Czarodziej z Łysej Góry. Opowieść o Bolesławie Książku - Bożena Kostuch - ebook

Czarodziej z Łysej Góry. Opowieść o Bolesławie Książku ebook

Bożena Kostuch

4,4

Opis

Tytułowy czarodziej – Bolesław Książek – jeden z najwybitniejszych polskich ceramików, był już znanym i cenionym artystą, kiedy uwiedziony niespotykaną magią małej miejscowości koło Tarnowa porzucił Kraków i swoje dotychczasowe życie. Łysa Góra stała się jego domem, a tamtejszy zakład ceramiczny – zawodową obsesją. Poświęcał „Kamionce” niemal każdą chwilę, a swojej pracy nie ograniczał jedynie do powierzonych mu obowiązków dyrektora artystycznego: zajmował się również sprawami technicznymi, uczył, czasem można go było spotkać z kubłem farby i pędzlem czy nawet z miotłą. W ciągu niemal 20 lat spędzonych w Spółdzielni Pracy Rękodzieła Ludowego i Artystycznego wykonał ponad 1600 wzorów naczyń użytkowych i dekoracyjnych, rzeźb ceramicznych, płyt okładzinowych oraz ceramiki architektonicznej. W swoje projekty wkładał serce i duszę, a jego prace ciągle zachwycają poziomem artystycznym i kunsztem wykonania. Dziś, 26 lat po śmierci mistrza, można je oglądać w najważniejszych polskich muzeach, a także galeriach na całym świecie.

Bożena Kostuch, chcąc oddać tej wyjątkowej postaci należny hołd, dotarła do archiwalnych materiałów, rozmawiała z rodziną artysty i ludźmi związanymi z łysogórską „Kamionką”. Efektem jej wieloletniej pracy jest pierwsze tak szczegółowe opracowanie spuścizny mistrza.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
fifka20

Nie oderwiesz się od lektury

„Czarodziej z Łysej Góry. Życie i twórczość Bolesława Książka” to świetnie napisana książka, którą czyta się jednym tchem. Autorka zabrała nas w niezwykłą podróż i ukazała piękno twórczości Książka. Bożenę Kostuch poznałam przy okazji lektury „Kolor i blask. Ceramika architektoniczna oraz mozaiki w Krakowie i Małopolsce po 1945 roku”. Chcąc oddać hołd Bolesławowi Książkowi, dotarła do archiwalnych materiałów. Rozmawiała z rodziną artysty i ludźmi związanymi z łysogórską „Kamionką”, z detektywistyczną pasją studiowała również twórczość swojego bohatera. Efektem tej pracy jest pierwsze tak szczegółowe opracowanie jego spuścizny. „Czarodziej z Łysej Góry. Życie i twórczość Bolesława Książka” opowiada o jednym z najwybitniejszych polskich ceramików. To opowieść o znanym i cenionym artyście, którego uwiodła mała miejscowość koło Tarnowa, porzucił Kraków i swoje dotychczasowe życie właśnie z nią związał. Do Łysej Góry przyjechał po raz pierwszy 23 maja 1951 roku. Zarażony entuzjazmem twór...
00

Popularność




Wydawca ADAM PLUSZKA
Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE
Redakcja PIOTR KRÓLAK
Korekta ANNA HEGMAN, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Zdjęcie na okładce © Marcin Sacha
Płytki z okładki znajdują się w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Bochni
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Bożena Kostuch Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66671-57-7
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.
.

Bolesław Książek na progu domu w Łysej Górze, koniec lat 60.

WPROWADZENIE

Trudno już dziś ustalić, kto pierwszy nazwał Bolesława Książka czarodziejem. Tak określano zresztą nie tylko jego – przydomek „czarodzieje” pojawił się także w kontekście całej trójki artystów tworzących tzw. eksperyment łysogórski[1]. Używany był również w stosunku do Franciszka Mleczki, który za sprawą czarów miał przemienić Łysą Górę[2]. Jednak to Bolesława Książka nazywano w ten sposób najczęściej i dzisiaj to właśnie o nim myślimy jako o czarodzieju gliny i ognia, który dzięki „tajemnym mocom” tworzył dzieła zachwycające publiczność.

Artysta większą część życia spędził w Łysej Górze, niewielkiej wsi położonej w sercu Małopolski, między Krakowem a Tarnowem. Nazwa skojarzyła się jakiemuś dziennikarzowi z sabatami czarownic na Łysej Górze; opowiadając więc o tym, co przez ponad dwadzieścia powojennych lat działo się we wsi, chętnie nawiązywano do pomocy czarownic, do czarów i czarodziejów. Przez całe dziesięciolecia Łysa Góra niczym nie wyróżniała się spośród innych podtarnowskich miejscowości. Była biedną, przeludnioną wioską galicyjską, w której dominowały niewielkie gospodarstwa i liczne rodziny. Ludzie emigrowali stąd do Ameryki, a w okresie międzywojennym wyjeżdżali za granicę do pracy sezonowej i szukali szczęścia w miastach. Nieliczni kształcili się[3], niektórzy włączali w działalność gospodarczą, oświatową lub religijną.

Na przełomie XIX i XX wieku założono w Łysej Górze szkołę ludową, powstało także kółko rolnicze, które prowadziło sklepik i było źródłem nowinek rolnych[4]. Z kolei dzięki czasopismom adresowanym do galicyjskiego ludu powoli budziła się świadomość polityczna, w okresie międzywojennym już mocno ugruntowana. Łysogórzanie mieli pod tym względem dobre wzorce. To przecież z nieodległych Wierzchosławic pochodził trzykrotny premier RP Wincenty Witos, autorytet nie tylko w sprawach politycznych. Witosa radzili się chłopi łysogórscy choćby w sprawie budowy kościoła, a jego partia, PSL „Piast”, w latach dwudziestych najsilniejsze chłopskie ugrupowanie w Polsce, także tutaj miała licznych zwolenników[5].

W 1927 roku grupa młodych łysogórzan utworzyła koedukacyjne Koło Młodzieży i wkrótce dołączyła do Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”[6]. Koło skupiało się na pracy kulturalnej i oświatowej: zorganizowało bibliotekę, przygotowywało przedstawienia teatralne, prowadziło kursy szycia, gotowania, przysposobienia rolniczego. „Wici” blisko współpracowały ze Stronnictwem Ludowym, w którego programie zawarto nie tylko konieczność przeprowadzenia reformy rolnej, lecz podkreślano również rolę oświaty i kultury, a także znaczenie ruchu spółdzielczego – obecnego zresztą na terenach zachodniej Małopolski już w XIX wieku, przede wszystkim pod postacią spółdzielni rolniczo-kredytowych.

Ruch ludowy nie był jednak jednolity i także w Łysej Górze dało się zauważyć podział na orientację ludową oraz katolicko-ludową, pozostającą pod wpływem Kościoła. Zwolennicy tej drugiej popierali Polskie Stronnictwo Katolicko-Ludowe, a młodzi wiązali się z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży[7]. „Szkoda było tylu zdolnych chłopców, którzy stronili od Koła Młodzieży, skupiając się w SKM-ie”, ubolewał po latach Franciszek Mleczko i dodawał, że podział na dwie orientacje bardzo osłabiał pracę społeczną[8]. Łysogórscy gospodarze, niezależnie od poglądów politycznych, zaraz po odzyskaniu niepodległości działali jednak wspólnie w Komitecie Budowy Kościoła, który został poświęcony już w 1922 roku. Wymieniając przedwojenne łysogórskie aktywności, należy także wspomnieć o kole gospodyń, które w latach trzydziestych organizowało kursy kroju i szycia czy gotowania i przetwórstwa. Działania podejmowane we wsi już przed II wojną światową sprawiły, że łysogórzanie potrafili być aktywni, umieli się organizować i pracować dla wspólnego dobra. Miało to niebagatelne znaczenie dla przedsięwzięć podjętych po zakończeniu wojny.

W okres poII wojnie światowej Łysa Góra weszła z błotnistą drogą oraz jedynie kilkoma murowanymi budynkami (szkołą, kościołem). Ludzie wciąż mieszkali w drewnianych domach, często krytych strzechą, z polepami zamiast podłogi, i używali lamp naftowych. Po kilkunastu latach zmiany były dostrzegalne zarówno w pejzażu wsi, w którym pojawiły się murowane obiekty, a wśród nich imponujący gmach Zasadniczej Szkoły Rzemiosł Artystycznych czy zabudowania Spółdzielni „Kamionka”, jak i w życiu łysogórzan – poczynając od tak przyziemnych, lecz zarazem ważnych spraw, jak doprowadzenie prądu, poprzez możliwość uzyskania dodatkowych dochodów i zatrudnienia na miejscu[9], aż po udział w życiu kulturalnym wsi. W Łysej Górze nie było co prawda przedwojennych tradycji spółdzielczych, ponieważ nie powiodła się próba budowy wspólnej cegielni zainicjowana przez Koło Młodzieży, istniały jednak tradycje zbiorowego działania, więc to, co robili mieszkańcy, przybierało często formy spółdzielcze lub paraspółdzielcze.

