Christo Stoiczkow. Autobiografia - Christo Stoiczkow, Władimir Pamukow - ebook

Christo Stoiczkow. Autobiografia ebook

Christo Stoiczkow, Władimir Pamukow

3,9

Opis

Niektóre historie są zbyt prawdziwe, aby o nich opowiadać. O pewnych sprawach wspominam tu po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni. Wierzę, że to docenicie. Nie przemilczałem i nie ukryłem niczego.

Txiki Beguiristáin powiedział kiedyś coś w rodzaju: „Christo jest takim przyjacielem, który da ci klucze do swojego mieszkania oraz samochodu i pomoże ze wszystkim, czego tylko potrzebujesz. A w zamian nie chce nic materialnego. Zależy mu jedynie na dwóch rzeczach – bądź lojalny i nigdy go nie zdradzaj…”. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek inny opisał mnie tak krótko i trafnie.

Jedni mnie kochają, inni nienawidzą. Ja to szanuję. Lubię mieć swoje zdanie i nie boję się głośno o nim mówić. Jestem byłym piłkarzem, który w 1994 roku zdobył Złotą Piłkę, a chwilę później ją zgubił. Ukrywałem się przed bułgarską bezpieką, która nie chciała wypuścić mnie z kraju. PSG chciało wykupić mnie z Barcelony, czyniąc tym samym najlepiej zarabiającym piłkarzem świata. Nieustraszony Gennaro Gattuso drżał na mój widok. Jako nowicjusz założyłem szlafrok największej gwiazdy drużyny, a gdy Louis van Gaal wyrzucił mnie z treningu, po zajęciach przywitałem go w szatni szampanem, leżąc w ogromnym jacuzzi.

Piłka nożna połączyła mnie z setkami światowych megagwiazd, a także z dziwakami, jak to ich nazywam. Byłem w samym środku gwiazdorskiej reprezentacji Bułgarii i nieosiągalnej Barcelony.

Oto moja prawda, moja historia. Na pewno po jej przeczytaniu znajdą się tacy, którzy mnie oplują, bo nie udaję kogoś, kim nie jestem, i już od pierwszych zdań chcę być z Wami absolutnie szczery. Przyzwyczajcie się i bawcie się dobrze!

Wasz Christo Stoiczkow

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Nigdy nie porzucajcie marzeń! Dążcie ku nim dumni i z wiarą, że Bułgar może być numerem jeden w świecie i w najbardziej konkurencyjnych dziedzinach życia. A pnąc się w górę, nie zapominajcie, że nie ma niczego ważniejszego od rodziny i od prawdziwych przyjaciół, których czas zabiera. Bądźcie wierni im oraz samym sobie, ponieważ lata mijają, ale nazwisko pozostaje.

Christo Stoiczkow

Wstęp

Niektóre historie są zbyt prawdziwe, aby je opowiadać. Ale ja zdecydowałem się spróbować. Mówi się, że czas nie jest dobrym przyjacielem prawdy. Może i tak jest, jeśli interesują cię jedynie przyziemne sprawy albo robisz wszystko tak jak inni. Na szczęście albo nieszczęście w moim przypadku nigdy tak nie było.

Bardzo wcześnie zrozumiałem, że nawet jeżeli człowiek jest bez winy, jak sam Bóg, to i tak za coś go ukarzą. Właśnie dlatego zawsze starałem się żyć po swojemu, zamiast płacić podatek opinii publicznej. Nigdy nie byłem niewolnikiem tych banalnych obowiązków narzucanych znanej osobie. Do dziś wiodę życie pozbawione alternatywnych planów czy przekrętów. Nie chodzę jednak bez maski czy bez makijażu. Informuję was o tym, ponieważ już od pierwszych zdań chcę być z wami absolutnie szczery. Prawda jest taka, że od dziesięcioleci zawsze noszę jedną maskę, ale do niej przyznam się w swojej spowiedzi nieco później.

Miałem szczęście, że życie wybiło mnie do góry i spełniłem swoje wielkie marzenie z dzieciństwa. Jak wysoko sięgnąłem? Sami oceńcie, ponieważ każdy ma swój włas-ny Everest. Wiem tylko, że dziś, kiedy spoglądam w dół, żeby zobaczyć, skąd wyruszyłem, wciąż jeszcze kręci mi się w głowie.

Los, szczęście, odpowiedni czas i miejsce. Okej, to wszystko można odnaleźć w tarocie życia. Ale cokolwiek się działo, nigdy nie liczyłem, że jutrzejszy dzień sam o mnie zadba. Dlatego wierzę, że nic, co w tym życiu istotne, nie wydarzyło się przypadkiem.

Piłka nożna połączyła mnie z setkami światowych mega-gwiazd, a także z dziwakami, jak to ich nazywam. Zacząłem od…

I o tym wam później opowiem. Przecież wciąż jesteśmy we wstępie, prawda? Tu jest miejsce na obietnicę – zrzucę zasłonę ze wspomnień o zdarzeniach, o których z takich lub innych przyczyn przez lata milczałem. Mam nadzieję, że ta wspólna podróż w czasie będzie dla was interesująca, ponieważ według mnie życie mierzy się w momentach, a nie w dniach, miesiącach i latach. Udowodnię wam to!

