Cykl z Adamem Kostrzewą. Czerwona zaraza, czarna śmierć - Jarosław Sokół - ebook

Cykl z Adamem Kostrzewą. Czerwona zaraza, czarna śmierć ebook

Jarosław Sokół

4,5

Opis

Czerwiec 1945. W poniemieckim Świnoujściu morze wyrzuca na brzeg szczątki kilku mężczyzn. Tymczasem w miasteczku szerzy się epidemia nieznanej choroby. Adam Kostrzewa, jedyny detektyw w okolicy, próbuje ustalić, kim były ofiary. Ma nadzieję, że to pomoże powstrzymać zarazę. Śledztwo prowadzi do mrocznych sekretów III Rzeszy, chronionych teraz przez tajne służby sowieckiego imperium. Wkrótce Kostrzewa z myśliwego zmienia się w zwierzynę – sam staje się obiektem dochodzenia. Podejmując samotną walkę, odkrywa tajemnice, które ukazują przerażającą wizję powojennej Europy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 554

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografie na okładce © Everett Collection/Shutterstock © Li Xueyi/Unsplash
Koordynacja projektuNATALIA STECKA
RedakcjaJACEK RING
KorektaMAGDALENA SZAJUK
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2021 by Jarosław Sokół
Polish edition © Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-6093-5
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Skoczyła.

Naprawdę miała nadzieję, że upadek ją zabije – że uderzy o powierzchnię wody, straci przytomność i od razu pójdzie na dno. Ale z górnego pokładu było zaledwie kilka metrów. Ciemna toń rozstąpiła się miękko pod jej ciężarem i po chwili wyparła ją z powrotem na powierzchnię.

Na statku rozległy się okrzyki i szczęk przeładowywanej broni. Zapalił się reflektor. Snop światła zaczął przeszukiwać powierzchnię morza jak pies gończy.

Rozejrzała się. Ze wszystkich stron otaczała ją noc. Musiała znaleźć latarnię morską, żeby nie popłynąć w stronę otwartego morza. Jest! Dalekie światełko pulsowało miarowo przy wejściu do portu.

Obróciła się i znów zanurkowała, żeby uciec przed zbliżającym się snopem z pokładowego reflektora. Płynęła w zupełnej ciemności przez dobrą minutę. Woda była zimna, ale o tej porze roku nie groziło jej śmiertelne wychłodzenie. Ciało powinno wytrzymać te kilka godzin, których potrzebowała na dopłynięcie z morskiej redy do brzegu.

Kiedy znów się wynurzyła, była już poza zasięgiem reflektora. Dalekie głosy na statku też wsiąkały w noc. Przez chwilę utrzymywała się pionowo w wodzie, uspokajając oddech. Raczej nie mieli żadnych pontonów pościgowych. Nic nie mogli jej już zrobić. Przynajmniej na razie.

Obróciła się z powrotem w stronę pulsującej latarni morskiej i zaczęła płynąć regularnym rytmem. Teraz trzeba było skupić się na oddechu. Przede wszystkim nie myśleć więcej o tym, co zobaczyła na statku.

Wcale nie było to łatwe. Choć statek znikał powoli w ciemności, w oczach zbiegłej pasażerki wciąż płonęło piekło.

DZIEŃ PIERWSZY

Zarażeni: 1

Ofiary śmiertelne: 1

1

Umarli zaczęli pojawiać się w mieście w pierwszych dniach czerwca. Była to prawdziwa epidemia. Przypadki zmartwychwstania szerzyły się jak zarazki tyfusu, nie zważając na powojenne granice i traktaty. Do życia wracali z taką samą determinacją żołnierze Wehrmachtu jak sowieccy sołdaci czy polscy robotnicy przymusowi. Z jakiegoś powodu wszyscy ciągnęli do bałtyckiego kurortu Swinemünde na wyspie Usedom. Nie było teraz dnia, żeby ktoś nie spotkał tutaj poległego męża, rozstrzelonego brata albo powieszonej służącej. Nie były to radosne spotkania. Umarli nie mieli zazwyczaj nic do powiedzenia. Głównie patrzyli. A potem rozpływali się w nadmorskiej mgle, pozostawiając po sobie bolesną pustkę.

O tych wydarzeniach nie można było przeczytać w prasie. W czerwcu czterdziestego piątego roku w Swinemünde nie wychodziły żadne gazety. Czasem na murach budynków pojawiały się obwieszczenia sowieckiej komendantury wojennej, ale te nie zajmowały się opisywaniem świata, lecz urządzaniem go na nowo: ustalały coś w rodzaju nowego szczegółowego dekalogu – o której godzinie gasić światło, ile gramów chleba zjadać dziennie i co dokładnie jest śmiertelnym grzechem przeciwko sowieckiej władzy. Wszelkie niepraktyczne wiadomości na temat życia na wyspie można było wymienić tylko w jednym miejscu: w piekarni Hochwelt i Syn.

Piekarnia działała zaledwie od paru tygodni, ale już zdążyła stać się sercem miasta. Codziennie przez kilka porannych godzin, aż do wyczerpania nowego wypieku, stał tutaj tłum mieszkańców, podekscytowanych zapachem świeżego chleba i najnowszymi doniesieniami o kolejnych zmartwychwstaniach.

– Widziałam go, tak jak panią teraz widzę! – zarzekała się Gertruda Rieske. – Stał pod drzewem na ulicy i patrzył się prosto na mnie.

– Nie mówię, że pani nie widziała – odparła pani Moltke. – Tylko dziwię się, bo co w nocy można zobaczyć, jak latarnie nie świecą.

– Księżyc świecił! – wybuchła Gertruda. – Niech pani nie robi ze mnie wariatki. Wszystko było widać jak na dłoni – mundur cały w strzępach, nawet piasek we włosach.

– Może z plaży wracał – zakpił szesnastoletni Markus, ale zaraz tego pożałował. Nikt przed piekarnią nie był skory do żartów.

– Chłopcze! – skarcił go pan Gutman, przedwojenny nauczyciel historii. – To, że wysługujesz się Rosjanom, nie daje ci prawa do szkalowania niemieckiego narodu.

Przez tłum przebiegł szmer aprobaty i podziwu dla profesora Gutmana. Smarkacz mógł przecież donieść do komendantury, że nauczyciel przejawia sympatie nazistowskie czy coś w tym rodzaju.

– Kto szkaluje?! – obruszył się Markus. – I nikomu się nie wysługuję. Jakbym się wysługiwał, to nie musiałbym stać w tej kolejce!

W takich sytuacjach profesor Gutman miał zwyczaj chwytać bezczelnego ucznia za ucho i wystawiać za drzwi, ale tamte czasy bezpowrotnie minęły. Teraz pierwszy lepszy smarkacz mógł strzelić profesora w pysk i nie byłoby nawet komu się poskarżyć.

– Niech pani nie zwraca uwagi, pani Rieske – powiedział Gutman, wzruszając ramionami. – Proszę opowiadać.

– Kiedy już wszystko powiedziałam. Manfred stał na ulicy pod drzewem i patrzył się na mnie.

– Odezwał się?

– To było właśnie najgorsze. Pomyślałam sobie, że to pewnie nie on, tylko ktoś podobny, więc wołam do niego: „Halo! Potrzebuje pan pomocy?”.

Urwała dla wzmocnienia efektu wśród słuchaczy.

– I co? I co? – rozległy się głosy.

– Powiedział, że to mnie powinno się pomóc.

– Już wiem! – skwitował Markus, który od dłuższego czasu obmyślał, jak odgryźć się profesorowi Gutmanowi. – To był aryjski anioł, z tych, co pan profesor o nich wykładał!

– Co ty za bzdury wygadujesz! – wybuchnął profesor Gutman. – Ja historię wykładałem, nie o żadnych aniołach.

– Nie? To gdzie ja słyszałem o tych praprzodkach Aryjczyków, co żyli na Atlantydzie? A, może faktycznie nie w szkole, tylko na pogadance dla Volkssturmu[1] pan to opowiadał.

Profesor Gutman zaczerwienił się po czubki uszu. W tłumie zapadło niezręczne milczenie. Każdy miał coś do ukrycia i nie palił się do obrony starego nauczyciela.

– Co to się dzieje, co to się dzieje – skwitowała pani Moltke pojednawczym tonem. Wcale nie chciała awantury z sąsiadami. Poza tym sama ostatniej nocy widziała jednego umarłego, ale nie mogła się do tego publicznie przyznać, bo chodziło o jej francuskiego kochanka, zastrzelonego podczas próby ucieczki. Henri usiadł nawet na łóżku i chwycił ją za rękę. Wciąż czuła jego lodowaty dotyk.

Nagle zapanowało lekkie poruszenie. Ulicą zbliżał się Polak, było nie było przedstawiciel zwycięzców.

– Przejście! – krzyknął Markus. – Przejście!

Tłum przed piekarnią rozstąpił się bez wahania. Profesor Gutman spojrzał pogardliwie na Markusa, ale też zszedł posłusznie z drogi nadchodzącemu zwycięzcy.

– Dzień dobry, Herr Kostrzewa! – zawołał Markus. Wcale nie uważał się za sługusa czerwonych. Naprawdę lubił tego Polaka. To przecież on dopadł zabójcę pastora Friedkego. A poza tym gość wcale nie był czerwony, tylko udawał przez Sowietami. Tak jak wszyscy.

