Cukier w normie - Sławomir Shuty - ebook
NOWOŚĆ

Cukier w normie ebook

Sławomir Shuty

5,0

Opis

Cukier w normie to druga pozycja z mojego nowohuckiego księgozbioru, tak zwanej trylogii konsumpcyjnej. Pisząc ją, posiłkowałem się techniką cut-up, czyli — po prostu — literackim kolażem. Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze, na czym polega na technika (poza znajomością dzieł jej twórcy W. Burroughsa), używałem jej intuicyjnie, tworzyłem nowe sensy z historii zaczerpniętych z brukowców, opisujących historię pani Jadzi, która nie zdążyła zrobić rosołu, bo porwali ją kosmici. U schyłku XX wieku słyszało się historie o piekarniach, które sprzedawały zatruty sporyszem chleb, wiadomo, lepiej odchorować, niżby miało się zmarnować (i stuknąć po kieszeni). Cukier w normie to historie społeczności bloku, która nażarła się zarażonego sporyszem chleba i halucynuje w najlepsze pod niebem, na którym wiszą ciemne obłoki dzikiego kapitalizmu.
Od Autora


Ubóstwo rozmów wtłoczonych w klisze językowe tworzy „nieodparty komizm”. Ale nie tylko o komizm tu chodzi. Shuty uczy nieufności i podejrzliwości wobec języka, który wmawia nam wtórną bezradność. „Cukier w normie” jest antytoksyną.
Agnieszka Drotkiewicz


Kamienica z Delicatessen? Wieżowiec Ballarda? Chuj tam - parkujemy kradzionym papamobile kombi na gaz z kompletem opon zimowych pod nowohuckim blokiem, odkręcamy szybkę korbką i BANG-CHRUM-UCH, i potem cisza, a antykapitaluchowy paluchobrzyn autora już tylko paruje jak skręcik w saunie. Bo Shuty jak ten prześliczny taksydermista-inkwizytor: lepi dzikość żołądka, niucha gnicie znakomicie i w ogóle - śle cukierkowe kule w śmiech wszelkich pociech.
Patryk Kosenda

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 176

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0

Popularność




Sławomir Shuty, Cukier w normie, Kraków 2021
Copyright © by the Author, 2021 Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2021
Redakcja serii Piotr Marecki
Redakcja i korekta Filip Fierek
Projekt okładki Bolesław Chromry
Projekt typograficzny, skład i łamanie, korekta By Mouse | www.bymouse.pl
Wydanie III poprawione
ISBN 978-83-66571-39-6
Korporacja Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 698 656 756korporacja@ha.art.plwww.ha.art.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

• Antonina Kardaś, Czernucha

• Aleksandra Wstecz, Kwiaty rozłączki

• Jarek Skurzyński, Zrolowany wrześniowy Vogue

• Zenon Sakson, Zaczarowany uber

• Sławomir Shuty, Historie o ludziach z wolnego wybiegu. Pasty i skity

• Maciej Topolski, Niż

• Jakub Michalczenia, Korszakowo [wyd. II popr. i uzupeł.]

• Maciej Piotr Prus, Wyspa i inni ludzie

• Jan Dzban, Dentro De Luxe

• Anna Sudoł, Projekt

• Sławomir Shuty, Bełkot [wyd. II popr.]

• Jaga Słowińska, Czarnolas

• Sławomir Shuty, Cukier w normie [wyd. III popr.]

Cukier jest zero.

Cukier jest dobry.

Cukier mi super wyszedł.

Cukier w normie, panie!

Ale cholesterol wysoki,

Mój ty boże...

Z tysiąca i jednej choroby

– Kiedy folgujemy zbytnio rozkoszom podniebienia, wątroba ma pełne ręce roboty, zadaniem tego narządu jest bowiem trawienie tłuszczów i odtruwanie organizmu. Warto zatem pospieszyć mu z pomocą. Gdy wątroba intensywnie pracuje, przepływa przez nią duża ilość krwi... – Jacek zamyślił się.

– I co się wtedy dzieje, tatusiu? – Justynka, patrząc na niego z takim oddaniem i ufnością, wyglądała jak aniołek.

