Czas leczy rany - Joanna Kruszewska - ebook + audiobook

Czas leczy rany ebook i audiobook

Joanna Kruszewska

3,8

Opis

Helena, właścicielka niewielkiej cukierni, stara się wzorowo wypełniać obowiązki matki i żony. Nie wszystko w jej rodzinie jest idealne, ale sił dodają jej nadchodzące lato i zbliżające się wakacje.


Mimo upałów wszyscy cieszą się z długich wieczorów spędzanych na Podlasiu. Nie mogą doczekać się cichych rozmów prowadzonych w zaciszu działkowej werandy.

To lato ma na nowo scalić oddalających się od siebie domowników.

Zamiast tego jednak sielankę przerywa pojawienie się pięknej Małgorzaty, córki Leszka, o której istnieniu nie wiedział.

Dziewczyna burzy budowany z mozołem spokój rodziny.

Tajemnice z przeszłości powoli i stopniowo wychodzą na światło dzienne.

Czy można wybaczyć zdradę? Czy czas zawsze leczy rany?

Co może sprawić, by rodzina, rozdarta dramatycznymi wydarzeniami, na nowo odnalazła do siebie drogę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 53 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Oceny
3,8 (86 ocen)
22
29
27
8
0

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co złego kryło się w tych murach? Elewacji, niedawno zresztą odświeżonej tak, by nadawała budynkowi nieco weselszy wygląd?

Pastelowe kolory, wdzięcznie przeplatające się ze sobą wzdłuż jasno pomalowanych ścian, przypadkowemu przechodniowi wysyłały wyraźny sygnał – to miejsce wyjątkowe, przyjazne. Pieczołowicie przycinane przez pracowników spółdzielni mieszkaniowej gałęzie zdawały się otulać budynek z każdej strony, tak jakby chroniąc go zimą przed mrozem, latem przed upałami. Bujnie rosnące liście dawały wtedy upragniony cień, nie dopuszczając gorących promieni do szyb, zabraniając wstępu do środka.

Dlaczego więc za każdym razem, gdy przyglądała się temu bajkowemu obrazkowi, wzdłuż kręgosłupa przebiegał jej dreszcz? Odrazy, wstrętu. Natychmiast wykrzywiał usta niechęcią i wzbudzał potrzebę błyskawicznego odwrotu. Wzięcia nogi za pas i znalezienia się jak najdalej od kolorowych dekoracji w oknach, krzyku rozbawionych dzieci i poczucia totalnej bezsilności, pojawiającej się zawsze, gdy tylko przebywała w pobliżu przedszkola.

Tego konkretnego przedszkola. Placówki, w której przyszło jej spędzić pierwsze lata swojego życia, które pamiętała dokładnie dzień po dniu, zupełnie wbrew teoriom psychologów, że dziecięca pamięć zaczyna się zacierać w wieku sześciu, siedmiu lat. Albo więc teorie można było włożyć między bajki, albo zacząć szperać nieco głębiej w przyczynach, dla których akurat te wspomnienia utrwaliły się w jej głowie z bezlitosną wyrazistością.

Pomyślała o porannej rozmowie z Robertem i zacisnęła dłonie mocniej na kierownicy. Zaczęło się zupełnie niewinnie, od ekscytacji związanej ze zbliżającym się wyjazdem. Zaczęli się wymieniać planami, jakie atrakcje zapewnią dzieciom na miejscu, co mogą zwiedzić, w jaki sposób najbardziej efektywnie spędzić czas. Tak, żeby wykorzystać każdą jego chwilę, żeby żadnej nie zmarnować, jednocześnie zaś po prostu i najzwyczajniej odpocząć.

– Zobaczysz – mruknął jej w szyję – umęczymy ich tak, że popadają już o ósmej i będą spać do białego rana. Bez żadnej nocnej pobudki.

– A my… – Uśmiechnęła się, przymykając oczy, po karku przebiegł znajomy dreszcz.

– My zaś oddamy się lubieżnym igraszkom, popijając szampana, patrząc na zachody i wschody słońca, będziemy się upajać sobą i wolnym czasem. Do utraty tchu – uzupełnił, odwrócił ją przodem i mocno pocałował. – Gdyby nie takie prozaiczne rzeczy jak przypalająca się jajecznica czy odprowadzenie Dawida do przedszkola, poranek zakończyłby się inaczej.

Odwrócił się szybko w stronę kuchenki i energicznie zamieszał na patelni.

– Odbierzesz go później, dobrze?

– Ja? – Lena zagryzła wargi.

– A kto?

– Myślałam, że…

– Ja zabieram ze sobą do pracy Kamilę, jest jeszcze kilka rzeczy do załatwienia, zakupy. Młoda mi pomoże, ale z Dawidem raczej już nie będzie zbyt owocnie, sama przyznasz.

Fakt, o ile dwunastoletnia córka epatowała wręcz spokojem i od zawsze właściwie sprawiała wrażenie nad wyraz odpowiedzialnej, o tyle mały Dawid w wieku niespełna czterech lat zdążył przerosnąć pomysłowością wszystkich domowników. Czasami nie sposób było przewidzieć, co mu strzeli do głowy, czego będzie się domagał donośnym wrzaskiem, stawiającym na baczność zarówno całą obsługę sklepu, jak i wszystkich klientów.

– Mama dzisiaj ma na rano… – zaczęła.

– A ty kończysz podobno o dwunastej, jaki to problem podskoczyć i go zabrać do domu? Mama go przecież odbiera prawie codziennie, albo ja. Przyznaj – łopatka z resztkami jajecznicy mignęła jej przed nosem – można na palcach jednej ręki policzyć, ile razy odbierałaś dzieci z przedszkola.

– Nieprawda.

– Prawda, Lena, prawda. Wychowawczynie Kamy przez dłuższy czas były święcie przekonane, że wychowuję ją sam. Nie pamiętasz?

– Jakie to ma znaczenie?

– Może ma, może nie ma. W każdym razie mogłabyś się od czasu do czasu poświęcić i odebrać dzieciaka z przedszkola. Tym bardziej że masz właściwie po drodze. Śniadanie! – krzyknął w stronę schodów, stawiając na stole pierwszy talerz.

– Doskonale wiesz, jak nienawidzę tego miejsca.

– Przesadzasz.

– Nie, nie przesadzam. Zajmuję się wszystkim, czym tylko można… – Nabrała głębszego oddechu, po czym wypuściła ze świstem powietrze. Nie miało to najmniejszego sensu. Robert nie rozumiał.

