Cyrk polski - Dawid Krawczyk - ebook
BESTSELLER

Cyrk polski ebook

Dawid Krawczyk

4,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Od Stalowej Woli po Słupsk: Dawid Krawczyk podąża śladem trzech kampanii wyborczych, by odkryć, jak wygląda prawdziwa rozpolitykowana Polska. Zjada kilogramy grillowanej kiełbasy, zapija je słodkimi napojami sokopodobnymi, jednym uchem słucha polityków, a drugim chwyta, co mówią ludzie w kolejkach do grilla, na wiejskich dożynkach, w eleganckich salach konferencyjnych. Obserwuje też tych, których omijają światła reflektorów, a bez których nie byłoby kampanii – sztabowców, szefów biur prasowych, ochroniarzy. Rozmawia z dziennikarzami.

Jednak sielska atmosfera festynu skrywa głęboki mrok. Aby wygrać wybory, trzeba wskazać wroga, trzeba kogoś napiętnować i kogoś upodlić. Cynizm polityków trafia na podatny grunt powszechnych uprzedzeń. To historia, która dzieje się na naszych oczach.

„Jeżeli książką o najbardziej absurdalnym poczuciu humoru od lat jest reportaż polityczny, to prawdopodobnie jej akcja rozgrywa się w Polsce.” Malcolm XD

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (169 ocen)
64
56
37
10
2
Sortuj według:
Tuliaszn

Całkiem niezła

Ale głupi ci polacy! Trwają kampanie, autor jeździ po wsiach i miastach. My patrzymy i staramy się poczuć zapach kiełbasy wyborczej, ponoć bardzo dobra, nie tryska wodą! Trochę się podśmiejemy, czasem z krawatowców innym razem z wójtów na dożynkach, pokiwamy z pobłażaniem głową, przygładzimy wąsa i odłożymy książkę na półkę. Czyta się przyjemnie ale czy wnosi coś nowego?
00

Popularność




W serii ukazały się ostatnio:

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miłarobótka.Polskieświerszczyki, harlekinyi pornoz satelity

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

W serii ukażą się m.in.:

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Peter Hessler Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Copyright © by Dawid Krawczyk, 2021

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Ewa Charitonow

Korekta Sabina Szczerbuk, Ewa Saska

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-190-0

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Wołowiec 2021

Wydanie I

Polska jest gdzie indziej

W sobotni wieczór siedziba TVP przy Woronicza wygląda na opuszczoną. Szklana kosmiczna konstrukcja głównego budynku oświetlona, ruchome drzwi działają, ale w środku nie widać żywego ducha. Dopiero po chwili zza szerokiej recepcji wychyla się ochroniarz i przywołuje mnie ospałym ruchem dłoni. Nie pyta o nic, tylko wymownie unosi brwi i rozkłada ręce.

– Dobry wieczór, przyszedłem na nagranie programu Studio Polska, na widownię – tłumaczę się.

– To nie tu. – Rozsiada się w fotelu. – Budynek F. Wyjdzie pan, pójdzie za nasz budynek w prawo, przez parking, i będzie.

Jest. Od frontu kilku mężczyzn na papierosku. Rozświetlają ciemny parking płomieniem zapalniczki.

– Tak, Studio Polska to tutaj. Trzeba wejść, wypełnić formularz i poczekać.

W środku mam wrażenie, że znalazłem się nieproszony na czyjejś domówce. Wszyscy dobrze się znają. Jedni żartują sobie w grupkach, drudzy siedzą po kątach i coś szepcą.

– Siema!

Ktoś macha mi ręką przed twarzą.

– A nie widziałam cię tu jeszcze – mówi kobieta, trochę dziwnie pobudzona, ale nastawiona zdecydowanie przyjaźnie. – Ja tu sobie dzisiaj przyszłam towarzysko, bo ci powiem, że mam, kurwa, bana na wejście do studia już. Przypał jestem. Dwadzieścia trzy. Dwaaa-dziejścia-czy – powtarza bełkotliwie, bezwiednie zdradzając, że sobotnią zabawę zaczęła trochę wcześniej. – Dwadzieścia trzy razy byłam na widowni, ale robię za dużo dymu, to mnie już nie wpuszczają. Chuj z tym, mogę sobie teraz przynajmniej piwko dziabnąć! – śmieje się serdecznie.

O nic nie muszę prosić. Sama oferuje, że opowie mi, co się tutaj dzieje.

– Tam przy szatni siedzą opłaceni. Sześćdziesiąt zeta dostają za to, że przyjdą. Statyści. Z nikim nie gadają, nic ich nie obchodzi, tylko kasa. Tutaj są pokrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. Komendant panią oszukał i ją z mieszkania wykwaterował czy coś. Ubezpieczalnia nie chciała wypłacić odszkodowania. Byli w sądzie, nic nie dostali. Stracone sprawy. Tutaj młodzież od Korwina, tam komuniści i my, dobra zmiana. – Uderza się w pierś.

