Leder

Odpowiedzi różniły się w zależności od pochodzenia odpowiadającego. Typowy intelektualista, filozof z wykształcenia, który później, kiedy odstąpił od swoich ówczesnych poglądów, zdobył światową sławę, sądził, że ludzi fascynowała doskonała harmonia, przekonująca logika wewnętrzna marksowskiej konstrukcji myślowej, proponując im jednocześnie odpowiedź na wszystkie problemy społeczne i historyczne.

Drugiej odpowiedzi udzieliła Pola, towarzyszka życia mojego brata, który spędził z nią długie lata w tak bliskim związku, jaki się nieczęsto spotyka. To samo dotyczy zresztą Ewy, z którą łączy mnie trwający ponad pięćdziesiąt lat podobny związek. Niejedno jeszcze opowiemy o jednej i drugiej kobiecie, ponieważ tak się składa, że ich i nasze losy pod wieloma względami uzupełniają się i dopiero jako całość przyczynią się do odpowiedzi na wiele poruszonych przeze mnie kwestii.

Pola zatem sądziła, że siłą napędową, która mobilizowała ludzi do walki o lepszy świat, o świat równych szans dla wszystkich, było zetknięcie się z niesprawiedliwością społeczną, naruszone poczucie sprawiedliwości.

Najprostsza była droga mojego brata i moja. Wyrastaliśmy w rodzinie, w której zarówno ojciec, jak też matka byli jak najaktywniej zaangażowani w rewolucyjny ruch robotniczy. Komunizm przyswoiliśmy więc sobie dosłownie z mlekiem matki. Wyrastaliśmy w przekonaniu, że świat jest źle urządzony, że podstawowym złem jest wyzysk i ucisk, z którymi należy i można walczyć i że obowiązkiem każdego z nas jest czynne włączenie się do tej walki. Taka była nasza bardzo prosta droga do komunizmu.

Trzecia opinia, tym razem głos Ewy, która już w wieku 14 lat, mimo błyskotliwych zdolności i ogromnego głodu wiedzy, musiała zrezygnować z dalszego uczęszczania do szkoły, bo jej rodziców nie było stać na czesne, wówczas zresztą niezbyt wysokie; musiała podjąć pracę zarobkową jako uczennica krawiecka, aby wspomóc rodzinę materialnie. Ponadto była świadkiem niewyobrażalnej nędzy, w której jej matka (po rozstaniu się z ojcem) starała się wyżywić i wychować trójkę dzieci. – Chyba zapomnieliście – powiedziała Ewa – że większość ludzi, którzy związali się z ruchem robotniczym, po prostu chciała walczyć o lepsze i znośniejsze warunki życia, że ludzie bronili się przed uciskiem i wyzyskiem. Nie była to dla nich żadna przygoda intelektualna, a sprawa, która nierzadko decydowała o życiu lub śmierci.

Cóż, miała rację – a my, wszyscy trzej, zwolennicy materialistycznego światopoglądu, poczuliśmy się dość głupio, kiedy młoda kobieta, która na własnym ciele przekonała się, jak smakuje nie tylko wyzysk, ale również ucisk (była przecież Żydówką, a w Łodzi kondycja ta nie należała do przyjemności), musiała zwrócić naszą uwagę na te okoliczności.

Tyle o trzech drogach, które – według naszego ówczesnego mniemania – prowadzą ludzi do walki rewolucyjnej. Nie podając w wątpliwość ówczesnych poglądów, sądzę dzisiaj, że pewne cechy charakteru odgrywają przy wyborze drogi życiowej nie mniej ważną rolę. Cechy te chyba najtrafniej ujął Bohdan Cywiński w tytule swojej książki – Rodowody niepokornych. Właśnie tak – niepokorność, nieakceptowanie istniejących stosunków, niegodzenie się na nie, odrzucenie konformistycznej mądrości z jej przewodnią sentencją: „nie ma co się buntować, tak zawsze było i tak świat jest urządzony” – to są właśnie cechy, przy braku których trudno się decydować na aktywny udział w jakimkolwiek ruchu rewolucyjnym. Jeśli używam sformułowania „konformistyczna mądrość”, to nie ma w tym bynajmniej ironii, ponieważ w tej i podobnych sentencjach znajduje wyraz określona mądrość życiowa, której co prawda osobiście nigdy nie akceptowałem i nie chciałbym akceptować, ale która niewątpliwie też oddaje doświadczenie pokoleń. Z drugiej strony większość ludzi tworzących środowisko, w którym wyrastałem, a więc aktywnie uczestniczących w „ruchu”, jak mówiliśmy w naszym żargonie, w większym lub mniejszym stopniu była nosicielami genu niepokory.

Do bardzo wczesnych moich wspomnień należy opowiadanie mamy o wyczynie naszego ojca, którym to wyczynem odznaczył się w wieku 13 czy 14 lat (papa ze zrozumiałych względów nigdy się tym nie chwalił). W tamtych latach wiele czytał o bohaterach starożytności (prawdopodobnie Plutarcha). Aby więc przygotować się do życia, którego nie wyobrażał sobie inaczej niż jako walkę (wówczas chyba jeszcze jako walkę z carskim gnębicielem Polski), papa postanowił powtórzyć na mniejszą skalę czyn Mucjusza Scewoli – tak długo trzymał palec lewej ręki w płomieniu świecy, aż swąd palonego mięsa zaalarmował wszystkich w domu. Przy każdym dotknięciu jego ręki ten twardy, całkowicie zrogowaciały palec przypominał mi, jak papa przygotowywał się do roli niepokornego.

Ale ja też, mimo że jako dziecko byłem bardzo nieśmiały, widziałem siebie w różnych epizodach przyszłego życia zawsze w roli kogoś, kto nie przystosowuje się do odziedziczonej teraźniejszości, jeśli ją uznał za złą, lecz dąży do zmiany. Jednym słowem, dewiza Huttena, jednego z wybitnych przedstawicieli niemieckiego humanizmu: „Odważyłem się” – fascynowała mnie od najmłodszych lat. Muszę powiedzieć, że w dzieciństwie, aż do wieku 13–14 lat, byłem pod względem fizycznym raczej mało aktywny, miałem mało kolegów i przyjaciół, z którymi spędzałbym czas, a za to bardzo dużo czytałem i... marzyłem. W marzeniach przeżywałem liczne przygody, podejmowałem działania i tworzyłem sytuacje, w których prawie zawsze starałem się zwalczać jakieś zło albo naprawiać coś, co można było naprawić. A ponieważ wszystko, co słyszałem w domu, z czym się ponownie spotykałem w znacznej części lektur, ale również w rozmowach bliższego i dalszego otoczenia (przede wszystkim z mamą, ponieważ papa w tamtych latach mało był w domu), ponieważ wszystko to przemawiało za tym, że niesprawiedliwość społeczna, a więc ucisk i wyzysk biednych przez bogaczy, jest jednym z najważniejszych źródeł wszelkiego zła trapiącego ludzi, to w gruncie rzeczy kierunek mojego samookreślenia był ustalony od początku. Dochodziło do tego przekonanie, z którym nie rozstałem się po dzień dzisiejszy, że nie ma odwiecznych cech ludzkich, że poza biologią kształtuje ludzi ich własna historia, środowisko, w którym wyrastają i żyją, krótko mówiąc, społeczeństwo i panujące w nim reguły. Jestem oczywiście świadom, że ani jeden, ani drugi pogląd nie da się w żaden sposób udowodnić „naukowo”. Są one raczej sprawą przekonania, wręcz „wiary” (używam tego terminu niechętnie) opartej na doświadczeniu życiowym, na obserwacji rzeczywistości i zachowań ludzi tę rzeczywistość tworzących.

Jednak najwyższy już czas, aby zapoznać Czytelnika z tym, co moim zdaniem warto wiedzieć o moich antenatach, zarówno ze strony mamy, jak też papy, i wyjaśnić – sobie i Czytelnikowi – skąd pod względem geograficznym, językowym, ale również społecznym się wywodzimy. Niestety moja wiedza na ten temat jest niezwykle ograniczona i wraz z drugim pokoleniem przodków zanika całkowicie. Dzisiaj, kiedy wszystkie źródła już są zasypane, nie mogę odżałować, że nigdy nie zdobyłem się na intensywne indagowanie przedstawicieli starszych pokoleń, kiedy to jeszcze było możliwe. Nasze pokolenie, całkowicie pochłonięte wielkim projektem społecznym, któremu się poświęciło, ciekawość własnych korzeni miało bardzo ograniczoną, jeśli w ogóle ona istniała. A dziś już nie da się odrobić zaniedbania. I trzeba przyznać, że spotykam się dzisiaj z podobnym nastawieniem w pokoleniu naszych dzieci, chociaż nie żyją one w atmosferze tych wielkich zadań, które nas tak bez reszty absorbowały. Wygląda na to, że zainteresowanie rozwojem własnego „rodu” czy „plemienia” przychodzi z czasem i z wiekiem.

Ale przejdźmy już wreszcie do faktów. Posługując się językiem marksowskiej socjologii, mogę stwierdzić, że wywodzimy się, zarówno po linii matki, jak też ojca, ze środowiska drobnomieszczańskiego, którego przedstawiciele po części już w drugim pokoleniu należeli do inteligencji, dość szybko oddalali się od żydowskich korzeni i przechodzili intensywny proces asymilacji. Proces ten po stronie ojca był o jedno pokolenie bardziej zaawansowany niż po stronie matki. O ile mi wiadomo, Feinsteinowie, a więc rodzina ze strony ojca, utracili prawie wszystkie związki z żydostwem, religijne, językowe, ale również obyczajowe i w zakresie tradycji. Szabatu nie obchodzono, świec nie zapalano. Powiedziałem „prawie wszystkie związki”, bo jednak nasz ojciec i jego brat byli obrzezani.

I jeszcze jedna uwaga na marginesie. Nie chciałbym się ograniczać do naszej najbliższej rodziny, lecz nakreślić z perspektywy mojego syna, Andrzeja, obraz w miarę pełny, a więc uwzględniający jego matkę, a moją towarzyszkę życia – Ewę. Jej środowisko jest znacznie bardziej skomplikowane niż nasze i przez to istotnie przyczynia się do wzbogacenia obrazu. Jej ojciec, jeszcze słabo asymilowany, w domu mówił w jidysz, polskim umiał się posługiwać, ale z akcentem, jednocześnie był w znacznej mierze zlaicyzowany, emancypowany, bardzo oczytany; wysoce szanowała go gmina jako swoistego sędziego, do którego się przychodzi po radę w sprawach konfliktowych. Matka – która wcześnie rozstała się ze znacznie starszym mężem – należała do łódzkiego subproletariatu na granicy nędzy. I wreszcie, biorąc pod uwagę trzecie małżeństwo ojca Ewy, a więc jej macocha pochodziła za środowiska w dużej mierze spolonizowanego (m.in. współbojownicy Piłsudskiego w Legionach), wykształconego (nauczyciele), w zaborze pruskim. Mamy więc w pewnym sensie do czynienia z przykładem trzech etapów procesu asymilacyjnego i intelektualizacyjnego.