– Teraz może zaczniesz mi wyrzucać niedbalstwo w jakichś domowych obowiązkach? – zagadnął, a kubek z herbatą wylądował z donośniejszym niż zazwyczaj stuknięciem tuż obok parującej jajecznicy.

– Niczego ci nie będę wyrzucać. – Westchnęła z rezygnacją, wstawiła naczynia po kawie do zmywarki, złapała torebkę z szafki. – Lecę, i jasne, odbiorę Dawida.

Ucięła tę bezsensowną wymianę zdań, bo, nauczona doświadczeniem, doskonale wiedziała, że każde słowo było niczym odrobina śniegu doklejająca się do sporej kuli. Ta zaś toczyła się po stromym zboczu coraz szybciej i nabierając rozpędu, sprawiała, że rozmówcy zaczynali dobierać argumenty zupełnie na oślep, bez namysłu wyciągając złośliwości i żale skrzętnie gromadzone podczas lat wspólnej znajomości. A każde małżeństwo z kilkunastoletnim stażem doskonale wie, że tych zaszłości jest całkiem sporo, wie też, jak solidnie potrafi przywalić taka rozpędzona kula i jak boleśnie rozłożyć na łopatki. Dlatego czasem warto po prostu upuścić pary zupełnie gdzie indziej, wziąć głęboki wdech i pozwolić niebezpiecznie rosnącemu ładunkowi potoczyć się samoistnie, ale w zupełnie innym kierunku.

Czasami było trudno.

Ale warto.

Tym bardziej że Robert nie potrafił zrozumieć jej głębokiej niechęci do TEGO miejsca. Przecież jemu kojarzyło się z początkiem dzieciństwa, pierwszymi znajomościami, uczeniem się literek, zabawą z rówieśnikami. Argumentów przytaczał całe mnóstwo, wznosząc jednocześnie w wielkim zdumieniu brwi, tak że ich ciemna kreska sięgała niemalże przyciętych krótko włosów.

Helena westchnęła. Przejechała palcami po kierownicy i w zamyśleniu zaczęła wybierać ze schowka papiery. Stare paragony, wciśnięte bilety parkingowe, proszę… nawet znalazły się wyniki badań. Rozłożyła kartkę i przebiegła wzrokiem po wytartych już nieco cyferkach. Nie było się do czego przyczepić, bo mieściły się doskonale w zapisanych poniżej normach.

Nie rozumiał.

Podniosła wzrok i przyjrzała się znowu stojącemu naprzeciwko budynkowi. Robert stwierdził któregoś razu, że albo jej niechęć zaczyna przybierać niepokojąco paranoiczne symptomy, albo najzwyczajniej w świecie chodzi o przerzucanie się obowiązkami. Inaczej tego wytłumaczyć nie potrafił, ona z kolei może i by potrafiła, zrozumieć już jednak za niego nie mogła. Dlatego temat odbierania dzieci z przedszkola przestał być poruszany. Lena natomiast, przyjeżdżając tutaj, starała się zajmować głowę czymkolwiek – listą zakupów, planami wakacyjnymi, problemami w pracy, niepokojem o dzieci – żeby tylko nie wspominać.

Czasami jednak wspomnień nie dało się uciszyć. Natrętne obrazy bombardowały z każdej strony, dodatkowo wzmacniane widokiem miejsca, w którym udało im się powstać. Mama niejednokrotnie uspokajającym głosem powtarzała, że wiele z tego, co kołatało się po głowie Leny, zostało przez lata okrutnie wyolbrzymione, że tak na dobrą sprawę rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.

Możliwe.

Paskudne uczucie porzucenia pozostało. Zakorzeniło się w podświadomości i nijak nie chciało jej opuścić.

Mama… Powinna być na wyłączność dziecka, powinna przytulać i otaczać je miłością, w przedszkolu natomiast Lena przekonała się boleśnie, że na kolanach mamy siadają wszystkie dzieci, że zamiast przy jej leżaku mama siada obok Jasia czy innej Antosi i czule gładzi ją po głowie, nucąc cicho. Że przytula, wyciera łzy i pociesza wszystkich tak samo. Prawie trzydziestkę ryczących trzylatków. Wszystkie zaś domagają się jej uwagi, czepiają kolorowych spódnic, wciskają pod drobne dłonie, nie zostawiając ani kawałeczka miejsca dla Leny.

Później zaś zauważyła, że mama niekoniecznie sprawiedliwie osądza konflikty, w których Lena ma nieszczęście uczestniczyć, zazwyczaj nie staje po stronie córki, tylko upomina ją o należne koledze czy koleżance przeprosiny, oddaje im zabawkę, kredki czy inne cholerstwo, o które Lena tak zawzięcie walczyła.

Tak, z tym miejscem wiązało się wyjątkowo dużo przykrych wspomnień.

Chrzanić. Wysiadła z samochodu i trzasnęła drzwiami. Nie ma sensu zanurzać się teraz w fali rozgoryczenia, zresztą może faktycznie Robert miał rację? Może gdyby tylko się przemogła i zaczęła bywać tu częściej, widziane codziennie miejsce spowszedniałoby na tyle, że Lenę przestałyby zalewać obrazy z dzieciństwa? Może rzeczywiście czas się przemóc, tym bardziej że mama niedługo wybiera się na emeryturę i już niekoniecznie będzie jej po drodze, żeby odebrać wnuka.

Westchnęła, po czym przekroczyła próg przedszkola i uśmiechnęła się do pani Aldonki, wychowawczyni Dawida. Na widok zsuniętych na środku czoła brwi nauczycielki i jej oszczędnego uśmiechu, który w najmniejszym nawet stopniu nie docierał do oczu, Lena poczuła się w obowiązku zapytać:

– Coś się stało?

– Ja chcę na plac zabaw! – W ułamku sekundy Dawid znalazł się obok niej.

– Pójdziemy, oczywiście – mruknęła, poprawiając synowi kołnierzyk koszulki, po czym ponowiła pytanie.

– Pani Helenko… – nauczycielka westchnęła – zbliżają się wakacje, ja doprawdy nie wiem, czy… Adasiu, czapkę załóż, słońce mocno grzeje.

– Nie mam – odpowiedział chłopiec i ustawił się do wyjścia.

– Masz, rano mama prosiła, żeby nie zapominać o czapce, gdy będziemy wychodzić na plac zabaw, więc musisz mieć.

– Nie mam. Mama nie dała – upierał się Adaś.