Jedną z pierwszych inicjatyw było założenie – jeszcze podczas okupacji – Spółdzielni Rolniczo-Handlowej „Praca”; uruchomiła ona sklepik w budynku należącym przed wojną do Kółka Rolniczego. Dla przyszłości Łysej Góry kluczowe stało się jednak zorganizowanie Spółdzielni Pracy i Użytkowników, której inicjatorem był Franciszek Mleczko i która później przyjęła nazwę „Kamionka” Spółdzielnia Pracy Przemysłu Artystycznego, a także założenie szkoły zawodowej mającej m.in. kształcić dla niej pracowników. Statut organizacji przyjęto 31 sierpnia 1947 podczas zebrania, w którym wzięły udział trzydzieści cztery osoby; szkołę otwarto 15 grudnia. Spółdzielnia była pierwotnie wielobranżowa, lecz od samego początku ważne były w niej wyroby z gliny (cegły, doniczki), co po kilku latach zaowocowało produkcją ceramiki artystycznej. Początkom spółdzielni towarzyszyło wielkie społeczne zaangażowanie. Jej członkowie oraz ich bliscy oferowali pomoc finansową i materiałową, a także w formie robocizny; również w samym zakładzie pracowano początkowo za darmo, ufając, że po sprzedaży wyrobów pojawią się zaległe wynagrodzenia. Taka sytuacja była możliwa tylko na wsi, gdzie rodziny zrzeszonych utrzymywały się z pracy na roli i nie potrzebowały dodatkowej pensji, by przeżyć[10].

Spółdzielczość miała w Polsce ugruntowane tradycje, cieszyła się zaufaniem, a w okresie międzywojennym stała się masowym ruchem społeczno-gospodarczym. Jego zasadą była apolityczność, odrzucona po 1945 roku, spółdzielcy poparli bowiem nowy kształt Polski i reformy ustrojowe oraz społeczno-gospodarcze. Zaraz po zakończeniu wojny ruch spółdzielczy rozwijał się bardzo dynamicznie. Władze uznały go za element uzupełniający sektor państwowy, a w przypadku terenów wiejskich – za ważny czynnik ich przebudowy. Znalazło to odbicie w uchwalonym 2 lipca 1947 Planie Odbudowy Gospodarczej, w którym gospodarce spółdzielczej i prywatnej przyznano znaczną rolę[11]. PolitykaPPR zmierzała jednak do wprowadzenia modelu gospodarki opartego na wzorcach radzieckich, przyjmowane ustawy miały więc za zadanie m.in. radykalne ograniczenie prywatnej i spółdzielczej działalności gospodarczo-handlowej oraz wprowadzenie ścisłej kontroli rynku przez państwo.

Efektem zapoczątkowanej w 1947 roku tzw. bitwy o handel było zmniejszenie liczby prywatnych sklepów oraz reorganizacja i podporządkowanie ruchu spółdzielczego[12]. Wkrótce spółdzielnie zostały włączone w system gospodarki centralnie planowanej oraz poddane kontroli gospodarczej i politycznej, a tym samym pozbawione samorządności[13]. Było to zgodne z zaleceniami planu sześcioletniego, który już w tytule, oprócz rozwoju gospodarczego, oznajmiał budowę podstaw socjalizmu[14]. Centralnie sterowana i ściśle nadzorowana spółdzielczość pierwszej połowy lat pięćdziesiątych zupełnie więc nie przypominała aktywności przedwojennej na tym polu – można wręcz stwierdzić, że była jej zaprzeczeniem. „Nowy impuls”, jak pisał Oskar Lange, dała temu ruchowi dopiero „odnowa październikowa”, której skutkiem była realizacja zmodyfikowanego modelu gospodarczego, a także likwidacja ciążącego nad spółdzielczością „biurokratycznego centralizmu”[15].

„Kamionka” należała początkowo do Centrali Spółdzielczości Pracy, a w 1950 roku przeszła do Spółdzielczo-Państwowej Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego[16]. CPLiA szczególnie dynamicznie rozwijała się właśnie w tamtym czasie i znacznie zwiększyła stan posiadania, gdyż w jej skład włączono szereg kooperatyw zrzeszonych wcześniej w innych centralach i związkach[17]. W 1954 roku doszło do kolejnych zmian w strukturze spółdzielczej. Powstał Centralny Związek Spółdzielczości Pracy zrzeszający wszystkie spółdzielnie pracy oraz rzemieślnicze spółdzielnie zaopatrzenia i zbytu[18]. CPLiA przestała istnieć jako centrala spółdzielczo-państwowa, lecz wkrótce został powołany Krajowy Związek Spółdzielni Przemysłu Ludowego i Artystycznego CPLiA[19]. Podlegał on Centralnemu Związkowi Spółdzielczości Pracy, posiadał jednak daleko idącą autonomię organizacyjną. W ten sposób „Kamionka”, jako podporządkowana bezpośrednio Cepelii, funkcjonowała w strukturze CZSP.

Spółdzielczość pracy od początku prowadziła szeroką akcję szkoleniową, organizowała kursy, zajmowała się szkolnictwem zawodowym[20], odgrywała dużą rolę w rozwoju sportu wiejskiego oraz przedsięwzięciach kulturalno-oświatowych. Spółdzielnie prowadziły też zespoły pieśni i tańca, grupy teatralne i zespoły śpiewacze, kółka samokształceniowe i kluby rolnika; brały udział w upowszechnianiu czytelnictwa, organizowały wystawy, prelekcje i koncerty[21]. To wszystko działo się także w Łysej Górze, możemy więc uznać, że ruch spółdzielczy miał decydujący wpływ na przemiany, jakie zaszły we wsi, a sukces „Kamionki” sprawił, że zawiązały się kolejne spółdzielnie – w 1955 roku Spółdzielnia Zdrowia, która po kilku latach wzniosła tzw. Lekarzówkę, a następnie ośrodek zdrowia[22], oraz Spółdzielnia Mieszkaniowa „Zacisze”, zorganizowana w 1963 roku w celu budowy bloku z mieszkaniami dla nauczycieli[23].

Obecnie często można spotkać się ze stwierdzeniem, że Łysa Góra była wsią „wzorcową”, co sugeruje, że ktoś z zewnątrz chciał stworzyć jakiś model wsi i wybrał właśnie tę miejscowość, by spróbować go zrealizować. Tymczasem zdecydowana większość przedsięwzięć, które realizowano w Łysej Górze, to zasługa samych mieszkańców. Nie interesowało ich bycie wzorem dla innych, działali dla siebie i swoich rodzin. To dzięki ich wizji, uporowi i ciężkiej pracy po latach dziennikarze pisali, że Łysa Góra „przemienia się w miasto”, lub nazywali ją „szwedzką wsią” koło Brzeska, a sam Franciszek Mleczko zauważał, że osiągnięcia miejscowości „prześcignęły najśmielsze marzenia”.

O niezwykłej aktywności mieszkańców oraz ich chęci do wspólnej pracy dla dobra ogółu informowano niejednokrotnie na łamach ówczesnej prasy. Zarówno to, co działo się we wsi, jak i sposób działania łysogórzan znakomicie wpisywały się bowiem w to, co w tamtych latach było dla rządzących szczególnie ważne. Łysa Góra stała się więc łakomym kąskiem dla propagandy – miała być dowodem na prawdziwość haseł o roli „aktywu” i „działaczy”, o znaczeniu „czynów społecznych”, miała być przykładem tego, co może sprawić „aktywizacja zacofanych terenów” i „sojusz robotniczo-chłopski”. Władze nigdy jednak jakoś specjalnie nie wspierały Łysej Góry, co dobrze widać choćby na kartach wspomnień Franciszka Mleczki, z których wynika, że wiele spraw ważnych dla wsi udawało się załatwić głównie poprzez kontakty rodzinne i towarzyskie. Funkcję katalizatora zmian pełniła „Kamionka” – dzięki istnieniu spółdzielni w Łysej Górze założono pocztę, poprawiono drogę czy doprowadzono gaz.

Warto może w tym miejscu zacytować kilka tekstów prasowych poświęconych zmianom zachodzącym w Łysej Górze, które przyczyniły się do powstania mitu tej miejscowości jako „wsi wzorcowej” dla nowych czasów, wsi godnej naśladowania. „Początkowo na palcach by ich zliczył. Antoni Kopytko, Stanisław Mleczko i Józef Gajda. Od nich się zaczęło. Chcieli elektryfikować wieś własnymi siłami” – tymi słowy wiosną 1957 roku na łamach „Gazety Krakowskiej” Zbigniew Guzowski i Tadeusz Leśniak rozpoczęli opis przeobrażeń w Łysej Górze. Wskazali też na zasadniczą rolę Franciszka Mleczki, który potrafił dać przykład i przekonać ludzi do podejmowanych działań. Jak pisali, „Łysa Góra miała społeczników, za którymi gotowa była pójść. Brakowało programu działania wartego wyrzeczeń i zachodów. Mleczko miał taki program”.

