Czarodziej z Januszowa, czyli jak samogonem obalić dyktaturę - Tomek Proper - ebook + książka

Czarodziej z Januszowa, czyli jak samogonem obalić dyktaturę ebook

Tomek Proper

3,0
25,00 zł

lub
Opis

Tej Dorotki nie uniosłoby z Kansas żadne tornado. Co innego bimber. Po nim żadna podróż nie jest zbyt długa, żadna przygoda straszna, żadna szczęka nie do złamania. Ale nawet ona, kiedy skacowana i rozkojarzona wysadzała przydomową destylarnię, wysyłając w powietrze nie tylko siebie, lecz także swojego wiernego blaszanego kompana, nie mogła przewidzieć takiego obrotu wydarzeń. Nie dość, że wylądowała w jakimś Januszowie i została rewolucjonistką, to jeszcze poznała całą masę dziwnych indywiduów, których znaczna część wyda się czytelnikowi niepokojąco znajoma. Żeby jednak dowiedzieć się, czy wygrała walkę z Mściwym Karłem i Ojcem Czarodziejem, warto samemu zagłębić się w tym nie do końca bajkowym świecie, w którym nie brak wartkiej akcji i silnych wzruszeń. Emocji z pewnością będzie pod dostatkiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 515

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



Tomek Proper

Czarodziej z Januszowa

Projekt okładki

Artur Gulewicz

Redakcja

Milena Stelmach-Poniatowska

Korekta

Małgorzata Stempowska

Copyright © by Tomek Proper, 2018

ISBN 978-83-951114-1-9

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.
Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.
Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!
Kontaktwww.rozpisani.plinfo@rozpisani.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Serdecznie dziękuję:

Milenie Stelmach-Poniatowskiej, za pomoc w redakcji tekstu i przełożenie z „mojego” na polski.

Arturowi Gulewiczowi, za nadanie majaczeniom mojej wyobraźni formy prawdziwie artystycznej.

Szymonowi Zarembie, za nieustające, profesjonalne wsparcie graficzne, koncepcyjne oraz inspirację.

Mojej żonie, Kindze, za zupełnie nie wiem, jak mieszczące się w tak drobnej osobie pokłady cierpliwości.

Rozdział I Nieplanowana wycieczka

Za górami, za lasami, w samym środku lasu stała niewielka drewniana chatka. Choć tu i ówdzie nadgryziona zębem czasu, trudno było nie uśmiechnąć się życzliwie, widząc ją od strony doliny, na którą radośnie spoglądała przez okulary okiennic. Dach, kiedyś drewniany, obecnie wyglądał jak nakryty narzutą z mchu. Po prawej stronie wznosił się zwężający ku górze kamienny komin. W połączeniu z kamienną podmurówką widok ten sprawiał wrażenie, jakby domek stanowił głowę palącego fajkę olbrzyma, który zaległ przed wiekami na szczycie wzniesienia. Po lewej stronie, nieco w tyle, znajdował się będący częścią obejścia tartak wraz z magazynem. Dopełnieniem tego widoku były spoczywający na wysokim drewnianym stelażu zbiornik na deszczówkę oraz stojący nieopodal wiatrak. Ambroży i jego kompan Pafnucy powitali ten widok z radością. Po niemal dwóch dniach marszu przez dziewiczą puszczę perspektywa wspólnej modlitwy oraz rozmowy z mieszkańcami tego uroczego przybytku przy stole z ciepłą strawą wydawała się zbawienna. Pielgrzymi podeszli do wejścia. Ambroży chwycił nieco niewygodną w obsłudze kołatkę i zastukał do drzwi. Nic się jednak nie wydarzyło, więc po chwili ponowił czynność, korzystając z kołatki bardziej energicznie. Tym razem po drugiej stronie masywnych dębowych drzwi dało się słyszeć narastający odgłos kroków. Drzwi uchyliły się do środka, a z ciemnej niczym otchłań sieni wyłonił się ledwo widoczny zarys postaci.

– Czego? – zapytał niezbyt uprzejmie lokator.

– Dobry wieczór szanownemu panu. Pielgrzymujemy po świecie, niosąc kaganek wiary i nadziei. W tym jakże pięknym jesiennym dniu chcielibyśmy porozmawiać z panem o Bogu i życiu w jedności ducha i ciała. Myślał pan kiedyś o światłości wiekuistej i życiu wiecznym? – zapytał gość, ukazując w szerokim uśmiechu dwa złote zęby.

– Nieustannie – odparł, tym razem beznamiętnie, głos.

– Niezwykle miło mi to słyszeć – stwierdził Ambroży. – My nasze rozmyślania o Trójcy Świętej i życiu w Chrystusie prowadzimy nieprzerwanie od prawie dziesięciu lat i...

– I przez dziesięć lat nachodzenia ludzi w ich samotniach nikt nie załatwił wam jeszcze osobistego spotkania ze Stwórcą? – przerwał pielgrzymom wciąż beznamiętny głos.

– Nie bardzo rozumiem, co szanowny pan ma na myśli – zmieszał się gość.

Drzwi chatki uchyliły się nieco, a wpadające do środka światło rozjaśniło wnętrze sieni. Ukazało również niezwykłe oblicze lokatora. Pielgrzymi, przerażeni, cofnęli się o kilka kroków, kiedy gospodarz wyszedł przed próg i teatralnie ogarnął wzrokiem chatkę.

– Czy ta perełka leśnej architektury wygląda waszym zdaniem na miejsce, gdzie rozmawia się o Bogu? Widzieliście, jaki kształt ma kołatka na drzwiach?

Goście, wciąż nieco onieśmieleni, odchylili głowy na bok, by przyjrzeć się rzeczonemu elementowi.

– Szczerze powiedziawszy, nie zwróciłem uwagi. Ale ta przypomina trochę łeb słonia – odpowiedział po chwili namysłu wyższy z gości.

– Łeb słonia? Otóż nie, to jest, kolego, fallus – odrzekł gospodarz.

– Co takiego? – dopytał milczący do tej pory Pafnucy.

– Kutas. Oznacza, że pewnie nawet Jezus nie chciałby, żeby tu o nim rozmawiać. A kontynuowanie tego tematu na siłę nieodłącznie wiąże się z dobrowolnym udziałem w promocji.

Zanim pierwszy z gości, najwyraźniej już świadomy, że dyskusja zmierza w niepożądanym kierunku, zdążył zareagować, drugi bez cienia refleksji zadał kolejne pytanie.

– A na czym polega ta promocja?

Gospodarz przeniósł wzrok na dociekliwego wędrowca.

– Na tym, kolego, że dostajecie jedną flaszkę w cenie czterech i wypijacie ją na miejscu, żebym na pewno dostał z powrotem butelkę, zanim na odchodne kopnę was w dupę. To jest tartak. Formalnie. Jeśli chcecie toczyć ze mną dyskusje o Jezusie, to tylko pod warunkiem, że macie zamiar zamówić krzyż. I musi być w cholerę wielki, żeby mi ten interes zrekompensował stracone właśnie bezpowrotnie kilka minut życia. To jak będzie? – zapytał lokator, a ze znajdującego się w miejscu nosa gwizdka ze świstem wyleciała para.

Pielgrzymi głośno i jednocześnie przełknęli ślinę.

– Daj pan tę butelkę. Tylko dupy oszczędź, co byśmy mogli Stwórcy pokłony oddawać bez grymasu na twarzy – odpowiedział w końcu wyższy.

– Doskonały wybór. Pięćdziesiąt się należy – dodał dziwoląg, podając pielgrzymom zamówiony towar.

Klienci spojrzeli na siebie z przerażeniem, po raz kolejny przełykając ślinę.

– Tylko, wie pan, my nie bardzo mamy pieniądze. Jesteśmy biednymi pielgrzymami, żyjemy tym, co dostaniemy od dobrych ludzi – wytłumaczył wyższy.

– Cóż, w tej szczególnej sytuacji i ze względu na waszego mocodawcę wystarczy mi szczery uśmiech – odpowiedział gospodarz po chwili namysłu.

– To wspaniała nowina! Bóg zapłać szanownemu panu! – odrzekł Ambroży z wyraźną ulgą, po czym uśmiechnął się równie szeroko jak w chwili, gdy wygłaszał swój powitalny monolog.

Lokator chatki tylko na to czekał. Wyprowadzony w okamgnieniu sierpowy momentalnie pozbawił pielgrzyma przytomności. Ambroży, zanim padł na trawnik przed gankiem wykonał jeszcze efektowny piruet. Gospodarz schylił się i podniósł coś z ziemi, po czym zwrócił się do drugiego z gości:

– Gdybym liczył na to, że Bóg spłaci rachunki klientów, już dawno zamknąłbym interes. A teraz zabieraj tego wędrownego kaznodzieję z mojego obejścia, bo wam doliczę za nocleg – dodał na odchodne, zamykając drzwi.

Ani nieprzytomny Ambroży, ani też niosący go Pafnucy nie mogli wiedzieć, że jak na niezapowiedzianą wizytę w tym niegościnnym miejscu i tak skończyło się nie najgorzej. Posiadłość należała bowiem do panny Dorotki i jej wiernego kompana, automatycznego drwala. Oboje znani byli w okolicy z bardzo dobrze funkcjonującego tartaku, pierwszorzędnego samogonu oraz niechęci do nieproszonych gości, których traktowali zupełnie niezgodnie z naukami Chrystusa.

