Consolation. - Corinne Michaels - ebook
BESTSELLER

Consolation. ebook

Corinne Michaels

4,6

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Znakomita powieść dla fanek Colleen Hoover. Poruszająca historia, którą pokochały tysiące czytelniczek! Trzeci tom bestsellerowej serii Salvation.


Uzależniająca. Intensywna. Emocjonująca.

To opowieść o złamanych sercach, tęsknocie, słodko-gorzkim smaku zakazanego owocu.

Porywająca. Wzruszająca. Chwytająca za serce.

Tej historii nie zapomnisz. A kiedy poznasz jej zakończenie, będziesz marzyć o tym, aby natychmiast poznać jej dalszy ciąg!


Liam nie miał być moim szczęśliwym zakończeniem.
Nawet nie byłam nim zainteresowana.
Był najlepszym przyjacielem mojego męża – zakazanym owocem.
Tyle że mój mąż nie żyje, a ja czuję się samotna. Tęsknię za nim i ląduję w ramionach Liama.
Jedna wspólna noc zmienia wszystko. Teraz muszę zdecydować, czy naprawdę go kocham, czy jest dla mnie tylko nagrodą pocieszenia.



„Książka w najwyższym stopniu uzależniająca. To ten rodzaj powieści, którą bierzesz do ręki i nagle uświadamiasz sobie, że jesteś już w połowie i ledwie miałeś czas na złapanie tchu”. - Aestas Book Blog

„Piękna, intensywna, emocjonalna opowieść, która sprawia, że zaczynasz wierzyć, że miłość ma moc zdolną uleczyć złamane serca”. - Claire Contreras, autorka bestsellerów New York Times i USA Today

„Chwytający za serce, przepięknie napisany i idealnie rozwijający swoje tempo. Mogę oficjalnie potwierdzić, że Michaels stworzyła jeden z moich ulubionych współczesnych romansów roku!” - Whitney Gracia Williams, autorka bestsellerów New York Times i USA Today

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (1082 oceny)
783
217
66
13
3
Sortuj według:
iwonalon

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




PROLOG

– Och, Chloe, jeśli naprawdę chcesz już wyjść, to poczekaj chociaż, aż wróci twój tatuś – nalegam, trzymając się za brzuch, gdy uderza we mnie kolejny skurcz Braxtona-Hicksa. Ściskam krawędź komody i próbuję pomóc sobie oddychaniem. Mam wrażenie, że ostatnio pojawiają się coraz częściej.

Gdy skurcz mija, próbuję dokończyć to, po co przyszłam. Aarona nie ma, ale chcę urządzić pokój dziecinny, żebyśmy mogli nacieszyć się kilkoma następnymi tygodniami po jego powrocie. Chodzę po pokoju córeczki, wkładając do szuflad śliczne różowe sukieneczki. Aaron i ja stoczyliśmy wojnę odnośnie do mnóstwa różowych drobiazgów porozrzucanych po całym domu – on ich nienawidzi, a ja uwielbiam.

Upierał się, żeby pomalować jej pokój w barwach kamuflażu. Brązowy, zielony i czarny dla małej dziewczynki? Nie ma mowy. Prawie zaczęłam rodzić pod wpływem tej kłótni. Wróciłam do domu, a on i Mark rysowali wzór na ścianach. Obrzuciłam Marka różnymi przedmiotami i kazałam mu się wynosić. Zaraz po tym mój mąż dowiedział się, jak bardzo można ucierpieć z mojej ręki. Co prawda nie jestem żołnierzem marynarki wojennej, ale to nie znaczy, że można ze mną zadzierać. Ostatecznie zwyciężyły moje fioletowe ściany i baldachim z przezroczystej siateczki wokół białej kołyski.

– Tatusiowi spodoba się ten pokój, Chloe. Ciekawe, jaką będzie miał minę na widok tych ślicznych motylków.

Muszę zrobić sobie kolejną przerwę. Siadam w bujanym fotelu i masuję brzuch. Świadomość, że ona tam jest, wpływa na mnie kojąco. Mogę ją chronić – to moje zadanie. Uwielbiam być w ciąży, a fakt, że udało się nam ją począć, to prawdziwy cud. Powiedziałam już Aaronowi, że chcę mieć kolejne dziecko, gdy tylko urodzi się Chloe. Zamykam oczy i rozluźniam się, a świat wokół mnie odpływa.

Wyobrażam sobie, jak trzymam ją w ramionach, siedząc w tym krześle, głaszcząc ją i całując. Widzę Aarona z córeczką śpiącą na jego piersi i słuchającą bicia jego serca. Będzie całym jego światem i na pewno owinie go sobie wokół małego palca.

Puk, puk, puk.

Słyszę, jak ktoś dobija się do drzwi, ale wstanie z fotela zajmuje mi parę sekund.

PUK, PUK, PUK.

Walenie jego coraz głośniejsze.

– Już idę! – krzyczę w stronę drzwi. Jezu, dajcie mi chwilę.

Ponieważ rozmiarami przypominam wieloryba, doczłapanie do wyjścia zajmuje mi jakąś minutę.

Otwieram i widzę Marka Dixona, szefa i bliskiego przyjaciela Aarona. Pracuje z nim w Cole Security Forces. Od lat służyli razem w wojsku. Głowę ma spuszczoną, a gdy podnosi wzrok, jego oczy są pełne smutku.

– Stało się coś?

– Lee – mówi, dławiąc się na jednej sylabie mojego imienia. Tej, której używa Aaron. Coś jest zdecydowanie nie tak.

– Co się dzieje? – pytam ponownie, czując, jak ogarnia mnie drżenie.

Jego oczy wypełniają się łzami, a ja już wiem. Wiem, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Wiem, że wszystko, czego kiedykolwiek się obawiałam, właśnie się ziściło, ponieważ Mark nigdy nie płacze. Mark nie stałby teraz pod moimi drzwiami, jeśli nie wydarzyłoby się coś naprawdę, naprawdę strasznego.

– Chodzi o Aarona.

Moje serce przestaje bić, a świat, w którym żyję, znika.

– Nie – mówię błagalnym tonem. Łzy napływają mi do oczu, a mój oddech przyśpiesza.

To nie może być prawda.

– Mark, proszę, nie. Błagam – powtarzam, bo gdy już raz wypowie te słowa... Wiem jednak, że moje błagania są nadaremne. Nie mają żadnego znaczenia, bo on nie może tego zatrzymać. Tego, co już się stało.