Łysa Góra może być wszędzie to niezwykle interesujący artykuł, zawierający duży ładunek propagandowy, pochodzący z okresu, gdy w miejscowości były już widoczne zmiany i wiele zdołano już zrobić, ale równie wiele wciąż pozostawało do wykonania.

Łysa Góra zawdzięcza swój dorobek przede wszystkim własnym staraniom. Nie uzależniano tu jakichkolwiek poczynań od uprzedniej pomocy z zewnątrz. Jedynie wówczas, kiedy zostały wykorzystane wszystkie lokalne możliwości, kiedy zamiar przerastał siły, kołatali o pomoc państwa. Korzystali z niej, bo zasłużyli na nią. Nic nie przychodziło łatwo, bez trudu. Wiele projektów pozostałoby niespełnionymi, gdyby zabrakło grupy ludzi, która umiała wyzwolić energię środowiska i wprząc do twórczego działania. Nie byli funkcjonariuszami instancji czy instytucji. Byli działaczami

– opisywali dziennikarze.

I konstatowali, że Łysa Góra to wieś, która „wyprzedziła inne o całe dziesięciolecie”, mimo że „nie darzono jej wyjątkowymi przywilejami. Nikt jej nie stworzył cieplarnianych warunków”[24].

Także Janusz Roszko zwrócił uwagę na decydującą rolę „działaczy” potrafiących nadać kierunek rozwojowi, przekonać i wręcz porwać mieszkańców do wspólnej pracy, i uznał, że to dzięki nim Łysa Góra zdystansowała inne miejscowości, lecz bez mała aż o... trzy dziesięciolecia! Roszko opublikował swój artykuł w „Dzienniku Polskim” w 1958 roku i nadał mu znamienny tytuł Wyprawa na Łysą Górę czyli w lata osiemdziesiąte piąte XX wieku. Zauważając, że „pęd wsi w stronę cywilizacji wyrażał się jak dotąd w emigracji ludności wiejskiej do miasta”, a „czasy Siłaczek i Judymów minęły dawno – i nikt nie ma ochoty wracać na wieś po to, aby ją przekształcać”; konstatował, że „Łysa Góra jest jedynie wyjątkiem, który potwierdza regułę”, i absolutnie nie zgadzał się ze stwierdzeniem, że „Łysa Góra może być wszędzie”. A zastanawiając się, co miało wpływ na wyróżniającą się postawę małopolskiej wsi, pisał:

...o sukcesie Łysej Góry zadecydowały dwa czynniki: po pierwsze – działacze, po drugie – czyn społeczny, do którego ci właśnie działacze potrafili mieszkańców wsi zachęcić. Trzecim czynnikiem, którego nie da się wykazać w jakichś kategoriach uchwytnych, była wiara, że własnymi siłami, nie czekając na mannę z nieba, można zrobić bardzo wiele. [...] Łysa Góra pożarła bowiem ogromny kapitał pracy. Ale teraz jest na co popatrzeć... Nie od razu Łysą Górę zbudowano. A zbudowano właściwie z niczego. Z ludzkiej pracy i uporu

– podsumowywał Roszko[25].

I ostatni cytat, z najpóźniejszego tekstu. Jak pisał Stefan Ciepły w 1976 roku, wszystko, co zrobiono w Łysej Górze:

kryje ogromną ofiarność społeczną mieszkańców, kryje setki zabiegów organizacyjnych, związanych ze zdobyciem finansów, materiałów budowlanych, transportu, siły przerobowej itp. itd. Bez tego klimatu, bez wkładu Machetów, Sachów, Mleczków, Kopytków, Mytników i wielu innych, nic by nie zdziałał najlepszy choćby organizator życia publicznego w pojedynkę. Ale ten klimat był i jest, a wokół Franciszka Mleczki, jak wokół słońca, krzyżują się tu wszystkie opinie i postawy, bunty i pasje.[26]

Z biegiem lat baza materialna Łysej Góry ulegała wzbogaceniu, co zauważali wszyscy odwiedzający wieś, należy jednak podkreślić, że kreowano i zaspokajano również pozamaterialne potrzeby mieszkańców. Nie zapominając o intencjach rządzących, trzeba zresztą obiektywnie przyznać, że ówczesne państwo bardzo sprzyjało działalności kulturalno-oświatowej na wsi. Te wątki pojawią się w naszej opowieści o Bolesławie Książku, gdyż łysogórski ceramik brał aktywny udział w wielu przedsięwzięciach na terenie miejscowości, a oświata i szeroko rozumiana kultura, podobnie zresztą jak dla Mleczki, miały dla niego bardzo duże znaczenie.

Łysa Góra stała się dla władz przykładem modernizacyjnego sukcesu polskiej wsi, miała więc dużą „wartość propagandową”. Często chwalono się Łysą Górą i jej osiągnięciami, nie było też chyba innej wsi w Polsce, o której by aż tyle pisano. Łysa Góra, „Kamionka” i Bolesław Książek byli obecni w prasie codziennej i specjalistycznej, w magazynach poświęconych sztuce i projektowaniu, w czasopismach kobiecych i młodzieżowych oraz tych przeznaczonych dla odbiorców zagranicznych. Przeglądając prasę z minionych lat, nieraz można też natrafić na informacje o wizytach we wsi zagranicznych gości, dziennikarzy, pisarzy, działaczy, niekiedy z bardzo odległych stron. Największym wydarzeniem były chyba jednak odwiedziny Walentyny Tierieszkowej, pierwszej kobiety, która poleciała w kosmos[27]. Kosmonautkę przywieziono do Łysej Góry 24 lipca 1969, gdy odwiedzała Polskę na zaproszenie Krajowej Rady Kobiet. Oczywiście Tierieszkowa i jej towarzyszki otrzymały na pamiątkę przykłady łysogórskiej ceramiki.

Ale Łysa Góra nie była idylliczną miejscowością, gdzie wszyscy się kochali i współpracowali dla dobra ogółu. Zmianami we wsi była w rzeczywistości zainteresowana niezbyt duża grupa osób – ów, jak pisano wówczas, „aktyw” łysogórski, starający się przekonać i pociągnąć za sobą innych. Wśród mieszkańców wielu było obojętnych, a nawet niechętnych nowościom. Ankiety przeprowadzane przed podjęciem działań wśród łysogórzan wskazywały często taką samą liczbę zwolenników, jak i przeciwników kolejnych inicjatyw. Także zaangażowanie w sprawy wsi wyglądało różnie w zależności od okresu. Nie wszystko przebiegało więc bezkonfliktowo, ujawniały się rozmaite grupy interesów, co zresztą opisał w swoich wspomnieniach Mleczko i czego odprysk znajdziemy także w pamiętnikach Książka.

Do sporów między poszczególnymi gospodarzami, bądź między łysogórzanami a mieszkańcami sąsiednich wsi, dochodziły także konflikty z Kościołem, którego wpływy chcieli ograniczyć działacze o lewicowych poglądach. Dotyczyły one choćby pracy w święta kościelne[28] czy udziału młodzieży w rozmaitych wydarzeniach kulturalno-rozrywkowych odbywających się w czasie postu. Ścierały się więc różne zapatrywania, opinie i poglądy. Niektórzy z łysogórzan należeli do partii politycznych (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego), młodzież zapisywała się do Związku Młodzieży Wiejskiej lub Związku Młodzieży Socjalistycznej, ale we wsi rozwijało się także życie religijne. Bolesław Książek w nim nie uczestniczył, dlatego nie będziemy wspominać o tej części lokalnej historii.

Książek stracił wiarę podczas wojny, a obserwując stosunki panujące na polskiej wsi, doszedł do przekonania, że Kościół stara się przeszkodzić w zmianach i modernizacji. Szczególnie ważni byli dla niego młodzi ludzie, czemu niejednokrotnie dawał wyraz w zapiskach. Troska o młodzież, o tą młodzież, na którą księżulo ślą gromy, że jest komunistyczna, a my znów biadamy, że klerykalna – pisał. – A jak jest w rzeczywistości? Chyba raczej nijaka, bez oblicza – zauważał z ubolewaniem. – Weźmy taki chór, jak nam trudno jest zebrać trochę młodzieży do tej akcji, a tam, tam to nie jest sprawą.

Kwestia wychowania była kluczowa także dla Mleczki, który tak o tym pisał: „Dopiero wychowanie angażuje człowieka po stronie danego systemu społeczno-gospodarczego i po stronie współczesnej kultury społecznej. A siła wychowania polega na oddziaływaniu zarówno na rozum, jak na wyobraźnię i uczucia...”[29]. Te dwa krótkie zdania mogą służyć za podsumowanie wielu działań podejmowanych w Łysej Górze, o których opowiemy na kartach niniejszej książki.

