Czarodzicielstwo - Terry Pratchett - ebook + audiobook + książka

Czarodzicielstwo ebook i audiobook

Terry Pratchett

4,5

Opis

Narodził się Czarodziciel - czarownik tak potężny, że w porównaniu z jego mocą wszelka magia jest tylko dziecinną zabawką. Samo jego istnienie doprowadza Świat Dysku, który oczywiście jest płaski i płynie w przestrzeni na grzbiecie gigantycznego żółwia, na krawędź totalnej wojny taumaturgicznej. To niedobrze. Na jego drodze stoi jedynie Rincewind, nieudany mag, który chce ocalić świat, a przynajmniej tę część, która zawiera jego osobę. W przygodzie uczestniczą nowe postaci: Conena, barbarzyńska fryzjerka, Nijel Niszczyciel (którego matka wciąż zmusza do noszenia wełnianej bielizny) i być może pierwszy dżin-yuppie, który zajmuje się lampami jako potencjalnie obiecującym rynkiem. Los prowadzi ich na Wschód, czy też w stronę Osi czy jakoś tak.

Terry Pratchett - Urodził się 28 kwietnia 1948 roku w Beaconsfield, zmarł 12 marca 2015. Jako autor opowiadań zadebiutował w wieku 13 lat. Już wtedy było oczywiste, że czeka go świetlana przyszłość. W 1965 roku zaczął pracować jako dziennikarz. W 1971 roku wydana została jego pierwsza powieść „The Carpet People”, a potem kolejne „The Dark Side of the Sun” (1976) i „Strata” (1981). W 1980 roku został rzecznikiem prasowym Centralnego Zarządu Elektroenergetyki. W 1983 roku wydana została jego pierwsza powieść z cyklu Świat Dysku - "Kolor magii". Po ukazaniu się w 1986 roku książek "Blask fantastyczny" i "Mort" Terry Pratchett zdecydował się poświęcić wyłącznie pisaniu. Od tego czasu zarówno ilość wydanych i sprzedawanych książek, jak i popularność pisarza systematycznie wzrasta. Pratchett był także autorem kilku książek dla młodych czytelników. W 1998 roku został uhonorowany przez królową brytyjską Orderem Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 8 min

Lektor: Janusz Zadura

Sortuj według:
pawelaz

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna:)
00

Popularność



Kolekcje



 

 

Tytuł oryginału

SOURCERY

 

Copyright © by Terry and Lyn Pratchett 1988

First published by Victor Gollancz Ltd, London

 

Projekt okładki

Zombie Sputnik Corporation

 

Ilustracja na okładce

Josh Kirby/via Thomas Schlück Agency

 

Redakcja

Dorota Malinowska

 

Korekta

Teresa Pajdzińska

 

ISBN 978-83-8234-575-9

 

Fantastyka

 

Wydawca

Prószyński Media Sp z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Tego samego autora polecamy:

 

KOLOR MAGII

BLASK FANTASTYCZNY

RÓWNOUMAGICZNIENIE

MORT

CZARODZICIELSTWO

ERYK

TRZY WIEDŹMY

PIRAMIDY

STRAŻ! STRAŻ!

RUCHOME OBRAZKI

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

KOSIARZ

WYPRAWA CZAROWNIC

POMNIEJSZE BÓSTWA

PANOWIE I DAMY

ZBROJNI

MUZYKA DUSZY

CIEKAWE CZASY

MASKARADA

OSTATNI BOHATER

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

NA GLINIANYCH NOGACH

WIEDŹMIKOŁAJ

WOLNI CIUTLUDZIE

BOGOWIE, HONOR, ANKH-MORPORK

OSTATNI KONTYNENT

CARPE JUGULUM

PIĄTY ELEFANT

PRAWDA

ZŁODZIEJ CZASU

ZIMISTRZ

STRAŻ NOCNA

POTWORNY REGIMENT

PIEKŁO POCZTOWE

ŁUPS!

ŚWIAT FINANSJERY

HUMOR I MĄDROŚĆ ŚWIATA DYSKU

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

NIUCH

PARA W RUCH

FOLKLOR ŚWIATA DYSKU

PASTERSKA KORONA

PRZEWODNIK PANI BROADSHAW

 

Wiele lat temu zobaczyłem w Bath bardzo potężną amerykańską damę z ogromną walizką w szkocką kratę. Ciągnęła ją szybko na małych, stukających głośno kółeczkach, które wpadały w szczeliny bruku i ogólnie przydawały walizce życia. Wtedy właśnie narodził się Bagaż. Niniejszym dziękuję tej damie i wszystkim innym w takich miejscach jak Power Cable, Nebraska, którym należy się trochę zachęty.

 

Ta książka nie zawiera mapy. Czytelnik może się nie krępować i narysować własną.

 

 

*1*

Żył sobie raz pewien człowiek, który miał ośmiu synów. Poza tym był zaledwie przecinkiem na stronie Historii. To smutne, ale o niektórych nie można powiedzieć nic więcej.

Ale jego ósmy syn dorósł, ożenił się i też miał ośmiu synów, a że jest tylko jedna profesja odpowiednia dla ósmego syna ósmego syna, jego ósmy syn został magiem. Był mądry i potężny, no… w każdym razie potężny, nosił szpiczasty kapelusz i na tym by się to skończyło…

Powinno się skończyć…

Ale wbrew Sztuce Magicznej i wbrew nakazom rozsądku – a za nakazami serca, które są ciepłe, nieokreślone i… no… nierozsądne – uciekł z komnat magii, zakochał się i ożenił, niekoniecznie w tej kolejności.

I miał siedmiu synów, a każdy od kołyski był potężny jak mag.

A potem urodził się ósmy syn…

Mag do kwadratu. Rodzic magii.

Czarodziciel.

 

Letni grom przetoczył się po piaszczystych wydmach. Daleko w dole fale zasysały kamienie tak hałaśliwie, jak staruszek z jednym zębem, który dostał lizaka. Kilka mew wisiało w prądach wznoszących czekając, aż coś się zdarzy.

Ojciec magów siedział wśród kęp morskiej trawy na krawędzi urwiska, trzymał dziecko na rękach i spoglądał w morze.