Nauczycielka ruszyła w stronę rzędu szafek, po chwili wróciła i nałożyła na głowę wychowanka czapkę, rozejrzała się po szatni, sprawdziła, czy wszyscy mają zmienione buty, po czym pokiwała głową i ze smutnym uśmiechem zwróciła się do Leny:

– Codziennie coś się dzieje, nie ma dnia, żeby Dawidowi nie udało się urozmaicić nam harmonogramu. Mam prośbę, na pewno mąż przekazuje pani moje uwagi, jednak czy od nowego roku szkolnego mogłabym liczyć na, hm, bardziej bezpośrednią współpracę? Dawid to wyjątkowy chłopak, bardzo bystry, ma ogromny zasób słownictwa, niemniej są zachowania, nad którymi powinniśmy popracować.

– Oczywiście.

– Dzisiaj już sobie darujemy, tak jak wspomniałam, zbliżają się wakacje, państwo podobno wybieracie się nad morze, Dawid nie może się doczekać, obiecał nam przywieźć muszelki, prawda? – Nauczycielka przejechała dłonią po głowie chłopca, uśmiechając się lekko. – Niech nic tego wyjazdu wam nie zepsuje. A zupełnie na marginesie, to wyjątkowo chwalebne, żeby tak skrupulatnie segregować śmieci… – rzuciła jeszcze zdawkowo, po czym dała się ponieść dziecięcej fali emigrującej w kierunku huśtawek.

Helena rozejrzała się jeszcze za mamą. Nie wypatrzywszy jej nigdzie, ruszyła do samochodu, nie zważając na głośne protesty Dawida.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Upał dawał się jej solidnie we znaki. Podciągnęła nogawkę spodni i krytycznie przyjrzała się obrzmiałym łydkom. Nie lubiły ciepła, przynajmniej przez pierwsze dwa miesiące przyzwyczajały się powoli do temperatury. W lipcu było już o niebo lepiej, teraz jednak jeszcze pobolewały po całym dniu biegania. Poznaczone siatką pajączków, przypominały Iwonie o wieku. O tym, że powinna już częściej na chwilę przysiadać, że domowe obowiązki mogą zaczekać parę minut i że naprawdę świat się nie zawali, jeśli okna nie zostaną natychmiast umyte, pranie zdjęte z balkonu, a do obiadu niekoniecznie musi być podana szarlotka z lodami, tylko kawałek ciasta z cukierni. Z drugiej strony… miała przecież wystarczająco dużo sił, a Leszek przepadał za jej wypiekami. Wyjadał co do okruszka serwowaną słodycz, z pietyzmem wręcz zbierając wszystko z talerzyka, po czym obdarzał ją uśmiechem pełnym wdzięczności i uwielbienia.

Uśmiechnęła się pod nosem. Ile razy zaś proponowała, by to, co zostało – a zostawało przecież dużo, bo dwoje starszych ludzi, jak bardzo by się nie starało, nie da rady spałaszować dużej blachy ciasta – oddać dzieciom, patrzył na nią z wyrzutem. Po chwili proponował, żeby do kolacji skubnąć jeszcze kawałek, a rano po śniadaniu się zobaczy. Potrafił wstać w nocy i wrzucić w siebie, zupełnie nieprzytomny, kilka porcji, zostawiając w widocznych miejscach dowody zbrodni – zapaskudzony kremem nóż, okruchy walające się po blacie lub talerzyk z resztkami. W każdym razie na drugi dzień raczej niewiele było już do oddawania dzieciom.

Łasuch.

Położyła nogi na taborecie i oparła plecy o parapet. Dużo rzeczy było jeszcze do zrobienia: uzupełnić dziennik, pozbierać w kartony cały dobytek, zabawki, pozostałości kredek, farb, dekoracje z okien. Szykowało się kilka kursów z ciężkimi pakunkami po schodach, do piwnicy, reszta poczeka spokojnie w sali na początek roku.

Spokojnie, albo i mniej spokojnie.

Zazgrzytał klucz w zamku, po chwili zaś w kuchni pojawił się Leszek obładowany zakupami. Na jej widok wyraźnie się ucieszył.

– O, jesteś już, zobacz. – Zaczął wyjmować produkty z postawionych na stole toreb. – Powiem ci, drożyzna straszna, nie wiem, ile będziesz miała swojej emerytury, ale mojej niedługo zacznie brakować na najpotrzebniejsze rzeczy.

– Maliny, rzeczywiście najpotrzebniejsze – mruknęła na widok niewielkiego tekturowego pojemnika – i chleb posmarujesz, i zupę ugotujesz.

– Oj, nie ironizuj. Dawno nie było tego ciasta, tego wiesz – zastygł na chwilę i rozmarzył się wyraźnie – z pianką. Z malinami i z pianką.

– Nie było, bo ostatnio blaszka przeciekła i musiałam godzinami szorować piekarnik. Ślad po cieście zaginął, a zapieczone placki nijak nie chciały się odmeldować. – Skrzywiła się na samo wspomnienie, od drucianego zmywaka zdarła sobie paznokcie i poharatała dłonie, dopiero niezawodne konsultacje w pracy przypomniały jej stary i sprawdzony babciny sposób. Soda doprowadziła piekarnik do stanu idealnego, Iwona zaś postanowiła unikać na przyszłość potraw, które nie trzymają się naczynia, w jakim są przyrządzane.

– To jak? – Znad pojemnika z malinami patrzyły na nią prosząco mężowskie oczy. Zerknęła na zegarek i pokręciła przecząco głową. – Ale jakbym ci pomógł, to raz-dwa by się zrobiło i do kolacji…

– Samo by się nie zrobiło, to po pierwsze – ucięła krótko i podniosła się z taboretu, zaglądając do torby – po drugie nie będziesz się obżerał na wieczór ciastem. Nie w twoim, wybacz, wieku. Kiedy wizyta u kardiologa? Za dwa dni, zobaczymy, co powie.

Leszek wzruszył ramionami i z niejakim żalem odstawił maliny na parapet.

– Wyniki mam jak nastolatek i dobrze o tym wiesz.

– Rano ci upiekę, będziesz się nim delektował przez cały dzień. – Wyjęła z torby ogórki i wrzuciła je do zlewu, gałązki kopru i chrzan odłożyła na bok, szacując szybko, że wszystkiego wystarczy akurat na dwie porcje małosolnych. I bardzo dobrze.

– Co w pracy?

– To co i zawsze. Dawidek znowu zalazł za skórę Aldonie.

– Ale nie przybiega już do ciebie, prawda?