Opowieść o życiu i twórczości Bolesława Książka rozgrywa się więc w dużej mierze w Łysej Górze. Nie będzie to jednak książka o dziejach tej miejscowości i jej przemian. Nie poruszymy wielu wątków, a niektóre jedynie zasygnalizujemy ze świadomością, że temat ten zdecydowanie wykracza poza ramy naszej opowieści. Nie będzie to także książka poświęcona działającej we wsi Spółdzielni „Kamionka”, z którą ceramik związany był bez mała dwadzieścia lat. Zdajemy sobie bowiem sprawę, że zakładowi, który na trwałe wszedł do historii polskiej ceramiki, należy się odrębne, wnikliwe opracowanie.

Podstawowym, ogólnodostępnym źródłem wiedzy na temat Łysej Góry są kilkakrotnie już wzmiankowane, wydane drukiem wspomnienia Franciszka Mleczki zatytułowane Wieś rodzinna wzywa[30]. To bardzo wartościowy dokument przemian społecznych, gospodarczych, kulturowych – książka zasadniczo rzetelna, napisana ze swadą, choć zarazem często subiektywna. Czytając ją, musimy też pamiętać, że Mleczko nie mógł powiedzieć wszystkiego. Aż do 1990 roku istniała w Polsce cenzura i zanim Sejm RP zniósł ją ostatecznie ustawą z 11 kwietnia, każde nieprawomyślne czy zbyt daleko idące stwierdzenie mogło paść jej ofiarą. Ciekawe, co napisałby Mleczko, gdyby miał całkowitą wolność wypowiedzi? Czy coś by dodał, inaczej zaakcentował? Niestety, nigdy się tego nie dowiemy.

Wieś rodzinna wzywa ma dwa wydania. Pierwsze ukazało się w 1963 roku, a więc w okresie wielkiej popularności i sukcesów Spółdzielni „Kamionka” oraz wciąż bliskiej współpracy – i chyba nawet przyjaźni – autora z Bolesławem Książkiem. Drugie pochodzi z 1970 roku, gdy drogi obu tak zasłużonych dla Łysej Góry postaci już się rozeszły, a Mleczko wypowiadał wiele niepochlebnych słów pod adresem ceramika. Tej niechęci nie widać na kartach książki, ale wystarczająco znamienne są pewne przemilczenia i zmiany w tekście w stosunku do pierwszego wydania.

Franciszek Mleczko jest osobą kluczową dla historii Łysej Góry. To on zainicjował powstanie Spółdzielni „Kamionka”, to on namówił Bolesława Książka do opuszczenia Krakowa. Warto poświęcić mu nieco uwagi. W 1946 roku, odpowiadając samemu sobie na pytanie „dlaczego jestem ludowcem?”, wymieniał: „jestem synem wsi”, „jestem synem chłopskim”, „jestem oświatowcem”, „jestem człowiekiem”, „jestem Polakiem”[31]. Mleczko miał wykształcenie polonistyczne, był pedagogiem. Od młodości związany z ruchem ludowym, w 1930 roku był redaktorem „Znicza”, organu okręgowego Związku Młodzieży Wiejskiej w Krakowie i Lwowie[32], potem pracował jako nauczyciel w Tarnowie oraz na Kresach Wschodnich. W jednym z późniejszych dokumentów określony został jako „zdecydowany antyklerykał i radykalny wiciowiec”.

W 1938 roku rozpoczął pracę w Instytucie Oświaty Dorosłych w Warszawie, obronił również doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wojnę spędził w Łysej Górze, angażując się w tajne nauczanie. Zaraz po wojnie organizował szkolnictwo w Brzesku, lecz wkrótce rozpoczął pracę w Ministerstwie Oświaty w Warszawie. W 1947 roku powrócił jednak do Łysej Góry. Dziś można się niekiedy spotkać ze stwierdzeniem, że porzucił karierę ministerialną, choć sam Mleczko pisze, że „został jako peeselowiec zwolniony ze stanowiska w Ministerstwie Oświaty”[33] i tak naprawdę nie wiemy, czy w tamtym czasie mógł w ogóle pozostać w stolicy. Od późnego lata 1946 roku trwała przecież intensywna i brutalna kampania przeciwko ludowcom, poprzedzająca ostateczną rozprawę z Polskim Stronnictwem Ludowym, czyli sfałszowane wybory do sejmu z 19 stycznia 1947, w których PSL „otrzymał” jedynie nieco ponad 10% głosów w skali całego kraju[34]. W efekcie 5 lutego doszło do dymisji Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, a dzień później do powołania pierwszego rządu Józefa Cyrankiewicza, w którym Czesława Wycecha z PSL na stanowisku ministra oświaty zastąpił Stanisław Skrzeszewski z PPR[35].

Mleczko powrócił więc do Łysej Góry i zabrał się do pracy na rzecz rodzinnej miejscowości, mimo że jak pisał, „nastroje w wielu wsiach w roku 1947 nie sprzyjały pracy społecznej”[36]. Zauważał co prawda, że „niektóre metody likwidowania opozycji peeselowskiej w styczniu 1947 roku narobiły wiele złego”, musiał też wiedzieć o szykanach, jakie spotkały lokalnych działaczy PSL, ale nie pochwalał bierności i apatii, ganiąc tych, którzy nie brali pod uwagę „nowych czasów”[37]. Przez pierwsze lata działalności w Łysej Górze postać Mleczki także zresztą wzbudzała pewne kontrowersje, z czego on sam oczywiście zdawał sobie sprawę[38].

Również władza o nim nie zapomniała. Gdy do Urzędu Bezpieczeństwa trafił donos na Franciszka Mleczkę, że w 1950 roku utrzymywał kontakt z pułkownikiem „Soplicą”, byłym komendantem obwodu AK WiN na powiat brzeski, i jeszcze jednym „osobnikiem”, któremu udzielał informacji na temat życia politycznego na tym terenie oraz pomagał w nawiązaniu kontaktów z działaczami „byłego PSL” i Batalionów Chłopskich w Warszawie, zadecydowano, że należy go „aktywnie rozpracować agenturalnie”. Zmierzające do tego działania rozpoczęto na początku roku 1951. Ostatecznie, w styczniu 1953, postanowiono zwerbować Mleczkę, co wiązało się z chęcią „rozpracowania elementów PSL i byłych aktywistów PSL w Krakowie, Marcinkowskiego, Jakubca i innych”[39].

7 stycznia 1953 Franciszek Mleczko został przesłuchany przez porucznika Jana Jakubika. Wśród dokumentów przechowywanych w archiwum IPN znajduje się protokół przesłuchania, a także pismo Jakubika do Naczelnika Wydziału II DepartamentuV majora Tymińskiego, z 9 stycznia 1953, zawierające relację z tego wydarzenia. Nie wnikając w szczegóły, należy zaznaczyć, że to wtedy Mleczko podpisał zobowiązanie do współpracy. Był pod presją – oficer prowadzący wiązał z nim spore nadzieje, starał się więc wzbudzić w nim poczucie winy. Mleczko musiał jednak przemyśleć swoją sytuację, bo wkrótce okazało się, że TW „Drużba” nie zamierza wywiązywać się ze zobowiązań. Z notatki Jakubika po spotkaniu, które odbyło się 25 lutego 1953, wynika, że współpracownik „nie przygotował doniesienia” i twierdził, że mimo prób nie udało mu się nawiązać kontaktu z działaczami byłego PSL, że nie rozmawiał ze znajomymi z Warszawy, a członkowie PSL z Brzeska nie ufają mu i nie utrzymują z nim kontaktów, uważając go za „czerwonego, który przeszedł na stronę PZPR i działa w Spółdzielni”.

Także w „Charakterystyce informatora «Drużba»” z 5 sierpnia 1955 można znaleźć stwierdzenia, że „nie zapodał ważnych materiałów, nie wykazywał chęci do współpracy, starał się z niej wycofać”; mimo to nadal zamierzano go wykorzystywać w celu rozpracowania działaczy byłego PSL. Co prawda po przeprowadzonej rozmowie Mleczko zgodził się na dalszą współpracę i spotkania dwa razy w miesiącu, jednak w raporcie z kolejnej sesji, spisanym 17 kwietnia 1956, znów pojawiły się informacje, że mimo perswazji TW nie chciał pomóc, nie przynosił wyników i „zawsze był niechętny”, zadecydowano więc o ostatecznym zerwaniu współpracy. W efekcie 14 maja 1956 wydane zostało postanowienie o przesłaniu teczki personalnej TW „Drużba” do archiwum z uzasadnieniem, że „należy go wyeliminować z sieci, gdyż kategorycznie odmówił współpracy, od początku dążył do jej zerwania, zrywał spotkania, nie dawał materiałów”.

Historia Franciszka Mleczki to wymowny dowód na to, iż nawet zobowiązanie do współpracy nie zawsze świadczy o tym, że podpisujący miał zamiar współpracować i donosić, lecz jedynie o wyjątkowo trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, i o niezwykle skomplikowanych czasach, w których przyszło mu żyć. Mleczko należał do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, z ramienia tej partii w latach 1961–1972 był trzykrotnie posłem na sejm. Czy stał się „czerwony” i przeszedł na stronę PZPR? Czy też raczej w tym niegdyś „radykalnym wiciowcu” odezwał się zwykły chłopski pragmatyzm, dzięki któremu mógł lepiej służyć własnej społeczności? Teraz nie ma to najmniejszego znaczenia – istotne jest jedynie to, że Łysa Góra bardzo wiele mu zawdzięcza.