– Natalie, tak mi przykro.

Straszliwe słowa, których obawiają się wszystkie żony wojskowych. Tyle że ja miałam się już niczym nie martwić. Skończyliśmy z tym. Udało nam się. Już nigdy nie miałam zaznać tego strachu.

Proszę Cię, Boże, nie zabieraj mi go. Błagam!

– Ale ja jestem w c-ciąży. Będę miała dziecko – jąkam, jakby to w jakiś sposób miało wszystko naprawić. – Powiedział, że wróci. Powiedział, że... – Urywam, bo oddychanie sprawia mi trudność. Wypcham dłoń do ust, aby stłumić krzyk. Świat wokół stracił wszystkie barwy.

– To był materiał wybuchowy. Tak mi przykro – mówi Mark, a jego oczy lśnią od powstrzymywanych łez.

Mdleję.

Łapie mnie w porę, obejmując ramionami.

– Jest mi naprawdę kurewsko przykro.

– Nie. Nie. Nie. – Mark trzyma mnie, a ja szlocham, ściskając się za brzuch. – Kłamiesz – syczę, wyrywając się z jego uścisku.

– Chciałbym, żeby tak było – mówi, gdy próbuję się wyprostować.

– To był błąd. On będzie miał dziecko. Powiedział, że to szybka akcja! – krzyczę, uderzając dłońmi w jego pierś. – Kłamiesz! – krzyczę, choć wiem, że to nie kłamstwo.

– Przykro mi.

– Przestań ciągle powtarzać, że ci przykro! – Mój smutek przeradza się w nienawiść. Nienawidzę go. W tej chwili nienawidzę wszystkich. Nienawidzę Aarona i każdą osobę, która tam była. Nienawidzę tego domu i wszystkiego, co się w nim znajduje. Nienawidzę powietrza, którym już nigdy nie odetchnie. Nienawiść mnie pochłania. Dławi. – Wynoś się! – wrzeszczę i napieram na jego pierś. – Wypierdalaj z mojego domu! Aaron wróci za kilka dni, a wtedy zaczniemy przygotowywać się na narodziny naszej córki.

– Proszę – powiedział błagalnym tonem Mark, a ja nie chcę na niego patrzeć.

To się nie dzieje naprawdę, ponieważ Aaron żyje.

Wcale nie zginął. Jak Mark śmie mnie tak okłamywać?

– On wróci. Nie zostawiłby mnie. Obiecał.

Aaron nie okłamałby mnie. Nigdy mnie nie okłamywał. Gdy wyjeżdżał na misje, zawsze żegnał się ze mną tak, jakbyśmy widzieli się po raz ostatni. Jednak tym razem pocałował mnie w czubek nosa i powiedział: „Poczekaj z rodzeniem, dopóki nie wrócę”.

– Czy mam do kogoś zadzwonić? Może do twojej mamy?

– Nie, nie możesz do nikogo zadzwonić, ponieważ on wcale nie umarł! Sprowadź go tutaj, Mark! Sprowadź mojego męża do domu! – Odsuwam się, celując w niego palcem. – Obiecaliście. On również. – Chwytam się za brzuch, gdy przeszywa mnie ostry ból, ale to nic w porównaniu z agonią szalejącą w moim sercu. Łzy płyną nieprzerwanie po mojej twarzy, gdy szarpię się w jego uścisku. – Obiecał.

– Wiem, że obiecał – mówi Mark, tuląc moją głowę do swojej piersi.

– Okłamał mnie.

Moje żyje właśnie się skończyło.

Moje serce jest martwe.

Zostałam wdową w wieku dwudziestu siedmiu lat.

ROZDZIAŁ 1

Trzy miesiące później

 

– Aaron Gilcher był człowiekiem, który przedwcześnie opuścił ten ziemski padół. Był kochającym mężem, ojcem swojego nienarodzonego dziecka i przyjacielem – mówi łagodnym głosem ksiądz. – Zebraliśmy się tu dzisiaj, aby powiedzieć mu „do widzenia”, nie „żegnaj”. Będzie żył w naszych sercach tak długo, jak długo pozostanie w naszej pamięci.

Z mojej piersi wyrywa się szloch. Nie mogę nad nim zapanować. Czuję ściskanie w dołku, gdy w końcu dociera do mnie, że on odszedł. Odszedł na zawsze, a to tylko umacnia ten fakt. Ostatni element układanki, którego rozpaczliwie starałam się nie ułożyć.

Czuję, jak ktoś kładzie mi dłonie na ramionach i ściska. Nie muszę podnosić wzroku, aby wiedzieć, do kogo należą. Jackson i Mark stoją po obu stronach za moimi plecami. Ochraniają mnie, bo mój mąż już nie będzie tego robił. Moja mama ściska mnie za rękę, a ojciec trzyma Aarabelle. Po jej narodzinach chciałam uczcić pamięć jej ojca. Usiłowałam zdecydować, czy będzie nosiła imię, które dla niej wybraliśmy, czy jakieś inne, wyjątkowe. Ostatecznie, gdy tylko ją zobaczyłam, od razu wiedziałam. Chciałam, aby do końca życia miała przy sobie cząstkę ojca.

– Boże, proszę, wlej otuchę w nasze serca i pobłogosław nas spokojem w tym trudnym dla nas czasie. Pomóż nam zapamiętać Aarona i daj nam ukojenie płynące ze świadomości, że znalazł się w Twoich ramionach.

Ksiądz kończy modlitwę. Nadchodzi chwila, której obawiałam się najbardziej.

– Lee, jestem tuż obok – szepcze Mark zza moich pleców.

Kiwam głową, bo wiem, że gdybym się odezwała, nie udałoby mi się powstrzymać szalejących we mnie emocji. Bądź silna, wkrótce będzie po wszystkim. Patrzę w dół na swoją czarną sukienkę i próbuję się skupić wyłącznie na niej. Chowam za ucho długie pasma blond włosów, które opadają wokół mojej twarzy. Zaczynam drżeć, a dłoń Marka zaciska się mocniej.

Żołnierze warty honorowej, którzy wcześniej stali z boku, zatrzymują się przede mną. Znam czterech z nich. Byli jego przyjaciółmi, braćmi, a teraz muszą przekazać mi ostatnią rzecz, jaką każda żona chciałaby kiedykolwiek trzymać w rękach.