Ostatnio wszyscy piszą. Żebyście nie mówili, że piłkarze piszą tylko swoimi nogami, zdecydowałem się stworzyć tę książkę razem z dziennikarzem sportowym Wladimirem Pamukowem. Jeśli jest coś, czego ten człowiek nie wie o mnie lub o Czwartych na Świecie, to najwyraźniej nie jest tego warte albo po prostu… nie chciał wiedzieć. A zatem ode mnie historia, od Wlado – pisanie.

Na końcu tego wstępu chcę przyznać, że monolog Ala Pacino w roli trenera w kultowym filmie Męska gra zawsze pełnił funkcję życiowego alarmu. Zawiera bowiem wstrząsające słowa o tym, że wielkim sportowcom najpierw psują się nogi, później zaczyna im brakować pieniędzy, a na samym końcu opuszczają ich przyjaciele…

Dzięki Bogu ten huragan mnie nie dosięgnął. Ale dawno już zrozumiałem jedno: cokolwiek się ze mną dzieje, zawsze znajdą się ludzie, którzy będą mnie kochać, i tacy, którzy będą mnie nienawidzić. Dlatego wierzę, że ten, kto trzyma w rękach tę książkę, jest przyjacielem lub chociaż należy do tych dobrych, tych, którzy mnie kochają.

Napisaliśmy tę autobiografię nie po to, żeby podobała się mnie, lecz po to, żeby podobała się wam. Jeśli nie wywiązaliśmy się z tego zadania, mam chociaż nadzieję, że docenicie fakt, że mieliśmy odwagę spróbować. Jeśli z kolei wywiązaliśmy się z niego… i tak znajdą się tacy, którzy nas oplują. Ze mną jest tak: albo czarne, albo białe. Przyzwyczajcie się i bawcie się dobrze!

Wasz Christo Stoiczkow

Rozdział pierwszy

Barcelona, 6 grudnia 1994 roku. Wtorek. Los wybrał dokładnie ten dzień na spełnienie mojego marzenia nad marzeniami. W hotelu Juan Carlos I w Barcelonie pocałowałem namiętnie Złotą Piłkę z wygrawerowanym na niej napisem „Christo Stoiczkow”. I nagle się rozpłakałem. Nie było siły, która zatrzymałaby moje łzy. Dziwne, bo natarły z taką samą siłą jak wtedy, gdy jako dziecko pierwszy raz usłyszałem, że nie nadaję się do piłki nożnej. Albo wtedy, gdy mając 19 lat, dowiedziałem się z telewizji, że „Christo Stoiczkow zostaje na zawsze wykluczony z ruchu sportowego” ówczesnej socjalistycznej Bułgarii.

Nigdy w swojej karierze nie przedkładałem indywidualnych potrzeb nad dobro drużyny. Nigdy! Złota Piłka jest jednak czymś szczególnym, nieporównywalnym z innymi osiągnięciami. Marzenia o niej zamieszkały w mojej duszy na długo przed rozpoczęciem kariery sportowej, zanim jeszcze spojrzałem życiu w oczy. Dla mnie, dzieciaka ze Wschodu, łobuza z wytartymi tenisówkami, rozciągniętą koszulką i zdartymi kolanami, była jak największa z gwiazd na nocnym niebie.

Tak, każdy jeden brzdąc marzy – jeden chce być strażakiem, drugi lekarzem, trzeci policjantem, czwarty kosmonautą… A ja pragnąłem być wielkim piłkarzem i zdobyć Złotą Piłkę! Wyobrażałem sobie, jak pewnego pięknego dnia przytulę swoich sławnych idoli. Tylko że zrobię to jedną ręką, bo drugą będę przytulał Złotą Piłkę.

Marzenia, marzenia… Teraz stwierdzam, że były bardzo śmiałe i szalone, nawet jak na marzenia! Jakaś fantasmagoria, zważywszy, że w tym momencie Bułgaria ma już dwóch kosmonautów, ale tylko jednego posiadacza Złotej Piłki. I może dlatego posiwiały już chłopiec, który dziś opowiada wam swoją historię, pamięta każdą minutę z 6 grudnia 1994 roku. Dnia, w którym marzenie stało się rzeczywistością.

Miałem zaledwie 28 lat, ale życie zdążyło mnie już naznaczyć na wzór sierści dalmatyńczyka – czarnymi i białymi plamami. Na własnej skórze przekonałem się, że do sławy prowadzi wiele dróg, ale większość z nich… jest w dość kiepskim stanie. A przynajmniej te, którymi ja szedłem. Czasami myślę, że okej, może życie toczy się według jasno określonych reguł, ale mnie prawie zawsze przypadają w udziale wyjątki.

Nawet tego ważnego i niezapomnianego 6 grudnia 1994 roku. W niektórych kronikach przekręcono tę datę na 16 grudnia, ale to błąd, którego celowo nie poprawiałem. Moja mała tajemnica. Dzięki temu postrzegałem ten dzień, 6 grudnia, jako bardziej tajemniczy i bliższy. Mówią, że dzień zaczyna się o poranku, ale i to najwyraźniej mnie nie dotyczy. Zaraz wam to udowodnię.