Drugim, równie istotnym źródłem dla naszej opowieści o Bolesławie Książku są zapiski ceramika udostępnione mi przez jego rodzinę. Dysponujemy kilkoma notatnikami i kilkunastoma pojedynczymi kartkami, na których artysta zamieścił wspomnienia z czasów młodości, a także notował na bieżąco nurtujące go problemy[40]. Jak wynika z lektury, nie są to wszystkie zapiski Książka. Znaczenia niektórych fragmentów możemy się domyślić, wiele notatek wydaje się jednak częścią większej całości. Książek pisał o tym, co go w konkretnym momencie cieszyło, bolało czy też denerwowało. Dziś sens tych uwag pozostaje często zagadką, nie znamy bowiem kontekstu ich powstania, także niektórzy uczestnicy wydarzeń są dla nas anonimowi. Nie posiadamy też żadnych zapisków Książka z lat późniejszych, choć nie możemy wykluczyć, że artysta je kontynuował.

Bolesław Książek miał zdecydowanie lewicowe poglądy. Był idealistą i w idealistyczny sposób podszedł do nowego ustroju, widząc w nim szansę na rozwój i zmianę stosunków społecznych. Wyraźnie dał się porwać hasłom o równości, braterstwie oraz wyrównywaniu szans i starał się aktywnie uczestniczyć w ich realizacji. Nie był w swoich przekonaniach i nadziejach odosobniony. Wiele osób o dużej wrażliwości społecznej uwierzyło przecież, że może istnieć nowy, lepszy, sprawiedliwszy świat i że to komuniści są w stanie go stworzyć. Dziś, z perspektywy czasu, dostrzegamy ich naiwność i niekiedy dziwimy się ich wyborom, a interpretując historię w uproszczony, czarno-biały sposób, często ich potępiamy. Także „łysogórscy czarodzieje” nie byli więc całkiem „niewinni”, jednak cóż z tego, że Mleczko podpisał zobowiązanie do współpracy, a Książek został w pewnym momencie I sekretarzemPZPR w „Kamionce”, skoro ani jeden, ani drugi nie zrobił nikomu nic złego i obaj myśleli przede wszystkim o dobru Łysej Góry? Broni ich to, czego dokonali, i broni ich sztuka, która powstała dzięki ich pracy.

Niestety nie wiemy, co Bolesław Książek myślał o strajkach z sierpnia 1980 roku, o powstaniu „Solidarności” i wprowadzeniu stanu wojennego. Czy – jak wielu innych – zdał sobie sprawę z wypaczeń i nieprawidłowości, które doprowadziły do społecznego wybuchu? Artysta zmarł w 1994 roku, a więc już po upadku komunizmu, po pierwszych wolnych wyborach. Czy cieszył się z odzyskanej wolności?

Notatki i wspomnienia Bolesława Książka będą nam towarzyszyć niemal przez całą opowieść. Ceramik pisał szybko, stylem pełnym emocji, stosował niewiele znaków przestankowych, używał skrótów. Zadecydowaliśmy, że cytaty z jego zapisków zostaną wydrukowane kursywą, postanowiliśmy także wstawić brakujące znaki interpunkcyjne, które uczytelnią zapis.

Staraliśmy się ponadto, by opowieść o Bolesławie Książku była bogato ilustrowana. Większość zdjęć archiwalnych pochodzi ze zbioru artysty oraz z albumów jego córek. Wiele łysogórskich fotografii wykonał zapewne Jan Ochoński, autorami niektórych mogli być też reporterzy współpracujący z prasą, a pewne zdjęcia z archiwum Książka widnieją również na kartach albumu Krzysztofa Henisza, udostępnionego mi przed laty przez jego syna Juliana. Niestety, nie noszą one pieczątek autorskich i przypisanie ich konkretnym osobom jest niemal niemożliwe. Jedynie więc fotografie nienależące do archiwum Bolesława Książka i jego rodziny zostaną specjalnie oznaczone. Większość współczesnych zdjęć przedstawiających obiekty ceramiczne wykonał z kolei Marcin Sacha, wnuk Bolesława, który od lat dokumentuje prace dziadka, a wśród fotografii przedstawiających realizacje architektoniczne pojawią się także te mojego autorstwa.

Stefan Ciepły pisał w 1976 roku, że wokół Mleczki jak wokół słońca krzyżowały się wszystkie łysogórskie sprawy, dodawał jednak, że „z roku na rok ogromnieje ludziom druga Postać, szczuplutkiego ciałem, ale wielkiego talentem artysty, przez 19 lat prawie przyjaciela, dziś adwersarza”. Bowiem „«Kamionka», dziecko Mleczków, [...] wyszła na ogólnopolską arenę dzięki talentowi Bolesława Książka. [...] Książek okazał się artystą niepospolitym, dostrzeganym w kraju i za granicą, a także nauczycielem nieprzeciętnym, który w łysogórskich kobietach obudził talent i pasje, nauczył rzemiosła i pokazał, jak praca dostarcza człowiekowi satysfakcji”[41].

A sam ceramik notował w 1969 roku, a więc w okresie konfliktu w „Kamionce”[42], gdy definitywnie zdecydował się na odejście z zakładu: No ale Cepelii, jak i „Kamionce” życzę jak najlepszego i najkorzystniejszego rozwoju i sukcesów. Będę się cieszył razem z nimi. A może kiedyś ktoś czasem wspomni o tym Książku, który przecież jakąś cząstkę swego życia i zdrowia w „Kamionce” i Cepelii zostawił.

Bolesław Książek, ceramiczny „autoportret”, lata 60.

1. POCZĄTKI

Od kiedy zacząć? Czy gdy jako sześcioletni brzdąc biegałem po wołyńskich zagajnikach? Czy też siedząc nad rzeczką Teterewem, słuchałem szumu stepów ukraińskich czy śpiewu słowików?

Wiem tyle tylko, że od kiedy sięgają wspomnienia, pojawia się jakaś tęsknota za pięknem. Pięknem bardzo szeroko pojętym... Marzenia – te były ciągle... Marzenia, by być albo malarzem, albo podróżnikiem...

Bolesław Książek urodził się 17 listopada 1911 w Romanowie na Wołyniu, jako syn Heleny z Kozłowskich (1891–1979) i Kazimierza (1887–1946). Ojciec był majstrem w hucie szkła, matka zajmowała się domem. Bolesław miał młodszego brata, Zygfryda (1914–1944), a kilkanaście lat później Książkom urodził się kolejny syn, Edward (1924–1993).

Z pierwszych lat życia przyszły artysta ceramik zachował pojedyncze wspomnienia, które spisał po latach. Wyłania się z nich sielskie dzieciństwo w pięknej okolicy, wśród pól, łąk i zagajników oraz przyjaznych ludzi, przerwane walkami wojsk Symona Petlury z Armią Czerwoną i koniecznością opuszczenia Wołynia. Książkowie mieszkali w kolonii hutniczej, położonej nieopodal leżącego za doliną Romanowa. Na tej dolinie rodzice chrzestni zgubili mnie w śniegu, jadąc do chrztu, tak niewiele by brakowało, a nie byłoby pamiętnika ani mojej ceramiki i tych innych pięknych wspomnień i marzeń. Na szczęście szybko się zorientowano i znaleziono mnie.

Pałac w Romanowie na rycinie z 1 połowy XIX wieku

Romanów położony jest na południowy zachód od Żytomierza. W XVIII i XIX wieku tamtejsze dobra należały do Ilińskich, a potem do Steckich, którzy po pożarze starego, olbrzymiego pałacu wzniesionego przez Józefa Augusta Ilińskiego zamieszkali w przebudowanych i połączonych ze sobą domach przeznaczonych niegdyś na kolegium jezuickie. We wspomnieniach Bolesława pojawiają się pałac romanowski i staw pełen raków, do którego wpadła jedna z koleżanek, tak że służba pałacowa musiała ją ratować, wizyty w miasteczku i zakupy z ojcem, odwiedziny u zaprzyjaźnionych, serdecznie ich podejmujących rodzin ukraińskich, a także spacery i zabawy, głównie z dziewczynkami. Chłopcy z chęciami do zabaw brutalnych i bójek wybitnie mi nie odpowiadali – pisze i dodaje, że nieraz brat Zygfryd, choć młodszy, musiał stawać w jego obronie. Przywołuje też pierwsze wspomnienia związane ze szkołą działającą przy kolonii hutniczej, w której oprócz m.in. języka polskiego uczono się rosyjskiego.