Dorotka odziedziczyła tartak po zmarłym dziadku, domorosłym inżynierze imieniem Emet, który niemal całe swoje życie poświęcił jego rozbudowie i modernizacji. Choć był samoukiem i bez wątpienia nie wszystkie klepki miał na miejscu, był też jednak nad wyraz utalentowanym wynalazcą, a napędzany wielką parową maszyną zakład stanowił najlepszy tego dowód. Staruszek wychowywał wnuczkę samotnie od dnia jej narodzin, w którym to zeszli ze świata w tragicznych okolicznościach jej rodzice. Nie było czasu na żałobę. Dziadunio, bez chwili zwłoki, musiał odnaleźć się w zupełnie nowej dla siebie roli. A to w przypadku mieszkającego na końcu świata i zbzikowanego siedemdziesięciolatka było nie lada wyzwaniem. Mimo to próżno szukać kogoś, kto poradziłby sobie w tej sytuacji lepiej. Był dla Dorotki nie tylko jedyną rodziną, ale z czasem okazał się również przyjacielem i mentorem. Niestety, mimo geniuszu i ogromnego oddania wnuczce Emet nie był w stanie zatrzymać upływającego czasu, a jednoczesne prowadzenie tartaku i wychowywanie osieroconej dziewczynki przychodziło mu z coraz większym trudem. Wtedy to w pokrytej siwizną głowie staruszka pojawił się pomysł stworzenia zaufanego współpracownika, który nie tylko odciąży gospodarza w pracy, ale będzie również towarzyszem zabaw dla dorastającego w leśnej głuszy dziecka. W ten sposób po wielu miesiącach ciężkiej pracy i dwóch niemal przypłaconych życiem próbach powstał obdarzony sztuczną inteligencją automatyczny pomocnik. Starzec nazywał swoje dzieło Autodrwalem, a z czasem w skrócie Auto. Dorotka, która w niezwykłej konstrukcji dostrzegła upragnione rodzeństwo, używała na przemian imienia Spaw lub Puszek, a to dlatego, że Emet pospawał robota głównie z puszek po smarach i olejach do konserwacji maszyn. Zastosowane materiały w niczym nie zmieniały jednak faktu, że efekt końcowy pod każdym względem przekraczał założenia, jakie postawił przed nim wiekowy konstruktor. Spaw niestrudzenie i bez marudzenia towarzyszył Dorotce w zabawach, nie zaniedbując jednocześnie obowiązków w tartaku. Z czasem okazało się, że uczeń przerósł mistrza, a wprowadzane przez blaszaka usprawniania w pracy zakładu wywoływały podziw staruszka. Mimo niewątpliwych zalet Autodrwal posiadał też pewną poważną wadę. Wynikała z faktu, że został zbudowany z tego, co jego twórca mógł znaleźć w tartaku i jego okolicach. Był więc konstrukcją prostą i łatwą do naprawienia, ale zupełnie pozbawioną serca. Zamiast niego w blaszanym korpusie pracował stary ekspres do kawy.

– Serca bowiem nie sposób zastąpić żadną puszką – mawiał dziadek Emet, obserwując razem z wnuczką, jak Spaw w zupełnie niehumanitarny sposób rozprawia się z leśnymi zwierzętami oraz klientami przedstawiającymi swoje wątpliwości co do jakości świadczonych w tartaku usług. Zarówno tych oficjalnych, jak i wykonywanych na zapleczu.

By czuwać nad właściwym rozwojem wnuczki, staruszek często czytał jej wieczorami rozmaite bajki i historie, z których morałów blaszak śmiał się do rozpuku.

– Gówno tam, Emet, a nie dobre uczynki i ciężka praca. Jak się ludziom po mordach nie da, to nie będą szanować i tyle. Ot i cała tajemnica szczęśliwego życia. Albo dajesz po mordzie, albo dają tobie.– Ta maksyma przyświecała Autodrwalowi od pierwszego spawu.

Z tego względu poczciwy senior, mimo odległości, jaka dzieliła tartak od najbliższej wsi, postanowił wysłać ukochaną wnuczkę do szkoły. Miał nadzieję, że dziewczynka pozna tam nowych przyjaciół, a przede wszystkim zrozumie, na czym polegają zasady współżycia społecznego. Zawiódł się jednak, bo Dorotka, choć bystra i ambitna, zupełnie się w szkole nie odnajdywała, a za wyjątkiem lekcji geografii dosyć często wagarowała. Nie wynikało to jednak ani z lenistwa, ani niechęci do nauki. Problem leżał w aparycji dziewczynki, z której nieustanne żarty robili sobie jej szkolni koledzy. W wieku dwunastu lat sierota z tartaku przerastała o głowę, zarówno wzdłuż, jak i wszerz, pozostałe dzieci i potrafiła jedną ręką podnieść niemal każdego klasowego kolegę. Uczniowie przezywali ją więc Nieważką, a przydomek wynikał na równi z tuszy i faktu,że kiedy komuś przyłożyła, wszystkie inne problemy nieszczęśnika stawały się w okamgnieniu zupełnie nieważne. Ku rozpaczy dziadka i z tego właśnie powodu przygoda Dorotki z publiczną edukacją trwała dość krótko. Zakończył ją incydent z udziałem wuefisty, który postanowił zakpić z wyglądu dziewczynki w stroju gimnastycznym. Dziedziczka trzasnęła go w gębę z taką siłą, że nauczyciel pokonał lotem koszącym prawie całą długość boiska. Gdyby był w trakcie tego wyczynu przytomny, z pewnością doceniłby fakt, że dwunastoletnie dziecko pobiło nieoficjalny rekord świata w rzucie młotem. Wyczyn nie umknął jednak uwadze dyrektora, co sprawiło, że pomysł kształcenia Dorotki w szkole podstawowej odleciał razem z wuefistą. Z placówki dziewczynka wyniosła więc przezwisko, które z czasem polubiła, oraz ukradziony z sali geograficznej globus. Od tego czasu uczyła się w domu, pod czujnym okiem Spawa. Kiedy się nie uczyła, pomagała w prowadzeniu interesu lub czytała książki podróżnicze. Po śmierci Emeta Puszek przejął rolę opiekuna osieroconej dziedziczki. I choć rodzinny interes prowadził bez zarzutu, to będącej pod jego opieką dwunastolatce nie potrafił zapewnić ani ojcowskiej, ani nawet dziadowskiej miłości. Wychowanie przez pozbawioną serca, choć na wskroś oddaną dziewczynce maszynę odbiło się więc na jej psychice, a z czasem również na aparycji znacznej części mieszkańców okolicznych wiosek. Doris bowiem, za przykładem swojego jedynego przyjaciela, miała dosyć swobodne podejście do kwestii związanych z uczuciami i nietykalnością osobistą innych ludzi. Zdaniem blaszaka taki stosunek do innych miał uchronić przyjaciółkę przed powszechną ludzką podłością. W mniemaniu Spawa dzięki jego życiowym mądrościom dziedziczka stała się żywym dowodem na to, że można wszystkich traktować tak samo sprawiedliwie. I choć w tym konkretnym przypadku oznaczało to zazwyczaj tęgie lanie, to w większości przypadków faktycznie dostawali je wszyscy, bez względu na wiek, płeć czy sytuację osobistą. Mimo wspomnianych niedociągnięć wychowawczych oraz braku serca Auto robił, co mógł, by zapewnić przyjaciółce i podopiecznej odpowiedni standard życia. Lodówka była więc zawsze pełna, izba uprzątnięta, a piec rozgrzany. Również jego technicznej smykałce tartak zawdzięczał swój znakomity stan. Dążąc do dywersyfikacji dochodów, Puszek zbudował za domem własnej konstrukcji instalację do produkcji bimbru. W ten sposób produktami z tartaku zaopatrywał okolicznych budowlańców i stolarzy, a samogonem uszczęśliwiał pracujących w lasach drwali, którzy nierzadko dostarczali drzewo za zwykłą flaszkę. Kiedy fama o jakości oferowanych przez leśną destylarnię produktów rozeszła się po okolicy, księżycówka z tartaku pod lasem zagościła na stołach weselnych, stypach, dożynkach, a i sam proboszcz zamawiał od czasu do czasu małe co nieco. I choć ze względu na mocno nieoficjalny charakter produkcji oraz nieco nieuprzejme podejście do klienta Doris i Spaw potentatami rynku nigdy nie zostali, to dochód z kombinowanej działalności pozwalał im na spokojną egzystencję. Dbając o materialne potrzeby dorastającej towarzyszki oraz stały dopływ półproduktów, Auto załatwił jej również wymarzony pojazd, na którym doskonaliła swoje wyścigowe talenty i wprawiała w popłoch leśną zwierzynę. Ukochany motocykl, nazwany przez Doris Gromem, Spaw wygrał w karty od miejscowego listonosza. Biedny pan Wacek płakał i błagał, ale pozbawiony serca automat do rąbania drewna miał w głębokim poważaniu, że nie najmłodszy już chłopina będzie teraz musiał rozwozić listy po, bądź co bądź, górzystej okolicy na starym rowerze marki Ukraina. W interesach i hazardzie sentymentów nie ma. Na pocieszenie listonoszowi pozostała świadomość, że gdyby wygrał, dostałby roczny zapas księżycówki i Spaw z całą pewnością przyjąłby przegraną z honorem, wywiązując się z umowy bez zająknięcia. Autodrwal, choć serca nie miał, doskonale znał prawidła rządzące rynkiem, a jego słowo było równie pewne jak to, że jego bimber wypity w ilości większej niż pół litra jednorazowo spowoduje tzw. głęboki reset. Choć był ateistą, uważał, że nie powinien wchodzić w kompetencje proboszcza i jemu zostawiał wszelkie kwestie związane z chrzczeniem. Kilka zręcznych poprawek sprawiło, że Grom w pełni zasługiwał na swoją nazwę, a podróżującego zazwyczaj w bocznym wózku Spawa rozpierała duma, kiedy obserwował iście kaskaderskie wyczyny swojej podopiecznej na leśnych duktach. Autodrwal okazał się konstrukcją genialną i na swój automatyczny sposób troskliwą. Mimo to nie był w stanie należycie wesprzeć Nieważki po śmierci dziadka Emeta. Dziewczyna zaczęła więc coraz częściej zaglądać do kieliszka, czego jedynym pozytywnym efektem było odkrycie, że bimber można produkować z różnych składników, uzyskując zróżnicowane smaki i aromaty. Pracowała więcej i ciężej niż kiedykolwiek. Smutki topiła w alkoholu, a chandrę zwalczała, czytając o dalekich podróżach. Ciężka i czasochłonna praca w tartaku przełożyła się również na fakt, że postura Dorotki szła w parze z iście herkulesową siłą. O ile dwunastoletnia Doris przypominała lodówkozamrażarkę, to jej pełnoletnia wersja mogła bez problemu udawać wózek widłowy.

