Ciebie szukam - Anna Kasiuk - ebook + książka

Ciebie szukam ebook

Anna Kasiuk

4,0

Opis

Nigdy nie przestawaj walczyć o siebie.

 

Marta całe życie poświęciła rodzinie. Gdy po wielu latach odchodzi od męża, dla którego liczy się tylko alkohol, musi poukładać je na nowo i sama zadbać o przyszłość nastoletniej córki. Kolejne randki tylko utwierdzają kobietę w przekonaniu, że na świecie nie ma już mężczyzn zainteresowanych prawdziwym uczuciem. Na dodatek w rodzinne strony wraca siostra, z którą Marta nie rozmawiała od wielu lat. Czy nudne życie w prowincjonalnym miasteczku może się odmienić?

Kiedy Marta poznaje młodszego od niej Mikołaja, szybko dostrzega, że nigdy nie czuła się tak bezpiecznie. Wydaje się, że znalazła wymarzonego partnera, ale on nagle znika bez śladu, a jego miejsce chciałby zająć ktoś inny… Jednak o tajemniczym Rosjaninie z burzliwą przeszłością trudno zapomnieć. Jak Marta upora się z tęsknotą? I co zrobi, kiedy jej najbliżsi znajdą się w niebezpieczeństwie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Anna Kasiuk, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Aleksandra Deskur

Korekta: Marta Akuszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki: Magda Bloch

Fotografie na okładce:

© Nina Masic | Trevillion Images,

© KateMacate | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66381-60-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Mojej ukochanej siostrze Ewie

„Postanowiłem trzymać się miłości.

Nienawiść to zbyt wielkie brzemię”

Martin Luther King

I

– Boże, jak ja nienawidzę tego miasta! Nienawidzę ojca, bo mi przynosi wstyd, i ciebie! Ciebie też nienawidzę, bo jesteś taka typowa, taka szara, że aż mam mdłości! Żal mi ciebie, twojego nudnego życia i mnie! Przez ciebie i przez niego!

Tymi słowami przywitała matkę Felicja, wchodząc do mieszkania mieszczącego się na piętrze kamienicy, której parter zajmował sklep z biżuterią i porcelaną. Cisnęła plecak na podłogę i podeszła do stojącej przy kuchni matki. Marta, słysząc dobiegające ze schodów odgłosy wracającej do domu córki, wiedziała, że coś musiało się wydarzyć w szkole. Ta na pozór rozwrzeszczana i zbuntowana siedemnastolatka była w rzeczywistości leniwa i niezbyt energiczna. Zapatrzona w telefon komórkowy, nie wyściubiała nosa ze swojego pokoju, chyba że wydarzyło się coś, co naprawdę wytrąciło ją z równowagi.

– Dzień dobry, Felu. Chyba masz gorszy dzień? – zaczęła ostrożnie Marta, w głębi duszy nienawidząc siebie za lęk, który przepełniał ją na samą myśl o konfrontacji z córką. Kaśka, jej przyjaciółka i właścicielka pobliskiej knajpy o uroczej nazwie „Podcienia”, nie mogła zrozumieć tej postawy. Marta nie była w stanie krzyknąć na córkę ani wymierzyć jej kary w obawie, że Felicja, już od dobrych kilku lat przechodząca burzliwie okres młodzieńczego buntu, zrobi jakieś głupstwo.

– Miałam okropny dzień! On przyszedł najebany pod moją szkołę!

– Pijany. Proszę cię, nie używaj wulgarnych słów w moim towarzystwie. – Marta westchnęła i zanim zwróciła się twarzą do córki, nabrała głęboko powietrza i mocno zaciskając powieki, wyobraziła sobie latające nad łąkami za miastem motyle. Kochała je za swobodę i bezgraniczną wolność…

– Bo?

– Bo cię o to proszę. Bo jest to oznaką szacunku wobec starszej od siebie osoby i twojej matki.

Felicja oddychała gwałtownie. Jej nozdrza falowały niczym chrapy konia, co nawet rozbawiłoby Martę, gdyby nie świadomość konsekwencji wiążących się z nagłym wybuchem śmiechu.

– Dla ciebie ważne jest to, że przeklęłam, nie to, że moja reputacja, i tak nadwątlona faktem posiadania ojca alkoholika, została nadszarpnięta? Co z ciebie za matka? – Felicja wydawała się przepełniona nienawiścią do Marty. Jej pełne łez oczy mówiły jednak zupełnie coś innego. W sercu dziewczyny krył się przede wszystkim żal.

Marta wróciła pamięcią do przeszłości. Antoni, jej były mąż, już w szkole został miłością jej życia. Starszy od niej o kilka lat, uzdolniony malarz, stanowił wzór mężczyzny, jakiego pragnęła od zawsze. Znali się ze szkoły. Zawsze był pogrążony w zadumie, ubrudzony farbą, z ciągnącym się za nim woalem mieszających się zapachów terpentyny, kleju kostnego i rozpuszczalnika. Był obiektem jej westchnień od zawsze. Nie tylko ona zakochała się w jego nieco nieobecnym spojrzeniu i leniwych ruchach. Jej koleżanki również wodziły za Antonim tęsknym wzrokiem, ale to ją wybrał.

Pewnego dnia, kiedy spóźniła się na pierwszą lekcję, mokra od deszczu, z rajstopami marszczącymi się na łydkach, bo tuż przed szkołą wpadła w kałużę, natknęła się w szatni na Antoniego. Siedział zamyślony, wpatrując się w powykrzywianą, uschniętą gałąź brzozy za oknem. W dłoni trzymał blok i kreślił. Jego palce były czarne od węgla, a twarz zdradzała uczucie bezbrzeżnej euforii. Marta zapomniała wtedy o mokrych włosach i ciągnących się rajstopach. Z otwartymi ustami wpatrywała się w Antoniego i podziwiała malujące się na jego twarzy uczucia. Tak bardzo pragnęła wtedy, by to ona wywołała kiedyś ten zachwyt.

– Idziemy na kawę? – Przerwał jej zadumę i wsunął blok do torby. Oczywiście się zgodziła. Poszła z nim wtedy na kawę, a przez kolejnych kilka lat towarzyszyła mu na co dzień, także podczas licznych konkursów malarskich i wernisaży. Antoni był zdolny, miał bardzo wysublimowany zmysł widzenia natury i ciała. Oprócz tego potrafił zjednywać sobie ludzi, o czym przekonała się również Marta. Oszołomił ją swoją wizją świata, który w jego oczach wyglądał zupełnie inaczej niż dla niej. Dlatego kiedy zaszła w ciążę, przeniosła się na studia zaoczne i podjęła pracę w sklepie z porcelaną i srebrem, który na kazimierzowskim rynku prowadziła od lat jej rodzina. To nie było spełnienie marzeń dziewczyny. Miała zupełnie inne plany. Przede wszystkim chciała opuścić to miasto, zasmakować życia w stolicy albo przynajmniej na dobry początek przenieść się do Lublina. Podjęła studia pedagogiczne i właśnie wtedy się dowiedziała, że jest w ciąży. Dla Antoniego i jego rodziny nadrzędną wartością był talent chłopaka, dlatego to w jego wykształcenie postanowiono inwestować. Rodzice – zarówno jej, jak i jego – opłacili huczne wesele i pomagali Marcie w opiece nad małą Felicją, podczas gdy Antoni rozwijał się artystycznie. Coraz częściej zapominał o młodej żonie z przyklejoną do piersi córeczką i oczami podkrążonymi od nieprzespanych nocy. Jego wzrok uciekał za to w kierunku innych kobiet. Dobrze rokujący malarz z lubością zaczął oddawać się uciechom oferowanym przez skore do romansów studentki, wracające do domu na weekendy. Poza tym oprócz znajomego zapachu terpentyny i olejów Marta wyczuwała jeszcze jeden. Antoni zaczął pić alkohol.

Felicja miała jedenaście lat, kiedy zmarła matka Marty, Janina. Zaraz za nią z tego świata odszedł jej mąż, Józef. Z kolei relacje z rodzicami Antoniego, Antoniną i Krzysztofem, znacznie się osłabiły. Po jedenastu latach w końcu dotarło do nich, że niezwykły talent syna, który mógł mu zapewnić rozgłos i uznanie, ugrzązł w bagnie jego nałogów i zupełnego nieprzystosowania do życia. Marta złożyła pozew o rozwód i wyrzuciła pijanego męża za drzwi. Od tamtego dnia, na pozór najgorszego w jej życiu, poczuła się wolna i szczęśliwa. W spadku po rodzicach otrzymała starą kamienicę położoną przy Rynku w Kazimierzu Dolnym. Za zaoszczędzone pieniądze wyremontowała położone na piętrze mieszkanie, resztę zaś zainwestowała w pamiątki, które zaczęła sprzedawać w rodzinnym sklepie na parterze. I jakoś tak jej spojrzenie na miasto, malowniczą okolicę i wyjątkowy klimat tego miejsca całkowicie się zmieniło. Marta pokochała targi, które odbywały się we wtorki i piątki, galerie sztuki znajdujące się niemal za każdym rogiem, a także jesienne rozleniwienie oraz nostalgiczny zapach gnijących liści grabów, który towarzyszył jej od zawsze. Kobieta zaczęła świadomie przeżywać swoje życie. Nagle dotarło do niej, że dawno skończyła liceum, studia przemknęły niezauważenie, a jej córka, siedemnastoletnia licealistka, za chwilę będzie dorosła.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Oburzona Felicja uderzyła dłonią w blat.

