Cudowna - Piotr Nesterowicz - ebook + książka

Cudowna ebook

Piotr Nesterowicz

3,8

Opis

Jadwiga miała czternaście lat, gdy ukazała jej się na łące Matka Boska. Był 1965 rok, władze walczyły z ludową religijnością pod hasłem: Kościół do kruchty. Na łąkę przybywali pielgrzymi z całej Polski, a milicja siłą rozganiała nielegalne zgromadzenie. Wierni pili „cudowną” wodę ze źródełka, a sanepid ich przymusowo hospitalizował z powodu podejrzenia duru brzusznego.


Wkrótce mieszkańcy Zabłudowa zwątpili w objawienie dziewczynki. Mieli jej za złe, że zabłudowski cud jest za mało cudowny, że nie postawiono na łące kościoła, że w czasie innych objawień Matka Boska powiedziała więcej niż u nich.

Dzięki zachowanym raportom SB Piotr Nesterowicz relacjonuje historię „cudu zabłudowskiego” minuta po minucie. Rozmawia również z ponad sześćdziesięcioletnią Jadwigą. Kobieta do dzisiaj powtarza zdanie, które usłyszała od Maryi, gdy miała czternaście lat.

Krzysztof Varga: „Niesamowita historia. Z Matką Boską, szczególnie jeśli stoją za nią Polacy, żadna władza nie wygra”.

Mariusz Szczygieł: „Dlaczego nie ja napisałem tę książkę?”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 189

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Piotr Nesterowicz

CUDOWNA

Pytania, na które nie ma odpowiedzi

– zapisałem –

rozwiązujemy nie przez wyjaśnienie ich,

ale przez postawę wobec nich.

Tadeusz Mazowiecki

Aby zobaczyć cud, pielgrzymi schodzili z szutrowej drogi. Przeskakiwali rów z wodą i drut kolczasty. Omijali krowie placki, brodzili w kałużach i grzęźli w koleinach. Na pastwisku dołączali do tłumu. Była wśród nich czternastoletnia Jadwiga.

Na niemym filmie widać ją ponad głowami wiernych. Ma na sobie ciemny kożuszek z kołnierzem z karakułów. Na głowie białą chustkę z frędzlami. Oczy szeroko otwarte, spojrzenie poważne, usta zaciśnięte. Nie gestykuluje, nic nie mówi, patrzy przed siebie. Gdy dostrzega kamerzystę, skupia na nim wzrok, ale jej twarz się nie zmienia. Dziewczynka nie uśmiecha się. Siedzi na ramieniu mężczyzny, którego ciasno otaczają pielgrzymi. Gdy mija kamerzystę, odwraca się w jego kierunku. Patrzy prosto w obiektyw. Powoli oddala się, by zniknąć w morzu głów.

Ona: spięta, poważna, wystraszona.

Oni: rozgrzani, podekscytowani, radośni.

OPERACJA „ZJAWA”

30 maja 1965 roku, niedziela, dzień wyborów do Sejmu i Rad Narodowych.

9:10. Pierwszy meldunek radiowy od T-40-13: „W kierunku Zabłudowa udają się trzy furmanki, jedenastu mężczyzn, osiem kobiet”.

Rano ruch jest niewielki. Więcej ludzi zbiera się pod lokalami wyborczymi niż w pobliżu łąki. Dopiero przed jedenastą pojawia się na niej czterdzieści osób. Szesnastu funkcjonariuszy ZOMO1 wsiada do dwóch GAZ2-ów i jedzie na pole. Mają rozpędzić zebranych, a wobec opornych użyć pałek. Jednak na wezwanie milicji zgromadzeni rozchodzą się spokojnie.

12:12. T-40-13: „W kościele jest około ośmiuset osób. O godzinie 13:00 mają udać się na łąkę”.

Nadjeżdża odwód z Białegostoku. Pluton pierwszej kompanii ZOMO dowodzony przez kapitana Lisieckiego, w sile osiemnastu milicjantów plus radiowóz. Zajmuje pozycję pod laskiem.

14:00. Do T-40-17: „Idzie do ciebie dwieście ludzi, pamiętaj, żeby nie dopuścić”.

Starszy sierżant Pryszczepko wraz z siedmioma funkcjonariuszami przyjeżdżają na pomoc porucznikowi Kurzewskiemu. Na drodze z Krynickich, przy wyjeździe z lasu, trafiają na dwustuosobową grupę. Po trzykrotnym wezwaniu ludzie się cofają. Tego dnia sierżant nie ma chwili wytchnienia. Godzinę później interweniuje ponownie. Tym razem wspiera trzeci pluton, który pilnuje szosy prowadzącej na Bielsk Podlaski. Drogą idzie pięćset osób. Po kilkukrotnych apelach nadchodzący zatrzymują się, ale nie zawracają. Następnie idą na pola, gdzie mały oddział ZOMO nie może kontrolować ich ruchów. „Po trupach, ale dojdziemy!” – słychać okrzyki.