– Ano nie. – Iwona uśmiechnęła się pod nosem. Po prawdzie zdarzyło się raptem dwa, może trzy razy, że młodsza koleżanka poprosiła o pomoc babcię niesfornego wychowanka. Później jednak wychowawczyni Dawida doszła do wniosku, słusznie zresztą, że problemy powinna rozwiązywać sama, za zamkniętymi drzwiami, nie dając chłopcu przekonania, że za chwilę przyjdzie ukochana babcia i pomoże. Może niekoniecznie pogłaszcze po głowie, na pewno zaś potraktuje go z niejakim pobłażaniem, wystarczyło się tylko rozpłakać.

– Wiesz, o co poszło? – Leszek wyciągnął duży słoik, z szafki obok zlewu wyjął miarkę i napełniwszy ją raz, przelał wodę do garnka, po czym pytająco spojrzał na żonę.

– Jeszcze jedna na pewno. – Iwona kiwnęła brodą w stronę miarki.

– Dwie łyżki?

– Tak.

– Takie czubate?

– Z lekkim pagórkiem. – Uśmiechnęła się, kręcąc głową. Nie pierwszy raz przecież Leszek pomagał jej w kuchni, w tym roku już kilkanaście razy robili razem ogórki małosolne, on jednak za każdym razem musiał się dopytywać, tak jakby w przeciągu tych kilku dni czy tygodni przepis się nagle zmienił. Tak jakby potrzebował ostatecznego potwierdzenia, że dobrze zapamiętał. Z drugiej strony niejednokrotnie tłumaczył żonie, że on po prostu nie poświęca zbyt wiele uwagi takim szczegółom jak przepisy, doskonale wiedząc, że od ich zapamiętania jest zupełnie inna głowa

– Dobrze. – Skrupulatnie odmierzył dwie łyżki, zaczął mieszać i spojrzał pytająco na żonę. – No, co tym razem nawywijał?

– Niby nic strasznego – westchnęła. Ogórki z równo przyciętymi końcówkami lądowały w słoiku, raz na jakiś czas przekładane koprem. – Po prostu powiedział, że nie będzie pił z plastikowego kubeczka.

– Co? – Łyżka na chwilę się zatrzymała.

– No normalnie. Mamy wodę w baniakach, rodzice na początku roku przynoszą kubeczki, po dwieście sztuk. Możesz wierzyć, możesz nie wierzyć, ale na koniec roku zazwyczaj brakuje. Nasz Dawidek usiadł sobie podobno pod szafką i powiedział, że strasznie chce mu się pić, że po prostu umiera, wysycha, ale z plastikowego kubka pił nie będzie, bo – Iwona wzniosła palec, usiłując zachować powagę – umrą wszystkie żółwie na świecie.

Leszek nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– A śmiej się, śmiej.

– Bo to śmieszne.

– Jak dla kogo. – Wzruszyła ramionami, wycierając dłonie w ścierkę, mimowolnie jednak sama również się uśmiechnęła. – Aldona podobno dość długo go przekonywała, stwierdziła, że od jednego kubeczka nic złego się żółwiom nie stanie, na co Dawid rozejrzał się przytomnie i pokazał na resztę grupy. Po czym nazwał swoich kolegów i koleżanki ni mniej, ni więcej, tylko mordercami.

– No proszę. Ciekawe, gdzie to usłyszał. Helenka ma co prawda fioła na punkcie segregacji śmieci, ale żeby wyzywała kogoś od morderców, to jeszcze nie słyszałem.

– Wielu rzeczy nie słyszeliśmy bezpośrednio od naszej córki, co nie znaczy, że tego nie mówi – skwitowała krótko Iwona, zalała ogórki i przetarła zmywakiem blat.

– Dalszy ciąg jakiś tej historii był?

– Był, a jakże. Dziewczynki ryknęły gromkim płaczem, dołączyło do nich kilku chłopców, część zaś postanowiła wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę i ruszyła na Dawida z pięściami. Powiem ci szczerze – Iwona przyłożyła rękę do piersi i pokręciła głową – jak ja się cieszę, że on nie jest w mojej grupie, to sobie nawet nie wyobrażasz.

– O własnym wnuku…

– Jak jest jeden na jeden, nie mam z nim żadnych problemów, doskonale o tym wiesz.

– Wiem. – Leszek pogłaskał żonę po dłoni i uśmiechnął się delikatnie. – Charakterny jest, sam nie wiem, czy po Helence, czy po Robercie. Z Kamilą przecież nie było najmniejszych problemów.

– Jeszcze będą, wszystko przed nimi. – Machnęła ręką, uznając temat za zamknięty. – Ale wiesz co? To nie jest głupi pomysł. Trzeba by kupić dzieciom kubeczki wielorazowego użytku, poszukam dzisiaj.

– Tak, najlepiej teraz, natychmiast.

– Teraz jeszcze nie, teraz wstawisz wodę na kawę, napijemy się, co? Takiej słabiutkiej.

– Ciasta nie ma – mruknął, stawiając czajnik na gazie.

– A i tu cię zadziwię. – Iwona na chwilę wyszła do przedpokoju, wróciła zaś, niosąc niewielką paczkę owiniętą w papier.

– Ptysie?

– Tak jakby. – Wyjęła z szafki dwa talerzyki, po czym nałożyła porcję sobie i mężowi, zlizując słodki krem z boków ciastka.

Po wieczornych wiadomościach przejrzeli program, po czym zgodnie stwierdzili, że nie ma niczego godnego uwagi. Leszek zagłębił się w swoich ukochanych krzyżówkach, włączając cicho radio, Iwona zaś wzięła z kuchni kubek herbaty i cmoknąwszy jeszcze przelotnie męża w czoło, udała się z książką do sypialni. Na jutro nie trzeba niczego przygotowywać, rano krótkie zajęcia, ale to opracowała już sobie na początku tygodnia. Pomoce dydaktyczne leżały na parapecie i miała szczerą nadzieję, że wystarczy czasu, żeby przynajmniej część z nich zademonstrować dzieciom. Co pięciolatkom zostanie w głowach, tego nie wiedziała, natomiast dla spokoju sumienia musiała im przypomnieć o wielu zasadach dotyczących szeroko pojętego bezpieczeństwa podczas wakacyjnych wyjazdów.