Ostatni okres pobytu na Wołyniu, w związku z toczącymi się na tym terenie walkami, był jednak dużo bardziej dramatyczny: Losy tych walk były bardzo zmienne, niejednokrotnie dopiero po przebudzeniu dowiadywano się, jakie wojska są w mieście – pisze Książek. – Na drodze poza doliną widzę też, jakby dziś, przejeżdżające oddziały Petlury, do których wojska bolszewickie strzelają z karabinów maszynowych umieszczonych na dachach domów kolonijnych. Pamiętam też szyte przez matkę czerwone sztandary, jakże dziś nie chce mama tego pamiętać (stała się bardzo religijną). Dodaje także, że z ówczesnych lat wbiły się bardzo w pamięć niedole Żydów, którzy niejednokrotnie chowani na Kolonii, po strychach chowali się przed wojskami Petlury. Wyczulenie na krzywdę i biedę będzie charakteryzować Książka do końca życia, zawsze będzie chętny do niesienia pomocy, do okazywania współczucia. Ten wątek często przewija się przez jego zapiski i wspomnienia.

≡ Już w czasie I wojny światowej na Ukrainie toczyły się walki o przyszłość tych ziem, których nie przerwało zakończenie globalnego konfliktu. Działacze ukraińscy marzyli o niezależności, bolszewicy zaś chcieli włączyć Ukrainę do państwa radzieckiego. Doszło do wojny domowej, panował chaos, Kijów przechodził z rąk do rąk. Rozwijała się zarówno propaganda komunistyczna, jak i nacjonalistyczna, prześladowano ludność polską, organizowano pogromy Żydów.

≡SYMON PETLURA (1879–1926) – polityk, pisarz, od 1919 do 1926 roku naczelny dowódca wojsk Ukraińskiej Republiki Ludowej (od 1921 na uchodźstwie).

Kolejne wspomnienia, z 1921 roku, wiążą się z krótkim pobytem w Łodzi, gdzie ojciec dostał pracę w hucie szkła, a dziesięcioletni Bolesław chodził do szkoły. Nie czuł się tam dobrze, był przezywany „Rusinem” lub „Aprilem”, brakowało mu wiadomości, często uciekał z lekcji. W końcu, pilnowany przez rodziców, przeszedł do następnej klasy. Dla chłopca wychowanego wśród wołyńskich zagajników pobyt w mieście był jednak wyjątkowo trudny, Bolesław z radością przyjął więc kolejną przeprowadzkę.

Flotylla pińska, lata 20.

Jak notuje w innym fragmencie wspomnień, hutnicy szkła mieli często pracę jedynie przez pięć–siedem miesięcy w roku, stąd też brak stabilizacji, kłopoty materialne, konieczność przeprowadzek. W 1922 roku rodzina trafiła do Pińska. Tam raj dopiero, rzeki, lasy, łowienie ryb, zbieranie grzybów, ach, jaka atrakcyjna jazda łódką, marynarze – Pińsk jest portem rzecznym marynarki wojennej...

≡PIŃSK – miasto położone na Polesiu, u ujścia Piny do Prypeci. Stacjonowała tu utworzona w 1919 roku flotylla rzeczna, wchodząca w skład marynarki wojennej. Do 1939 roku Pińsk należał do Polski, obecnie znajduje się w granicach Białorusi.

Także szkoła sprawiała Bolesławowi przyjemność, dopingowała do nauki, rozwijała zainteresowania książkami i teatrem: inna młodzież, bardziej swoja, i cudowne kierownictwo – pani Zawistowicz ze swymi córkami Jadzią i Janiną, także nauczycielkami, z których ta ostatnia była też drużynową harcerstwa i w której się wszyscy kochaliśmy. Tu naprawdę pokochałem książki, których było zawsze pod dostatkiem dla tych, którzy chcieli je czytać. Szkoła mieściła się w dawnym pałacu; po jednej stronie znajdowało się boisko, po drugiej piękny park z kasztanową aleją, do którego schodziło się z dużego tarasu. Klasa siódma była klasą wyjątkową, bo przed moim przybyciem szkoła była czteroklasowa, a wraz z moim przyjazdem zaczął się jej awans i od klasy piątej do siódmej byłem w gronie siedemnasto- i osiemnastoletnich dryblasów, dziewcząt było też kilka w moim wieku. Razem w tej klasie było nas 21 osób: 9 chłopców i 12 dziewcząt. Pamiętam aktualne w tejże klasie hasło: Poruszymy z posad ziemię.

≡ Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości główny nacisk położono na zwiększenie liczby szkół i objęcie nauką jak największego grona dzieci. Dekret z 7 lutego 1919 wprowadzał obowiązek szkolny, liczba uczących się stopniowo wzrastała. W latach dwudziestych szkoły powszechne różniły się organizacją, zależnie od liczby dzieci – regulowała to Ustawa o zakładaniu i utrzymaniu publicznych szkół powszechnych z 1922 roku. Szkoły czteroklasowe przypadały na 151 do 200 dzieci i zatrudniały czterech nauczycieli; w szkołach siedmioklasowych uczyło się ponad 300 uczniów i pracowało co najmniej siedmiu nauczycieli. W latach trzydziestych doszło do reformy szkolnictwa, nowe podstawy organizacyjne i programowe zawarte zostały w Ustawie o ustroju szkolnictwa z 1932 roku. W okresie międzywojennym nauka w szkole powszechnej trwała siedem lat.

To wtedy młody Książek nauczył się grać na trąbce, występował nawet w orkiestrze dętej zorganizowanej przez ojca, ponadto uczestniczył w zajęciach teatralnych, wykonywał dekoracje do spektakli i dekoracje trzeciomajowe, dużo malował... Nawet jeden obraz olejny malowany na workowym płótnie powstał też w tym okresie jako prezent dla dyrektorki szkoły. Nic dziwnego, że po latach artysta uznał: te trzy lata pobytu w Pińsku bardzo wpłynęły na ukształtowanie mojego ja. Książki, teatr, w którym brałem stały, czynny udział, orkiestra, życie w harcerstwie, czar poleskich rozlewisk, lasów, marzenia o podróżach, no i smętne pieśni poleskie sprawiły, że stałem się marzycielem, romantykiem, błądziłem myślami po świecie, byłem podróżnikiem, przyrodnikiem, artystą malarzem, ale myśli zawsze biegły do Krakowa, tej mekki polskiej sztuki, zwłaszcza że rysunki były zawsze moją dobrą stroną.

Maurycy Trębacz w 1932 roku

Ta idylla nie trwała jednak długo – po trzech latach spędzonych w Pińsku rodzina Książków znów znalazła się w Łodzi. Wymarzyłem sobie sztukę po wyjeździe ponownym do Łodzi, po ukończeniu siedmiu klas szkoły powszechnej i jednego roku szkoły rzemiosł [...] niestety, marzenia tak łatwo się nie ziszczają. Bolesław co prawda zapisał się do szkoły malarskiej Maurycego Trębacza, ale po kilku miesiącach musiał zrezygnować z dalszej nauki, gdyż jej koszt okazał się zbyt duży. Rozpoczął naukę w gimnazjum wieczorowym, a w dzień pracował w hucie: Kto wie, czym jest huta szkła, ten łatwo wczuje się w psychikę chłopca 15-letniego, który od godziny 7 do 14 pracuje w hucie szkła i potem musi się jeszcze uczyć 6–7 godzin dziennie, by wracając o godzinie 23, rano znów wyruszyć do pracy.

≡MAURYCY TRĘBACZ (1861–1941) – malarz i rysownik, uczył się w szkole Wojciecha Gersona, otrzymał też dwuletnie stypendium, dzięki któremu mógł studiować w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie (1880–1882), a następnie w Monachium. W 1918 roku zamieszkał w Łodzi, gdzie do 1939 prowadził prywatną szkołę rysunku i malarstwa.

≡ Książkowie pracowali w Łódzkiej Hucie Szklanej „Geha” SA, założonej jeszcze w XIX wieku. Produkowano w niej butelki, szklanki, a także szkło techniczne i laboratoryjne. Kazimierz Książek związany był z tą hutą już podczas pierwszego pobytu w Łodzi.

Książek pracował i uczył się w ten sposób przez dwa lata, po czym nastąpiła kolejna przeprowadzka, do Narewki. Przyjeżdżamy tam w jesieni, jest koniec września i ja jako siedemnastoletni młodzieniec po szarym i smutnym życiu w mieście, tak bardzo zaharowany, wpadam w objęcia wspaniałej, jesiennej przyrody. Puszcza Białowieska, wspaniałe piękno przyrody, dzikiej przyrody, lasów, rzeki, robi ze mnie skrytego, zamkniętego w sobie chłopca... Narewka to niewielka miejscowość położona na Podlasiu, blisko Białowieży; działała w niej huta szkła, w której produkowano butelki. Rozwój miejscowości nastąpił w XIX wieku wraz z osiedleniem się tam licznych Żydów, którzy uruchomili rozmaite zakłady i warsztaty, i po 1850 roku stanowili 80% mieszkańców. W Narewce żyli także Białorusini i Polacy, funkcjonowały synagoga, cerkiew prawosławna i kościół katolicki.