Jacek pocałował ją w czoło i zaczął opowiadać dalej:

– Przekrwiona wątroba powiększa się, co objawia się uczuciem ucisku z prawej strony pod żebrami, któremu towarzyszy tępy ból. Nasila się zwykle po jedzeniu, szczególnie gdy jest ono obfite, tłuste, mocno przyprawione, a dania popijaliśmy alkoholem. Dzieje się tak przeważnie w okresie świąt.

– A u nas na święta też tak będzie? – spytała dziewczynka.

– Oczywiście, kochanie, oczywiście, podoba ci się?

– Bardzo, a co było dalej?

– Ból wzmaga się przy ucisku, toteż wątrobowcy często rozluźniają w pasie spódnicę czy spodnie, ale i to nie pomaga.

– To tak jak wujek Łukasz, prawda, tatusiu?

– Prawda, ty moja królewno, jesteś taka słodziutka, że tatuś z chęcią by cię zjadł. – Przez moment zobaczył w myślach wspaniałe pieczyste i do tego kilka pikantnych sosów, mniam, mniam... – Może chcesz już spać?

– Nie, nie, opowiadaj dalej, tatusiu...

– Na czym stanęliśmy? Wujek rozpina spodnie, ale i to nie pomaga. Nigdy też nie kładzie się na prawym boku, ponieważ jego wątroba nie znosi tej pozycji. Nieleczone powiększenie wątroby może przejść w stan chorobowy i doprowadzić do trwałych zmian tego narządu. Gdy dolegliwości nie są zbyt dokuczliwe, można jeszcze im zaradzić...

– Ale jak, jak? – niecierpliwiło się dziecko. – Jak, tatusiu?

– Ogranicz tłuszcze – odpowiedział. – Jedz mniejsze porcje, ogranicz alkohol, ratuj się ziółkami, używaj przypraw wspomagających trawienie: kminku, majeranku, jałowca, na czczo wypij filiżankę mleka z miodem, rób ciepłe okłady – recytował. – Dobrze, ale ty już naprawdę musisz iść spać, cukiereczku.

– Tatooo...

– Naprawdę, już najwyższa pora, jutro na dobranoc opowiem ci inną bajkę.

– A o czym będzie?

– O kłopotach z pęcherzem – odpowiedział i pocałował ją w czoło.

– Już nie mogę się doczekać – zawołała, kiedy gasił światło.

I śniła jej się potem kraina pełna przekrwionych, smutnych wątrób, a ona biegała od jednej do drugiej i szeptała im do ucha: „Wiem, jak ci pomóc”. I pomagała, robiła kompresy, zmniejszała porcje, dosypywała do jedzenia przyprawy wspomagające trawienie, a potem wszyscy razem byli weseli i wątroby powiedziały, żeby została ich królową. To był taki miły sen.

Jacek zszedł po schodach, minął salon i wszedł do kuchni. Wyjął z lodówki wielki kawał wołowiny, polał suto tłuszczem i smażył, aż się mocno zarumieniła.

– Co robisz? – krzyczała żona przez szum odbiornika.

– Aaa... zrobiłem się jakiś taki z czegoś głodny.

– Smażysz?

– Ehmn... troszkę wołowiny.

– Wiesz, że może być zainfekowana wirusami wywołującymi chorobę BSE?

– No – przytaknął. – Ale to już naprawdę ostatni raz.

– Zawsze tak mówisz, a potem leżysz przez dwa tygodnie jak martwy, a ja ci muszę usługi...

Jacek kopnął nogą drzwi, a te zatrzasnęły się lekko. Iwona dalej gadała o wirusach i powikłaniach, jakie wywołują. Na szczęście nie musiał już jej słuchać. Włączył muzykę. Patrzył na skwierczącą porcję wołowiny i myślał o maleńkiej córce. Musi o nią dbać. Będzie o nią dbał. Będzie jej pilnował jak oka w głowie. Jak podrośnie, jak już będzie duża, nie pozwoli nikomu się do niej zbliżyć. W głowie mu się to nie mieściło. Nie mógł sobie tego wyobrazić bez odruchów wymiotnych. Tego, że jakiś obcy mężczyzna bałamuci ją miłymi słówkami i dotyka czule, by wreszcie wprowadzić swojego obrzydliwego członka w jej aksamitne ciało. Nie pozwolę! Jacek szarpnął patelnią, parząc się gorącym olejem w palce. Nigdy. Dopóki zdrowy i silny będę. Nikt nie zbruka mojego kwiatuszka!