– Po kolei, spokojnie. Wszyscy muszą przejść przez bramkę do wykrywania metali. – Pół godziny przed startem zmęczeni ochroniarze przepuszczają nas jedno za drugim. – Nogi i ręce szeroko. Opróżnić kieszenie. Zapraszam do studia.

– No to siema! – żegna się Pani Przypał, którą ochroniarze odprowadzają do wyjścia.

Studio ustawione à la nieduży amfiteatr. Pośrodku scena, na której wystąpią prowadzący. Pierwszy rząd zarezerwowany dla gości: polityków, publicystów, zawodowych krzykaczy, góra dla publiczności. Siadam z brzegu, a zaraz obok mnie łysy grubawy facet. Ściska w dłoni plastikową teczkę na dokumenty. Dla bezpieczeństwa kładzie ją z dala ode mnie. Mości się chwilę, poprawia zmechacony sweterek, dociska krawat. Przystrzyżony wąs bierze między palec wskazujący i kciuk, rozciąga, wyrównuje. Patrzy na mnie z góry.

– A ty za kim jesteś? – pyta.

Wiem dobrze, że odpowiedź na to pytanie może być poprawna lub niepoprawna. Tak jak Legia czy Polonia, Wisła czy Cracovia, PiS czy anty-PiS. Ale i tak próbuję się wymigać:

– Nie, ja to tak poobserwować przyszedłem. Widziałem w internecie, że zapraszają do udziału w programie.

Nie przestaje patrzeć podejrzliwie. Marszczy brew, myśli, czy już chce dać mi spokój, czy jeszcze nie. Niestety.

– No czy za tym LGBT, czy przeciw? Bo ja sobie, na przykład, tego nie życzę. Wiesz, jak to działa? Teraz lekcje w szkołach, a jutro ja czy ty będziemy musieli przy ścianie chodzić, żeby nas nie… – Zamiast poszukać słowa, podskakuje dwa razy na siedzisku w kopulacyjnym ruchu.

– Aha, to nie wiedziałem – odpowiadam szczerze.

Na szczęście kłopotliwą wymianę zdań przerywają nam prowadzący, którzy wchodzą do studia. Magdalena Ogórek staje pośrodku, za chwilę dołącza do niej Jacek Łęski.

– No, jak się nam Ogóreczek dzisiaj wystroiła! Aż miło popatrzeć! – Mój tymczasowy sąsiad lustruje ją z góry na dół.

Podobają mu się zwłaszcza cieliste szpilki. Tak się rozochocił, że spocone dłonie musi wytrzeć o spodnie.

Przegląd tematów dzisiejszego show: Jarosław Kaczyński broni na spotkaniu wyborczym wolności w internecie. Geje obrażają papieża, bo 2 kwietnia, w rocznicę śmierci świętego Jana Pawła II, organizują spotkanie na temat: „Jeden partner przez całe życie czy co tydzień jeden?”. W Warszawie na posiedzenie rady miasta przychodzą rodzice, którzy uważają, że Światowa Organizacja Zdrowia zmusza ich dzieci do masturbacji; czoła stawia im ekipa wyposażona w tęczowe flagi i Mateusza Kijowskiego. Posłanka PiS-u zapowiada „strefy wolne od LGBT”. Trzaskowski oskarżony o jakieś lewe reklamy na autobusach w trakcie kampanii samorządowej. I wisienka na torcie: film z chłopakami jeżdżącymi na hulajnogach po pomniku smoleńskim.

– Myślę, że to kolejny dowód na to, że kampania do Parlamentu Europejskiego będzie wyraźnym starciem dwóch systemów wartości. Od nas zależy, który zwycięży – mówi Ogórek.

Za chwilę zaczyna się zabawa. Gość obok mnie klaszcze tym żywiej, im większy jest harmider. Za każdym razem kiedy pada słowo „gej”, podnosi się i krzyczy: „Pedał! Nie gej, he, he!”. Kilka siedzisk dalej wychudzony mężczyzna w za dużej marynarce podnosi obrazki ze świętymi i macha, polując na uwagę operatorów.

Ludzie, których Pani Przypał określiła jako pokrzywdzonych przez wymiar sprawiedliwości, siedzą zaraz pode mną. Szykują się do jakiejś akcji. Kiedy dyskusja tonie w powtarzanych jak mantra: „Ja panu nie przerywałem”, „Nie przerywaj” i „Zamknij ryj”, głos wreszcie dostaje publiczność.

– Mój partner były to po prostu jest gej. Ma większe prawa do mojego dziecka, mimo że jest karany prawomocnym wyrokiem. Dziecko ma chorobę sierocą i jest więzione – mówi ze łzami w oczach kobieta z burzą czarnych loków.

Kiedy kończy, na scenę wjeżdża starsza pani na wózku inwalidzkim.