Tego słonecznego jesiennego wieczoru, gdy Pafnucy i Ambroży kupili najdroższą w ich życiu butelkę bimbru, Doris wracała z targu w pobliskiej miejscowości. Uradowana faktem, że udało jej się dostać całą skrzynkę egzotycznych owoców, gnała na swym metalowym rumaku, nucąc motyw przewodni z „Easy Ridera”. Pędzącą jak wiatr dziedziczkę zatrzymało dwóch funkcjonariuszy drogówki. Na nieszczęście dla nich gęstniejąca mgła, a także postura motocyklistki sprawiły, że wzięli ją za jak zwykle przeładowany bus szalonego Edka, jedynego taksówkarza w okolicy. Kiedy poprosili kierowcę, żeby opuścił kabinę, nastąpiła seria niefortunnych zdarzeń. W ich wyniku stróże prawa wylądowali na wyciągu, radiowóz na złomowisku, a komendant sceptycznie odniósł się do raportu, w którym poszkodowani dowodzili, że podczas rutynowej kontroli zaatakował ich Optimus Prime. Dorotka szybko zapomniała o zniewadze i chwilę później z uśmiechem przyklejonym do kwadratowej szczęki zmierzała w stronę domu. W myślach już czuła smak nalewek, które razem ze Spawem przygotuje z wesoło podskakujących w bocznej przyczepce owoców. Granaty, ananasy i inne egzotyczne frukty kojarzyły jej się z wymarzonymi wyprawami w miejsca, które od dawna oznaczała pineskami na ukradzionym ze szkoły globusie. Lata mijały, pinesek przybywało, a najdalsze wyprawy Doris ograniczały się do wypadu na bazar po cukier, drożdże i wsad dla smaku. Im bardziej egzotyczny wsad, tym większa fantazja w podróżach palcem po globusie. Doris i Spaw wiedli proste życie, rżnąc drzewo, destylując etyl i rozprawiając do rana o sensie życia w samotności. To ostatnie szczególnie doskwierało dziedziczce i wynikało nie tyle z jej nieśmiałej natury, co, delikatnie mówiąc, nienachalnej urody. Dojrzała Doris nadal nie miała nic wspólnego z wizerunkiem kruchej kobietki próbującej utrzymać na powierzchni odziedziczony biznes. Szczerze mówiąc, na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka trudno było dostrzec w niej cokolwiek kobiecego, a kruche okazywały się zazwyczaj jedynie szczęki tych, którzy mimo wszystko próbowali.

– To się, cholera, musi w końcu zmienić! – krzyknęła Nieważka, wieszając na ścianie sieni kask typu orzeszek i noktowizyjne gogle dziadkowej roboty.

– Twoje przemyślenia są jak zwykle zajebiście precyzyjne – skomentował Auto, który już kilka minut temu słyszał charakterystyczny terkot wueski, odbijający się echem w dolinie, i właśnie kończył przygotowywać kolację. – Kupiłaś mi WD-40?

– Zapach prawdziwego mężczyzny? Kupiłam. Ciekawa jestem, czy gdybyś nie był blaszanym drwalem tylko Pinokiem, to zamiast tego gówna musiałabym kupować impregnat do drewna?

– Myślę, że prędzej lakier i wazelinę. A większą część dnia spędzałbym z głową między twoimi udami, kłamiąc na potęgę – odgryzł się przyjaciel.

– Blaszany czy drewniany, ani trochę nie jesteś w moim guście. Ale fakt, dawno się żaden ochotnik w nasze rejony nie zapędził. A ja mam swoje potrzeby, więc lepiej miej się na baczności – zarechotała. – Tak à propos, kołatka na drzwiach znów się przekręciła i zamiast fiuta przypomina, wypisz wymaluj, twoją gębę.

– To wiele tłumaczy – odpowiedział pod nosem blaszak.

– Co to takiego? – zapytała Doris, podnosząc ze stołu jeden z dwóch leżących na nim złotych zębów.

– Co łaska od takich dwóch, co dziś skorzystali z promocji – odrzekł Puszek, zerkając na dłoń towarzyszki. – Więc co takiego musi się zmienić? – nawiązał do początku konwersacji.

– Wszystko. Mam już dosyć tego pustelniczego życia. Chcę pojechać gdzieś naprawdę daleko i zobaczyć, jak wygląda świat. Nie obraź się, uwielbiam nasze nocne pogaduszki, palenie trocinami w kominku i popijanie twoich wybornych trunków, ale życie to nie tylko kac i obijanie gęby przypadkowym ćwokom.

– Och, to było naprawdę głębokie. Gdybym miał serce, chyba bym się wzruszył – skwitował wywód współlokator.

– Czy ty nigdy nie myślałeś o tym, żeby się stąd wyrwać? Coś zobaczyć, poznać ludzi, może zrobić coś znaczącego, poszerzyć horyzonty? – rozmarzyła się Nieważka.

– Chcesz poszerzyć horyzonty? Zapal z leśniczym ten szajs, co go uprawia za lasem. Mogę ci też załatwić piguły od Cześka, który mieszka w starym kombajnie. Z niego też jest niezły światowiec. Koleś odlatywał już tyle razy, że powinien mieć status VIP we wszystkich liniach lotniczych.

– Brak uczuć rozumiem, ale mózg masz całkiem sprawny. Naprawdę nie wiesz, co to wyobraźnia? Spójrz na ten owoc – Doris uniosła ze stołu jeden z granatów – zwiedził więcej świata niż my – stwierdziła ze smutkiem.

– Może podczas procesu fermentacji opowie nam o swoich wojażach – odrzekł Puszek, po czym dodał: – Moja wyobraźnia ma się całkiem dobrze. Dzięki niej wiem, że miejsce takich dziwolągów jak ja jest w szopie za domem.

Nie powiedział tego ze smutkiem, złością czy rozczarowaniem. Autodrwalowi jego żywot wydawał się zupełnie logicznym procesem i nie potrzebował dodatkowych bodźców, by odnaleźć sens istnienia. Tym sensem było 150 kg sieroty po wariacie Emecie. Koniec kropka. Kiedy zabraknie Doris, Spaw zardzewieje sobie gdzieś pod drzewem, aż w końcu zostanie po nim garstka śrubek. To potrafił sobie wyobrazić i uważał, że to znakomita perspektywa. Ani dziedziczka, ani jej kompan nie widzieli sensu w kontynuowaniu tej egzystencjalnej dyskusji.

– Znów posprzątałeś dom? Nic nie mogę znaleźć. Gdzie chochla? – zmieniła temat dziewczyna.

– Na godzinie dziewiątej – odparł Puszek, wciągając mieszankę WD-40 i opiłków z obrzyna, z którym rzadko kiedy się rozstawał.

– To znaczy gdzie konkretnie? – zapytała.

– Przecież to proste. Kiedy się w końcu nauczysz? Jak na tarczy zegara. Wyobraź sobie, że jesteś wskazówką i...

– Żebym zaczęła sobie wyobrażać, że jestem wskazówką zegara, potrzebuję chochli, więc bądź łaskaw odpowiedzieć na pytanie – przerwała drwalowi Doris.

Blaszak westchnął, po czym wskazał towarzyszce wiszącą nad zlewem zgubę. Dorotka z uśmiechem sięgnęła po nią i ochoczo zamieszała w stojącym w rogu wiadrze. W naczyniu materializował się, po pokonaniu kilkunastu metrów rurek i menzurek, największy talent Spawa: bimber tak czysty, że nikogo by nie zdziwiło, gdyby miejscowe kółko różańcowe uznało go za reinkarnację Marii zawsze dziewicy. Po szybkiej toalecie i wrzuceniu na siebie ulubionej piżamy gospodyni zaległa na stojącym w rogu kuchni fotelu. Błogie ciepło rozlewało się z kominka po całej izbie, a za oknem wzmagał się szum jesiennego wiatru. Blaszak rytmicznie świszczał ekspresem, a Doris, której świadomość penetrowała właśnie paralelne światy, wpatrywała się wytrwale w stojący na komodzie globus. Powbijane w jego powierzchnię tu i ówdzie pineski mieniły się w blasku kominka. Dziedziczka zasnęła.

Rano obudziło ją charakterystyczne skrzypienie podłogi. Puszek, który nigdy nie spał, zdążył już porąbać drzewo, przygotować śniadanie i zaparzyć kawę. Słyszała, jak aromatyczny napój przelewa się w jego rdzewiejącym już miejscami korpusie, gdy krzątał się po domu. W takich chwilach żałowała, że drwal nic nie czuje, więc nigdy nie zrozumie, jak bardzo jest mu wdzięczna za to, że zawsze przy niej jest. A ponieważ aktualnie do szczęścia brakowało jej jedynie małego, szybkiego i odświeżającego klina, sięgnęła po leżącą obok wiadra chochlę. Jak na złość naczynie ziało pustką. Nie chcąc zawracać baniaka Puszkowi, wstała z tapczanu i walcząc z grawitacją, podeszła do stanowiącej niemal dzieło sztuki, praktycznej i bardzo nowatorskiej instalacji do produkcji destylatu. Każdego innego dnia pewnie dostrzegłaby, że parownik jest odłączony, a bojler rozszczelniony. Każdego innego dnia. Ale nie dziś. Dziś mózg Doris marzącej o dalekich podróżach był bardzo luźno powiązany z jej ogromnymi łapskami majstrującymi przy bimbrowni. I nim zmiatający ze stołu okruchy Puszek zdążył zareagować, cała instalacja, z gracją fanatycznego islamisty, wyleciała w powietrze. Trudno powiedzieć, czy Nieważka odnotowała fakt przekroczenia prędkości dźwięku, czy też rozlegający się grzmot wzięła po prostu za oznakę sprawnego trawienia. Nieco bardziej zdziwiony całą sytuacją był drwal, który lecąc tuż obok Doris, nadal usiłował uprzątnąć nieistniejący już stolik. Nieważka obserwowała przez chwilę tę sytuację, po czym, nie zdając sobie sprawy z jej abstrakcyjności, stwierdziła:

– Zostaw, później posprzątamy. I tak straszny tu przeciąg.

Trudno powiedzieć, ile trwał lot, ale Doris zdążyła w tym czasie mocno zgłodnieć, zasnąć, obudzić się i dojść do wniosku, że takie pierdoły to się jej jeszcze nie śniły. Samo przyziemienie nastąpiło równie niespodziewanie jak start i miało podobnie burzliwy przebieg.

– Z dupy ta podróż – mruknęła Nieważka, próbując wygramolić się z krateru po lądowaniu. – Ani posiłku, ani filmu.

Blaszak również chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie zdał sobie sprawę, że lądowanie pozbawiło go głowy. Obmacując więc dno krateru w poszukiwaniu zguby, z dezaprobatą siknął smarem z miejsca, gdzie jeszcze niedawno spoczywał czajnik zespawany z rondlem pełniący jej funkcję. Spaw był bardzo nowatorską konstrukcją, a jego układ sterujący poczciwy Emet umieścił w zadku swojego dzieła. Wynikało to z obliczeń wynalazcy, według których statystyczny drwal w trakcie pracy najczęściej odnosił obrażenia głowy oraz kończyn. Spaw niejednokrotnie przekonał się, że dziadek, choć zbzikowany, głowę miał jednak nie od parady. W przypadku Spawa powiedzenie, że miał coś w dupie, oznaczało więc tyle, że intensywnie nad tym myślał.

– Rozjebałeś się jak rolnik na sianie po dożynkach – zachichotała Nieważka, rzucając w stronę Puszka jego blaszaną makówkę. – Zbieraj się, bo coś mi się wydaje, że do domu daleko.