Przetaczała się tam czarna chmura. Sunęła ku lądowi, a blask, który spychała przed sobą, miał gęstość syropu, jak często się zdarza przed naprawdę wielką burzą.

Nagła cisza za plecami sprawiła, że ojciec magów odwrócił się i zaczerwienionymi od łez oczami spojrzał na wysoką postać w czarnej szacie z kapturem.

IPSLORE RUDY? zapytał przybysz. Głos był głuchy jak jaskinia, ciężki jak gwiazda neutronowa.

Ipslore uśmiechnął się strasznym uśmiechem człowieka nagle obłąkanego. Podniósł dziecko, pokazując je Śmierci.

– Mój syn – oznajmił. – Nazwę go Coin.

IMIĘ NIE GORSZE OD INNYCH, stwierdził uprzejmie Śmierć.

Puste oczodoły wpatrywały się w małą okrągłą buzię otuloną snem. Wbrew plotkom, Śmierć nie jest okrutny; jest po prostu perfekcyjny, straszliwie perfekcyjny w swej pracy.

– Zabrałeś jego matkę – rzekł Ipslore.

Było to obojętne stwierdzenie, na pozór bez gniewu. W dolinie za klifami dom Ipslore’a zmienił się w wypaloną ruinę; wzmagający się wiatr roznosił już po wydmach delikatny popiół.

TAK NAPRAWDĘ TO ZMARŁA NA ATAK SERCA, wyjaśnił Śmierć. SĄ GORSZE SPOSOBY UMIERANIA. MOŻESZ MI WIERZYĆ.

Ipslore spojrzał w morze.

– Cała moja magia nie zdołała jej ocalić.

ISTNIEJĄ MIEJSCA, GDZIE NIE DOCIERA NAWET MAGIA.

– A teraz przyszedłeś po dziecko?

NIE. TO DZIECKO MA SWOJE PRZEZNACZENIE. PRZYBYŁEM PO CIEBIE.

– Aha…

Mag wstał, ostrożnie ułożył śpiące niemowlę na rzadkiej trawie i podniósł leżącą tam długą laskę. Wykonano ją z czarnego metalu, a siatka srebrnych i złotych rzeźbień nadawała jej wygląd bogaty, złowieszczy i niegustowny. Metalem tym był oktiron, immanentnie magiczny.

– To ja ją zrobiłem, wiesz? Wszyscy powtarzali, że nie można zrobić laski z metalu, że musi być z drewna. Ale mylili się. Włożyłem w nią sporo z siebie. Dam mu ją.

Z uczuciem przesunął dłońmi po lasce, a ta zabrzęczała cicho.

TO DOBRA LASKA, pochwalił Śmierć.

Ipslore podniósł ją przed sobą i zerknął na swego ósmego syna, który gaworzył coś przez sen.

– Chciała mieć córkę…

Śmierć wzruszył ramionami. Ipslore obrzucił go wzrokiem pełnym zdumienia i wściekłości.

– Wiesz, kim on jest?

ÓSMYM SYNEM ÓSMEGO SYNA ÓSMEGO SYNA, odparł Śmierć, niewiele wyjaśniając. Wiatr szarpał jego szatą i przetaczał po niebie czarne chmury.

– A czym go to czyni?

CZARODZICIELEM, JAK DOSKONALE WIESZ.

Jakby na zawołanie zahuczał grom.

– Jakie jest jego przeznaczenie? – zawołał Ipslore, przekrzykując narastającą wichurę.

Śmierć znowu wzruszył ramionami. Potrafił to robić.

CZARODZICIELE SAMI SOBIE KSZTAŁTUJĄ PRZEZNACZENIE. LEKKO TYLKO DOTYKAJĄ ZIEMI.

Ipslore wsparł się na lasce, bębniąc po niej palcami, zagubiony w labiryncie myśli. Uniósł lewą brew.

– Nie – szepnął. – Nie. Ja pokieruję jego przeznaczeniem.

ODRADZAM TAKIE KROKI.

– Nie przeszkadzaj! I słuchaj, kiedy mówię: przepędzili mnie swoimi księgami, swoimi rytuałami i swoją Sztuką! Nazywali siebie magami, a w całych swoich tłustych cielskach mieli mniej magii niż ja w małym palcu! Wypędzili! Mnie! Bo pokazałem, że jestem człowiekiem! A czym byliby ludzie bez miłości?

GINĄCYM GATUNKIEM, odparł Śmierć. MIMO TO…

– Słuchaj! Wygnali nas tutaj, na koniec świata, i to ją zabiło. Próbowali mi odebrać laskę! – Ipslore przekrzykiwał wycie wichury. – Ale została mi jeszcze odrobina mocy – oznajmił. – I powiadam, że syn mój uda się na Niewidoczny Uniwersytet i tam będzie nosił kapelusz nadrektora, a wszyscy magowie świata będą kłaniać się przed nim! Pokaże im, co tkwi w najgłębszych zakamarkach ich serc… Ich tchórzliwych, chciwych serc. Pokaże światu prawdziwe przeznaczenie i nie będzie magii potężniejszej niż jego!

NIE.

Śmierć wymówił to słowo dziwnie spokojnie, a jednak zabrzmiało głośniej niż ryk burzy. Ipslore na moment odzyskał zmysły. Niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

– Co? – zdziwił się.

POWIEDZIAŁEM: NIE. NIC NIE JEST OSTATECZNE. NIC NIE JEST ABSOLUTNE. OPRÓCZ MNIE, MA SIĘ ROZUMIEĆ. TAKIE IGRASZKI Z PRZEZNACZENIEM MOGĄ DOPROWADZIĆ DO ZAGŁADY ŚWIATA. MUSI POZOSTAĆ SZANSA, CHOĆBY NAJMNIEJSZA. PRAWNICY LOSU ŻĄDAJĄ FURTKI W KAŻDYM PROROCTWIE.

Ipslore wpatrywał się w nieprzejednane oblicze Śmierci.

– Muszę im dać szansę?

TAK.

Puk puk puk wybijały palce Ipslore’a na metalu laski.

– Więc dostaną tę swoją szansę – oświadczył. – Kiedy piekło zamarznie.