Zazwyczaj rankiem uwielbiam porozciągać się w łóżku. Nawyk jeszcze z dzieciństwa, który pozostał mi do dziś. Przeliczam kości i dolegliwości. Przecieram oczy i cieszę się, że cały dzień przede mną. Już dawno temu wbiłem sobie do tej pustej głowy, że każdego dnia należy żyć tak, jakby był ostatni, ponieważ… naprawdę może okazać się ostatnim.

Początek 6 grudnia w ogóle nie był w moim stylu. Moja żona, Mariana, która już wcześniej wymknęła się z łóżka, wpadła z powrotem do sypialni ze słuchawką telefonu w ręce.

– Arantxa Sánchez dzwoni! – mówi dziwnym falsetem. – Coś bardzo ważnego. Jacyś francuscy dziennikarze koniecznie chcą się dziś z tobą widzieć.

Taaak… Od kiedy Bell wymyślił telefon, nikt nie jest wystarczająco daleko. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem! Zrywać się z łóżka z powodu bezczelnych Francuzików! I to dziennikarzy! Wariactwo jakieś. Francuzi dręczą mnie przez nasz domowy numer! I to w roku, w którym nie zwyzywałem nikogo poza francuskim sędzią Quiniou. Tym bezpardonowym monsieurem, który zaledwie pięć miesięcy wcześniej pozbawił Bułgarię finału mistrzostw świata w USA, nie przyznając nam ewidentnego rzutu karnego w półfinale z Włochami.

Poczułem się tak, jak gdybym musiał iść do dentysty. Ale uśmiech i pocałunek Mariany, a także milutki głosik przyjaciółki rodziny i gwiazdy tenisa Arantxy Sánchez Vicario rozbroiły bombę. Musiałem szybko jej pomóc w zrobieniu wspólnych zdjęć na Boże Narodzenie. Reporterzy byli profesjonalni, sprawdzeni i przyjechali specjalnie w tym celu z Paryża. Ech, tak, Arantxa przyznaje – byli Francuzami, co z pewnością nie mogło mi się podobać, lecz nikt nie jest doskonały. Ha, ha, ha! Miła Arantxa nie tylko świetnie odbija na korcie, ale i poza nim sypie niezłymi hasełkami.

Oczywiście, nie musiała mnie namawiać. Nie mogłem odmówić jej, jak również jej braciom. Wciąż zaspany zrozumiałem, że ci goście to absolutne rekiny medialne! Jacy okażą się inni, jeśli ci dotarli do mnie najkrótszą z możliwych w tamtym momencie dróg?

Przez Arantxę wyznaczyłem dziennikarzom termin spotkania na Camp Nou. Niech ich najpierw zobaczę, tych śmiałków! Ale postawiłem warunek – możemy się spotkać dopiero po treningu, żeby nie denerwowali mnie wcześniej i żebym nie pokłócił się z Papą Johanem[1]. W tamtych dniach moje stosunki z Cruyffem przypominały relację ojca z synem marnotrawnym – ale to bardzo marnotrawnym. Ale o tym później. Kiedy przyjdzie na to czas, jak to mawiał „Leśniczy”, znany także jako „Car Premier”[2].

Kim były te nieproszone francuskie słoneczka? Stéphane Saint-Raymond – takim nazwiskiem przedstawił mi się dziennikarz, który prowadził ze mną rozmowę. Fotograf sprawiał wrażenie bardziej przejętego bezpieczeństwem swoich aparatów. Dlatego w ogóle nie przypuszczałem, że monsieur Stefan pozostanie w moim sercu do końca życia. Obecnie pracuje dla Międzynarodowej Federacji Piłkarzy Zawodowych FIFPro i widujemy się lub słyszymy od czasu do czasu. Nie straciliśmy kontaktu. Ale przy każdym spotkaniu korzystam z okazji, żeby mu przypomnieć, jak pamiętnego 6 grudnia wraz z fotoreporterem stali na baczność niczym gwardziści przed stadionem. Zauważyłem to jeszcze z daleka, kiedy zbliżałem się do nich – stali jak na szpilkach. I to bardzo! Wtedy już do perfekcji opanowałem numer z maską, o którym wam wspominałem.

Nie kojarzycie? Naturalnie, przecież to mój sekret. Nie opatentowałem tego numeru, ale gram, jakbym miał za to dostać Oscara. Spoglądam złowrogo, celowo obniżam głos przy większości odpowiedzi, używam krótkich i urywanych zdań. I dla lepszego efektu rzucam kilkoma przekleństwami, jeśli sytuacja tego wymaga. W duchu mogę się śmiać lub być w wyśmienitym nastroju, ale nie pokazuję tego na zewnątrz. Ta gra zawsze działa i ratuje mnie po dziś dzień. Bywają momenty, w których bez maski byłbym po prostu obgryziony do szpiku kości, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, kiedy ludzi bardziej interesuje to, co się dzieje w majtkach gwiazd niż w ich duszach. I każdy wszedłby w moją przestrzeń osobistą z indiańskim okrzykiem i nakładką. Ale nie dawałem im na to szansy. No pasarán!