– Trzy i pół roku temu oficer wojewódzkiej komendy policji w Łodzi włamał się dwukrotnie do mojego wiatogarażu. Wywiózł mój samochód. Policja była, ale nie zrobiła nic, bo to ich kolega. Po dwóch godzinach wróciłam tam o dwóch kulach łokciowych…

– Ta sprawa była już omawiana. Teraz chcemy zamknąć naszą rozmowę o pomnikach – wkracza Ogórek.

Babka na wózku się nie daje. Prowadząca robi kilka kroków w bok, ale kobieta od wiatogarażu łapie za uchwyty przy kołach i wjeżdża w nią ze złością.

Przez cały program prezenterzy mielą temat gejów i lesbijek, którzy do spółki z prezydentem Trzaskowskim chcą deprawować dzieci.

– Koniec już z tymi gejami! Nikt nie chce o tym słuchać! – krzyczy w końcu wkurwiony facet spośród publiczności, zrywając się na równe nogi.

Dostaje brawa, ale to wszystko.

Ekipa pokrzywdzonych przez wymiar sprawiedliwości po raz ostatni próbuje przejąć program.

– Zrobili ze mnie inwalidkę! – woła kobieta na wózku.

– Proszę pani, nie udzieliłam pani głosu. Muszę krzyczeć, chociaż prosiłam, żebym nie musiała tego robić. Szanowna pani, otrzymała pani głos w naszym programie co najmniej sześć razy na przestrzeni historii Studia Polska! – wrzeszczy Ogórek.

Harmider wykorzystuje lider pokrzywdzonych i zaczyna przemawiać.

– Przygotowałem testament, bo straszy się mnie dzisiaj, że albo zostanę powieszony, albo mnie zabiją w wypadku. Ale ja się nie boję. Mam w dupie swoje życie! Mnie interesuje tylko byt mojego narodu! Proszę mnie zabić! – drze się na całe gardło pan Jerzy.

Jestem na tyle blisko, że widzę gotujące się na jego czerwonym czole krople potu.

*   *   *

Po raz pierwszy obejrzałem Studio Polska w marcu 2018 roku.

Późnym wieczorem mały telewizorek ustawiony na taborecie nie odbierał dobrze żadnego kanału. Na TVP Info śnieżyło akurat najmniej. Leżałem na rozklekotanym łóżku w nieotynkowanym budynku przy drodze do Białegostoku i przeżywałem swoją reporterską porażkę.

Przez cały dzień jeździłem od domu do domu, od plebanii do plebanii, zaglądałem do sklepów spożywczych i wystawałem na przystankach pekaesu w okolicach Kulesz Kościelnych, Starych Wnor, Sokół i Kobylina-Borzym. Pola po horyzont, kościoły z pomnikami księdza Popiełuszki i drewniane chałupy.

Kiedy PiS dochodził do władzy w 2015 roku, wygrywając najpierw wybory prezydenckie, a później zdobywając większość w parlamencie, to właśnie w podlaskich gminach mógł liczyć na rekordowe poparcie. Dziewięciu na dziesięciu mieszkańców głosowało tutaj na partię Jarosława Kaczyńskiego.

Przyjechałem, bo chciałem się dowiedzieć, jak oceniają rządy dobrej zmiany i czy są zadowoleni ze swojego wyboru. Zmęczony już byłem publicystyką zalewającą gazety i portale. Im bardziej autorzy przekonywali, że oto odkrywają prawdziwą polityczną duszę Polek i Polaków, tym bardziej działało mi to na nerwy. Wyłącznie spekulacje, fantazje, wyobrażenia, wszystko pisane przy biurku. Trochę bezczelnie, a trochę naiwnie wierzyłem, że oto ja, reporter, udam się do matecznika partii władzy, zapytam: „Dlaczego PiS?”, i obwieszczę światu odpowiedź. Okazało się to dużo trudniejsze, niż się spodziewałem.

– Byli już tutaj z Polsatu. Starczy.

– Jak pan ciągle nie wiesz, dlaczego ludzie głosują na PiS, to nie mamy o czym gadać.

– Od kogo jesteś?

– Z Warszawy? To nie.

– Dla kogo to?

– O nie, z lewicowymi mediami nie gadam!

– A poszedł mi stąd!

Pod koniec dnia na dyktafonie miałem sporą kolekcję takich kilkosekundowych wypowiedzi. Do rozmowy nie udało mi się namówić nikogo.

Odpuściłem po zmierzchu, wsiadłem w furę. W głośnikach na drzwiach zagrał radiowy dżingiel – dziennikarz niskim głosem zapraszał właśnie jakieś mądre głowy do dyskusji o polaryzacji mediów, bańkach informacyjnych i o tym, że „nie potrafimy ze sobą rozmawiać”. Po całym dniu odbijania się od drzwi byłem przekonany, że akurat o polaryzacji wiem trochę więcej niż publicyści powołujący się na taksówkarskie mądrości.

Resztki energii spożytkowałem na walnięcie w guzik, który wyłączył to smętne pitolenie.