A teraz kilka faktów. Mój dziadek ze strony ojca Ludwik Feinstein i jego żona Róża mieli pięcioro dzieci o polskich imionach: Sabina, Michalina, Bronisław, Władysław i Benedykt, będących wyraźnym świadectwem dążenia (sądzę, że przede wszystkim babci Róży, którą zresztą znałem dobrze, w przeciwieństwie do dziadka, który zmarł krótko przed moim urodzeniem) do podkreślenia swojej identyfikacji z polskością i to w nieco egzaltowanej, „młodopolskiej” formie. Dziadek miał więc w Warszawie nieźle chyba prosperujący sklep (zdaje się z bielizną damską), jak można sądzić, jeśli godne pożałowania wydarzenie będące częścią legendy familijnej, które dalej jeszcze zrelacjonuję, odpowiada rzeczywistości. Moje przypuszczenie, że sklep dziadka nie najgorzej szedł, a może wręcz prosperował, opieram na tym, że rodzinę było stać na wykształcenie gimnazjalne wszystkich pięciorga dzieci, jak również na przyzwoite mieszkanie w burżuazyjnej dzielnicy Warszawy. Ponadto wszystkie dzieci poza obowiązkowym językiem rosyjskim znały kilka innych (papa – rosyjski, niemiecki, francuski i angielski, podobnie jak Sabinka, która posługiwała się ponadto jeszcze włoskim). Jeśli chodzi o kształcenie dzieci, wygląda na to, że babcia Róża, która sama mówiła doskonale i bez akcentu po niemiecku, była właściwym spiritus movens. Zresztą wydaje się, że babcia w ogóle odgrywała wiodącą rolę, chociaż nie posuwam się tak daleko jak mój brat, który sądził, że w naszej rodzinie generalnie kobiety wiodły prym.

A teraz kilka słów na temat wyżej wspomnianego pożałowania godnego wydarzenia. Sytuacja materialna naszej rodziny gwałtownie się pogorszyła na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Zgodnie z familijną legendą było to skutkiem fatalnego zamówienia w Wiedniu wielkiej partii gorsetów, akurat wówczas kiedy panie pod wpływem ruchów emancypacyjnych zaczęły się buntować przeciwko sznurowaniu i zaciskaniu swoich wdzięków. Nie wiem, w jakim stopniu legenda ta odpowiada prawdzie, wiem jednak, że przez długie lata rodzina zarzucała dziadkowi Ludwikowi jego brak wyczucia handlowego (chociaż ja bym raczej podejrzewał go o brak zrozumienia damskiej psychiki). Rodzina była zatem zmuszona radykalnie obniżyć poziom życia. Papa zaczął chodzić do szkoły z jedną suchą kajzerką zamiast przyjętej w tych kręgach bułki z szynką, trzeba też było zmienić mieszkanie na mniejsze i usytuowane w znacznie uboższej dzielnicy itd.

Niezależnie jednak od sytuacji finansowej wydaje się, że rodzina Feinsteinów na trwałe weszła już do warszawskiej inteligencji. Brat dziadka Ludwika był lekarzem i praktykował w Paryżu u jednego z twórców psychiatrii, doktora Jeana Martina Charcota. Do środowiska rodziny należeli tacy znani przedstawiciele warszawskich kół artystycznych, jak Andriolli, ilustrator Pana Tadeusza, czy Ada Sari, śpiewaczka operowa o europejskiej sławie, nie mówiąc o elicie umysłowej ruchu rewolucyjnego, jak Róża Luksemburg i Leon Jogiches, Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski i wielu innych. Jednym z bliskich kolegów szkolnych, o którym Papa mi wiele opowiadał, był przedstawiciel rodziny Wolffów z jednego z najważniejszych wydawnictw warszawskich – Gebethner i Wolff, którego właściciele wyjątkowo byli niemieckiego, a nie żydowskiego pochodzenia, jak to było w przypadku wielu najznaczniejszych domów wydawniczych. Inną zaprzyjaźnioną rodziną byli Moszkowscy, do której należał wybitny i szeroko znany w swoim czasie muzyk i kompozytor Maurycy oraz młody, utalentowany rzeźbiarz Ryszard, który zginął w czasie powstania warszawskiego.

Róża Feinstein

Minna Hirszfeld

Władysław, wśród bliskich Władek, nasz ojciec, był niewątpliwie chlubą rodziny. Ogromnie oczytany, dysponujący encyklopedyczną wiedzą, czuł się głęboko związany, podobnie jak jego rodzeństwo, ze sprawą Polski. Charakterystyczna scena ze wspomnień Sabinki: obie dziewczyny uczęszczały do znanego w Warszawie liceum żeńskiego, reprezentującego idee emancypacji kobiet, opisanego zresztą przez Bolesława Prusa w jego powieści Emancypantki pod nazwą pensji pani Latter. Kiedy pewnego dnia obie panienki wróciły ze szkoły bardzo dumne, bo zostały wyróżnione za doskonałe wyniki w nauce, nie doczekały się ze strony braci podziwu, a wręcz przeciwnie, spotkały je szyderstwa i pouczenie, że w zaborze rosyjskim nie należy się starać o dobre stopnie – wzorowa nauka nie jest czynem patriotycznym! Biedne dziewczyny popłakały się i długo nie mogły się uspokoić. I drugi przypadek, znacznie poważniejszy. Nasz ojciec po zakończeniu szkoły dostał się na Politechnikę Warszawską, z której został relegowany już podczas drugiego semestru – za odmowę posługiwania się w kancelarii uczelni językiem rosyjskim.

Kilka słów na temat naszej drugiej rodziny, ze strony matki – Hirschfeldów. Jak już powiedziałem, proces emancypacji i asymilacji był w tym przypadku mniej zaawansowany, powiedziałbym o całe pokolenie. Najpierw rzuca się w oczy liczba dzieci: babcia Mina Hirschfeld miała ich jedenaścioro, dwoje z nich zmarło we wczesnym wieku. Tkwimy więc jeszcze w dobrej, starej, patriarchalno-żydowskiej tradycji. Dziadek Kusiel Hirschfeld (córki szybko przemianowały go na Karola) prowadził w Mitawie, w ówczesnej Kurlandii, a na dzisiejszej Łotwie, handel drewnem, jak się wydaje nieźle prosperujący, a według innego przekazu przedsiębiorstwo transportowe – przypuszczam, że jedno połączone z drugim. Zapewniało to rodzinie nie najgorszą egzystencję – siedem córek i najmłodsi dwaj synowie uczęszczali do szkół podstawowych, aż do chwili kiedy ojciec rodziny, a mój dziadek, zachorował na raka żołądka. Wizyta u znanego wówczas specjalisty w Królewcu, podczas której towarzyszyła mu ulubiona córka – nasza mama – nie przyniosła ratunku. Pozostawił Minę z dziewięciorgiem dzieci – najmłodsze przy piersi – samą z przedsiębiorstwem, którego oczywiście nie była w stanie prowadzić. Nastąpiły złe czasy. Wkrótce najstarsze córki musiały zacząć zarabiać.

Czym te dziewczyny mogły się zająć, aby zarobić na życie? Dobrze mówiły po niemiecku i to otwierało możliwości w Polsce albo w rdzennej Rosji. Oczywiście jako praca możliwa była opieka nad dzieckiem od służącej do rodzaju guwernantki dopuszczanej do wspólnego posiłku z chlebodawcami. A w poszukiwaniu pracy udawano się do ówczesnej ziemi obiecanej, czyli do Łodzi. Jako pierwsza pojechała tam najstarsza Edda. Gdy znalazła posadę, zaczęła stopniowo ściągać całe rodzeństwo i wreszcie matkę. Jednocześnie – było to charakterystyczne dla tamtych lat – przyłączyła się do rewolucyjnego ruchu robotniczego, w pierwszym roku pobytu w Łodzi do żydowskiego Bundu, później do SDKPiL – partii Róży Luksemburg i Leona Jogichesa. Część rodzeństwa poszła za nią. Opowiemy dalej nieco więcej o losach rodzin Hirschfeldów i Feinsteinów. Na razie kilka zestawień statystycznych.

Spośród dziewięciorga dzieci Hirschfeldów (dzietność rodziny zmniejszała się z pokolenia na pokolenie: w drugim pokoleniu – najwyżej troje, w trzecim – dwoje na jedno małżeństwo, a w czwartym już tylko jedno!) sześcioro aktywnie zaangażowało się w ruch rewolucyjny. Spośród czworga Feinsteinów (nie liczymy tego, który ze względów uczuciowych wybrał śmierć samobójczą) troje było głęboko związanych z tym ruchem, dwoje z nich na kierowniczym szczeblu w SDKPiL. Pięciu przedstawicieli następnych pokoleń walczyło podczas II wojny światowej przeciwko hitlerowskiemu Wehrmachtowi.

Teraz ostatnia, makabryczna statystyka: Dziesięcioro przedstawicieli drugiego pokolenia obu rodzin i dwie ich towarzyszki życia działali w szeregach ruchu rewolucyjnego. Do tego dochodzą ich dzieci, a więc trzecie pokolenie, spośród którego jest pięcioro aktywnych. W sumie – siedemnaście osób związanych z ruchem rewolucyjnym. Dwanaście z nich trafia w tryby stalinowskiego młynu śmierci. Trzy rodziny uległy prawie całkowitej zagładzie („Wyrok: Kara śmierci przez rozstrzelanie. Wyrok jest ostateczny i podlega wykonaniu tego samego dnia”). Dwóm udało się przeżyć 10 lat łagru. Nasz ojciec Władysław Leder umiera zimą z 1937 na 1938 rok podczas transportu do łagru na dalekiej północy, prawdopodobnie na zapalenie płuc, zawinięty w stary, dziurawy szynel milicyjny, jak nam relacjonował wiele lat później współwięzień, który go znał i tam spotkał. Kiedyśmy w nocy 1 września 1937 roku, gdy go aresztowano, chcieli dać mu na drogę trochę ciepłych rzeczy, enkawudzista powiedział: „Nie ma potrzeby. My nie dajemy ludziom marznąć”. Być może sam w to wierzył.

Stefan Leder, Witold LederROZDZIAŁ II
Zasada główna – zawsze czerwoni

Po zwięzłych informacjach dotyczących historii społecznej naszych rodzin ze strony ojca i matki przedstawimy krótkie biogramy kilku członków naszej rodziny, jak również nas samych, z pewnymi wycinkami historii naszego życia i doświadczeń dającymi wgląd w naszą pracę.