Drwal kilkoma sprawnymi ruchami zamontował baniak w docelowym miejscu. Po chwili wycięte z piłeczek pingpongowych gałki oczne wykonały kilka nieskoordynowanych obrotów i zatrzymały spojrzenie na uśmiechniętej facjacie Dorotki.

– Z martwych żeś wstał jak gubernator Arnold w „Terminatorze” albo jakiś inny Jezus – skwitowała.

– Kurrrwa – wycedził przez zaciśnięte szczęki kompan dziedziczki, a żar z przegrzewających się w jego zadku układów zrobił się tak silny, że w powietrzu czuć było swąd palonego plastiku.

– Właśnie dlatego dziadek wsadził ci mózg w tyłek, żeby ci się w takich sytuacjach oczy nie stopiły. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba się dowiedzieć, gdzie jesteśmy i o której najbliższy pekaes do domu. – Nieważka otrzepała piżamę, poprawiła papiloty i dziarsko ruszyła przed siebie. – Zjadłabym coś – dodała.

– Ożeż ja... Ech, nie ma sensu – rzucił z rezygnacją Spaw, po czym wzruszył ramionami i poszedł za przyjaciółką.

Dookoła, jak okiem sięgnąć, rozpościerały się pola i łąki, na które niczym zielona lawina wdzierały się ze wzgórz połacie lasu. Choć widokowi temu sporo brakowało do górskich krajobrazów, do których przywykła Nieważka, niewątpliwie prezentował się bardzo urokliwie, a intensywność zieleni i przyjemne ciepło wskazywały, że przyjaciele zagościli w odrobinę cieplejszej strefie klimatycznej. W dole i nieco na lewo błękitna wstążka rzeki przecinała ten sielski obrazek, który po jej drugiej stronie zdawał się jakby bardziej leniwy i mniej zróżnicowany. Zupełnie jakby matka natura malująca to dzieło gdzieś w połowie pracy straciła natchnienie lub zgubiła farby. Zmęczona lotem i syndromem dnia wczorajszego Nieważka zmierzała w stronę wody. Spaw podążał za nią, nie przejawiając szczególnego zainteresowania okolicą.

– Jak myślisz – zapytała Doris – gdzie jesteśmy?

– Sądząc po długości lotu, wilgotności gleby i kącie padania słońca, jakieś piętnaście kilometrów na północ od Palermo – odparł beznamiętnie Auto.

– Naprawdę?

– Tak, a za następnym drzewem jest budka z hot dogami. Prowadzi ją miejscowy klecha, który przeżywa kryzys wiary, bo jego świnka-skarbonka nie przemówiła ludzkim głosem w ostatnią Wigilię – powiedział Puszek głosem tylko odrobinę mniej beznamiętnym niż poprzednio.

– A ten księżulo to katolik czy ewangelik? – zagadnęła dziedziczka.

Spaw zatrzymał się, wznosząc swoje plastikowe oczy do nieba.

– Wyluzuj! Chciałam ci tylko uświadomić, że ten sarkazm jest bezcelowy. Mam kaca mordercę, jestem potwornie głodna i zgubiłam drewniaka. W tej masie priorytetowych problemów nie ma miejsca na poczucie winy. Gdybyś w trakcie lotu raczył się trochę porozglądać, może mógłbyś na moje pytanie odpowiedzieć sensowniej – ziewając, zakończyła wypowiedź Doris.

– Wybacz – odburknął Spaw – kiedy ty korzystałaś z toalety w biznes klasie i tylko wydawało ci się, że zamknęłaś za sobą drzwi − notabene, dobrze że nie jestem prawdziwym człowiekiem, bo po takim spektaklu potrzebowałbym pięciu lat psychoterapii − a potem rozmawiałaś z wyimaginowaną stewardesą na temat braku kamizelki ratunkowej pod fotelem, ja koncentrowałem się na tym, żeby cię nie zadźgać nieistniejącym plastikowym nożem.

– Nie martw się, w moim zestawie też brakowało sztućców – rzuciła Nieważka.

Spaw już załapał, że dalsza dyskusja zmierzająca do obarczenia towarzyszki odpowiedzialnością za nieplanowaną wyprawę jest zupełnie pozbawiona sensu. Dorotka doskonale wiedziała, że to ona zdetonowała fabryczkę. Po prostu niespecjalnie się tym przejmowała, co, o ironio, w dużej mierze było zasługą metod wychowawczych blaszanego drwala. Przyjaciele dotarli nad brzeg rzeki, wzdłuż której biegła kamienista polna droga, ścigająca się z nurtem wody pomiędzy pagórkami. Doris przyklęknęła na szerokim, płaskim kamieniu i opierając się rękami o piaszczyste dno, zaczęła łapczywie pić. Czynność zakończyła potężnym beknięciem, które zawstydziło rechoczące na drugim brzegu żaby.

– Od razu lepiej, ale wciąż jestem głodna – stwierdziła. – Ta droga musi dokądś prowadzić. Gdziekolwiek jesteśmy, nie dowiemy się wiele, jeśli nie spotkamy jakiegoś tubylca.

Przyjaciele ruszyli, dla wygody zostawiając słońce za plecami. Spaw nie odzywał się ani słowem. Nie był obrażony, nie był też zmęczony. Po zaakceptowaniu aktualnego stanu rzeczy przeszedł w tryb „będzie, co ma być” i koncentrował się na kwestiach związanych z bieżącymi potrzebami. Te wydawały się być na tyle jasne, że ich szczegółowe omawianie kwarcowy umysł blaszaka uznał za zbędne. Doris kroczyła coraz pewniej, pogwizdując nawet od czasu do czasu. Jej ogromna postać rytmicznie przechylała się na prawo z każdym wykonanym krokiem, a wakat na stanowisku drewniaka stawał się coraz bardziej odczuwalny. O ile znaczną część swojej fizycznej tężyzny dziedziczka zawdzięczała długoletniej pracy w tartaku, to gabaryty były rezultatem odziedziczonych genów. Ojciec, jeśli nawet historie o nim dzielić przez trzy, był prawdziwym wyrwidębem i postrachem każdej gospody w okolicy. Dziadek mawiał, że miał dobre serce, ale niecierpliwe ręce. Geny ojca i lata ciężkiej pracy w tartaku sprawiły, że niemal dwumetrowa kobieta nadawała nowe znaczenie określeniu „równa babka”, przypominając w zarysie żelbetowy kloc. Wielka kwadratowa szczęka i ciemna od słońca i smagania wiatrem karnacja sprawiały, że facjata Nieważki przypominała nieco Indianina z filmowej adaptacji „Lotu nad kukułczym gniazdem”. W połączeniu z uszytą na miarę przez blaszanego drwala nocną koszulą i papilotami tworzyła obraz, od którego uwagę odwrócić mogło tylko jedno − jej niewiele mniejszy metalowy kompan z głową pospawaną z odwróconego do góry dnem czajnika i średniej wielkości rondla. Pożółkłe piłeczki pingpongowe wciśnięte w oczodoły i przyspawany na stałe w miejscu nosa gwizdek dopełniały niezwykłego widoku. Drwal zazwyczaj nosił wycięte ze starych opon ochraniacze na miejsca, w których serwomechanizmy narażone były na kontakt z piachem, pyłem i kurzem. Pozostały one niestety w sieni, na regale, gdzie odłożył je wczorajszego wieczora po natarciu oliwą. Przypomniały mu o tym trzeszczące stawy i zgrzyt piasku dochodzący spod pozostających w nieustannym ruchu piłeczek pełniących funkcje gałek ocznych. Widać piach dostał się tam podczas lądowania, kiedy to nastąpiła chwilowa dekapitacja blaszaka. Cieknąca z korpusu brunatna ciecz wskazywała na to, że ukryty w środku ekspres do kawy również nie najlepiej zniósł lot. Co ciekawe, obrażenia Spawa były jedynymi, jakie odnieśli przyjaciele podczas niezwykłej podróży, co tylko upewniło blaszaka, że jego alkoholowa mikstura ma niemal magiczne właściwości i pewnie w większym stężeniu efektem ubocznym byłaby nieśmiertelność. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś przeżyłby wypicie jej w większym stężeniu. Myśli Doris koncentrowały się wokół spraw bardziej przyziemnych.

– Ziemniaki ze zsiadłym mlekiem i do tego kiszone ogórki – wypaliła nagle. – Wszystko było w lodówce.

– Niestety lodówka poleciała innym lotem – skomentował zachciankę przyjaciółki drwal.

– Ładnie tu – zmieniła temat dziedziczka. – Trochę płasko, ale mimo wszystko ładnie. Myślisz, że zmieniliśmy kontynent?

Auto przystanął na chwilę i rozejrzał się uważnie.

– Sądząc po klimacie, nie zmieniliśmy zanadto wysokości geograficznej. Fakt, trochę tu cieplej, ale roślinność zbliżona. Słońce jest znacznie niżej niż u nas o tej porze i chyba nie lecieliśmy nad oceanem, więc pewnie wylądowaliśmy na wschodzie.

Doris przytaknęła z uznaniem i oboje ruszyli dalej, wciąż mając rzekę po lewej stronie. Przy jednym z zakrętów, na wprost porośniętego wrzosem wzgórza, przyjaciele dostrzegli zarys postaci. W miarę zbliżania się do niej coraz bardziej odnosili wrażenie, że postać ta żywo gestykuluje, a do ich uszu zaczęły również dobiegać pojedyncze słowa, a z czasem całe zdania. Wskazywały na to, że głosząca je postać przemawia do jakiegoś wyimaginowanego audytorium.

– Srogie piguły musiał zapodać. Pewnie jeden z klientów Cześka – skomentowała zachowanie postaci Nieważka.

– Nie sądzę, że Czesiek diluje w tym rejonie. A ten bełkot to zdecydowanie nie efekt piguł. Czasem słyszę podobne pierdoły, strojąc radiostację – powiedział Spaw.

Przyjaciele nie wiedzieli jeszcze, że stojąca przy drodze postać to strach na wróble, który okazał się jednak zbyt głupi, by wykonywać swój zawód „wyuczony”, więc okoliczni mieszkańcy wbili go przy drodze, by służył jako drogowskaz do miasta. Chochoł miał jednak inne plany i postanowił, że zostanie politykiem, a obecną fuchę traktował jako okazję do ćwiczenia przemów i prezentowania swojego wyborczego programu. Dostrzegłszy parę nietypowych podróżników, natychmiast rozpoczął agitację.