Bez maski pewnie bym nie ochronił swojej rodziny i jej terytorium przed natrętami i niszczycielami. A z powodu mojej reputacji dobrego chłopaka z pewnością stałbym się ofiarą tych, dla których ludzie w świetle reflektorów są celem idealnym. Choćby tych, którzy składają propozycje wspólnego biznesu mającego przynieść miliony, jeśli tylko zainwestuje się pieniądze w „bardzo zyskowne projekty” i często w czyste szaleństwa. Właśnie z powodu takich ludzi mój ukochany dziadek Christo, niech mu ziemia lekką będzie, mawiał, kiwając głową: „Świat wielki – idiotów wielu! Strzeż się, mój chłopcze…”.

Paryżanie bez wątpienia byli bardzo ciekawscy. Pokazali maniery, dzięki którym świat już od dawna chyli czoła przed Francuzami. Zdjąłem jednak maskę, kiedy udaliśmy się do sali Tramontana pięciogwiazdkowego hotelu Juan Carlos I. Nie mogłem inaczej – pojawiła się tam Arantxa wraz z innymi przyjaciółmi. Atmosfera sesji zdjęciowej była zdecydowanie friendly. Wskoczyliśmy w stylowe ubrania, żartom nie było końca i nastrój był super. Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy mi powiedzieli, dla którego magazynu fotografują. Nie ruszało mnie to. Byłem tam na prośbę Arantxy i tylko to miało znaczenie. Impreza trwała w najlepsze, kiedy nagle Stefan poprosił mnie, żebyśmy wyszli na minutkę. Chciał powiedzieć mi coś na osobności. Akurat trafił w odpowiedni moment, skubany, więc poszedłem za nim. Szczwany lis, mówiłem wam, mam do nich nosa!

Zaprowadził mnie do jednego z apartamentów i pokazał wielki czerwony worek. Ze zręcznością magika pospiesznie wyciągnął z niego Złotą Piłkę. Tym razem to ja wyprostowałem się zaskoczony. Jakby przebiegł przeze mnie prąd.

– Jest twoja! – powiedział cicho, patrząc mi w oczy.

Przez kilka sekund nie dawałem znaku życia, aż w końcu doszedłem do siebie i wykrzyknąłem:

– Nie, nie! – Znów włożyłem maskę i zaatakowałem: – Bez takich zagrywek! W co ty sobie pogrywasz? Znam już ten numer! Wiem również, że przed dwoma dniami fotografowaliście z tą piłką i Maldiniego, i Baggio!

Blefowałem, naturalnie. I to nieźle! A dla większej wiarygodności odwróciłem się do niego plecami, ruszyłem ku drzwiom i rzuciłem głośno przez ramię:

– Zdjęcia ze Złotą Panią się nie odbędą!

Stefan jednak zareagował szybciej niż obrońca w Primera División. Wyprzedził mnie, zatrzymał się, rozłożył ręce na szerokość drzwi i zaczął trajkotać:

– Proszę cię, wyleją mnie, jeśli wrócę bez sesji zdjęciowej! A jak wycieknie informacja, kto ją zdobywa, jestem wyoutowany z każdej strony, człowieku! Raz już się to zdarzyło i tym razem mnie uprzedzili, że jeśli się potwórzy, poniosę konsekwencje. Ja i nikt inny! Wyrzucą mnie na zbity pysk, proszę cię, Christo!

Pamiętam każde jego słowo z tamtej rozmowy. Jego taktyka się powiodła, monsieur Stef trafił w mój czuły punkt. Wróciłem do Złotej Piłki. I wtedy… Wtedy niczym błys-kawica błysnęło moje imię, wygrawerowane na trofeum. Powoli wyciągnąłem ręce. Ująłem Marzenie ostrożnie jak niemowlę. I pocałowałem je tak, jak całowałem jedynie swoje nowo narodzone córki na porodówce. Poleciały łzy. Musielibyście mnie wtedy zobaczyć. Sztylet, Wojownik, Matador… Tak, właśnie tak! Pewien dorosły już chłopiec rozkleił się i obiema rękami przytulał marzenie swojego życia, a od tego ściskania nie miał nawet jak otrzeć łez.

Wówczas jeszcze nie pojmowałem, że do tamtego momentu byłem zaledwie szóstym piłkarzem ze Wschodu, uhonorowanym najważniejszą indywidualną nagrodą w historii największego sportu na świecie. Christo Stoiczkow – Bułgaria! Na krótko przed tym Czechosłowacja i ZSRR rozpadły się, więc z byłego bloku socjalistycznego właściwie jedynie moją ojczyznę oraz Węgry brano pod uwagę przy głosowaniach do Złotej Piłki.

Ale jaka statystyka? Dajcie spokój! W tamtej chwili moje emocje mogły dostarczyć energii kilku elektrowniom. Mieć wielkie marzenie to jedno, ale przeżyć jego spełnienie to całkiem co innego. Zatrzymuję się w tym miejscu, ponieważ nawet teraz głos staje mi w gardle, kiedy przypomnę sobie tamte chwile. A przecież teraz nie jesteśmy razem po to, żebym wam płakał, tylko opowiadał, prawda?