– Tak, słucham cię. Jesteś oburzona, bo pijany ojciec pojawił się pod twoim liceum. A czego chciał tym razem? – Marta przetarła szafkę wilgotną szmatką i złożywszy ją, odwiesiła na uchwycie piekarnika. Przestała już reagować tak nerwowo na obecność Antoniego w ich życiu. Cóż, musiała się z nią pogodzić. Były mąż nie miał żadnej szansy na wyprowadzenie się z Kazimierza. Jego rodzice wciąż mieszkali przy Krakowskiej, w starej, ukrytej w cieniu kościoła kamienicy. A on zajmował u nich swój stary pokój.

– Pytał, czy nie poszłabym z nim na kawę. – Głos córki złagodniał. Marta odetchnęła z ulgą. Pierwsza złość opadła. Teraz powinno pójść łatwiej, pomyślała z nadzieją.

– Ach tak.

– Tym razem nie nabrałam się na jego zaczepki. Wystarczyło, że w ubiegłym semestrze poszłam z nim na kawę. Publicznie wyjął butelkę wódki i pociągnął z niej. Przy wszystkich, w kawiarni u Bogusławy. Boże, nikt mnie tak nie upokorzył w życiu jak on.

– Fela, to nieszczęśliwy człowiek. Nie traktuj ojca jak człowieka świadomie popełniającego błędy. On żyje w swoim świecie. Wciąż uważa, że ma dziewiętnaście lat, a jego urok osobisty jest w stanie zamydlić wszystkim oczy.

– Tobie zamydlił.

– Udało mu się.

– Że też nie nabrała się na niego ciocia Agata. Przecież jesteście bliźniaczkami.

– Ona miała inne spojrzenie na życie.

– Widać lepsze, bo wywiodło ją z tego przeklętego miasta i zaprowadziło…

– No właśnie, dokąd ją to zaprowadziło? Pokłóciła się ze mną, nakrzyczała na mamę i wyjechała.

– Do Warszawy. Ot, dokąd ją wywiało. I żyje sobie w dostatku, z dala od tego artystycznego bajzlu uzależnionego od liczby turystów. Jezu, jak ja nienawidzę mojego życia! – Dziewczyna poderwała się gwałtownie i zerwała wiszącą na uchwycie piekarnika szmatkę. Zmięła ją w rękach tak samo zapalczywie, jak przekleństwa, które cisnęły jej się na usta, i wrzuciła do zlewu.

– Ty też nie masz prawa narzekać na swoje życie, Felicja. – Marta sięgnęła po szmatkę i zaczęła ją składać. – Masz właściwie wszystko.

– Co takiego mam? Tkwię w tym miejscu! Muszę pomagać ci w sklepie, bo twoja pracownica zaciążyła. Tak! Nie zauważyłaś? Została ci tylko ta stara, jak jej…? Monika! – Córka prychnęła. Marta, już odrobinę podenerwowana, wsunęła szmatkę na miejsce.

– Masz perspektywy. Możesz skończyć szkołę i wyjechać, jeśli nie odpowiada ci Kazimierz. Ja nie będę cię trzymała. Jedź i zdobywaj świat! On tylko na ciebie czeka!

– I wyjadę! Żebyś wiedziała! Z tobą nawet rozmawiać normalnie nie można, wiesz? Jesteś taka zgorzkniała i przesiąknięta tym miastem! – wrzasnęła Fela i wybiegła z kuchni.

Po chwili drzwi do jej pokoju trzasnęły, a w mieszkaniu nad sklepem z upominkami i porcelaną zapanowała upragniona cisza. Marta odetchnęła z ulgą. Cóż, rzeczywiście była zgorzkniała i przesiąknięta miastem, panującym tu klimatem zawieszenia i nostalgii. Kochała Kazimierz całym sercem, bo nigdy nie było jej dane zadomowić się w innym mieście. Tak samo, jak nigdy nie kochała innego mężczyzny poza Antonim. Wzięła kąpiel, a potem na chwilę stanęła przy oknie w sypialni. Zgaszone światło zapewniało jej dyskrecję i intymność, dlatego bezkarnie przyglądała się kilku przemierzającym Rynek postaciom. Oswajała się z myślą, że następnego dnia będzie musiała się odezwać do byłego męża.

Nazajutrz rano obudziła się rześka i promienna. Zanim jednak podniosła się z łóżka, odczekała, aż dobiegające z kuchni dźwięki głośno przestawianych talerzy i brzęk ciskanych do zlewu naczyń ucichną. Na szczęście awantura, którą poprzedniego dnia zrobiła jej córka, nie pociągnęła za sobą przykrych konsekwencji w postaci ostentacyjnej odmowy pójścia do szkoły. To było dla Marty pocieszeniem. Felicja bowiem potrafiła ni stąd, ni zowąd oznajmić, że zamierza nadchodzący dzień spędzić w łóżku. Na szczęście takie sytuacje zdarzały się ostatnio rzadziej. Marta kochała swoje dziecko najbardziej na świecie, ale momentami z wielkim trudem przychodziło jej przyznanie przed samą sobą, że uczucie to ma w sobie sprawczą moc powstrzymania się przed zrobieniem córce krzywdy. Felicja potrafiła bardzo uprzykrzyć swojej mamie życie. Upokarzała ją swoimi uwagami, wiecznie krytykowała jej sposób życia, poświęcanie się córce, domowi i sklepowi. Najgorsze jednak było naigrawanie się z doskwierającej Marcie samotności. Odkąd bowiem opuścił ją Antoni, w jej życiu nie pojawił się nikt inny. Przyczyną tego nie był jednak brak kandydatów, tylko decyzja Marty. Cóż, zawsze brakowało tego czegoś, co popchnęłoby ją w objęcia jakiegoś mężczyzny. A właśnie „to coś” poczuła, kiedy po raz pierwszy ujrzała Antoniego. Wtedy i nigdy później. Każdy z pozostałych adoratorów okazywał się porażką. Pierwszy był Benek. Prowadził niewielki sklepik z pamiątkami po przeciwnej stronie Rynku. Właściwie Marta polubiła mężczyznę. Był czarujący i słuchał jej bez względu na to, co miała do powiedzenia. Potrafił dyskutować z zapałem zarówno na temat kosów, obsiadających jesienią płoty porośnięte winobluszczem, jak i politycznego stuporu, w którym tkwili niezmiennie Polacy. Marta spotkała się z Benkiem kilkakrotnie. Zjadła z nim kolację w knajpce Kaśki, potem byli na lodach. Kiedy jednak pewnego dnia weszła do sklepu spożywczego „Na rogu” i zupełnie przez przypadek usłyszała rozmowę Benedykta ze sprzedawczynią, zrozumiała, jak bardzo myliła się co do niego i jego intencji. Nieświadomy jej obecności adorator, pochylony nad ladą, wybierał makaron i skrupulatnie szacował wartość sklepu z upominkami i porcelaną, a zachęcony przez spostrzegawczą sprzedawczynię, zaczął się nawet zastanawiać nad wartością całej kamienicy, której właścicielką była Marta. Zrobiło jej się przykro. Poczuła się oszukana, dlatego bez słowa opuściła sklep i przestała reagować na umizgi Benka. Potem pojawił się Józef, rolnik mieszkający pod Kazimierzem, ale ten za każdym razem zwracał się do Felicji innym imieniem. Był jeszcze Paweł, trochę młodszy, który nie potrafił się zdecydować, czy chce spotykać się z Martą, czy z jej sąsiadką, Jadwigą. A na końcu tego uczuciowego peletonu znajdował się Mikołaj. Przystojny, bardzo szczodry i niezwykle otwarty mężczyzna był właścicielem znajdującej się przy Rynku Pijalni Czekolady, dwóch hoteli i dwóch galerii sztuki. Pojawiał się w życiu Marty co jakiś czas i czarował ją swoim urokiem osobistym. To on podczas rzęsistego deszczu zabrał ją na wyprawę statkiem po Wiśle i osłaniał swoją wełnianą marynarką przed kroplami wody. To on zabrał ją na romantyczną kolację na Górę Trzech Krzyży, skąd rozpościerała się panorama Kazimierza Dolnego, i cytował Dostojewskiego w oryginale. Kobieta słuchała go ze wzrokiem utkwionym w zamglonym horyzoncie, a w jej wyobraźni obrazy nabierały wyrazistych kolorów. Coś jednak przeszkadzało jej w odczuciu tego samego, co poruszyło jej serce podczas pierwszego spotkania z Antonim. Mikołaj był czarujący, ale nie potrafił wzbudzić w Marcie tej krystalicznie czystej potrzeby podarowania mu siebie. Coś ją powstrzymywało i w ciągu kilku długich miesięcy nie zdołała rozgryźć co. A Mikołaj był cierpliwy. Pojawiał się raz na tydzień, czasem rzadziej, i wyrywał ją z jej szarego świata.

W kuchni zapanowała cisza. Po chwili trzaśnięcie drzwiami obwieściło, że córka wyszła do szkoły. Marta podniosła się z łóżka, otuliła różowym, welurowym szlafrokiem, a następnie dorzuciła do kaflowego pieca suchego drewna, po czym wyszła do kuchni. Był kwiecień, widok za oknem napawał ją nadzieją, a rześki zapach wiosennego powietrza pobudzał. Marta pomyślała, że kocha takie ciche, samotne poranki.

Wsłuchując się w świergoczące za oknem wróble i pracę ekspresu do kawy, pomyślała o Mikołaju. Nie, zdecydowanie nie był kandydatem na jej partnera.

Sięgnęła po telefon i wybrała numer domowy rodziców Antoniego. Odebrała teściowa.

– Dzień dobry, mamo.

– Dzień dobry, Marto. Jak miło, że dzwonisz. Czy wpadniesz na herbatę?

– Dziękuję za zaproszenie, ale nie dam rady. Mam dużo zajęć. Jak zdrowie twoje i męża?