Adam nie odpowiedział na pozdrowienie. Zatrzymał się tylko, patrząc z pobłażaniem na ustępujących mu Niemców. Jeszcze niedawno ci sami ludzie bez wahania wysłaliby go do policyjnej katowni, do obozu śmierci, a w najlepszym wypadku do niewolniczej pracy.

Ruszył ostrożnie przed siebie. Wyszedł z domu pierwszy raz od kilku tygodni. Wygnał go głód. Zapasy w spiżarce Frau Pohl skończyły się nieodwołalnie. Trzeba było albo zacząć szabrować, czyli okradać innych mieszkańców, albo zwrócić się do sowieckiej komendantury o jakieś racje żywnościowe. Oba wyjścia wydawały mu się równie paskudne. Wybrał więc trzecią drogę: kredyt konsumencki w nowo otwartej piekarni Hochwelt i Syn. Wierzył, że uda mu się przekonać właściciela tego przybytku do swojej wypłacalności.

W środku zapach świeżego chleba był tak odurzający, że omal nie zakręciło mu się w głowie. Klienci przy ladzie zamarli na widok wchodzącego.

– Czym mogę służyć? – spytał głośno i dosyć obcesowo piekarz Hochwelt. Był to krępy mężczyzna około sześćdziesiątki, w okrągłych okularach. Z wyglądu przypominał raczej buchaltera niż piekarza.

– To chyba oczywiste. Gwoździ tu się nie sprzedaje – odburknął Adam. – Wezmę bochenek.

– Można zobaczyć kartę żywnościową?

Adam nie znał ostatnich rozporządzeń w sprawie zaopatrzenia ludności, ale był przygotowany na podobne pytania.

– Mnie zarządzenia w sprawie Niemców nie dotyczą.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale to jest sklep dla mieszkańców...

– Nur für Deutsche?[2]

Hochwelt zawahał się. Zimny błysk w oczach Polaka nie wróżył nic dobrego. Różne rzeczy mówiono o nim na mieście. Że był spadochroniarzem szkolonym przez Anglików. Że walczył w Norwegii, we Francji, w Afryce, we Włoszech i w Warszawie. Nawet jeśli każda z tych pogłosek mijała się z prawdą, to jedno było pewne: ten człowiek miał specjalne względy u Komendanta Wojennego Miasta Swinemünde. Inaczej Rosjanie już dawno wysłaliby go do łagru.

– Chciałem powiedzieć, że powinien pan zaopatrywać się bezpośrednio w komendanturze – powiedział Hochwelt, nachylając się do Adama. – Dostarczamy im tylko wypieki pierwszej jakości.

Mrugnął porozumiewawczo, dając do zrozumienia, że na miejscu można liczyć najwyżej na jakość drugiego i trzeciego stopnia.

– Wystarczy mi to, co tutaj – odparł Adam.

– Oczywiście. Jak pan sobie życzy.

Hochwelt sięgnął po bochenek chleba.

– Proszę to wpisać na moje nazwisko. Zapłacę w przyszłym miesiącu – powiedział Adam.

– Piekarnia nie prowadzi sprzedaży na kredyt...

Adam odchylił lekko swój prochowiec, ukazując zatknięty za pasem pistolet luger, który dostał od komendanta Osipowicza w nagrodę za rozwiązanie ostatniej sprawy.

– Ale pański przypadek jest wyjątkowy... – dodał Hochwelt.

Adam chwycił z lady bochenek, schował go pod pachą i wyszedł.

– Przejście! – krzyknął Markus na widok wychodzącego.

Tłum przed piekarnią znów rozstąpił się posłusznie.

– Herr Kostrzewa, pan im wszystkim powie, że to bzdury z tymi duchami – powiedział Markus, zachodząc Adamowi drogę.

– Co takiego?

– Wszyscy teraz widzą duchy. Pani Rieske to nawet ze swoim zmarłym mężem pogawędkę sobie ucięła!

– Daj mi spokój, Markus.

Markus posłał pozostałym triumfujące spojrzenie: Polak pamiętał jego imię!

Adam odszedł szybko, nie oglądając się za siebie. Odurzający zapach gorącego chleba wzmagał ssanie w żołądku. Jak najszybciej chciał zaspokoić głód, ale za dobrze znał Niemców, żeby zrobić to na ich oczach. W Warszawie nic nie bawiło ich bardziej niż widok głodnego człowieka rzucającego się na pajdę chleba. Skręcił więc za róg najbliższego domu i dopiero wtedy oderwał zębami kawał gorącego bochenka.

Ssanie w żołądku powoli ustępowało. W ogóle poczuł się znacznie lepiej, jakby ktoś nagle wyjął mu gwóźdź z serca. Ruszył przed siebie lekkim krokiem. Wcale nie miał już ochoty wracać do pustego domu po wdowie Pohl, gdzie zaszył się na kilka tygodni po ostatnich wydarzeniach.

Mimo wszystko dobrze było żyć. Sam zdziwił się, że taka myśl przyszła mu do głowy, ale nic nie mógł na to poradzić. Powojenny świat wydał mu się całkiem znośny. Co z tego, że w ruinie? Najważniejsze, że już go nie ścigali. Można było zwyczajnie iść przed siebie w środku dnia i wdychać morską bryzę. Wokół nie szalały pożary, na ulicy nie leżały gnijące trupy. Gotyckie litery niemieckich szyldów zdawały się łasić do niego radośnie.

Szedł coraz szybciej, chociaż wcale nie przyspieszał kroku. Po prostu odbijał się stopami od ziemi i szybował coraz dalej, a właściwie coraz głębiej we własną przeszłość. Przechodził przez drzwi niezliczonych cel więziennych, przez bramy obozowe, futryny konspiracyjnych kryjówek, aż wreszcie dotarł do pierwszego komisariatu, gdzie nadkomisarz Strzelczyk przyjmował go do pracy.

Dlaczego właściwie chce pan zostać detektywem? Pensje nie są u nas najlepsze. Jako początkujący prawnik zarobiłby pan znacznie więcej.

Prawnik zajmuje się zaciemnianiem prawdy, a ja chcę ją wyjaśniać.

Filozof z pana, młody człowieku.

Przeciwnie. Nie chcę grzebać się w intelektualnych zawiłościach. Morderstwo to rzecz prosta: jest motyw, jest morderca, jest ofiara.

Tak pan uważa?

O co właściwie chodziło wtedy nadkomisarzowi z tym dziwnym pytaniem? Czy morderstwo nie było dla niego prostą rzeczą, lecz filozoficzną zagadką? Nigdy się tego nie dowiedział. Najważniejsze, że został przyjęty. Był to szary deszczowy dzień na początku czerwca. Dokładnie taki jak teraz, tyle że sześć lat wcześniej. Adam wracał z komisariatu jak uskrzydlony. Pędził, żeby przebrać się jak najszybciej i pobiec na Walkirię do Teatru Wielkiego. Widział ten spektakl już kilkanaście razy, ale nie z namiętności do germańskiej mitologii ani do muzyki Wagnera. Występowała w nim Mira Szymańska – kobieta, którą kochał do szaleństwa w tamtym dziwnym życiu, kiedy woda leciała z kranu na każde zawołanie.

Ocknął się gwałtownie. Wspomnienie Miry wciąż było ostre jak krawędź stłuczonego szkła. Ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że wcale nie siedzi na kanapie w domu Frau Pohl, gdzie zamierzał wrócić natychmiast po desperackiej wyprawie do piekarni. Leżał na plaży, a chłodny wiatr sypał mu piaskiem w twarz. Jak się tutaj znalazł?

Sytuacja się zmieniła – odezwał się jakiś znajomy głos.

Adam obrócił się gwałtownie. Kilka metrów dalej na wydmie siedział martwy nadkomisarz Strzelczyk i przesypywał piasek w dłoniach.

Miał pan już więcej nie przychodzić – powiedział z wyrzutem Adam.

Sytuacja się zmieniła – powtórzył nadkomisarz skupiony na przesypywaniu piasku. – Mamy nową sprawę.

Jaką sprawę?

Nadkomisarz Strzelczyk podniósł wzrok, popatrzył na morze i wyciągnął rękę. Adam spojrzał w tamtym kierunku.

W pierwszej chwili wydało mu się, że morze wyrzuciło na brzeg ławicę martwych ryb.

Ale to nie były ryby.

Wszędzie leżały kawałki ludzkiego mięsa, wypluwane leniwie przez morskie fale.

2

W ilu workach zmieści się batalion żołnierzy?

Zbierając z plaży kawałki ludzkich ciał, Adam przypomniał sobie ulubione zadanie matematyczne swojego profesora z gimnazjum. Nie było to całkiem do rzeczy, bo wcale nie wyglądało na to, że porozrzucane na morskim brzegu kawałki rąk, nóg i torsów należą do żołnierzy. No i okazało się, że jest ich znacznie mniej, niż zdawało się na pierwszy rzut oka. Na pewno nie cały batalion.

Adam pożałował, że zgłosił sprawę do komendantury. Trzeba było wracać do domu i zapomnieć o znalezisku. Prędzej czy później ruscy sami odkryliby szczątki. A może i nie? Nic go to nie obchodziło. Był na siebie wściekły. Przez kilka tygodni z rozmysłem schodził Sowietom z oczu, a teraz przypomniał im o sobie w tak spektakularny sposób. Zerknął w stronę komendanta Osipowicza. Drań stał pod wydmami, palił papierosa i wyraźnie mu się przyglądał. Może zmienił zdanie? Może prosto z plaży zabiorą go do aresztu, a jutro wywiozą do Moskwy?