Ich emocje są stłumione i zepchnięte na drugi plan, ale po oczach jego najlepszego przyjaciela widzę, jak bardzo cierpi. Liam przyleciał tu specjalnie z Kalifornii. Przez ostatnich osiem lat był najbliższym przyjacielem Aarona. Razem ukończyli szkolenie dla komandosów SEAL. Łącząca ich więź, wykuta z faktu ryzykowania własnym życiem, była niezniszczalna. Wiadomość o śmierci Aarona wstrząsnęła nim i obiecał, że przyjedzie.

Liam i Jeff naciągają mocno flagę, a ja staram się nie zamykać oczu, ale nie potrafię. Słyszę łopot składanego ciasno materiału. Biorę wdech i skupiam się na wydechu. Ból promieniujący w mojej piersi jest nie do zniesienia. Czuję się tak, jakby coś rozrywało mnie od środka.

Mama ściska mnie za rękę. Unoszę wzrok i widzę, jak były szef Aarona klęka przede mną.

– Natalie, w imieniu Prezydenta Stanów Zjednoczonych i Szefa Operacji Morskich przyjmij, proszę, tę flagę jako symbol naszego uznania dla służby twojego męża dla kraju i marynarki wojennej.

Łzy płyną w sposób niekontrolowany, a serce zacięło się na chwilę. Mężczyzna wyciąga dłoń, a ja wiem, że muszę ją przyjąć. Muszę... ale nie mogę poruszyć rękoma. Unoszę jedną na próbę. Drży, gdy kiwam głową. Gdy kładzie flagę na mojej ręce spoczywającej na podołku, znów zanoszę się szlochem. To nie może dziać się naprawdę. Wiem od trzech miesięcy, że on nie żyje, ale... flaga jest ostatecznym potwierdzeniem. To finał, którego nie chcę, udowadniający, że to, co się stało, nie jest kłamstwem.

Moja dłoń opada. Patrzę mu w oczy, a kolejna łza rozpryskuje się na mojej skórze.

– Tak mi przykro, Natalie. Aaron był wspaniałym człowiekiem.

– Dziękuję – udaje mi się powiedzieć jakimś cudem.

Zamykam oczy i spuszczam głowę.

Dlaczego moje życie tak wygląda? Jak do tego doszło? Jak mam teraz żyć? Pytania kłębią się w moim wnętrzu i jątrzą w sercu.

Wszędzie wokół słyszę płaczących ludzi, ale to nie ma żadnego znaczenia. Nikt nie potrafi wyobrazić sobie potwornego bólu, jaki teraz przeżywam. Utrata miłości mojego życia i ojca mojego dziecka zżera mnie od środka. Moje życie było dokładnie takie, jakiego pragnęłam. Ból przeszywa moje ciało, zabiera wszystko, co dobre, i pochłania bez reszty.

Pieprzyć życie.

Pieprzyć miłość i wszystkich, którzy powiedzieli mi, że im przykro.

Spoglądam na swoje dziecko śpiące w ramionach dziadka. Mam Aarabelle. Mam piękną córeczkę, która potrzebuje matki.

Komandosi rozpoczynają ceremonię. Oglądałam i współczułam żonom, które musiały przez to przejść. Nigdy nie byłam tą, która musiała znosić podobne cierpienie, aż do dzisiaj.

Starszy oficer Wolfel występuje do przodu i zdejmuje z piersi odznakę. Podchodzi do urny, obok której stoi drewniana skrzynia. Skrzynia zajmuje miejsce trumny. Nie ma całego ciała, tylko kawałek. Został rozerwany na strzępy, zupełnie jak ja. Wolfel stoi tam przez chwilę, po czym przyciska odznakę do skrzyni i wbija ją pięścią w drewno. Odgłos metalu przebijającego drewno przeszywa na wskroś moją duszę.

Odwraca się w stronę urny i salutuje.

Jeden z głowy, zostało dwadzieścia.

– Bardzo mi przykro z powodu twojej straty. Aaron był wspaniałym człowiekiem – mówi do mnie kolejny członek jego dawnego zespołu. Kiwam głową, niezdolna wykrztusić żadnego słowa, mając świadomość, że zaraz rozlegnie się nieuchronny dźwięk wbijanej odznaki. Co chwila podchodzą do mnie mężczyźni, składają kondolencje, po czym kontynuują zwyczaj z wbijaniem odznak.

Nie mogę tego znieść.

Chcę się ruszyć, ale dłonie Marka trzymają mnie w miejscu. Zanim zdążę pomyśleć, przed szereg wychodzi Liam. Choć próbuje trzymać fason, jego krystalicznie błękitne oczy są przekrwione. Od razu widać, że jest wstrząśnięty. Więź między Aaronem i Liamem była niezniszczalna.

– Lee, ja... – Zatrzymuje się i z trudem przełyka ślinę. Kładę dłoń na jego dłoni, dając mu znak, że nie musi nic mówić. Dobrze wiem, co czuje. Poczucie straty w jego oczach jest doskonale widoczne.

– Wiem – mówię cichym głosem. Pochyla głowę i dotyka czołem mojej ręki. Kładę drugą dłoń na jego karku i czuję, że drży.

– Był moim bratem – mówi Liam, gdy kolejna łza spływa mi po policzku.

– Ja... ja... – To jedyne słowo, jakie jestem w stanie wyjąkać, gdy na mnie patrzy.

Opanowanie się zajmuje mu krótką chwilę, po czym bierze głęboki wdech, wstaje i podchodzi do skrzyni. Początkowo Liam odmówił zaakceptowania śmierci Aarona, ponieważ było bardzo mało materiału identyfikacyjnego. Pragnął wierzyć, że przeżył, ale ja wiedziałam. Poczułam to w chwili, w której się z tym pogodziłam.

Spoglądam ponownie na córkę. Leży w ramionach dziadka, gaworząc, zupełnie nieświadoma faktu, że nigdy nie pozna swojego ojca. Mam szczęście, że człowiek, który kołysał mnie i tulił, gdy sama byłam w potrzebie, robi to samo dla niej. Gdybym mogła cofnąć czas i poprosić tatę, aby potrzymał mnie w ramionach jako swoją małą dziewczynkę i powiedział, że wszystko będzie dobrze, zrobiłabym to. Moja córeczka jest bezpieczna, a ja czuję się zraniona i obnażona.