– Ach, wszystko jest dobrze. Ja nie mogę narzekać, choć Krzysztof ostatnio utyskuje na ból nóg. Chyba będziemy musieli przejść się do jego lekarza. Te tabletki, które mu przepisali, nie pomagają. Czekam tylko na Antoniego, bo wziął się ostatnio do pracy. Mówi, że ma jakiś duży projekt.

– O, to dobrze. Mam nadzieję, że coś z tego będzie.

– Ja też. Ja też mam taką nadzieję… – Starsza pani westchnęła przeciągle i zadumała się. Ostatnio ilekroć zaczynała rozmyślać nad zmarnowanym losem swojego jedynaka, do głosu dochodziła niechęć wobec niego i wobec siebie samej. Za bardzo zaufali talentowi Antoniego, wierząc, że to nim będzie się zawsze kierował, a wszelkie złe skłonności i słabości zdoła przezwyciężyć dzięki pragnieniu osiągnięcia sukcesu. Antonina kochała swoją synową, kochała Felicję, ale było jej wstyd przed nimi. Przyczyniła się do tego, że zmarnowane zostało również ich życie i nie potrafiła żadną miarą im tego zrekompensować.

– Czy mogę mówić z Antonim? – Marta przerwała ciszę.

– Tak. A coś się stało?

– Nic nowego, znowu pojawił się pod szkołą Felki pijany. A ona się go wstydzi.

– Już go proszę. Martusiu?

– Tak, mamo?

Starsza kobieta poczuła przypływ czułości i żalu i zapragnęła nagle przeprosić synową, ale ten gest mógł znaczyć, że bierze na siebie winę za zachowanie syna, a tego nie chciała.

– Zadzwoń jeszcze kiedyś. Może wpadniecie na ciasto?

– Dziękuję, mamo. Może kiedyś się wybierzemy.

Jakiś dźwięk przykuł uwagę Marty. Podniosła się od stołu i podeszła do okna. Pod Pijalnię Czekolady z hukiem podjechał czarny mustang Mikołaja. A więc towarzysz jej wykwintnych kolacji znowu był w mieście, pomyślała i przeczesała palcami gęste, skręcone mocno włosy.

– Halo? – usłyszała w słuchawce głos byłego męża.

Przyjemne ciepło rozlało się po jej sercu. Nagle oczami wyobraźni ujrzała Antoniego. Stał znowu w szatni ich liceum i wpatrywał się w nią tym swoim nieobecnym, rozmarzonym wzrokiem. Odwróciła się od okna i usiadła ponownie przy stole w kuchni.

– Dzień dobry, Antoni.

– Witaj. Jak się miewasz? – zaczął dość niezręcznie.

– Dziękuję, wszystko w porządku.

– A nie potrzebujesz czegoś?

– To znaczy?

– Czy mogę coś dla ciebie zrobić?

– Antoni, ty nigdy niczego dla mnie nie zrobiłeś. Dlaczego teraz nagle miałoby się to zmienić?

– Pytam, bo…

– Nie, dziękuję. Niczego mi nie potrzeba. Doskonale sobie radzę. Dzwonię w innej sprawie.

– Wiesz, dostałem duże zlecenie… – W jego głosie zabrzmiał entuzjazm.

– Mam nadzieję, że uda ci się je zrealizować. Może w końcu osiągniesz to, o czym marzyłeś.

– Na to jest już za późno. Zmarnowałem zbyt wiele możliwości, a przede wszystkim czasu. A tego nie uda mi się odzyskać. Ale mogę spróbować zrobić coś, co pozwoli zapamiętać mnie jako artystę.

Marta osłupiała. Nie spodziewała się po byłym mężu tak głębokiej refleksji. Wieloletnia choroba alkoholowa, słabość do kobiet i życie w wyimaginowanym świecie pozbawiły go umiejętności trzeźwej oceny sytuacji. A tu nagle taka zmiana.

– Cóż, dobrze, że sobie to uświadomiłeś. Życzę ci, żeby twoje zlecenie przyniosło ci radość.

– Dlaczego dzwonisz?

– Ach… – Poczuła zawstydzenie. – Chciałam cię prosić, żebyś nie przychodził pod szkołę Felicji w tym stanie. Ona się wstydzi.

– Nie byłem pijany. Chciałem z nią po prostu pójść na kawę. Nie piję już od tygodnia Dostałem zaliczkę i wszystkie pieniądze oddałem mamie. Ja chcę spróbować od nowa.

– Felicja powiedziała, że byłeś pijany… – Rumieniec zawstydzenia oblał jej twarz. Nie pomyślała nawet, że córka mogłaby skłamać, najzwyczajniej nie chcąc widywać się z ojcem.

– Nie… Nie byłem pijany. Myślę, że ona po prostu nie chce mnie widzieć. Dlatego powiedziała ci, że ją nachodzę.

– Porozmawiam z nią.

– Marta, daj spokój. Zasłużyłem sobie na to. Ale ja się zmienię. Będę próbował. Czy sądzisz…

– Nie, Antoni. Pamiętaj, żebyś nie przychodził pijany pod jej szkołę. Najlepiej wcale tam nie chodź, to nie jest normalne, żeby tak się zachowywać wobec siedemnastolatki. Dzieci w tym wieku potrzebują swobody i traktowania ich jak dorosłych. Pamiętaj o tym, proszę. Trzymam kciuki za twoją pracę. Do widzenia.

Rozłączyła się. Serce waliło jej jak młotem. Wciąż odczuwała to coś, co przyciągało ją do byłego męża i dlatego gorzkie słowa nie przychodziły jej bez trudu.

Znowu wstała i podeszła do okna. Samochód Mikołaja wciąż stał pod Pijalnią Czekolady, właściciela jednak nie ujrzała. Pospiesznie wzięła kąpiel, rozczesała długie, niemiłosiernie plączące się loki i związała je na czubku głowy w ciasny kok. Ubrała luźną lnianą tunikę i z kubkiem wciąż ciepłej kawy zeszła wąską klatką schodową na dół, do sklepu.

To było jej życie. Jej mały świat, zamknięty w starej kamienicy mieszczącej się przy rynku w Kazimierzu Dolnym. Otwierając drzwi oddzielające część mieszkalną kamienicy od sklepu zajmującego cały parter, poczuła znajomy przypływ energii. Na jej twarzy zagościł uśmiech. Marta kochała swoje życie. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma, powtarzała nieżyjąca już mama. I tą samą dewizą postanowiła kierować się jej córka. Pokochała zamieszkiwaną kamienicę, sklep z upominkami i porcelaną, który przejęła po rodzicach, i codzienność, z którą przyszło jej się zmagać.

II

Marta lubiła leniwe poranki, kiedy nie trzeba się spieszyć, bo turystów jest niewielu, a mieszkańcy nie kupują przecież pamiątek związanych z miastem, w którym żyją. Jedynie ćmielowska porcelana cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem, bo wciąż uważana była za doskonały prezent zarówno urodzinowy, jak i ślubny.

Wiosna w Kazimierzu, podobnie jak jesień, była okresem oddechu, odpoczynkiem przed gorącymi miesiącami wzmożonego ruchu. W powietrzu już czuło się ciepłe podmuchy wiatru. Szeleszczące młode liście napełniały serce optymizmem i pobudzały rozleniwione zimą endorfiny do bardziej wytężonej pracy. Podczas porannych zakupów Marta coraz częściej zauważała znajome twarze. Artyści, którzy pojawiali się w mieście każdej wiosny, zasiadali okryci kocami w pustych jeszcze restauracyjnych ogródkach i sączyli aromatyczną kawę lub rozmaite alkohole, kontemplując rodzące się w ich wyobraźni wizje. Im trunek był mocniejszy, tym bardziej nieobecne stawały się ich spojrzenia. Zabawnie wyglądały skulone postacie artystów okrytych kocami. Jak mech porastający drzewa albo szare huby przytwierdzone do pni. Jednak mieszkańcy cieszyli się na ich widok, bo zwiastował on nadchodzące lato, pieniądze i ruch w interesie. Miasto budziło się z zimowego snu.

Marta wyszła do znajdującego się za domem niewielkiego ogródka. Właściwie to określenie na wyrost określało ten skrawek zieleni, na którym dawno temu ustawiono mały drewniany stół i dwa masywne krzesła. Otulając się szczelnie ciepłym swetrem, kobieta zapukała w drewnianą futrynę tylnych drzwi knajpy, którą prowadziła Kaśka. To był ich znak. Marta wynosiła na ogród popielniczkę, a sąsiadka po chwili pojawiała się w wąskich drzwiach z dwiema filiżankami kawy. Codziennie spotykały się przed rozpoczęciem pracy na jedynego wypalanego w ciągu dnia papierosa.

– Czy zamawiała pani latte z cynamonem? – Głos Kaśki zdradzał dobry humor. Krótko przycięta ruda fryzura przyjaciółki sterczała zabawnie, a obfite biodra się kołysały, kiedy Kasia tanecznym krokiem wychodziła z restauracji z dwoma kubkami w rękach.

– Tak, zamawiałam. – Marta przypaliła papierosa i zaciągnęła się głęboko. Kaśka zrobiła to samo i przysiadła na ławce.

– Uwielbiam te nasze poranki – westchnęła głęboko sąsiadka, a niski tembr jej aksamitnego głosu rozpłynął się melodyjnie. Kaśka była pulchna. Wyglądała jak typowa gruszka, ale nie miała żadnego problemu z akceptacją siebie, co sprawiało, że cieszyła się powszechną sympatią. Była niezwykle energiczną osobą. Marta doszła kiedyś do wniosku, że osoby pulchne są bardziej lubiane i otwarte. Nie potrafiąc jednak znaleźć innego wyjaśnienia dla tego faktu, uznała, że kojarzyły się z seksem i jedzeniem, a to przecież ludzie lubią najbardziej.

