Czas na medytację - Christophe André - ebook

Czas na medytację ebook

Christophe André

3,9

Opis

Popraw jakość życia w prosty i łatwy sposób

Medytacja to droga do cichej rewolucji w twoim życiu: uczy, jak zwolnić, cieszyć się życiem, stawiać czoła codziennym trudnościom. Dzięki niej możesz odnaleźć wewnętrzny spokój i emocjonalną równowagę, o które coraz trudniej w dzisiejszym świecie.

Christophe André, znany francuski psychiatra i psychoterapeuta, na przykładzie własnych doświadczeń oraz potwierdzonych badań naukowych pokazuje, jak użytecznym i niosącym korzyści dla zdrowia psychicznego i fizycznego narzędziem może być medytacja. W prostych, jasnych słowach objaśnia jej tajniki. Tłumaczy również, czym jest praktyka, co ma do powiedzenia na jej temat nauka, z jakich tradycji się wywodzi, jakie są jej korzyści i ograniczenia. Pokazuje, jak zacząć i jak doskonalić jej technikę.

Ta książka przekaże Ci wszystko, co powinieneś wiedzieć o medytacji – znajdziesz tu zarówno wyjaśnienia teoretyczne, jak i praktyczne ćwiczenia, które już dziś możesz zacząć wprowadzać w życie, aby uczynić je lepszym.

Christophe André – francuski psychiatra i psychoterapeuta. W latach 1992–2018, w ramach uniwersyteckiej służby zdrowia psychicznego i terapeutów, pracował w szpitalu Sainte-Anne w Paryżu. Specjalizuje się w leczeniu zaburzeń lękowych i depresyjnych. Jest jednym z liderów terapii behawioralnych i poznawczych we Francji. Jako jeden z pierwszych wprowadził zastosowanie medytacji w psychoterapii. Jest autorem poradników i książek popularnonaukowych, m.in. „Życie wewnętrzne” czy „Trzy minuty medytacji”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




ŚPIĄCA KRÓ­LEWNA

Przed­mowa

ŚPIĄCA KRÓ­LEWNA

Pod koniec dwu­dzie­stego wieku medy­ta­cja była „śpiącą kró­lewną” – prak­ty­ko­wano ją tylko w ciszy i skry­to­ści klasz­to­rów lub w nie­wiel­kich krę­gach wta­jem­ni­czo­nych bądź zapa­leń­ców.

Dziś, na początku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, wszystko się zmie­niło: medy­ta­cja stała się mod­nym zja­wi­skiem i fak­tem spo­łecz­nym. Roz­wija się jaw­nie i otwar­cie, w szpi­ta­lach i szko­łach, w przed­się­bior­stwach oraz śro­do­wi­skach arty­stycz­nych i poli­tycz­nych.

Ta książka pozwoli wam odkryć, czym dokład­nie jest medy­ta­cja; dla­czego jej forma zwana „uważ­no­ścią” w tak krót­kim cza­sie pod­biła współ­cze­sny świat; co wie o niej nauka, a także z jakich tra­dy­cji się wywo­dzi; jakie są jej zalety i ogra­ni­cze­nia; i wresz­cie – oraz przede wszyst­kim – jak ją prak­ty­ko­wać.

Medy­ta­cja jest bowiem bar­dziej prak­tyką niż roz­pra­wia­niem. W trak­cie lek­tury napo­tka­cie zatem sie­dem­na­ście ćwi­czeń, które pozwolą wam oswoić się z tym nowym spo­so­bem bycia w świe­cie. Dołą­czona do książki płyta CD z medy­ta­cjami pro­wa­dzo­nymi (które może­cie także pobrać na kom­pu­ter lub smart­fon) pomoże wam wpi­sać tę prak­tykę w codzienne życie.

Po zba­da­niu tych ście­żek wyro­bi­cie sobie wła­sne, świa­dome zda­nie na temat medy­ta­cji. I mam nadzieję, że zasma­ku­je­cie rów­nież w jej prak­ty­ko­wa­niu…

1. Zro­zu­mieć medy­ta­cję

1

„Posłu­chaj, co można usły­szeć, kiedy nic nie sły­chać”.

PAUL VALÉRY, TEL QUEL

Zro­zu­mieć medy­ta­cję

Jest dar­mowe, nie powo­duje zanie­czysz­cze­nia, jest raczej łatwe – przy­naj­mniej pierw­sze kroki.

Jest dobre dla ciała i umy­słu, korzystne dla rów­no­wagi wewnętrz­nej i dla rela­cji z innymi ludźmi.

Pomaga pozbyć się lęku przed śmier­cią i lepiej sma­ko­wać życie.

Co to jest?

No jak to? To medy­ta­cja!

Sły­sząc te słowa, osoby, które boją się medy­ta­cji (ponie­waż oba­wiają się dziw­nych sek­ciar­skich histo­rii i mani­pu­la­tor­skich guru), i te, które ona iry­tuje (ponie­waż koja­rzy im się z modą dla hipi­sów i hip­ste­rów), krzy­wią się. Ale być może ta książka jest oka­zją, by zro­zu­mieć medy­ta­cję, roz­luź­nić się i – dla­czego by nie? – poświę­cić na nią tro­chę czasu…

Jak zde­fi­nio­wać medy­ta­cję?