NIE. NIE JESTEM UPOWAŻNIONY, BY INFORMOWAĆ CIĘ, NAWET SWOIM MILCZENIEM, O BIEŻĄCYCH TEMPERATURACH NA TAMTYM ŚWIECIE.

– Zatem… – Ipslore zawahał się. – Dostaną swoją szansę, kiedy mój syn odrzuci swoją laskę.

ŻADEN MAG NIE ODRZUCI SWOJEJ LASKI, rzekł Śmierć. ZBYT SILNY JEST ZWIĄZEK.

– Ale musisz przyznać, że to możliwe.

Śmierć zastanowił się. „Musisz” nie było słowem, do słuchania którego był przyzwyczajony. Po chwili jednak uznał rację maga.

ZGODA.

– Czy to wystarczająco mała szansa?

DOSTATECZNIE MOLEKULARNA.

Ipslore uspokoił się nieco.

– Niczego nie żałuję – powiedział prawie normalnym głosem. – Zrobiłbym to jeszcze raz. Dzieci to nasza nadzieja na przyszłość.

NIE MA NADZIEI NA PRZYSZŁOŚĆ, oświadczył Śmierć.

– Więc co nas tam czeka?

JA.

– Ale poza tobą?

Śmierć spojrzał na niego ze zdziwieniem.

SŁUCHAM?

Sztorm nad nimi osiągnął szczyt. Jakaś mewa przeleciała obok nich, tyłem.

– Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.

Śmierć zastanowił się przez chwilę.

KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

– Przeklinam cię!

JAK WIELU PRZED TOBĄ, odparł Śmierć niewzruszenie.

– Ile czasu mi jeszcze zostało?

Z tajemnych zakamarków swej szaty Śmierć wyjął dużą klepsydrę. Dwie jej części umieszczone były w prętach czarnych i złotych, a prawie cały piasek przesypał się już do dolnej.

HM… JAKIEŚ DZIEWIĘĆ SEKUND.

Ipslore wyprostował się na swą wciąż robiącą wrażenie wysokość i wyciągnął do dziecka błyszczącą laskę. Podobna do różowego kraba rączka wysunęła się spod kocyka i chwyciła czarny metal.

– Niech zatem będę pierwszym i ostatnim magiem w historii tego świata, który przekazuje laskę swemu ósmemu synowi – oznajmił powoli, głuchym głosem. – I żądam od niego, by wykorzystał ją…

NA TWOIM MIEJSCU BYM SIĘ POSPIESZYŁ…

– …w pełni – mówił dalej Ipslore. – I stał się najpotężniejszym…

Błyskawica strzeliła z sykiem z samego serca chmury, trafiła Ipslore’a w czubek kapelusza, trzeszcząc spłynęła po ręku, zajaśniała na lasce i uderzyła dziecko.

Mag zniknął w smudze dymu. Laska rozjarzyła się zielenią, potem bielą, a w końcu zwykłym czerwonym żarem. Dziecko uśmiechnęło się przez sen.

Kiedy ucichł grom, Śmierć pochylił się i ostrożnie podniósł chłopca. Ten otworzył oczy.

Lśniły złociście, od wewnątrz. Po raz pierwszy w tym, co z braku lepszego określenia musimy nazwać życiem, Śmierć napotkał spojrzenie, które trudno mu było wytrzymać. Te oczy zdawały się ogniskować na punkcie położonym kilka cali w głębi jego czaszki.

Nie planowałem czegoś takiego, zabrzmiał z powietrza głos Ipslore’a. Czy coś mu się stało?

NIE. Śmierć oderwał wzrok od niewinnego, mądrego uśmiechu. PRZYJĄŁ W SIEBIE TĘ MOC. JEST CZARODZICIELEM: BEZ WĄTPIENIA PRZEŻYJE O WIELE GORSZE RZECZY. A TERAZ… TERAZ PÓJDZIESZ ZE MNĄ.

Nie.

TAK. ROZUMIESZ, JESTEŚ MARTWY. Śmierć rozejrzał się za chwiejnym cieniem Ipslore’a. Nie znalazł go. GDZIE JESTEŚ?

W lasce.

Śmierć oparł się na kosie i westchnął.

NIEMĄDRE. JAKŻE ŁATWO MÓGŁBYM CIĘ STAMTĄD WYRWAĆ.

Nie, chyba że zniszczysz laskę, odparł głos Ipslore’a. Śmierci wydało się, że brzmi w nim jakiś nowy, wyraźnie tryumfujący ton. Teraz, kiedy dziecko przyjęło laskę, nie możesz jej zniszczyć, nie niszcząc przy tym i jego. A tego zrobić ci nie wolno, gdyż wtedy zmieniłbyś przeznaczenie. To mój ostatni czar. Mam wrażenie, że dość sprytny.

Śmierć dźgnął laskę palcem. Zatrzeszczała i iskry popełzły obscenicznie wzdłuż niej.

To dziwne, ale właściwie się nie złościł. Gniew to emocja, a do emocji potrzeba gruczołów. Z gruczołami Śmierć właściwie wcale nie miał do czynienia i naprawdę musiał się namęczyć, żeby się porządnie rozgniewać.

Był za to lekko zirytowany.

Z drugiej strony zawsze ciekawie było popatrzeć na ludzkie wysiłki. A to przynajmniej okazało się bardziej oryginalne niż typowa symboliczna gra w szachy, której Śmierć bardzo się obawiał, ponieważ w żaden sposób nie mógł zapamiętać, jak porusza się koń.

ODSUWASZ TYLKO NIEUNIKNIONE, zauważył.

Na tym przecież polega życie.

A WŁAŚCIWIE CO PRÓBUJESZ PRZEZ TO OSIĄGNĄĆ?

Pozostanę u boku mego syna. Będę go uczył, choć bez jego wiedzy. Wskażę drogę jego zrozumieniu. A kiedy dorośnie, wskażę drogę i jemu.

POWIEDZ, JAK WSKAZYWAŁEŚ DROGĘ SWOIM POZOSTAŁYM SYNOM?

Przepędziłem ich. Ośmielili się ze mną spierać, nie chcieli słuchać, kiedy ich pouczałem. Ale ten zechce.

CZY TO ROZSĄDNE?

Laska umilkła. Obok niej chłopiec zaśmiał się cicho do głosu, który on jeden mógł słyszeć.