– Jak tam sytuacja z Maćkiem? – zapytała Marta.

Kaśka miała jeden problem. Był nim jej mąż. Zagorzały kibic drużyny Motor Lublin, odkąd uległ wypadkowi, w rezultacie którego stracił trzy palce u lewej stopy, stracił również najmniejsze zainteresowanie pracą i zaległ przed wielką plazmą, którą kupił natychmiast po wpłynięciu na jego konto odszkodowania. Renta wypłacana przez państwo w zupełności wystarczała na zaspokojenie jego potrzeb.

– Leży przed telewizorem. Nic się nie zmieniło. To niereformowalna kreatura. Żeby choć lekcje z młodymi odrobił! Przecież to jeszcze maluchy, a teraz w podstawówce to ty musisz z dziećmi się uczyć, bo szkoła tylko zapewnia opiekę podczas twojej pracy i wskazuje, co masz przerobić w domu. Porażka jakaś…

– A już dostał pozew o rozwód?

– Nie. Na dniach przyjdzie.

– To się dopiero Maciuś zdziwi…

– Ano, zdziwi. Marta, ja nie mam wątpliwości, że postąpiłam słusznie. Jego renta to grosze, a jaśniepan żyje z mojej pracy. Nie stać mnie na utrzymywanie tego nieroba. Mam dwoje dzieci. Może dostanę rodzinne? Na pewno alimenty. Na razie on nawet pięćset plus przejmuje. Ostatnio kupił sobie za nie nowy dres, wyobrażasz sobie?

– No jakoś nie mogę…

– Taki facet to kula u nogi. Nie posprząta, obiadu nie ugotuje. Śpi przed telewizorem, nawet nie wspomnę o obowiązkach małżeńskich, choć na te już dawno przeszła mi ochota. Z nim, w sensie. – Kaśka posłała Marcie porozumiewawcze spojrzenie.

– No, to mogę sobie wyobrazić.

– Więc widzisz. Muszę podjąć zdecydowane kroki. Ty też je podjęłaś w odpowiednim czasie – zauważyła sąsiadka z powagą w głosie i wypuściła nosem chmurę dymu.

– Nie jestem pewna, czy w odpowiednim. Gdybym zdecydowała się wcześniej, może obydwoje wyszlibyśmy na tym lepiej. A tak udawałam, że nie widzę jego zdrad i choroby. Swoją drogą, wiesz, że Antoni dostał nowe zlecenie?

– No, on jest zdolny, tylko stracił dużo czasu. Może wreszcie się wyrwie z nałogu?

– Nie życzę mu źle. Niech sobie jakoś ułoży życie. Byle z dala od Felicji. Znowu był u niej pod szkołą. Mówiła, że był pijany, on zaprzecza. Wiesz, myślę, że ona po prostu nie chce go widzieć.

– Wstydzi się ojca alkoholika.

– Najwyraźniej. Ja już nawet przestałam się wstydzić.

– Bo ty go wciąż kochasz – odparowała Kaśka i pociągnęła kilka głębszych, ostatnich machów. Marta obrzuciła koleżankę zaskoczonym spojrzeniem i w pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, jednak zrezygnowała. To była prawda. Antoni był pierwszym mężczyzną w jej życiu, to dla niego zabiło mocniej jej serce i to jego pojawienie się wywołało tsunami w jej życiu.

– Coś w tym musi być.

– No. Musi. Chociaż szkoda. Masz dopiero trzydzieści ile? Siedem? Trzydzieści siedem, nie? Tak. Masz dopiero trzydzieści siedem lat i nie dostrzegasz innych mężczyzn w swoim otoczeniu.

– Przestań. A kogo niby nie dostrzegam? – obruszyła się Marta.

– Mikołaja.

– Przecież się z nim spotykam!

– A dobry masz seks?

– No… – Marta wzruszyła ramionami i utkwiła wzrok w dopalającym się papierosie.

– No? Wcale nie masz. To widać. Przy Mikołaju się zachowujesz, jakbyś połknęła miotłę! Zamiast wykorzystać to, że tak ustawiony facet kręci się przy tobie już od tylu miesięcy! Przecież przy nim miałabyś wszystko!

– Ale nie czuję tego czegoś… – Marta próbowała się bronić. – Poza tym Mikołaj często wyjeżdża do siebie do Rosji, więc nie wiem nawet, czy on nie ma tam kogoś.

– Nikt nie każe ci za niego wychodzić. – Kaśka uderzyła dłońmi o swoje pulchne kolana i podniosła się z ławki. Na widok obfitych bioder koleżanki Marta poczuła ukłucie zazdrości. Gdybym miała w sobie choć odrobinę twojej pewności siebie, pomyślała i uśmiechnęła się serdecznie. – Spróbuj. Pozwól sobie na coś więcej, dziewczyno. To nic nie boli. Poczujesz się lepsza, piękniejsza! Zobaczysz! No, a teraz lecę. Bo ten nierób jeszcze śpi, a muszę wyprawić moje Miśki do szkoły. Dziś po południu mam obiad dla jakichś gości z galerii na Lubelskiej. – Zamyśliła się przez chwilę, a w końcu wrzuciła niedopałek do popielniczki i zniknęła za drzwiami knajpy. Kiedy je zamykała, jeszcze raz powtórzyła głośno: – Zastanów się, wczoraj widziałam jego samochód pod Pijalnią Czekolady!

– Ja też. – Marta odparła cichutko i zabrała popielniczkę do domu.

Weszła pospiesznie na górę, umyła jeszcze raz zęby i z kubkiem zielonej herbaty zeszła do sklepu. Zamykając za sobą drzwi, rzuciła okiem na kalendarz wiszący przy wejściu. W najbliższy weekend wypadała pełnia. Marta zawsze kiepsko spała, kiedy księżyc świecił jasno i zaglądał przez okna do jej sypialni. Kochała jego widok, ale od kiedy zmarli jej rodzice, a Antoni wyniósł się do rodzinnego domu, trupie światło jeszcze bardziej potęgowało jej niepokój i poczucie samotności.

– Dzień dobry! – Przywitała się z Moniką, która pracowała w sklepie już od wielu lat. Kobieta była czterdziestoośmioletnią wdową i mamą dorastających synów. Poza tym była cichą i wyjątkowo cierpliwą istotą, o której wiele więcej Marta powiedzieć nie mogła, ponieważ swoje życie tajemnicza pracownica trzymała zamknięte za drzwiami swojego niewielkiego domku przy Plebance.

– Dzień dobry! – odpowiedziała energicznym głosem kobieta, wyłaniając się spod lady mieszczącego się pośrodku sklepu oszklonego kantorka, w którym przechowywana była biżuteria. Marta nigdy nie lubiła tego elementu wyposażenia, tkwiącego tu niczym budka telefoniczna pośrodku często uczęszczanej ulicy. Psuł zupełnie wygląd sklepu i wymuszał na klientach poruszanie się ruchem okrężnym. Kobiecie zawsze marzyło się przebudowanie wnętrza sklepu. Gdyby tylko mogła zburzyć ten kantorek, kupić murowaną albo wykonaną z łupka ladę i ustawić ją pod ścianą… Miałaby wtedy widok na cały sklep, a biżuterię i porcelanę mogłaby umieścić w gablotach pod dwiema wolnymi ścianami. Wtedy lokal nabrałby odrobinę ekskluzywnego wyglądu. Marta lubiła jego wystrój; zwisające z sufitu haftowane parasole, drewniane ozdoby i wazony wypełnione kolorowymi gałązkami. Całość psuła jedynie tkwiąca pośrodku budka…

– Czemu nie ma jeszcze Joasi? – Marcie przypomniały się słowa córki. W sklepie pracowała jeszcze jedna osoba. Była to Joanna, młoda dziewczyna, która sprowadziła się do Kazimierza rok temu i zamieszkała z rodzicami swojego narzeczonego.

– Ach, była wcześnie rano i obiecała wrócić po południu. Dostała zwolnienie, bo…

– Jest w ciąży.

– Zauważyłaś? – Zaskoczona Monika otworzyła szerzej oczy. – Ja się nie zorientowałam.

– Ja też nie. Fela zwróciła na to uwagę. No cóż, będę musiała z nią porozmawiać.

Umowa Joasi kończy się za dwa miesiące, więc sprawa wygląda na prostą. – Właścicielka sklepu przelotnie spojrzała na zasmuconą Monikę. Doskonale wiedziała, o co jej chodzi, jednak nie próbowała się tłumaczyć. Jej po prostu nie było stać na zatrudnianie młodej, ciężarnej dziewczyny, która większość czasu i tak spędzała poza sklepem. Westchnęła głęboko i rzekła: – To ja podleję i odkurzę kwiaty.

– To dobra myśl, ja nie zdążyłam – odparła Monika, próbując zachować obojętność.

Zarówno w sklepie, jak i w mieszkaniu Marta miała bardzo dużo kwiatów. Szczególnym sentymentem darzyła paprocie, zamiokulkasy, skrzydłokwiaty i aloes, ale ten traktowała jako roślinę leczniczą, dlatego dwie doniczki aloesu ustawiła wraz z bazylią, kolendrą i innymi ziołami na parapecie w kuchni.