Zerkając na marynarza, który stoi przed pamiątkową tablicą, zamykam oczy i próbuję odpędzić od siebie atakujące mnie myśli. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, straciłam go. Przetrwałam lata zmartwień i strachu, gdy był w trakcie czynnej służby. A wszystko po to, żeby mieć fałszywe poczucie bezpieczeństwa, które ogarnęło mnie, gdy opuścił marynarkę. I dokąd mnie to zaprowadziło?

W końcu ostatnia odznaka ląduje na wieku skrzyni, a ja unoszę wzrok i widzę Jacksona ze zwieszoną głową. Poczucie winy, które w sobie nosi za wysłanie Aarona na śmierć, jest obezwładniające, ale wiem, że Aaron nie postąpiłby inaczej. Chciał bohaterskiej, honorowej śmierci. Gdyby zginęli Jackson albo Mark, żałowałby, że nie jest na ich miejscu. A teraz moja córka i ja płacimy słoną cenę za jego wybór.

Rozglądając się wkoło, dostrzegam pozostałych żałobników opłakujących stratę tego wspaniałego człowieka. Spoglądam na tłum i widzę twarze jego przyjaciół i rodziny. Jego matka szlocha spazmatycznie obok jego ojca. Tonie w smutku, żegnając jedynego syna. Byli marynarze, którzy służyli u jego boku i przyjaciele z Cole Security Forces siedzą na krzesłach, pogrążeni w bólu z powodu utraty Aarona.

W tłumie jest kilka twarzy, których nie rozpoznaję. Na uboczu stoi ładna blondynka, ocierając łzy z oczu. Brunetka, którą, jak przypuszczam, jest Catherine, płacze w ramionach Jacksona. Tak wielu ludzi, tak wiele mundurów. Czarne morze żałoby. Aaron był uwielbiany przez wszystkich, więc to dla mnie żadne zaskoczenie, ale nikt nie kochał go bardziej niż ja.

Dziś jest ostatnim dniem, w którym pozwalam sobie na smutek. Ostatni dzień, w którym uronię łzy, ponieważ łzy i tak niczego nie zmienią. Muszę zebrać w sobie resztki siły i wziąć się w garść. Jestem matką z nowo narodzonym dzieckiem, dla którego muszę być obojgiem rodziców.

Pewnego dnia, mówią. Pewnego dnia to wszystko odejdzie i przestanie boleć.

Kłamstwa.

Już nigdy nie będzie dobrze i nigdy nie przestanie boleć.

Nigdy nie będę taka sama. Kobieta, którą byłam wcześniej, umarła w chwili, w której rozległo się pukanie do drzwi. Jestem cieniem osoby, którą kiedyś byłam. Kobieta, która była kochająca, szczera i pełna nadziei, zniknęła. Nadzieja to wredna suka, która ma w dupie to, czego chcesz. A zatem jedyną rzeczą, na której mogę polegać, jest wiara. Wiara w to, że uda mi się przez to przejść i uleczyć złamane serce.

ROZDZIAŁ 2

Mija czas. Godziny stają się dniami, dni zmieniają się w tygodnie. Miesiące mijają, zlewając się ze sobą, a ja nadal żyję. Ale czy na pewno? Oddycham, wstaję rano i ubieram się, ale w głębi duszy jestem jak odrętwiała. Owszem, uśmiecham się i zakładam na twarz maskę uśmiechu, ale to tylko iluzja. Tak naprawdę tonę w głębokiej otchłani smutku.

Od pogrzebu Aarona minęły trzy miesiące. Co dzień to samo. Moja córeczka rośnie, a ja nie mam nikogo, z kim mogłabym się dzielić tym doświadczeniem. Dzięki Bogu przesypia przez większość nocy, więc nie jestem w zupełnej rozsypce. Tych kilka pierwszych miesięcy wystarczyło, aby doprowadzić mnie na skraj wytrzymałości, ale jednocześnie Aarabelle sprawia, że mam dla kogo żyć.

Samotność zżera mnie od środka, ale nie daję tego po sobie poznać.

– Nie, mamo. U mnie wszystko dobrze – mówię poirytowanym tonem, kładąc słuchawkę na ramieniu i próbując upewnić ją w tym po raz enty. Kiedy nie dzwoni mama, robi to Mark i sprawdza, co u mnie słychać.

– Lee, wcale nie jest dobrze. Ledwie zipiesz. Przylatuję do ciebie następnym samolotem – strofuje mnie.

To ostatnia rzecz, na jaką mam teraz ochotę. Po narodzinach Aarabelle została u mnie na miesiąc, a ja myślałam, że oszaleję. Jej wieczne zrzędzenie i zmuszanie mnie, żebym wyszła z domu, wystarczyło, bym zaczęła kwestionować swoją decyzję o tym, że ją w ogóle zaprosiłam.

– Jezu Chryste, nic mi nie jest. Żyję, a tata potrzebuje cię w domu. Aarabelle i ja świetnie sobie radzimy – kłamię.

Sześć miesięcy temu przestałam informować wszystkich o tym, jak wygląda teraz moje życie. Najwyraźniej istnieje jakieś ograniczenie czasowe przeznaczone na żałobę, po którym ludzie zaczynają na nowo rozmawiać. Moi przyjaciele nadal obawiają się, że jeszcze nic tak naprawdę nie zrobiłam. Nie wychodzę z domu i odmówiłam powrotu do swojej starej pracy reporterki. Nie mam ochoty pokazywać się na wizji i rozmawiać z rodzinami przeżywającymi własne tragedie. Sama przez jedną przechodzę.

Mama parska krótkim śmiechem.

– Kłamczucha.

– Wcale nie kłamię. – Chwytam za elektroniczną nianię i wychodzę na pomost.

To najlepsza część tego domu. Gdy Aaron i ja znaleźliśmy to miejsce, od razu się w nim zakochałam. Tył domu wychodzi na Zatokę Chesapeake, a pomost to miejsce, w którym spędzam większość dnia. Tutaj wiem, że jestem blisko niego. Czuję go w podmuchach wiatru – co jest kompletnym szaleństwem, ale gdy zamykam oczy, mam wrażenie, że dotykają mnie jego dłonie. Jego oddech owiewa moją szyję, zdmuchując z twarzy włosy. Słońce ogrzewa mnie, a ja mogę udawać. Mogę wyobrazić sobie, że jest tu ze mną. Wyruszył na misję i wkrótce będzie w domu. Czepiam się tego uczucia tak mocno, jak tylko potrafię, bo udawanie jest o niebo lepsze od zderzenia się ze świadomością, że mój mąż nie żyje.