Samochód wypełniły ledwie słyszalne pomruki silnika, mrok na dobre rozlał się po podlaskich polach. Idealna sceneria, żeby zanurzyć się w poczuciu porażki, której właśnie doświadczałem. Cała robota psu w dupę. Zero materiału. Żeby od rana do wieczora nie namówić nikogo nawet na chwilę dłuższej rozmowy? Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło.

Kiedy pytali skąd i od kogo, odpowiadałem szczerze. Nie będę kłamać. Bo po pierwsze nieszczególnie potrafię, a po drugie mają prawo wiedzieć, z kim rozmawiają. Pracowałem wtedy na etacie w Krytyce Politycznej i zaczynałem współpracę z warszawską „Wyborczą”.

Walę się na wyro w pokoju wynajętym za trzy dychy – telewizor na taborecie i prysznic z plastikową zasłonką. Ciepła woda ma być dopiero z rana, zasięgu sieci brak, więc jedyna dostępna rozrywka to telewizja.

Wciskam guzik na pilocie obleczonym foliowym kondomem, wskakuje TVP Info. Do odbiornika najpierw dociera obraz. Nie słychać dźwięku, ale już widzę na ekranie, że jest grubo. Zbliżenia na twarze targane emocjami, jak na barokowych malowidłach. Machanie łapami, szydercze śmiechy, wzajemne wygrażanie palcami. Nad skaczącymi sobie do gardeł ludźmi próbuje zapanować Magdalena Ogórek, rzucając srogie spojrzenia usadzonym wokół sceny.

W końcu głośniczki powstają z martwych i wydają z siebie chrypienie. Słyszę wyzwiska, obelgi, lżenie, odsądzanie oponentów od czci i wiary. W kulminacyjnym momencie oskarżenia o mordowanie dzieci.

W tamtym odcinku Studia Polska natrafiłem na dyskusję o czarnym proteście, feministycznych demonstracjach przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. W studiu było jakieś trzydzieści osób – wkrótce potem dowiedziałem się, że przed telewizorami ponad sześćset tysięcy.

Tydzień w tydzień późnym sobotnim wieczorem ludzie siadają i słuchają przez półtorej godziny regularnego darcia ryja. Prowadzący chodzą od gościa do gościa, prowokują, a kiedy spośród wrzasku nie da się już nic wyłowić, teatralnie dyscyplinują rozgrzanych do czerwoności publicystów i polityków. Trochę Jerry Springer, trochę Rozmowy w toku, trochę zapasy w kisielu.

Do dzisiaj ciekawi mnie, ile osób, z tych, które nie chciały ze mną gadać tamtego dnia, odpaliło sobie wieczorem w zaciszu domowym Studio Polska. Jeżeli tak wyobrażały sobie media i rozmowę o polityce, w sumie nie ma co się dziwić, że mnie pogoniły.

Następnego dnia wróciłem zrezygnowany do Warszawy. Na jakiś czas odpuściłem sobie reportaż o wyborcach Prawa i Sprawiedliwości. Wtedy nie miałem pomysłu, jak namówić ich do politycznych zwierzeń.

Okazja nadarzyła się dopiero rok później. W maju 2019 roku miały się odbyć wybory do Parlamentu Europejskiego, w październiku do Sejmu i Senatu, a w maju 2020 roku wybory prezydenckie. Dwanaście miesięcy, trzy kampanie. Takiego sezonu politycznego nie było od lat. Karuzela właśnie ruszała. Byłem pewien, że gdy się w końcu zatrzyma, będziemy jej mieć serdecznie dosyć.

Wiosną postanowiłem, że pojadę w trasę za wszystkimi ugrupowaniami, choć od samego początku nie zamierzałem przeznaczać na każde tyle samo czasu. Interesowało mnie przede wszystkim Prawo i Sprawiedliwość – żyjemy wszak w świecie fantazji, lęków i marzeń elektoratu PiS-u, niezależnie od tego, przy czyim nazwisku stawiamy znak „X” na kartach wyborczych. Ostatecznie zdecydowałem, że każdej politycznej ekipie poświęcę przynajmniej rozdział w tej książce, ze wskazaniem na partię rządzącą i jej fanów.

Cel pozostał ten sam: dowiedzieć się bezpośrednio od wyborców, dlaczego głosują tak, jak głosują. Za co jednych polityków kochają, a drugich nienawidzą. Nie miałem żadnych ukrytych intencji, nikogo nie zamierzałem obsmarowywać, nikogo wybielać. Bo tak wyobrażam sobie dziennikarską robotę. Nawiasem mówiąc, dziennikarzy zaangażowanych, którzy na własne życzenie sprowadzili się do roli żołnierzy w politycznej wojnie, naoglądałem się wystarczająco po obu stronach barykady, również w trakcie pracy nad tą książką. Na szczęście nigdy nie znalazłem w sobie ambicji, żeby zasilić ich szeregi.