Gdy skończyła przecierać delikatne liście roślin, do jej uszu dobiegł dźwięk dzwonka zawieszonego nad drzwiami. Zerknęła przez ramię. Do środka weszła wysoka kobieta z dwójką chłopców. Marta z czułością poprzestawiała doniczki, które stały w otoczeniu kolorowych lalek z porcelany, drewnianych koników na biegunach zdobionych ludowym wzorem oraz kolorowych poszewek na poduszki. Wtem uniosła głowę. Czuła, że coś każe jej spojrzeć w kierunku Pijalni Czekolady. Przy niewysokim płotku, okalającym odnowioną starą kamienicę, w której mieścił się lokal, stał Mikołaj. Jasne włosy lśniły w porannym słońcu, a delikatny uśmiech zdobił młodzieńczo wyglądającą twarz. Mężczyzna był młodszy od niej tylko o dwa lata, jednak jego odważny sposób bycia i beztroska ujmowały mu zdecydowanie wieku. Skinął w jej stronę. Zawstydzona odrobinę, również skłoniła głowę, po czym zaczęła jeszcze szybciej wycierać kwiaty.

Gdzieś koło południa, gdy właścicielka sklepu porządkowała na zapleczu towar, dźwięk dzwonka znowu rozbrzmiał w sklepie. Tym razem jednak w drzwiach stanął nikt inny, jak właśnie on, Mikołaj.

– Dzień dobry, Moniko. Czy jest Marta? – zapytał swoim męskim, odrobinę frywolnym głosem, drżącym od melodyjnego wschodniego akcentu.

– Cześć, Mikołaj. – Nie wiedzieć czemu, Monika bardzo go lubiła. Matka Antoniego powiedziała kiedyś, że miało to związek z jakąś przysługą, którą mężczyzna wyświadczył jednemu z synów Moniki, ale nikt tej wiadomości nigdy nie potwierdził. – Jest Marta, oczywiście. A ty na długo tym razem?

– Na klientów trzeba się przygotować. Trochę tu zabawię. Ostatnio mama mi chorowała i musiałem do Rosji wrócić, ale teraz zostaję w Kazimierzu.

– O! Poprawiło się kobiecie?

– Dziękuję, jest lepiej. – Wcisnął rękę w kieszeń i zajrzał na zaplecze. Marta nie słyszała, jak wchodził do sklepu, dlatego wychodząc z ciasnego korytarza, wpadła wprost na niego. Drgnęła i obiema dłońmi oparła się o tors Mikołaja. Zaskoczona jego muskulaturą, opuściła wzrok i mimochodem zacisnęła palce.

– Mikołaj?

– Marta!

– Miło cię widzieć.

– Wzajemnie. Pójdziesz ze mną na kolację?

– Na kolację?

To nie było zaskoczenie. Marcie nagle przypomniały się słowa jej przyjaciółki, a czując twarde mięśnie klatki piersiowej Mikołaja, oczami wyobraźni ujrzała silne ręce mężczyzny obejmujące jej wątłe ramiona. Ta myśl wywołała przyjemne łaskotanie gdzieś w brzuchu.

– Tak, na kolację. Dziś u Kaśki.

O matko, pomyślała Marta.

– Dobrze. Będzie mi bardzo miło.

– A potem mam niespodziankę.

– I nie zdradzisz, co to?

– Wtedy nie byłoby niespodzianki. A ty lubisz być zaskakiwana, prawda?

– Lubię być zaskakiwana przez ciebie – odparowała Marta, której wrażenie przyjemnego łaskotania zaczęło wymykać się spod kontroli i opanowało już uda. Wyprostowała się i zaczęła poprawiać gładko zaczesaną fryzurę. Mikołaj również odsunął się od niej i zadowolony ruszył w stronę drzwi.

– Będę po ciebie o dwudziestej. Może być?

Marta skinęła i odwróciła się do niego tyłem. W pierwszej chwili chciała zajrzeć do sąsiedniego lokalu i powiedzieć Kaśce o zaplanowanej kolacji, ale zrezygnowała. Przecież Mikołaj z pewnością zarezerwował już stolik, zresztą o tej porze roku nie przetaczały się przez Kazimierz takie tłumy turystów, by trzeba było martwić się o miejsca w restauracjach.

– Cholera, galeria z Lubelskiej! – przypomniała sobie nagle.

Wybiegła ze sklepu i powstrzymując emocje, wpadła do knajpy przyjaciółki. Wewnątrz panował przyjemny nastrój. Światła były przyciemnione, a witrażowe abażury lamp dodawały niepowtarzalnego klimatu miejscu, które właścicielka starała się utrzymać w stylu oddającym atmosferę niektórych kazimierzowskich galerii. Na białych ścianach wisiały obrazy rodzimych artystów, oświetlone słabym światłem maleńkich jarzeniówek. Patynowane gdzieniegdzie stropy podkreślały upływający czas. Kaśka znała się na wystroju wnętrz. To była jej pasja.

– Kasiu, czy ty masz dziś wieczorem komplet? – Marta, nie tracąc czasu na powitania, przeszła do sedna.

– Znajdę dla was stolik, bądź spokojna.

– Przypomniałam sobie o gościach z Lubelskiej i przestraszyłam się, że nie… Jak to? Ach, Mikołaj zarezerwował już stolik? – Zmieszana uderzyła otwartą dłonią w czoło.

– Tak, zarezerwował. Słuchaj, nie bądź taka niedostępna. – Kaśka chwyciła koleżankę pod ramię i pociągnęła w stronę korytarza wiodącego do toalet. – Nie możesz zwodzić faceta przez tyle miesięcy, bo zostaniesz z niczym. Popatrz, jak on na ciebie zerka.

– Kasiu, ale to nie jest to… – Marta uparcie się broniła.

– Oczywiście, że być nie musi, ale nie znaczy też, że masz zachowywać się jak pokutnica jakaś!

– Nie nazywaj mnie tak! – Obruszona pacnęła koleżankę w dłoń.

– Ale właśnie tak się zachowujesz. Ile my się przyjaźnimy? Piętnaście lat? Zdążyłam cię już poznać. W ten weekend jest pełnia. Znowu będziesz odprawiała obrzędy mające przyciągnąć dobrą passę i odegnać zło. Zamiast uzależniać pomyślność od zabobonów, mogłabyś dla odmiany wziąć los w swoje ręce.

Marcie przypomniał się twardy jak granit tors Mikołaja. Miałaby w nim oparcie, miałaby z kim rozmawiać i spacerować. Rozmarzyła się, odwracając wzrok od koleżanki i wlepiając spojrzenie w migoczącą świecę. Kaśka, widząc jej zatroskanie, zniknęła za kontuarem i nacisnęła guzik na ekspresie. Przydałaby się kawa, pomyślała.

Kaśka liczyła, że jej przyjaciółka w końcu wyjdzie z domu i otworzy się na ludzi. Bała się, że skłonność do samotniczego trybu życia oraz dokonywane przez Martę dwa razy w miesiącu obrzędy spalania białej szałwii, zapalanie w domu tylko zielonych świec i trzymanie pod wycieraczką suchych liści bazylii w oczach innych czynią ją dziwaczką, której wszyscy w końcu zaczną unikać. Restauratorka często powtarzała przyjaciółce, że kiedyś za takie rzeczy można było spłonąć na stosie.

Owszem, spalanie białej szałwii było w jej domu stałym rytuałem i Marta szczerze wierzyła, że w ten sposób jest w stanie odegnać od siebie złą energię, choroby i obecność tych, którzy źle jej życzyli. Wierzyła również, że tylko pozytywne myślenie i oczyszczanie zarówno domu, jak i sklepu przyniosą w ich progi dostatek i bezpieczeństwo, dlatego dwa razy w miesiącu, w tym raz podczas pełni, spalała w domu zioła i wymieniała suchą bazylię, którą trzymała pod wycieraczkami przed domem i sklepem. Marta przyjaźniła się również z bardzo starą zielarką, mieszkającą zaraz u szczytu Wąwozu Korzeniowego. Kilka razy ta odprawiła nad kobietą specjalne obrządki, przez które dwa dni leżała osłabiona w łóżku, ale potem była jak nowo narodzona!

Marta nie obnosiła się ze swoimi przekonaniami. Nie były też one dla niej czymś sprzecznym z wiarą w Boga. Kobieta była głęboko wierząca i choć nie zawsze uczestniczyła w niedzielnej mszy świętej, to z uwielbieniem spędzała w świątyni czas na modlitwie.

– Ja nie spałam z mężczyzną kilka lat… – Wyrwało się jej, zanim pomyślała.

– Kilka to bardzo oględne określenie tego czasu, Martusiu. Uwierz mi, zasługujesz na luksus zauważenia w całym tym swoim świecie siebie samej. – Kaśka wciąż odczuwała silną potrzebę wyrwania przyjaciółki z marazmu jej codzienności. – Kochałaś Antoniego i dlatego nie dostrzegałaś tego, co przez tyle lat z tobą robił. Teraz jego już nie ma. A ty jesteś wolną kobietą.

– Czy ja będę potrafiła?

– O to nie musisz się martwić…

Podekscytowana Marta przez cały dzień nie mogła się na niczym skupić. Kaśka miała rację. Życie kobiety już od dawna pozbawione było wszelkich wzlotów. Tym większe emocje budziła w niej perspektywa wieczornego spotkania z Mikołajem.

Kobieta zamknęła sklep zaraz po osiemnastej i pospiesznie wspięła się na górę, żeby zdążyć jeszcze wziąć prysznic i umyć włosy.

– A co ty się tak spieszysz, mamo? – Z rytmu wybił ją głos córki.

– Wychodzę. Umówiłam się z Mikołajem. Zrobiłaś lekcje?

– Tja.

– To nastaw zmywarkę. Ja wrócę pewnie późno.