Zjadł ze smakiem posiłek i poczuł się po tej spóźnionej kolacji tak wyczerpany i ciężki, że zdołał tylko doczołgać się przed ekran telewizora, i zaległ na kanapie jak długi. Zasypiając, obserwował migające w poświacie spadających bomb postacie bezbronnych cywili. Cywile ewakuowali się w pośpiechu, co nie przeszkadzało im głośno zachwalać zalet kuracji, która sprawia, że twoje włosy i paznokcie będą lśniły blaskiem, a dusza jasnością.

„Jaka to wojna? A raczej: jaka to kuracja?” – koniecznie chciał zapytać wpatrzoną nieprzytomnie w film Iwonę, ale wycharczał tylko coś niezrozumiale i zapadł w sen. Śniło mu się, że zarazki dostały się do cewki moczowej i wędrowały dalej, do pęcherza i nerek. Groziło to tylko jednym – zapaleniem tych narządów. Aby tak się nie stało, zaczął panicznie dbać o higienę intymną. Podmywał się dwa razy dziennie, starannie wycierał pupę, codziennie zmieniał majtki i sikał tak często, jak było to możliwe – nie jest dobrze, gdy mocz zalega w pęcherzu. Niestety na nic się to nie zdało. Bakterie mnożyły się z nieopisaną szybkością. Jacek patrzył na ich skłębione ciała i wył bezradny z wściekłości. Nieee!

Obudził się zlany zimnym potem w kłębowisku zmierzwionych koców, przed migoczącymi na ekranie pornograficznymi reklamówkami. O boże. Otarł ręką zroszone zimnym potem czoło i poluzował pasek na ostatnią dziurkę. Myśl o czekającej go wizycie u specjalisty wywołała nieznośny wzwód.

O Wandzie, co Niemca nie chciała

Wanda Niemca nie chciała i rzuciła się w kurorcie nad morzem w wir nocnego życia. Prawdę mówiąc, nie tyle nie chciała, co się tylko wahała, a nawet nie to.

No bo z jednej strony taki Niemiec. Ustawiony, bogaty, rzetelny, praca pewna, wysportowany, uczciwy, słowem: wszystko. Już się tam widziała: willa z basenem na peryferiach dużego miasta. To jest dobre. Wygoda – z życia kulturalnego nie trzeba rezygnować. Blisko jest, więc zawsze można podjechać i spotkać się ze znajomymi. Pewnie, że znajomi to się sami nie zrobią, z nieba nagle nie spadną, ale w miarę upływu czasu kogoś się pozna, zresztą nigdy nie była z tych nieśmiałych, co na widok ludzi szczekają. Języka się jakoś nauczy szybko, a pewnie on też ma jakichś przyjaciół w pracy, którzy będą przychodzić na party w ogrodzie.

No i jeszcze kino, sklepy, może coś innego... fryzjer, dyskoteka? Pełna kultura. Czyli masz to pod ręką, ale mieszkasz sobie z dala od hałasu i pyłu. Spokojnie, bez wścibskich sąsiadów. Rano se wstajesz, pod prysznic, potem szklanka soku z pomarańczy, małe śniadanko dietetyczne – i można się opalać. Trochę popływać w basenie, poczytać czasopisma, wybrać coś z katalogów, może jaki fitness, żeby się nie spaść za szybko... O! pewnie w telewizji są lepsze niż u nas rzeczy. A wieczorem do restauracji na kolację. Do kolacji lampka czerwonego wina i dyskretne światło świec. Może też lukratywna kariera modelki lub aktorki na boku na pół etatu? Nie żeby się przemęczać, ale świata eleganckiego liznąć. I może jeszcze z dwa psy na ogrodzie, a jak już będą, to się jednego na pewno nazwie Sony, na pamiątkę tej firmy, a drugiego to jeszcze nie wiadomo jak.

No, żyć nie umierać. Z drugiej strony jednak taki Niemiec czarny. Nie taki strasznie czarny, bo z krajów przecież arabskich, a z jakich – Wanda niezbyt wiedziała. Na „S” czy na „G”. Trudno powiedzieć. Nieważne. W każdym razie czarny tylko trochę, ale przecież zawsze. A w Polsce taki zabobon, że to nie wypada, czy co. Ustawiony jest i nawet chyba przystojny, to czemu nie. O uczucia się potem będziemy martwić. Zresztą co mi z tych uczuć, jakby w garnku pusto było? A garnek swój Wanda widziała ogromny.