Kiedy na zdezelowanym telewizorku obejrzałem odcinek Studia Polska, zapragnąłem czegoś jeszcze: nie tylko poznać motywacje wyborców, ale i dowiedzieć się, czy mają one jakikolwiek związek z tym, co właśnie zobaczyłem. Jak ten cały polityczny cyrk wpływa na ludzi po drugiej stronie ekranu? Nie chodziło mi wyłącznie o sobotni program na TVP Info; to przecież niejedyne miejsce, w którym ludzie skaczą sobie do oczu podjudzani przez polityków. YouTube jest pełen fragmentów telewizyjnych widowisk, w których jeden polityk „masakruje” drugiego. Na Twitterze bluzgi leją się praktycznie bez przerwy. Niestety przywykliśmy, że publicyści potrafią zaangażować się w konflikt polityczny z większą gorliwością niż partyjni działacze i bez żenady wchodzić w rolę doradców jednej czy drugiej formacji na łamach swoich tygodników i gazet.

Znam zarówno dziennikarzy, jak i polityków, którzy żyją w przeświadczeniu, że pisząc cokolwiek w prasie czy w sieci, momentalnie wpływają na rzeczywistość. Wierzą, że jeśli podzielą się z odbiorcami jakąś „odkrywczą” refleksją, ci pójdą i zagłosują tak, jak życzy sobie redakcja czy partia. Zawsze miałem problem z uwierzeniem w tak pojmowaną siłę mediów – i tradycyjnych, i społecznościowych.

Pewnie dlatego, kiedy wreszcie znalazłem się na widowni Studia Polska osobiście, daleki byłem od paniki. Skutecznie wyparłem myśl, że ta jatka może mieć aż tak ogromny wpływ na wybory. Po nagraniu programu siedziałem na stacji metra, od wrzasków bolał mnie łeb i czułem się tak, jakby przy uchu wybuchła mi petarda. W głowie dudniły mi wyłącznie słowa podnieconego faceta obok: „Pedał! Nie gej, he, he!”. Ale wciąż nie wierzyłem, że te setki tysięcy osób przed telewizorami są w stanie uznać dzieciaki skaczące na hulajnogach po pomniku smoleńskim za symbol „starcia dwóch systemów wartości”, do czego namawiała Ogórek. Pomysł „stref wolnych od LGBT” wydawał mi się wtedy jakimś marginalnym wariactwem. Tym bardziej nie sądziłem, że ktokolwiek poza prowadzącymi uwierzy, że geje dyskutują w Gdańsku o swoim życiu seksualnym akurat 2 kwietnia, żeby obrazić świętego Jana Pawła II.

Po ponad roku spędzonym na kampanijnych imprezach, konwencjach i piknikach wiem już, że się myliłem.

Pod koniec mojej podróży codziennie spotykałem ludzi, którzy uwierzyli nie tylko w to, że geje obrażają Matkę Boską i papieża Polaka, ale też że do spółki z lesbijkami, osobami biseksualnymi i trans chcą zmuszać czterolatki do masturbacji. Na wieczorze wyborczym kończącym kampanię prezydencką jakiś facet pokazał mi kij przygotowany „na tych LGBT” – na wypadek gdyby przegrał Andrzej Duda. Kiedy rozmawiałem z właścicielem owej broni, już kilkadziesiąt gmin w Polsce zdążyło podjąć uchwały, w których sprzeciwiały się „ideologii LGBT”.

Jak do tego doszło?

Nie stało się to z dnia na dzień. Zwłaszcza że pierwsze wyjazdy na kampanijne pikniki raczej utwierdzały mnie w przekonaniu, że troski wyborców nie mają wiele wspólnego z lękami podsycanymi przez polityków. Im jednak większa niepewność wkradała się do sztabu Prawa i Sprawiedliwości, tym więcej słychać było ze sceny o gejach i lesbijkach próbujących przeprowadzić zamach na tradycyjną polską rodzinę. Kaczyński wykorzystał te obawy do mobilizacji elektoratu już przed wyborami parlamentarnymi. Jednak dopiero kiedy w objazd kraju wyruszył Andrzej Duda, wybuchła prawdziwa panika moralna. A rzeczywistość szybko dogoniła świat wykreowany w studiach Telewizji Polskiej. W ruch poszły pięści, kije, a nawet butelka po domestosie i słoik buraków.

Reportaże zebrane w tej książce nie odpowiadają na pytanie, jak wygrać w Polsce wybory. Nie ma tu także podpowiedzi, jak wybory przegrać. Politycy są cytowani przeze mnie tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę to zrobić (mieliście dużo innych okazji, żeby dowiedzieć się, co mają do powiedzenia). Rozmawiałem głównie z wyborcami. Na podstawie tych rozmów powstała opowieść o kampaniach wyborczych w latach 2019–2020 i politycznej histerii, która opanowała kraj na kilkanaście miesięcy.

Część I

Zabiorą! Zabiorą to, co myśmy dali!