Unikając rozmowy z Felą, Marta zamknęła się w łazience i wzięła prysznic. Przez chwilę zastanawiała się nad depilacją, co jednoznacznie określałoby cel spotkania. Już chciała zrezygnować z tego pomysłu, jednak ostatecznie sięgnęła po piankę do golenia, otworzyła nową maszynkę i zaserwowała swojemu ciału gładkość. Po kąpieli włożyła jedną z nowych lnianych tunik, które kupiła ostatnio na bazarku, i wciągnęła czarne rurki. Tkanina opływała wąskie ramiona i biodra, ukrywając szczupłą sylwetkę. Jedynie spodnie podkreślały zgrabne łydki. Marta okryła się zwiewną, wielobarwną chustą. Na koniec rozczesała długie, kasztanowe loki i wyprostowała je.

– Boże… Jak ty wyglądasz?

Czar prysł jak bańka mydlana. Felicja stanęła w progu sypialni i złośliwie komentowała wygląd matki.

– Jak wyglądam? Dobrze wyglądam.

– No nie. Wyglądasz, jakbyś miała czterdzieści siedem lat, a nie dychę mniej. Po co ty się w te tuniki ubierasz? Co to ma niby być? Twój ukłon w stronę wspomnień? Dzieci kwiaty czy coś? Tak się już nie nosi, mamo.

– Zastanawiałaś się kiedyś, ile jadu wlewasz w każde słowo, którym mnie raczysz? Co jest złego w tunice? Jestem szczupła, chyba trochę za bardzo, więc staram się to ukryć pod zwiewnym materiałem.

– Jesteś szczupła, więc wyeksponuj to, co masz, wąską talię, drobną sylwetkę. Faceci to lubią. Szkoda tylko, że biustu nie masz…

– Mój biust jest wystarczający, skoro wykarmiłam nim taką pyskatą żmijkę jak ty.

– Jesteś niemiła.

– O, doprawdy? Nazwałabym to prawdomównością. I mam biust. – Marta powiodła wzrokiem w miejsce, w którym spodziewała się ujrzeć dwa pagórki. Niestety luźna tunika i chusta przesłoniły wszystko, czym mogłaby się pochwalić.

– Jakoś go nie widać. Zdejmij to. Nie rób z siebie starej baby. Każda kobieta w dzisiejszych czasach postępuje wręcz odwrotnie, rozbiera się, żeby skusić faceta. A ty się ubierasz jak zakonnica jakaś. Nie wiem, co ten Mikołaj w tobie widzi, naprawdę.

– Dziękuję ci za okazane wsparcie i udzielenie modowych wskazówek. Możesz iść do siebie. – Marta zatrzasnęła drzwi przed nosem córki i usiadła zrezygnowana na łóżku. Nie znała się na modzie, to fakt. Nie wiedziała, co na siebie włożyć, bo nigdy nie przywiązywała zbyt dużej uwagi do strojów i wyglądu. Antoni kochał ją za to, jaka była, nie za jej biust czy włosy. Uniosła głowę i ujrzała w stojącym przed łóżkiem lustrze swoją zmęczoną twarz. Delikatny makijaż podkreślał kości policzkowe i długie rzęsy, obficie okalające brązowe oczy. Uśmiechnęła się ostrożnie i spojrzała na zegarek. Gwałtownie poderwała się z łóżka, zrzuciła z szyi chustę i przewiązała się w pasie czarnym paskiem. Sięgnęła po ciepły sweter i zadowolona uśmiechnęła się do siebie.

– No. Teraz mam i biust, i talię. A tunika zostaje.

Zadowolona wyszła do kuchni i stanęła w oknie, wypatrując Mikołaja. Jego samochód stał wciąż pod Pijalnią Czekolady.

Tuż przed godziną dwudziestą dzwonek do jej drzwi zadzwonił. Pospiesznie zbiegła na dół i przeprosiwszy za zwłokę, mocniej otuliła się ciepłym swetrem.

– Bardzo ładnie wyglądasz. Tak zadziornie. – Mikołaj spojrzał na nią z uznaniem i wyciągnął w jej stronę ramię. – Służę.

Wsunęła rękę i zacisnęła palce na jego bicepsie. Wiedziona sugestiami Kaśki, próbowała spojrzeć na Mikołaja z zupełnie innej perspektywy. Owszem, miał muskularne ciało, nienaganne maniery, a nawet był romantyczny. Dlaczego zainteresował się kobietą, która dość niechętnie reagowała na jego umizgi?

Weszli do restauracji i zajęli stolik. Jego skupiona twarz i przenikliwe spojrzenie pobudzały wyobraźnię Marty. Mikołaj był nad wyraz czujny i spięty. Czy mogła związać się z mężczyzną, który powodował, że i ona zaczynała zachowywać się bardzo ostrożnie? Z pewnością nie. Marcie przemknęło jednak przez myśl, że czuła się w towarzystwie Mikołaja na tyle swobodna, że mogłaby spróbować dać się dotknąć. Tak. Wyobraziła sobie, że Mikołaj dotyka ją w trochę inny sposób, niż robił to zazwyczaj. Mógłby pozwolić sobie na objęcie jej ramion odrobinę mocniej i bardziej zdecydowanie, niż miał to w zwyczaju robić, kiedy się z nią żegnał. Mógłby ją przytulić albo nawet pocałować… Marta spojrzała na siedzącego przed nią mężczyznę. Mikołaj w skupieniu przyglądał się twarzom pozostałych gości restauracji. W palcach obracał wykałaczkę.

– Jak twoja mama? Słyszałam, że chorowała?

– Tak. Najpierw dopadło ją przeziębienie. Później wychodząc przed dom, przewróciła się i złamała nogę. Na szczęście nie było to poważne złamanie, ale wiesz, jak goją się kości ludziom w podeszłym wieku. Musiałem wrócić do domu na dłużej. Tęskniłaś?

Zaskoczył ją tym pytaniem. Wlepił w nią śmiałe, wyczekujące spojrzenie. Miał ładne niebieskie oczy i chyba zmienił nieco fryzurę. Włosy tuż nad uszami i na karku miał krótko przycięte, podczas gdy grzywkę zaczesał wysoko. Jego twarz pokrywał kilkudniowy zarost. Marcie spodobała się ta zmiana. Dodawała Mikołajowi odrobiny drapieżności, co współgrało z jego skrytą naturą.

– Myślałam o tobie, to prawda. Pamiętam, jak mówiłeś kiedyś, że nie mogę do ciebie dzwonić, kiedy wyjeżdżasz, dlatego nie próbowałam. Twój hotel był zamknięty na cztery spusty, więc domyślałam się, że nieprędko wrócisz.

– Byłabyś idealną panią Małyszewą. Jesteśmy dopasowani do siebie jak dwie połówki ziemniaka – powiedział, przeszywając ją odważnym spojrzeniem.

– Chciałbyś mi coś powiedzieć, Mikołaj?

– Tak. Mówię, że gdybyś kiedyś pozwoliła, żeby jakiś mężczyzna zajął miejsce u twojego boku, a gdybym i ja szukał kobiety, która będzie zasypiała w moim łóżku, bylibyśmy idealnie dobraną parą.

Marta oniemiała. Cóż miała odpowiedzieć Mikołajowi? Jego słowa brzmiały jak wyznanie. Kiedy pierwsze emocje opadły, spojrzała znowu w jego jasną twarz i uśmiechnęła się szeroko.

– Jak dwie połówki ziemniaka? U nas mówi się raczej o dwóch połówkach pomarańczy. Kiedy kochasz kogoś i decydujecie się na wspólne życie, kiedy wierzysz, że pasujesz do swojej partnerki i rozumiecie się bez słów, mówi się, że znalazłeś swoją drugą połówkę pomarańczy.

– Wiem, Marta. Wiem. Ale wiem też, że takie historie się nie zdarzają. Można kogoś kochać i być przekonanym, że ta osoba jest idealną partnerką, z którą chciałoby się przejść przez życie, ale problemem okazuje się właśnie życie. Ani ono słodkie jak ta pomarańcza, ani kolorowe. Dlatego porównałem je do ziemniaka.

– I powiedział to właściciel Pijalni Czekolady – zażartowała Marta, chcąc odwrócić uwagę od wrażenia, jakie wywołało w niej to bądź co bądź smutne wyznanie.

– No tak. Zaczyna się sezon. W Kazimierzu znowu będzie się sporo działo.

– Co wam podać, kochaneczki? – Przed ich stolikiem wyrosła Kaśka. Zarzucając rozkosznie biodrem, obrzuciła Martę i Mikołaja ciepłym spojrzeniem.

– Ja poproszę kawę latte i ruskie. – Mikołaj pochylił czoło w stronę Marty i roześmiał się szeroko.

– A ja wodę i leniwe.

Kasia przyjęła zamówienie i po chwili rozmowy oddaliła się w stronę kuchni. Mikołaj wyciągnął i obrócił dłoń tak, że Marta zrozumiała, o co prosi. Przyjemny dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy wsunęła palce w wyciągniętą dłoń. Była ciepła i miękka. Mikołaj natychmiast zacisnął palce wokół jej ręki i przyciągnął do swoich ust.

– Najbardziej pożądamy tego, czego mamy najmniej. Czyli czasu. Zdajmy się na czas. – Tym stwierdzeniem zamknął ich rozmowę na temat związków, a szczególnie tej jednej, łączącej ich samych relacji.