≡ Na skraju Puszczy Białowieskiej działały trzy huty szkła – w Gruszkach, Plancie i Narewce. Ta ostatnia istniała najdłużej, bo do 1939 roku. Zakład zbudowany z drewna na murowanej podmurówce wyróżniał się wysokim na 50 metrów kominem. Oprócz miejscowej ludności w hucie znaleźli zatrudnienie specjaliści z Grodna, Pińska czy Brzozówki, sprowadzono także kilku majstrów z Czech i Niemiec. Produkcję zdominowały butelki o charakterystycznej, błękitnej barwie, choć wykonywano także inne artykuły. Jak ustalił Sylweriusz Dworakowski, zakład kilka razy zmieniał właścicieli i dzierżawców: w latach dwudziestych miał należeć do Czernichowa i Grudzińskiego, potem dzierżawcami byli Lipski, Stolnicki i Kraśniański, w historii huty pojawiają się także nazwiska Szapiro i Sacharyn oraz Hackiel. Serdecznie dziękujemy pani Katarzynie Bielawskiej z Galerii im. Tamary Sołoniewicz w Narewce za udostępnienie nam artykułu pana Dworakowskiego Giszeft szkłem malowany opublikowanego w „Kurierze Porannym” z 14 września 2001.

Młodego Książka wciąż otaczały dziewczęta, szczególnie Żydówki, kilka z nich nawet podkochiwało się w smutnym, zawsze grzecznym chłopcu. Z nostalgią i lekkim rozbawieniem wspomina list miłosny pisany przez dwie Chajki, jedną ognistorudą, drugą czarną, wysoką. Bolesław mógł się podobać dziewczętom: był średniego wzrostu, drobnej budowy ciała, miał niebieskie oczy i ciemne włosy. Wkrótce zaczął grać w orkiestrze straży pożarnej, brał udział w organizowanych przez nauczycieli spektaklach teatralnych. Pracował w hucie, ale dorabiał, malując farbami olejnymi dekoracje dla miejscowego fotografa i obrazy na sprzedaż. W lecie pływał łódką, łowił, odbył nawet kilka większych wypraw na ryby, podczas których po raz kolejny zetknął się z gościnnością mieszkańców Białostocczyzny, którzy gdy się szło do studni napić wody, robili całe przyjęcie, i broń Boże zapłacić, to była gościna. Ludzie milczący, dziwni, śpiewający wieczorami smutne, tęskne pieśni. [...] Nigdy później nie spotkałem podobnych czarów śpiewu. Zimową rozrywką były wieczorki taneczne przy patefonie i sanna (i co to za sanna, tylko tam można tak jeździć. Śnieg leży całe miesiące, ciągle go więcej, trójka koni, niziutkie, szerokie sanie i za 2 złote (zarabiam około 120 miesięcznie) można jechać kilkanaście kilometrów przykryty szubami). Jak sam pisze, cały czas czuł się jednak samotny i niezrozumiany, wciąż marzył o podróżach i posiadaniu prawdziwego przyjaciela. Z perspektywy czasu pisał: Lata 17–18–19 jakże smutne...

Na młodym Książku szczególnie duże wrażenie zrobił spektakl o niedoli ciemiężonego ludu, z którym przyjechał ukraiński Teatr im. Iwana Franki (pamiętam również, jak podczas trzeciego aktu aktorzy musieli uciekać tylnym wyjściem i oknem, przez rzekę do lasu, gdyż wyjścia były obstawione przez policję); długo o nim myślał, do końca życia pamiętał też muzyczny motyw przewodni. Jak wspomina, oczy otworzyły mu również rozmowy z żydowskimi znajomymi: Wtedy zaczęło mi coś świtać, że jednak nie wszystko jest w porządku [...] że nie samo piękno tkwi w życiu, że jest i niesprawiedliwość. I dodaje: Zacząłem myśleć, dlaczego nie mogłem się uczyć, a musiałem pracować, abyśmy mogli żyć, dlaczego ojciec nie może mieć stałej pracy, tylko po kilka miesięcy w roku, nie może mieć wystarczającej dla nas wszystkich płacy. Tych kilka lat spędzonych w Narewce ugruntowało dominujące cechy charakteru młodego człowieka. Odtąd przez całe życie był już marzycielem i romantykiem, nie zabiegał o dobra doczesne, o pieniądze, nie bał się ciężkiej pracy i nowych wyzwań, stał się szczególnie wrażliwy na niesprawiedliwość i biedę, kochał przyrodę, sztukę, muzykę, podróże...

Wyprawa czarnomorska krakowskich harcerzy, 1934

2. KRAKÓW

Tak w tym życiu sielsko-anielskim, marzeniach i pięknie przyrody przychodzi rok 1930 i tak, jak grom z jasnego nieba: wyjazd do Krakowa. Kraków, ten wymarzony Kraków, nagle stał się bardzo bliski, realny. [...] trochę łez, jeszcze jakiś uścisk, pocałunek i wyjazd...

18 grudnia 1930 wieczorem kilkadziesiąt osób w różnym wieku, w sumie kilkanaście hutniczych rodzin z Narewki, dotarło specjalnie wynajętymi wagonami do Krakowa. Znaleźli prowizoryczny nocleg w jednej z sal huty przy ulicy Lipowej na Zabłociu, w przemysłowej części miasta. Ja nie wytrzymuję nerwowo i pomimo późnej, bo 23 godziny, wymykam się na miasto. Z Podgórza, z ulicy Lipowej dochodzę wówczas ul. Starowiślną do Rynku i w nocy oglądam kościół Mariacki.

≡ Zabłocie to część Krakowa położona na prawym brzegu Wisły, w której w ostatniej ćwierci XIX wieku zaczęto lokalizować rozmaite zakłady. Jak pisze Jacek Salwiński, „rozwojowi sprzyjała bliskość portu rzecznego na Wiśle i kolei”, na początku XX wieku działało tu więc już kilkanaście „znaczących firm przemysłowych”, a w okresie międzywojennym powstały kolejne (zob. J. Salwiński, Wokół ulicy Lipowej, Kraków 2011, s. 12).

Właściciele huty szkła „Narewka” kupili w Krakowie dawną fabrykę zapałek „Znicz” i urządzili w niej hutę, w której produkowano głównie butelki i naczynia apteczne. Działała początkowo pod nazwą Krakowska Huta Szkła inż. L. Bąkowski, D. Chazan i Spółka, a od roku 1936 jako Krakowska Huta Szkła D. Chazan i Ska. Bolesław Książek pisze, że właścicielami huty byli Żydzi, którzy wcześniej trudnili się skupem raków, a w 1925 roku wydzierżawili i dwa lata później kupili „Narewkę”, skądinąd jednak wiadomo, że Leon Bąkowski (1894–1954) był inżynierem rolnikiem, byłym legionistą i żołnierzem I Kompanii Kadrowej. Można również natrafić na informacje, że do Krakowa przybyli także hutnicy z Białegostoku, gdzie Bąkowski i Chazan posiadali kolejną hutę. Ta nowa, jak wspomina Książek, była duża i piękna i od początku zatrudniano w niej około czterystu pracowników.

≡ Rozwój przemysłu szklarskiego w Krakowie związany był z rozwojem produkcji spirytusu. O hucie przy Lipowej 3 pisze Roman Kotewicz w opracowaniu poświęconym przemysłowi w Krakowie w okresie międzywojennym. Według niego działała ona od 1932 roku, a jej współwłaścicielami byli Dawid Chazan i Salomon Joffe, kierownik zakładu, „zdolny fachowiec w dziale szklarstwa”. W hucie zatrudnionych było od 300 do 500 osób i pracowano z przerwami „w zależności od napływu zamówień z Państwowego Monopolu Spirytusowego” (zob. R. Kotewicz, Z dziejów przemysłu Krakowa w latach 1918–1939, Kraków 1981, s. 152). Informacje te powtarza Salwiński, zauważając, że takie zatrudnienie „było znaczną liczbą jak na warunki krakowskiego przemysłu okresu międzywojennego” (J. Salwiński, Wokół ulicy Lipowej, s. 52).

We wspomnieniach Bolesław Książek wyraźnie pisze o grudniu roku 1930, z dokumentów wynika natomiast, że Bąkowski i Chazan notarialnie zawarli spółkę na prowadzenie huty w Krakowie pół roku później. Nie oznacza to jednak, że Bolesław źle zapamiętał datę przybycia do miasta, często zdarzało się bowiem, że dopiero po jakimś czasie oficjalnie legalizowano rozpoczętą już wcześniej działalność. Tak mogło być również w tym przypadku. Jak pisze dalej Książek, praca zaczęła się dopiero pod koniec stycznia 1931 roku: dostajemy niewielkie zapomogi, aby przeżyć, i mamy mnóstwo czasu.