– Jasne. U ciebie zawsze wszystko jest dobrze, prócz tego, że wyglądasz jak cholerny zombie – utyskuje.

– Mam pracę – wyznaję z nadzieją, że to zbije ją z tropu.

– A dokładniej? – pyta sceptycznym głosem.

– Będę pracować dla Cole Security. – Prawie słyszę ton dezaprobaty przez telefon. Szkoda, bo mało mnie obchodzi, co sobie myśli.

– Och, to naprawdę świetny pomysł i wspaniały sposób na pogodzenie się z sytuacją.

– Cieszę się, że się ze mną zgadzasz – odpowiadam, doskonale zdając sobie sprawę z sarkastycznego tonu jej słów.

Ona tego nie rozumie. Razem z ojcem nadal stanowią szczęśliwe małżeństwo. Ja swoje straciłam. Chcę być blisko Aarona, czuć coś, nadal mieć z nim coś wspólnego. Cole Security Forces to ostatnie miejsce, w którym Aaron był żywy. To tam spędzał dnie, pracując dla Jacksona. Jego duch jest w tamtym biurze. Jest w tym domu. Nie mogę iść dalej ze swoim życiem. Ledwie potrafię oddychać... ale robię to. Dla Aarabelle. Każdego dnia zwlekam się z łóżka, ubieram się i żyję tak, jak najlepiej potrafię. Jedyne, czego pragnę, to malutki kawałek tego, co dawniej miałam, więc idę do miejsca, w którym silniej wyczuwam jego obecność. Tutaj zaczyna już słabnąć. Nie widzę go już w łazience przy goleniu, nie pamiętam brzmienia jego śmiechu. Strasznie staram się zatrzymać wszystkie związane z nim wspomnienia. Chcę tego, ale każdego dnia tracę kolejną część swojego życia z nim. Ból pozostał, a moje wspomnienia zaczynają umykać.

– Natalie? – pyta, gdy czekam w milczeniu. – Sądzę, że powinnaś wpaść z wizytą. Może gdybyś zostawiła wszystko na trochę, pomogłoby ci to w ruszeniu dalej z życiem.

– Przecież właśnie to robię! – wrzeszczę, po czym biorę głęboki wdech.

– Jak? Spotkałaś się już z ludźmi od ubezpieczenia? Zaczęłaś wypełniać związane z tym dokumenty? – pyta, nie dając mi spokoju.

Przysięgam, że próbuje mnie sprowokować tylko po to, żeby zobaczyć, jak tracę nad sobą panowanie.

– Zabieram się za to. Mam dość tej rozmowy.

Nie wiem, co jej odpowiedzieć, bo prawda wygląda tak, że... Utknęłam. Żyję w niekończącej się spirali. Nic się nie zmienia. Nic się nie dzieje. Nie chcę opróżnić jego szuflad ani szafek, bo to będzie oznaczać, że już nigdy nie wróci do domu. Rzecz jasna, nikomu nie mogę o tym powiedzieć. Potrzebuję go. Jest mi potrzebny jak nigdy, ale zostawił mnie samą tamtego dnia. Ucałował mój nos, a potem brzuch i powiedział, że wróci za kilka dni. Skłamał.

Zamykam oczy i znów widzę jego twarz. Przynajmniej to mi jeszcze zostało. Wspomnienie jego głęboko osadzonych, brązowych oczu z malutkimi, złotymi drobinkami przelatuje mi przez głowę. Włosy zawsze miał krótko obcięte. Aaron. Cały mój świat.

– Natalie... – Łagodny głos mojej matki przerywa mój sen na jawie. – Proszę, ojciec i ja przyjedziemy do ciebie i Aarabelle. Z radością spędzilibyśmy z wami trochę czasu.

– Nie. Kocham cię, mamo, ale dobrze sobie radzę. – Widzę, jak zapala się lampka na elektronicznej niani. Po chwili słychać głos Aary. – Muszę kończyć, mała się budzi. Kocham cię.

– Gdy uznasz, że jednak sobie nie radzisz, zadzwoń do mnie. Kocham cię, skarbie.

Wciskam guzik kończący połączenie i odkładam telefon. Siedzę w miejscu przez kilka minut, usiłując wziąć się w garść, zanim pójdę do córki. Bardzo ją kocham, ale jest wiernym odbiciem swojego ojca. Za każdym razem, gdy na nią patrzę, mnóstwo wysiłku kosztuje mnie, aby się nie rozpłakać. Spogląda na mnie tymi niewinnymi oczami pełnymi miłości, a jakaś część mojego serca rozpada się na kawałki. Dlaczego nigdy nie będzie jej dane potrzymać swojego taty za rękę? Nie powie mu, jak bardzo go kocha. Nie zazna ojcowskiej miłości. A przecież zasługuje na to wszystko. Powinna mieć oboje rodziców, którzy prowadziliby ją przez życie, a zamiast tego ma tylko mnie... rozbitą wewnętrznie istotę.

Za każdym razem, gdy z wizytą przychodzą jej „wujkowie”, nienawidzę ich coraz bardziej. Nienawidzę tego, że mogą ją oglądać, trzymać w ramionach, dotykać, a człowiek, który ją stworzył, nigdy tego nie zrobi. Gniew kotłuje się w moim wnętrzu jak czarna chmura. Przesłania światło, które tak rozpaczliwie próbuję ujrzeć. Tłumi nadzieję w zarodku, zanim ma szansę się rozwinąć – a wszystko dlatego, że on nie żyje. Zabrał ją, odchodząc z tej ziemi. Chcę, żeby wrócił, i to nie tylko w snach. Chcę przewrócić się na drugi bok i poczuć obok siebie jego ciało – zamiast tego mam zimną pościel i puste łóżko.

– Aaaaaa.

Słyszę wołanie swojej ślicznej córeczki i próbuję wziąć się w garść. Leży w kołysce i wydaje z siebie przypadkowe odgłosy, a ja siedzę tu, pogrążona w rozpaczy.