Medy­ta­cję można zde­fi­nio­wać na tysiąc spo­so­bów, ale naj­pro­ściej – i być może naj­wła­ści­wiej – jest rozu­mieć ją jako tre­ning umy­słu. Tre­ning, który pomoże nam pie­lę­gno­wać takie zdol­no­ści psy­cho­lo­giczne jak uwaga, rów­no­waga emo­cjo­nalna, dystans, wewnętrzny spo­kój, kla­rowne widze­nie sie­bie i świata, tole­ran­cja, życz­li­wość…

Stwier­dzić, że medy­ta­cja jest tre­nin­giem umy­słu, to przy­znać, że sama wola nie wystar­czy, by się zmie­nić. Mamy świa­do­mość, że tak jest, jeśli cho­dzi o ciało, czę­sto jed­nak zapo­mi­namy o tym, gdy cho­dzi o umysł. Medy­ta­cja jest aktem pokory: dobrze wiemy, że nie można posta­no­wić z dnia na dzień, że będziemy bie­gać szyb­ciej czy dłu­żej, że nasze mię­śnie będą sil­niej­sze, a ciało bar­dziej gib­kie. Wiemy, że by to osią­gnąć, będziemy musieli ćwi­czyć: upra­wiać jog­ging, jogę, cho­dzić na siłow­nię. Tak samo jest w przy­padku naszego umy­słu: nie możemy z dnia na dzień zde­cy­do­wać, że będziemy mniej zestre­so­wani, spo­koj­niejsi, szla­chet­niejsi, uważ­niejsi, bar­dziej zdy­stan­so­wani i skon­cen­tro­wani… Jeśli chcemy zro­bić postępy w tych dzie­dzi­nach, będziemy rów­nież musieli pra­co­wać sys­te­ma­tycz­nie, zaak­cep­to­wać ideę „wycho­wa­nia men­tal­nego” na wzór wycho­wa­nia fizycz­nego. I tym wła­śnie jest medy­ta­cja: tre­nin­giem umy­słu.

Medy­ta­cja to akt pokory, lecz także akt śmia­ło­ści i kre­atyw­no­ści: tak, możemy się zmie­nić, nawet w sfe­rach, które wielu uznaje za trwałe, takich jak cechy cha­rak­teru czy oso­bo­wo­ści; tak, możemy prze­ciw­sta­wić się temu, co wydaje się prze­zna­cze­niem, napi­sa­nym przez naszą prze­szłość; tak, możemy uwol­nić się z wię­zień – nie­kiedy wygod­nych – naszych nawy­ków. Możemy zmo­dy­fi­ko­wać nasz spo­sób widze­nia świata i zamiesz­ki­wa­nia go, bez leków, bez implan­tów mózgo­wych, bez trans­hu­ma­ni­zmu… Medy­tu­jąc regu­lar­nie, możemy się zmie­nić. Możemy zba­dać funk­cjo­no­wa­nie naszego umy­słu, zaak­cep­to­wać jego nie­które ogra­ni­cze­nia, inne gra­nice prze­su­nąć, i wresz­cie pie­lę­gno­wać to, co pomaga nam stać się lep­szymi ludźmi.

Medy­ta­cja czy medy­ta­cje?

Medy­ta­cja nie jest tak naprawdę niczym nowym, nawet jeśli w tej chwili sta­nowi nie­za­prze­czal­nie przed­miot mody. To nawet stara histo­ria, ponie­waż medy­tuje się już od ponad dwóch i pół tysiąca lat, zarówno na Wscho­dzie, jak i na Zacho­dzie. Jed­nak dopiero od mniej wię­cej trzy­dzie­stu lat bada­nia naukowe potwier­dzają zalety medy­ta­cji, jej moc trans­for­ma­cji funk­cjo­no­wa­nia umy­słu oraz pły­nące z niej korzy­ści dla zdro­wia fizycz­nego i psy­chicz­nego.

Mówi się o MEDY­TA­CJI, powinno się jed­nak mówić o MEDY­TA­CJACH, tak liczne są jej formy. Japoń­ski zen czy prak­tyki tybe­tań­skie, ciche modli­twy ojców pustyni w chrze­ści­jań­stwie czy mura­qaba sufic­kich misty­ków – pra­wie wszyst­kie kul­tury roz­wi­jały i eks­plo­ro­wały wła­sne tra­dy­cje medy­ta­cyjne. Jed­nak to w bud­dy­zmie reflek­sje i prak­tyki były naj­bar­dziej pogłę­bione i usys­te­ma­ty­zo­wane, stąd czę­ste odwo­ła­nia do tego nurtu, nawet u świec­kich medy­tu­ją­cych.

Nie­mniej, kiedy dziś mówi się o MEDY­TA­CJI, bez uści­śla­nia, cho­dzi o uważ­ność…

Medy­ta­cja uważ­no­ści

Medy­ta­cja uważ­no­ści to współ­cze­sne sko­dy­fi­ko­wa­nie ogółu tech­nik wywo­dzą­cych się z bud­dyj­skiej tra­dy­cji vipas­sana. Tę nowo­cze­sną adap­ta­cję daw­nej prak­tyki zawdzię­czamy intu­icji i wizji pio­nier­skiego bada­cza, ame­ry­kań­skiego bio­loga Jona Kabata-Zinna, który prak­ty­ku­jąc w latach sie­dem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku zen i vipas­sanę, pojął, że korzy­ści z tego podej­ścia tra­fią do więk­szej liczby ludzi, jeśli ota­cza­jący je dys­kurs pozbę­dzie się odwo­łań do reli­gii bud­dyj­skiej i sta­nie się laicki. Opra­co­wał wów­czas uprosz­czony pro­to­kół nauki medy­ta­cji, przy­sto­so­wany do świata zachod­niego: medy­ta­cję uważ­no­ści (po angiel­sku mind­ful­ness)1.