≡ Według dokumentów archiwalnych hutę założyło trzech wspólników: inżynier Leon Bąkowski, zamieszkały w Warszawie, oraz Dawid Chazan i Jakub Chazan, obaj mieszkający wówczas w Grodnie. 15 czerwca 1931 stawili się oni przed notariuszem Stanisławem Trybowskim w Warszawie i zawarli spółkę firmową „w celu budowy i prowadzenia w Krakowie huty szklanej”. Kapitał zakładowy wyniósł 10 000 zł; największy udział miał Dawid Chazan – 7000 zł, dwaj pozostali udziałowcy wyłożyli po 1500 zł. Siedzibą firmy był początkowo Białystok, w drugiej połowie 1932 roku przeniesiono ją do Warszawy na ulicę Hipoteczną 3, gdzie zamieszkał Dawid Chazan. Z kolei Jakub Chazan rezydował już wówczas w Krakowie, przy ulicy Zielonej 26. Pół roku później do spółki przystąpili czterej nowi udziałowcy (wśród nich wspomniany Joffe), którzy wnieśli wkład w wysokości 3600 zł; nieco później pojawił się jeszcze jeden wspólnik. Z kolei 15 lipca 1936 Leon Bąkowski sprzedał swoje udziały Dawidowi Chazanowi i tego samego dnia sześciu wspólników zawarło nową umowę; zmieniono też wówczas nazwę zakładu na „Krakowska Huta Szkła, D. Chazan i Ska, spółka jawna z siedzibą w Warszawie”. Rejestr Handlowy odnotowuje także inne zmiany w liczbie wspólników, ale nie będziemy ich tutaj szczegółowo omawiać. Warto jednak dodać, że 1 grudnia 1939 roku niemieckim, komisarycznym zarządcą huty został Josef Hartig, a jej siedzibę przeniesiono z Warszawy do Krakowa, gdzie 21 czerwca 1940 roku została wpisana do Rejestru Handlowego. Z kolei po wojnie, rozporządzeniem Rady Ministrów z 11 kwietnia 1946, Krakowska Huta Szkła przeszła na własność państwa (Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1989/19670).

Naturalnie następne dni to ciągłe zwiedzanie miasta, coraz to nowe ulice, gmachy, Planty. Kraków zrobił wrażenie. Niestety, warunki mieszkaniowe okazały się dużo gorsze niż w Narewce, gdzie rodzina miała do dyspozycji trzypokojowe mieszkanie. W Krakowie zamieszkali przy ulicy Przemysłowej w jednym pokoju z piecem, łazienkę dzielili z innymi lokatorami. W 1932 roku przenieśli się na aleję Pod Kopcem, mieszkali w pokoju z kuchnią przy samym kopcu Krakusa, po pewnym czasie wrócili jednak na Przemysłową. Rodzina cały czas borykała się z kłopotami finansowymi; szukając zarobku, Bolesław malował obrazki na szkle i skrzynki krakowskie, które sprzedawał na tandecie. Kraków niedługo z miasta wymarzonego stał się przykrym miejscem pracy, pracy, której starczało na 5–6 miesięcy w roku, potem 6 tygodni zasiłku i zostawały albo oszczędności (nigdy ich prawie nie było), albo szukanie jakichś źródeł zarobkowania – pisze Książek o tym okresie życia.

≡ Ulica Przemysłowa łączy ulice Zabłocie i Lipową, gdzie pod numerem 3 znajdowała się huta. Tandeta – jeden z placów targowych w Krakowie, w okresie międzywojennym mieściła się na ulicy Szerokiej na Kazimierzu. Handel na tandecie odbywał się we wtorki i piątki.

Warto zacytować jeszcze jedno wspomnienie z początków pobytu w Krakowie, gdyż daje ono wyobrażenie o tym, w jakiej sytuacji znaleźli się hutnicy z Narewki. Na rogu ul. Przemysłowej [...] jest knajpa „Szlomki”, Żyda, i w tej knajpie zbierają się węglarze i okoliczni robotnicy. Częste szykany z ich strony stają się nie do zniesienia. Sam byłem zmuszony do przełażenia pod pociągiem stojącym na przejeździe, pod pociągiem, który w każdej chwili mógł ruszyć. Robotnicy byli przekonani, że przybysze zabrali im pracę, a tam była praca przecież wybitnie fachowa, wszelka pomoc była miejscowa. Książek dodaje: Otóż jednej soboty przebrała się miarka. Do Huty w chwili pracy dotarła wieść, że u Szlomki biją naszych. Wyskoczyła cała zmiana, ponad 100 osób, i co to była za bitwa, pogotowie obracało kilka razy. Knajpa doszczętnie rozbita, no i wizyty policji, ale wszystko minęło i był wreszcie spokój.

Kraków to jednak nie tylko praca i szukanie zarobku. To także harcerstwo i wyprawy rowerowe. Wkrótce pojawili się koledzy spoza huty – w 1932 roku Bolesław poznał Tośka, Józka i Poldka, z którymi spędzał każdą wolną chwilę. Założyli zespół muzyczny złożony z pary skrzypiec, gitary i trąbki, grali na zabawach i weselach, a w następnym roku całą czwórką zapisali się do harcerstwa. Ich świetlica mieściła się w piwnicy przy ulicy Wielopole, w lokalu po dawnej pralni. Co my tam nie wyczyniamy. Budujemy kominek, aby mieć stałe ognisko. Robimy scenę, występy, no i masę wycieczek, bliższe i dalsze okolice Krakowa znane są jak własna kieszeń. Nauczony w domu gotować, jestem niemal stałym wycieczkowym kucharzem. 8 Krakowska Drużyna Harcerzy, do której wstąpili, miała za patrona Henryka Sienkiewicza i działała przy Akademii Handlowej. Jej tradycje sięgały roku 1912, gdy jako VIII Krakowska Drużyna Skautowa im. Romualda Traugutta działała przy Seminarium Nauczycielskim. Ciągłość aktywności harcerskiej przerwała jednak I wojna światowa. 8 KDH była drużyną starszoharcerską, należeli więc do niej ludzie dorośli, głównie wciąż uczący się, ale także pracujący – jak Książek i jego koledzy.

≡ W źródłach z epoki – jak ustalił Janusz Wojtycza, któremu w tym miejscu pragniemy serdecznie podziękować za przeprowadzenie kwerendy dotyczącej 8 KDH i druha Bolesława Książka – występuje niekiedy jako Krąg Starszoharcerski „Ósmacy” im. Henryka Sienkiewicza.

Kolejną pasją młodego Bolesława stał się w tym czasie rower. Kupiłem go już w roku 1931 na wiosnę, w cztery miesiące po przyjeździe do Krakowa, i zacząłem zwiedzać okolice Krakowa. Podczas jednej z takich wycieczek smutne porównanie ludzi Wschodu i podkrakowskich. Otóż zajechałem do jednego z domów, aby się napić wody ze studni, wyniesiono mi szklankę. Pomyślałem, że owszem, grzeczni ludzie, ale gdy potem zażądano 10 groszy, to zrobiło mi się przykro. Przecież tym tu o dużo, dużo lepiej, niż tym na Białorusi, a jakże tam inaczej. Jazda na rowerze stała się wkrótce pasją sportową – od 1933 roku Książek zaczął brać udział w zawodach kolarskich. Uczestniczył w wyścigach Kraków–Tarnów–Kraków i Kraków–Katowice–Kraków oraz w kilku mniejszych, na dystansach 30 i 50 kilometrów. Z reguły przyjeżdżał na metę w pierwszej piątce.

Maria Sierżęga w 1934 roku. Na odwrocie napisała: Kochanemu Boleczkowi na wieczną pamięć Maryna Ś. Kraków 15/IV 1934

Rok 1934 okazał się w życiu młodego człowieka rokiem wyjątkowym. W styczniu poznał Marię, przyszłą żonę. Z dziewcząt, które bliżej znałem, była jeszcze Lodzia, kilka spacerów, dwa lub trzy pocałunki i na tym koniec. Z Marysią sprawa wyglądała inaczej, bardziej serio. Najważniejsze, że pochodziła ze wsi, poza tym wychowana w biedzie i teraz biedę cierpiała, bo cóż można zrobić za 30 złotych miesięcznie, z tego opłacając mieszkanie, a tyle właśnie zarabiała w hucie szkła. Niecały rok młodsza od Bolesława, Maria Sierżęga, córka Marii z Pieczonków i Andrzeja, pochodziła z Terliczki pod Rzeszowem, miała pięć sióstr i dwóch braci. Była bardzo ładną dziewczyną, o nieco melancholijnym, marzycielskim usposobieniu i zdecydowanym charakterze – z dnia na dzień, nikomu nic nie mówiąc, opuściła rodzinną wieś i wyjechała do Krakowa. Po jakimś czasie ściągnęła do miasta siostrę, Kazimierę. Bardzo lubiła śpiewać, a głos miała mocny i czysty. Spacer, czasem kino albo wspólna kolacja (razowy chleb, masło, ser, mleko i tym podobne specjały) – tak zaczęło się narzeczeństwo z Marysią, wspominał po latach Bolesław.