15:30. T-40-12: „Polem od Białegostoku idą ludzie, trudno mi powstrzymać, około tysiąca”.

Starszy sierżant Brzozowski ma ważne zadanie. Stawia zaporę na szosie z Białegostoku. Wybiera dobre miejsce, mostek na rzece Rudnia w Zagruszanach, i na początku odnosi sukces, skutecznie zawraca kolejne grupy. Później widzi ludzi, którzy gromadzą się na polu obok szosy. Z drewnianych żerdzi robią kładkę na rzeczce. Niektórzy forsują ją wpław. Wszyscy polami idą do Zabłudowa.

16:00. T-40-13: „Przemówić przez tubę do społeczeństwa; jeżeli nie usłuchają, działać zgodnie z wytycznymi”.

Kapitanowie Łuczak i Lisiecki z niepokojem obserwują nadchodzących cywilów. W krótkim czasie gromadzi się ich tysiąc. Starszy sierżant Pryszczepko trzykrotnie wzywa zebranych do rozejścia się. Bez skutku. Z tłumu dobiegają wrogie okrzyki i nabożne śpiewy. Podczas gdy Pryszczepko krzyczy przez tubę, sierżant Piórkowski stoi na czele swojej drużyny. Przed nim ludzie klęczą i śpiewają. Kiedy apele Pryszczepki okazują się bezskuteczne, formuje tyralierę. Zgromadzeni się cofają. Wciąż jednak napływają nowi. Funkcjonariusze nie mogą ich rozproszyć. Używają pałek. Tłum ustępuje o osiemset metrów. I staje. Kobiety kładą się na ziemi i głośno wyzywają milicjantów.

16:18. T-40-13: „Zezwalam na użycie płaczących”.

Do tego momentu sierżant Gawryluk używał tylko pałki gumowej. Słyszy, jak kobiety wyzywają funkcjonariuszy od gestapowców. Wtedy plutonowy Bezik przynosi granaty łzawiące. Gawryluk i jego ludzie rzucają je daleko w tłum, który jednak nie ustępuje. „Kamieniami w nich!” – dochodzą krzyki.

16:36. T-40-16 do T-40-13: „Potrzebne są siły, na miejscu zebrało się około siedmiu tysięcy osób, tłum jest agresywny, atakują nas kamieniami”.

Ludzi sierżanta Pląska obrzucają z dwóch stron, od lasku i od łąki. On i kilku funkcjonariuszy chcą powstrzymać napastników. Plutonowego Sieńkę kamień uderza w ręką, a sierżanta Pląska w twarz. Z pistoletami w rękach uciekają z okrążenia. „Wy blacharze, odebrać broń!” – wrogie okrzyki ścigają ich aż do szosy na Białystok.

16:50. T-40-15: „Atakują mnie”.

Sierżant Wasyluk widzi biegnących napastników z kamieniami. Wyciąga granat, zrywa potarkę, ale ładunek wybucha mu w ręku. Oślepiony staje w miejscu. W końcu odzyskuje wzrok, nie może jednak się bronić. Udaje mu się wsiąść do gazika. „Podawać granaty!” – sierżant Lewandowski słyszy krzyki funkcjonariuszy. Podbiega do samochodu, ale nie znajduje granatów. Kamienie lecą tak gęsto, że nie dobiega z powrotem do głównej grupy, która skupia się przy ciężarówkach. Wskakuje do cofającego się pojazdu plutonowego Iwaniuka. Z okrążenia wyrywają się trzy gaziki. Mają podziurawione plandeki i powybijane szyby.

16:58. T-40-16: „Szybciej, wysyłaj pomoc, atakują nas!”.

Łuczak pozostaje z kapitanem Lisieckim, szesnastoma funkcjonariuszami ZOMO i kilkoma z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej (MO) w Białymstoku. Stoją przy samochodach ciężarowych, które nie mogą wyjechać z błota. Są atakowani ze wszystkich stron. „Bijcie ich, Bóg z nami!” – krzyczą ludzie. Plutonowego Kuźmińskiego powalają na ziemię, ale milicjanci go wyciągają. Wyrzutnie przestają działać, kończą się granaty ręczne. Kapitan Łuczak nie chce dopuścić do fizycznego starcia z tłumem. Musi chronić rannych. Wydaje rozkaz strzelania w górę z broni palnej.