Medy­ta­cja uważ­no­ści ma trzy główne cechy cha­rak­te­ry­styczne:

1) jest to metoda świecka,

2) jest łatwo dostępna i pro­sta do naucze­nia się,

3) jest potwier­dzona bada­niami nauko­wymi.

Te trzy punkty tłu­ma­czą jej ogromne powo­dze­nie w dzi­siej­szych cza­sach.

Na czym dokład­nie polega? Oto, co mówi na ten temat sam Jon Kabat-Zinn:

„Postron­nemu obser­wa­to­rowi może się to wydać co naj­mniej dziwne, jeśli nie sza­lone. Może mu się wyda­wać, że nic się nie dzieje. I w pew­nym sen­sie nie dzieje się nic. Ale jest to bar­dzo bogate i zło­żone nic. Ludzie, na któ­rych byś patrzył, nie zabi­jają czasu, marząc albo uci­na­jąc drzemkę. Nie widać, co robią, ale zapew­niam, że ciężko pra­cują. Ćwi­czą nic­nie­ro­bie­nie. Aktyw­nie dostra­jają się do każ­dej chwili, sta­ra­jąc się nie zasnąć i zacho­wać świa­do­mość każ­dej z tych chwil. Ćwi­czą uważną obec­ność. Można też powie­dzieć, że »ćwi­czą ist­nie­nie«. W końcu świa­do­mie prze­stają robić cokol­wiek i relak­sują się w teraź­niej­szo­ści, nie pró­bu­jąc jej niczym wypeł­niać. Świa­do­mie pozwa­lają, by ciało i umysł odpo­czy­wało w tej wła­śnie chwili, nie­za­leż­nie od tego, o czym myślą i jak czuje się ich orga­nizm. Dostra­jają się do pod­sta­wo­wych doświad­czeń życia. Po pro­stu są w danej chwili z całym dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza, nie pró­bu­jąc niczego zmie­niać”.

Jak widzi­cie, uważ­ność opiera się na bar­dzo pro­stej pod­sta­wie: bycia obec­nym w danej chwili i uświa­da­mia­nia sobie tego, co prze­ży­wamy, uświa­da­mia­nia sobie swo­jego doświad­cze­nia bez oce­nia­nia go, bez jego mody­fi­ko­wa­nia, przy­naj­mniej na początku…

Spró­bu­jemy razem?

ĆWI­CZE­NIE 1.

ZATRZY­MA­NIE I UŚWIA­DO­MIE­NIE

Prze­stań robić to, co wła­śnie robisz – żeby medy­to­wać, musimy porzu­cić wszyst­kie bie­żące dzia­ła­nia i dys­trak­cje.

Nie­za­leż­nie od tego, czy sie­dzisz, czy sto­isz, spró­buj łagod­nie się wypro­sto­wać, by przy­jąć pro­stą i wygodną pozy­cję, ale bez usztyw­nia­nia się.

Po pro­stu uświa­dom sobie tę chwilę, wszystko, co się w tym momen­cie dzieje.

Bądź świa­domy, że oddy­chasz… uświa­da­miaj sobie każdy wdech… każdy wydech…

Uświa­dom sobie dozna­nia w ciele… skąd­kol­wiek pocho­dzą… czym­kol­wiek są… czy są przy­jemne, czy nie­wy­godne…

Uświa­dom sobie dźwięki docho­dzące do two­ich uszu… skąd­kol­wiek pocho­dzą… czym­kol­wiek są… zarówno te, które ci się podo­bają, jak i te, które wzbu­dzają nie­chęć…

Uświa­dom sobie myśli prze­pły­wa­jące przez twój umysł… bez doko­ny­wa­nia selek­cji… bez wybie­ra­nia… bez odpy­cha­nia ich i bez ucze­pia­nia się… pozwól im po pro­stu prze­mi­jać… pozwól, by przy­cho­dziły i odcho­dziły, jak im się podoba…

Mnó­stwo się dzieje, w nas i wokół nas, prawda?

Uważ­ność to po pro­stu regu­larne poświę­ca­nie czasu na bada­nie tego wszyst­kiego! Bez chęci mody­fi­ko­wa­nia, oce­nia­nia, wyko­rzy­sty­wa­nia… W każ­dym razie nie natych­miast.

Naj­pierw obser­wo­wać… odczu­wać… dopu­ścić do sie­bie… pozwo­lić ist­nieć…

Jest taka tra­dy­cyjna mak­syma w prak­tyce medy­ta­cyj­nej, którą chęt­nie przy­po­mina się uczniom i adep­tom medy­ta­cji: „Nic nie trzeba robić, doni­kąd iść, nikim być”.

Nic nie robić? Doni­kąd iść? Nikim nie być? Jakże to zbija z tropu! Ale jakie jest cie­kawe!

Jed­nakże, jak zawsze, warto wyro­bić sobie wła­sne zda­nie. Naj­le­piej zatem, byście sami doświad­czyli, regu­lar­nie prze­sta­wia­jąc umysł na ten spo­sób bycia, na obec­ność uważną, lecz pozba­wioną ocze­ki­wań, ile dobrego może wam to przy­nieść i ile rze­czy można w ten spo­sób zro­zu­mieć.

Po co medy­to­wać?