– Moi drodzy rodacy, zasługujecie na więcej wszystkiego. Tego i owego. No i ten tego, ja wam to dam. A nawet jeszcze tamto też. I w ogóle będę bardzo dbał.

– O czym on mówi? – Zaskoczona Nieważka rozejrzała się wokoło, próbując zidentyfikować adresatów tej przemowy.

– Najwyraźniej to jakaś niezwykła forma plakatu wyborczego. U nas te barany robią sobie zdjęcia i rozklejają na bilbordach, a tu można chyba wynająć taką kukiełkę – odrzekł Spaw.

– Bardzo nowocześnie. Może jesteśmy w Japonii? Oni tam wszystko mają podobno bardzo nowoczesne.

– Jak dla mnie trochę zbyt zrozumiale mówi, więc to chyba jednak nie jest Japonia – wydedukował blaszak.

– Zrozumiale? Słyszałeś, co bredzi?

– Nie powiedziałem, że mówi mądrze, tylko że używa języka, który rozumiem. Co w sumie nie zmienia faktu, że jak tego słucham, to mam nieodpartą ochotę zrobić mu krzywdę – rzekł drwal, patrząc w oczy chochoła.

– Doskonale cię rozumiem, ale to byłoby nie na miejscu − obić autochtona zaraz po przylocie. Może najpierw dowiemy się, gdzie jesteśmy. – Mimo głodu, ogólnych potłuczeń i niemiłosiernego kaca Nieważka odzyskiwała powoli trzeźwość umysłu.

– Co racja, to racja – skwitował Spaw, ciesząc się, że jego towarzyszka zaczyna dostrzegać powagę sytuacji, po czym zwrócił się do stracha: – Zamknij japę, szmaciarzu, i mów, gdzie tu jest jakaś cywilizacja! – Kultura nigdy nie była mocną stroną Autodrwala, lecz tym razem blaszak czuł, że wrogość wobec autochtona zdaje się mieć inne źródło niż jego standardowe nastawienie do świata.

– Proszę mi nie przerywać! Panie marszałku, wysoka izbo, to skandaliczne zachowanie. Nikt nie ma prawa tak się do mnie zwracać! – krzyczał słomiany człowieczek, a oniemiałemu drwalowi dolna szczęka opadła aż do wysokości ekspresu. Efekt zaskoczenia trwał jednak bardzo krótko i już po kilku sekundach ciężka jak imadło prawica Spawa nadała chochołowi komplet gwiazdek w teście zderzeniowym. Strach spadł z drąga, na który nabili go wieśniacy, wprost pod nogi Doris. Ta podniosła go z ziemi, otrzepała i postawiła przed swoim metalowym kompanem. Chochoł natychmiast ucichł, a jego tak żywa jeszcze przed chwilą postać skurczyła się nagle, co sprawiło, że wytarty waciak i znoszone, niedopasowane buty wydały się teraz kilka numerów za duże. Spod dziurawego słomianego kapelusza kapnęła łza. Blaszak, dla którego empatia była pojęciem równie obcym co lewatywa, na wszelkie objawy słabości osób trzecich reagował zwykle totalnym wdupiemaniem. Dziś jednak sfrustrowany nieplanowaną wycieczką i mający w tyle głowy perspektywę powrotu oraz składania do kupy tego, co zostało z chatki w lesie, zareagował zaskakująco nieadekwatnie. Najpierw złapał chochoła za szelki wypłowiałych na słońcu ogrodniczek, potem skierował ku niemu zrobiony z zapalniczki do gazu palec wskazujący i bez pardonu podpalił głowę. Kiedy przerażony strach, wierzgając w powietrzu słomianymi kończynami, wrzeszczał wniebogłosy, Spaw zasadził mu w tyłek kopniaka z taką siłą, że nieszczęśnik, zostawiając za sobą ognistą smugę, przeleciał na drugi koniec polany. Blaszak obserwujący z satysfakcją proces lądowania skomentował go, naśladując głos prezentera wiadomości:

– Jak donoszą anonimowe źródła, kolejna próba północnokoreańskiej rakiety balistycznej Chuja Ma Kim 3 zakończyła się niepowodzeniem.

– Nie, żebym miała jakieś znaczące doświadczenia w nawiązywaniu nowych znajomości, ale coś mi się widzi, że ten nam już nie pomoże – powiedziała Nieważka, wzdychając.

– Mnie pomógł. Od razu mi się humor poprawił – odpowiedział obojętnie kompan. I trudno mu się dziwić, nie miał przecież serca, więc koło dupy wisiało mu, że to nie wypada tak traktować tubylca.

Doris, mimo że zazwyczaj występy drwala nie robiły na niej wrażenia, tym razem poczuła, że powinna zobaczyć, czy słomiany tubylec przeżył przyziemienie. Ruszyła więc w kierunku wznoszącej się nad polaną smugi dymu. Strach siedział na brzegu rzeki. Wzrok utkwił nieruchomo w swoich pozbawionych już butów, poszarpanych słomianych stopach. Szczątki spalonego kapelusza oddalające się z nurtem oraz cieknąca po osmalonej twarzy woda wskazywały, że nieszczęśnik ratował się przed ogniem, wskakując do rzeki.

– Teraz już nikt na mnie nie zagłosuje. Nie mam kapelusza. Nie mam nawet butów.

Nieważka przez chwilę obserwowała przemokniętego chochoła i poczuła, że robi jej się go żal. A to niedobrze, bo zgodnie z naukami Spawa wszelkie objawy współczucia nieuchronnie prowadziły do pomagania innym, a to przecież głupota. Powszechnie bowiem wiadomo, że ludzie są wredni, zawistni, niewdzięczni i wykorzystają każdą okazję, by wbić sztylet w plecy. Tyle teorii. W praktyce Dorotce niejednokrotnie zdarzało się pomagać komuś przypadkowo napotkanemu, nigdy jednak nie chwaliła się tym przed swoim współczującym inaczej przyjacielem. Dupa by mu ze śmiechu odpadła, po czym byłby się pewnie wyłączył albo zawiesił. Słysząc za plecami odgłos ciężkich kroków Autodrwala, Nieważka opracowała szybki plan przekonania go, że nie mogą tak po prostu zostawić słomianego człowieczka samego.

– Puszku, tak sobie pomyślałam, że może jednak weźmiemy tę kukiełkę ze sobą. W końcu to jak na razie jedyny znany nam mieszkaniec tego zadupia, więc przyda się choćby po to, by wskazać drogę. – Doris liczyła na to, że blaszak nie wyczuje w jej głosie troski.

Ten miał jednak na głowie, choć w tym przypadku trafniej byłoby powiedzieć: w tyłku, zupełnie inne sprawy. Ponadto choć pomysł dziedziczki wydał mu się równie trafiony co golenie głowy depilatorem podłączonym do trzeciej szyny w metrze, nie miał jednak zamiaru toczyć na ten temat jałowej dyskusji. Z doświadczenia wiedział, że głodna Doris, wkurwiona Doris czy Doris przed okresem jest równie otwarta na argumenty co Ku Klux Klan na pierwszych czarnych członków.

– Niech ci będzie, ale jak znów poczuje się ważny, wypcham sobie nim buty.

– Spaw, przecież ty nie masz butów. Możecie razem partię założyć, ha, ha, ha, ha – zaniosła się donośnym śmiechem zakończonym potężnym beknięciem. – Coraz bardziej jestem głodna. Te, el presidente, gdzie tu można coś na ruszt wrzucić? – Doris po raz pierwszy zwróciła się do chochoła. Ten wciąż był jednak zafrapowany faktem, że brak części garderoby pozbawił go szans na elekcję, i nie bardzo zdawał sobie sprawę z przegłosowanej właśnie zmiany swojego statusu.

– Wstawaj, badziewiarzu kijem szturchany, bo ci zaraz zrobię hiszpańską inkwizycję! – wrzasnął Spaw.

Chochoł poderwał się na równe nogi niczym tancerz z hip-hopowego teledysku.

– Hiszpańska inkwizycja zawsze się sprawdza – dodał z satysfakcją drwal.

– To dlatego, że nikt się jej nie spodziewa – zauważyła Doris i oboje zaczęli się śmiać.

Doris podeszła do Stracha i przyglądając mu się uważnie, zapytała:

– Jak cię zwą, kolego? Bo chyba masz jakieś imię? Kapelusz nie ma znaczenia, ale bez imienia faktycznie trudno będzie ci zostać politykiem.

Strach wyraźnie się ożywił. Spojrzał radośnie na przybyszów, jakby zupełnie zapomniał, że urządzili mu przed chwilą rekonstrukcję katastrofy Challengera, po czym zapytał:

– Myślicie, że jeszcze będę politykiem? I wszyscy będą mnie słuchać?

– Zacznijmy od tego, że ludzie nie lubią słuchać. Za to bardzo dużo gadają i każdy chce, żeby to jego słuchano. Dlatego tak trudno im dojść do porozumienia. Może więc zanim zaczniesz innym mówić, co mają robić, spróbuj najpierw wysłuchać, czego potrzebują? – Wywód Nieważki sprawił, że szczęka drwala opadła jeszcze niżej niż przed knock-downem chochoła.

– Ostatnio znalazłam w szpargałach dziadka trochę literatury psychologicznej. Jakbyś to czasem poczytał, zamiast wkuwać na pamięć te pierdoły o cybernetyce i mechatronice, to może też potrafiłbyś czasem rozmawiać z innymi – zwróciła się do swojego blaszanego kompana, uprzedzając nadchodzące pytanie.

Słomiany umysł stracha z wolna kończył analizę tego, co usłyszał przed chwilą od wielkiej jak góra nieznajomej. W końcu wraz z otwierającymi się szeroko oczami chochoła z jego ust padła odpowiedź na zadane chwilę wcześniej pytanie:

– Głąb! Mam na imię Głąb. Ludzie z wioski zawsze tak mówią, kiedy mnie widzą. – Na słomianej twarzy pojawił się jakby uśmiech.

Strach po raz pierwszy w swym smutnym życiu spotkał kogoś, kto z nim rozmawiał. I choć sam nie wiedział jeszcze dlaczego, sprawiało mu to ogromną przyjemność.

– Zdaje się, że nawet szklane pantofelki od Gucciego w tej sytuacji nie pomogą – skwitował sprawę drwal.

– Spaw ma rację. Musimy ci wymyślić jakieś inne imię – stwierdziła Nieważka, z trudem powstrzymując śmiech.