16:59. T-40-16: „I po głowach, i po plecach dostaliśmy, nie mogę się wydostać; prędzej do nas, używamy broni palnej do góry”.

Kapitan Lisiecki widzi przed sobą osobników uzbrojonych w drągi. Wciąż ma nadzieję, że zdołają uwolnić samochody i przedrą się na zewnątrz. Dostaje kamieniem w głowę. Pada na ziemię i traci przytomność. Kiedy dochodzi do siebie, widzi funkcjonariuszy stłoczonych obok samochodów. Tłum jest pięć metrów od nich. Milicjanci strzelają w powietrze. Jego broń się zacina. Bierze pistolet od plutonowego Krawczyka. Oddaje trzy strzały.

17:03. T-40-16: „Sytuacja jest ciężka, bardzo ciężka. Za wszelką cenę się wydostać, nie używać broni palnej”.

Sierżant Piórkowski widzi, jak plutonowemu Kuźmińskiemu kamień rozcina głowę. Jego trafia w nogę, tak samo jak biegnącego obok funkcjonariusza po cywilnemu. Czuje, że nie zdołają się oderwać od nacierającego tłumu. Wyjmuje z kabury pistolet TT-33. Jest gotowy go użyć. Na widok broni napastnicy zwalniają. Wtedy nadjeżdża z pomocą kapitan Drzemicki.

17:14. T-40-16: „Na razie przestali nas atakować, mam rannych. Tłum zajął całą łąkę”.

Porucznik Kurzewski i milicjanci z posterunków drogowych dołączają do kapitana Drzemickiego. Razem ruszają na odsiecz Łuczakowi. Samochody pędzą na syrenach do miejsca okrążenia. Kiedy zbliżają się do łąki, Kurzewski widzi przed sobą wielkie zbiegowisko. Co najmniej dziewięć tysięcy osób. Rozwijają tyralierę. Ludzie, którzy atakują okrążonych milicjantów, ustępują. Cały oddział ZOMO wycofuje się do Zabłudowa. Rannych opatrują w ośrodku zdrowia i szkole, wykorzystują wszystkie apteczki szkolne.

17:30. LT-72: „Wycofać wszystko, tłum przestał zagrażać”.

Następnego dnia kapitan Łuczak podaje w raporcie, że w czasie akcji „Zjawa” użyto dwustu dziesięciu pojemników obezwładniających środków chemicznych. Milicjanci wystrzelili w powietrze trzydzieści siedem sztuk amunicji. Wymienia rany, jakie odnieśli:

kapitan Lisiecki – uderzenie w głowę;

porucznik Podgórski – zwichnięcie nogi od uderzenia kamieniem;

plutonowy Kuźmiński – uderzenie kamieniem w głowę i obrażenia ciała od kopania, gdy stracił przytomność;

plutonowy Więcek – obrażenia nogi od kamienia i prawej ręki od granatu chemicznego.

Dwudziestu pięciu funkcjonariuszy odnosi lżejsze obrażenia.

Autorzy milicyjnych raportów obszernie rozpisują się o stratach poniesionych przez ZOMO. Na temat obrażeń wśród cywilów są enigmatyczni. W raportach figuruje dwóch rannych:

Bobrowski Adam, lat trzydzieści pięć, podobno pobity przez tłum, kiedy nawoływał uczestników do zachowania spokoju i poszanowania prawa;

Stasiuk Henryk, rolnik z Biel, żonaty, ojciec czwórki dzieci, postrzelony w plecy. Pocisk wyszedł z przodu, pod gardłem. Przeżył.

Jadwiga

– Właściwie nie wiem, dlaczego zostałam wybrana. Niczym się nie wyróżniałam. Owszem, rodzice byli głęboko wierzący, ale takich jak oni w Zabłudowie było wielu. Nauczyli mnie wierzyć, lecz z religii u księdza Poźniaka miałam przeciętne oceny.

– Nie lubiłam hucznych zabaw. Wolałam pójść z tatą na pole. Szczególnie wiosną, kiedy zima jeszcze trzymała, śnieg leżał, a czerni ziemi widać było niewiele. Tata chodził ze szpadlem, aby trochę przekopać, żeby woda szybciej spływała, żeby rów był drożny. A ja za nim – oglądać kwiatki, gdzieniegdzie wyrastały już pierwsze. Pamiętam, mokrzyca to chyba była, miała takie malutkie kwiaty. Chodziłam z lupą i patrzyłam na nie. Każdą roślinkę po kolei oglądałam. I to mnie wprawiało w taką jakby ekstazę modlitewną. To oglądanie. W wielką radość i zdziwienie. „Panie Boże, jaki Ty musisz być mądry, że takie piękne dzieła dla nas stwarzasz” – tak sobie myślałam, kiedy przez lupkę kwiatki oglądałam. To było moje pierwsze uniesienie religijne, kiedy oglądałam te proste i piękne stworzenia boże.