– Uuuu! – wrzasnął mu nagle ktoś do ucha.

Adam odskoczył, błyskawicznie sięgając po pistolet.

– Spokojnie! – powiedział Pietia Fedoruk. – Sturmbahnführer Arschloch[3] chciał się tylko z wami przywitać. Heil Hitler!

Pietia trzymał w ręku dłoń uciętą tuż przy nadgarstku. Zamachał nią do Adama w faszystowskim pozdrowieniu.

– Głupi jesteś, Fedoruk – burknął Adam, chowając czym prędzej pistolet za pas. Rzucił okiem w stronę komendanta w nadziei, że nie zauważył całego zajścia.

Zauważył.

Pietia parsknął śmiechem. Dobrze się bawił. Był w wyśmienitym nastroju od dnia, kiedy Dziadzia Arłam postanowił nie odsyłać go jednak do Rosji i zapomnieć o całej aferze z grożeniem mu bronią. Pietia Fedoruk miał ochotę śpiewać na całe gardło i biegać na golasa ze szczęścia. Podłe to było, prawda, wobec pamięci dopiero co zaszlachtowanej matki. Biedaczka jeszcze w grobie nie ostygła, a tu jej syn, zamiast ją opłakiwać, żarty sobie stroi na plaży. Nic nie mógł jednak poradzić na okrutną i bezlitosną wolę życia.

Pułkownik Arłam Osipowicz przyglądał się swoim ludziom, którzy zbierali z plaży kawałki ludzkiego mięsa i wsadzali do brezentowych worków. Na razie nie widział w tej sprawie nic szczególnie niepokojącego. Pewnie były to szczątki załogi jakiegoś rozwalonego okrętu, który próbował przedostać się do Szwecji. Chłopcy z radzieckiego niszczyciela posłali mu torpedę i tak się skończyło.

Bardziej niż szwabskie ręce i nogi zajmował komendanta Polak Adam Kostrzewa. To znaczy człowiek, który ukrywał się pod tym nazwiskiem. Dlaczego właściwie został w Swinemünde? Każdy na jego miejscu wyjechałby bez wahania i zatarł za sobą wszelkie ślady. Osipowicz dał mu przecież na to szansę, a ten po prostu mieszkał sobie dalej w mieście. Może ukrywał znacznie więcej?

– Towarzyszu dowódco, to już chyba wszystko! – zameldował mu jego osobisty szofer i ochroniarz, Mikutin.

– Ile tego wyszło?

– Jedenaście worków.

– Ładujcie – rozkazał, wskazując głową do tyłu, gdzie czekała wojskowa ciężarówka.

– Tak jest.

Żołnierze dźwignęli wypełnione worki i ruszyli w stronę ścieżki przecinającej wydmy.

Osipowicz przywołał ręką Kostrzewę.

– I co sądzicie?

– Nie jestem specjalistą, ale to na pewno nie są trupy z wojny.

– Ale Niemcy?

– Trudno powiedzieć.

W tym momencie podbiegł do nich Pietia, wciąż rozochocony świeżym powietrzem i atmosferą wspólnej zabawy.

– Przecież widać, że to szwabskie ryje, a nie nasze!

– Nie znaleźliśmy ani jednej głowy – przypomniał spokojnie Adam.

– Jak nie!? – zaperzył się Pietia, ale zaraz uświadomił sobie, że istotnie żadnej głowy na brzegu nie było. – Chociaż może i prawda...

– A ciebie kto o zdanie pytał! – huknął Osipowicz. – Bierz się do dźwigania!

– Tak jest!

Pietia wyprężył się jak struna i pobiegł od razu w stronę worków, które jego towarzysze ładowali sobie na plecy.

– Ilu ich jest? – spytał Osipowicz.

– Też nie potrafię powiedzieć.

– Z ciebie detektyw jak z krowiej dupy harmoszka, Kostrzewa. Co tu właściwie robiłeś?

Adam wzruszył ramionami.

– Nie ma zakazu chodzenia nad morze.

– Tylko mi nie mów, że przyszedłeś się opalać.

W głowie Adama zapaliła się ostrzegawcza lampka. Rozmowa zaczynała przypominać jego pierwsze spotkanie z komendantem, które omal nie skończyło się dla niego utratą reszty zębów.

– Chyba nie podejrzewacie, że to ja ich wszystkich zatłukłem i porąbałem na kawałki?

Osipowicz milczał przez dłuższą chwilę, świdrując go wzrokiem. Wreszcie rzucił niedopałek na piasek.

– Pojedziesz z nami.

– Jestem aresztowany?

– Do kostnicy z nami pojedziesz. Muszę napisać raport o tym, co i jak się stało.

– A co ja mam do tego?

– Pomożesz obejrzeć zwłoki.

– Mieliśmy umowę, że nie pracuję dla was.

– Nie przeciągaj struny, Kostrzewa. Ja już zapomniałem wasze prawdziwe nazwisko, ale zawsze mogę sobie przypomnieć!

Osipowicz odwrócił się i poszedł przez wydmy w stronę ciężarówki. Adam stał jeszcze przez chwilę w miejscu, a potem ruszył za komendantem. Wiedział już, że popełnił błąd, a właściwie dwa karygodne błędy: zameldował o swoim odkryciu na plaży i nie wyjechał z tej przeklętej wyspy, kiedy był na to czas.

Pojechali na skróty leśną drogą. Ciężarówkę prowadził Mikutin. Osipowicz i Adam siedzieli obok. Pietia i reszta żołnierzy kolebali się z tyłu na workach wypełnionych ludzkimi szczątkami.

– Mamy nowego doktora – odezwał się pułkownik Osipowicz niemal przyjacielskim tonem. – Niemiec, ale dobry komunista.

– Nie mogę doczekać się spotkania – odparł kwaśno Adam.

Osipowicz gruchnął śmiechem. Mimo wszystko miał słabość do tego drania. To pewnie dlatego jeszcze nie zameldował o nim Moskwie. Zresztą nie było to wcale takie proste. Od razu zaczęłyby się niewygodne pytania: dlaczego nie zgłosił tego wcześniej i takie tam. Pułkownik natomiast zastanawiał się, czy jednak nie pozbyć się go po cichu.

Nowy doktor wyszedł im na powitanie, kiedy wyładowywali worki z ciężarówki na dziedzińcu miejskiego szpitala. Był niewysoki, ze starannie wypielęgnowaną brodą i paznokciami. Sprawiał wrażenie, jakby przyjechał na międzynarodowy kongres medyczny do Genewy, a nie na podrzędne stanowisko do zrujnowanej mieściny nad Bałtykiem.

– To z Czerwonego Krzyża? – zapytał z ożywieniem na widok pełnych worków.

– Trupy – zgasił go krótko Osipowicz. – Pomożecie ustalić, co to za jedni. Kostrzewa, to jest doktor Rosenblatt, nowy dyrektor szpitala. Będziecie razem pracować.

Adam zdawkowo skinął głową doktorowi. Po ostatnich doświadczeniach z jego poprzednikiem na tym stanowisku wolał zachowywać rezerwę.

– Polak? – zaciekawił się Rosenblatt. – Mieliśmy tu jednego pacjenta Polaka, ale niedawno wyjechał.

Adam nie zamierzał podejmować tematu, choć doskonale wiedział, że doktor ma na myśli sierżanta Kwasigrocha. Wszystko to było już przeszłością. Nie chciał więcej do tego wracać[4].

– Później będziecie obwąchiwać sobie tyłki – powiedział Osipowicz. – Brać się do roboty. Do jutra rana chcę wiedzieć, ilu ich jest i jak zginęli. Pietia będzie wam pomagał.

– Tak jest!

Pietia wyprężył się uszczęśliwiony. Czyli nie musiał wracać do bicia aresztantów po mordach! Miał ochotę ucałować Dziadzię Arłama z wdzięczności. I jak tu nie kochać życia?

3

Podczas gdy Pietia przeżywał w szpitalnej kostnicy duchowe odrodzenie, pułkownik Osipowicz wracał do domu z gorzkim przekonaniem, że dla niego życie skończyło się raz na zawsze. Nic go już nie cieszyło: ani amerykańskie papierosy, ani szkocka whiskey, ani luksusowa kwatera w nadmorskiej willi. Ta ostatnia wydawała mu się wręcz więzieniem gorszym niż niejeden łagier. Najchętniej w ogóle by tam nie wracał, tylko spał w swoim gabinecie w komendanturze wojennej. Niestety, było to niemożliwe. Czekali na niego strażnicy znacznie surowsi niż wartownicy w łagrze: jego prawowita żona Anuszka i pięcioletni syn Anton.

Zjawili się przed niespełna dwoma tygodniami. Osipowicz dobrze pamiętał ten dzień. Poprzedniej nocy zdrowo popili sobie z Mikutinem i zabawili się z siostrami Braun. Baby znały się na rzeczy. Może i nie były za ładne, ale braki w urodzie nadrabiały burżuazyjnym rozpasaniem, o jakim do tej pory Osipowicz słyszał tylko na szkoleniach politycznych. Same zaproponowały, żeby po każdym numerku zamieniać się partnerami. Osipowicz opierał się z początku, ale w końcu dał się przekonać. I nie pożałował. To była naprawdę pamiętna noc.