 

Nie istnieje metafora dla sposobu, w jaki Wielki A’Tuin, żółw świata, porusza się poprzez galaktyczną noc. Kiedy ktoś ma dziesięć tysięcy mil długości, skorupę poznaczoną kraterami meteorów i przyprószoną lodem komet, nie może być rozsądnie porównany do nikogo prócz siebie.

Zatem Wielki A’Tuin płynął z wolna przez międzygwiezdną pustkę niczym największy z istniejących żółwi, dźwigając na skorupie cztery ogromne słonie, które z kolei trzymały na grzbietach rozległy, błyszczący, otoczony migotliwą frędzlą wodospadu krąg świata Dysku, który istnieje albo ze względu na jakieś niemożliwe załamanie krzywej prawdopodobieństwa, albo dlatego, że bogowie lubią żarty nie mniej niż ludzie.

A nawet bardziej niż większość ludzi.

Nad brzegami Okrągłego Morza, w prastarym i rozległym mieście Ankh-Morpork, na aksamitnej poduszce, na wysokiej półce w Niewidocznym Uniwersytecie, spoczywał kapelusz.

Był to piękny kapelusz. Wspaniały kapelusz.

Był szpiczasty, naturalnie, z szerokim miękkim rondem; kiedy projektant zadbał już o te podstawowe elementy, na poważnie wziął się do roboty. Kapelusz zdobiły złote koronki, perły, wstęgi werminiowego futra i błyszczące ramtopowe kryształy1 , jak również potwornie niegustowne cekiny i – co wyraźnie zdradzało przeznaczenie nakrycia głowy – pierścień oktaryn.

Ponieważ w tej chwili nie znajdowały się w silnym polu magicznym, nie jaśniały zbytnio i przypominały dość poślednie diamenty.

Do Ankh-Morpork przybyła wiosna. Ten fakt nie rzucał się w oczy, jednak dla ludzi oświeconych pewne znaki były oczywiste. Na przykład ścieki na rzece Ankh, wielkim, szerokim i powolnym szlaku wodnym, służącym podwójnemu miastu za rezerwuar, kanał i często kostnicę, nabrały koloru szczególnie jaskrawej zieleni. Szalone dachy miasta rozkwitły materacami i poduszkami, gdy mieszkańcy pod bladym słońcem wietrzyli zimową pościel. W głębinach zatęchłych piwnic trzeszczały i drżały belki, gdy wyschłe soki odpowiadały na pradawny zew korzeni. Ptaki wiły gniazda w rynnach i pod okapami Niewidocznego Uniwersytetu. Dało się zauważyć, że mimo trudności ze znalezieniem miejsca, nigdy, ale to nigdy nie szukały mieszkania w zachęcająco otwartych paszczach gargulców stojących na krawędziach dachów, ku owych gargulców rozczarowaniu.

Coś w rodzaju wiosny trafiło nawet do samego Niewidocznego Uniwersytetu. Dziś przypadała wigilia Pomniejszych Bóstw i wybór nowego nadrektora.

Właściwie nawet nie wybór, ponieważ magowie nie mieli przekonania do tej niezbyt poważnej procedury głosowania. Zresztą doskonale wiadomo, że nadrektora wskazuje wola bogów, a w tym roku można było spokojnie założyć, że bogowie bez zbędnych wątpliwości zawyrokują, iż najlepszym kandydatem jest stary Virrid Wayzygoose, porządny chłop, od lat cierpliwie czekający na swoją kolej.

Nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu był oficjalnym przywódcą wszystkich magów na Dysku. Dawno temu oznaczało to, że jest najpotężniejszy i najsprawniejszy w czarodziejskich działaniach. Obecnie jednak, w spokojniejszych czasach, starsi magowie spoglądali na czary jako coś, co jest nieco poniżej ich godności. Preferowali administrację, o wiele bezpieczniejszą, a dającą niemal taką samą przyjemność, plus dodatkowo obfite kolacje.

I tak płynęło to senne popołudnie. Kapelusz leżał na swojej wyblakłej poduszce w komnatach Wayzygoose’a, zaś sam mag siedział w balii przed kominkiem i mydlił brodę. Inni magowie drzemali w pracowniach albo spacerowali niespiesznie po ogrodach, by wypracować sobie odpowiedni apetyt na wieczorny bankiet; mniej więcej dwanaście kroków uznawano zwykle za wystarczający wysiłek.

W Głównym Holu, pod rzeźbionymi lub malowanymi spojrzeniami wcześniejszych nadrektorów, służba ustawiała długie stoły i ławy. W wysoko sklepionym labiryncie kuchni… cóż, tu wyobraźnia nie potrzebuje chyba pomocy. Powinna przedstawić mnóstwo tłuszczu, gorąca i krzyków, beczki kawioru, pieczone na rożnach woły, sznury kiełbas rozwieszone od ściany do ściany jak papierowe łańcuchy, a także samego naczelnego kucharza, który w jednej z chłodni kończył model Uniwersytetu, z jakiegoś tajemniczego powodu wyrzeźbiony w całości z masła. Robił to na każdy bankiet: maślane łabędzie, maślane budynki, całą jełczejącą maślaną menażerię… Tak bardzo to lubił, że nikt nie miał serca, by kazać mu przestać.

W osobnym labiryncie piwnic podczaszy wędrował między beczkami, nalewał i kosztował.

Atmosfera wyczekiwania sięgnęła nawet kruków zamieszkujących Wieżę Sztuk, wysoką na osiemset stóp i będącą podobno najstarszą budowlą na świecie. Wśród jej pokruszonych kamieni, wysoko ponad dachami miasta, rosły miniaturowe lasy. W górze ewoluowały liczne gatunki żuków i drobnych ssaków, a że – ze względu na niepokojącą tendencję wieży do kołysania się w podmuchach wiatru – ludzie ostatnio rzadko się tu wspinali, kruki miały ją całą dla siebie. Teraz fruwały dookoła w stanie wyraźnego podniecenia, niczym komary przed burzą. Jeśli ktokolwiek na dole zamierzał zwrócić na to uwagę, postąpiłby ze wszech miar słusznie.

Coś strasznego zdarzy się tu wkrótce.