– Przyrodę lubiłam zawsze. Szczególnie las. Uwielbiałam zbierać grzyby. Wiele lat później, kiedy zmarli rodzice i sprzedałam stary dom, kupiłam rowery, by jeździć na grzyby. W grzybobraniu byłam dobra. Raz pojechałam z Tadeuszem, każde zbierało w swojej części lasu. Potem chciałam jeszcze przejść po jego stronie. Założył się, że więcej niż pięć grzybów tam nie znajdę. Po chwili miałam całe wiaderko.

– Tylko że jak byłam mała, to do lasu sama nie chodziłam. Bardzo strachliwa byłam, teraz jestem bardziej odważna. Ta moja bojaźliwość była taka, że jak na tę łąkę pod lasem wieczorem szłam, to się bałam. Szczególnie że wcześniej spotkałam wilka. Pojechaliśmy wtedy z rodzicami po siano, koło lasu na Żydowszczyźnie. Ja się tam kręciłam, trochę przy sianie, trochę przy lesie, na skraju, po jagody i grzybki. I wtedy, jak już wracaliśmy furą, ten wilk wyszedł. Ale się wystraszyłam!

– A najbardziej to się bałam o zdrowie mamy. Myślałam już, że mi umrze. Często się wtedy modliłam o jej zdrowie, tak gorąco, żarliwie, jak to mała dziewczynka umie. Raz leżałam w pokoju krzyżem. Wtedy złożyłam Maryi obietnicę, moje ślubowanie, prosząc o uzdrowienie. Nie chciałam, by mama mnie opuściła. Wierzę, że to była jakaś łaska, że mama odzyskała zdrowie.

JAK ZWYKŁA ZOSTAŁA „OBJAWIONĄ”

Na łące

13 maja 1965 roku tuż przed godziną osiemnastą Zygmunt Jakubowski wyszedł do pracy. Pożegnał się z żoną i młodszą córką. Miał sześćdziesiąt jeden lat, to było jego trzecie małżeństwo, z pierwszego związku miał dwoje dorosłych dzieci, a z trzeciego siedemnastoletniego syna i czternastoletnią córkę. Do tego małe gospodarstwo, półtora hektara własnej ziemi i cztery dzierżawionej. Drewniany domek przy ulicy Świętego Rocha, konia, krowę i jałówkę, świnię i prosiaki. Oraz tysiąc pięćdziesiąt złotych miesięcznej pensji jako dozorca w okręgowej mleczarni.

Mieszkańcy miasteczka mówią, że to była najbiedniejsza rodzina w Zabłudowie.

– On całe lato i zimę w jednych butach chodził, wojłokach takich. Filcowych butach, byle jak wyrobionych – wspomina dzisiaj Aleksander Polikarp, mieszkaniec Zabłudowa.

Owego 13 maja Zygmunt, jak co dzień, pokonał kilometr, który dzielił jego dom na skraju Zabłudowa od ulicy Podrzecznej, gdzie mieściła się mleczarnia. Wieczorem żona i córka Jadwiga przybiegły do stróżówki. Żona podała mu różaniec i kazała się modlić, co posłusznie uczynił.

Kiedy ojciec wyszedł do pracy, Jadwiga poszła zbierać szczaw. Znała dobre miejsce na łące graniczącej z polem Kamińskiego, często pasła tam krowy. Podmokły ugór, obok brzoza, dalej karłowate sosny. Z łąki, ponad niskimi dachami drewnianych domów, widać było wieże cerkwi Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny i kościoła pod wezwaniem św. Apostołów Piotra i Pawła. Trochę się bała, zbliżał się zmierzch, a las był blisko. Rozglądała się na boki, strzelała oczami, czy spomiędzy drzew coś nie wyskoczy. Zanim słońce schowało się za laskiem, miała pełen fartuch liści. Nie doniosła ich do domu. Poraziła ją jasność. Zobaczyła świetlisty punkt, który się do niej zbliżał, a w jego blasku postać wysokiej kobiety ubranej w białą suknię i niebieski płaszcz. Kobieta unosiła się w powietrzu, niezbyt wysoko nad ziemią. Przerażona dziewczynka odwróciła się i uciekła. Do domu wpadła zdyszana i zapłakana. W fartuchu miała resztki szczawiu.