Rano obudził się w wyśmienitym nastroju. Nawet głowa go nie bolała. Na wszelki wypadek nalał sobie dla zdrowia szklankę whiskey i wyszedł na taras, żeby zapalić i nasycić się widokiem morza. Było ciepło, więc usiadł sobie w samych gaciach i położył nogi na wiklinowej ławie. Ogarnęło go upojne poczucie życiowego sukcesu. Jeszcze niedawno gryzły go wszy we frontowych ziemiankach, a teraz proszę – siedział sobie w luksusach niczym amerykański generał. To, co przy ognisku w partyzanckich czasach wydawało się szaloną fantazją, teraz stało się rzeczywistością.

Odetchnął głęboko. Morze falowało łagodnie. Daleko na horyzoncie widać było okręt pod sowiecką banderą. Stał tam od pewnego czasu, ale Osipowicz nigdy nie spotkał jego dowódcy. Jeśli o tym pomyśleć, było to trochę irytujące, że jakiś tam komandor lekceważył sobie komendanta wojennego miasta, ale Osipowicz nie miał zamiaru robić z tego awantury. Flota mu nie podlegała, a poza tym nie miał serca do marynarzy. Uważał ich za pijaków i babiarzy. Miał gdzieś, co robią jacyś matrosi na dalekiej redzie Swinemünde. Mogli sobie nawet tam prowadzić pływający burdel. Byleby tylko nie wtrącali się do rządzenia miastem.

Na balustradzie tarasu usiadła mewa. Osipowicz zerwał się i natychmiast ją przegonił. Od pewnego czasu nie znosił tych ptaków. Przywodziły mu wspomnienia ostatnich wydarzeń. Swieta. Jej ciało z wydłubanymi przez mewy oczami. Kałuża krwi na tarasie. Pułkownik pokręcił głową, jakby chciał rozpędzić ogarniające go chmury. Na szczęście było to tylko przelotne zachmurzenie, które udało mu się bez trudu rozgonić słonecznym łykiem alkoholu. Osipowicz zawsze uważał, że nie należy rozpamiętywać wydarzeń, których nie można zmienić. Sprawdziło mu się to w partyzantce, sprawdziło na froncie, więc nie zamierzał porzucać tej mądrej zasady. Swieta nie żyła, i kropka. Zresztą pod koniec życia i tak nie było już z niej pożytku.

Niestety, nieprzyjemne wspomnienia ściągnęły kolejną chmurę, która tym razem zawisła nad przyszłością komendanta Osipowicza. Anuszka, jego prawowita żona. Jakiś czas temu przyszedł list zapowiadający jej przyjazd. Z synem Antonem. Nie pamiętał żadnego Antona, chociaż faktycznie, kiedy wyruszał na wojnę, Anuszka była w ciąży. Zresztą jej też już nie pamiętał. Od tamtej pory minęło ładnych parę lat. Baba mogłaby dać mu po prostu spokój. Co z tego, że w świetle radzieckiego prawa nadal byli małżeństwem? Wcale nie miał ochoty wracać do tego, co było.

Już chciał pociągnąć kolejny łyk ze szklanki, kiedy z głębi domu dobiegł gong elektrycznego dzwonka. Osipowicz zaklął na głos i pomaszerował z wściekłością przez salon, żeby obić mordę intruzowi i zrzucić go ze schodów. Żaden z jego ludzi nie odważyłby się niepokoić go w niedzielę w prywatnej kwaterze, więc musiał to być któryś z nowych Niemców mianowanych przez niego na stanowiska w miejskiej administracji.

W progu stała kobieta o szerokich biodrach, z czarnym meszkiem pod nosem. Za rękę trzymała dobrze odżywionego malca. Żołądek podszedł Osipowiczowi do gardła, ale wcale nie był to skutek wypitego alkoholu.

– Anuszka?! – wykrztusił.

– Przyjechaliśmy – oznajmiła jego legalna żona, jakby chodziło o powrót do domu z dwutygodniowych wakacji na daczy.

Obróciła się w stronę szofera Mikutina, który stał przy gaziku, wyraźnie zakłopotany.

– A ty czego tam sterczysz? Dawaj walizki – rzuciła Anuszka.

Mikutin posłał komendantowi pełne rozpaczy spojrzenie, jakby miał jeszcze iskierkę nadziei, że szef wyrzuci bezczelną babę na zbity pysk.

– Daj te walizki, Mikutin – powiedział z rezygnacją Osipowicz.

Wszelka nadzieja zgasła. Widać, to naprawdę była żona komendanta i trzeba było się z tym pogodzić. Mikutin wetchnął i z ciężkim sercem zabrał się do noszenia bagaży.

Anuszka weszła do środka z Antonem za rękę, nie pytając o pozwolenie. Osipowicz stał wciąż boso, w samych gaciach, ale kiedy minęło pierwsze oszołomienie, postanowił przejąć kontrolę nad sytuacją.

– Wy będziecie mieszkać gdzie indziej – powiedział. – Już kazałem zarekwirować...

– Sprzątaczkę jakąś mamy? – przerwała mu Anuszka, rozglądając się po zaśmieconym salonie.

Osipowicz urwał na chwilę, po czym podjął na nowo, z naciskiem:

– Kazałem zarekwirować dla was oddzielny dom w innej dzielnicy.

– Tu miejsca jest dosyć. Nie tyle, co u Kolcewa, ale pomieścimy się – odparła wyzywająco Anuszka, patrząc mu prosto w oczy.

Aż go skręciło z wściekłości. Zrozumiał. Przeklęty Kolcew! Pewnie żyła z nim na kocią łapę, a teraz generał postanowił pozbyć się wojennej kochanki i osobiście odesłał ją do prawowitego męża.

– Więc mamy jakąś sprzątaczkę czy nie? – powtórzyła Anuszka z triumfalnym błyskiem w oku. Nazwisko Kolcewa na każdym robiło wrażenie. Wszyscy wiedzieli, że generał pił z samym Berią[5].

– Wyjechała na Zachód – odparł z rezygnacją Osipowicz.

– To tylko jedna Niemra jest w tym mieście? – zadrwiła Anuszka.

Osipowicz obrócił się do Mikutina, który właśnie przytaszczył dwie wielkie walizy.

– Mikutin, załatw no jakąś nową babę do sprzątania.

– Tak jest.

Szofer trzasnął obcasami i wyszedł czym prędzej, jakby uciekał z płonącego budynku.

– To jest Anton, twój syn – oznajmiła Anuszka, kiedy zostali sami. – Anton, przywitaj się z ojcem.

Okrągły chłopczyk z zadartym nosem posłusznie objął wskazanego mu mężczyznę. Był przyzwyczajony do tego, że ojcowie się zmieniali.

– Mógłbyś chociaż spodnie włożyć – burknęła Anusza. – Komendant, a przy ludziach w gaciach chodzi.

Tak minęła cała niedziela. Rozkazy, pokrzykiwania, wojskowy dryl – zupełnie jak w łagrze. Osipowicz szczerze współczuł nowej sprzątaczce, którą Mikutin przywiózł w ciągu niespełna godziny. Kobiecina uwijała się jak w ukropie pod komendą Anuszki. Biegała wte i wewte, szorowała, czyściła, polerowała. Znacznie bardziej komendant Osipowicz współczuł jednak samemu sobie. W jednej chwili jego spełniony sen z partyzanckich lat zamienił się w koszmar. Nadmorska willa, do której wracał z rozkoszą, przestała być cichą przystanią. Wypełniła się teraz krzykami i obcymi ludźmi.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Późnym wieczorem, kiedy udręczony dom odpoczywał po całodziennym szorowaniu, Anuszka bez ceregieli wpakowała się do łóżka Osipowicza i zaczęła się do niego dobierać. Meszek pod jej nosem, cebulowy oddech, obwisłe piersi – wszystko to omal go nie zemdliło. Poczuł się jak gwałcona Niemka.

Osipowicz wzdrygnął się na myśl o powrocie do domu. Słońce zachodziło, a to oznaczało jedno – że znowu trzeba będzie to robić z Anuszką.

– Zawracaj – rozkazał szoferowi. – Jedziemy do komendantury.

– O tej porze? – zdziwił się Mikutin.

– Głuchy jesteś?! – huknął Osipowicz.

Mikutin zrozumiał. Też nie miałby ochoty wracać do tej strasznej baby. Od dłuższego czasu rozmyślał, jak pomóc Dziadzi Arłamowi, ale nic mądrego nie przychodziło mu do głowy.

W komendanturze czekał na Osipowicza niespodziewany gość.

– Uparł się, że zaczeka w waszym gabinecie, więc go wpuściłem – tłumaczył się dyżurny Jermakow. – Mówię, wyjaśniam, że towarzysz komendant może już dzisiaj nie wrócić, a ten swoje – zaczekam w jego gabinecie. Darujcie, towarzyszu komendancie, ale co miałem zrobić, w końcu on też pułkownik.

W innych okolicznościach Jermakow z pewnością dostałby od komendanta po gębie, ale tym razem Osipowicz nawet ucieszył się po cichu, że ktoś czekał na niego w gabinecie. Naprawdę musiał zostać dłużej w pracy! Kto wie, czy sprawa nie wymagała jakiegoś dłuższego wyjazdu w teren, a to oznaczałoby, że mógłby nie wracać do Anuszki nawet przez kilka dni z rzędu. Serce zabiło mu nową nadzieją.