Odgadliście to chyba, prawda?

 

Nie wy jedni.

– Co w nie wstąpiło? – wrzasnął Rincewind, przekrzykując hałas.

Oprawny w skórę zbiór zaklęć wystrzelił z półki i szarpnięty łańcuchem zatrzymał się w powietrzu. Bibliotekarz uchylił się, skoczył, przekoziołkował i wylądował na egzemplarzu „Discouverie Demonologie de Maleficio”, wytrwale tłukącym o pulpit.

– Uuk – powiedział.

Rincewind podparł ramieniem rozdygotany regał i kolanem wcisnął na miejsce szeleszczące woluminy. Gwar panował straszliwy.

Księgi magiczne mają coś w rodzaju własnego życia. Niektóre nawet zbyt wiele; na przykład pierwsze wydanie „Necrotelicomiconu” trzeba trzymać między żelaznymi płytami, „Prawdziwa Sztuka Lewitacyi” spędziła ostatnie sto pięćdziesiąt lat między krokwiami dachu, a „Compendyum Magji Seksu Ge Fordge’a” tkwi w kadzi z lodem, w osobnym pomieszczeniu, zaś surowa reguła stwierdza, że dzieło to mogą czytać jedynie magowie po osiemdziesiątce, w miarę możliwości martwi.

Jednak nawet całkiem zwykłe grimoire’y i inkunabuły z większości półek były niespokojne i nerwowe, jak mieszkańcy kurnika słyszący, że coś paskudnego grzebie pod drzwiami. Spod ich zamkniętych okładek dobiegało przytłumione drapanie, jakby szponów.

– Co mówiłeś? – ryknął Rincewind.

– Uuk!2

– Właśnie!

Rincewind, jako honorowy młodszy bibliotekarz, opanował zaledwie podstawy indeksowania i przynoszenia bananów. Teraz nie mógł nie podziwiać zręczności, z jaką bibliotekarz przesuwał się wśród regałów, tu gładząc czarną dłonią drżącą okładkę, tam kilkoma małpimi mruknięciami pocieszenia uspokajając przerażony tezaurus. Po chwili Biblioteka zaczęła przycichać i Rincewind poczuł, że rozluźniają mu się mięśnie karku.

Spokój jednak pełen był napięcia. Tu i tam zaszeleściła stronica. Z dalszych półek dobiegł złowróżbny trzask grzbietu. Po niedawnej panice Biblioteka pozostała czujna i niespokojna, jak kot o długim ogonie w fabryce foteli na biegunach.

Bibliotekarz pomaszerował z powrotem. Miał twarz, którą mogłaby pokochać jedynie opona ciężarówki, w dodatku na zawsze zastygł na niej lekki uśmieszek. Ale po sposobie, w jaki orangutan wsunął się do swego kątka pod biurkiem i ukrył głowę pod dywanem, Rincewind poznał, że jest głęboko zatroskany.

Przyjrzyjmy się Rincewindowi, który rozgląda się po nerwowych półkach. Na Dysku istnieje osiem poziomów magii; po szesnastu latach studiów Rincewindowi nie udało się osiągnąć nawet pierwszego. Niektórzy z jego nauczycieli rozważali teorię, że nie osiągnął poziomu zero, na którym rodzi się większość zwykłych ludzi. Inaczej mówiąc, sugerowano, że kiedy Rincewind umrze, średnia zdolności okultystycznych rasy ludzkiej podniesie się odrobinę.

Jest wysoki i chudy, ma splątaną brodę, wyglądającą jak broda noszona przez człowieka, którego natura nie stworzyła na nosiciela brody. Ubrany jest w ciemnoczerwoną szatę, pamiętającą lepsze dni, może nawet lepsze dziesięciolecia. Jednak od razu można poznać, że jest magiem, ponieważ na głowie ma szpiczasty kapelusz z miękkim rondem. Na kapeluszu błyszczy słowo „Maggus” wyhaftowane wielkimi srebrnymi literami przez kogoś, kto w robótkach ręcznych jest jeszcze słabszy niż w ortografii. Na czubku tkwi gwiazda. Większość cekinów odpadła.

Wcisnąwszy mocno kapelusz, Rincewind przestąpił starożytne drzwi Biblioteki i wyszedł na złocisty blask popołudnia. Spokój i ciszę zakłócało tylko krakanie kruków wokół Wieży Sztuk.

Rincewind przyglądał im się przez chwilę. Uniwersyteckie kruki to twarde ptaszyska. Niełatwo wyprowadzić je z równowagi.

Chociaż z drugiej strony…

…niebo było jasnobłękitne, z odcieniem złota. Kilka strzępków puszystych chmur lśniło różowo w zachodzącym słońcu. Stare kasztany na dziedzińcu stały obsypane kwiatami. Przez otwarte okno słychać było, jak student magii gra na skrzypcach, dość fatalnie. Trudno byłoby nazwać tę scenerię złowieszczą.

Rincewind oparł się o rozgrzany słońcem mur. I wrzasnął.

Budynek dygotał. Rincewind czuł, jak wibracje przenoszą się na jego dłoń i biegną wzdłuż ramienia w dokładnie takiej częstotliwości, która sugeruje nieopanowane przerażenie. Same kamienie trzęsły się ze strachu.

Ze zgrozą spojrzał w dół, skąd dobiegały ciche skrobania. Ozdobna pokrywa kanału ściekowego odpadła na bok, a z otworu wystawił wąsiki jeden z uniwersyteckich szczurów. Obrzucił Rincewinda zdesperowanym spojrzeniem, wyskoczył na zewnątrz i ruszył biegiem, a za nim dziesiątki jego pobratymców. Niektóre nosiły ubrania, ale nie było w tym nic dziwnego: wysoki poziom tła magicznego na Uniwersytecie wyczyniał dziwne rzeczy z genami.

Rozglądając się, Rincewind dostrzegł inne strumienie szarych ciał, każdą rynną opuszczające budynek i płynące ku zewnętrznym murom. Bluszcz przy jego uchu zaszeleścił nagle i kolejna grupa szczurów wykonała serię brawurowych przeskoków na jego ramiona, by zsunąć się po szacie w dół. Poza tym nie zwracały na niego uwagi, ale akurat w tym nie było nic dziwnego. Większość istot ignorowała Rincewinda.