Tłumiąc palące emocje, zbieram marne resztki sił, jakie mi pozostały, i idę do córki.

– Hej, maleńka – mówię pieszczotliwym głosem, wchodząc do jej pokoiku. Samo patrzenie na nią sprawia, że moje życie nabiera barw. Zadziwiające, jak dzieci potrafią całkowicie zmienić czyjś świat.

Aarabelle leży na pleckach, patrząc na mnie z miłością, której kurczowo się trzymam. Dla niej świat jest idealny. Nie wie, co to ból. Pod pewnym względem jest szczęściarą. Przynajmniej nie zdążyła pokochać ojca, którego jej odebrano. Nigdy nie będzie się bała rzeczy, którymi ja się martwię, ponieważ nie zdążyła ich poznać.

– Aaaaa! – piszczy, a ja spoglądam na nią z góry. Jej ciemnobrązowe włosy sterczą na wszystkie strony, a brązowe oczy lśnią uwielbieniem. Sprawia, że chcę przejść przez to wszystko.

– Hej, dziecinko. – Kopie nóżkami i macha rączkami, gdy pochylam się, aby wziąć ją na ręce.

Tulę Aarę w ramionach i słyszę pukanie do drzwi. Za każdym razem, gdy tak się dzieje, czuję, jak serce zaciska mi się w piersi, a żołądek wywraca na drugą stronę. Minęło sześć miesięcy od momentu, w którym rozległo się tamto pukanie, a ja nadal mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Przez jakiś czas miałam nadzieję, że to Aaron, który zjawia się na progu i mówi mi, że to wszystko było jednym gigantycznym nieporozumieniem. Kładę Aarabelle do kołyski i biorę głęboki wdech.

Bez pośpiechu idę do drzwi, starając się stłumić emocje, które pojawiają się bez pozwolenia. To pewnie znowu Mark... Skupiam się na oddychaniu. Za każdym razem mam wrażenie, jakbym przeżywała miniatak paniki.

Otwieram drzwi, a za nimi stoi zwrócony do mnie plecami mężczyzna. Ma masywne ramiona i szerokie barki. Obcisła koszula uwydatnia każdy mięsień w jego ciele. Włosy w kolorze orzecha ma krótko przystrzyżone. Wydaje się znajomy, ale to niemożliwe, bo przecież jest w tej chwili w Kalifornii.

– Liam?

Odwraca się powoli, uśmiechając się szeroko. Jego wysokie, masywne ciało blokuje słońce za jego plecami. Mina mi rzednie, bo widok Liama sprawia, że wszystko wraca. Liam Dempsey. Skoro obecność Marka i Jacksona uważam za trudną do zniesienia, to obecność Liama będzie czystą agonią.

Zdejmuje okulary przeciwsłoneczne, a w jego oczach widać błysk.

– Witaj, Lee. Byłem w okolicy, więc pomyślałem, że wpadnę i się przywitam.

Jego kryształowo błękitne oczy lśnią w słońcu, a na mojej twarzy pojawia się sztuczna maska. Potrzebuję jej, jeśli w ogóle mamy rozmawiać o Aaronie. Dzięki niej niczego nie czuję... Nic mnie nie boli.

– Nie wiedziałam, że Kalifornia i Wirginia są teraz sąsiednimi stanami. Z tego, co słyszałam, ostatnio byłeś na zachodzie.

Nawet ja słyszę monotonię w swoim głosie. Nie ma mowy, żeby ci faceci tego nie zauważyli. Nikogo nie zwiodę, ale naprawdę mam to w nosie. Odgarniam na bok swoje długie blond włosy i ściskam futrynę drzwi.

Przyglądam mu się przez sekundę. Wygląda na większego i wyższego, ale może to złudzenie. Jednak wszystko w Liamie wydaje się... inne. Jego sylwetka zabiera więcej miejsca, niż mi się wydawało, a na twarzy Dempsey ma dwudniowy zarost, co tylko uwydatnia jego linię szczęki. Jestem w żałobie, ale nie mogę zignorować tego, jak bardzo jest przystojny.

– Mogę wejść? – pyta słodkim tonem.

To najlepszy przyjaciel Aarona, jego kolega z basenu, brat na dobre i na złe. Liam od dawna stanowił część naszego życia, a jego widok sprawia, że jeszcze dotkliwiej odczuwam utratę Aarona. Uchylam drzwi i pozwalam mu wejść. Skup się na oddychaniu, Natalie... on zaraz sobie pójdzie.

– Próbowałem się do ciebie dodzwonić – mówi, rozglądając się dokoła.

– Najwyraźniej przegapiłam połączenia od ciebie.

Kłamstwo wymyka się z moich ust. Jego obietnica złożona Aaronowi wykracza daleko poza moje granice cierpliwości. Zaczęłam ignorować jego telefony, bo chciał rozmawiać o przeszłości. O historiach z pól bitewnych, a nawet gorzej, gdy zebrało mu się na wspominanie mojego wesela. Liam posiada tę zadziwiającą umiejętność przejrzenia kogoś na wskroś, a w szczególności mnie.

Podchodzi i uśmiecha się, a jego błękitne oczy lśnią z rozbawienia.

– Najwyraźniej. W końcu nie rozmawialiśmy ze sobą za długo, odkąd wróciłem do Kalifornii.

Dlatego, że nie chcę. Gryzę się w język i decyduję na łagodniejszą odpowiedź.

– Niewiele się zmieniło.

A jednak wszystko.

– Aarabelle urosła, a ty wyglądasz świetnie – mówi, kładąc telefon i klucze na stoliku.

– Dzięki.

Liam uśmiecha się i ściska mnie.

– Twoje unikanie moich telefonów nie będzie mi już przeszkadzać – mówi, puszczając mnie.

– A to dlaczego?

– Bo zamieszkałem w okolicy.

Co takiego?

Niech to szlag.

ROZDZIAŁ 3

– Tylko nie szalej z radości. Byłem w okolicy i chciałem sprawdzić co u ciebie, skoro przegapiłaś moje telefony.

Kieruje wzrok na flagę w ramce stojącej na półce nad kominkiem. Codziennie przypomina mi o tym, że to jedyna rzecz jaka została mi po Aaronie. Chcę ją roztrzaskać o ścianę. Rozbić w drobny mak, a potem spalić. Nienawidzę jej, bo po tysiąckroć wolałabym jego. Chcę Aarona, a nie głupiej pamiątki za jego służbę.