– Nie ma co kombinować, to mu w stu procentach pasuje i od razu predestynuje do odpowiednich stanowisk. Ale póki co niech się w końcu na coś przyda i wskaże, dokąd mamy iść. – Spaw, jak przystało na umysł ścisły, od każdego oczekiwał konkretnych informacji. Chochoł z wyraźnym wysiłkiem odławiał poszczególne sylaby wypowiadane przez swoich pierwszych w życiu znajomych. Mimo to nie bardzo rozumiał, czego dotyczyła dyskusja. W słomianej głowie tkwiła ogromna ambicja, niemająca jednak żadnego oparcia w wiedzy.

– Dokąd powinniśmy iść, Głąbie? – zagadnął w końcu drwal w nieco bardziej zrozumiały dla swojego słomianego rozmówcy sposób.

– Do Januszowa. Tam mieszka wielki czarnoksiężnik. On wie wszystko i wszystko potrafi – odrzekł niezwykle poważnie słomiany człowieczek.

– Czarnoksiężnik?! – dopytała z niedowierzaniem dziedziczka, a szczęka Puszka ze świstem minęła wysokość, na jakiej znajdował się jego mózg, i skrzypiąc jak stare drzwi, zakołysała się na wysokości kolan.

– No tak. Czarnoksiężnik z Januszowa. To najwspanialsze miasto świata, a ja będę tam kiedyś burmistrzem i będę pracował z wielkim czarodziejem. – Powaga na twarzy stracha zdawała się teraz ustępować miejsca dumie.

– Czarodziej? Że niby wyciąga króliki z kapelusza czy po prostu biega w piżamie z pindolem na wierzchu, twierdząc, że to magiczna różdżka? – dopytywała drwiąco Doris. Chochołowi jednak wcale nie było do śmiechu, kiedy opowiadał o czarnoksiężniku, a kpiący ton rozmówczyni wywołał na jego twarzy istne oburzenie.

– Nie wolno się śmiać z czarnoksiężnika. To wielki grzech. Mściwy Karzeł was za to ukarze – powiedział poważnie chochoł.

– Spaw, czyś ty przypadkiem nie dodał do destylatu śmiejżelków od Cześka? Bo coś mi się zaczyna wydawać, że albo się jeszcze nie obudziłam, albo siedzę właśnie w naszej ciepłej kuchni i mam psychojazdę w stylu sióstr Wachowskich. – Nieważka powoli przestawała ogarniać sytuację.

– Wiem, do czego zmierzasz. Ale ja nie miewam snów, a piguły, nawet te od Cześka, na mnie nie działają, więc to raczej nie jest halucynacja. Wygląda na to, że dolecieliśmy w miejsce, które Bóg stworzył ósmego dnia na potężnym kacu – wywnioskował Spaw.

– I chyba imprezował z Cześkiem – dodała Doris, po czym zwróciła się do chochoła: – Iluzjoniści? Karzełki? Może ty, kolego, wcześniej robiłeś za ściółkę w cyrkowym namiocie? Tak czy owak, chętnie się tam wybiorę. Pewnie mają budkę z hot dogami. Prowadź, Głąbie. I opowiedz nam coś o tym całym czarnoksiężniku. Skąd się wziął, co robi?

– Czarnoksiężnik razem z naczelnikiem rządzą ludźmi. Całe miasto ich słucha i wszyscy robią to, co oni każą. Ci ludzie. A jak ktoś nie słucha, to wtedy przychodzą do niego bandyci spisu.

– Kto? – zapytała Doris i nawet Spaw ożywił się, słysząc ostatnie słowa.

Strach przystanął na chwilę, po czym rozejrzał się czujnie, podszedł do towarzyszy i półgłosem powtórzył:

– Bandyci spisu. Naczelnik przysyła ich, żeby karać niedobrych ludzi. Tych, którzy nie słuchają.

– Robi się coraz ciekawiej – stwierdził Spaw, patrząc na majaczące na horyzoncie mury miasta oraz górującą nad nim gigantyczną konstrukcję przypominającą zamkową wieżę. − Czy to jest właśnie Januszowo? – zwrócił się do przewodnika.

Strach uniósł brwi i patrząc na rozpościerający się przed nimi widok, wydał przeciągły dźwięk, mogący być jednocześnie wyrazem podziwu i zaskoczenia.

– Tak, już prawie jesteśmy – wycedził w końcu.

W miarę zbliżania się do bram miasta przyjaciele dostrzegali coraz więcej szczegółów. Centrum, otoczone wysokim kamiennym murem, sprawiało wrażenie niedostępnej wyspy osadzonej w morzu kamieniczek, gmachów i pojedynczych mniej lub bardziej wystawnych domów. Wznosząca się wysoko ponad murami wieża nasuwała na myśl złowrogie i wszystkowidzące tolkienowskie Oko Saurona. I nawet fakt skąpania tego nieco średniowiecznego pejzażu w promieniach zachodzącego słońca tylko w niewielkim stopniu łagodził złe przeczucia wzbierające w głowie Nieważki.

– Co to za wieża? – zaciekawił się Spaw.

– Ta wieża to dom czarnoksiężnika. Stamtąd widzi wszystkich ludzi i wie, kto go nie słucha, i wtedy...

– Tak, wiemy, przychodzą gamonie i wszystkich spisują – przerwała chochołowi Nieważka.

Kiedy trójka bohaterów mijała rogatki miasta, zapadał już zmrok, a wąskie uliczki osnute żółtawą poświatą gazowych latarni z wolna pustoszały. Doris po raz pierwszy w życiu była w prawdziwym mieście, jednak już na pierwszy rzut oka widziała różnice pomiędzy tym, co czasem oglądała na pocztówkach, a tym, co zastała w tym dziwnym miejscu. Odnosiła wręcz wrażenie, że wybuchowa podróż przeniosła ich nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie. Kamieniczki przylegały do siebie tak ciasno, że wtłoczone pomiędzy nie boczne uliczki ściśnięte zostały do rozmiarów przesmyku. Doris w myślach słusznie zauważyła, że przejazd nimi na bani jej ukochanym Gromem byłby nie lada wyczynem. Grupki śmiejących się dzieciaków przemykały między latarniami a nie do końca jeszcze uprzątniętymi straganami, starając się uniknąć wzroku mam wołających na kolację. Przyklejone do szyb twarze mieszkańców Januszowa zdawały się odprowadzać wzrokiem niezwykłych gości od światła jednej latarni do kolejnej. Przybysze, choć ich niezwykła fizjonomia budziła zainteresowanie miejscowych, nie odczuwali jednak wrogości. Kamieniczki różniły się od siebie wysokością, szerokością, kolorem fasady, a nawet wykorzystanym do budowy materiałem. Mimo to trudno było odnieść wrażenie, że coś tu do siebie nie pasuje. Wyglądało to wszystko trochę jak z bajki. Co prawda nie ciepłej, naiwnej i kolorowej, a raczej takiej, której bohaterowie muszą się czasem mierzyć z rzeczywistością zupełnie niebajkową, ale element nierzeczywisty był mocno wyczuwalny. Doris podziwiała każdy, najdrobniejszy element miejskiej architektury. Od brukowanych uliczek aż po mniej lub bardziej ozdobne detale kamienic. Zielony szyld apteki kontrastował z położoną naprzeciw piekarnią o piaskowożółtej fasadzie. Strach najwyraźniej już zupełnie zapomniał o niefortunnych początkach znajomości z parą podróżników. Obecnie całą jego uwagę zaprzątał obraz szykującego się powoli do snu miasta, które do tej pory wdział jedynie raz, z daleka, podczas podróży z domu swojego twórcy na łąkę, przy której spędził swoje dotychczasowe życie. Spaw zwrócił uwagę na wielki brązowy szyld, na którego końcu siedział przysadzisty drewniany puchacz. Napis głosił: „Puchacz i Ferajna”, a dochodzące z wnętrza lokalu odgłosy nie pozostawiały wątpliwości co do charakteru przybytku. Doris przystanęła na chwilę, a na jej twarzy pojawił się błogi uśmiech.

– Jedzonko!

Nim jednak zdążyła się nacieszyć perspektywą spożycia pierwszego od prawie doby posiłku, stojący przed lokalem wraz z grupką dzieciaków rudzielec w okularach krzyknął nagle:

– Beesy! Uwaga, beesy idą!

Niemal w okamgnieniu dzieciarnia rozpierzchła się i znikła w zacienionych wejściach kamieniczek niczym kule bilardowe wbite do łuz jednym mistrzowskim uderzeniem gracza. Na ulicy pozostali jedynie Nieważka, Puszek oraz ich bystry inaczej przewodnik. Po chwili z bocznej uliczki wyszła grupka łysych dżentelmenów przyodzianych w bluzy z kapturem i z twarzami ozdobionymi grymasem wskazującym na ogólną i bezinteresowną nienawiść do wszystkiego podszytą tygodniowym zatwardzeniem. Widok ten wywołał u chochoła takie przerażenie, że gdyby miał czym, pewnie zmoczyłby się w swoje gustowne spodenki. Łysi podeszli do trójki przyjaciół, mierząc ich podejrzliwym spojrzeniem. Nieważka zauważyła, że każdy z nich ma na ramieniu opaskę z nadrukiem koguta trzymającego w szponach krzyż oraz miecz. Ten znak widniał również na witaczu stojącym przy miejskich rogatkach.

– Obczaj, jaki wielki transwestyt – rzucił do swoich towarzyszy jeden z klonów.

– Z taką gębą i tak nikt by nie uwierzył, że jest babą – podchwycił któryś z jego kolegów, po czym cała banda zarechotała.

– A ten głupek przebrany za robota? Chyba myślą, że dziś Halloween. Ale my w Januszowie nie obchodzimy obcych świąt i nie lubimy odmieńców, więc zaraz wytłumaczymy im, że bardzo zbłądzili – dodał kolejny łysol.

Trudno powiedzieć, czy spokój, z jakim na te uwagi zareagowała para przyjaciół, wynikał z tego, że byli równie zmęczeni co zdziwieni, a ponadto w połowie cholernie głodni, czy też chodziło raczej o poczucie winy wynikające z dosyć burzliwego przebiegu spotkania z chochołem. Nieważka postanowiła więc zakończyć tę nieprzyjemną sytuację, tłumacząc napotkanym, że chwilowo nie ma wobec nich złych intencji. Chwilowo.

– Szanowne koleżanki – zaczęła swój monolog, wywołując osłupienie audytorium – rozumiem wasz zły nastrój. Wyszłyście na podryw w takich samych kieckach i fryzurach od tego samego, bardzo chujowego zresztą, fryzjera. Sądząc po tym, jak spięte macie pośladki, z dymania też będą dziś raczej nici. Ale nie ma sobie co tipsów łamać i makijażu rozmazywać. Jutro też jest dzień, a błona nie gips, od czekania nie stwardnieje. Zakręćcie się więc na obcasiku, skoczcie na latte z cynamonem i poplotkujcie o najnowszych trendach w dziedzinie fryzur intymnych. Taka moja propozycja. To na pewno będzie tańsze niż chirurgia szczękowa połączona z usuwaniem z tyłka drzazg po moich drewniakach.