– Nazwisko jakieś podał?

– Sawin. Pułkownik Nikita Sawin.

Dreszcz przeszedł Osipowicza na dźwięk znajomego nazwiska. Mikutin też je rozpoznał. Obu ich zamurowało.

– Mam pójść z wami, towarzyszu dowódco?

– Nie. Dam sobie radę.

Osipowicz ruszył po schodach z bijącym sercem. Sawin. Jego zastępca w partyzantce. Najpierw brat, a potem wróg gorszy od Germańców. Ostatnie wspomnienia, jakie mu po nim zostały, pochodziły z tamtej nocy na bagnach, kiedy zwaliło się na nich niemieckie piekło: moździerze, nieskończone serie z kaemów i to, co najgorsze – samoloty, które krążyły nad lasem, zrzucając flary.

– Nikita?

Gość wstał na widok wchodzącego komendanta. Nie postarzał się, nie posiwiał – zresztą, czemu miałby przez dwa lata posiwieć? Osipowicz ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że od tamtej nocy rzeczywiście minęły tylko dwa lata.

– Dziadzia Arłam!

Uścisnęli się. Osipowicz nie tracił jednak czujności. Dobrze pamiętał, że ostatni raz widział tę twarz w świetle niemieckich flar, kiedy wpychał ją pod powierzchnię bagna. Czyżby drań przyjechał się mścić?

– Kiedy przyjechałeś? – spytał ostrożnie. Nie chciał zaczynać zbyt obcesowo, tylko powoli wybadać łajdaka.

– A, dopiero co. Jak się dowiedziałem, że jesteś tu komendantem, to aż serce mi podeszło do gardła z radości.

Osipowicz sięgnął po papierosy, żeby ukryć swoją reakcję. Poczęstował gościa.

– Dziękuję.

Sawin zapalił papierosa i zaciągnął się mocno.

– Dali mi kilku ludzi i kazali tu przyjechać.

Osipowiczowi aż cisnęło się na usta, żeby zapytać z irytacją, po jaką cholerę, ale opanował się.

– Dalej robisz w propagandzie?

– Można tak powiedzieć.

– Zawsze byłeś w tym dobry. Pamiętam, jak na samym początku wojny[6] kazałeś inwalidom łazić od wsi do wsi, żeby przepowiadali klęskę Hitlera.

– I co, proroctwo się spełniło!

Obaj gruchnęli serdecznym śmiechem, jakby znowu byli leśnymi braćmi.

Sawin sięgnął do skórzanej teczki po litr samogonu. Postawił butlę na stole.

– Słuchaj, Arłam, co było, to było, ale najlepiej wszystko zapomnieć i iść do przodu.

O, takie podejście bardzo Osipowiczowi odpowiadało. Czy to ważne, kto kogo chciał wtedy utopić i zadźgać? Poza tym pękata butla od razu usposobiła go pojednawczo, przywołując znacznie cieplejsze wspomnienia z partyzanckich lat.

– Samogon?

– Prawdziwa radziecka whiskey.

Znowu wybuchnęli śmiechem. Tym razem Osipowicz śmiał się naprawdę od serca, otwierając butelkę.

Pili bez pośpiechu, zakąszając tuszonką i świeżym chlebem od Hochwelta. Rozmowa toczyła się głównie wokół przeszłości, ale tej bezpiecznej, bez przypominania szczegółów w rodzaju kto, co i jak. Anegdoty i historyjki z leśnego życia zupełnie odkleiły się już od prawdy, więc można je było opowiadać niczym stare ruskie podania ludowe.

Za oknem była już ciemna noc, kiedy Sawin powiedział wreszcie coś konkretnego.

– A ja do ciebie, Arłam, z interesem przyjeżdżam.

– Dawaj.

– Bo różne pogłoski chodzą o tym twoim mieście.

Osipowicz zaniepokoił się. Źle to zabrzmiało.

– Jakie pogłoski?

– Że tu ludzie umarłych widzą. Takie tam.

– Szkopy bajki sobie opowiadają! – Komendant machnął lekceważąco ręką. – Rozum postradały. Co rusz coś im się zwiduje: jak nie trzecia wojna, to epidemia, jak nie epidemia, to duchy. Nie warto się tym zajmować.

– Przeciwnie. Właśnie po to mnie tu przysłali.

– Żeby polować na duchy?

– Kpij sobie dalej. Ty nigdy informacji nie doceniałeś.

– A gdzie tu informacja? Mówię ci, że Niemcom różne głupoty się zwidują!

– Możesz myśleć, co chcesz, ale pomagać musisz.

– Ja tobie?

– Nie mnie.

Sawin wyjął z kieszeni złożoną starannie kartkę i położył ją na stole. Było to coś w rodzaju otwartego listu do wszystkich sowieckich komendantów wojennych na zachodzie, który zobowiązywał ich do „udzielenia wszelkiej możliwej pomocy pułkownikowi Nikicie Sawinowi w wykonywaniu jego specjalnych zadań na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech”. Na końcu widniał podpis generała-lejtnanta Piotra Kolcewa.

Dla Osipowicza była to kolejna gorzka pigułka. Uwziął się na niego ten przeklęty Kolcew czy co? Najpierw zesłał mu na głowę byłą żonę, a teraz byłego przyjaciela – nie wiadomo, co gorsze.

– Czego ode mnie chcesz?

Sawin złożył z powrotem karteczkę i schował ją do kieszeni. Nie spieszył się z odpowiedzią.

– Na początek potrzebuję lokalu dla siebie i swoich ludzi.

Osipowicz milczał przez chwilę. Jak mogło mu w ogóle przyjść do głowy, że Sawin naprawdę był gotów do pojednania? Chciał się mścić, to pewne. Tylko po to przyjechał.

– Dobrze. Mamy jeszcze wolne pokoje – odparł z trudem.

– Nie tutaj. To musi być oddzielny budynek, najlepiej nad kanałem, z dostępem do nabrzeża.

Osipowicz skinął głową. Niby co miał zrobić?

– Coś jeszcze?

– Macie informować nas o nastrojach wśród niemieckiej ludności i wszelkich zagadkowych wydarzeniach w mieście.

– Jak to zagadkowych?

– Dziwnych, niewyjaśnionych, tajemniczych. Coś takiego ostatnio się wydarzyło?

Osipowicz się zawahał. Nie miał najmniejszej ochoty pomagać Sawinowi, ale drań i tak prędzej czy później dowiedziałby się o tych jedenastu workach.

– To znaczy jest jedna zagadka...

Powiedział mu o znalezisku nad morzem, starannie ukrywając rolę Kostrzewy w całej sprawie. Niepotrzebne były mu szczegółowe pytania o Polaka.

Sawin zareagował bardzo dziwnie.

– Co?! – krzyknął, zrywając się z krzesła. – I dopiero teraz mi o tym mówisz?!

Osipowicz patrzył na niego w osłupieniu. Dawno już nie widział kogoś tak pobudzonego. Sawin chodził po pokoju wte i wewte, jak zwierzę miotające się w klatce.

– Nie wiedziałem, czy to ważne.

– Czy ważne?! – wykrzyknął Sawin w stronę portretu Stalina, jakby przemawiał wprost do niego. – Pięć trupów wyławiają z morza, a ten nie wie, czy to ważne!

– Nie powiedziałem, że pięć – poprawił go Osipowicz. – Nie wiadomo dokładnie ile. Wszystko zmieściło się w jedenastu workach. Moi ludzie właśnie badają te szczątki.

– Kto?

– Polak, niemiecki Żyd i Pietia – syn Swiety, pamiętasz go...

– Polak? Dopuściłeś do tajemnicy Polaka?

– A to jest tajemnica?

– Ilu konkretnie ludzi wie o sprawie?

– Spokojnie, te trupy to na pewno szkopy...

– Skąd wiesz?!

Osipowicz miał dosyć przesłuchania. Koniec końców nadal był komendantem wojennym miasta, a Sawin tylko przydupasem Kolcewa. Nie miał żadnego prawa wydzierać mu się do ucha. Wstał z godnością.

– Wiesz co, Sawin? – powiedział mu prosto w twarz. – Ty na mnie mordy nie wydzieraj. Pytałeś, odpowiedziałem. Lokal nad kanałem będziesz miał jutro załatwiony. Jeszcze coś?

Sawin zdał sobie sprawę, że trochę się zagalopował.

– Wybacz, Arłam. To po prostu może być ważna sprawa. Muszę to wiedzieć. Dokąd zawieźliście te worki?

4

Nawet do głowy mu nie przyszło, żeby grzebać w workach z oślizłym ludzkim mięsem. Adam po prostu usiadł w kącie szpitalnej kostnicy i sięgnął po paczkę papierosów, żeby stłumić nasilający się trupi odór. Niestety, opakowanie lucky strike’ów było już puste.

– Pietia! – zawołał po chwili wahania. Wcale nie miał ochoty nawiązywać znowu kontaktu ze sługusem komendanta.

Pietia Fedoruk przybiegł od razu niczym pies merdający ogonem. Od godziny czekał w napięciu, aż Kostrzewa go zawoła. Marzył o tym, żeby znowu zostać jego asystentem.

– Masz co zapalić?