Przykryła nogi kołdrą, książkę zaś położyła na kolanach. Cicho westchnęła i zapatrzyła się w okno. Duża ćma usiłowała dostać się do środka, raz po raz uderzając miękkimi skrzydłami o szybę. Nie ustawała w wysiłkach, co chwila wybierając inne miejsce. Ciekawe, czy ją to boli, kiedy bezustannie napotyka twardą przeszkodę nie do pokonania. Mimo woli Iwona roztarła gęsią skórkę na rękach. Nie cierpiała tych owadów, ich włochatego ciała, wielkich, wypukłych oczu. Próżno by szukać na działce u państwa Gucińskich kwiatów takich jak aksamitki, floksy czy nawet lawendy. Iwona zrobiła najpierw wyjątkowo dokładne rozeznanie, jakie rośliny najbardziej odpowiadają nocnym gościom, by zdecydowanie szerokim łukiem omijać torebki z nasionami tych kwiatów w sklepie ogrodniczym. Nie wyobrażała sobie, żeby wieczorem, gdy już z Leszkiem usiądą sobie przed niewielkim domkiem – co prawda rzadko, ale jednak się to zdarzało – zlatywało się całe to włochate towarzystwo. I tak się zleci, ale najprawdopodobniej w mniejszej ilości, nienęcone przyjemnym zapachem.

Działka. Iwona oparła głowę i przymknęła oczy. Trzeba jeszcze wszystko przygotować na sezon letni. Co prawda już teraz regularnie jeździli z Leszkiem doglądać warzyw i zakwitłych pięknie kwiatów, ale pozostało jeszcze posprzątać niewielki dom. Zawieźć pościel, naczynia. Zdarzało się, że spędzali tam nawet po kilka dni, korzystając ze spokojnego sąsiedztwa.

Myśli goniły jedna za drugą, obowiązki, troski, niepokoje. O czym będzie myślała we wrześniu? Emerytura. Jakież magiczne słowo, jak wiele znaczące. Od lat wyobrażała sobie ten moment, liczyła skrupulatnie, ile czasu pracy jej zostało, w marzeniach robiła już listę zaległych rzeczy, na które nigdy w ciągu roku nie miała czasu. Z jednej strony można było myśleć o czekających Iwonę wolnych dniach tylko i wyłącznie z uśmiechem na twarzy, z drugiej jednak…

Co będzie robiła z czasem? Na potęgę piekła ciasta? Pielęgnowała rośliny na działce? A zimą? Owszem, były książki, właściwie dosyć dużo zaległej literatury, która czekała sobie spokojnie na odpowiednią chwilę. Ile jednak można czytać książki? Oczy już nie dawały rady zbyt długo wpatrywać się w drobne literki, potrzebowały licznych przerw.

Całkiem niedawno zapytała Leszka, czy się nie nudzi, jak sobie zagospodarowuje czas. Krótko i zwięźle odpowiedział: „Spokojnie. Bez pośpiechu”.

Czy ona też będzie tak potrafiła? Czy raczej będzie jej brakowało tego pędu, bezustannego myślenia o kilku rzeczach naraz, tego, co sprawiało, że nie pozwalała się dogonić starości? Dziewczyny w pracy śmiały się, że nie wygląda na swój wiek. Uprzejmość i tyle. Owszem, gdy stała tyłem, można jej było odjąć dobrych kilka lat, łaskawa natura wyposażyła Iwonę w niewielkie i sprytne ciało, które powlekała już pomarszczona skóra, ale pod nią próżno by szukać grama tłuszczu. Natomiast twarz nie pozostawiała żadnych wątpliwości, że jej właścicielka zbliża się rzeczywiście do wieku emerytalnego.

Jakby to było ważne, prychnęła i poprawiła poduszkę pod plecami. Kiedyś może tak, panicznie wypatrywała każdej zmarszczki, podnosiła brodę wysoko, żeby na szyi nie odciskało się piętno lat. Z czasem jednak machnęła na to ręką. Wolała cieszyć się każdym dniem u boku Lesia. Teraz, zdaje się, Helenka jest na etapie zamartwiania się o wszystko.

Cień przebiegł po twarzy Iwony, jak za każdym razem, gdy pomyślała o córce. Nie wyszło im, nie udało się zbudować solidnej relacji matki z córką. Nie wiadomo, dlaczego właściwie. Kiedyś Iwona próbowała o tym rozmawiać, kilkukrotnie zaczynała temat, za każdym razem natrafiała jednak na barierę nie do pokonania. Raz Lena zaczęła tłumaczyć, że wszystko chyba zaczęło się od tego nieszczęsnego przedszkola, Iwona jednak zbyt szybko się oburzyła. Nie mogła przyznać, żeby w jej zachowaniu było coś rażąco niesprawiedliwego. Wracała pamięcią i analizowała wiele sytuacji – jednak nie potrafiła znaleźć swojej winy. Owszem, bywało ciężko, bo Helena zachowywała się strasznie, można to tłumaczyć zazdrością o matkę, można też charakterem, ot na przykład teraz Dawid – wypisz, wymaluj mamusia, gdy była w jego wieku. Tyle że wtedy Iwona musiała się pilnować, córka została przyjęta warunkowo, dyrekcja patrzyła niezbyt przychylnym okiem na to, że dziewczynka uczęszcza do grupy mamy, inne były czasy.

Westchnęła cicho. Tak, ten jeden raz Helena próbowała wyjaśnić. Dlaczego Iwona nie mogła nabrać wtedy wody w usta, pozwolić córce mówić? Może chodziło o to, żeby wypłynął żal? Cholera wie, teraz nie można było narzekać, ich stosunki charakteryzowały się daleko idącą poprawnością, uprzejmymi telefonami, załatwieniem jakiejś błahostki, jednak… Iwona nie miała pojęcia, co martwi Helenę, co sprawia jej radość.

A to przecież takie ważne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dwadzieścia cztery godziny na dobę dostępna, zawsze chętna do układania klocków, ubierania lalek, zawsze mająca coś wybitnie pysznego pod ręką, gotowa ukoić ból, ucałować stłuczone kolana czy łokcie. Lena patrzyła spod zmrużonych powiek na przesypującego piasek Dawida, co chwilę obrzucała spojrzeniem Kamilę zagłębioną w lekturze i oddychała pełną piersią. Słońce przypiekało jej ramiona, głaskało brzuch i wprawiało w cudowny nastrój. Nie przeszkadzał jej zupełnie tłum oblegający plażę, nie irytowało sypanie piaskiem przez biegające w tę i we w tę dzieci, nawet mężczyzna leżący tuż obok z telefonem przy uchu, który uparł się, żeby jego rozmowę ze wspólnikiem słyszał każdy w promieniu przynajmniej pięciuset metrów, nie robił na niej żadnego wrażenia.