Imiona i nazwiska wielu członków naszej rodziny różnią się pisownią, zależnie od tego, czy noszące je osoby przebywały przede wszystkim w Polsce, w Rosji czy w Niemczech, czy żyły legalnie, czy zmuszone były do nielegalnej egzystencji. Przykładowo nazwisko Hirschfeld po polsku pisze się Hirszfeld, Tenenbaum w polskiej pisowni przez jedno „n”, w niemieckiej pisze się przez dwa „n” – Tennenbaum. Niemieckimi odpowiednikami imion Ludwik i Róża są Ludwig i Rosa. Rosyjskie nazwisko Tscherniak po polsku pisze się Czerniak. Dochodzą do tego pseudonimy, które stały się nazwiskami, np. Władysław Feinstein przyjął nazwisko Leder, o czym jeszcze będzie mowa, a Artur Hirszfeld – nazwisko Staszewski. Do tego dochodzą – w publicystyce, w działalności politycznej – liczne pseudonimy.

Wybór prac Władysława Ledera do tego tomu stwarzał pewne trudności. Jego spuścizna literacko-publicystyczno-naukowa liczy ponad 260 pozycji. Wszystkimi swoimi pracami Władysław Leder przez całe życie angażował się na rzecz sprawiedliwości społecznej – w sposób naturalny uczestniczył w politycznych kontrowersjach swojej epoki, kierując się przy tym zawsze „sprawą”, nie uginając się nigdy przed autorytetami lub ludźmi, którzy za autorytety chcieli uchodzić. Nawet w tych rzadkich przypadkach, kiedy Władysław Leder nie kierował się aktualnymi celami politycznymi, np. w przypadku życiorysu Leona Tyszki pisanego przez niego z okazji 10. rocznicy zamordowania tego wybitnego działacza polskiego i niemieckiego ruchu robotniczego, nolens volens jego tekst stawał się istotnym elementem walk i tarć politycznych, mających za przedmiot strategię i taktykę ruchu robotniczego. Toteż wymieniona praca nie doczekała się wydania w ZSRR, a maszynopis został wydobyty z archiwów NKWD, przywieziony do Polski i wydany tutaj przez prof. Feliksa Tycha po trzydziestu kilku latach.

Dokonując wyboru do niemieckiej wersji naszej pracy (Unbeirrbar rot, Zeugen und Zeugnisse einer Familie, Erzählt und ausgewählt von Stefan und Witold Leder, Edition Bodoni, Berlin 2002), kierowaliśmy się więc trzema kryteriami: wybrane teksty, z wyjątkiem fragmentu biografii Tyszki, były pisane w języku niemieckim i po raz pierwszy publikowane w Niemczech; powstawały w różnych okresach działalności publicystycznej naszego ojca i odpowiadały jego głównym zainteresowaniom w danym okresie; miały to być teksty ważne, które po 40, 70, a nawet 80 latach nie utraciły pewnych aspektów aktualności, zawierały przemyślenia czy rozważania, do jakich jeszcze dziś można z pewnym pożytkiem sięgać. Stosując podobne kryteria, siłą rzeczy musieliśmy zmienić w wersji polskiej wybór prac naszego ojca – zdecydowaliśmy się przede wszystkim na prezentację tekstów pisanych po polsku i związanych ze sprawami polskimi.

Kierując się tymi względami, przedstawiliśmy fragmenty pracy doktorskiej naszego ojca pt. Sprawa polska w świetle prawa międzynarodowego, jak też jego szkic pt. Przyczynek do kwestii żydowskiej w Rosji napisany dla pisma socjaldemokracji niemieckiej „Die Neue Zeit” i opublikowany w numerze 20, w 1912 roku.

Następne dwa teksty dotyczą problemów wewnętrznych polskiego, a po części również rosyjskiego i niemieckiego ruchu rewolucyjnego. Pierwszy to napisany i opublikowany w 1914 roku na emigracji we Francji artykuł apelujący, jak sam tytuł wskazuje, o przezwyciężenie rozłamu w SDKPiL i przywrócenie jedności partii, drugi – to pierwszy rozdział politycznej biografii długoletniego starszego współbojownika naszego ojca, Leona Tyszki-Jogichesa, czołowego umysłu SDKPiL i Związku Spartakusa – Komunistycznej Partii Niemiec, towarzysza życia Róży Luksemburg. Biografia ta została po raz pierwszy opublikowana w 1976 roku w Warszawie. Napisana przez jego najbliższego współpracownika z lat 1903–1909 w ostatnich miesiącach roku 1928 i na początku roku 1929 w Moskwie, nie ujrzała wówczas światła dziennego ze względu na rzekome „błędy luksemburgizmu”. Jej rękopis został skonfiskowany w czasie aresztowania Władysława Ledera przez NKWD. Do 1962 roku uchodził za zaginiony. Odkrył go w moskiewskich archiwach Feliks Tych. W publikowanym przez nas rozdziale Władysław Leder w syntetycznej formie przedstawia sytuację na Wileńszczyźnie i tło drogi życiowej Jogichesa, przyczyniając się do lepszego rozumienia sytuacji i problemów rozwoju ruchów rewolucyjnych i narodowowyzwoleńczych w jednym z punktów węzłowych tych konfliktów – w imperium carów, a więc w zaborze rosyjskim po rozgromieniu powstania styczniowego.

Na następny tekst wersji niemieckiej naszej sagi składają się fragmenty książki Wery Figner zatytułowanej Noc nad Rosją. Wybraliśmy je nie tylko dlatego, że książkę tę, opublikowaną w 1926 roku w Berlinie, tłumaczyła z rosyjskiego na niemiecki nasza matka, Lili Hirszfeld-Leder, ale przede wszystkim dlatego, że wywarła ona wówczas silny wpływ na wiedzę opinii niemieckiej o historii ruchu rewolucyjnego i o charakterze reakcyjnego imperium carów.

Uzupełnienie obrazu warunków życia i walki w carskiej Rosji znajdujemy we wspomnieniach Eddy Tenenbaum-Hirszfeld opisującej odyseję swojego zesłania na Syberię po upadku rewolucji lat 1905–1907. Oczami świadka oglądamy i wraz z nim przeżywamy terror, represje i ludzkie cierpienia okresu kontrrewolucji budowane przez aparat ucisku carów jeszcze bardziej globalnie, systematycznie i okrutnie niż w XIX-wiecznej Rosji. Zwycięskiej kontrrewolucji udało się jednak stłumić opór coraz silniej włączających się do walki mas robotniczych tylko przez jedno dziesięciolecie, do 1917 r.

Aby podbudować tę wiedzę, warto przypomnieć, jak miasto Łódź, w którym prawie wszystkie dzieci rodziny Hirszfeldów mieszkały i działały w ruchu rewolucyjnym w latach 1898–1910, przekształciło się w jeden z ważnych ośrodków ruchu robotniczego w carskiej Rosji. Na jej terenie działały trzy partie socjalistyczne: SDKPiL, PPS i Bund. Miasto Łódź rozwijało się po 1830 r. z niewielkiej osady do 1885 r., kiedy ludność jego sięgnęła 113 000, i do 1905, kiedy doszła do 400 000 (w 1910–470 000), zyskując rangę drugiego pod względem wielkości miasta w Kongresówce i najważniejszego ośrodka przemysłu włókienniczego we wschodniej Europie. 50% ludności stanowili Polacy, 35% Żydzi i 15% Niemcy. 64% robotników było zatrudnionych w 80 wielkich fabrykach, wśród nich 46% kobiet i 12% dzieci. Dzień roboczy trwał jeszcze jedenaście i pół godziny, a 60% ludności ze względu na żałosne szkolnictwo nie umiało pisać ani czytać. Jest więc zrozumiałe, że właśnie w tym mieście bardzo wcześnie zaczęły powstawać organizacje socjalistyczne. W 1883 r. po połączeniu związków polskich robotników i pierwszej partii marksistowskiej pod nazwą Drugi Proletariat powstała SDKP. W 1901 r. liczyła ona około dwustu członków.

Lili Hirszfeld-Leder

W tym mieście społecznych skrajności w czasie obchodów 1 maja 1892 r. doszło do strajku generalnego krwawo stłumionego przez carską policję i kozaków. Tłumaczy to decyzję Eddy Hirszfeld, która po przedwczesnej śmierci ojca w 1898 r. przeniosła się do tego miasta, bardzo wcześnie przystąpiła najpierw do Bundu, a wkrótce potem do SDKPiL. Jedno po drugim jej rodzeństwo pociągnęło za nią do Łodzi, wkraczając w większości również na wybraną przez nią drogę polityczną.

Wszyscy oni aktywnie uczestniczyli w walkach ulicznych, które wybuchły w 1905 r. i osiągnęły szczyt w zaborze rosyjskim latem 1906 r. Większość rodzeństwa była kilkakrotnie aresztowana w Warszawie i Łodzi, siostry razem z mężami: Edda z Janem Tenenbaumem, a Anna (Jettchen, później zesłana) z Mieczysławem Dobranickim. Najsurowszy wyrok otrzymała Edda. W tych latach wiele sióstr z rodziny Hirszfeldów poznało Władysława Feinsteina-Ledera, Feliksa Dzierżyńskiego, Różę Luksemburg, Michalinę Feinstein. Nawiązała się między nimi ścisła współpraca, a jedna z sióstr, Lili, nasza matka, została w 1907 r. towarzyszką życia Władysława Ledera.

Jego siostra, Sabina Feinstein-Marczak, pozostawiła wspomnienia, w których między innymi opisuje swoją młodość, więzi łączące ją z Feliksem Dzierżyńskim i przyjaźń z Różą Luksemburg. Do naszej księgi w jej wersji niemieckiej włączyliśmy znaczne fragmenty jej wspomnień z okresu okupacji niemieckiej w latach 1939–1945. Jeśli chodzi o wersję polską, byłem zmuszony do podejmowania istotnych decyzji samodzielnie, bez możliwości naradzenia się z moim bratem Stefanem, który odszedł od nas w październiku 2003 r.