Być może w tym momen­cie mówi­cie sobie: „Okej, bar­dzo to wszystko ładne, ale waści­wie w jakim celu mam medy­to­wać?”. Dobre pyta­nie, na które nauczy­ciele medy­ta­cji zwy­kle odpo­wia­dają: „Czy naprawdę w medy­ta­cji trzeba mieć jakiś cel?”. Spró­bujmy mimo wszystko roz­wi­nąć tę odpo­wiedź…

A zatem po co medy­to­wać? Po co poświę­cać swój cenny czas na sie­dze­nie z zamknię­tymi oczami? W końcu mamy w życiu mnó­stwo dużo pil­niej­szych spraw: praca, jedze­nie, kupo­wa­nie, porząd­ko­wa­nie, wyrzu­ca­nie, znów kupo­wa­nie, znów wyrzu­ca­nie… Potem, żeby odpo­cząć od tego wszyst­kiego, wpa­try­wa­nie się w ekrany, odpo­wia­da­nie na maile albo SMS-y, sie­dze­nie na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych… A także kocha­nie się, sen, marze­nia… Tak, wszystko to wydaje się o wiele pil­niej­sze i o wiele uży­tecz­niej­sze niż medy­to­wa­nie, to pewne.

Jeśli jed­nak zadamy sobie trud, by się nad tym zasta­no­wić, odkry­jemy, że ist­nieje mimo wszystko sporo moż­li­wych i prze­ko­nu­ją­cych odpo­wie­dzi na pyta­nie o sens medy­ta­cji. Odpo­wiedź pierw­sza: zosta­wia­jąc swoją wewnętrz­ność odło­giem, zaj­mu­jąc się wyłącz­nie dys­trak­cjami i dzia­ła­niami skie­ro­wa­nymi na zewnątrz, sta­niemy się nie­wol­ni­kami tego zewnętrz­nego świata. I będziemy pod­dani jego wpły­wowi. Tak, jeśli nie będziemy mieć się na bacz­no­ści, powie­rzymy innym „pilota do naszego umy­słu”, jak mówi mój przy­ja­ciel, filo­zof Ale­xan­dre Jol­lien. Będziemy mani­pu­lo­wani przez spo­łe­czeń­stwo hiper­kon­sump­cji, dba­jące raczej o to, by skło­nić nas do kupo­wa­nia, nie do medy­ta­cji, o to, byśmy mu się pod­dali, a nie wyzwo­lili się, sta­ra­jące się raczej stłu­mić lub uśpić nasze roze­zna­nie, zamiast wzmac­niać je i roz­ja­śnić.

Odpo­wiedź druga: jeste­śmy mani­pu­lo­wani także przez sie­bie samych, przez nasze błędy w oce­nie, nasz brak dystansu lub uwagi, przez nasze źle zro­zu­miane lub nie­od­po­wied­nio regu­lo­wane emo­cje… Otóż medy­ta­cja ma nam otwo­rzyć oczy na to pod­dań­stwo i wpływy, zarówno te pocho­dzące z zewnątrz, z naszego oto­cze­nia, jak i z naj­głęb­szych i naj­ciem­niej­szych zaka­mar­ków naszego wnę­trza.

Trze­cia odpo­wiedź na pyta­nie „po co medy­to­wać?” jest taka, że skoro nauka poka­zuje nam, że jest to korzystne dla naszego ciała i umy­słu (a uczy nas tego także tra­dy­cja), to – w sumie – dla­czego się tego pozba­wiać?

Co nam daje medy­ta­cja?

Co mówią te bada­nia i te tra­dy­cje? Będzie jesz­cze wiele oka­zji, by wró­cić do tego tematu, ale ogól­nie rzecz bio­rąc, mówią one, że medy­ta­cja pozwala nam zmie­rzać ku więk­szemu uspo­ko­je­niu i roze­zna­niu. San­skryc­kie ter­miny opi­su­jące te dwa wymiary, które być może już sły­sze­li­ście, to śama­tha i wipa­śjana:

śama­tha

zna­czy „spo­kojne prze­by­wa­nie”,

wipa­śjana

„głę­bo­kie widze­nie, prze­ni­kliwe widze­nie”.

Po co pra­co­wać nad uspo­ko­je­niem się? Ponie­waż stres, emo­cje, pobu­dze­nie mogą nie­kiedy spra­wiać, że będziemy cier­pieć lub popeł­niać błędy. I dla­tego że, jak wie­cie, nie jest tak łatwo uspo­koić się, kiedy życie daje nam kuk­sańce i kiedy doty­kają nas prze­ciw­no­ści losu. Mózg nie jest wypo­sa­żony w przy­cisk „Stop”, który pozwo­liłby nam w jed­nej chwili zatrzy­mać jego unie­sie­nie. Musimy sami posiąść sztukę stop­nio­wego uspo­ka­ja­nia się, by wie­dzieć, jak to zro­bić.

A po co pra­co­wać nad roze­zna­niem? Czy sama nasza inte­li­gen­cja nie wystar­czy? Nie­stety nie. Ponie­waż, jak każdy wie, mogą ją zakłó­cać nasze emo­cje. Ale także dla­tego, że zbyt czę­sto żyjemy w pośpie­chu, pomie­sza­niu i nie poświę­camy dosta­tecz­nie dużo czasu na spo­kojne i zdy­stan­so­wane zasta­na­wia­nie się. Kiedy ostat­nio mie­li­ście czas, by w dobrych warun­kach, w spo­koju, wypo­częci prze­ana­li­zo­wać, co liczy się w waszym życiu? I cho­dzi mi o czas spę­dzony na zasta­na­wia­niu się, a nie na roz­pa­mię­ty­wa­niu i rumi­na­cjach… Można bowiem paść ofiarą swo­ich roz­my­ślań, tak samo jak emo­cji.