Na zakończenie widowiska w hotelu Juan Carlos I chwyciłem Złotą Piłkę ze słowami, że już jej nikomu nie oddam. I Stefan znowu otworzył szeroko oczy. Kolejny zwrot akcji w tym przyprawiającym go o zawał serca dniu, w którym z samego rana on i fotograf wyszli oddzielnie z hotelu Le Meridien i obaj pomyśleli to samo: „Kolega zabierze worek”. Właśnie tak Złota Piłka warta około 30 tysięcy euro pozostała w pokoju, a oni musieli biegać jak szaleni po słynnej ulicy La Rambla, żeby ją uratować. Dobrze, że przynajmniej byli szybcy, ponieważ przy tylu fanach piłki nożnej w Barcelonie jakiś hydraulik, elektryk czy mężczyzna z obsługi hotelowej mógłby się dziś cieszyć ze słynnego trofeum lub… z otrzymanych za nie pieniędzy.

W końcu Arantxa zainterweniowała w stylu „gem, set i mecz”. Wydarła gwałtownie trofeum z moich rąk i szybko zwróciła je Stefanowi. Rzuciła „Stop!” i rozdała po jednym buziaku nam obydwu. Finita la commedia. Ale jakiż to był dzień! Jeszcze rano absolutnie bym nie powiedział, że akcja się tak rozwinie. To było nie do przewidzenia, jak zresztą prawie wszystko w moim dotychczasowym życiu.

Ustaliliśmy, że przekażę nowinę tylko Marianie. Zrobiłem to w taki sposób, w jaki ona oznajmiła mi, że jest w ciąży. Z pocałunkiem i szeptem na ucho. Nie zorganizowaliśmy przyjęcia, wprost przeciwnie. W domu panowała niezwykła cisza. Cały wieczór jedynie przytulaliśmy się czule i wymienialiśmy pocałunki. Nigdy nie zapomnę pierwszej chwili po tym, jak przekazałem jej wiadomość. Mariana przytuliła mnie, potargała moje włosy i szepnęła:

– Udało ci się! Nawet przez moment nie zwątpiłam! I wiesz co, teraz bym chciała, żebyś był spokojniejszy…

Obydwoje zdawaliśmy sobie sprawę, że tak się nigdy nie stanie. Ale ze względu na powagę chwili obiecałem jej to. A ze względu na obietnicę zachowania tajemnicy huczne przyjęcie, naturalnie, nie mogło się odbyć. Kolacja miała miejsce w domu – rodzinna, cicha, przy świecach i z butelką czerwonego wina. Dzieciom nic nie powiedzieliśmy. Były małe, ale mimo wszystko istniało ryzyko, że na drugi dzień pochwaliłyby się przyjaciołom.

Droga na ceremonię w Paryżu minęła koszmarnie. Organizatorzy wysłali mi mały prywatny samolot, w którym mogliśmy się poruszać jedynie zgarbieni. Ale kogo to obchodziło? Jeszcze zanim zdążyłem o tym wspomnieć, zaczęło to obchodzić Cruyffa, który wraz z towarzyszącym mu doradcą i przyjacielem Jaume Rouresem opuścił „puszkę sardynek”. Oświadczyli nam, że udadzą się do francuskiej stolicy regularnym lotem z lotniska El Prat i żeby się o nich nie martwić. „Bezpiecznego lotu, burżuje!” Tylko tyle im powiedziałem.

Ja, Mariana i nasi pierwsi przyjaciele z Katalonii – przewspaniali Juana i Toni, których syna byliśmy chrzestnymi – pozostaliśmy na pokładzie. Do pełni szczęścia zdecydowanie brakowało jedynie czarnego humoru, więc pospieszyłem z jego dostarczeniem. Oświadczyłem, że nawet jeśli spadniemy, Złotą Piłkę zdążyłem już zdobyć, więc będę pierwszym, który otrzyma ją pośmiertnie. Rozzłościli się, zaczęli się żegnać znakiem krzyża, a ja… Ja po prostu poprosiłem stewardesę o butelkę szampana.

W Paryżu przez cały czas byłem pod wpływem jakiegoś szczególnego, powiedziałbym – nieznanego mi uczucia. Z jednej strony byłem naelektryzowany, jakby zbliżał się kolejny ważny mecz. Z drugiej – spokojny, sentymentalny, ulegający czarowi wspomnień. Zwłaszcza tych z czasów dzieciństwa. Dla tak bezpośredniego człowieka jak ja, który nie akceptuje rozdwojenia jaźni nawet w filmach, to było coś zupełnie nietypowego. A jeszcze dziwniejsze było to, że czułem się zarazem wyjątkowo przyjemnie.

Jedyny negatywny kadr, który przemknął przez moją głowę: wspomnienie, jak ukradli mi Złotą Piłkę w 1992 roku, kiedy media Silvio Berlusconiego poruszyły swoimi mackami i jak ośmiornica przeciągnęły trofeum w kierunku Marco van Bastena, grającego wtedy w Milanie dla dona Silvio. Od razu chcę wyjaśnić: Marco jest wielkim piłkarzem i człowiekiem, któremu świat już dawno zasalutował. Berlusconi także jest graczem najwyższej klasy! A co się mówi przy tego typu historiach, jak ta z 1992 roku? „Nic osobistego”, prawda? Cóż innego?