Pietia liczył na jakieś konkretne policyjne zadanie, ale ochoczo sięgnął po szaroniebieską paczkę papierosów.

– Co to jest? – spytał Adam.

– Biełomory. Amerykańców nie mam.

Kiedy Adam sięgał po papierosa, Pietia dostrzegł szansę, żeby znowu wkraść się w jego łaski.

– Weźcie całą paczkę.

Adam od razu poczuł na sobie wzrok swojego dawnego szefa. Co się z panem stało, panie aspirancie? – zdawał się mówić z wyrzutem komisarz Strzelczyk. Nie wystarczy, że Sowieci pana karmią?

– Bierzcie, bierzcie – zachęcił go Pietia. – Ja mam tego od cholery.

Adam chwycił paczkę zdecydowanie, jakby chciał jednoznacznie odpowiedzieć na wymówki komisarza. Łatwo się mądrzyć, kiedy człowiek gnije sobie w zbiorowym grobie i nie chce mu się palić. Poza tym takie były zasady nowego świata: jak dają coś darmo, bierz podwójną porcję, bo więcej może ci się to nie przytrafić.

Pietia patrzył z satysfakcją, jak Kostrzewa wyjmuje papierosa. Teraz wreszcie mógł zapytać go prosto z mostu o śledztwo.

– Jaką macie hipnozę?

– Chodzi ci o hipotezę?

– Nie śmiejcie się. Dawno żeśmy razem śledztwa nie prowadzili, to mogą pewne rzeczy z głowy wylecieć.

– Nie mam żadnej hipotezy.

– Dziadzia Arłam, znaczy komendant, mówi, że to szkopy z jakiegoś rozwalonego okrętu.

– Chyba nago służyli na tym okręcie. Nie widzę tu żadnych mundurów. Poza tym ciała nie są rozerwane w wybuchu, ale zwyczajnie porąbane siekierą.

– Ja też tak sądzę – odezwał się nagle głos za ich plecami.

Adam i Pietia odwrócili się. Doktor Rosenblatt stał, oglądając w rękach kawał ludzkiej nogi uciętej nad kolanem.

– Proszę spojrzeć tutaj: jest wyraźny ślad po kilku uderzeniach. Rzeźnik musiał już być zmęczony ćwiartowaniem i szło mu coraz gorzej.

– Pan też jest z zamiłowania detektywem? – zadrwił Adam.

– Nie, nie! – Doktor Rosenblatt roześmiał się dobrodusznie. – Ale kilka razy brałem udział w różnych dochodzeniach jako biegły sądowy.

Adam przyjrzał się uważnie nowemu dyrektorowi miejskiego szpitala. Nie ufał mu.

– Doskonale. W takim razie mamy bardzo fachowy zespół. Bierzcie się do roboty: trzeba ustalić liczbę ofiar.

– A wy? – spytał ostrożnie Pietia.

Adam zignorował pytanie i zwrócił się do doktora:

– Jest tu jakiś magazyn?

– Po drugiej stronie korytarza.

– Pięknie. Przyjdźcie po mnie, jak uda się wam policzyć trupy.

Wyszedł.

Po drugiej stronie korytarza był schowek ze starymi gratami, które w normalnych czasach nie nadawałyby się do niczego, ale teraz mogły posłużyć do wielu rzeczy. Z pordzewiałych łóżek można by zbudować całkiem solidną barykadę albo umocnienie okopu, a stare materace utrzymałyby ognisko dla sporej grupy uchodźców co najmniej pół nocy. Adam znalazł dla nich jeszcze jedno przeznaczenie: zrobił sobie w kącie rupieciarni wygodne legowisko.

Wreszcie mógł spokojnie zapalić. Dziwne były te ruskie papierosy. Każdy składał się z krótkiej gilzy i kartonowej rurki, która służyła za ustnik. Adam uważnie obejrzał płaską paczkę. Widniała na niej jakaś mapka z czerwonymi granicami i nazwą „Biełomorkanał”. Może była to reklama fabryki, w której produkowano ten szlachetny wyrób tytoniowy?

Nagle Adam doznał olśnienia. Jakby zajrzał przez paczkę sowieckich papierosów w samą istotę nowego życia, jakie czekało go w imperium spod znaku sierpa i młota. Przypomniał sobie, że słyszał już nazwę „Biełomorkanał”. Wcale nie była to żadna fabryka papierosów, lecz nazwa kanału łączącego Morze Białe z Bałtykiem. Zbudowali go w latach trzydziestych niewolnicy czerwonego imperium – więźniowie polityczni i przymusowi przesiedleńcy. Budowa pochłonęła kilkaset tysięcy ofiar. Nazwa papierosów była więc w pewnym sensie hołdem dla bezimiennego niewolnika, który w dwudziestostopniowym rosyjskim mrozie trzymał w rękawicy z jednym palcem kartonowy ustnik ohydnego papierosa o gorzkim smaku, jakiego ludzkość nigdy dotąd nie znała – smaku komunizmu.

Adam zakaszlał gwałtownie. Biełomory miały nie tylko piekielny smak, ale i moc. Z tytoniem nie łączyło ich wiele. Rupieciarnia wypełniła się intensywną wonią tartaku. Nie do wiary: w jednej chwili trupi odór dolatujący z drugiej strony korytarza zniknął zupełnie. Adam pierwszy raz spojrzał na sowiecki wynalazek z szacunkiem. A więc do tego to służyło! Powinni umieścić na każdej paczce slogan reklamowy: „Skutecznie likwiduje fetor śmierci. Polecane w obozach koncentracyjnych”. Szkoda, że w Oświęcimiu nie było biełomorów.

Ledwo ułożył się wygodnie w swoim legowisku, w jego głowie znów rozbrzmiał natrętny głos dawno utraconej przeszłości. Nadkomisarz Strzelczyk najwyraźniej nie zamierzał się od niego odczepić.

Nie uważa pan, że powinien być przy oględzinach zwłok, panie aspirancie?

Na razie to są tylko kawałki zwłok. Dosyć się tego naoglądałem przez ostatnie lata.

Czy to rozsądne pozostawiać sprawę sowieckiemu półanalfabecie i lekarzowi, do którego nie ma pan zaufania?

Adam cisnął kawałkiem cegły w miejsce, gdzie jego zdaniem siedział nadkomisarz Strzelczyk. Cegła rąbnęła z brzękiem w jakieś żelastwo. Była to jego jedyna odpowiedź dla martwego szefa. Nic więcej nie miał mu do powiedzenia. Obrócił się plecami na legowisku i zamknął oczy.

Zdawało mu się, że niemal natychmiast ktoś zaczął potrząsać go za ramię. W rzeczywistości upłynęło jednak kilka godzin.

– Obudźcie się! – wołał do niego Pietia Fedoruk.

Zerwał się, sięgając po pistolet.

– Spokojnie, to ja! Wszystko żeśmy z doktorem pięknie poukładali. Chodźcie zobaczyć!

Adam dźwignął się z posłania i ruszył za podekscytowanym Pietią.

W kostnicy przywitał go rozpromieniony doktor Rosenblatt.

– Pięciu mężczyzn! – obwieścił. – Wiek między dwadzieścia pięć a pięćdziesiąt lat. Rasa biała.

Rozłożył ręce, pokazując na sześć metalowych stołów, na których leżały złożone z kawałków niekompletne zwłoki. Jednym brakowało kończyn, innym części torsów. Wszystkie było pozbawione głów.

– Dziwne, prawda? – zawołał podnieconym głosem Pietia. – Tyle worów żeśmy przytachali, a okazuje się, że truposzów tyko pięciu!

– Ciała zdążyły napuchnąć w wodzie – wyjaśnił doktor Rosenblatt. – Stąd większa objętość. Ale odkryliśmy znacznie ciekawsze rzeczy.

– O tak! – zapiał Pietia. – Bardzo ciekawe!

Doktor Rosenblatt podszedł do pierwszego ze stołów.

– Zacznijmy od tego, że moim zdaniem wszystkie ofiary zginęły z różnych przyczyn, po czym poćwiartowano je tą samą ręką i wrzucono do morza.

– Dlaczego tą samą?

– Cięcia są podobne. Byłem raz biegłym przy sprawie zabójstwa siekierą, więc... – Doktor przerwał, lekko zmieszany.

– Niech pan mówi dalej.

Mężczyzna spojrzał niepewnie na rozmówców.

– No więc tu mamy najstarszą ofiarę...

– To jest Kurt – wyjaśnił Pietia. – Stary dziad.

– Niemiec? – spytał Adam.

– To znaczy, towarzysz Fedoruk tak uważa...

– A pan?

– Nie mam podstaw, żeby to jednoznacznie stwierdzić...

– Czyli co pan właściwie odkrył?

– To ciało właściwie nie ma narządów wewnętrznych.

– Wypatroszone?

– Otóż, wcale nie.

– Papkę ma w środku – wtrącił Pietia.

– Wszystkie narządy zostały zmiażdżone przez oddziaływanie jakiejś potężnej siły.

– Bomba?

– Niemożliwe. Nie ma żadnych zewnętrznych śladów.

– W takim razie co?

– Nie mam pojęcia.

– Pięknie. Co mamy dalej?

Doktor Rosenblatt przeszedł do kolejnego stołu.

– Mężczyzna, trzydzieści–czterdzieści lat, rasa biała...

– Willi – powiedział Fedoruk. – Znaczy ja go tak nazwałem.