Jak w domu oglądała z rodzicami relacje z tych krajów afrykańskich, to tak próbowała wysondować rodziców:

– A ci Murzyni to wcale tacy brzydcy nie są, i bardzo wysportowani, w USA to oni zajmują często wysokie stanowiska, tak samo jest w Niemczech, bardzo bogaci i uprzejmi, to chyba nieprawda, co się o nich mówi... A wiecie, Kaśka poznała chłopaka z Niemiec, z krajów arabskich, i wszystko tam ma u niego, mieszka w willi, mąż o nią dba, jest bardzo zadowolona...

Wanda, jak tak sobie myślała, to w tej chwili chyba też jednak Niemca by chciała.

Ale ojcu to nie było w smak.

– Coo? Ta Kaśka od Głubiszów za Araba? Jezusie Nazarejski... to się w głowach poprzewracało... to już mało na miejscu młodych, ładnych chłopców, że se musiała znaleźć takiego? Ja bym jej dał za Murzyna wyjść... pańskie jaja! To tyle lat ją chowali rodzice, a ona teraz taki im prezent na starość zgotowała? Stary jestem i ręka nie ta, ale lołbym po dupie, ino by krew sikała, ino by piszczała. Co ludzie powiedzą? Że dziwka... co innego?

Mama dodaje:

– Ani mi nawet nie mów o tym.

– A co ja w tej Polsce będę robić, w ZUS-ie pracować? – Wanda się denerwuje. – Nie będę sobie marnowała życia!

– Co, tobie też się marzy za Murzyna?

Wanda zbladła na moment, a matka w ten deseń:

– A przecież przychodził do ciebie ten Bartek...? To czemu teraz nie przychodzi? Już ci zbrzydł czy co?

– Bartek – żachnęła się Wanda. – A co on mi może zaoferować? Kawalerkę i poloneza kombi na gaz z kompletem opon zimowych, co?

I powiedziała zresztą to kiedyś Bartkowi, jak ją odprowadzał po zabawie, a że była lekko drinknięta, to łatwiej było to z siebie wyrzucić: „Dobra, Bartek, ale co ty mi możesz zaoferować? Wyjdę za ciebie i co? W kawalerce będziemy mieszkać?”. A Bartek się wówczas zmieszał i coś tylko pomruczał, że kocha i że w przyszłości. A na co mi przyszłość? Ja chcę teraz! I co z tych uczuć zresztą, z tej miłości, jak nie ma co do garnka włożyć?

Rzeczywiście, nie wiadomo, co ten Bartek, co z niego jest – pomyślał tata i powiedział takim lekko podenerwowanym tonem do żony:

– Jakbyś pomyślała trochę, tobyś głupio nie mówiła, a tak to gadasz, byle ino gadać.

A Wanda poczuła wiatr w żaglach i ciągnie dalej:

– Nie chcę sobie życia marnować, wyjdę za mąż, pójdę pracować i co? Po czterdziestu latach nie będzie mnie stać na nic, ani mieszkania nie będę miała, ani nic, a teraz? Nic sobie nie mogę kupić firmowego, wstyd wyjść na miasto w tych łachach... bo co wy macie z tego życia – tu zwróciła się do rodziców – cały dzień przed telewizorem i tylko kłótnie, czy starczy na opłaty, a ja chcę poznawać świat, chcę podróżować, póki jestem młoda... – łkała prawie Wanda.

– To podróżuj, kto ci broni, jedź nad morze pod namioty, a kto ci broni, śpiwór masz, koleżanki jakieś masz przecież, to jedźcie razem...

– Ja już byłam nad morzem, a w Niemczech nie byłam.

– A po co ty do tych Niemczech chcesz jechać, powiedz mi?

– Męża se znaleźć – wypaliła, nie myślała.

– To pewnie sobie Murzyna jeszcze znajdziesz, co?

– Już sobie znalazłam...

Wanda nie zdawała sobie nawet sprawy, że to powiedziała, i jak zobaczyła, że ojciec wstaje z fotela i idzie na nią, a prawą ręką odpina pasek od spodni, to od razu powiedziała, że to tylko żart, że przeprasza i że pojedzie nad morze z Dominiką.