Zdecydowałem się więc zrezygnować ze znacznej części okupacyjnych wspomnień Sabiny, biorąc pod uwagę, że sprawy te są w Polsce o wiele lepiej znane niż w Niemczech. W to miejsce wprowadziłem pewien wątek naszej sagi rodzinnej dotychczas w ogóle nieznany. Chodzi o listy Feliksa Dzierżyńskiego do Sabiny Feinstein. Łączyło ich trwające przez wiele lat głębokie uczucie, obfitujące w dramatyczne momenty i wydarzenia. Już sama historia tej korespondencji jest swoistym dramatem. Sabina pieczołowicie przechowywała listy i w czasie okupacji, w obawie o ich utratę, przepisała całość i umieściła kopie w kilku miejscach. Rzeczywiście, dzięki temu większość bardzo obfitej korespondencji, poza jedną paczką listów Dzierżyńskiego, która zginęła w spalonym domu na Żoliborzu, przetrwała zagładę Warszawy. Sabina oddała mi je na przechowanie w zalakowanej kopercie z prośbą o otwarcie po jej śmierci. Nie udało mi się spełnić tej prośby. Przechowywałem kopertę Sabiny w kasie pancernej w moim miejscu pracy, a po usunięciu mnie z niego, o czym będzie mowa, trzymałem ją u siebie w domu. Gdy zostałem aresztowany w 1952 r. przez Informację Wojskową, koperta ta została zabrana i otworzona przez funkcjonariuszy dokonujących rewizji w moim mieszkaniu. Nie rozpoznali oni pisma autora i rozpowszechniali nawet wersję, że to listy Lenina, które miałem zamiar wywieźć za granicę, aby je tam sprzedać za grube pieniądze. Dopiero po interwencji Sabiny u Bieruta zwrócono jej sporządzone przez nią kopie; oryginały odesłano do Moskwy, a ich fotokopie trafiły do archiwum KC PZPR.

Uważam, że korespondencja ta z kilku względów zasługuje na publikację. Z jednej strony w znacznej mierze pogłębia wiedzę o człowieku, który odegrał ważną rolę zarówno w polskim ruchu rewolucyjnym, jak też – i przede wszystkim – w rewolucji rosyjskiej, w budowaniu i utrwalaniu władzy radzieckiej i w odbudowie kompletnie zniszczonego kraju po zakończeniu wojny domowej. A nasza wiedza o nim oscyluje między dwoma gruntownie zafałszowanymi portretami. Z jednej strony hagiografia radziecka, a później PRL-owska z jej „żelaznym Feliksem” itd. itp., z drugiej strony nienawistny portret tworzony przez prawicę polską – „krwawy kat” ze wszystkimi odpowiednimi atrybutami, sięgającymi poziomu bredni w jednej z prac Normana Daviesa[1].

Ponadto całość korespondencji stanowi dokument epoki, przede wszystkim historii kultury. Znajdują w nim odbicie, poza cechami osobistymi autora, wszystkie mody owego czasu – młodopolszczyzna, egzaltacja, charakterystyczne rozterki życiowe itd.

Sądzę, że cała ta korespondencja, a przede wszystkim znajdujące w niej odzwierciedlenie stosunki między Dzierżyńskim a naszą rodziną, zwłaszcza jego więź z Sabiną, stanowią ważną część naszej „sagi” i powinny wejść do tej książki. Długo jednak powstrzymywał mnie przed ich ujawnieniem niezwykle intymny charakter tych listów (ku rozczarowaniu ewentualnych amatorów silnych wrażeń chcę od razu zaznaczyć, że nie chodzi przy tym o tak modny w czasach obecnych ekshibicjonizm erotyczno-seksualny, a o uczucia i związane z nimi postawy; w innych sprawach ludzie tamtej epoki byli bardzo wstrzemięźliwi). Ostatecznie zdecydowałem się na przedstawienie naszemu Czytelnikowi wyboru, który pozwoli zapoznać się z przebiegiem tej konfliktowej, a jednocześnie bardzo głębokiej relacji, która trwała prawie 10 lat i którą ostatecznie przerwała wojna i rewolucja rosyjska.

Biografie pokolenia naszych rodziców i ich rodzeństwa ukazują motywacje, które pchnęły ich, podobnie jak wielu innych młodych ludzi poszukujących sprawiedliwości i sensu życia, w szeregi rewolucyjnego ruchu robotniczego. Pokazują one, jak się kształtował ich światopogląd, jak w latach przed I wojną światową angażowali się politycznie w Rosji, Polsce i Niemczech wbrew wszystkim represjom. Wielu spośród nich uczestniczyło w rewolucji październikowej i wojnie domowej w Rosji, stając się komunistami z przekonania. Tym tragiczniejszy jest fakt, że prawie wszyscy stali się ofiarami stalinowskiego – chyba też kontrrewolucyjnego – wielkiego terroru w 1937 r. i że go nie przeżyli.

Następne nasze pokolenie przeżyło II wojnę światową. Wielu spośród nas walczyło w szeregach Armii Czerwonej, w armiach polskich, we francuskim ruchu oporu, w hiszpańskiej wojnie domowej, w Czechosłowacji i w Anglii jako internacjonaliści i konsekwentni przedstawiciele lewicy przeciwko hitlerowskiemu faszyzmowi i jego sojusznikom.

Historia – ale też nasza świadoma decyzja – przyczyniła się do tego, że my, bracia Stefan i Witold Lederowie, po wojnie razem z naszymi towarzyszkami życia, Polą Landau i Ewą Lipińską, podjęliśmy działalność przy odbudowie i przekształcaniu odrodzonej Polski. Witold Leder w tamtych latach, okresowo razem z Eddą Tenenbaum, współodpowiadał m.in. za pracę polityczną wśród niemieckich jeńców wojennych w Polsce. W centralnym obozie jeńców w Warszawie blisko 40 baraków jeńców wojennych znajdowało się na terenie zrównanego z ziemią przez hitlerowców warszawskiego getta, tam gdzie Sabina Feinstein-Marczak za okupacji niemieckiej pracowała i uczestniczyła w ruchu oporu. Mimo wielu dramatycznych wydarzeń i epizodów, na przykład prawie trzyletniego pobytu w więzieniu Witolda Ledera na początku lat pięćdziesiątych, pozostaliśmy wierni naszym lewicowym i jednoznacznie czerwonym przekonaniom i zasadom, łączyliśmy pracę zawodową (lekarza, mikrobiologa, historyka, politologa, publicysty i tłumacza) z zaangażowaniem politycznym. Relacjonują to ostatnie rozdziały publikacji, w których staramy się uzasadnić jej tytuł Czerwona nić, odnoszący się do pokolenia naszych rodziców i do nas samych, przez świadectwa spisane przez członków rodziny.

Stefan Leder, Witold Leder, Andrzej LederROZDZIAŁ III
Biografie rodzinne – sen o sprawiedliwości społecznej
Edda Tenenbaum

1878–1952, z domu Hirszfeld. Pseudonimy: Klara, Klarowska. Najstarsza z dziewięciorga dzieci Karla i Miny Hirszfeldów, urodzona w Mitawie (Jelgawie). Po wczesnej śmierci ojca musiała pomagać matce w utrzymaniu i wychowaniu licznego rodzeństwa, więc po ukończeniu pięciu klas i kursu księgowości przeniosła się do Łodzi i rozpoczęła życie zawodowe jako nauczycielka niemieckiego i panna do dziecka. W 1900 wstąpiła do Bundu, wkrótce została aresztowana po raz pierwszy, od 1903 członkini SDKPiL. Prowadziła intensywną działalność wśród niemieckich robotników w Łodzi. W 1904 na polecenie kierownictwa partii prowadziła działalność w Berlinie i Zurychu. W 1905 wróciła do Łodzi, do której za nią przeniosły się 4 siostry. Działaczka SDKPiL, członkini zarządu miejskiego partii w Łodzi, delegatka na dwa zjazdy partii. W 1908 po 9-miesięcznym więzieniu zesłana na wschodnią Syberię, skąd uciekła i wróciła do Warszawy. Od 1908 w Berlinie i w Stuttgarcie, w latach 1909–1911 współpracownica Clary Zetkin, jednej z czołowych działaczek socjaldemokracji niemieckiej, sekretarz redakcji socjaldemokratycznego pisma kobiecego „Gleichheit”. Od 1911 wraz z mężem Janem Tenenbaumem, działaczem SDKPiL, przebywała w Paryżu. Jedna z pierwszych działaczek ruchu kobiecego w SDKPiL, później członkini francuskiej partii socjalistycznej. W 1919 roku przybyła do Moskwy, funkcjonariuszka Międzynarodówki Komunistycznej. W 1920 pracowała w redakcjach pism niemieckiej partii komunistycznej KPD: dziennika „Rote Fahne” i kobiecego pisma „Kommunistin”. Prowadziła działalność polityczno-wychowawczą wśród niemieckich jeńców wojennych, którzy po I wojnie światowej znajdowali się jeszcze na terenie Rosji Radzieckiej. W latach 1920–1924 pracowała w Berlinie w przedstawicielstwie Rosji Radzieckiej, uczestniczka IV Kongresu (1922) Kominternu. Od 1925 przebywała znów w Moskwie, ponownie jako funkcjonariuszka Kominternu. Przyjaźniła się z czołowymi działaczami niemieckiej partii komunistycznej, Heinrichem Brandlerem i Jacobem Walcherem. W latach 1928–1934, po przedwczesnym, powodowanym względami politycznymi, przejściu na emeryturę prowadziła działalność dydaktyczną w moskiewskiej Akademii Komunistycznej, pracując w bibliotece naukowej tej instytucji. Aresztowana w 1937 r. przebywała do 1946 w łagrze w Kazachstanie. Po zwolnieniu i ze względu na trwające represje (np. zakaz pobytu w dużych miastach) wróciła do Warszawy sama, ponieważ jej mąż i syn zmarli w łagrze. Członkini PPR. Wraz z Justyną Sierp oraz z niemieckim działaczem antyfaszystowskim Karlem Wlochem, który na podstawie porozumienia między PPR i SED od kwietnia 1948 przebywał w Polsce, prowadziła pracę polityczną wśród niemieckich jeńców wojennych na terenie Polski. Hermann Kant upamiętnił jej postać w dwóch pierwszych powieściach Die Aula i Der Aufenthalt. Bardzo drobnej postawy, zawsze niezwykle aktywna i energiczna, porywająca mówczyni i przekonująca propagandystka, bardzo łatwo nawiązująca kontakty i niezwykle przyjazna wobec ludzi. Aż do śmierci, mimo ciężkich przeżyć w więzieniach carskich i stalinowskich oraz osobistych nieszczęść (utrata męża i syna), pozostała wierna swoim przekonaniom. Jak sama mawiała, „była szczęśliwa, że dożyła zwycięstwa rewolucji w Chinach”. S.L.

Jan Tenenbaum

1881–1937, znany jako „Jasiek” albo „Jelski”. Członek SDKPiL od 1902, członek zarządu miejskiego tej partii w Łodzi. Aresztowany w 1904, po 8 miesiącach zwolniony za kaucją. Emigruje do Berlina i bierze udział w organizowaniu nielegalnych transportów partyjnej literatury na teren zaboru rosyjskiego. Uczestnik wydarzeń rewolucyjnych w 1905, ponownie aresztowany korzysta z amnestii. Znów aresztowany i zesłany do guberni astrachańskiej. Stamtąd ucieka i nielegalnie działa w partii w Łodzi. Pod koniec 1908 emigruje do Niemiec, skąd zostaje wydalony w 1912. Przebywa we Francji aż do końca 1919. W 1920 wraca do Polski, uczestniczy w ruchu komunistycznym w Polsce (m.in. w latach 1922–1924 nielegalna działalność w Łodzi).