W ciszy, która zapanowała po wywodzie dziedziczki, nawet mysie pierdnięcie brzmiałoby jak nalot alianckich bombowców na Zagłębie Ruhry. Niemal słychać było, jak szare komórki łysych porozumiewają się między sobą za pomocą kwiknięć i chrząknięć, by po wnikliwej analizie wyprodukować wreszcie grupowe:

– Że co, kurwa?!

– Spaw, twoja kolej – powiedziała z rezygnacją Nieważka, po czym wzięła pod rękę chochoła i dodała: – Chodź, Głąbie, tu zaraz będzie iskrzyć, a tobie już wystarczy na dziś pożarów.

– Doris, oni mają kije i gazrurki – zauważył Autodrwal.

– Więc nie dawaj im forów i walcz obiema rękami – skwitowała Nieważka, siadając na ławeczce pod witryną speluny.

– Szuflada, najpierw robocop, potem babochłop! – zawyrokował dowodzący klon, a największy z pozostałych rzucił krótkie:

– Tak jest, szefie! – po czym bezrefleksyjnie przystąpił do wykonania polecenia.

Jego dolna szczęka o dobre pół długości wyprzedzała nos, a cofnięte i bardzo niskie czoło sprawiało, że biedaczysko nie był w stanie naciągnąć na głowę czapki z logo swojego ulubionego klubu. Wielkolud, jeszcze nim drwal znalazł się w zasięgu ciosów, zaczął mielić powietrze ogromnymi jak grabie łapskami. Spaw szybko znalazł wyłom w tej plątaninie cepów i jednym celnym trafieniem dokonał tego, czego przez lata nie był w stanie zrobić żaden ortodonta. Szczęka, choć pozbawiona połowy zębów, idealnie wpasowała się w resztę gęby. Szuflada zwalił się na brukowaną uliczkę z wyrazem twarzy wskazującym na osiągnięcie nirwany.

– Będą mu teraz musieli wymyślić nową ksywę – stwierdziła spokojnie Doris. Chochoł siedział obok i szeroko otwartymi oczami bacznie obserwował zajście.

Błyskawiczny zabieg, przeprowadzony bez znieczulenia, choć zrobił wrażenie na pozostałych, nie ostudził jednak ich woli walki.

Łysole obskoczyli blaszaka ze wszystkich stron, atakując czym popadło. W ruch poszły kije, rurki, kastety i sztachety. Przeciwnicy, choć mniejsi, okazali się jednak także dużo zwinniejsi od Szuflady, co skutkowało tym, że znaczna część ciosów drwala nie dosięgała celu. Ciosy napastników również nie robiły na nim specjalnego wrażenia, w powietrzu czuć jednak było charakterystyczną woń palonego plastiku, co wyraźnie wskazywało, że Spaw zaczyna powoli odczuwać nerwowy dyskomfort. W pewnym momencie jeden z łysych zaszedł go z tyłu i z ogromną siłą uderzył w głowę łomem. Głuchy dźwięk odbił się echem na całej ulicy, a z okolicznych okien dało się słyszeć zbiorowy jęk obserwującej zajście gawiedzi. Wieńczący głowę blaszaka czajnik wgiął się na dobre kilka centymetrów, a połówki piłeczek pingpongowych, osłaniających receptory światłoczułe, wyskoczyły z oczodołów i wylądowały pod nogami Doris i Głąba. Tego dziedziczce było już zbyt wiele.

– Zaczekaj tu i potrzymaj to, ale się nie baw – powiedziała, podając chochołowi obrzyna, po czym ruszyła na pomoc przyjacielowi. Zaskoczony ciosem Spaw stracił na chwilę orientację i zainkasował jeszcze kilka kolejnych, zanim wkraczająca do walki Doris przejęła inicjatywę. Chwyciła za karki dwóch najbliższych łysych i zderzyła ich makówkami tak mocno, że w rezonans wpadły rynny w pobliskich kamienicach. Spaw, którego zadek zaczynał już od rozgrzania świecić w ciemności, również przeszedł do ofensywy. Potężnym kopniakiem posłał jednego wprost na ścianę przeciwległego budynku. Kolejnemu zafundował stereofonicznego, synchronicznego sierpa, od którego zęby łysego w ułamku sekundy zmieniły stan skupienia. Walcząca teraz ramię w ramię z przyjacielem Nieważka chwyciła za kark szefa grupy i uniosła go na wysokość swojej twarzy.

– Może jeszcze jakiś komentarzyk? – zapytała zaczepnie.

– Wypierdalaj! – wycedził przez zaciśnięte z wściekłości usta.

– Jak sobie życzysz – odpowiedziała z uśmiechem i wypierdoliła mu z czoła.

Ostatni z łysych, zdając sobie sprawę ze swoich topniejących szans, ewakuował się w iście angielskim stylu. Kiedy oddalił się na bezpieczną odległość, przystanął, odwrócił się i wyciągnął z kieszeni niewielki gwizdek w kształcie glinianego kogucika.

– Teraz was załatwimy – krzyknął, po czym nadął usta i już miał dmuchnąć pod ogonek glinianej zabawki, kiedy niczym magik wyrósł przed nim chochoł.

– Co do... – zdążył jeszcze wybełkotać łysy, nim strach przyłożył mu swoją słomianą makówką.

Cios wyprowadził niemal z pozycji kucającej, prostując się niczym struna. Oczy zacisnął równie mocno co pięści. I choć przypominał w tym momencie małe dziecko, które po raz pierwszy w życiu próbuje odbić piłkę głową, a wykonanie trudno nazwać fachowym, efekt był powalający. Stłumiony świszczący oddech nieprzytomnego łysego ewidentnie wskazywał, że nieszczęśnik, inkasując trafienie, połknął przy okazji glinianego kogucika.

Tym razem szczęka drwala z impetem rąbnęła o chodnik, sygnalizując, że zdziwienie jej posiadacza nie może być już większe. Równie zaskoczona wyczynem słomianego człowieczka była Nieważka. Z troską podeszła do chochoła i rozgarniając wciąż osmoloną słomianą czuprynę, ze zdumieniem zauważyła, że pod jej niespecjalnie grubą warstwą kryje się solidny i bardzo sękaty pieniek.

– Fiu, fiu! Jednak głowę masz, kolego, nie tylko od parady – powiedziała z uznaniem.

– Szkoda, że o moją się tak nie martwisz – powiedział złośliwie drwal.

– Wybacz, przyjacielu. Bez obaw, znajdziemy dobrego blacharza i będziesz nówka sztuka, jakby Niemiec pod kocem trzymał – zarechotała Doris.

– Uhm, uhm – zza pleców przyjaciół dobiegło głośnie chrząknięcie.

Doris kątem oka dostrzegła stojącą w cieniu dziecięcą postać.

– Epicki łomot. Dokładnie taki, jaki mój tata spuszcza im zawsze w swoich snach na jawie – stwierdziła na oko dziesięcioletnia dziewczynka. – Ale teraz radzę wam się stąd zmywać. Wiem, gdzie będziecie bezpieczni.

Rozdział II Dom Oporników

W oknach pojawiało się coraz więcej zaciekawionych twarzy, a w oddali słychać było zbliżające się gwizdy i nawoływania.

– Lepiej się pospieszmy – dodało dziecko i ruszyło pewnie wąską boczną uliczką.

Po chwili skręcili w lewo i przebiegli przez podwórze jednego z budynków na jego tyły, gdzie znajdował się niewielki ogród, gęsto upstrzony karłowatymi drzewami. Nieważka nie mogła się nadziwić, jak z pozoru powciskane na siłę gdzie tylko się da kamienice mogą mieć tak duże podwórza. Część z nich przerobiona była na place zabaw, większość jednak przypominała miniaturowe parki i skwery. Zieleń, której od strony ulicy było jak na zapałkę, na wewnętrznych dziedzińcach stanowiła motyw przewodni. Przyjaciele przez kilkanaście minut podążali za dziewczynką, co chwilę zmieniając kierunek i mijając dziesiątki bliźniaczo podobnych drzwi, okien i podwórek. Z tej perspektywy miasto wydawało się niekończącym się labiryntem skwerów, ukrytych przejść i zakamarków. Doris szczególnie urzekły te budynki, które od strony dziedzińca były upstrzone schodami, antresolami i balkonami, zupełnie jakby to właśnie tam koncentrowało się całe życie zamieszkujących je ludzi. W końcu, tuż po opuszczeniu jednego z takich właśnie podwórek, dziecko zatrzymało się w bramie i ostrożnie wyjrzało na ulicę. Następnie machnęło ręką i przyjaciele podążyli za nim na drugą stronę.

– Jesteśmy na miejscu – powiedziała w końcu anonimowa wybawicielka, zatrzymując się przy niedużym skrzyżowaniu.

Rozejrzała się dokładnie wokoło i powoli podeszła do drzwi narożnej kamieniczki. Dwupiętrowa ceglana fasada musiała wyglądać urokliwie w czasach swojej świetności. Budynek był tak wąski, że na parterze obok drzwi wejściowych zmieściło się jeszcze tylko jedno niewielkie okno. Powyżej znajdował się maleńki, choć ukwiecony do granic możliwości balkon, a nad nim był jeszcze jeden rząd okien. Całość wieńczył spadzisty dach z okrągłym okienkiem. Pozostałości kolorowych szkieł wskazywały na to, że było ono kiedyś ozdobną rozetą. Wisząca nad drzwiami i chybotana wiatrem latarenka oświetlała drewniany, nadgryziony zębem czasu i kornika szyld. Napis na szyldzie głosił: „Leon Opornik – wynalazca i konstruktor”. Mała przewodniczka podeszła do drzwi i ostrożnie wystukała, najwyraźniej celowo wybraną, sekwencję uderzeń. Niemal w tym samym momencie po drugiej stronie dało się słyszeć szczekanie, a po chwili skrzypienie schodów oraz odgłos kroków. Dziewczynka odsunęła się od drzwi i stanęła na środku wycieraczki.

– Ciii, i róbcie to, co ja – zwróciła się do podróżników. – Tata bywa troszkę przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa – dodała nieco zmieszana.