Odwrócił się i pognał na Uniwersytet; szata powiewała mu wokół kolan. Zatrzymał się dopiero przed gabinetem kwestora. Uderzył pięściami o drzwi, które uchyliły się ze zgrzytem.

– Tak? Ach, to… hm… Rincewind, prawda? – zapytał kwestor bez szczególnego entuzjazmu. – O co chodzi?

– Toniemy!

Kwestor przyglądał mu się przez chwilę. Nazywał się Spelter. Wysoki i chudy, wyglądał, jakby w swoich poprzednich wcieleniach był koniem i z trudem uniknął tego w obecnym. Zawsze sprawiał na ludziach wrażenie, jakby patrzył na nich zębami.

– Toniemy?

– Tak. Wszystkie szczury uciekają!

Kwestor rzucił mu kolejne spojrzenie.

– Wejdź, Rincewindzie – rzekł w końcu uprzejmie.

Rincewind wkroczył do niskiego, mrocznego pomieszczenia i wraz z gospodarzem podszedł do okna. Spoglądało ponad ogrodami ku rzece, przelewającej się spokojnie do morza.

– Czyżbyś… hmm… ostatnio nieco przesadził?

– Z czym przesadził? – spytał zawstydzony Rincewind.

– Widzisz, to jest budynek – wyjaśnił kwestor. Jak większość magów, stanąwszy wobec zagadki zaczął skręcać sobie papierosa. – Nie statek. Istnieją dość wyraźne różnice. Nieobecność delfinów igrających przed dziobem, brak zęzy… takie tam. Możliwość pójścia na dno jest znikoma. W przeciwnym razie musielibyśmy… hmm… posłać ludzi do pomp i wiosłować ku brzegowi. Prawda?

– Ale szczury…

– Pewnie statek z ziarnem wpłynął do portu. Albo odprawiają, hm, jakiś wiosenny rytuał.

– Jestem pewien, że wyczułem drżenie ścian – oznajmił Rincewind odrobinę niepewnie. Tutaj, w cichym gabinecie, przy ogniu trzaskającym na kominku, tamto nie wydawało się już tak realne.

– Przypadkowy wstrząs. Czkawka Wielkiego A’Tuina, hm, być może. Wziąć się w garść, hm, oto, co bym ci radził. Nie piłeś dzisiaj?

– Nie!

– Hm. A masz ochotę?

Spelter poczłapał do dębowej szafki, wyjął dwa kieliszki i napełnił je wodą z dzbanka.

– O tej porze dnia najlepiej wychodzi mi sherry – oznajmił, wyciągając ręce nad kieliszkami. – Powiedz tylko, słodkie czy wytrawne?

– Raczej nie – odmówił Rincewind. – Chyba ma pan rację. Pójdę trochę odpocząć.

– Dobry pomysł.

Rincewind powędrował chłodnymi korytarzami. Od czasu do czasu dotykał ściany i nasłuchiwał, po czym kręcił głową.

Kiedy przechodził przez dziedziniec, zauważył stado myszy wysypujących się z balkonu i pędzących w stronę rzeki. Grunt, po którym biegły, także zdawał się poruszać. Gdy Rincewind przyjrzał się dokładniej, odkrył, że ziemię pokrywa warstwa mrówek.

Nie były to zwykłe mrówki. Całe wieki wsiąkających w mury magicznych wycieków przekształciły je w niezwykły sposób. Niektóre ciągnęły maleńkie wózki, inne jechały wierzchem na żukach. Wszystkie jednak starały się jak najszybciej opuścić uniwersyteckie tereny. Trawa na klombach falowała, gdy przechodziły.

Rincewind podniósł głowę i zobaczył stary pasiasty materac, wysuwający się z okna na piętrze i opadający na kamienie bruku. Po krótkiej chwili, zapewne dla złapania tchu, uniósł się lekko nad ziemią. A potem popłynął przez trawnik, zbliżając się do maga, który w ostatniej chwili zdążył odskoczyć na bok. Nim materac ruszył dalej, Rincewind usłyszał piskliwe głosiki i pod wypchaną tkaniną dostrzegł tysiące zdeterminowanych nóżek. Nawet pluskwy się wyprowadzały, a na wypadek, gdyby nie mogły znaleźć wygodnego mieszkania, wolały nie ryzykować i zabierały ze sobą stare. Jedna z nich pomachała mu i pisnęła coś na pożegnanie.

Rincewind cofał się wolno, aż coś dotknęło jego nóg i zmroziło go lękiem. Okazało się, że to kamienna ława. Przyjrzał się jej uważnie, ale chyba nie spieszyła się do ucieczki. Usiadł więc z wdzięcznością.

Wszystko to ma zapewne jakieś naturalne wytłumaczenie, pomyślał. Albo całkiem zwykłe nienaturalne.

Jakiś zgrzyt zwrócił jego uwagę.

To, co zobaczył, nie miało naturalnego wytłumaczenia. Z niewyobrażalną powolnością, zsuwając się po parapetach i rynnach, w całkowitej ciszy – jeśli nie liczyć rzadkich zgrzytnięć kamienia o kamień – gargulce opuszczały dachy.

Szkoda, że Rincewind nigdy nie oglądał marnej jakości filmu, ponieważ wtedy wiedziałby, jak opisać to, co widzi. Stwory właściwie nie poruszały się, ale przemieszczały ciągami zmienianych w szybkim tempie nieruchomych klatek. Wyminęły go w pochodzie sterczących dziobów, grzyw, skrzydeł, szponów i gołębich odchodów.

– Co się dzieje? – wykrztusił.

Stwór z pyskiem goblina, tułowiem harpii i kurzymi łapami serią drobnych szarpnięć odwrócił głowę i przemówił głosem przywodzącym na myśl perystaltykę góry. Co prawda efekt głębokiego, dźwięcznego rezonansu nie był szczególnie udany, ponieważ – oczywiście – gargulec nie mógł zamknąć paszczy.

– Ałoziciel achozi! – powiedział. – Uekaj!

– Słucham? – nie zrozumiał Rincewind. Ale stwór był już daleko i sunął niezgrabnie po starym uniwersyteckim trawniku3.