Po kolacji zabrał ją do zamkniętej już o tej porze Pijalni Czekolady. Było to dla niej zupełnie nowe doznanie. Wprawdzie bywała tam wielokrotnie, kiedy Felicja była jeszcze młodsza, a czasami nawet z Antonim, ale nigdy o tej porze, kiedy wnętrze wyglądało mrocznie, krzesełka obrócone nogami do góry sterczały wrogo, a wpadająca przez okno blada poświata księżyca dopełniała niepokojącego obrazu. Mikołaj trzymał w dłoni palce Marty i masował je, dodając jej w ten sposób odwagi. Lawirowali pomiędzy stolikami, przesuwając się w głąb sali, a potem za dębowy kontuar. Tam mężczyzna przygotował dla Marty krzesło, rozłożył przed nią wykrochmaloną serwetę i zabrał się za szykowanie filiżanki pachnącej gorącej czekolady. Przygotował się. Maszyna mieszająca nie była wyłączona. Przyjemne mruczenie mechanizmu łagodziło wrażenie, że są w tym miejscu intruzami. Marta wsunęła dłonie między uda i patrzyła, z jaką gracją i pewnością Mikołaj przygotowywał czekoladę i układał na spodku cząstki pomarańczy. Czyżby nawet ich rozmowa w knajpie Kaśki odbywała się ściśle według jego planu?

– Proszę, to deser dla ciebie. Mleczna czekolada. I pomarańcze.

– Dziękuję. Czuję się wyróżniona.

– I słusznie. Zasługujesz na wyróżnianie, Marta. – Usiadł przy niej i oparł się ramieniem o blat lady. On nie pił czekolady. Właściwie nawet nie lubił słodyczy. Za całą słodycz świata wystarczał mu widok kobiety, z którą nigdy nie dane mu będzie się związać. Marta sięgnęła po filiżankę i drżącą ręką przysunęła ją do ust. Gorąca czekolada poparzyła jej wargi. Zacisnęła powieki i odstawiła z brzękiem naczynie.

– Poparzyłaś się?

Przytaknęła. Mikołaj sięgnął po niewielką szklaneczkę i nalał Marcie zimnej wody. Warga i język piekły, a on patrzył na nią i coraz bardziej gorączkowo się zastanawiał, co by się stało, gdyby ją pocałował. Wiedział, że decyzje podejmowane tak nagle nigdy nie należały do właściwych, jednak nie mógł oprzeć się przemożnej chęci zbliżenia się do Marty. Obiecał sobie zachować jeszcze więcej ostrożności w przyszłości. Byle ten jeden raz mógł pozwolić sobie na rozkosz poczucia jej bliskości.

Marta upiła łyk wody, odstawiła szklaneczkę i podniosła się z krzesła. Wydawało się jej, że powinna już pójść do domu. Ta kolacja, ich rozmowy, wszystko dziwnie kręciło się wokół tematów, których dotąd nie poruszali. Schlebiało jej to, ale wciąż nie czuła tego czegoś, tej błogości w brzuchu i wewnętrznego spokoju, które towarzyszyły jej, gdy była z Antonim. Bardzo lubiła Mikołaja, ale to wciąż nie było to… Mimo wszystko jednak tego wieczora było jej przyjemnie. Dębowe drewno zaszurało głośno na marmurowej posadzce. Sięgnęła po sweter i wsuwając włosy za uszy, czekała, aż Mikołaj również się podniesie i pozwoli jej wyjść.

– Wychodzisz?

– Ten czas, o którym mówiłeś, trochę się dzisiejszego wieczora zagalopował. Muszę iść, póki jeszcze jest wcześnie – odparła, ważąc każde słowo.

Mikołaj podniósł się z ociąganiem i również sięgnął po kurtkę. Wreszcie stanęli naprzeciw siebie z przyciśniętymi do piersi okryciami. Nie unikali swojego wzroku. Marta już otwierała usta, żeby przerwać ciszę, ale znowu je zamykała, bo w jej głowie panowała pustka. Ssała piekącą wargę. Mikołaj nie mógł oderwać wzroku od wilgotnych i zaróżowionych ust kobiety. Chętnie całą włożyłby ją do balii z czekoladą i patrzył, jak ocieka słodyczą. Wiedziony tym wyobrażeniem, postąpił krok w jej stronę i sięgnął po jej dłonie. Sweter Marty spadł na podłogę. Mężczyzna dotykał jej palców, splatał je ze swoimi i wyobrażał ją sobie nagą, w czekoladzie, posypaną płatkami róż… Czy mógł sobie pozwolić na ten gest? Czy wolno mu było zawracać tej kobiecie w głowie, skoro nie mógł jej zagwarantować, że będą razem szczęśliwi? Pochylił się nisko, tak że czuł jej oddech na brodzie. Była od niego sporo niższa, drobna i taka delikatna. Czy mógłby żyć ze świadomością, że została przez niego skrzywdzona?

Wtedy jednak położyła dłonie na jego torsie i odważnie zadarła głowę do góry. To tylko pocałunek, pomyślał. Wspięła się na palce i pocałowała go. Przycisnęła piekącą wargę do jego rozgrzanych ust i poczuła, że zaczynają pulsować jeszcze intensywniej. Zacisnęła powieki. Mikołaj obejmował jej wargi swoimi, ssał bolące miejsce, zupełnie jakby czuł się odpowiedzialny za nieporadność Marty. I to przyniosło jej ulgę. Dziwne łaskotanie w brzuchu powróciło. Kobieta odskoczyła od Mikołaja, przestraszona tak nagłymi emocjami, schyliła się po sweter i wyszła z pijalni. Pospiesznie przecięła Rynek i zatrzasnęła za sobą drzwi kamienicy. Nie obejrzała się za siebie. Wiedziała, co ujrzy.

III

Marta obudziła się wcześnie rano i od razu zajęła się pracą. Najpierw powycierała kurze, potem wyniosła pościel na balkon i z góry zerknęła na rozciągający się pod nią ogródek. Postanowiła, że jeśli starczy jej czasu, zgrabi liście, które zalegały tam od jesieni. Przewiązała włosy chustką i mrucząc pod nosem, dała się porwać szaleństwu wiosennego sprzątania. Słońce wspinało się coraz wyżej na niebie. Spojrzała na zegarek. Dochodziła siódma, a więc spokojnie mogła sięgnąć po odkurzacz. Felicja powinna niebawem wstawać do szkoły.

Kiedy Marta uznała, że zrobiła wszystko, co mogło jej pomóc odwrócić myśli od Mikołaja i jego ponętnego ciała, w drzwiach kuchni stanęła jej córka.

– Dlaczego zabrałaś się za porządki z samego rana?

– Dzień dobry, może tak? – Zanim pomyślała, jej rozgoryczenie ujawniło się w postaci cierpkiego powitania.

– Może być. Więc?

– Mamy bałagan, a skoro wstałam wcześnie, zabrałam się do sprzątania.

Felicja usiadła przy stole i włączyła ekspres do kawy. Przyglądała się matce w skupieniu. Gdzieś w głębi duszy nawet jej współczuła. Marta tkwiła w Kazimierzu od zawsze. Sporadycznie gdzieś wyjeżdżała. Wszystko podporządkowała najpierw dobrze zapowiadającemu się artyście, którym podobno był jej ojciec, a potem zajmowaniu się domem i nią. Wiodła wyjątkowo nudne życie. Dopiero kiedy właściciel pijalni zaczął się przy niej kręcić, coś się zmieniło. I choć Felicja nie miała najmniejszego zamiaru zawracać sobie głowy nudnymi sprawami matki, cieszyła się z pojawienia się Mikołaja.

– Pokłóciłaś się z Mikołajem?

– Nie. Ja się nie kłócę z ludźmi, Fela. Wszystko można załatwić spokojnie, bez awanturowania się.

– Zatem załatwiłaś Mikołaja bez awanturowania się?

Marta zacisnęła zęby ze złości.

– Nic się nie stało między mną a Mikołajem. Wszystko jest w porządku – odpowiedziała i wyszła do łazienki.

Niestety nastrój Marty nie poprawił się jeszcze przez długi czas. W ciągu dnia bez przerwy myślała o Mikołaju. Całą noc śniła o jego ustach, budziła się, czując jego dłonie na swoich ramionach.

Rano wstała niewyspana i rozdrażniona. Na jej nastrój wpływ miał nie tylko mężczyzna. Martę dopadła tęsknota za życiem, które przepływało jej między palcami. Straconego czasu nie da się jednak odzyskać, teraz, po upływie tylu lat, pozostało jej tylko rozpamiętywanie popełnionych błędów. Nawet poranna kawa i papieros wypalony w towarzystwie Kaśki nie poprawiły jej humoru. Wykonywała swoje obowiązki mechanicznie i bezmyślnie, zupełnie jakby uleciała z niej wiara we wszystko, co dotąd robiła.

Dopiero kiedy zamykały z Moniką sklep, odzyskała wigor. Samochód Mikołaja zniknął spod Pijalni Czekolady, co najpierw wywołało jej smutek, potem jednak Marta uznała, że musi wziąć się w garść. Pospiesznie otuliła się swetrem i niemal przebiegając najbliższe ulice, udała się na zakupy. Postanowiła przeprowadzić tego wieczora obrządek wygnania złej energii z domu, a w tym celu musiała zdobyć kilka drobiazgów.

Kiedy objuczona sprawunkami weszła do mieszkania, Felicja siedziała przy stole w kuchni i jadła kolację.

– Lekcje ogarnęłaś?

– Tak, mamo.

– A co w szkole?

– Zebranie za tydzień w czwartek.

Czwartek! Właśnie, był czwartek, czyli idealny moment na oczyszczenie domu ze złej energii i przywołanie tej dobrej, myślała gorączkowo Marta, wypakowując zakupy.

– Dobrze, pójdę na zebranie. A poza tym? Coś ciekawego się zdarzyło?

– Nic. Jolka chodzi z bratem Filipa. Razem wyjeżdżają na wakacje w tym roku.

– A ty? Co ty będziesz robiła w wakacje w tym roku? Może też dokądś pojedziesz?