Edda Hirszfeld-Tenenbaum

Jan Tenenbaum

Kazimierz Tenenbaum „Kazik”

W 1926 zostaje aresztowany i skazany na 8 lat więzienia oraz następne 6 lat za działalność komunistyczną w Wilnie. W 1927 ucieka z więzienia i emigruje do Związku Radzieckiego, gdzie pracuje w administracji przemysłu kauczukowego. Aresztowany w wyniku bezpodstawnych oskarżeń umiera prawdopodobnie w łagrze w 1937. Okoliczności jego śmierci nie są znane i nawet w latach pierestrojki Gorbaczowa nie udało się odzyskać jego akt z byłego NKWD. S.L.

Kazimierz Tenenbaum

Ur. w 1911 w Stuttgarcie, syn Eddy i Jana, „Kazik”. Po ekspulsji rodziców z Niemiec w związku z ich działalnością rewolucyjną rodzina przebywa w Paryżu, po wybuchu wojny – w Szwajcarii. Po 1919 wraz z rodzicami w Moskwie, od 1920 w Niemczech. Uczęszcza do znanej z wdrażania najnowszych reform nauczania szkoły Lichtwark w okolicach Hamburga. Aktywnie angażuje się w działalność polityczną w Komunistycznym Związku Młodzieży Niemiec, w 1929 wykluczony z KZMN za udział w „prawicowym odchyleniu”. Rozpoczyna studia na politechnice w Berlinie, w 1933 wraca do Moskwy, gdzie kończy studia i rozpoczyna pracę w fabryce jako inżynier. W 1936 aresztowany w związku z rzekomym uczestnictwem w prawicowej opozycji, osądzony w 1937 przez OSO (tzw. „Trójka” – „Osoboje Sowieszczanie”, jednostka policyjno-administracyjna) NKWD na 10 lat łagru. Umiera prawdopodobnie w czasie transportu na Daleki Wschód. Ani daty, ani okoliczności śmierci nie udało się ustalić. W.L.

Benno Hirszfeld

1888–1926, młodszy brat sióstr Hirszfeldówien. Od 1904 bardzo intensywnie współdziała w ramach SDKPiL przy drukowaniu i kolportowaniu różnych pism socjalistycznych, zwłaszcza w latach 1905–1907. Emigruje początkowo do Berlina, później do Paryża, wielokrotnie aresztowany. Podczas I wojny światowej i po jej zakończeniu przebywa we Francji, gdzie umiera. W 1905 R. Luksemburg wielokrotnie wspomina o nim w korespondencji z L. Tyszką. W maju 1905 pisze ona: „Mały brat Eddy ma świetny plan – pójść do nas na zecera. Będzie pod tym względem nieoceniony – doskonały konspirator, pracuje czisto, punktualnie i zuverlässig, oddany partii bez granic...” (R. Luksemburg, Listy do Leona Jogichesa – Tyszki, Książka i Wiedza, Warszawa 1968, t. 2, s. 347). 25 maja pisze o Benno: „Ten mały brat Eddy to złote chłopczysko, żyje tylko rewolucją (niestety auch in buchstäblichem Sinne, wskutek czego wygląda wie einausgeblasenes Ei)” (tamże, s. 358). W liście z 9 czerwca 1905 czytamy: „Szwagier (chodzi o Benno Hirszfelda) załatwia wszystko znakomicie, tak że ja się o nic nie troszczę; on też koresponduje wprost z Witoldem [Władysławem Feinsteinem] i Józefem [F. Dzierżyńskim] (...) z Niemcami, słowem ze wszystkich naszych dotychczasowych tu przedstawicieli jest to pierwszy jak się należy” (tamże, s. 391). S.L. i W.L.

Jenny Hirszfeld

1880–1942 (?), jedyna z sióstr Hirszfeldówien niezaangażowana politycznie. Zginęła w getcie Litzmannstadt, jak brzmiała niemiecka nazwa Łodzi w latach okupacji 1940–1945.

Artur Hirszfeld

1890–1937, najmłodsze dziecko Miny i Karla Hirszfeldów, znany jako Artur Staszewski lub Wierchowski. Od 1905–1906 uczestniczy w ruchu rewolucyjnym. Członek SDKPiL, dwukrotnie aresztowany. W 1908 w Paryżu pracuje w futrzarstwie (później autor książki o obróbce futer). W latach 1909–1917 w Londynie. Od 1918 w Rosji Radzieckiej, od maja 1918 roku członek RKP(b). Kończy szkołę wojskową Czerwonych Dowódców w Lefortowie pod Moskwą, później dowódca oddziału, komisarz brygady i dywizji, m.in. sprawuje funkcję szefa wywiadu na froncie zachodnim Armii Czerwonej oraz przedstawiciela frontu zachodniego w Rewolucyjnej Wojskowej Radzie Republiki Radzieckiej. Wielokrotnie odznaczony. W latach 1921–1925 w Berlinie, formalnie jako szef radzieckiego przedstawicielstwa handlowego, faktycznie wraz z S. Firinem i B. Bortnowskim kieruje radzieckim wywiadem na zachodnią Europę. W latach 1923–1924 działa również na rzecz tzw. aparatu M, czyli wojskowego aparatu niemieckiej partii komunistycznej KPD, w szczególności kierownictwa zajmującego się sprawami wojskowymi oraz komisji wojskowej KC KPD. To zadanie z polecenia Kominternu wykonuje jako współpracownik IV Zarządu Sztabu Armii Czerwonej (wywiad). W latach 1924–1925 członek zarządu radzieckiej floty handlowej, do 1935 na kierowniczych stanowiskach w komisariacie ludowym handlu zagranicznego, gdzie daje się poznać jako wybitny organizator. Tworzy od podstaw m.in. przemysł futrzarski, wraz z hodowlą zwierząt futerkowych, i przekształca go w jedną z ważnych branż eksportowych radzieckiej gospodarki. Organizator i prezes „Torgsinu”, pierwowzoru późniejszej „Bieriozki” i polskiego Pewexu. W latach 1936–1937 przedstawiciel handlowy ZSRR w Hiszpanii, organizuje dostawy broni dla armii republikańskiej. W czerwcu 1937 odwołany do ZSRR, aresztowany 8 czerwca 1937 po przekroczeniu granicy, 21 sierpnia osądzony na karę śmierci i rozstrzelany tego samego dnia. Jego żona Regina, Francuzka, tłumaczka, aresztowana w 1937, przebywała w łagrze do 1946. Córka Charlotte, studentka, po aresztowaniu rodziców w 1937 w Moskwie popełniła samobójstwo. Artur Staszewski został oficjalnie zrehabilitowany w 1956. W.L.

Anna Dobranicka

1882–1939, z domu Hirszfeld, młodsza siostra Eddy, nazywana Jettchen, przeniosła się za nią do Łodzi przypuszczalnie w 1900. Od 1902 w SDKPiL, angażowała się szczególnie w zabezpieczanie technicznej strony pracy partyjnej. W 1904 wychodzi za mąż za Mieczysława Dobranickiego, również działacza SDKPiL. Aktywnie uczestniczy w rewolucji 1905–1907, aresztowana. Po wyjściu na wolność w 1908 emigruje początkowo do Niemiec, potem do Paryża. Po rewolucji październikowej przebywa w Piotrogradzie, a następnie w Moskwie jako lektorka języka niemieckiego na kilku wyższych uczelniach. W latach 1924–1926 wraz z mężem, konsulem generalnym ZSRR, mieszka w Hamburgu. Po powrocie do Związku Radzieckiego wykłada na germanistyce. Solidne wykształcenie literackie przyczynia się do powstania w jej domu miejsca spotkań pisarzy (m.in. Boris Ławrieniow, Korniej Czukowski), malarzy (Jewgienij Lanceray) czy tancerzy (Asach Meserer). Szeroko znana i lubiana ze względu na urok i gościnność. Aresztowana w 1937 razem z synem Kazimierzem, skazana na zesłanie do łagru, zmarła tam prawdopodobnie w 1939. S.L.

Kazimierz Dobranicki

1907–1938 (?), syn Anny i Mieczysława Dobranickich, filolog ze zdolnościami literackimi, wraz z rodzicami w 1937 aresztowany, osądzony i zaginiony. S.L.

Paula Margolis

1883–1952, z domu Hirszfeld. W wieku 18 lat wyjeżdża z Mitawy i udaje się do Wiednia, gdzie pracuje w fabryce włókienniczej. Po odwiedzinach u siostry Eddy aresztowana przy przekraczaniu granicy rosyjskiej i z powodu przewożenia nielegalnej literatury rewolucyjnej zesłana na Syberię.

Artur Hirszfeld-Staszewski

Anna Dobranicka „Jettchen”

Emanuel Margolis

W 1907 powraca do Łodzi. Od 1909 w Moskwie z mężem Mojsiejem Margolisem, inżynierem chemikiem, który w 1920 zostaje zamordowany przez bandytów na ulicy w Moskwie w celach rabunkowych. Sama utrzymuje troje dzieci, pracując jako nauczycielka języka niemieckiego i bibliotekarka. W latach 1922–1924 w Berlinie, pracuje w radzieckim przedstawicielstwie handlowym. Wraca do Moskwy w 1932 i pozostaje tam do śmierci. S.L.

Emanuel Margolis

1908–1992, przyjaciele nazywali go Enia. Kończy w Niemczech szkołę prowadzoną według najnowszych ówczesnych zasad amerykańskich reform szkolnych. W 1927 rozpoczyna studiowanie chemii na Politechnice Berlińskiej, aktywny członek KZM Niemiec. W 1932 wraca do Moskwy, w 1937 kończy studia, do 1939 pracuje jako inżynier chemik w Erewanie (Armenia). Żeni się w 1935 z niemiecką komunistką Reginą Czorą, mają dwoje dzieci. Od 1941 zajmuje się tłumaczeniami. W latach 1948–1953 pracuje w redakcji pisma „Za trwały pokój” w Bukareszcie. Przetłumaczył, po części wraz z żoną Reginą, wiele książek z niemieckiego na rosyjski i z rosyjskiego na niemiecki. S.L.