Kilkakrotnie musiałem sobie boleśnie uświadomić, co dokładnie kryje się za tym enigmatycznym zwrotem. Nie ma wyjścia, chcemy czy nie chcemy, uczciwie czy nieuczciwie, tak właśnie działa świat. Przed tym wiatrem nie ma schronienia. Zresztą właśnie w 1992 roku wokół ceremonii wręczenia Złotej Piłki po raz pierwszy pojawiła się polemika w mediach, ale nie w tych należących do Berlusconiego, naturalnie. Temat sporu: czy nie należy zmienić systemu głosowania? I ostatecznie tak się stało. Okazało się, że jestem zamieszany i w tę historię. Zwykły podejrzany, stety albo niestety, w wielkim futbolu tamtego czasu. Kolejny konflikt związany z moją osobą miał miejsce na pół roku przed wręczeniem nagrody w Paryżu. W trakcie amerykańskiego mundialu wywołałem dyskusję o prawie zawodników do wyboru marki swoich butów, innej niż ta, której używa się w ich drużynach narodowych. Z powodu mojego buntu w tej sprawie wybuchł ożywiony spór międzynarodowy, który ostatecznie zakończył się werdyktem korzystnym dla nas, piłkarzy. Sprawiedliwie i… z szansą na większe pieniądze.

W tym okresie reprezentacja narodowa Bułgarii grała w obuwiu Adidasa, a ja podpisałem umowę na dużo zer z Kronosem. I oświadczyłem, że nie mogę zawieść marki, która wybrała mnie osobiście. Nie było żadnego rozporządzenia w tej sprawie i ani FIFA, ani BFS[3] nie wiedzieli, jak zareagować. Wtedy pokonałem ich niesamowicie sprytnym powiedzonkiem z czasów, kiedy w Bułgarii mówiło się o pierestrojce i kiedy faktycznie stary ustrój upadał. A mianowicie: „To, co nie jest zabronione, jest dozwolone!”. Zadziałało idealnie. I nie tylko wtedy.

Wróćmy jednak do francuskiej stolicy. Koronacja odbyła się w ogromnym studio Canal+. Nadawały ją bezpośrednio Efir 2, kanał bułgarskiej telewizji publicznej, i hiszpański TV3. Wiadomość, że numerem jeden jest Bułgar, jako pierwszy podał jednak Kanał 1 BNT[4]. Jak? Konkurencja to wielka siła. Organizatorzy poprosili bułgarską gazetę „Trud” o wcześniejsze udostępnienie wyników, ponieważ ze względu na ogromny nakład redakcja miała ustalony wcześ-niejszy grafik wydruku. I Francuzi tak też uczynili. Dlaczego? Google jeszcze się nie narodził, Internet nie władał światem i „jutrzejszy numer” gazety nie miał jak wyprzedzić telewizji.

Błąd! Dziennikarze „Trudu” podali Kanałowi 1 klasyfikację oraz punktację laureatów na krótko przed dwudziestą. I tak o 20.32, 20 grudnia 1994 roku, najpierw w Bułgarii ogłoszono oficjalnie, że Bułgar Christo Stoiczkow jest zdobywcą Złotej Piłki. Prowadzący transmisję Krasimir Minew ogłosił wynik: 210 punktów oraz rekordowa przewaga nad drugim piłkarzem w klasyfikacji – włoskim idolem Roberto Baggio, który zebrał 136 głosów. Od tamtego momentu nasza dziennikarska gildia uformowała dwa obozy, które do dziś szczególnie za sobą nie przepadają. Po jednej stronie jest ekipa Efir 2 z pierwszeństwem bezpośredniej transmisji, a po drugiej – chłopcy z Kanału 1, którzy jednak ich wyprzedzili z nowiną. Tak właśnie wszystko się potoczyło – jedynka bowiem stoi zawsze przed dwójką!

W trakcie rozdania nagród wśród publiczności powiewały bułgarskie flagi, wybuchały brawa, całość wzbudzała gwałtowne emocje. Aby zadowolić nie tylko rodaków, ale także miliony fanów Barcelony, ze Złotą Piłką w dłoniach oznajmiłem po katalońsku: „W końcu jest nasza!”.

Bardzo chciałem wymienić nazwiska i podziękować wszystkim, którzy pomogli mi w drodze na szczyt. Niestety formuła ceremonii nie dała mi na to szansy, ale po latach uważam, że i tak udało mi się to zrobić na różne sposoby.

W ten sposób oficjalnie i przez główne wejście wszedłem do Klubu Gigantów największej gry. A nawet więcej – byłem jedynym, któremu dwa razy powiedziano za dzieciaka, że nie nadaje się do tego sportu. Jedynym, który od władzy państwowej otrzymał oficjalny zakaz udziału w profesjonalnym futbolu. A, tak, jeszcze coś – jedynym, od którego wymagało się kopania w wiejskich drużynach pod fałszywym nazwiskiem.

Wbrew temu wszystkiemu – udało mi się! A tych, którzy przez lata stawali na mojej drodze, wykopuję z gry. Niektórych nawet wybijam z „piątki”. Osiągnąłem sukces nie tylko dzięki mojemu charakterowi, ale także sile moich współzawodników, totalnemu wsparciu rodziny oraz przyjaciół. A także, co równie istotne – z pomocą Jego wysokości Losu.