Już tam, rodzice dopilnowali, żeby pojechała nad to morze. Jak chcą, to mają, niech zobaczą! I Wanda rzuciła się nad morzem w wir nocnego życia. I jak wróciła po półtora miesiąca, to z brzuchem. Na złość im. Teraz co zrobią? A do Niemiec puścić nie chcieli...! Sąsiadki zaraz gadały do siebie w windzie: „Z bączkiem wróciła, a taka porządna się wydawała, taka cicha niby, takie to do rany przyłóż, a to się dopiero okazało, co z niej jest – gonicha! Nie pilnujesz, to masz teraz babo placek, o boże, co się teraz na tym świecie wyrabia!”.

– Wiesz, kto jest ojcem? – dopytywali się tata i mama.

– A skąd mam wiedzieć. – Wanda odwróciła się obrażona na pięcie, poszła do pokoiku i dała taneczną muzykę na maxa.

– Tak żeś córkę wychowała! – darł się tata na mamę.

– A ty żeś jak wychował?! – odkrzykiwała mama do taty.

Tymczasem Kaśka dzwoniła z Hamburga, że jest dobrze, że znalazła za granicą prawdziwe szczęście. Na początku co prawda musiała tę miłość, ten sex znaczy, z czterema naraz, ale teraz już wie dokładnie, co i jak, co ma robić, i Robin, bo tak ma imię narzeczony, jest z niej bardzo zadowolony, że nawet pozwala jej wybierać sobie klienta. Żadnego bicia – i ona też jest zadowolona. Pieniążków sobie uskładała i możliwe, że będzie grać w filmach.

Jednak zostanie gwiazdą filmową! Wanda płakała w poduszkę.

Podwójnie filtrowane

Z otępienia wyrwał ją nieco natrętny głos prowadzącego program.

– Pani Emilio, wybiera pani bramkę numer jeden czy cztery tysiące złotych? Pani Emilio, czy już jest pani gotowa dać właściwą odpowiedź?

Przed oczyma stanęło jej całe życie, ślub w osiemdziesiątym szóstym, zabiegowy, sprzątanie nocą w banku, porodówka, pośredniak, maluch i jak go pchali dziesięć kilometrów, jak nagle już nie mogła wejść w spódnice z tamtego roku, kolejki po zasiłek na poczcie, jak się Sławek poparzył w rękę, i jeszcze wycieczka do Czech, wszystko. I taki miała mętlik, bo się bała zepsuć. Mąż na widowni, dzieci w domu, teście, sąsiedzi daliby jej, do końca życia byłoby gadanie: „Czemuś nie pomyślała?”, a może się to skończyć jeszcze gorzej. Staszek rękę ma ciężką, zwłaszcza jak wypije, a wypić lubi, do wódki ma taką słabość, coby nie... I tak się sama z siebie, patrząc to na bramkę, to na pieniądze, zaczęła cicho w duchu modlić: panie boże, może do tej pory to nie byłam zbyt gorliwa, do komunii ostatni raz na chrzcinach Krzysia albo na weselu Krystyny i Władysława, już sama nie wiem, i na księdza psioczyłam, że tylko gada, że ludzie mało na tacę rzucą, a sam fordem jeździ, ale teraz koniec, do spowiedzi przynajmniej raz w roku, albo nawet dwa razy, i żałować nie będę grosza na mszy, rzucę, żeby skały srały, to rzucę, niech tam już będzie, co niedzielę tak z dwa złote, choć się nie przelewa, i przypilnuję, żeby Krzysiek ze Sławkiem co tydzień na mszę zaglądali, no i przeproszę bratową, że jej robiłam wstręty co do tego mieszkania, że niby ona na pieniądze tylko łasa, i w ogóle, panie boże, zobaczysz...

– Pani Emilio... – przerwał jej już nerwowo uśmiechnięty prowadzący. – Wybiera pani?

A Staszek, mąż, pomyślał sobie w tym momencie: no niech tam będzie samochód, to jej dam w domu popalić, pozna, co to życie, zaznajomi się z paskiem, niech ją ręka boska broni, żeby zepsuła...

I Emilia, tak w przebłysku:

– Pieniądze wezmę.