Zza grubej futryny zaczęły dochodzić dziwne mechaniczne dźwięki, po czym osadzony do tej pory w drzwiach wizjer wysunął się niczym luneta i z wolna, bardzo uważnie przesuwał się przed twarzami gości. Po przyjrzeniu się wszystkim luneta zatrzymała się na wprost dziecka, a ze starego, trzeszczącego głośnika wiszącego nad futryną odezwał się głos i zażądał podania hasła.

– Tato, czy ty aby nie przesadzasz? Przecież to ja. – Mała była już wyraźnie zażenowana.

– No tak. Hm, tego, no... Kim są twoi towarzysze? – zapytał głos.

– To niezła historia, na pewno ci się spodoba. Ale może pozwolisz mi opowiedzieć ją w środku? Dziesięcioletnie dziecko stojące wieczorem przed drzwiami własnego domu i rozmawiające z ojcem przez megafon wygląda podejrzanie, nie sądzisz?

Tym razem głos nie odpowiedział. Zamiast tego zza drzwi zaczęły dobiegać dźwięki świadczące o odblokowywaniu niezliczonej liczby zamków i zasuwek.

– Podkreślenie, że coś wygląda podejrzanie, nigdy nie zawodzi. – Na małej twarzyczce pojawił się uśmiech triumfu.

– Zupełnie jak hiszpańska inkwizycja – dodał pod nosem drwal. Po uchyleniu ciężkich, kutych drzwi po ich drugiej stronie ukazał się wystraszony trzydziestoparoletni mężczyzna w wyciągniętym zielonym swetrze, nieprawdopodobnie bujnej rudej czuprynie i okularach mogących spokojnie konkurować z noktowizyjnymi goglami dziadka Emeta.

– A ja myślałem, że jestem dziwny – po raz kolejny bąknął do siebie blaszak.

– Witamy w Casa del Leo. – Dziewczynka ruszyła przodem, po czym zapraszającym gestem wskazała przyjaciołom przedsionek.

Na widok gości przekraczających próg właściciel kamieniczki niemal przysiadł z wrażenia i niewiele zabrakło, by nadepnął radośnie witającego dziewczynkę buldożka, który z zaciekawieniem przyglądał się teraz przybyszom.

– Tato, to moi nowi przyjaciele – powiedziała mała, zatrzaskując drzwi. – Moi drodzy, to mój tata Leon i nasz piesek Tik-Tak. A ja mam na imię Mika.

– Miło nam poznać. – Nieważka zrobiła krok do przodu. – Ja mam na imię Doris, ten z pogiętym baniakiem to Spaw, a to jest... hm, cóż. Wciąż myślimy nad imieniem, które będzie pasować do tej nietuzinkowej fizjonomii i zwiewnego intelektu.

Blaszak próbował zdobyć się na powitalny uśmiech. Wyszło mu jednak coś na kształt bardzo swobodnej interpretacji autoportretu Picassa, przez co Leon zbladł jeszcze bardziej, a jego czerwona fryzura zdawała się teraz niemal płonąć.

– Zzapraszam ddo salonu – wyjąkał w końcu gospodarz.

– Nie pękaj, tatuś, to naprawdę fajna ekipa – uspokoiła go córka. Przyjaciele rozgościli się w niedużym, ale bardzo przytulnym pokoju. Strach, który po raz pierwszy znajdował się we wnętrzu domu, chłonął oczami każdy szczegół. Przybysze usiedli na kanapie naprzeciw rzeźbionego kamiennego kominka. Wzrok Nieważki przykuły zdjęcia Leona, wykonane najwyraźniej na wakacjach, w jakimś egzotycznym miejscu. Jej blaszany kompan podziwiał natomiast wiszący nad kominkiem zegar w kształcie kuli ziemskiej, gdzie rolę małej wskazówki grał blaszany księżyc, a dużej − model rakiety. Wszystko to wykonane z niezwykłą precyzją. Leon najwyraźniej ochłonął już z pierwszego szoku wywołanego nieoczekiwaną wizytą. Przyzwyczaił się do niezwykłych pomysłów swojej latorośli, choć miewał też czasem chwile zwątpienia, które podawały w wątpliwość jego zdolności wychowawcze.

– No więc – zaczął już nieco pewniejszym głosem – czemu zawdzięczam tę wizytę? Chętnie wysłucham, jak to ujęłaś, córeczko, niezwykłej historii.

Doris dopiero teraz, w świetle salonowych lamp, dostrzegła blizny na twarzy dziewczynki oraz to, że jej bujne loki są kruczoczarne, a cera zdecydowanie ciemniejsza od bladego lica jej ojca.

– No więc to było mniej więcej tak – rozpoczęła mała gospodyni. – Jak zwykle siedzieliśmy z dzieciakami pod gospodą Puchacz i Ferajna i śmialiśmy się z podchmielonych gości. Czasem odchodzą tam takie akcje, że mamy kino 3D. Wtedy Jasiek krzyknął, że idą beesy, i już miałam uciekać, ale zobaczyłam tych troje i pomyślałam, że zaraz będzie jeszcze lepszy spektakl, więc schowałam się za beczkami i czekałam na rozwój wypadków. Kiedy zobaczyłam, że w patrolu idzie tylu łysych, zaczęłam się martwić o tych dziwolągów. Beesy lubią się nad takimi pastwić. Ale potem wszystko się odwróciło i teraz pewnie te głąby kłócą się o znalezione na ziemi zęby. W życiu czegoś takiego nie widziałam. Dlatego doszłam do wniosku, że na pewno chciałbyś poznać tych, którzy tego dokonali. Zawsze mówiłeś, że wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem – dodała z entuzjazmem Mika.

Leon, choć to wydawało się niemożliwe, pobladł jeszcze bardziej. W mgnieniu oka dotarła do niego świadomość, że właśnie przygarnął pod strzechę troje kompletnie obcych nie do końca ludzi, którzy na dodatek w spektakularny sposób wyjęli się spod prawa. Jego rozważania o tym, jak bardzo miał teraz przerąbane, przerwała dopiero Doris.

– Bardzo przepraszamy za najście. Przybyliśmy z daleka i w niezupełnie zamierzony sposób. Szczerze mówiąc, nawet nie wiemy, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Chcieliśmy po prostu znaleźć jakiś nocleg, kiedy napatoczyła się ta banda przygłupów. A teraz wygląda na to, że mamy spore kłopoty i przynieśliśmy je również wam. Nie chcemy nadużywać waszej gościnności. Gdyby zechciał pan nam powiedzieć, gdzie powinniśmy teraz pójść, by nie narobić więcej bałaganu, znikniemy i będziecie bezpieczni.

Leon westchnął. Spojrzał na uradowaną twarzyczkę córki wciąż pełnej dumy, że mogła uszczęśliwić swojego staruszka w ten szary jesienny wieczór.

– To nie wasza wina. Nie zrobiliście nic złego. Sam mam nieraz ochotę porozmawiać z tymi łysymi terrorystami po męsku. Zasadzić sierpa w zęby i kopniaka w kolano. Złapać za te puste sagany i rąbnąć nimi w ścianę, a potem... – nagle gospodarz przestał mówić, a jego spojrzenie stało się nieobecne. Leon wstał z fotela i zaczął nieporadnie wymachiwać nogami i rękami, jakby grał w parodii filmu o wojownikach ninja. Wymierzał ciosy wyimaginowanym przeciwnikom i najwyraźniej robił uniki, kiedy ci ostatni próbowali mu oddać.

– Spaw? – Nieważka spojrzała pytająco na swojego kompana.

– Tak, wiem, Czesiek... – odparł Spaw, a jego szczęka nie opadła tylko dlatego, że po ostatnim razie postanowił nieco dokręcić śrubę, na której była zamocowana. Ciężej mu się teraz mówiło, ale przynajmniej zmalało ryzyko, że ją sobie przydepnie, kiedy po raz kolejny coś go mocno zdziwi.

– Tato! – krzyknęła Mika, a Leon zastygł w pozie, która sugerowała, że za chwilę albo zdejmie spodnie, rozłoży gazetę i usiądzie na nieistniejącej muszli klozetowej, albo wykona pokłon po wygranym pojedynku z niewidzialnymi oponentami. Po kilku sekundach uświadomił sobie, gdzie się znajduje, po czym mocno zmieszany wrócił na swoje miejsce.

– Bardzo przepraszam, czasem wyobrażam sobie różne rzeczy i zdarza mi się... odpłynąć. To chyba dobre słowo. Wróćmy jednak do waszej sytuacji. Jeśli nikt nie widział, jak tu wchodziliście, i nie skojarzył tego z rozróbą pod gospodą, to jesteśmy bezpieczni. Jeśli jednak jest inaczej, to wszyscy mamy równo przechlapane i nie ma sensu, byście po nocy szukali schronienia gdzie indziej.

W salonie zapadła krępująca cisza, którą zakłócał jedynie odgłos pracy niezwykłego zegara.

– Skąd zatem przybywacie i czego poszukujecie w naszym miasteczku? – zmienił nagle temat Leon, ratując sytuację.

Tym razem ciężar wypowiedzi wziął na siebie Spaw, który z charakterystyczną rzeczowością przedstawił gospodarzom przebieg niezwykłej wyprawy. Opowiadając, pominął jednak prawdę o przeznaczeniu instalacji, która z impetem wysłała ich na nieplanowane wczasy. W jego wersji była to maszyna parowa napędzająca piły w tartaku, która prawdopodobnie uległa przegrzaniu. Pominął też skrzętnie niektóre aspekty przebiegu spotkania ze strachem, słusznie przyjmując, że mogłoby to zniechęcić gospodarzy do udzielenia schronienia jemu i jego przyjaciółce. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że postępuje w ten sposób nie tylko dlatego, że jest mu tak wygodnie, ale również dlatego, że jakaś nieznana mu do tej pory część jego świadomości zwyczajnie się tego wstydzi. Było to dla niego coś zupełnie nowego i dziwnego, nie miał jednak w tej chwili czasu na autopsychoanalizę. Na koniec w kilku słowach streścił sztachetobranie pod lokalem gastronomicznym i pomoc, jakiej grupie zagubionych i na dodatek ściganych przyjaciół udzieliła dzielna dziewczynka.

– Dzień pełen przygód! – powiedziała z entuzjazmem Mika.

– Kim byli ludzie, którzy nas napadli? – Doris postanowiła dowiedzieć się nieco więcej na temat tej niezwykłej krainy i czyhającego na nich zagrożenia.

– To byli bandyci spisu! – niespodziewanie do rozmowy włączył się strach.

– Wasz przyjaciel ma rację, to byli bandyci spisu. Mówimy na nich beesy. Trochę dlatego, że tak jest krócej, a trochę dlatego...