Rincewind siedział zatem nieruchomo i przez pełne dziesięć sekund wpatrywał się tępo w nic szczególnego, nim wreszcie krzyknął cicho i pognał jak najszybciej potrafił.

Nie zatrzymywał się, póki nie dotarł do swojego pokoju w budynku Biblioteki. Nie był to jakiś specjalny pokój i zwykle używano go do przechowywania starych mebli… ale dla Rincewinda był domem.

Pod jedną z ciemnych ścian stała szafa. Nie jedna z tych nowomodnych szaf, nadających się tylko do tego, by wskakiwał do niej gach, kiedy mąż wcześniej wróci do domu. Nie; była to stara dębowa szafa, czarna jak noc. W jej zakurzonych otchłaniach czaiły się i mnożyły wieszaki. Podłogą władały stada wytartych butów. Całkiem możliwe, że była tajemnym przejściem do jakichś baśniowych światów, jednak nikt nigdy nie próbował tego sprawdzić, a to z powodu nieprzyjemnego zapachu naftaliny.

Na szafie, owinięty w kawałki pożółkłego papieru i stare szmaty, stał duży kufer z mosiężnymi okuciami. Nosił miano Bagażu. Dlaczego zgodził się stać własnością Rincewinda, było tajemnicą, którą znał jedynie Bagaż i nie zdradzał jej nikomu. Prawdopodobnie żaden inny sprzęt podróżny nie mógł się pochwalić tak bogatą historią mrocznych sekretów i groźnych urazów fizycznych. Bagaż można opisać jako skrzyżowanie walizki z maniakalnym mordercą. Miał wiele niezwykłych cech, które już wkrótce mogą, ale nie muszą się ujawnić. Jednak w tej chwili tylko jedno odróżniało go od zwykłego kufra z mosiężnymi okuciami: chrapał, co brzmiało tak, jakby ktoś bardzo powoli ciął piłą drewnianą belkę.

Bagaż był może magiczny. Może straszny. Ale w głębi tajemniczej duszy był spokrewniony z każdym innym elementem bagażu w całym multiversum i lubił spędzać zimy hibernując na jakiejś szafie.

Rincewind postukał go miotłą i chrapanie ucichło, wypełnił kieszenie różnymi drobiazgami wyjmując je z pełniącej funkcje stolika skrzynki po bananach, po czym ruszył do drzwi. Nie mógł nie zauważyć, że zniknął jego materac, jednak nie miało to znaczenia, gdyż był przekonany, że już nigdy, ale to nigdy nie będzie spał na materacu.

Bagaż z głośnym stukiem wylądował na podłodze. Po kilku sekundach z najwyższą ostrożnością uniósł się na setkach różowych nóżek. Zakołysał się w przód i w tył, naciągając każdą z nich po kolei, potem uchylił wieko i ziewnął.

– Idziesz czy nie?

Wieko zatrzasnęło się z hukiem. Bagaż przesuwał nogi w skomplikowanym układzie, póki nie stanął przodem do drzwi. I podążył za swoim panem.

W Bibliotece wciąż panowało napięcie; od czasu do czasu zabrzęczał łańcuch4 czy zaszeleściła stronica. Rincewind sięgnął pod biurko i chwycił bibliotekarza, wciąż skulonego pod kocem.

– Powiedziałem: chodź!

– Uuk.

– Postawię ci coś do picia – obiecał zrozpaczony Rincewind.

Bibliotekarz wyprostował się niczym czworonogi pająk.

– Uuk?

Rincewind niemal siłą wyciągnął małpę z kryjówki i za drzwi. Nie kierował się w stronę głównej bramy, ale do niczym się nie wyróżniającego fragmentu muru, gdzie kilka obluzowanych kamieni od dwóch tysięcy lat gwarantowało studentom dyskretną drogę wyjścia po zgaszeniu świateł. Nagle zatrzymał się tak gwałtownie, że bibliotekarz wpadł na niego, a Bagaż na nich obu.

– Uuk!

– O bogowie! Popatrz tylko!

– Uuk?

Lśniąca czarna fala wypływała zza kraty w pobliżu kuchni. Wczesne wieczorne gwiazdy odbijały się w milionach czarnych pancerzyków.

Lecz to nie widok karaluchów tak zaniepokoił Rincewinda. Rzecz w tym, że maszerowały równym krokiem, po sto w szeregu. Oczywiście, jak wszyscy nieoficjalni mieszkańcy Uniwersytetu, karaluchy także były odrobinę niezwykłe, jednak dźwięk miliardów nóżek, w równym rytmie uderzających o kamienie, budził zdecydowanie nieprzyjemne skojarzenia.

Rincewind przestąpił ostrożnie nad marszową kolumną. Bibliotekarz ją przeskoczył.

Bagaż naturalnie ruszył za nimi z dźwiękiem jakby ktoś stepował na worku chrupek.

I tak, zmuszając Bagaż do wyjścia okrężną drogą, przez bramę, ponieważ w przeciwnym razie wybiłby tylko dziurę w murze, Rincewind opuścił Uniwersytet ze wszystkimi insektami i przerażonymi gryzoniami. Uznał, że jeśli kilka piw nie pozwoli mu zobaczyć sytuacji w innym świetle, to prawdopodobnie dokona tego kilka następnych. W każdym razie warto spróbować.

Właśnie dlatego nie zjawił się w Głównym Holu na bankiecie. Jak się okazało, był to najważniejszy opuszczony bankiet jego życia.

 

Kawałek dalej coś zadźwięczało cicho nad uniwersyteckim murem: to kotwiczka zaczepiła o kolce na szczycie. Po chwili szczupła, czarno odziana postać zeskoczyła lekko po wewnętrznej stronie i bezgłośnie pobiegła do Głównego Holu, gdzie rozpłynęła się w cieniach.

Zresztą i tak nikt by jej nie zauważył. Do bramy po drugiej stronie miasteczka akademickiego zbliżał się Czarodziciel. Gdzie jego stopy dotknęły bruku, tam strzelały w górę niebieskie iskry, a krople wieczornej rosy zmieniały się w parę.