Istniał jeszcze jeden plus mojego triumfu – utworzyłem historyczną „złotą czwórkę”. Do tamtego momentu tylko trzech piłkarzy zdobyło dwa najważniejsze indywidualne trofea: Złota Piłka dla gracza numer 1 w Europie i Złoty But dla najlepszego strzelca na kontynencie. Sławny Eusébio, znakomici Gerd Müller i Marco van Basten oraz… waszmość Stoiczkow. Chłopiec, który nigdy nie przestał wierzyć, że futbol może zaprowadzić go w życiu najdalej.

W Paryżu Mister, jak zwykłem nazywać Johana Cruyffa, jako pierwszy powiedział mi o wspomnianej „złotej czwórce”. Zrobił to natychmiast po tym, kiedy mnie objął i pogratulował największej nagrody, którą on, wszechobecny Latający Holender, zdobył w swojej zawodniczej karierze aż trzy razy. Zachował się naprawdę wspaniale i to w momencie, kiedy już kręcił się młyn jedynego chłodnego – trwającego około ośmiu miesięcy – okresu w dziejach naszej relacji.

Od razu was uprzedzę – nie dziwcie się, że cyfra 8 ciągle mi towarzyszy przez te wszystkie lata. To się nazywa karma. Zrozumiecie to. A jeśli chodzi o te osiem ciężkich miesięcy – obydwaj po raz pierwszy mieliśmy odmienne wyobrażenia o zmianach pukających do drzwi Barçy. Dodałbym również rozbieżne drogi naszych karier i ogólnie naszej przyszłości w tym wielkim klubie. Ale w tamtej chwili najważniejsze dla mnie było to, że mając 28 lat, nareszcie spoglądałem na swoje życie z wymarzonego szczytu.

Czasy przed otrzymaniem biletu do sławy nie były trudne. Były… rozpaczliwie trudne. Urodziłem się 8 lutego 1966 roku w Płowdiwie. Dorastałem w zwyczajnej lub, jak ją nazywaliśmy, przeciętnej rodzinie w ówczesnym państwie socjalistycznym. Moja matka Penka i mój ojciec Stoiczko mieli odwagę wychowywać troje dzieci w okresie, w którym nie było ryzyka, że twoja lodówka będzie pusta, ale o czymś więcej nie można było nawet pomarzyć. Wraz ze starszą siostrą Petją i młodszym bratem Canko uwielbialiśmy chadzać do pobliskiej wsi Jasno Pole, ponieważ tam babcia i dziadek nie tylko nas rozpieszczali, ale także przymykali oczy na wszystkie nasze wygłupy.

Byłem prawdziwym ulubieńcem mojego dziadka Christo, po którym otrzymałem imię bez jakichkolwiek dyskusji czy wahania. W pewnym okresie starał się nie okazywać tak bardzo słabości do mnie przed rodziną, ale z czasem odpuścił sobie, ponieważ było to widać nawet z kosmosu. Milkłem, kiedy opowiadał mi o życiu – o honorze mężczyzny, o przyjaźni, o charakterze, o rzeczach, których należy się wystrzegać. Od niego nauczyłem się w ważnych momentach patrzeć stojącym przede mną ludziom w oczy. I tak przez lata próbowałem ich rozszyfrowywać. Gdy ktoś zaczynał błądzić oczami i szukać spojrzeniem czegoś dookoła mnie – uwaga! Kłamstwo puka do drzwi.

Mój świętej pamięci ojciec był bramkarzem Spartaka Płowdiw, ale dziadek Christo odwiódł go od futbolu po kolejnym otrzymanym od rywala ciosie w głowę. Moja sytuacja była jednakże inną parą kaloszy. Stale mnie wspierał na drodze do kariery i rozpalał moje marzenia. Często kłócili się z tatą na pewien temat: „Jakim naiwniakiem musisz być, skoro chcesz być bramkarzem w grze, w której błyszczą królowie strzelców?”. Płyta zacięła się na problemie z kategorii: „Co było pierwsze – jajko czy kura?”. A czasami zdarzały się też dziwne odpowiedzi na to odwieczne pytanie, na przykład: „Kogut!”.

Tak, czy po tych wszystkich sporach w domu nadal zastanawiacie się, czy kiedykolwiek marzyłem o byciu bramkarzem? Jakiej spodziewacie się odpowiedzi? No właśnie. A lewy obrońca, jakim był w niższych ligach mój wujek Christo? Przyznam się wam: zdarzyło mi się wystąpić na tej pozycji jako rekrut w CSKA w dwóch, trzech meczach, ale wtedy byłem gotów skoczyć nawet do pustego basenu, byle dopuścili mnie do gry. Lewy obrońca! Tak, ale w CSKA. Całkiem nieźle! Ale tylko na początek, ma się rozumieć.