Adam skarcił go wzrokiem i zwrócił się z powrotem do doktora.

– Niech pan mówi.

– Ten z kolei ma wszystkie kości popękane w drobny mak. Jakby spadł z ogromnej wysokości. Tyle że to nie jest możliwe, bo wtedy ciało rozbiłoby się na placek, a tu nic takiego nie widać... Trzeci denat to też ciekawy przypadek. Proszę popatrzeć: wszystkie kawałki mają ten sam sinofioletowy kolor.

– Po mojemu ostry łomot dostał i dlatego wyciągnął kopyta – powiedział Pietia.

– Ośmielam się nie zgodzić z teorią towarzysza Fedoruka... Moim zdaniem to skutek podawania jakiejś substancji chemicznej.

– Fenol?

Doktor Rosenblatt spojrzał na niego.

– Skąd takie przypuszczenie?

– Nieważne – burknął Adam wymijająco. Nie miał ochoty na szczere rozmowy z doktorem. – Co pan uważa?

– Trzeba pobrać próbki i zbadać w laboratorium.

– Gdzie? – zaciekawił się Pietia.

– Nasz doktor snuje fantazje – zakpił Adam.

– Gdzieś na pewno jest jakieś laboratorium. – Doktor Rosenblatt zdał sobie sprawę, że trochę się zagalopował. Istotnie, w Swinemünde znacznie łatwiej było znaleźć bimbrownię niż laboratorium. – Przejdźmy dalej. Czwarty denat, lat około trzydziestu, to moim zdaniem ofiara jakiejś choroby zakaźnej. Świadczą o tym wypryski na całym ciele, to znaczy na jego częściach.

– Tyfus?

– Nie sądzę, ale dla bezpieczeństwa proszę trzymać się z daleka.

Adam cofnął się instynktownie, omijając stół z czwartą ofiarą.

– Ostatnia ofiara jest szczególnie interesująca – ciągnął doktor.

– Eskimos – wtrącił Pietia. – Zamarzł na śmierć.

– Co?

– To prawda. Denat zmarł prawdopodobnie z powodu skrajnego wychłodzenia organizmu.

– Rozmrożone mięso po prostu – wyjaśnił zaaferowany Pietia. – Widziałem to nieraz na Białorusi. Trup jest wtedy cały siny, jak ten tutaj...

– To nie ma sensu – przerwał mu Adam. – Jest czerwiec.

– Wiem – odparł doktor. – To zresztą nie jedyna zagadka. Na dwóch ciałach znaleźliśmy dziwne znaki...

– Ja pokażę! – zaoferował się Pietia i chwycił z jednego ze stołów kawałek przedramienia, podsuwając go Adamowi pod sam nos. – Widzicie tutaj? Najpierw żeśmy myśleli, że to znamię...

– Zabierz to, człowieku! – fuknął na niego Adam. – Co to jest?

– Wygląda na tatuaż – odparł doktor. – Znaleźliśmy dwa identyczne, i to w tych samych miejscach na przedramieniu.

Adam przysunął się ostrożnie do kawałka ludzkiej ręki trzymanej przez Pietię. Widniał na niej niewielki znaczek.

– I co? – triumfował Pietia. – Miałem rację, to szkopy. Wyraźnie widać swastykę.

– Wy wszędzie widzicie swastykę – powiedział Adam. – Dla mnie to zwykły kleks.

– Że co? – zdumiał się Pietia.

– Wygląda na to, jakby gość próbował zamalować sobie poprzedni tatuaż.

– Też przyszło mi to do głowy – powiedział Rosenblatt. – Ale drugi znak jest identyczny.

Pietia rzucił się do stołu po inny kawałek przedramienia, żeby zademonstrować go Adamowi.

Rzeczywiście, znak był identyczny. Adam spojrzał na doktora zaskoczony.

– Widział pan kiedyś coś takiego?

– Nigdy.

– Swastyka – powtórzył z przekonaniem Pietia. – Tyle że specjalnie tak głupio zrobiona, żeby nie można było rozpoznać.

– Głupio to ty gadasz, Fedoruk – skarcił go Adam. – I nie wymachuj mi tym przed oczami.

Pietia odłożył ludzkie szczątki na swoje miejsce na stole.

– Niewykluczone, że pozostałe ofiary też miały takie tatuaże, ale brakuje im kawałków rąk – dodał doktor Rosenblatt.

– Tego teraz nie ustalimy – powiedział Adam. – Powtórzmy, co możemy przekazać komendantowi. A więc – mamy pięć trupów płci męskiej, w wieku...

– Między dwadzieścia pięć a pięćdziesiąt lat – podchwycił doktor Rosenblatt. – Rasy białej. Nie zginęli od ciosów siekierą, a ich ciała zostały rozczłonkowane pośmiertnie. Przyczyny zgonów są różne...

– Krótko – przerwał mu Adam. – Czyli przekazujemy komendatowi, że jeden ma papkę zamiast narządów wewnętrznych, drugi popękane wszystkie kości, trzeci jest nafaszerowany nieznanymi chemikaliami, czwarty zmarł na jakąś chorobę zakaźną, a piąty zamarzł na śmierć.

Doktor Rosenblatt zawahał się.

– Mniej więcej można tak to ująć...

– No to kończymy tę zabawę – podsumował Adam i zwrócił się do Pietii: – Wiesz, co masz zameldować?

– Zaraz, nie tak prędko! – obruszył się Pietia. Coraz bardziej irytowało go, że Polak i Żyd traktowali go jak podwładnego. Koniec końców gadali do przedstawiciela wielkiego rosyjskiego narodu, więc mogliby okazać więcej szacunku. – Jeszcze najważniejszego wam doktor nie powiedział!

– A, tak – przypomniał sobie doktor Rosenblatt. – Ale wcale nie uważam, że to takie ważne.

– Jak nieważne! – zaperzył się Pietia. – Że bestia ich pogryzła to nieważne?!

– Jaka bestia? O czym wy mówicie?

– Na pierwszym i drugim denacie są rozległe ślady ugryzień.

– Pies?

– Chyba tak, ale wyjątkowo duży. Wyrwał im całe kawały ciała.

– Bestia – skwitował Pietia. – Pewnie specjalnie hodowana. Te łajdaki różne eksperymenty robili. Słyszałem, że chcieli skrzyżować psa z wołem.

Adam i Rosenblatt spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

– A ja słyszałem, że u was udało się skrzyżować świnię z człowiekiem – powiedział Adam. – I to na masową skalę.

Rosenblatt parsknął śmiechem, ale opanował się natychmiast.

– Tak czy inaczej to na pewno nie była przyczyna śmierci – dodał poważnie, żeby pokazać, że wcale nie bawią go antykomunistyczne żarty.

Tego było jednak dla Pietii za wiele. Pal diabli, że ci dwaj traktowali go jak durnia, ale na obrażanie Rosji nie mógł pozwolić. W jednej chwili zagotowało się w nim jak w garnku. Wściekłość nie całkiem przysłoniła mu rozsądek, ponieważ nie rzucił się na silniejszego i uzbrojonego Adama, lecz chwycił za gardło małego Rosenblatta.

– Puść go – rozkazał spokojnie Adam.

Pietia nie posłuchał. Ścisnął jeszcze mocniej, potrząsając doktorem jak workiem. Co z tego, że łajdak nic właściwie przeciwko Rosji nie powiedział? W tym sęk – Żydzi zawsze strugali niewinnych. Pietia czuł, jak wzbiera w nim potężna nienawiść nie tyle do doktora Roseblatta, ile do całej jego rasy.

Nagle wydało mu się, że piorun strzelił go w kark. Prąd przeszedł mu po całym ciele. Upadł na posadzkę.

Nad nim stał Kostrzewa z pięściami gotowymi do kolejnego ciosu.

– Wścieklizny dostałeś?!

– Uderzyliście mnie! – wykrzyknął z oburzeniem Pietia. – Radzieckiego żołnierza uderzyliście!

– Idź poskarżyć się swojemu Dziadzi.

Pietia chciał zerwać się z podłogi, ale w tym momencie w drzwiach kostnicy stanął pułkownik Osipowicz.

– Co tu się dzieje?! – ryknął po rosyjsku. – Czemu leżysz na tej podłodze?

Pietia wstał powoli, spoglądając wyzywająco na Adama. Z rozmysłem zwlekał z odpowiedzią, jakby napawał się myślą, że jednym słowem może go teraz załatwić.

– Pośliznąłem się – odparł spokojnie.

Doktor Rosenblatt zakaszlał gwałtownie, próbując wciąż złapać oddech.

– A temu co? – zdziwił się jeszcze bardziej Osipowicz.

– Zakrztusiłem się – wycharczał.

Nie było czasu na dalsze wyjaśnienia. Zza pleców komendanta wyłonił się Sawin. Pietia oniemiał na jego widok, jakby zobaczył zjawę.

– To wy?! – wykrztusił.

Sawin nawet na niego nie spojrzał. Od razu ruszył do stołów z poskładanymi ludzkimi szczątkami. Wyraźnie nie spodobał mu się ten widok.

– Kto to tak poskładał?!

– Ja z towarzyszem Fedorukiem... – odparł ostrożnie doktor Rosenblatt.

Sawin przyjrzał się uważnie całej trójce.

– A wy kto? – rzucił do Adama.

– To jest polski milicjant – pośpieszył z wyjaśnieniem Osipowicz. – Pomaga nam w śledztwie.