– Na pewno? – pro forma zapytał prowadzący, bo już miał dosyć i nawet na nią nie patrzył, tylko dawał ręką sygnał, żeby w końcu odsłonili bramkę pierwszą. A w bramce mikser Mulinex, wart, no żebym nie skłamał, jakieś czterysta pięćdziesiąt złotych...

Hura! Hura! Brawo! Wszyscy klaszczą, a Emilia zadowolona i dumna z siebie jak nigdy. „A nie mówiłam, już ja tam wiedziałam, co robić” – tak mu powie po programie, Staszkowi. A Staszek był trochę zły, że się nie dało, kurwa jego mać, i pieniędzy, i miksera, ale co zrobić? Życie.

Na wieść, że Emilia wygrała, na Kalinowym w klatce zawrzało. Sąsiedzi powitali ją z mężem owacyjnie, łasi na jakieś kąski, jakie spaść pewnie mogą ze stołu. Od razu się zaprosili na niedzielę na obiad i teście, i brat z bratową, szwagrowie z dziećmi. I dalej się wszyscy zastanawiać, co to oni z taką wygraną zrobią. Emilia nic nie mówiła, siedziała cichutko jak trusia i patrzyła tylko, czy wędlina na stole jest, czy się pepsi nie skończyła i chleb, a zadowolona była z siebie jak nigdy, i to się czuło. Życie miała nielekkie. Porody dwa ciężkie. Choroba wrzodowa ostatnio. A teraz? Wchodzi do sklepu, a pani sklepowa się do niej uśmiecha. „Dzień dobry, co podać?” – żartuje, pyta o zdrowie, nie ta sama pani sklepowa, a Emilia jej wszystko opowiada, co się działo w studiu, o zawodnikach i jak ją pan prowadzący z tłumu wyciągnął, że sama nie wiedziała, czy iść, czy nie, i że nie była pewna, ale jej coś powiedziało. Bo pewnie, że oglądała wcześniej teleturnieje, ale nie takie, gdzie się trzeba wykazać wiedzą, ale normalne, rozrywkowe, i nieraz, jak się okazywało, lepiej wybierała niż na ekranie. No ale co innego przecież, gdy się siedzi przed telewizorem i gada, a co innego w oświetlonym studiu. „No” – przytakuje pani sprzedawczyni i ciastka gratis do siatki pcha, mrugając porozumiewawczo okiem. Życie gwiazdy ma swoje uroki!

I kota też czarnego z łatką pod szyją nazwała na pamiątkę miksera Mulinex. Biega maleńki po całym mieszkaniu i bawi się kłaczkami, taki głupiutki jeszcze. Mulinex! Mulinex! No chodź! Śliczny jesteś.

Już są wszyscy podchmieleni, już w dobrych humorach.

– Staszek, może byś ty się zgłosił do jakiego teleturnieju, co? – Teściu żart za żartem sypie, a Staszek mu:

– Chybaby mnie musieli wołami zaciągnąć – śmieje się, na wpół przełykając chleb z chrzanem i kiełbasą. – A od czego ją mam? – Wskazuje na Emilię, a ona uśmiecha się, mile połechtana.

Owszem, w teleturnieju pewnie jeszcze wystąpi, ale teraz musi odpocząć i wydać te pieniądze sensownie. Właśnie, a na co pieniądze będą, wszyscy są ciekawi wiedzieć. „Na wieże sonico i jeszcze kurwico” – śmieje się Staszek czerwony na twarzy, jak chyba nie był od tamtych imienin, co się zeszczał w łazience do pralki. No ale tak naprawdę na różne potrzebne rzeczy. Musimy się wybrać razem do dużego sklepu i zobaczyć, Emilia patrzy na męża, a ten odbija którąś z kolei flaszkę i mówi:

– No, musimy się wybrać, może nawet jutro.

Ale już tak do czwartku to z pieniędzy nawet grosika nie było. Staszek przepił wszystko. Jak się załatwił w niedzielę, to nie trzeźwiał. A gest też w Egzotic Clubie miał. Jest tam taka blondyna, że się nie da przejść spokojnie. Dzika, kurde, kocica!

Tylko Sławek płakał, że chciał komputer, a Staszek, jak się obudził w piątek, to tylko na niego spojrzał i już mu mazgajenie przeszło. Ja ci dam, kurwa mać, komputer! Uczyć się, a nie głupoty ci w głowie! I wyszedł skądś lewe L4 załatwić. Chujże w dupę z tym wszystkim!