Czerwona galareta na wierzchu ciastka trzęsie się samotnie na talerzyku, kiedy rosłe chłopy rzucają ciężkimi statywami o drewniany parkiet sali Sokoła w Krakowie. Napis wymalowany na suficie głosi: „Wspólna moc zdoła nas tylko ocalić”.

– Raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa. – Flegmatyczny gość o fizjonomii patyczaka testuje mikrofon.

To szef biura prasowego PiS-u Krzysztof Wilamowski. Nie jest karierowiczem, nie ma parcia na szkło. Nie przyczepił się do partii na fali wyborczych zwycięstw. Od lat pokornie wykonuje swoje zadanie, stojąc między dziennikarzami a ugrupowaniem. Kilka lat wcześniej w Sejmie bronił ówczesnego wicemarszałka Ryszarda Terleckiego z taką ofiarnością, że wdał się w bójkę z facetem próbującym zadawać niewygodne pytania. Teraz widzę go na tle kilkumetrowej, pokrytej tkaniną ścianki z napisem „Polska sercem Europy”, naprzeciwko telewizyjnych kamer.

– Dźwięk okej! – krzyczą operatorzy.

Teraz obraz. Wilamowski jest wysoki, dużo wyższy od bohatera konferencji, która ma rozpocząć się za jakąś godzinę. Żeby kamery mogły porządnie nastawić ostrość na twarz, obniża pozycję, wykonując półszpagat za pulpitem z mikrofonami. Widać, że to nie pierwszyzna. Jego ścięgna i mięśnie muszą dokładnie pamiętać, kiedy napiąć się i zatrzymać, żeby głowa wylądowała na wysokości głowy prezesa Kaczyńskiego.

– Jest dobrze, Krzysiu, dzięki! – potwierdzają operatorzy zza kamer.

Pół godziny przed planowanym startem goście zasiadają za stołami z galaretą. Średnia wieku mocno emerycka. Jak zwykle. Emeryci i renciści zjawili się na specjalne zaproszenie sztabu i mają robić za scenografię do przemówień wodza oraz partyjnych kandydatów do europarlamentu: wicepremier Beaty Szydło i brukselskiego weterana, profesora Ryszarda Legutki.

– Podobno dzisiaj mają wypłacać te trzynastki – podsłuchuję. Obok mnie przez telefon nadaje dziennikarka. – Jak to: jakie trzynastki? Jarkowe. Trzynaste emerytury. Dlatego sobie tu sprowadzili tych emerytów. Wypłacali już wcześniej, ale dzisiaj mają pojawić się na kontach. Nie puszczaj tego jeszcze, tylko się przygotujcie, nie mam tego potwierdzonego na sto procent – instruuje.

Jest po czterdziestce. Zmęczona życiem. Zmęczona robotą, zmęczona polityką, zmęczona dziećmi, zmęczona redakcją. Odpękała takich wydarzeń tyle, że nawet gdyby została zwolniona, przychodziłaby dalej, z przyzwyczajenia. Nie występuje przed kamerą, nie lajwuje, zasłuchana w słowa prezesów, przewodniczących, premierów, żeby wybrać to, co najważniejsze, spisać i przesłać do redakcji. Pewnie za kilka lat uda się ją zrobotyzować, ale na razie wygrywa nierówną walkę o etaty z maszynami. Gatunek na wymarciu. Przez lata naoglądała się polityków wijących się jak piskorze, naginających rzeczywistość, mijających się z prawdą i wyprzedzających ją na trzeciego na podwójnej ciągłej. Znieczulica level hard.

– Za piętnaście minut będą wchodzić. – Napakowany i opalony oficer Służby Ochrony Państwa przekazuje informacje koledze. Poprawia mikrofon w uchu i uklepuje kręcone włosy obficie wysmarowane brylantyną.

– Są w budynku – mówi ochroniarz do mikrofonu ukrytego w mankiecie.

Kaczyński wchodzi do sali pewny, zadowolony. Życzliwi dopatrzyliby się nawet uśmiechu. Ubrany jak zwykle na czarno-biało: czarna marynarka, czarny krawat, biała koszula. Klasyczna pogrzebowa elegancja.

Fotoreporterzy maltretują palcami spusty migawek, odprowadzają obiektywami bohaterów konferencji do stołu. Emeryci i renciści są zaskakująco spokojni. Brawa oszczędne, daleko im do wiecowego: „Ja-ro-sław! Ja-ro-sław!”.

Konferansjer zaraz po dzień dobry oznajmia, że dzisiaj na konta emerytów spłynęły pierwsze przelewy trzynastek. Zmęczona życiem reporterka wali w klawisze laptopa. Prezes PiS-u wchodzi na mównicę.

Mina groźna, brew zmarszczona. Wytacza najcięższe działa.

– Jeśli nasi oponenci polityczni dojdą do władzy, zabiorą to, co myśmy dali. Co można przewidzieć, to będzie po prostu tak, że mówiąc najkrócej i prosto, żeby nikt nie miał wątpliwości, o co chodzi: zabiorą!