Lili Leder

1885–1961, z domu Hirszfeld. W wieku 16 lat (w 1902) przenosi się za swoimi starszymi siostrami Eddą, Jenny i Anną (Jettchen) do Łodzi, pracuje tam jako panna do dziecka w rodzinie znanego łódzkiego lekarza, posła do Dumy, Maksyma Bomasza. W 1903 wstępuje do SDKPiL, w 1904 zostaje aresztowana i skazana na zesłanie. Ucieka z zesłania, bierze aktywny udział w rewolucji 1905–1906 w Łodzi i w Warszawie. Wchodzi w skład zarządu SDKPiL dzielnicy Targowej oraz dzielnicy Staromiejskiej w Łodzi. Od 1907 przebywa w Berlinie, gdzie wiąże się na stałe z Władysławem Lederem. W następnych latach mieszka wraz z nim w Paryżu, w Szwajcarii, w 1919 wraca z nim do Polski. Tutaj pracuje jako nauczycielka języka niemieckiego i tłumaczka. Przekłada na język niemiecki m.in. prace Andrzeja Struga. W latach 1922–1923 dla berlińskiego wydawnictwa Malik-Verlag tłumaczy z rosyjskiego wspomnienia Wiery Figner, których pierwsze wydanie ukazuje się w 1926 pt. Nacht über Rußland („Noc nad Rosją”) – książka ta, która wyszła w Niemczech w kilku wydaniach (ostatnie, jak na razie, w 1985), wywarła znaczny wpływ na uświadomienie sobie przez niemiecką opinię publiczną warunków panujących w XIX w. w carskiej Rosji i źródeł rozwijającego się tam ruchu rewolucyjnego i tym samym przyczyniła się do zrozumienia w Niemczech uwarunkowań i nieuchronności walki z caratem. W 1924 razem z Władysławem Lederem przenosi się do Moskwy, gdzie pracuje głównie jako nauczycielka języka niemieckiego. Po aresztowaniu męża w 1937 nadal przebywa w Moskwie wraz z synami, gdzie utrzymuje się z lekcji języka niemieckiego. Podczas wojny w 1941 ewakuuje się na Ural do Czkałowa (Orenburga). W 1944 wraca do Moskwy, w 1946 wraca do Warszawy za synami służącymi w wojsku polskim i pozostaje tam do śmierci. S.L.

Róża Feinstein

1855(?) –1945, z domu Liwszyc, żona Ludwika Feinsteina, ze zasymilowanej rodziny żydowskiej ze wschodniej Polski. Gruntownie wykształcona, znała trzy języki: rosyjski, polski i niemiecki, którym posługiwała się bez obcego akcentu. Fascynowała ją niemiecka kultura, w której doskonale się orientowała. Bardzo oczytana. W tym duchu, z nastawieniem przede wszystkim na kulturę niemiecką, starała się wychowywać i wpływać na pięcioro swoich dzieci. Podczas rewolucji 1905 wraz z córkami brała udział w demonstracjach ulicznych, o czym wspomina R. Luksemburg w korespondencji z Leonem Tyszko. S.L.

Sabina Feinstein-Marczak

1875–1964, córka Róży i Ludwika Feinsteinów, siostra Michaliny Feinstein i Władysława Feinsteina-Ledera. Gdy ukończyła szkołę dla dziewcząt i zmarł jej ojciec, egzystencja rodziny opierała się na jej pracy. Wcześnie zaangażowała się w działalność rewolucyjną w środowisku SDKPiL; wykonuje liczne zadania partyjne, nie wstępując do partii ze względu na konieczność pracy zarobkowej. Ściśle, również osobiście, związana z kręgiem działaczy partyjnych, wśród nich z R. Luksemburg i Benedyktem Gurcmanem, który umiera wcześnie na zesłaniu. Po jego śmierci łączą ją silne więzi osobiste z F. Dzierżyńskim (zachowała się obszerna korespondencja Dzierżyńskiego do niej z okresu 1905–1913). Wspomaga więźniów politycznych, pisze korespondencje dla prasy partyjnej. Przez wiele lat pracuje początkowo w znanej kancelarii adwokackiej, później w magistracie miasta Warszawy, a następnie, do 1943, w zarządzie Tomaszowskiej Fabryki Sztucznego Jedwabiu. W czasie okupacji niemieckiej żyje i działa w Warszawie na podstawie fałszywych papierów na nazwisko Marczak. Po wyzwoleniu Polski zatrudniona (m.in. ze względu na doskonałą znajomość pięciu języków) w MSZ, przez pewien czas w Konsulacie RP w Sztokholmie. Pozostawiła wspomnienia, w szczególności z lat okupacji niemieckiej. Wśród wielu ocen jej osobowości znalazła się taka wypowiedź: „Wiem, że w czasie wojny dla wielu ludzi byłaś aniołem stróżem i dokonałaś dzięki Twojej inicjatywie, Twojemu szlachetnemu sercu wiele dobrego (...). Byłaś pociechą dla wielu ludzi (...) również dlatego, że byłaś jedną z tych, których się rzadko spotyka; z Twoją energią i niezłomną siłą życia potrafiłaś dodać im otuchy”. S.L.

Michalina Feinstein

1878–1909, pseudonim partyjny „Zofia”. Już jako uczennica uczestniczy w politycznych kółkach samokształceniowych. Po ukończeniu szkoły jako pierwsza z rodzeństwa Feinsteinów przystępuje w 1901 do SDKPiL i zostaje „zawodową rewolucjonistką”. Mimo ciężkiej choroby (gruźlica) aktywnie i energicznie działa na kierowniczych stanowiskach w warszawskiej organizacji SDKPiL, przede wszystkim w środowisku robotniczym, na polu oświaty politycznej. Kolportuje prasę partyjną, utrzymuje ścisłą więź z Komitetem Zagranicznym partii, przy czym po aresztowaniu brata, Władysława, członka Zarządu Głównego SDKPiL, zabezpiecza kontakt między nim a Zarządem Krajowym SDKPiL. W czasie rewolucji 1905 aresztowana. Podczas próby ucieczki w czasie najścia żandarmów na nielegalne spotkanie w jej mieszkaniu sznur, na którym próbuje spuścić się z okna na ulicę, zrywa się, a ona po upadku na bruk zostaje poważnie ranna i kuleje do końca życia. Po prawie roku więzienia emigruje, początkowo do Krakowa, w czerwcu 1907 do Berlina. Tam nadal aktywnie działa, początkowo w Sekcji Zagranicznej SDKPiL jako jej sekretarz. Bierze udział w zjeździe partii w Pradze w 1908. W październiku 1909 pod wpływem ciężkiej choroby i nieszczęśliwego życia osobistego popełnia samobójstwo. Przed zażyciem cyjanku Michalina (dla bliskich Micia) pisze kilka słów do matki i do ojca, pozostawia również oddzielną kartkę do siostry: „Nie męcz się. Żyj spokojnie, bo nie chcę, by myśl o mnie zatruwała. To moja prośba, wielka prośba. Zrób J.[2] szczęśliwym, bądź nią sama. Żegnaj, całuję, droga, droga”.

Sabina Feinstein-Marczak

Michalina Feinstein

W nekrologu R. Luksemburg pisze: „W zmarłej straciliśmy jedną z najbardziej czystych postaci naszego ruchu (...) Kogo nie uderzała siła, bijąca od tej wątłej, pochylonej, na wpół złamanej postaci (...) Ta słaba, fizycznie złamana, osobiście bardzo nieszczęśliwa kobieta miała w sobie coś z bohaterki, gdy chodziło o najświętszą, ukochaną przez nią sprawę robotniczą (...) Miała w sobie ofiarność i zdolność znoszenia mąk pierwotnej chrześcijanki połączoną z siłą, wytrwałością nowożytnego ewolucjonisty-socjalisty (...) Gdy widziała, że nic już życiu dać nie może, skończyła z sobą, cicho, spokojnie, z tą prostą siłą, jaka ją zawsze cechowała (...) Tuż przed śmiercią pamięta jeszcze o ukochanej idei, o cierpiących towarzyszach, ostatnie swe słowa do nich kieruje...” („Czerwony Sztandar”, nr 173, 1910, s. 4). W.L.

Stefan Leder

1919–2003, ur. w Warszawie, w latach 20. przebywa wraz z rodziną w Polsce, Niemczech i w Związku Radzieckim. Przez rodzinę ściśle związany z ruchem robotniczym. Studiuje w Moskwie medycynę, w 1941 jako ochotnik bierze udział w pracach fortyfikacyjnych pod Moskwą. Wraz z innymi emigrantami politycznymi w październiku 1941, kiedy wojska niemieckie podchodzą pod Moskwę, zostaje ewakuowany na Ural do miasta Czkałow (Orenburg), gdzie kontynuuje studia medyczne w ewakuowanym z Charkowa Instytucie Medycyny. Po ukończeniu studiów lekarz Armii Czerwonej, w 1943 przechodzi do utworzonego na terenie Związku Radzieckiego 1. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych. Po zakończeniu wojny wraz ze swoim pułkiem pozostaje na Pomorzu w Gryficach, następnie przeniesiony do Warszawy, gdzie pracuje jako internista w szpitalu KBW. W późniejszym okresie, po 1952 zmienia specjalizację na psychiatrię. Pracuje początkowo w Tworkach, później w Instytucie Psychoneurologicznym w Warszawie. Tworzy tam Klinikę Nerwic i kieruje nią 30 lat. Tworzy i wprowadza w Polsce psychoterapię, działa jednocześnie w licznych organizacjach, m.in. w międzynarodowym stowarzyszeniu „Lekarze przeciw wojnie atomowej”. Przez wiele lat jest zastępcą prezesa Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i przewodniczącym Sekcji Psychoterapii. Równocześnie aktywnie uczestniczy w pracach Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Zdrowia Psychicznego, w którym przez wiele lat zajmuje się tematami tabu w stosunkach polsko-niemieckich. Po przejściu na emeryturę prowadzi nadal aktywną działalność jako lekarz i psychoterapeuta, uczestnicząc w licznych kongresach, konferencjach, spotkaniach i seminariach. W czasie jednej z konferencji politycznych, poświęconej przyszłości lewicy w zjednoczonej Europie, umiera nagle.