– Sama nie wiem…

– Właśnie. To idealny moment, żeby się zainteresować tym tematem. Nie chciałabym potem wysłuchiwać, że jestem winna twojego siedzenia w domu. Mogłabyś się gdzieś wybrać, zabrać którąś ze swoich koleżanek i ruszyć na podbój Europy. – Marta na początku pomyślała, że to dobry pomysł, jednak widząc błysk zainteresowania w oku córki, szybko się pohamowała. Jeszcze tego brakowało, pomyślała nie bez lęku, żeby Felicja rzeczywiście postanowiła wyjechać za granicę.

– No pomyślę, pomyślę. A co ty tam masz? Będziesz znowu okadzała dom?

– Tak. Dziś jest czwartek, idealny moment. Księżyc w pełni.

– To ja wychodzę. Wrócę późno.

– Dobrze. Nie zapomnij kluczy, bo nie wiem, czy nie pójdę po wszystkim na spacer.

Marta została sama. Nalała sobie kieliszek wina i przygotowała kąpiel. Była gotowa spędzić ten wieczór najefektywniej, jak potrafiła. W pierwszej kolejności musiała zadbać o siebie i swój nastrój. Podstawą powodzenia przeprowadzanego rytuału były intencje, a więc skupiła się wyłącznie na pozytywnych myślach oraz rozpieszczaniu siebie. Nalała sobie kolejną lampkę wina i postawiła ją przy wannie. W łazience ustawiła kilka białych świec i zgasiła światło. W jej domu zapanował przyjemny nastrój rozleniwienia. Marcie udało się odepchnąć przygnębienie i znowu spojrzeć na swoje życie z optymizmem. Miała wspaniałą córkę, co prawda odrobinę zbuntowaną i przekonaną o tym, że tuż za granicami Kazimierza Dolnego świat tylko czeka, by obdarzyć ją swoimi dobrami. Miała swój biznes i mimo ciężkiej pracy cieszyła się, że sklep zapewniał im godne warunki życia. Miała dach nad głową, miała zajęcia ceramiczne, na które uczęszczała raz w tygodniu, oraz siostrę, wprawdzie żyjącą gdzieś w świecie, ale zawsze to jakaś rodzina. Miała wszystko to, czego potrzebowała. Przez myśl przemknął Marcie również Antoni, ale podziękowanie za jego istnienie skrzętnie pominęła. Pomyślała natomiast o Mikołaju i choć naprawdę starała się nie przywoływać wspomnienia jego ust, bardzo wyraźnie zarysowały się one pod jej zaciśniętymi powiekami i rozproszyły na chwilę skumulowaną energię, z którą dziękowała Bogu, losowi i gwiazdom za wszystko, co jej dano.

Otulona białym, puszystym szlafrokiem, z włosami upiętymi wysoko wyszła w końcu z łazienki i otworzyła wszystkie okna w domu. To był kolejny etap rytuału, który zamierzała przeprowadzić. Zeszła na dół i zatrzymując się przy zamkniętych drzwiach wejściowych, podpaliła pęczek ususzonej białej szałwii i zaczęła obracać się po trzy razy wokół własnej osi, zostawiając roznoszące się za nią opary w każdym z pomieszczeń. Była przy tym skupiona i wciąż dziękowała za wszystko, czego doświadczyła w swoim życiu. Idąc powoli na górę, mruczała pod nosem. W mieszkaniu uczyniła to samo. Zatrzymywała się przy każdych drzwiach i okadzała pomieszczenie oparami szałwii, mrucząc podziękowania i deklamując wciąż te same prośby. Od lat były one niezmienne. Prosiła o zdrowie i dobrodziejstwo cierpliwości. Nie zapomniała wspomnieć o jasności swojego umysłu i przejrzystości myśli córki oraz o ograniczonej skromnością przyzwoitości.

– Proszę również… – Zanim jej myśli przybrały kształt konkretnych słów, w jej wyobraźni znowu pojawił się Mikołaj. Przystojny, z rozpalonymi ustami i rękami wciśniętymi w kieszenie spodni. – O nie… – jęknęła, czując, że przerywa rytuał, a łaskoczące w brzuchu podniecenie burzy porządek, który nadawała swoim czynnościom przez kilka już lat. – Chcę seksu… Dobrego seksu… – Jej prośba wyrwała się niczym jaskółka i uleciała z dymem wysoko. Kobieta natychmiast pomyślała cierpko o Kaśce i ogarnęła ją absolutna panika.

Kiedy skończyła, usiadła na kanapie. Chłód sączył się do wnętrza domu, sprawiając, że Marta drżała. Wszystko przebiegło zgodnie ze zwykłym rytmem, nie zapomniała o żadnym pomieszczeniu, skupiała się tylko na dobrych myślach. No prawie… Tym razem posunęła się za daleko. Podniosła się w końcu z kanapy, odstawiła do zlewu miseczkę z resztkami wypalonych ziół i przeszła się po mieszkaniu, zamykając po kolei okna. Zeszła na dół, zatrzasnęła lufcik w sklepie i już miała wracać na górę, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Po jej plecach przebiegł dreszcz. Nikt nie przychodził o tej porze! Poza Mikołajem. Przełknęła nerwowo ślinę i mimowolnie zacisnęła pasek szlafroka. Ostrożnie podeszła do drzwi wejściowych i przystawiła do nich ucho.

– Kto tam? – zapytała w końcu, sama zaskoczona swoim słabym, przestraszonym głosem.

– Otwórz.

Cofnęła się kilka kroków i położywszy na sercu dłoń, wpatrywała się w zamknięte drzwi, zastanawiając się, jak szybko odprawiony rytuał mógł zacząć działać i czy rzeczywiście miał aż taką moc sprawczą. Za drzwiami bowiem usłyszała właśnie głos Mikołaja!

Drżącą dłonią sięgnęła klamkę i przekręciła w zamku klucz. Rozległ się głośny zgrzyt, a potem ujrzała jego, spowitego blaskiem księżyca.

– Mikołaj, co cię sprowadza do mnie o tej porze? – zapytała, nie kryjąc zaskoczenia i ściskając poły szlafroka na piersiach. On zaś powiódł po jej sylwetce zainteresowanym spojrzeniem i bez słowa przestąpił próg. Wręczył jej bukiet żonkili i porwał ją w ramiona. Marta krzyknęła i mocno go objęła. On, zupełnie jakby znał rozkład jej kamienicy, wspiął się na górę i odnalazłszy jej sypialnię, wszedł tam, postawił oniemiałą kobietę na nogach i zrzucił kurtkę. W ślad za nią na podłodze wylądowała również koszula i dżinsy. Marta stała w miejscu, w którym została postawiona, i przyglądała się całej tej scenie bez słowa, ściskając łodygi podarowanych kwiatów. Jej kolana drżały, zęby szczękały, ale nie był to odpowiedni czas, by ustalać, czy to z powodu zimna, czy silnych emocji. – Mikołaj… – zaczęła w końcu, ale mężczyzna jej przerwał.

– Długo czekałem i zwlekałem, Marta. Możliwe, że jutro nie będziesz chciała ze mną rozmawiać. Wszystko jest możliwe, ale po wczorajszej kolacji czuję, że to jedyne, czego teraz potrzebuję.

Zamilkła, bo wtedy silne ramiona nagiego już Mikołaja chwyciły ją i poderwały ponad ziemię. Odrzuciła na podłogę kwiaty i zacisnęła powieki. Czuła zawstydzenie, kiedy gorąca dłoń mężczyzny wdarła się pod jej szlafrok i zacisnęła na jej pośladku. Nie potrafiła powiedzieć, skąd nagle przyszła jej odwaga i śmiałość, żeby wtulić się w jego szyję i posmakować jej.

Mikołaj podszedł do łóżka, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i skierował się do okna. Kobieta zupełnie bezwolnie spełniała wszystko, co robił. Opuściła ramiona wzdłuż ciała i patrzyła, jak rozsupłany szlafrok opada na podłogę. Jęknęła zawstydzona, jednak kiedy dotarło do niej, że w sypialni panuje całkowita ciemność, przestała czuć dyskomfort, który zawsze jej towarzyszył na myśl o swoim ciele. Jednym zgrabnym ruchem odsunęła zasłonkę i pozwoliła, by do pokoju wkradł się blask księżyca. Natychmiast oświetlił on stojącą przed nią postać. Szerokie ramiona unosiły się od przyspieszonego oddechu, a gładki tors podrygiwał gwałtownie. Marta przesłoniła najpierw piersi, a potem sama ruszyła w jego kierunku. Wtulona w zgięcie jego szyi zdobyła się na sięgnięcie po to, o co poprosiła chwilę wcześniej, odprawiając swój pogański obrządek. Mikołaj znowu przyssał się do jej ust. Zupełnie jakby chciał kontynuować w miejscu, w którym przyszło mu przerwać poprzedniego wieczora. A mruczał przy tym tak rozkosznie, że znajome łaskotanie w brzuchu Marty stawało się coraz bardziej intensywne. Jej niepewność się ulotniła, a niechęć do własnego ciała przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Dotykała stojącego przed sobą mężczyzny odważnie, wsłuchując się przy tym w jego odgłosy i kierując się nimi po omacku. Odrzuciła głowę do tyłu, przyciągając do siebie kochanka i kierując jego usta niżej. Mierzwiła jego gęste włosy i zaciskała je w pięściach, sterując nim, prowadząc go ścieżkami, które doprowadzały ją do rozkoszy. Kiedy w końcu otworzyła oczy, ujrzała kołyszący się nad nią księżyc. Śmiało zaglądał przez otwarte okno. Chłodny wiatr przeganiał zasłaniającą mu widok firankę. W uniesieniu, a może w obawie, że to, czego doświadcza, okaże się kolejnym erotycznym snem, Marta wodziła zachłannie palcami po silnych udach Mikołaja, ściskała napinające się mocno pośladki i szczypała prężący się nad jej twarzą tors. I było jej dobrze.