Słowa prezesa niosą się po sali, echem wypełniają dramatyczną pauzę.

– No to się zaczęło – mówi z zadowoleniem zmęczona życiem reporterka. – Jest cywilizacja, jest lewactwo. Zabiorą! – Puszcza do mnie oko. – Zabiorą, zabiorą, zabiorą! – śmieje się w głos, przedrzeźniając prezesa.

Kampania ruszyła.

To znaczy oficjalnie ruszyła jakieś dwa tygodnie wcześniej, ale jak na razie dość ślamazarnie snuła się poza nagłówkami, sporadycznie lądując na pasku. Jak gdyby wszyscy się czaili, badali, co zagra, a co nie. Wyraźnego wroga, z którym trzeba walczyć o przetrwanie, jeszcze nie wykreowano.

W sali krakowskiego Sokoła Kaczyński już wie, co chce powiedzieć w kampanii: Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic, trzynasta emerytura to przelew na koncie, a nie obietnica wyborcza, polityczni oponenci zagrażają rodzinie, Polsce, Europie i światu. Stawką w nadchodzących wyborach nie jest europarlament, ale losy cywilizacji.

To wszystko to jednak tylko dodatki do najważniejszego hasła: ZABIORĄ! Kto? Oni. Co zabiorą? „To, co myśmy dali”.

*   *   *

Pojechałbym zobaczyć, jak wygląda ten plan zabioru Polski. Ale nie mam za bardzo dokąd. Kampania Koalicji Europejskiej jest ślamazarna i nudna. Grzegorz Schetyna od niechcenia zwołuje raz na jakiś czas briefing prasowy. Publikowane co kilka dni w gazetach sondaże wskazują wprawdzie na wygraną KE, ale to chyba nie powód, żeby sobie odpuszczać?

– Bo to jest taka partia i tacy, kurwa, wyborcy – mówi mi w przypływie szczerości jeden z kampanijnych macherów Platformy Obywatelskiej. Wpadliśmy na siebie dwa tygodnie przed wyborami, w jednym z tak zwanych modnych miejsc stolicy. Tacy, czyli jacy? – Tacy, co to nie chcą, żeby było zbyt kontrowersyjnie. Im mniej robimy, tym lepsze mamy sondaże. Nie możemy być wyraziści, bo zaraz ktoś nam odpadnie. I pieniędzy nie mamy tyle co PiS. – Zrezygnowany macha ręką.

– A Tusk nie chce wrócić i zostać zbawcą Polski? – podpuszczam.

Macher tylko wymownie wzrusza ramionami. A później oddaje się późnowieczornym hulankom w modnym miejscu stolicy.

To nie jest tak, że nie znam tych piosenek

Droga wojewódzka numer 631 leci przez Marki, Biedocin, Nieporęt. Jadę na północ. Na poboczach można kupić seks i jagody – przy zjazdach do lasu stoją na zmianę pracownice seksualne i kobieciny z fioletowymi słoikami. Co parę kilometrów na kilkumetrowych banerach zdjęcia wielkiego gada. To serocka restauracja reklamuje steki z krokodyla.

Od tygodnia chodzą słuchy, że w weekend PiS ma zjechać się do Pułtuska na kampanijny piknik. W najbardziej odważnych fantazjach dziennikarze kreślą obraz dwudniowej imprezy partyjnego aktywu. Ma być wieczorna popijawa i Majteczki w kropeczki w wykonaniu Bayer Full.

Dwa dni przed piknikiem biuro prasowe Prawa i Sprawiedliwości gasi plotki oficjalnym programem majówki: będzie Bayer Full, nie będzie popijawy. Występ legendy disco polo to tylko z pozoru muzyczny kwiatek do kożucha. Skaptowanie Świerzyńskiego, lidera zespołu, jest w kampanijnej wojnie PiS-u z PSL-em o wieś jak zdobycie chorągwi przeciwnika.

Przez lata Świerzyński popisywał się lojalnością jako członek partii ludowców. W 1995 roku przygrywał walczącemu o prezydenturę Pawlakowi, później sam wielokrotnie startował w wyborach parlamentarnych i zaganiał wyborców do urn. W modnym seledynowym garniturze tańczył na scenie i śpiewał do mikrofonu:

Złe rządy były w kraju, pożoga wszędzie, gwałt,

Popiela myszy zjadły, już nikt nie liczył strat.

Trza kmiecia wziąć na rządy, zawyrokował lud,

Tak powstał pierwszy w świecie demokratyczny cud.

I refren:

Na wybory, rodacy, by nie głodował nikt,

Nie z prawicy, lecz z pracy, dobrobyt jest i byt.

Na wybory, Polacy, Zielonym dajcie głos,

Nie lewicy, lecz naszym, na Pawlaka oddaj głos.

W 2019 roku najpierw udzielił kilku wywiadów, w których krytykował PSL za przystąpienie do Koalicji Europejskiej. „Zielona koniczyna […] stała się bardzo tęczowa. […] Nawet najlepsze małżeństwa się rozstają. Nie ma co z tego powodu robić jakichś tam tragedii” – powiedział w rozmowie z RMFFM. Aż w końcu w lutym rzucił legitymacją.