Stefan Leder

Ewa Lipińska-Leder i Andrzej Leder

Najmłodsze pokolenie Lederów – Andrzej, Justyna i Martynka

Ewa Lipińska-Leder z d. Lipszyc – opowieść o mojej Matce

Ur. 1919. Moja mama Ewa Lipińska – Chawełe Lipszyc – przyszła na świat 20 listopada w Łodzi. Matka jej, Felicja, nie kochała swego męża, Adama. Odeszła od niego, kiedy Chawełe miała 6 miesięcy. Trzeba przyznać, że moja babka była bezinteresowna. Mogła ułożyć sobie życie z mężem, odeszła jednak w skrajną biedę, do jakiejś przybudówki, której użyczyła jej rodzina. Wstawała przed świtem i szła do fabryki, a czarnooka dziewczynka zostawała pod opieką chorego na gruźlicę dziadka. Niedostatecznie pilnowana, pamięta na przykład, że gdy miała 3 lata, przez szparę pomiędzy deskami parkanu otaczającego jakąś stajnię za kostkę u nogi chwycił ją pies. To jedno z najwcześniejszych wspomnień Ewy. O babce Felicji wiem jeszcze tyle, że czytywała swojej kilkuletniej córeczce drukowane w lokalnej żydowskiej gazecie relacje z pogromów towarzyszących wojnie domowej na Ukrainie. A także, że kiedy kilkunastoletnia Ewa została już komunistką, jej matka pytała z niepokojem, co będzie, jeśli okaże się jednak, że Pan Bóg istnieje. Czy w zaświatach nie będą oddzielone od siebie. Kochała ją, ale była to miłość smutna, a może nawet rozpaczliwa. Moja babka Felicja zmarła w łódzkim getcie w 1942.

Chawełe od dawna z nią nie mieszkała. Kiedy miała 5 lat, jej ojciec upomniał się – na szczęście dla tej opowieści i dla mnie, jej autora – o swoje dziecko. Upomniał się bardzo bezpośrednio, to znaczy przyszedł pewnego dnia, zaprowadził do cukierni, kupił ciastko, a następnie zabrał do domu. Od tego czasu Ewa mieszkała z rodziną ojca; opiekuńczą macochą, która nazywała się Estera Lipińska, starszą siostrą Marią, a także trzema braćmi, z tego jednym – młodszym. Ten młodszy nazywał się Edek. Podejrzewam, że pięcioletnia dziewczynka była oczkiem w głowie ojca. Dowodem na to mogą być opowieści, w których to ona dostaje kawałek mięsa wyłowiony ze świątecznego rosołu. Dziadek Adam prowadził interesy tekstylne na skalę bardzo lokalną i bez większych sukcesów. Kiedyś, pewnie w latach 30., czytał gazetę opowiadającą o sukcesach nazistów w Niemczech. Żona zaś ciosała mu kołki na głowie w kwestii jakichś długów czy wspólników. Zwiesił wtedy bezradnie ręce i powiedział: „Czym ty się tak żołądkujesz, przecież nas wszystkich niedługo wcale nie będzie...” Miał rację, on i najmłodszy syn zmarli w getcie, a starsi synowie i żona – w Auschwitz.

Mała Ewa dość dużo chorowała, musiała zostawać w domu, więc początkowo nie była najlepszą uczennicą polskiej szkoły powszechnej. Ale w pewnym momencie, mniej więcej w piątym oddziale, czytanie wypełniło jej świat. Stała się prymuską. Musiała też ładnie pisać, za jej wypracowanie z okazji Święta Niepodległości szkoła bowiem dostała nagrodę Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego z własnoręcznie podpisanym listem.

Nie zmieniło to faktu, że idąc śladem starszej siostry, Marii, która zaangażowała się w ruch robotniczy, Ewa szybko znalazła się w Pionierze – komunistycznej organizacji młodzieżowej. Po szkole podstawowej nie mogła się uczyć – nie było na to pieniędzy – zaczęła więc pracować i w warsztacie krawieckim poznała komunistki. Jak twierdziła jej przyjaciółka z tamtych lat Maryla Różycka, nazywano ją „piękna Ewa”. Nie korzystała ze swojej urody, raczej ze śmiertelną powagą, która zresztą cechowała ją całe życie, angażowała się w działalność polityczną. Jak w wierszach z PRL-owskich akademii szkolnych szyła czerwone sztandary ze wsyp na poduszki, organizowała strajki szwaczek w krawieckich manufakturach, a w końcu, po jakiejś manifestacji, została zatrzymana przez policję i pobita na komisariacie. Nic dziwnego, że rodzice bali się o nią. A ponieważ – by uchronić się przed aresztowaniem – Maria już kilka lat wcześniej wyjechała do Francji i wyszła tam za mąż, rodzina uradziła, żeby Ewa poszła w jej ślady. Na Boże Narodzenie 1937 r., gdy miała 17 lat, wsiadła sama do pociągu i pojechała przez hitlerowskie Niemcy do Paryża. Rodziców ani braci nie zobaczyła już nigdy więcej, ale wyjazd uratował jej życie.

Dlaczego ci wszyscy ludzie angażowali się w komunizm? Właściwie o tym jest ta książka. Ale droga Chawełe była inna niż większości bohaterów tej opowieści. Ona wyrosła z prawdziwej nędzy. Mówi, że dusiła się, patrząc na los ludzi w Łodzi, szczególnie na los kobiet z biednych rodzin żydowskich, kobiet, które nie mając pieniędzy na posag, spędzały życie samotnie, zamknięte w ciasnocie przepełnionych kamienic i jeszcze bardziej przerażającej ciasnocie myśli i obyczaju. Do dziś została jej niechęć do tradycyjnego judaizmu, który to wszystko sankcjonował. Ona chciała z tego świata wyjść, a komunizm obiecywał uwolnienie. Komunizm i nauka, wykształcenie.

We Francji początkowo mieszkała z rodziną, pracowała to tu, to tam – oczywiście nielegalnie – ale przede wszystkim chciała się uczyć. Jej marzeniem były studia medyczne, ale to nie było realne. W dzień szyła więc w warsztacie krawieckim, a wieczorami uczęszczała na wykłady z matematyki i chemii uniwersytetu wieczorowego Arts et Métiers. Tam pewien profesor skierował jej uwagę na przemysł spożywczy. Po kłótniach ze szwagrem wyniosła się od siostry i zamieszkała sama. Miała urodę i dziecięcą prawość – cechuje ją ona do dziś – co zjednywało jej ludzi. Trudno wymienić wszystkich, którzy jej pomogli w tym okresie: przyjaciele z komunizujących kręgów emigracyjnych, żydowscy przybysze z Polski, Francuzi. Dzięki pomocy materialnej tych ostatnich, małżeństwa Bonnerotów, mogła studiować biochemię mleczarską, wpierw w Institut Agronomique w Paryżu, a potem na Wydziale Rolniczym Instytutu Chemii Przemysłowej w Caen, w Normandii. Tam odwiedzał też Ewę pierwszy mężczyzna jej życia, poznany jeszcze w Paryżu przybysz z Polski, Paweł Hanower. Tam też po raz pierwszy zobaczyła zwycięską armię Hitlera. Opowiada, że kiedy stojąc przy szosie, przyglądała się przejeżdżającym szeregom ciężarówek pełnych jasnowłosych żołnierzy, myślała z obawą, ile siły trzeba będzie, żeby ich pokonać.

W pierwszym okresie wojny kończyła – znów dzięki pomocy ludzi, którzy otoczyli ją opieką, chroniąc przed Niemcami – studia w Caen, potem znalazła się z siostrą i trójką jej dzieci w małej wiosce Favrolle, gdzie ukrył je szwagier Raymond. Po wyzwoleniu Francji przez Amerykanów wróciła do Paryża, by w grudniu 1945 r. pojechać do Polski.

Z dzisiejszej perspektywy, w której jest Jedwabne, pogrom kielecki i marzec ’68, nie mówiąc o katowniach UB, trudno zrozumieć tę decyzję. Ale Ewa twierdzi, że wówczas wyglądało to inaczej. Chciała wrócić, żeby realizować sen swojej młodości – socjalizm, ustrój sprawiedliwości społecznej. Miała wiedzę uzyskaną na studiach i chciała się nią dzielić. Nikt wtedy nie wiedział, co się w Polsce naprawdę działo w okresie okupacji i tuż po niej. W opowieści powracających z łagrów nie wierzyła, uważała je za propagandę. A poza tym, jak mówi, tęskniła do chrzęszczącego na mrozie śniegu.

W Polsce wpierw mieszkała w Łodzi, a potem w Warszawie. Od razu zaczęła pracować w przemyśle mleczarskim, organizując pierwsze po wojnie laboratoria, a potem Instytut Przemysłu Mleczarskiego. Dużo jeździła po wsiach i małych miasteczkach, jakby nie zdając sobie sprawy, że dla Żydówki i komunistki to śmiertelne niebezpieczeństwo. Raz zresztą, w 1945 r., jechała z jakimś spółdzielcą na motorze przez Bory Tucholskie i zatrzymali ich „leśni”. Legitymację spółdzielczą miała schowaną w bucie, więc nic jej się nie stało. Była sama do sylwestra 1946 r. U przyjaciół spotkała Witolda, głównego narratora tej książki, i zakochała się w nim. Od tego czasu są razem. Ale to „bycie razem” długo się zaczynało. Witold służący w wywiadzie wojskowym w ogóle nie miał zamiaru mocno się wiązać. A Ewa bardzo tego chciała. Zaszła wtedy w ciążę (okazała się pozamaciczna).

W 1952 r., w trakcie urlopu w Zakopanem, obydwoje z Witoldem zostali zatrzymani przez Informację Wojskową. Przewiezieni do Warszawy byli więzieni na Chałubińskiego. Ewę pół roku przesłuchiwano, szukając dowodów przeciw Witoldowi. Koszmar Informacji to była dla niej sytuacja, w której ją, brudną i upokorzoną, dręczył wymuskany śledczy, niejaki Kulak. Skądinąd, jak mówi o nim dzisiaj, robotniczy syn Polaków z Francji, sadysta, który kilka kobiet doprowadził do szaleństwa. Choć, trzeba przyznać, nie torturował, jeśli nie jest torturą 16 godzin na stołku bez oparcia.

Ewę wypuszczono. Ważyła 46 kilogramów. Próbowała żyć, czekając na wiadomości o Witoldzie, stale niepewna, czy już go rozstrzelano, czy jeszcze nie, otoczona ludźmi, którzy bali się jakiegokolwiek kontaktu z nią. Trzymała się blisko brata Witolda, Stefana, ich matki, a także tych nielicznych, którzy mimo wszystko przełamywali strach. Ale stale nosiła przy sobie fiolkę z trucizną.

W 1953 r. zmarł Józef Stalin. Witolda wypuszczono z więzienia niedługo później. A w 1956 zaczęła się „odwilż”, w którą obydwoje byli głęboko zaangażowani. Myślę, że był to dla nich najlepszy czas, ich czas nadziei. Ewa była już głęboko zżyta z rodziną Witolda, zajmowała się jego matką Lili, która w chorobie nie była wcale łatwa. A w 1960 r. urodziła dziecko, mnie, Andrzeja. W tej rodzinie to ona tak naprawdę chciała, żebym przyszedł na świat. Inni zajęci byli zmienianiem, a właściwie komentowaniem świata. Była więc matką i jednocześnie naukowcem. Kiedy byłem całkiem mały, zrobiła doktorat, potem, kiedy byłem nastolatkiem – habilitację. Prowadziła w miarę nowatorskie badania, była jedną z pierwszych osób, które odkryły powszechne dziś dodawanie probiotyków, bakterii, do jogurtów. Zawsze wyglądała na bardzo zdziwioną tym, że jest profesorem.