– Cieszę się, naprawdę. Po prostu nie wiedziałam, że wróciłeś do pracy – mówię, podnosząc Aarabelle i tuląc ją w ramionach.

Liam nie spuszcza wzroku z półki.

– Czy naprawdę jest aż tak źle? – pyta.

– Nie, oczywiście, że nie – mówię, żałując, że nie znam sposobu na odciągnięcie jego uwagi od naszej niezręcznej rozmowy.

Liam odwraca się i skupia spojrzenie na Aarabelle.

– Jest piękna, Lee. – Muska dłonią czubek jej główki. – Mam coś dla niej.

Biorę głęboki wdech i przytulam ją do siebie mocniej.

– Naprawdę?

Liam chichocze i wyjmuje z kieszeni naszyjnik.

– Kupiłem to dla Aarabelle, jeszcze zanim się urodziła. Gdy byłem za granicą, uznałem, że każda mała dziewczynka powinna mieć coś takiego, ale... no cóż, sam nigdy nie będę miał córki. – Jego usta drgają w wyrazie rozbawienia, gdy pokazuje mi podarunek.

Podchodząc bliżej, spoglądam na malutki, zielony klejnot wiszący na końcu łańcuszka. Otoczony diamencikami, jest delikatny i filigranowy, a jednocześnie zapiera dech w piersiach.

– Liam, to zbyt wiele.

– Daj spokój. Jak już mówiłem, sam nigdy nie będę miał dzieci. Najpierw musiałbym znaleźć dziewczynę, która naprawdę by mnie polubiła. – Liam parska ochrypłym śmiechem i spogląda za okno.

– Jasne, jakoś wątpię, żebyś miał z tym problem – żartuję i rozluźniam się odrobinę. – Dziękuję, jest piękny.

Uśmiecha się i kładzie dłoń na Aarabelle.

– Tak jak ona.

Zgadza się. Jest malutka i drobna, ale dla mnie idealna. Wszystko, o czym marzyłam, jest w moich ramionach. Przytulam ją do siebie czule.

– Też tak myślę.

Liam odchrząkuje dyskretnie, ponownie przykuwając moją uwagę.

– Zauważyłem, że jego samochód nadal stoi na podjeździe. Spotkałaś się już z ludźmi z Veterans’ Affairs?

Kiwam głową i próbuję na niego nie patrzeć. Odłożyłam na później wiele rzeczy, którymi powinnam była się zająć. Zamknięcie wszystkich kont Aarona, jego testament, sprzedaż samochodu, a może nawet domu.

– Byłam zajęta.

Podchodzi bliżej i delikatnie ściska mnie za ramię.

– Jeśli chcesz, mogę ci pomóc.

Wszyscy wiecznie oferują mi swą pomoc. To rzecz, jaką odkryłam w związku ze śmiercią. Ludzie ratują się z niezręcznej sytuacji propozycją wyciągnięcia pomocnej dłoni. Gotują dla ciebie, sprzątają ci dom, naprawiają zepsutą okiennicę, ale to w dalszym ciągu pozory. Nikt nie wie, co powiedzieć, więc wszyscy starają się coś robić, lecz po upływie tygodnia lub paru miesięcy pomoc nie nadchodzi. Człowiek nie ma innego wyboru, jak stawić czoła życiu i nauczyć się, że ludzie zapominają – idą dalej. Ale nie ja. Dzień w dzień żyję w piekle, jakie mi zgotowano.

– Dam sobie radę. – Posyłam mu sztuczny uśmiech. – Mark i Jackson zaoferowali już pomoc. Jestem pewna, że masz mnóstwo innych rzeczy na głowie. Dopiero co się przeniosłeś, a z doświadczenia wiem, że przeprowadzka zajmuje sporo czasu.

– Wziąłem urlop. Poza tym lubię cię wkurzać.

– Serio, poradzę sobie.

– Nikt nie twierdzi, że nie. Mówię tylko, że nie musisz. Możesz polegać na otaczających cię ludziach. Aaron był moim przyjacielem i ty również nim jesteś, więc schowaj dumę do kieszeni. – Nasze spojrzenia się krzyżują.

Co jest z tymi facetami i ich niechęcią do zostawienia mnie w spokoju?

– Okej, w porządku – mówię, dając za wygraną.

– Świetnie. Nie żebyś miała jakiś wybór. Jestem dość uparty.

Prycham pod nosem.

– Pamiętam.

Między nami zapada niezręczna cisza. Dzięki Bogu Aarabelle zaczyna się wiercić, przyciągając moją uwagę.

– Masz jakieś wieści od Patti? – pyta Liam.

– Nie, od śmierci Aarona jest praktycznie nieosiągalna.

Moja teściowa niezbyt pomyślnie przyjęła tę wiadomość, czemu trudno się dziwić. Zerwała kontakt ze wszystkimi. Odmawia zobaczenia się z Aarabelle i w żadnym wypadku nie chce być częścią mojego życia. Twierdzi, że gdybym go kochała, nie pozwoliłabym mu odejść. Według niej powinnam była domagać się, żeby został. Jeśli choć trochę znała swojego syna, wiedziałaby, że w jego przypadku to tak nie działało.

Liam robi krok w stronę półki i wyciąga dłoń w kierunku flagi. Wpatruje się w mój mały ołtarz. Na półce stoją zdjęcia Aarona. Zdjęcie z obozu szkoleniowego dla rekrutów, naszego wesela oraz jedno przedstawiające ich dwójkę stoją obok flagi. Z przodu leży jego odznaka. Liam opiera się dłonią o kamienną ścianę i zwiesza głowę. Przyglądam mu się, jak jego palce zaciskają się i bieleją od ściskania krawędzi. Wygląda tak, jakby zapomniał, że tu jestem. Jestem bliska łez na widok milczącej żałoby najlepszego przyjaciela Aarona. To moment, w którym niemal czuję promieniujący z niego ból. Odwracam się, dając mu chwilę prywatności.

– Najwyraźniej ludzie znoszą problemy w różny sposób – mamrocze pod nosem Liam.

Odwracam się, a on obejmuje się dłonią za kark.

– Jak sobie z tym radzisz? – pytam.

Odwraca się i kręci głową.