Maria Jakubowska miała wtedy pięćdziesiąt cztery lata. Niewysoka, ciemna blondynka, pochodziła z Biel, wsi nieopodal Zabłudowa, i była najstarsza z czworga rodzeństwa. Jak większość jej rówieśników, skończyła tylko dwie klasy szkoły podstawowej, nie miała czasu na naukę, ponieważ pomagała rodzicom na ich czterech hektarach. Do Zabłudowa przeniosła się po wojnie, kiedy wyszła za mąż za starszego o siedem lat Zygmunta.

Jakubowska na początku nie dowierzała córce. Oporządziła inwentarz i wieczorem poszła do mleczarni, by powtórzyć mężowi opowieść Jadwigi. Dziewczynka tej nocy miała sen. Widziała to samo światło, które tak bardzo przeraziło ją na łące. I Maryję, która powiedziała, by się nie bała i przyszła znowu na łąkę, za tydzień.

Maria Jakubowska zaczęła wierzyć córce następnego dnia rano.

– Obudziłam się o piątej, spałam w jednym łóżku z Jadwigą i nagle poczułam się zupełnie zdrowa. Ustąpiły bóle nerek, żołądka i serca. Przestały mi również drętwieć ręce.

Po raz pierwszy zachorowała po urodzeniu córki, w 1953 roku, miała wtedy silne bóle i zawroty głowy. Dwa lata później, w maju, przez pięć tygodni leżała w szpitalu wojskowym w Białymstoku, potem jeszcze raz. Jako pacjentka była niezdyscyplinowana, nie przyjmowała przepisywanych leków, chociaż ataki zdarzały się nawet cztery razy w tygodniu. Nogi puchły tak, że bez pomocy nie mogła wejść na piętro, rano nie miała siły wstać.

Maciej Zabłocki, lekarz z przychodni w Zabłudowie, karty chorobowe prowadził na papierze w kratkę, który dzisiaj przypomina kartki wyrwane ze szkolnego zeszytu.

Pod nazwiskiem Marii Jakubowskiej zapisał:

„14 sierpnia 1955 roku: skarży się na kłucia w okolicach serca, bóle głowy, sinicę warg”.

W tym samym roku kobieta przyszła do lekarza jeszcze trzy razy. Traciła apetyt i szybko chudła, po jedzeniu bolał ją brzuch, kłuło w klatce piersiowej. Lekarz skierował ją na rentgen płuc, osłuchał serce, zlecił badania krwi i moczu. Początkowo podejrzewał raka żołądka, ale wyniki tego nie potwierdziły.

„27 kwietnia 1957 roku: chora ma wybuchy krwi do głowy, kłucia w okolicy serca, osłabienie i częste bóle głowy”.

Przez cały rok 1958 Zabłocki nie odnotował widocznej poprawy. Jako rozpoznanie wpisał nadciśnienie tętnicze i zwyrodnienie mięśnia sercowego. Ostatni zapis na karteluszku:

„14 listopada 1964 roku: kłucie w klatce piersiowej”.

Następnego dnia po zdarzeniu na łące Maria zerwała się z łóżka przed szóstą. Przygotowywała dzieciom śniadanie, kiedy do domu weszła sąsiadka, Rozalia Filończyk.

– Czuję się zdrowa jak nigdy – powiedziała jej Maria.

Początkowo nie rozumiała, co się stało. Wtedy przypomniała sobie, co Matka Boska powiedziała we śnie Jadwidze: „Córko, nie martw się i nie płacz, twoja mamusia będzie zdrowa”. Maria nie krzyczała z radości. To byłoby niemądre, a była przecież osobą spokojną i radość, podobnie jak gniew, odczuwała w sercu.

Do proboszcza poszła po dwóch dniach. Chociaż do plebanii miała tylko dziesięć minut drogi, wcześniej nie było na to czasu.

– Ludzie byli wynajęci do posadzenia kartofli, i uważam, że posadzenie kartofli jest ważniejsze od powiadomienia księdza o objawieniu córki i moim cudownym uzdrowieniu – tłumaczyła później.

Najpierw posprzątała w domu, zrobiła pranie i obiad dla dzieci, dopiero potem poszła na plebanię. Jana Skarżyńskiego, od piętnastu lat proboszcza Parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła, nie przekonała. Pewnie dlatego, że ksiądz uważał ją za dewotkę i histeryczkę. Kobieta czuła to i o swoim cudownym uleczeniu już mu nie wspomniała. Na koniec proboszcz zabronił mówić komukolwiek o objawieniu Jadwigi. Na to jednak było za późno: Maria już opowiedziała Filończykowej, Mularczykowej i Kuprianowiczowej.