– Sam nie umie mówić? Coście za jeden?

– Polski milicjant – odparł spokojnie Adam. – Pomagam w śledztwie.

Naprawdę próbował być pokornym funkcjonariuszem nowej władzy, ale cokolwiek by powiedział, zawsze brzmiało to jak szyderstwo.

Sawin zajrzał mu głęboko w oczy, jakby od razu zobaczył w nich reakcjonistę.

– Polska milicja w Swinemünde? Co tu robicie?

Adam zdał sobie sprawę, że nadciąga nowe zagrożenie. Sawin nie przestawał świdrować go wzrokiem. Trzeba było jeszcze bardziej spuścić z tonu.

– Przysłał mnie Urząd Powiatowy w Pile, towarzyszu pułkowniku – odpowiedział, starannie dobierając słowa. Wiernopoddańczy zwrot „towarzyszu pułkowniku” z trudem przeszedł mu przez gardło, ale przypomniał sobie, że w czasie wojny robił znacznie gorsze rzeczy, żeby przeżyć. – Mieliśmy razem ze specjalną grupą operacyjną zabezpieczać teren do przejęcia przez polską administrację.

Sawin spojrzał na Osipowicza, jakby potrzebował tłumacza dla wyjaśnienia słów wariata.

– O czym on mówi?

– Sprawa jest wyjaśniana na szczeblu politycznym – odparł wymijająco Osipowicz. – Trupy chciałeś obejrzeć.

Sawin spojrzał w stronę stołów. Istotnie, to było teraz najważniejsze. Polakiem zajmie się później.

– Zapakować to wszystko z powrotem do worków – rozkazał.

– Jak to? – wykrztusił Pietia.

– Słyszałeś, co powiedział pułkownik Sawin – syknął Osipowicz. – Pakujcie ich z powrotem. Inna komórka zajmie się tą sprawą.

– Jaka komórka?

– Wydział Informacji! – huknął mu Sawin prosto w twarz. – Jeszcze jakieś pytania?

– Pakujcie, chłopcy – powtórzył łagodnie Osipowicz. – Sprawą zajmą się ludzie pułkownika Sawina.

– Ale my już mamy pewne ustalenia, towarzyszu komendancie... – powiedział ostrożnie doktor Rosenblatt.

– Właśnie! – przytaknął żarliwie Pietia. W jednej chwili nienawiść rasowa do doktora przeszła mu jak ręką odjął. Nawet głupio mu się zrobiło. Grali przecież w jednej drużynie. – Nawet wiemy, jak każdy z nich zginął. Znaczy mniej więcej.

– Wszystkich z powrotem do worków! – huknął Sawin.

– Pakujcie ich – potwierdził Osipowicz. – Więcej się tym nie zajmujemy.

Adam pierwszy sięgnął po worek i podszedł do stołu ze szczątkami. W gruncie rzeczy poczuł ulgę, że nie będzie żadnego śledztwa. Miał teraz nowe zmartwienie: Sawin. Wyglądało na to, że spokojne dni na wyspie Usedom dobiegły końca. Czas było ruszać dalej. Tylko dokąd właściwie? Nieważne. Grunt, żeby z dala od pułkownika Sawina i jego bezpieczniackich oczu.

Pietia wrzucił do środka kawałek ręki oznakowany dziwnym kleksem. Obaj z Adamem spojrzeli sobie prosto w oczy.

Było to jak nowy sojusz, przypieczętowany tajemniczym rytuałem.

5

Naprawdę nic go nie obchodziło, kim były ofiary ani kto i dlaczego porąbał je na kawałki. Chciał tylko jak najszybciej wrócić do swojego poniemieckiego domu i zaszyć się w nim tym razem na dobre. Co go podkusiło, żeby w ogóle wychodzić na miasto? Zaopatrzenie mógł załatwić sobie w inny sposób: na przykład posłać do piekarni jakiegoś Niemca.

Szedł przez puste ulice Swinemünde. Jego kroki odbijały się głuchym echem od kamienic z czerwonej cegły. Wdychał głęboko powietrze, żeby pozbyć się trupiego odoru, który towarzyszył mu przez całą drogę. Na próżno. Chyba nie nadawał się już na policjanta. Dawniej nie był taki wrażliwy.

Rozejrzał się. Zwykle w takich chwilach niezawodnie zjawiał się nadkomisarz Strzelczyk z naganą w martwych oczach, ale ulica była pusta. Adam miał teraz poważniejsze zmartwienie niż wyrzuty policyjnego sumienia: Nikita Sawin. Samo nazwisko sowieckiego pułkownika brzmiało jak zapowiedź nowych kłopotów. Wciąż czuł na sobie jego wzrok. Wydział Informacji – cokolwiek to było, z daleka zalatywało torturami. Właściwie należało od razu spakować manatki i ruszać w dalszą drogę. Ale dokąd? I jak właściwie? Wmieszać się w tłum dipisów wędrujących na zachód? Jedyną legalną szansę na wyjazd sam przecież odrzucił, wysiadając z ciężarówki Czerwonego Krzyża.

Poczuł głód. Przyspieszył kroku. W głowie zaczynało mu świtać coś na kształt życiowego planu: najeść się, przykryć kocem i spać jak najdłużej. A co dalej? Bez sensu były takie pytania. Doświadczenie ostatnich lat nauczyło go, żeby nie planować przyszłości dalszej niż kilka najbliższych godzin.

Dom Frau Pohl otaczał ze wszystkich stron bujny ogród. Właściwie były to idealne warunki dla szabrowników: chaszcze pozwalały przekraść się niepostrzeżenie do obrośniętych bluszczem okien, wleźć do środka i wynieść wszystkie dywany, wazony, kołdry i co tylko się da bez zwracania na siebie uwagi. Dom był jednak nienaruszony, z całymi szybami i paprotkami w oknach. Żaden szabrownik nie ośmieliłby się nawet rzucić w niego kamieniem. Na ogrodzeniu wisiał bowiem odręczny napis na żelaznej tabliczce: „Zajęte przez Komendanturę Wojenną”. Był to, oprócz pistoletu luger, jeszcze jeden dowód wdzięczności komendanta Osipowicza za rozwiązanie sprawy zabójstwa pastora Friedkego.

Adam wszedł do środka. Przez ułamek sekundy wydało mu się, że słyszy kroki wybiegającej mu na powitanie Miry. Znowu był rok 1940. Niemcy chodzili butnie po ulicach Warszawy, a on wracał jak na skrzydłach z pracy w policyjnym komisariacie.

Sercu miły! Co tak długo?

Stał przez chwilę w przedpokoju, wsłuchując się w głuchą ciszę w poniemieckim domu.

W kuchni oderwał kawał chleba i zaczął go żuć. Co dalej? Bezsensowne pytanie znów powróciło. Trzeba było w końcu stawić mu czoło. Mira nie żyła, a wraz z nią umarł plan wyjazdu do Buenos Aires, gdzie mieli spotkać się po wojnie. Swinemünde powinno być tylko przystankiem na tej drodze, a stało się czymś w rodzaju czyśćca, w którym tkwił z własnej woli i z którego bał się ruszyć dalej. No bo niby dokąd, dokąd?

Zerwał się gwałtownie z krzesła, ciskając szklanką o ścianę. Szkło rozprysło się po całej kuchni i w domu znów zapanowała cisza.

Nagle rozległ się ostry dzwonek do drzwi. Adam zesztywniał. To mogli być tylko Sowieci. Od razu przyszedł mu do głowy Nikita Sawin.

Sprawdził pistolet. Jeśli przysłali nie więcej niż dwóch, powinien sobie poradzić. Może to i lepiej, że po niego przyszli. Wreszcie będzie musiał podjąć jakąś decyzję.

Ale to nie byli Sowieci. W progu stała Mira.

Poczuł, że kolana mu miękną, a gardło zaciska się z goryczy. Umysł nie powinien wyprawiać człowiekowi takich rzeczy. Co innego zwykłe omamy w rodzaju nadkomisarza Strzelczyka, a co innego obraz kobiety, dla której żył każdego dnia przez ostatnie pięć lat. To było prawdziwe okrucieństwo. Chciał zatrzasnąć drzwi, ale Mira przytrzymała je ręką.

Sercu miły, co robisz? Szukałam cię tyle czasu...

Przywarła do niego ciepłym ciałem. Wyraźnie poczuł zapach jej włosów i pulsowanie serca. To nie były omamy. Naprawdę trzymał w ramionach Mirę.

Chciał wypowiedzieć na głos jej imię, żeby sprawdzić, czy nie zniknie, ale w tym momencie zakręciło mu się gwałtownie w głowie i stracił przytomność.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Volkssturm (niem.) – cywilna formacja złożona głównie z dzieci i ludzi starszych powołanych do obrony Niemiec w ostatniej fazie II wojny światowej.
[2]Nur für Deutsche (niem.) – Tylko dla Niemców. Urzędowy napis powszechnie widywany na terenach okupowanej Polski.
[3] Inwencja językowa Pietii. W wolnym tłumaczeniu: „Sturmbahnführer Dupek”.
[4] Wydarzenia te opisano w pierwszym tomie pt. Wyspa zero.
[5] Ławrientij Beria (1899–1953) – szef NKWD.
[6] Z rosyjskiego punktu widzenia początek II wojny światowej to rok 1941.