Para­doks?

Ist­nieje pewien para­doks, swego rodzaju sprzecz­ność, który ude­rza począt­ku­ją­cych, kiedy uczą się medy­ta­cji. Nauczy­ciele mówią im czę­sto: „Nie dąż­cie do żad­nego celu, nie miej­cie żad­nych ocze­ki­wań; medy­tuj­cie dla samego medy­to­wa­nia, to wszystko…”.

„Żad­nego celu? Żad­nych ocze­ki­wań? Ale… przy­sze­dłem nauczyć się medy­to­wać, ponie­waż mam pełno pro­ble­mów, mam więc mnó­stwo celów i mnó­stwo ocze­ki­wań! Przy­sze­dłem nauczyć się medy­to­wać, żeby się uspo­koić, ule­czyć, mniej się dener­wo­wać, lepiej pra­co­wać… I sły­szę, że nie mam mieć żad­nych ocze­ki­wań? Co to za gada­nie? To w ogóle jakiś absurd: nie da się nie mieć żad­nych ocze­ki­wań!”. Tak wła­śnie czę­sto myślimy, kiedy zaczy­namy.

Jed­nak zale­ce­nie, by niczego nie ocze­ki­wać, ma decy­du­jące zna­cze­nie. Przy­po­mina nam tro­chę bru­tal­nie, że w medy­ta­cji nie cho­dzi o odtwa­rza­nie naszych zwy­cza­jo­wych spo­so­bów bycia: cho­dze­nia na skróty, dzia­ła­nia tylko z nasta­wie­niem na osią­gnię­cie efektu, a w tym celu uży­wa­nia nawet siły, jeśli trzeba… Takie postę­po­wa­nie może nie­kiedy być uży­teczne, ale potra­fimy już to robić, nie ma więc sensu odtwa­rzać go w medy­ta­cji.

Kiedy zale­camy uczniom, by nie mieli żad­nych ocze­ki­wań, cho­dzi o to, by nie pra­gnęli natych­mia­sto­wych efek­tów. Znowu – to tro­chę jak w przy­padku ćwi­czeń fizycz­nych: dopiero po tygo­dniach lub mie­sią­cach tre­ningu poja­wiają się wyraźne wyniki i zmiany w naszym ciele i zdro­wiu. Tak samo będzie z naszym umy­słem. Poza tym medy­ta­cja uczy nas cze­goś cen­nego i nie­co­dzien­nego: cnót cier­pli­wo­ści i pro­stej obec­no­ści. Zbi­ja­jące z tropu, ale bar­dzo poży­teczne dla nas, ludzi Zachodu, któ­rzy zwy­kle podej­mu­jemy dzia­ła­nie, spo­dzie­wa­jąc się kon­kret­nych rezul­ta­tów, i to naj­le­piej szybko!

Cza­sem warto jed­nak zro­bić coś, nie myśląc obse­syj­nie o wyniku, pod­jąć dzia­ła­nie dla samego dzia­ła­nia. Kla­syczny przy­kład to łucz­nicy, upra­wia­jący japoń­skie kyūdō: jeśli strze­lec za bar­dzo sku­pia się na koniecz­no­ści, obo­wiązku tra­fie­nia w śro­dek tar­czy, jeśli ma obse­sję na punk­cie celu, czę­sto pój­dzie mu gorzej, niż kiedy przy­kłada się po pro­stu do wyko­na­nia gestu z jak naj­więk­szą pre­cy­zją i uwagą. Podob­nie się dzieje pod­czas zasy­pia­nia: im bar­dziej chcę zasnąć szybko, tym bar­dziej się spi­nam i tym bar­dziej tak naprawdę odsu­wam moment, w któ­rym sen nadej­dzie. Nie­które bada­nia poka­zują też, że poszu­ki­wa­nie szczę­ścia pod­lega tej samej logice: aby być szczę­śli­wym, lepiej nie fik­so­wać się na osią­gnię­ciu natych­mia­sto­wego efektu i szczę­ścia na zawo­ła­nie, lecz robić to, co należy, by przy­bli­żać się do niego chwila po chwili. Sen i szczę­ście nie mogą zja­wić się na zamó­wie­nie, choć medy­ta­cja może pomóc nam zbli­żyć się do nich. Nie jest to jed­nak szybka droga cudow­nej eks­pre­so­wej metody.

Przy­czyna tego jest pro­sta: cho­dzi o zja­wi­ska mózgowe, zwane „emer­gent­nymi”, czyli stany, które nie pod­le­gają wyłącz­nie woli. Nie ma sensu mówić sobie: „Bądź szczę­śliwa!”, „Śpij, roz­ka­zuję ci!” czy też: „Wejdź w stan medy­ta­cyjny!”. To tak nie działa, stan emer­gentny nie uru­cha­mia się w ten spo­sób. Zja­wia się spo­koj­nie, wyła­nia się, kiedy speł­nione są pewne warunki. W przy­padku snu, na przy­kład, powin­ni­śmy mieć za sobą wystar­cza­jąco aktywny dzień, leżeć w ciem­nym, cichym i nie­zbyt ogrza­nym pokoju, nie korzy­stać przed pój­ściem do łóżka z żad­nych ekra­nów ani nie roz­pa­mię­ty­wać swo­ich zmar­twień itp.