Od razu zgłosili się do niego przedstawiciele PiS-u.

Teraz za sceną przymierza białą marynarkę, w której wystąpi zaraz po politykach partii rządzącej.

Pułtusk to na wyborczej mapie Prawa i Sprawiedliwości miejscówka idealna. Z centrum Warszawy przy dobrych wiatrach można dojechać tam w godzinę. Rządową limuzyną na bombach pewnie w pół. Niecałe dwadzieścia tysięcy mieszkańców, wystarczająco prowincjonalnie, żeby zdystansować się od wielkomiejskiego blichtru. Szyldy Sklepu Mięsnego u Darka, Baru Krokiecik (w menu głównie pizza), SKOK-u Stefczyka i Chemii z Niemiec krzyczą z peryferyjną dumą: „Tu jest Polska!”. Nieduży Pułtusk PiS-owi dobrze się kojarzy – w 2015 roku to właśnie stąd Beata Szydło wyruszyła Szydłobusem po wyborcze zwycięstwo.

Słońce w zenicie. Kolejka do wejścia na piknik ciągnie się kilkadziesiąt metrów, od zamku do Rynku. Strażacy kłócą się, jak zaparkować swój wypucowany wóz, przez co ściągają na siebie uwagę stojących.

– Patrz, jaki czyściutki!

– Nowiutki, jak z salonu.

– Ten czerwony lakier się lśni jak na jakimś porszaku.

– A te rury jak się świecą! Ach!

Litania zachwytów pod adresem czerwonego cuda nie ma końca. Kiedy na scenę wejdzie premier Morawiecki, dorzuci do tych kolejkowych uniesień jeszcze kilka komplementów dla heroicznych strażaków.

– Gdyby nie minister Kowalczyk, nie byłoby tego wozu. On i wójt gminy załatwili – mówią mi. W styczniu, zaraz po odbiorze, witali go czerwonymi flarami i szampanem.

Zanim wszyscy pognają po kiełbasę, watę cukrową i kiszone ogórki, trzeba wysłuchać przemówienia prezesa. Wejście Kaczyńskiego poprzedza batalistyczna muzyka. Spokojnie pasowałaby do Gladiatora albo innego hollywoodzkiego hitu błąkającego się po wieczornej ramówce Polsatu.

Sondaże publikowane w ostatnich dniach pokazują, że PiS nie może być pewien zwycięstwa. Wyniki kilku ostatnich badań wskazują, że słupek Koalicji Europejskiej jest minimalnie wyższy od słupka Prawa i Sprawiedliwości. Zaskakująco dobre notowania ma również Konfederacja – Krzysztof Bosak do spółki z Grzegorzem Braunem, Liroyem i Kają Godek budują kampanię na sprzeciwie wobec amerykańskiej ustawy 447. Zobowiązuje ona administrację USA do monitorowania starań w celu uregulowania statusu prawnego majątku ofiar Holokaustu, o który nie wystąpili spadkobiercy. Konfederaci od tygodni opowiadają, że to sposób na przymuszenie polskiego rządu, by wypłacił Żydom potężne odszkodowania. Dlatego dla wyborców, którzy odpływają od partii władzy w prawo, prezes przygotował coś na zachętę. Mówi enigmatycznie, jak zwykle, ale w tłumaczeniu na język prosty i zrozumiały komunikat brzmi następująco: PiS nie zamierza oddawać Żydom niczego. A jeśli ktoś ma coś komuś oddać, to Niemcy Polkom i Polakom.

Kończy zadowolony. Zgodnie z planem na scenie ma się za chwilę pojawić Bayer Full.

– To nie jest tak, że ja nie znam tych piosenek. Może nie wszystkie, ale wiele znam. I wcale się tego nie wstydzę. Tylko ludzie, którzy mają kompleksy, takich rzeczy się wstydzą, a ja kompleksów nie mam. I wy, państwo, nie macie kompleksów. – Prezes uśmiecha się zawadiacko i po prezydencku macha tłumowi na do widzenia.

– Pułtusk! Jak się bawicie!? – Na estradę wbiega Świerzyński w białej marynarce z czarnymi paskami. Klaszcze, a tłum zaczyna tańczyć do pierwszych dźwięków płynących z keyboardu. – Hop! Hop! Hop!

Koncert koncertem, ale pęta kiełbasy, nawet na patriotycznym pikniku, nie ciągną się w nieskończoność. Od dobrego kwadransa cały zamek pachnie grillowanym mięsem, kolejka stoi po nie – od dwóch. Nie mam wyboru, zajmuję miejsce w tej ludzkiej stonodze wijącej się na dziedzińcu.

– Bo wie pan, kolejka to jest jednak ważna rzecz – słyszę od starszej pani w garsonce, tuż za moimi plecami.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.