Wszystko obserwowała z dawno nieodczuwanym spokojem, spod wpółprzymkniętych powiek, z satysfakcją, że oto trwa właśnie urlop, że tuż obok jest Robert, który co chwila ciąga dzieci w stronę morza, dając jej całkowicie odpocząć.

Bajka. Uśmiechnęła się pod nosem. Po prostu bajka.

– Gwiazdo, gdzie masz balsam do opalania? – dobiegło do niej, a po chwili tuż nad swoją twarzą zobaczyła roześmiane oczy męża.

– Gdzieś tam w torbie. – Machnęła nieuważnie ręką. – Nie chcę żadnego balsamu ani olejku, chcę się opalić. Ale dzieci posmaruj, a jakże.

– Ciebie też posmaruję, ramiona już masz mocno zarumienione.

– I bardzo dobrze – mruknęła, przeciągając się na leżaku. – Jeszcze z godzinę, nie więcej, posmażę plecy.

– Jasne – parsknął Robert, wygrzebując z przepastnej torby butelkę balsamu – a wieczorem nie będziesz dała rady ani usiąść, ani się o nic oprzeć.

– Spokojna głowa, panuję nad sytuacją.

– Mamo, mamo, chodź, popuszczamy latawca. – Dawid ciągnął już jej rękę, jednocześnie zaglądając do wszystkich pakunków, jakie przytargali na plażę.

– Nie wzięłam, kochanie. – Potargała mu włosy i uśmiechnęła się lekko.

– Jak to? – Wydął usta w podkówkę i usiadł obok niej.

– Nie ma gdzie pobiegać z latawcem, popatrz. – Wskazała brodą tłum ludzi zalegający na piasku. – Wieczorem przyjdziemy, tak jak wczoraj.

– Obiecujesz?

– Tak mi się wydaje – mruknęła ostrożnie.

Wczoraj litościwie zabrała dzieci, gdy tylko rozrzucili bagaże po pokojach. Robert wyglądał na nieprzytomnego i wcale mu się nie dziwiła. Setki kilometrów za kierownicą, w przeogromnych korkach, poza tym z tylnego siedzenia bez przerwy właściwie dobiegało albo „tata, siku”, albo niczym mantra zasłyszane w lubianej bajce „daleko jeszcze?”. Co prawda Dawidowi udało się na chwilę wyłączyć, znużony upałem i miarowym kołysaniem zasnął na jakieś pół godziny, niemniej pozostałą część drogi niezmordowanie dawał znać o swojej obecności, nieustannie domagając się uwagi. Nie pomagał niezawodny w takich sytuacjach tablet czy telefon. Żadne gry go nie zainteresowały na dłużej. Natomiast wszystko, co mijali, wymagało albo komentarza, albo setki pytań wyrzucanych z siebie z prędkością karabinu maszynowego z żądaniem natychmiastowego wyjaśnienia i odpowiedzi. Dlatego też, gdy tylko dojechali na miejsce, Lena pogoniła dzieci do toalety, wygrzebała z walizki latawiec, Roberta oddelegowała na najbliższą kanapę, po czym zarządziła krótką wycieczkę nad morze. Wychodząc, zarejestrowała dziękczynne i umęczone spojrzenie męża. Wieczorem zaś, mimo składanych sobie obietnic, że usiądą przy kieliszku wina i będą upajać się zachodzącym słońcem, padli nieprzytomni i zasnęli w mgnieniu oka, wymruczawszy tylko niewyraźne „dobranoc”.

Możliwe, że dzisiaj uda się zrealizować postanowienia, chociaż jeżeli znowu wybiorą się na wieczorny spacer, różnie może się to skończyć.

Rozmyślania przerwał jej donośny wrzask dziecka i nieustępujące mu w natężeniu soczyste przekleństwo. Lena uniosła głowę. Pomiędzy parawanami przetaczała się całkiem spora grupa, nie patrząc na leżące koce, parła prosto w kierunku morza. Dwóch chłopców, na pierwszy rzut oka identycznych, mniej więcej w wieku siedmiu, ośmiu lat, jedna dziewczynka nieco starsza od nich i młoda kobieta ciągnąca za rękę krąglutkiego chłopczyka, na oko trzyletniego. Na ciążowym brzuchu matki rozciągała się koszulka z firmowym logo, podobne widniało na nogawce kusych spodenek. Odwracała się co chwila i wykrzykiwała w kierunku dwójki starszych ludzi:

– Gówno was to obchodzi.

– Na policję zadzwonię, nie wolno tak traktować dzieci!

– Moje dzieci i chuj cię to obchodzi!

Lena spojrzała na Roberta i szybko wyjęła z torby telefon, zwracając uwagę Kamili i Dawida na dzisiejsze popołudniowe plany. Wygooglowała Amber Sky i podsunęła im pod nos zdjęcie, opowiadając, co też zobaczą z samej góry. Jeden z równolatków, przechodząc obok ich legowiska, na widok Dawida ugiął ręce w łokciach, wystawił w kierunku oniemiałego chłopca zgięte jak szpony palce i najpierw zawarczał, potem zaszczekał, prawie się na niego rzucając, po czym parsknął głośnym śmiechem i kopnął piaskiem prosto na kolana Leny.

– Uspokój się, debilu – rzuciła krótko matka i dłonią zdzieliła go solidnie po głowie, co wywołało wybuch śmiechu drugiego z synów. Zaczął skandować, nie szczędząc gardła:

– Debilu, debilu, debiluuu.

– Pani kochana – dobiegł ją nagle czyjś głos.

Lena spojrzała na sąsiadujący leżak. Starsza pani przeżegnała się i z trwogą obserwowała oddalającą się gromadkę.

– Oni się teraz mnożą jak króliki.

– Kto „oni”? – Lena zmarszczyła brwi.

– No jak kto, patologia. Patrz, kobieto, tysiąc chodzi i szczeka, drugi tysiąc po dwóch stronach tej pożal się Boże matki, a pięćset w brzuchu siedzi, na moje oko to już długo nie posiedzi. A myśli pani, że ona na tym poprzestanie? Oj, nie wydaje mi się. – Sąsiadka pokręciła z dezaprobatą głową, zsunęła niżej na nos okulary przeciwsłoneczne i wskazała brodą: – O, rozkłada koc, widzi pani? Widzi, przecież ona wyjmuje papierosy. Świat staje na głowie, kochana, świat staje na głowie.