A co z medy­ta­cją? To samo podej­ście: cho­dzi o to, by raczej dopusz­czać do sie­bie, niż poszu­ki­wać. Zoba­czymy, jak to działa, wyko­nu­jąc dru­gie drobne ćwi­cze­nie…

ĆWI­CZE­NIE 2.

CZUĆ, ŻE IST­NIE­JEMY, I POZWA­LAĆ PŁY­NĄĆ

Pozo­sta­jemy po pro­stu tu, gdzie jeste­śmy, nic nie robiąc.. niczego nie chcąc… niczego nie szu­ka­jąc… za niczym nie podą­ża­jąc… tak jak poprzed­nio.

Ciało jest lekko wypro­sto­wane, a umysł uważny i zacie­ka­wiony…

Pozo­sta­jemy tak, oddy­cha­jąc, odczu­wa­jąc, patrząc jedy­nie, jeśli oczy mamy otwarte, lub tylko słu­cha­jąc, jeśli spon­ta­nicz­nie je zamknę­li­śmy…

Po pro­stu ist­nie­jemy… bez żad­nego innego celu poza tym, by czuć, że żyjemy…

Bez innego celu niż patrzeć i odczu­wać, jak to jest być żywym i nic nie robić, nie mieć żad­nego celu, żad­nych ocze­ki­wań…

Po pro­stu oddy­chamy, odczu­wamy, słu­chamy, patrzymy…

Widzimy, jak rodzą się w naszym umy­śle myśli, ocze­ki­wa­nia, plany, pra­gnie­nia i impulsy…

I pozwa­lamy im pły­nąć…

Widzimy, jak powraca do naszego umy­słu chęć, by prze­rwać ćwi­cze­nie medy­ta­cyjne i jak wra­cają myśli, mówiące nam:

„Skończ tę bez­u­ży­teczną zabawę i rusz się, masz mnó­stwo waż­nych i pil­nych rze­czy do zro­bie­nia w tym cza­sie…”.

Widzimy, jak to wszystko rodzi się w naszym umy­śle, i pozwa­lamy temu pły­nąć, zacie­rać się, nik­nąć…

Sto­su­jemy po pro­stu rady­kalny i wyzwa­la­jący pro­gram życiowy poety Chri­stiana Bobina: „Na razie zado­wa­lam się słu­cha­niem hałasu, który czyni świat, kiedy mnie w nim nie ma”.

Pozo­sta­jemy tak, nie robiąc nic poza obser­wo­wa­niem wszyst­kiego, co się dzieje i co przy­cho­dzi, co powstaje i się roz­pada, przez minutę lub dwie… Może trzy w przy­padku naj­od­waż­niej­szych lub naj­bar­dziej cie­ka­wych.

A potem zapy­tajmy sie­bie, czy nie mogli­by­śmy regu­lar­nie powta­rzać tego ćwi­cze­nia, tego doświad­cze­nia pro­stej obec­no­ści, uważ­nej, lecz bez ocze­ki­wań, kilka razy w ciągu dnia, tak po pro­stu, żeby spraw­dzić, jak to jest…

Jak medy­to­wać?

Rozu­mie­cie już: nie ma nic prost­szego niż medy­ta­cja uważ­no­ści. Nie potrze­bu­jemy do niej żad­nego sprzętu, jedy­nie odro­biny cie­ka­wo­ści. Musimy też być prze­bu­dzeni! Nie mówię o prze­bu­dzeniu w zna­cze­niu ducho­wym, o oświe­ce­niu wła­ści­wym bud­dy­zmowi (wie­cie być może, że słowo Budda zna­czy w san­skry­cie „prze­bu­dzony”). Nie, cho­dzi mi o to, by być prze­bu­dzonym w zna­cze­niu: dobrze obu­dzo­nym!

Ucznio­wie mówią nam nie­kiedy: „Cudowne są te wasze ćwi­cze­nia! Słu­cha­jąc nagra­nia z płyty, za każ­dym razem zasy­piam, to bar­dzo przy­jemne”… Cóż na to odpo­wie­dzieć? Jeśli ćwi­cze­nia medy­ta­cyjne mogą pomóc zasnąć oso­bom cier­pią­cym na bez­sen­ność, to bar­dzo dobrze (wyka­zało to zresztą wiele badań). Szkoda byłoby jed­nak nie pójść dalej ścieżką medy­ta­cji, by zoba­czyć, co ma nam do zapro­po­no­wa­nia! Nie jest ona jedy­nie narzę­dziem poma­ga­ją­cym się odprę­żyć czy lepiej spać – jest drogą do zro­zu­mie­nia funk­cjo­no­wa­nia naszego umy­słu. Kiedy bada się mózgi osób medy­tu­ją­cych za pomocą neu­ro­obra­zo­wa­nia, zauważa się bar­dzo dużą aktyw­ność w bar­dzo wielu ich rejo­nach. Dla­tego wła­śnie można dobrze i przez dłuż­szy czas medy­to­wać tylko wtedy, gdy jeste­śmy obu­dzeni i wypo­częci: nie da się medy­to­wać, prze­strze­ga­jąc reguł, po bez­sen­nej nocy lub w porze poobied­niej drzemki.