Zwykła

Po tygodniu, w czwartek o godzinie osiemnastej, Jadwiga była na łące. Bała się iść, ale się ośmieliła, bo towarzyszyły jej matka i kilka sąsiadek. Ponownie oślepiła ją jasność, w której dostrzegła postać. Ta sama kobieta, bardzo piękna, z błękitnymi oczyma, ubrana w białą szatę, niebieski płaszcz i z koroną na głowie. Unosiła się na obłoku. Miała smutne spojrzenie. Ten wyraz twarzy dziewczynka zapamiętała na całe życie.

– Módlcie się i nawracajcie, bo jeśli nie, mój Syn będzie surowo karał. – I jeszcze: – Przyjdź, dziewczę kochane, w niedzielę w to samo miejsce.

Wieść szybko się rozniosła po Zabłudowie. W końcu to nie było duże miasto: półtora tysiąca mieszkańców, rynek, największymi budynkami były cerkiew i kościół. Miejscowa spółdzielnia gminna miała masarnię, piekarnię, sklep metalowy i trzy sklepy spożywcze, były jeszcze piwiarnia, cztery młyny elektryczne, tartak, cztery kuźnie i dwie betoniarnie, do tego krawiec, ślusarz, fryzjer i fotograf. O cudzie wiedzieli wszyscy.

Maria ponownie poszła na plebanię. O powtórnym objawieniu rozmawiała z wikariuszem Bronisławem Poźniakiem, który uczył Jadwigę religii. Ksiądz obiecał, że w niedzielę pójdzie na łąkę razem z nią i z dziewczynką.

Ta niedziela wypadła 23 maja. Po południu na pastwisku zgromadziło się trzysta osób, jedna piąta wszystkich mieszkańców Zabłudowa. Było zimno, wiał wiatr. Koło dziewiętnastej nadeszła Jadwiga eskortowana przez matkę i sąsiadki. Zbliżał się zachód słońca. Jadwiga padła na kolana.

– Ludzie, klękajcie, Matka Boska przyszła – rozeszło się wśród zgromadzonych.

Zygmunt Jakubowski widział, jak słońce wirowało i zbliżało się do nich, przykryte niebieską zasłoną, z dołu otaczały je wiśniowe, a z boku żółte smugi. Romuald, jego syn z pierwszego małżeństwa, dostrzegł sylwetkę Matki Boskiej. Marii Jakubowskiej Najświętsza Panienka się nie ukazała. Ale kobieta się tym nie przejęła. Ważniejsze było to, co widziała i słyszała jej córka.

– Dziewczę, ogłaszaj wszystkim ludziom, żeby się modlili – wezwała Maryja i zapowiedziała, że ponownie ukaże się 30 maja.

Ludzie się rozeszli. Zygmunt Jakubowski został na pastwisku sam. Dużo później zabrał krowę i konia i wrócił do domu.

Jedna z mieszkanek Zabłudowa stała kilka kroków od Jadzi. Oślepiało ją słońce, więc zamiast w niebo spoglądała na twarz dziewczynki. Najpierw widziała krople potu na jej czole, potem łzy w oczach. W domu opowiedziała o tym córce.

– Mama była przekonana, że Jadwiga tego nie wymyśliła. Dziecko nie mogło tak zagrać przejęcia, potu i łez płynących po policzkach, tak mi mówiła – wspomina dzisiaj córka.

Czy przeciętnej dziewczynce z biednej rodziny mogła się ukazać Matka Boska? Jadwiga była taka zwykła, na zdjęciach wychodziła blado, jak na fotografii zrobionej tamtej wiosny. Fotograf ustawił ją na tle pustej, jasnej ściany. Czekała przejęta, lekko przygarbiona, z zaciśniętymi ustami, bladą twarzą i jasnymi włosami wijącymi się w loki. Grzywkę, trochę zmierzwioną, odsunęła na prawą stronę, by odsłonić oczy. Ciemna bluzka, spódnica nad kolana z szerokimi plisami, ciemne rajstopy, sandały.

W szkole niczym się nie wyróżniała. Chodziła do siódmej klasy zabłudowskiej podstawówki. Jej nauczyciel, Stefan Sacharewicz, mówił wtedy, że była zdyscyplinowana, spokojna, ale jako uczennica – przeciętna. Powtarzała trzecią klasę, na przełomie 1965 i 1966 roku dostała dwie oceny niedostateczne. Kierownik szkoły, Czesław Nurczewski, opisywał ją jako dziecko nadmiernie wrażliwe, bojaźliwe, skłonne do przywidzeń i urojeń. Jego zdaniem matka wychowywała ją w duchu religijnego fanatyzmu, a ojciec nie interesował się ani jej wychowaniem, ani ocenami. Nurczewski nie wahał się powiedzieć, że miała ograniczoną poczytalność.