– Na swoją odpowiedzialność to robi. – Lena zagryzła wargi. Rzeczywiście, ciężarna właśnie usadowiła się na kocu i zaciągnęła z lubością papierosem. Trzylatek chodził naokoło niej i najwyraźniej chmura dymu absolutnie mu nie przeszkadzała, tak jakby był do niej przyzwyczajony, traktował jak powietrze, jak coś, co jest nieodłącznym elementem jego życia.

– Co też pani opowiada! – oburzyła się rozmówczyni. – Na społeczną odpowiedzialność, proszę popatrzeć, chłopcy latają samopas.

Nagle naokoło matki towarzystwo zaczęło się powoli zwijać z plaży, trudno było powiedzieć, czy chodziło o zbliżającą się porę obiadową, czy raczej o to, że nagle komfort odpoczywania zdecydowanie się obniżył.

– Czy ona pójdzie do pracy? Nie pójdzie, proszę pani, bo i po co. Co rok prorok, jak to się mówi, a pieniążki same wlatują do kieszeni. Takie to smutne, ja już pewnie tego nie dożyję, jak oni dorosną – kiwnięcie głową w stronę rozbrykanych chłopaków – i to moje błogosławieństwo. Bo tacy z domu niczego nie wyniosą, za nic człowieka będą mieć, strach, blady strach powinien już padać na ludzi – zawyrokowała, opadła na leżak i zaczęła mamrotać coś pod nosem, wybierając swoje własne towarzystwo do rozmowy. Było tam coś o tym, że społeczeństwo stacza się po równi pochyłej i że te biedne sierotki pewnie nawet nie znają swoich ojców.

Lena spojrzała na zegarek, ochota dalszego opalania nagle się ulotniła, poza tym dzieciom należał się już rzeczywiście obiad, więc powoli zaczęli się pakować.

Wpatrywała się w kartę dań niewidzącym wzrokiem. Z tego całego zajścia na plaży, z wypowiedzi obcej kobiety zostało jej w głowie tylko jedno zdanie, to wypowiedziane już pod nosem, do samej siebie. Ile w nim było prawdy? Czy rzeczywiście nie znają swoich ojców? Lena przelotnie zerknęła na Roberta, poprawiał Dawidowi potargane włosy i cicho zagadywał, uśmiechając się lekko. Przed oczami zamajaczyła jej łagodna twarz taty, jego wyrozumiałe spojrzenie, gdy przyznawała się do jakiegoś błędu, smutek w dużych oczach, gdy uparcie tkwiła przy swoim zdaniu, wykłócała o mało istotne rzeczy. Dumę, gdy śpiewająco zdała egzaminy na studia.

To on zawsze był obok, wspierał, karcił, uczył. To dzięki niemu poznała radość jazdy na rowerze i bez obawy, że utonie, rozgarniała na boki wodę podczas pływania. „Jesteś jak mała żaba”, mawiał, przyglądając się jej wyczynom, na co ona odpowiadała niezmiennie: „A ty duży ropuch”. Śmiał się wtedy głośno i patrzył z ogromną miłością. Jak wyglądałoby jej życie bez ojca? Wolała sobie nie wyobrażać, możliwe, że relacje z mamą ułożyłyby się inaczej, chociaż szczerze w to wątpiła. Jej życie byłoby po prostu puste.

Bez sensu.

– Wzięło cię? – zagadnął wreszcie Robert, głaszcząc ją delikatnie po dłoni.

– Nie wiem sama, czy mnie wzięło, czy nie, szkoda mi tych dzieciaków.

– Dlaczego? Przecież nie wiesz, jak jest w rzeczywistości. Pozory czasem mylą.

– Czasem tak – zgodziła się – tylko jeżeli w obecności innych mama zwraca się do swojego syna per „debilu”, to wolę nie myśleć, jakich określeń używa, gdy są sami.

– Więc nie myśl – poradził jej skwapliwie. – Świata nie naprawisz.

– Tylko że jak widzisz takie rażąco skrajne sytuacje, to się zaczynasz zastanawiać, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Dlaczego jednym dane jest więcej, innym o wiele mniej.

– Nie zawsze ten, który ma mniej, zdaje sobie sprawę z tego, co traci. Jego rzeczywistość może być przez to o wiele szczęśliwsza.

– A co ty mi tu teraz sugerujesz? – Odłożyła kartę na stolik, uprzednio wskazawszy mężowi jedną z pozycji. – Że dzieci z niepełnych rodzin są bardziej radosne niż te, które hojny los obdarował dwójką rodziców?

– Nie. – Robert pokręcił głową. – Coś do picia też chcesz?

– Poproszę kawę. Albo nie, małe piwo. Jutro się zamienimy, ja będę prowadzić – obiecała.

– OK. Usiłuję powiedzieć po prostu, że są nieświadome. I tyle.

– Do czasu. W pewnym momencie zaczynają widzieć więcej, zaczynają porównywać i dam sobie rękę uciąć, że pojawia się uczucie dojmującej pustki.

– Przesadzasz.

– Mamo… – jęknęła Kamila – czy ta pani mogłaby najpierw dać nam coś do picia?

– Jasne.

– A kiedy pójdziemy na to duże koło? Po obiedzie?

– Może być po obiedzie. Nie ma sprawy. – Lena uśmiechnęła się lekko do męża. Mało interesująca rozmowa dorosłych powinna zostać teraz zakończona, bo dzieci najwyraźniej się nudzą. Wyjęła telefon z torebki, wystukała szybko SMS-a, dołączyła jedno ze zdjęć zrobionych na plaży i wysłała do ojca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

– Jaki ma być ten tort? – Lena przegarnęła wpadające do oczu spocone kosmyki i po raz kolejny tego dnia doszła do wniosku, że po urlopie człowiek powinien jeszcze mieć jakiś bliżej nieokreślony ilościowo czas na dojście do siebie. Na odnalezienie się na powrót w codziennej rzeczywistości. Na spokojne przejrzenie zdjęć i utrwalenie w pamięci chwil spędzonych na beztroskim i niespiesznym szwendaniu się po plaży, objadaniu goframi czy podziwianiu słońca, które powoli, zyskując coraz ciemniejszą, pomarańczową barwę, zniżało się do morza, zatapiało w nim, jednocześnie rozmazując swoje kolory w granatowych falach.

Zdecydowanie skrajną nieodpowiedzialnością było wracanie następnego dnia do pracy, tuż po wstawieniu kolejnego prania i szybkim sprawdzeniu na balkonie, czy to poprzednie zdąży wyschnąć.