Czę­sto sły­szymy także inne pyta­nie: „Czy do medy­ta­cji potrzebna jest moty­wa­cja?”. Tak, trzeba być zmo­ty­wo­wa­nym, ale nie dla­tego, że jest to trudne, tylko dla­tego, że medy­to­wać trzeba codzien­nie, a przy­naj­mniej regu­lar­nie. Zwy­kle jed­nak jeste­śmy zmo­ty­wo­wani, bo rzadko zaczyna się medy­to­wać przez przy­pa­dek: ludzie chcą jej spró­bo­wać, ponie­waż cier­pią, są nie­szczę­śliwi, nie­za­do­wo­leni… Cza­sami nasz umysł widzi to kla­row­nie: chcemy nauczyć się medy­ta­cji, by poczuć się mniej zestre­so­wa­nymi, mniej nie­spo­koj­nymi, mniej przy­gnę­bio­nymi, albo żeby lepiej spać, lepiej myśleć, mniej się dener­wo­wać… A nie­kiedy nasze moty­wa­cje są mniej wyraźne, bar­dziej nie­ja­sne: czu­jemy, że coś nie działa w naszym życiu, mamy prze­czu­cie, że nie cho­dzi o czyn­niki zewnętrzne, o rodzinę, pracę, lecz że przy­czyna leży w nas samych, w naszym wnę­trzu, w naszym spo­so­bie prze­by­wa­nia w codzien­no­ści. Albo wła­śnie nieprze­by­wa­nia – prze­cho­dze­nia obok tego, co czyni życie pro­stym i łagod­nym. Trzeba wów­czas zmie­nić nasz spo­sób bycia w świe­cie, co jest pro­ste, a zara­zem skom­pli­ko­wane. Ale to wła­śnie pro­po­nuje nam medy­ta­cja. Jak więc zacząć?

Po pierw­sze, jak się domy­śla­cie, poświę­ca­jąc regu­lar­nie, nawet codzien­nie, czas na zatrzy­ma­nie się. Prze­pro­wa­dza­jąc drobne ćwi­cze­nia uważ­no­ści, jak te, które wyko­na­li­śmy do tej pory. Zatrzy­mu­jąc się, pod­czas gdy wszystko wokół nas każe nam kon­ty­nu­ować. Trzeba być nie­po­słusz­nym. Odzy­skać wol­ność. Zatrzy­mać się i prze­rwać dzia­ła­nie, prze­stać się roz­pra­szać i stać się obec­nym dla sie­bie i świata, uświa­do­mić sobie to wszystko, co się w nas dzieje i co będziemy razem eks­plo­ro­wać w kolej­nych eta­pach naszej nauki, w kolej­nych roz­dzia­łach; zwró­cić się ku obec­no­ści w ciele, w emo­cjach, myślach, w wię­ziach łączą­cych nas z innymi i ze świa­tem…

To wła­śnie wszyst­kie te drobne chwile stop­niowo pomogą nam wypra­co­wać nową postawę życiową, skie­ro­waną raczej ku „być” niż ku „robić”; ku dzia­ła­niu z pełną świa­do­mo­ścią zamiast w pełni nie­obec­nym, dla sie­bie i swo­ich ide­ałów; ku wzbo­ga­ce­niu naszego życia mate­rial­nego przez życie duchowe. Wszystko to wykra­cza poza prak­tykę medy­ta­cyjną, któ­rej jedyną pobudką byłoby ocze­ki­wa­nie natych­mia­sto­wych efek­tów w kwe­stiach stresu, uwagi czy dobro­stanu.

By życie było inte­re­su­jące…

Zde­fi­nio­wa­li­śmy medy­ta­cję jako tre­ning umy­słu i tym wła­śnie ona jest: sta­nowi dla mózgu to samo, co ćwi­cze­nia fizyczne dla ciała. Jed­nak poza tym, że sta­nowi narzę­dzie zadba­nia o sie­bie, jest też oka­zją do innego spoj­rze­nia na życie i nowym spo­so­bem zamiesz­ki­wa­nia egzy­sten­cji.

W liście do swego przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa Alfreda Le Poit­te­vina Flau­bert pisał: „By jakaś rzecz stała się inte­re­su­jąca, wystar­czy długo na nią patrzeć”. Uważ­ność może też być spo­so­bem na to, by patrzeć na swoje życie lepiej: przy­jaź­niej, czę­ściej, dłu­żej. I by odkryć, że jest dużo pięk­niej­sze i cie­kaw­sze, niż pró­buje nam to wmó­wić nasze zawsze zbyt pospieszne spoj­rze­nie…

Medy­ta­cja jest dla mózgu tym, czym są ćwi­cze­nia fizyczne dla ciała.

Zatrzy­mać się, pod­czas gdy wszystko wokół nas każe nam kon­ty­nu­ować. Być nie­po­słusz­nym. Odzy­skać wol­ność!

2. Medy­ta­cja i chwila obecna

2

„Życie ni­gdy nie pozo­staje w bez­ru­chu i bez ustanku odpo­wiada na wezwa­nie kolej­nej chwili”.

MAR­CEL AYMÉ, LA FOSSE AUX PÉCHÉS

Medy­ta­cja i chwila obecna

Medy­ta­cja jest rze­czą pro­stą, a uważ­ność rze­czą jesz­cze prost­szą, którą można by zde­fi­nio­wać nastę­pu­jąco: częst­sze kie­ro­wa­nie umy­słu ku chwili obec­nej. Ale czy pró­bo­wa­li­ście już kie­ro­wać umysł ku chwili obec­nej? A przede wszyst­kim utrzy­mać go w niej? Spo­strze­że­nie z motta tego roz­działu ostrzega nas o trud­no­ści tego ćwi­cze­nia: o ile jest w sumie łatwo przejść przez chwilę obecną, to już zatrzy­ma­nie się w niej na dłu­żej pro­ste nie jest…

Czym jest chwila obecna?