W tych dniach wielu mieszkańców miasteczka i większość przybyszów, którzy tłumnie nawiedzali je wiosną i latem 1965 roku, myśleli tak jak dzisiaj Aleksander Polikarp z Zabłudowa:

– Ona powiedziała, że jej się Matka Boska objawiła. Ja nie mówię, że nie. Mogła cudu doznać. Mała dziewczynka z bardzo biednej rodziny to cud mogła mieć.

Ksiądz Bronisław Poźniak, chociaż obiecał, na łące się nie pojawił. Zirytował się, kiedy przed niedzielą przyszły do niego kobiety i dopytywały, czy to prawda, że będzie na objawieniu. A przecież Jakubowska miała nikomu o tym nie opowiadać. Proboszcz Skarżyński na objawienie również nie przyszedł, ale słyszał o nim wystarczająco dużo. Kiedy kilka starszych kobiet pytało go o zdanie, odpowiedział, ku ich rozczarowaniu, że sprawą się interesował, ale cudu się nie dopatrzył. A swoim wikariuszom wyjaśnił, że jego zdaniem wersje powstania cudu mogły być dwie: pierwsza to halucynacja Jadwigi, której matka wmówiła cud; druga – że ktoś zapłacił Marii Jakubowskiej za rozpowszechnianie tej wiadomości, a ona połasiła się na pieniądze, nie zdając sobie sprawy z możliwych skutków.

Kiedy informacja o sceptycznym nastawieniu księży dotarła do domu Jakubowskich, Maria się obraziła. Przestała posyłać Jadwigę na lekcje religii, co katechecie się nie spodobało. Zagroził, że wystawi dziewczynce ocenę niedostateczną na koniec roku.

Spokojna niedziela Jakubowskich

30 maja padało od rana, podobnie jak przez poprzednie trzy dni. Pogoda zniechęcała do tego, by iść w błocie na pastwisko. Jakubowscy nie spodziewali się, że zapowiedziane czwarte objawienie przyciągnie tłumy. Co najwyżej przyjść mieli ci, którzy pojawili się poprzednim razem.

Zygmunt Jakubowski niedzielę zaczął, jak Pan Bóg przykazał, od porannego głosowania w wyborach do Sejmu i Rad Narodowych. W punkcie wyborczym był o siódmej rano. Potem poszedł na służbę do mleczarni i tam po południu usłyszał śpiewy zbliżających się ludzi. Zaniepokojony, przed szesnastą zwolnił się z pracy, ale w domu nie zastał ani córki, ani żony. Milicjanci, którzy przez cały dzień kręcili się koło ich podwórka, kazali mu biec na pastwisko i zabrać Jadwigę do domu.

Kiedy on głosował, córka przygotowywała się do mszy. Nie poszła jednak na tę poranną, na której ksiądz Czesław Czerwiński wypowiadał się o objawieniu. Nie usłyszała więc, jak mówił, że Kościół nie zabiera stanowiska wobec prywatnych objawień, a cudem w Zabłudowie nie będzie się zajmował, ponieważ to nie cud, tylko halucynacja. Jadwiga poszła na nabożeństwo o jedenastej, a wróciła niesiona na rękach. Aleksander Polikarp widział to z domu na ulicy Surażskiej, niedaleko rynku:

– Tak sobie siedzę, a ludzie walą, idą, idą, bardzo dużo, całą szerokością ulicy, z tysiąc, niczym procesja na Boże Ciało.

Jednak niektórzy opowiadają, że wcale tego pochodu nie było, że dziewczynka sama wróciła z kościoła. A jeszcze inni widzieli tłum idący od kościoła, ale dziecka na rękach nie dostrzegli.

Dla Marii, matki Jadwigi, była to niedziela pełna obowiązków. Zaprowadziła krowy na pastwisko. Goniła świnię, która z prosiakami uciekła z podwórka. Poszła porozmawiać z sąsiadką Filończykową. Później zaszła do pasierba, Romualda Jakubowskiego. Czekała tam na nią siostra, która właśnie przyjechała z Białegostoku, ale milicjanci nie wpuścili jej na podwórko Jakubowskich.