Za szybko.

Westchnęła cicho.

– Zmęczona? – W głosie mamy dało się słyszeć ledwie wyczuwalną troskę.

– Nie, nie o to chodzi.

– Mogłaś jeszcze posiedzieć w domu. I wiesz co?

– Hm?

– Z tym tortem to nie zawracaj sobie głowy. Jutro zadzwonię albo zajmę się tym sama.

– Mamo, bez sensu – zaoponowała Lena, jednocześnie czując, jak delikatne wyrzuty sumienia, które pojawiły się na początku rozmowy, powoli zaczynają rosnąć. Była zła, właściwie fuknęła do matki tą złością, bo przecież nie zdążyła jeszcze rozeznać się, czy w cukierni wszystko jest w porządku, nie zdążyła sprawdzić, co z zaopatrzeniem, czego brakuje, co należałoby upłynnić jak najszybciej ze względu na upał, żeby samo się nie upłynniło. Albo nie wywołało, nie daj Boże, u któregoś z klientów niestrawności. Tymczasem już z samego rana odzywał się znajomą melodią dzwonek telefonu, a po drugiej stronie matczyny głos domagał się natychmiastowej rady, pomocy i nie wiadomo czego jeszcze…

Usiadła na zapleczu, przysunęła sobie kubek z ciepłą jeszcze kawą i odetchnęła głęboko. Przecież zobowiązała się pomóc, tym bardziej że na Marka nie było co liczyć. Brat, owszem, lubił udzielać się rodzinnie, ale niejako przy okazji. W przygotowaniach do różnego rodzaju imprez – patrz święta, imieniny czy jakaś rocznica – wymawiał się całkowitym brakiem czasu, zupełną nieznajomością tematu… No bo przecież kto to widział, żeby mężczyzna zajmował się ciastami? Albo prezentami na rocznicę ślubu? Przecież wiadomo, że trafi jak kulą w przysłowiowy płot i wszyscy będą niezadowoleni, zarówno obdarowani, jak i on. W poczuciu totalnej klęski nie będzie mógł się w pełni cieszyć uroczystością. Na delikatną sugestię, żeby może Kinga pomogła, wynajdywał równie dużo wymówek. Raz żona była w ciąży, innym razem znowu została zawalona pracą po sam koniuszek nosa. I tak dalej, i tak dalej. W pewnym momencie Lena dała więc sobie spokój.

Marek, Mareczek. Od zawsze pod mamusiną spódnicą, od zawsze też pod opieką starszej siostry. Kochała brata, był słodki, grzeczny, jako dzieciak praktycznie nie sprawiał najmniejszych problemów. Krąglutki cherubinek. Taczał się za nią posłusznie, bez szemrania wykonując polecenia, wpatrywał się w Lenę wielkimi błękitnymi oczami pełnymi bezbrzeżnego uwielbienia. Nie wiadomo, w którym dokładnie momencie zaczął tę słodycz perfidnie wykorzystywać, po prostu pewnego dnia zrozumiała, że w dalszym ciągu słała mu łóżko, mimo że uczęszczał już do szkoły średniej. Zbierała jego brudne skarpetki z podłogi, bo przecież i tak wstawiała pranie, wynosiła z jego pokoju naczynia zalegające na biurku i parapecie, bo inaczej w całym domu zaczęłoby śmierdzieć. A że młody uwielbiał zupki chińskie i kiedy czujne oko mamy nie widziało, natychmiast serwował sobie te poskręcane wściekle makarony, pozostałości po nich często przyprawiały Lenę o mdłości. Marek zaś, upomniany, patrzył przepraszająco, rzucał się w te pędy do blatu biurka, zaczynał coś na nim przestawiać i kajać się, że nigdy więcej, że obiecuje, naprawdę się poprawi. Za każdym razem jednak Lena przekonywała się, że obietnice brata są niewiele warte. Możliwe, że miał jakieś tam chęci, ale miał jednocześnie świadomość posiadania w zasięgu ręki kogoś, kim można się w niezbyt pasjonujących domowych pracach wysłużyć.

I z tego korzystał.

I było tak chyba nadal, bo także Kinga niejednokrotnie zarzucała mu totalne nieróbstwo i lenistwo graniczące wręcz z niemożliwością.

Wyglądało więc na to, że jedyny wkład Marka w siedemdziesiąte urodziny taty będzie stanowić jego głośna i radosna obecność na uroczystości. Westchnęła. Powinna się już właściwie do tego przyzwyczaić, ale w chwilach takich jak ta, gdy głowa pełna jeszcze była szumu morza, donośnego gwaru na rynku i zapachu wszystkich knajp na gdańskiej Starówce, chciało się znaleźć pomoc w kimkolwiek. Na siłę, za wszelką cenę, a świadomość, że na tę pomoc niestety nie za bardzo można liczyć, najzwyczajniej w świecie złościła.

– Jesteś tam jeszcze?

– Jestem, mamo. Wiesz, myślałam o belgijskiej czekoladzie, tata ją uwielbia, a my tu mamy, poczekaj… – Lena przytrzymała ramieniem słuchawkę i sięgnęła do stojącego na półce segregatora. Wzór powinien już być wydrukowany, jeśli nie, poszuka w internetowej ofercie. Kartkowała zafoliowane strony, aż wreszcie trafiła na odpowiednie zdjęcie. Duży, oblany ciemną czekoladą tort. – Mam, około sześćdziesięciu złotych za kilogram.

– Trzeba by było chyba ze dwa, co? A może trzy? – Głos po drugiej stronie wyrażał czystą niepewność. – Ojciec sam zje ponad połowę tego tortu.

– Ile będzie osób?

– Myślę, że około piętnastu.

– To dwa kilogramy w zupełności wystarczą, zaspokoją nawet apetyt taty. Spokojna głowa.

– A powiedz mi, jak on wygląda? – zainteresowała się nagle mama.

– Kto? Tata? – zapytała mało przytomnie Lena.

– No gdzie tata, jego widziałam jakieś pół godziny temu, jak tort wygląda? To taki z owocami? Z bitą śmietaną? Bo wiesz, za tym dzieci z kolei przepadają.

– To trzeba się zdecydować, albo tort ma być pod kątem jubilata, albo gości. Tutaj masz tylko masę czekoladową, polewę z takiej wysoko, że tak to ujmę, procentowej czekolady, no i na górze ozdoby – makaroniki, rurki, tego typu rzeczy.

– To nikt tego do ust nie weźmie – zawyrokowała mama.