Co zna­czy „żyć w teraź­niej­szo­ści”? Być może po pro­stu sta­rać się poprze­stać na tym, co życie nam pro­po­nuje: jeśli to pro­blemy, pozo­stać przy pro­ble­mach, takich, jakie przed nami stają, nie prze­cho­dząc od razu do kata­stro­ficz­nych sce­na­riu­szy ich hipo­te­tycz­nych natych­mia­sto­wych lub dale­ko­sięż­nych kon­se­kwen­cji. Jeśli życie ofe­ruje nam dobre chwile, sma­ko­wać je bez pośpie­chu takie, jakimi są, nie zasta­na­wia­jąc się, czy się nie skoń­czą, czy będzie nam dane prze­żyć pięk­niej­sze albo czy naszym sąsia­dom nie tra­fiło się coś lep­szego.

Żyć w teraź­niej­szo­ści to sta­rać się spro­wa­dzać całą swoją uwagę, całą świa­do­mość i całą obec­ność do tego, co prze­ży­wamy tu i teraz.

Filo­zo­fo­wie, poeci i chwila obecna

Prze­by­wa­nie w chwili obec­nej, przy­naj­mniej czę­ste, nie jest rze­czą łatwą, bio­rąc pod uwagę całą lite­ra­turę, którą poświę­cono temu tema­towi. Jak gdyby ta trud­ność leżała dokład­nie w sercu kon­dy­cji ludz­kiej. Oto, co opo­wiada Mar­cel Pro­ust w słyn­nym epi­zo­dzie doty­czą­cym jego wie­czor­nych nie­po­ko­jów w dzie­ciń­stwie:

„Jedyną moją pocie­chą, kiedy sze­dłem się kłaść, była nadzieja, że mama przyj­dzie mnie uści­skać, skoro będę w łóżku. Ale to dobra­noc trwało tak krótko, mama wra­cała tak prędko na dół, że chwila, w któ­rej sły­sza­łem, jak lekki sze­lest jej ogro­do­wej sukni z nie­bie­skiego muślinu, obszy­tej ple­cionką ze słom­ko­wej taśmy, zbliża się do mnie, potem mija kory­tarz z podwój­nymi drzwiami, była dla mnie chwilą bole­sną. Chwila ta zwia­sto­wała ową drugą, która miała po niej nastą­pić: gdy mama mnie opu­ści, gdy zej­dzie z powro­tem na dół. Docho­dzi­łem do pra­gnie­nia, aby to dobra­noc, które tak lubi­łem, przy­szło jak naj­póź­niej; aby się prze­cią­gał czas, gdy mama jesz­cze nie przy­szła”.

Zamiast sma­ko­wać chwilę obecną, nar­ra­tor stara się ze wszyst­kich sił prze­dłu­żyć to, co można by nazwać „chwilą wcze­śniej­szą”, wie­dząc, jak bar­dzo będzie cier­piał przez „chwilę póź­niej­szą”.

Cała tra­dy­cja poetycka świad­czy o wadze wysił­ków nie­zbęd­nych do życia w teraź­niej­szo­ści, od cza­sów carpe diem sta­ro­żyt­nych Rzy­mian, „Nie cze­kaj, chceszli wie­rzyć, do jutra, żyj z młodu / I dzi­siaj jesz­cze zacznij zry­wać życia róże” Ron­sarda czy słyn­nego „O cza­sie, wstrzy­maj lot! i wy, chwil dro­gich mgnie­nia, wstrzy­majcie pęd bez tchu!…” Lamar­tine’a. Nikt jed­nak nie zna­lazł tak głę­bo­kich słów jak Pas­cal, by opi­sać nasze trud­no­ści w tej sfe­rze:

„Nie dbamy ni­gdy o czas obecny. Uprze­dzamy przy­szłość, jako zbyt wolno nad­cho­dzącą, jak gdyby chcąc przy­spie­szyć jej bieg; albo przy­wo­łu­jemy prze­szłość, aby ją zatrzy­mać jako zbyt skwa­pliwą. Tak nie­roz­sądni jeste­śmy, że błą­kamy się w cza­sach, które nie są nasze, nie myśląc o jedy­nym, który nam przy­na­leży; i tak letcy, że myślimy o chwi­lach, które nie są już niczym, a prze­pusz­czamy nie­bacz­nie jedyną, która ist­nieje. […] Nie­chaj każdy zbada swoje myśli, ujrzy, iż wszyst­kie zaprząt­nięte są prze­szło­ścią i przy­szło­ścią. Nie myślimy pra­wie zupeł­nie o teraź­niej­szo­ści; a jeśli myślimy, to jeno aby zaczerp­nąć z niej treść do snu­cia przy­szło­ści. Teraź­niej­szość nie jest ni­gdy naszym celem; prze­szłość i teraź­niej­szość to nasze środki; jedy­nie przy­szłość jest naszym celem. Tak więc nie żyjemy ni­gdy, ale spo­dzie­wamy się żyć; gotu­jemy się wciąż do szczę­ścia, a co za tym idzie, nie kosz­tu­jemy go ni­gdy”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Angiel­skie mind­ful­ness na fran­cu­ski tłu­ma­czy się jako ple­ine con­science – pełną świa­do­mość. W tek­ście książki ter­miny te są cza­sami uży­wane zamien­nie i ozna­czają to samo uważne podej­ście – przyp. tłum. [wróć]