– Kilka razy zadzwoniłem pod jego numer. Byłem pijany i... Sam nie wiem. Miałem taki odruch, żeby zadzwonić i powiedzieć mu coś głupiego. Po raz pierwszy włączyła się poczta głosowa, a ja... – Przenosi na mnie spojrzenie i urywa. – A ty?

Moja maska wchodzi na swoje miejsce, gdy powtarzam słowa, które powiedziałam już wiele razy.

– Żyję. Jest mi trudno, ale radzę sobie.

Liam dobrze mnie zna. Pracuje również jako oficer śledczy dla Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Jest jednym z najlepszych, a ja chyba zapomniałam, kogo próbuję okłamać.

– Naprawdę? – pyta z niedowierzaniem.

Jego masywne ciało przesuwa się w moją stronę, gdy próbuje oszacować moje reakcje. Staram się przypomnieć sobie wszystko, czego nauczył mnie Aaron. Kazał mi twardo obstawać przy swoim, nie zmieniać pozycji i nie ruszać oczami, ale z Liamem sprawa wygląda zupełnie inaczej.

– Tak – odpowiadam pewnym tonem.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, kim jestem, prawda? – Jego pokryta odciskami dłoń muska mój nadgarstek, a moje serce przyśpiesza. Nie boję się go, ale jest pierwszym mężczyzną, który dotknął mnie w poufały sposób od czasu śmierci Aarona. Choć jesteśmy wyłącznie przyjaciółmi, czuję ściskanie w piersi. – Okłamujesz mnie – mówi głębokim głosem.

Tłumię dreszcz i staram się nie patrzeć mu prosto w oczy. Nie chcę, aby wiedział, co ukrywam. Może we mnie czytać jak w otwartej księdze. Potrafi przejrzeć na wylot wszystkie moje kłamstwa, a ja chcę się przed nim ochronić.

– Natalie. – Unosi mój podbródek, lecz w dalszym ciągu nie otwieram oczu. – Możesz mi powiedzieć. Nie potrafię sobie wyobrazić, że czułby się w porządku, gdyby to ciebie stracił. Rozsypałby się na pieprzone kawałki. Porozwalałby wszystkie meble w domu i zachowywał jak czubek, więc ty też nie musisz czuć się dobrze. Możesz się wściekać i co tylko chcesz.

Jego słowa docierają w głąb mojej duszy. Otwieram oczy.

– Nie mogę sobie na to pozwolić. Mam Aarabelle – mówię, patrząc na dziecko w swoich ramionach. – Muszę czuć się dobrze. – Stalowy mur, za którym się chowam, jest silny i wytrzymały. Nic mi tam nie grozi.

– To nieprawda. Będziesz to w sobie tłumić, aż pewnego dnia eksplodujesz.

Zaciskam zęby i wypuszczam powietrze przez nos.

– Gdzie cię teraz przydzielili? Będziesz w okolicy?

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wie, że chcę odwrócić jego uwagę. Pragnę zakończyć tę rozmowę.

– Wiesz, że nie mogę ci powiedzieć, ale w razie czego służę pomocą. Mam parę rzeczy do załatwienia, a potem możemy się wspólnie zastanowić nad tym, co trzeba zrobić.

– Naprawdę nie potrzebuję niczyjej pomocy – mówię, choć już sama nie wiem, czego właściwie chcę. Aarabelle wierci się, a ja kołyszę ją łagodnie.

– Cóż, muszę coś robić przez cały miesiąc urlopu, a ty mi w tym pomożesz.

– I kto jest teraz kłamcą?

Liam podwija rękawy i mruga zawadiacko.

– Ja nigdy nie kłamię.

Po raz pierwszy od dawna wybucham szczerym śmiechem. Kłamie o kłamaniu. Aarabelle zaczyna marudzić. I choć naprawdę chciałabym się z nim podroczyć, mała musi zostać nakarmiona.

– W którym jesteś oddziale?

Tylko nie mów, że w czwartym.

Sama nie wiem, dlaczego to ma takie znaczenie. Sposób, w jaki wydaje z siebie pełne wahania westchnięcie, sprawia, że przygotowuję się na najgorsze.

– Czwartym. – Podchodzi i kładzie dłoń na moim ramieniu. – On powinien być tam ze mną.

– Nie, powinien być ze mną.

– Tak, powinien – zgadza się Liam. W jego oczach widać smutek.

Ta świadomość sprawia nam obojgu ból. Liam i Aaron byli jak bracia. Skoro jeden umarł, umarli obaj. Aaron opowiedział mi kiedyś o łączącej ich braterskiej więzi, porównując ją do więzi Jacksona i Marka. Wszyscy byli sobie bliscy, ale on i Liam byli niemal jak rodzina. Pomagali sobie podczas szkolenia, a gdy umarła siostra Liama, Aaron przez cały czas był u jego boku.

– Przykro mi, Demps – mówię, przekładając Aarabelle z ręki do ręki.

– Dlaczego, do cholery, jest ci przykro? – pyta i wygląda na urażonego.

– Byliście sobie bliscy. Wiem, że to dla ciebie niełatwe.

Liam ściska palcami grzbiet nosa.

– Czy właśnie tym się zajmujesz?

Szczęka opada mi, gdy próbuję domyślić się, o czym mówi.

– Udajesz. – Wyraz oczu Liama łagodnieje, gdy przygląda mi się uważnie.

– Nie mam pojęcia, czego ode mnie chcecie – mówię zdesperowana. Liam uśmiecha się, a ja mam ochotę zdzielić go w twarz. O co mu, do cholery, chodzi?

– W końcu jakieś emocje. Do zobaczenia wkrótce. Czeka mnie tu mnóstwo pracy.

– Ale z ciebie dupek.

– Wiem. Zajmij się Aarabelle. Ja zabiorę się za resztę.

Liam całuje mój policzek, a potem czubek głowy Aarabelle i wychodzi.

Stoję w miejscu jak głupia, doskonale wiedząc, że nie dam rady się go pozbyć. Jest szlachetny, uczciwy, a składając przysięgę Aaronowi, mówił serio. Będzie dla mnie oparciem i pomoże mi w każdy możliwy sposób.

Liam Dempsey będzie moją zgubą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Szósty Zmysł

Grupa Wydawnicza Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: redakcja@wydawnictwoszostyzmysl.pl

www.wydawnictwoszostyzmysl.pl