W 1968 r., kiedy zbliżało się zebranie, na którym moczarowcy przygotowywali rozprawę z Żydami, jej szef w Instytucie Przemysłu Mleczarskiego, Wacław Sołtys, zapytał, czy nie ma niczego do załatwienia poza Warszawą. Miała. Wyjechała na kilka dni do Iławy. Więcej jej nie atakowano. Mówiła, że wyjedzie, jeśli ktoś skrzywdzi jej dziecko. Ale mnie też nikt wtedy nie zaatakował.

W 1980 r. zapisała się do „Solidarności”. W ogóle nie widziała sprzeczności pomiędzy swoją komunistyczną tożsamością a zaangażowaniem w ten ruch. W stanie wojennym wyrzucono ją z pracy. Poszła na emeryturę, ale jeszcze pisała ekspertyzy, m.in. dla Prymasowskiego Komitetu ds. Rolnictwa. Bała się wtedy okropnie, że mnie aresztują za działalność opozycyjną. Nie aresztowali. Przyszła wolność.

Dziś ma 84 lata. Nie widzi i słabo słyszy, ale zachowała pełną jasność umysłu. Jej wielką radością jest wnuczka Martyna. Straciła wiarę. Czasem, jakby tłumacząc się z tego trochę, nuci mi piosenkę z dzieciństwa w prawie umarłym języku jidysz:

Sol sein (d) as ich bau in der luft meine Schloesser

Sol sein as main Gott is in ganzen nicht du

Im treu ist mir gut, im treu ist mir besser

Im treu ist mein Himmel bluer wie blu.

Co po polsku znaczy:

Może buduję zamki w powietrzu

I może mego Boga wcale nie ma tu

W nadziei jest mi dobrze, w nadziei jest mi lżej

Dzięki niej moje niebo błękitem bardziej lśni. A.L.

Władysław Feinstein Leder – droga życia

1880–1938, pseudonimy: Z. Leder, W.L-r, W. Lada, W. Władysławski, Witold, Zły, W.W., W.N., Z(dzisław).

W historii naszej rodziny ojciec odgrywa centralną rolę. Odpowiada to pozycji, jaką rzeczywiście zajmował zarówno w naszym życiu, jak też w polskim ruchu robotniczym przed I wojną światową, a także w jego działalności w Niemczech i w Związku Radzieckim oraz znaczeniu całego jego dorobku politycznego i publicystycznego.

Urodził się jako najmłodsze dziecko Ludwika i Róży Feinsteinów w Warszawie. Rodzice pochodzili z drobnomieszczańskich, w znacznej mierze zasymilowanych rodzin żydowskich. Władysław dorastał w dobrych warunkach materialnych, które jednak w 1890 r. gwałtownie się pogorszyły, tak że starsze dzieci musiały wspierać rodzinny budżet, udzielając korepetycji. Dotyczyło to również Władysława, który uczęszczał do II Rosyjskiej Szkoły Realnej i szybko żywym umysłem oraz niemal encyklopedyczną wiedzą, przede wszystkim w dziedzinie historii, ale również matematyki, zwrócił na siebie uwagę nauczycieli.

Czytał wiele i intensywnie. Szczególnym upodobaniem darzył biografie bohaterów starożytności, ale również literaturę polską (zwłaszcza Juliusza Słowackiego), która budziła patriotyczne uczucia i zaangażowanie. Przykładem jego młodzieńczego nastawienia jest bardzo wczesne eksperymentowanie z własną siłą woli oraz badanie i wzmacnianie odporności, ambicji i samodzielnego myślenia. Znajdowało to wyraz również w udziale w kółkach samokształceniowych, gdzie podejmowano tematy związane z historią Polski, których władze carskie w dążeniu do rusyfikacji ludności polskiej nie dopuszczały do oficjalnych programów nauczania. Nielegalne spotkania młodzieży rozpoczynały się z reguły referatami członków na temat zakazanych książek czy broszur.

Po zakończeniu nauki w szkole Władysław rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, jednocześnie aktywnie uczestnicząc w kołach studenckich, które stawiały sobie za zadanie propagowanie idei socjalistycznych wśród robotników. W 1902 r. nawiązał kontakty z SDKPiL i zaczął kolportować literaturę marksistowską. W tym samym roku został relegowany z uczelni na okres dwunastu miesięcy za odmowę posługiwania się językiem rosyjskim w kancelarii Politechniki. W tym okresie prowadził ożywioną działalność agitacyjną i organizacyjną. Za udział w manifestacjach majowych w 1903 r. został po raz pierwszy aresztowany; zwolniony po miesiącu przerwał studia i od sierpnia 1903 r. działał jako zawodowy rewolucjonista – członek Komitetu Warszawskiego SDKPiL – pod psudonimami „Zdzisław” i „Zły”.

W tymże 1903 r. zorganizował konferencję warszawskiego aktywu partyjnego, ale już w lutym 1904 r. kierownictwo partii wysłało go do zaboru austriackiego, do Krakowa, ponieważ w Warszawie obejmował go już nadzór policji. W Galicji rozpoczął działalność jako sekretarz Biura Zagranicznego SDKPiL i członek redakcji pism partyjnych „Czerwony Sztandar” i „Z pola walki”. Tam też miała początek jego ścisła współpraca z L. Tyszką-Jogichesem, jednym z przywódców SDKPiL. Odpowiadał za kontakty ze wszystkimi miejscowymi organizacjami, szczególnie z F. Dzierżyńskim, który działał na terenie Warszawy. Ponadto zajmował się rozpowszechnianiem socjalistycznej literatury w Kongresówce, m.in. licznych proklamacji i odezw. W toku tej działalności i w związku z wyjazdami do Kongresówki nawiązał bliższą współpracę z R. Luksemburg, L. Tyszką, J. Marchlewskim, F. Dzierżyńskim, A. Warskim i innymi działaczami kierownictwa SDKPiL. Był m.in. współorganizatorem nielegalnej drukarni SDKPiL w Warszawie na Woli, wsławionej później zbrojnym oporem prowadzonym przez Marcina Kasprzaka. W czasie śledztwa w tej sprawie był więziony, najpierw na Pawiaku, później w X Pawilonie Cytadeli, skąd 16 grudnia 1904 r. w wyniku długotrwałej głodówki zwolniono go za kaucją pod specjalny nadzór policji. Po dwóch miesiącach aktywnej działalności w warszawskim kierownictwie partii powrócił do poprzedniego miejsca pracy w Krakowie. W tym czasie prowadził również intensywną działalność publicystyczną jako autor licznych dokumentów partyjnych i prawie wszystkich proklamacji wysoko cenionych przez R. Luksemburg.

Za zgodą Zarządu Głównego SDKPiL wrócił do Kongresówki, gdzie podczas rewolucji 1905–1906 r. prowadził energiczną działalność polityczną jako pełnomocnik centrali w licznych miastach (w Łodzi, Warszawie, na Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim, Częstochowie, Białymstoku). W ścisłej współpracy z Feliksem Dzierżyńskim występował na licznych zebraniach i konferencjach. Na tej podstawie zrodziła się bliska przyjaźń Dzierżyńskiego z rodziną Feinsteinów, zwłaszcza z Sabiną. W tym okresie był m.in. współorganizatorem styczniowo-lutowego strajku powszechnego. W końcu lutego 1905 r. przeniósł się znów do Krakowa, gdzie objął funkcję sekretarza Biura Zagranicznego SDKPiL, wydając m.in. poufne biuletyny informacyjne o działalności politycznej i organizacyjnej SDKPiL w Kongresówce. Wyrazem ścisłej współpracy naszego ojca z Dzierżyńskim były słowa w liście tego ostatniego z 28 listopada 1905 r.: „Kiedy poznałem Władka na podstawie jego korespondencji partyjnej, poczułem się z nim związany, chociaż go jeszcze osobiście nie poznałem. I dzisiaj czuję się z nim uczuciowo związany – kocham go”. Również później, kiedy w 1910 r. narastały między nimi różnice w poglądach politycznych, Dzierżyński pisał: „Najwięcej pracuje Władek. Spala się”. W grudniu 1905 r. nasz ojciec został aresztowany. Po kilku tygodniach zdołał uciec i kontynuował pracę.

W czerwcu 1906 r. został wydelegowany przez Zarząd Główny SDKPiL do Petersburga, by omówić z bolszewikami ich uczestnictwo w V Zjeździe SDKPiL w Zakopanem. Na Zjeździe tym (18–24 czerwca 1906) referował kilka punktów porządku dziennego, był współautorem uchwał oraz wszedł do wybranego tam Zarządu Głównego SDKPiL. W tym okresie pisał do Benedykta Gurcmana, kolegi i przyjaciela ze szkolnych czasów więzionego w Rosji za udział w oporze zbrojnym wraz z Kasprzakiem w drukarni na Woli: „Nie mam wątpliwości, że taktyka mniejszości jest czysto oportunistyczna. Wychodzi ona z fałszywej oceny roli proletariatu w rewolucji burżuazyjnej. Wyciągają z tego wniosek, że proletariat powinien dla burżuazji wyciągać kasztany z ognia. Gdyby ci marksiści wzięli na siebie trud nie tylko czytania Marksa, ale również zgłębienia ducha jego pism, to zrozumieliby, jak absurdalne są ich wnioski taktyczne...”

Władysław Feinstein w gimnazjum

Po powrocie do Warszawy skoncentrował się szczególnie na dwóch zadaniach: przygotowaniu V Zjazdu Partii, referatów i propozycji programowych na ten zjazd oraz na pisaniu broszury o Marcinie Kasprzaku (wydana z przedmową R. Luksemburg). W broszurze tej składa hołd rewolucjoniście straconemu we wrześniu 1905 r. na stokach warszawskiej Cytadeli. W toku dalszej nielegalnej działalności w Kongresówce został ponownie aresztowany w 1906 r. i osadzony w X Pawilonie Cytadeli, gdzie przebywał 17 miesięcy bez sądu w areszcie śledczym jako „jeden z przywódców SDKPiL”. W tym okresie był informowany o życiu partii w listach szmuglowanych głównie przez siostrę Sabinę. Ze względu na pogarszający się stan jego zdrowia Sabina Feinstein udała się do Petersburga, by ubiegać się, również w imieniu matki, o zwolnienie brata za kaucją. Kiedy się to udało, został skierowany w grudniu 1908 r. przez zarząd partii do Berlina, gdzie przez kilka lat wchodził w skład ścisłego kierownictwa SDKPiL i sprawował funkcję sekretarza Zarządu Głównego.