 

Było gorąco. Wielki kominek na obrotowym krańcu sali praktycznie ział żarem. Magowie łatwo marzną, więc podmuch gorąca z trzaskających polan roztapiał świece na dwadzieścia stóp od paleniska, a politura na drewnianych stołach pokrywała się bąblami. Powietrze było błękitne od kłębów tytoniowego dymu, układających się w dziwne kształty wywoływane przypadkowymi podmuchami magii. Na głównym stole cała pieczona świnia wydawała się nieco zirytowana faktem, że ktoś ją zabił nie czekając, aż skończy jeść jabłko. Maślany model Uniwersytetu powoli zmieniał się w kałużę tłuszczu.

Piwa nie brakowało. Tu i tam zaczerwienieni magowie wesoło intonowali stare pijackie pieśni, wymagające częstego klepania się po kolanach i okrzyków „Ha!” Jedynym usprawiedliwieniem takiego zachowania jest fakt, że magowie utrzymują celibat, więc szukają rozrywek wszędzie, gdzie to możliwe.

Kolejnym powodem tej ogólnie przyjacielskiej atmosfery było to, że nikt nie próbował zabić nikogo innego. W kręgach magicznych jest to okoliczność raczej niezwykła.

Wyższe poziomy magii to niebezpieczne miejsce. Każdy z magów usiłuje pozbyć się tych, którzy stoją nad nim, a równocześnie depcze po palcach tym z dołu; powiedzieć, że magowie mają w swej naturze zdrowe współzawodnictwo, to jakby powiedzieć, że piranie są z natury nieco łakome. Jednakże od dni, gdy Wojny Magów uczyniły niemieszkalnymi wielkie obszary Dysku5, magowie mają zakaz rozstrzygania sporów środkami czarodziejskimi. Przede wszystkim dlatego, że sprawia to liczne problemy okolicznej ludności, a poza tym trudno ocenić, która z dymiących kałuży mazi jest zwycięzcą. Tradycyjnie więc korzystają ze sztyletów, subtelnych trucizn, skorpionów w butach i zabawnych pułapek wykorzystujących ostre jak brzytwa wahadła.

Jednak w wigilię Pomniejszych Bóstw zabicie brata-maga uznawano powszechnie za przejaw wyjątkowo złych manier. Dlatego też magowie pozwalali sobie na odwrócenie się do przyjaciół plecami bez obawy, że nagle poczują w nich nóż.

Fotel nadrektora stał pusty. Wayzygoose jadł samotnie w swym gabinecie, jak przystoi człowiekowi wskazanemu przez bogów po poważnej naradzie z rozsądnymi starszymi magami, która odbyła się wcześniej. Mimo swych osiemdziesięciu lat był nieco zdenerwowany i prawie nie tknął drugiego kurczęcia.

Za kilka minut będzie musiał wygłosić mowę. W latach młodości Wayzygoose szukał wiedzy w niebezpiecznych miejscach, siłował się z demonami w płomiennych oktagramach, spoglądał w wymiary, które nie były ludziom przeznaczone, a nawet zwyciężył komitet dotacji badawczych Niewidocznego Uniwersytetu; jednak nic w ośmiu kręgach nicości nie było tak straszne, jak kilkaset twarzy, spoglądających na niego z wyczekiwaniem poprzez chmury tytoniowego dymu.

Wkrótce przyjdą po niego heroldowie. Westchnął, odsunął talerz z deserem, którego nawet nie skosztował, przeszedł przez pokój, stanął przed wielkim lustrem i sięgnął do kieszeni po notatki.

Po chwili zdołał ułożyć je w mniej więcej właściwej kolejności i odchrząknął.

– Bracia moi w Sztuce – zaczął. – Nie zdołam was przekonać, jak bardzo… eee, jak bardzo… wspaniałe tradycje naszego starożytnego uniwersytetu… ehem… kiedy spoglądam wokół siebie i patrzę na podobizny nadrektorów, którzy odeszli… – Urwał, przeszukał notatki i zaczął znowu, trochę pewniejszym głosem. – Kiedy stoję tak dzisiaj między wami, przychodzi mi na myśl historia o trójnogim handlarzu i… ee… córkach kupca. Jak się zdaje, ów kupiec…

Ktoś zastukał do drzwi.

– Wejść – burknął Wayzygoose i raz jeszcze zajrzał do notatek. – Ten kupiec… Tak, ten kupiec miał trzy córki… Tak to chyba było. Tak, trzy. A potem…

Spojrzał w zwierciadło i odwrócił się.

– Kim je… – zaczął.

I przekonał się, że jednak istnieją rzeczy gorsze niż wygłaszanie przemówień.

 

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Szczególny rodzaj kryształów górskich, występujących w Ramtopach. Jeśli chodzi o błyszczące obiekty, magowie charakteryzują się gustem i opanowaniem obłąkanej sroki.

2 Jak już sugerowano, Biblioteka nie jest miejscem pracy dla zwykłego specjalisty od stempli i Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej. Jakiś czas temu magiczny wypadek zmienił bibliotekarza w orangutana. Od tamtej pory opierał się wszelkim próbom przemiany powrotnej. Polubił wygodne, długie ramiona, chwytne stopy i prawo publicznego czochrania się. Najbardziej jednak podobało mu się, że wszystkie wielkie problemy egzystencji ustąpiły nagle przed zainteresowaniem, z której strony nadejdzie kolejny banan. Oczywiście, zdawał sobie sprawę ze szlachetności i tragizmu stanu człowieczego. Po prostu – jeśli chodzi o jego opinię – ludzie mogli się nimi wypchać.

3 Bruzda pozostawiona przez uciekające gargulce sprawiła, że główny ogrodnik Uniwersytetu przegryzł swoje grabie i wypowiedział słynne zdanie: „Jak można stworzyć taki trawnik? Podlewa się go i przycina przez pięćset lat, a potem przechodzi po nim banda łobuzów”.

4 W większości starych bibliotek książki są przymocowane na łańcuchach do półek, żeby uchronić je przed zniszczeniem przez ludzi. W Bibliotece Niewidocznego Uniwersytetu, naturalnie, chodziło o coś odwrotnego.

5 Przynajmniej dla ludzi, którzy lubili budzić się w tym samym kształcie, czy wręcz należąc do tego samego gatunku, co gdy szli do łóżka.