Kiedy Maria wróciła, córki w domu nie było. Pod jej nieobecność kilkanaście osób spośród dwustu zgromadzonych przed domem weszło do środka. Jeden z mężczyzn, z figurką Matki Boskiej pod pachą, wyniósł Jadwigę na zewnątrz.

– Ludzie, chodźcie, dziewczynka jest z nami! – krzyknął. Ponieśli ją na łąkę.

Wystraszona Maria pobiegła za nimi. Było po szesnastej, gdy odnalazła córkę w tłumie. Jadwigę piekły oczy od gazów łzawiących, które wcześniej rozpylali milicjanci. Matka przetarła je chustką i przyłożyła kompres. Pomogło.

Poszły na miejsce, w którym poprzednio dziewczynka miała objawienia, i zaczęły się modlić. Wtedy, na oczach wielotysięcznego tłumu, który dopiero co ochłonął po bitwie z oddziałami ZOMO, Jadwidze ukazała się Matka Boska. Najpierw zapłonął punkt niczym światełko w tunelu. Zbliżał się, był coraz większy. Zawisł przed nią na wysokości drzewa. W tym kręgu ukazała się postać Maryi. Wyraźna, niezamglona, ze smutną, zatroskaną twarzą.

– Powiedziała znów, by ludzie się modlili, bo w przeciwnym razie jej Syn będzie karał – opowiadała Maria Jakubowska.

Może to niebo było otwarte

Co widzieli inni, którzy na łąkę pod Zabłudowem przybyli nie tylko z miasteczka, z okolicznych wsi, z pobliskiego Białegostoku, ale właściwie z całego Podlasia?

Jadwiga Obłukowicz ma dzisiaj osiemdziesiąt lat. Tak, była na łące, kiedy przynieśli dziewczynkę. Nie dojrzałaby jej, gdyby dwóch mężczyzn nie trzymało jej na ramionach ponad głowami ludzi.

– Taka była mała, lekka i chorowita, delikatna blondyneczka.

Z początku na łące panował gwar, wszyscy byli rozemocjonowani starciem z milicją. Aż zaczęły się podnosić ręce, ludzie machali, uciszali innych. Na całym polu zapadło milczenie.

– Ci, co byli blisko, podobno słyszeli, jak ona z kimś rozmawiała. Ale nie widzieli z kim. Ja stałam jak stąd do bramy – Jadwiga Obłukowicz wskazuje wejście na podwórko, dwadzieścia kroków od altany, w której opowiada historię objawienia. Widziała, jak dziewczynka patrzyła w górę. Sama nic nie słyszała, Matki Boskiej nie zobaczyła, tylko to słońce, takie ogromne i czerwone.

W Białymstoku wszyscy mówili o objawieniu. Słyszał o nim również Zdzisław Rynkiewicz, terenowy korespondent Dziennika Telewizyjnego. 30 maja dokumentował przebieg wyborów do Sejmu i Rad Narodowych na Białostocczyźnie. Wojewódzka Rada Narodowa w Białymstoku przydzieliła mu warszawę z kierowcą i już o szóstej rano filmował w zakładach bawełnianych Fasty pracownice pierwszej zmiany, które głosowały w zakładowym lokalu wyborczym. Każda kobieta otrzymała po jednym czerwonym goździku. Reporter odwiedził jeszcze kilka innych punktów wyborczych i popędził do Warszawy, by jak najszybciej dostarczyć materiał.

W redakcji Dziennika wspomniał, że chciałby nagrać objawienie. Materiał chcieli, ale uprzedzili:

– Władze ci na to nie pozwolą.

Mimo wszystko postanowił zajechać w drodze powrotnej do Zabłudowa. Im bliżej miasteczka, tym bardziej wąska szosa zapełniała się ludźmi. Szofer prowadził powoli, on siedział obok ze swoim pentaflexem, ciężką enerdowską kamerą, i przez szybę filmował ludzi idących na miejsce objawienia. Na rogatkach zatrzymała ich kontrola. Legitymacja reportera telewizji zadziałała, ale panowie w cywilu przestrzegli przed ryzykiem filmowania niekontrolowanej przez nikogo masy ludzkiej.

Na grząską od błota łąkę dotarł po starciach pielgrzymów z funkcjonariuszami ZOMO. Wysiadł z samochodu, zarzucił nieporęczną kamerę na ramię. Zobaczył dziewczynkę, którą niosło na ramionach dwóch mężczyzn. Nagrał dwie rolki filmu, sześć minut, dwa razy tyle, ile zwykle kręcił dla Dziennika.

– Pamiętam ujęcia dziewczyny, trzymających ją mężczyzn i pielgrzymów. Zbliżenia ich twarzy. Wszystkie były poważne i natchnione – wspomina.