W ogóle natomiast nie byłem podekscytowany, kiedy w moim drugim okresie w Barcelonie, w listopadzie 1997 roku, zmuszono mnie raz do grania na tej pozycji, i to w El Clásico. W meczu nad meczami! Wtedy pewien Holender uznał się za van Gogha futbolu i w całkowitym obłąkaniu puścił mnie jako bocznego obrońcę przeciwko Realowi w Madrycie. Wygraliśmy 3:2, ale dowiedziałem się nie z pierwszej ręki, ale z pierwszego kolana, czym jest pyrrusowe zwycięstwo – zerwałem łękotkę. Ale nie skaczmy w czasie. Opowiem wam o wszystkim po kolei, także o wspomnianym już „Vanie” – „bohaterze fascynująco paskudnej urody”, jak to się mówi w kinie o złych charakterach w scenariuszu. Teraz jesteśmy jeszcze na starcie mojej historii, a mam nadzieję, że nigdzie się nie spieszymy, prawda?

W tamtych czasach w Bułgarii bezcenni byli apostołowie sportu. Tak nazywano trenerów, krążących po ulicach i szkołach i wybierających do szkółek dzieci, które przykuły ich uwagę w jednej lub drugiej dyscyplinie. W taki sposób odkrył mnie Ognjan Atanasow z płowdiwskiego klubu Marica. Gdzie mnie dostrzegł? W moim ulubionym miejscu, naturalnie – na ulicy, tam było najciekawiej. Szczególnie dla chłopca tak niegrzecznego jak ja, który nieustannie miał robaki w tyłku. Piłka nożna, wyścigi i skoki, gonitwy na rowerach, strzały z procy. Byłem chudziutki, ale silny i szybki niczym syn wiatru. Wygrywałem wszystkie sprinty dla mojej szkoły im. Nikoły Jonkowa Wapcarowa w miejskich konkursach międzyszkolnych, ale lekkoatletykę uważałem – w pewnym sensie – za nudną. I kiedy Atanasow dopuścił mnie do najważniejszego testu o miejsce w szkółce, meczu 15 na 15 na dużym boisku klubu piłkarskiego Marica, zrobiłem wszystko, aby się spodobać. Najwyraźniej udało mi się, ponieważ nie tylko wzięli mnie do grupy najmłodszych, ale wujek Ogi nawet mnie zapytał, na jakiej pozycji chcę grać. Niewielki szczegół: do dyspozycji miałem tylko miejsca… w obronie. Wybrałem libero, nie wiedząc jeszcze, co dokładnie oznacza ten termin. Brzmiał jednak jakoś bardzo wyjątkowo, solidnie i po prostu nie było możliwości, żebym odpuścił sobie tę błyszczącą etykietkę.

Libero! Pozycja, której nie ma w dzisiejszym futbolu, ale w tamtym czasie mój przyjaciel Franz Beckenbauer uczynił ją kultową w historii piłki nożnej. Oczywiście wtedy taki smarkacz jak ja nie mógł go znać. W tamtym momencie najważniejsze było, że dali mi swobodę poruszania się po całej linii obrony, a w odpowiednich momentach nawet włączania się do ataku. Spodobało mi się to, ponieważ zazwyczaj pierwszy docierałem do każdej bezpańskiej piłki na naszej połowie. Najbardziej się cieszyłem, kiedy byłem w stanie przewidzieć ruchy przeciwników i ich uprzedzałem. „Szybkiś jak żółw”, „Ruszaj się, smarkaczu!”, „Dalej, śmieszku, marsz do szatni!” – to tylko część hasełek, którymi rzucałem dookoła. Udawałem wyluzowanego, doświadczonego piłkarza. Nosiłem numer 5 na koszulce i starałem się emanować pewnością siebie w każdym momencie. Gorąco marzyłem i usilnie wierzyłem, że piłka nożna będzie moim biletem do sławy.

Nie dzieliłem się tym nigdy, aż do dziś – moim największym idolem w tym sporcie jest obrońca, i to z silną prawą nogą. Niemiec Manfred Kaltz. Ogromna postać pod każdym względem. Symbol współczesnego obrońcy do dziś. Jednak dopiero w 2017 roku miałem szczęście przytulić go osobiście i udowodnić mu, że inspirował mnie, jeszcze kiedy potykałem się na murawie. Był piekielnie zaskoczony. Zdarzyło się to w Kazachstanie, gdzie pojechałem jako grający trener światowej drużyny weteranów, a on pojawił się przeciwko nam jako podstawowy zawodnik reprezentacji Niemiec. Miał 64 lata! I grał z niewiarygodną lekkością, poruszając się po boisku w Astanie z trzema–czterema kilogramami powyżej swojej masy bojowej z lat świetności. Nie mogłem w to uwierzyć. Ale powiedziałem sobie, że najwyraźniej z idolami się nie pomyliłem, skoro nawet jako kapitan światowego teamu weteranów Herr Kaltz znowu mnie zachwycił.

Oczywiście w wieku dziesięciu czy 11 lat nie mogłem wiedzieć, że w życiu najbardziej zaskakująca jest rzeczywistość. Zagrałem dopiero swój pierwszy oficjalny mecz i jednocześnie otrzymałem pierwszą lekcję futbolu. Nosiłem opaskę kapitana, ale nie było czasu na przechwałki. Szybko wyprzedzili nas do stanu 2:0 i trener natychmiast posłał mnie do ratowania meczu w ofensywie. Strzeliłem pierwszego gola, ale w zamian za to nasza obrona zaczęła przypominać ochronę Kennedy’ego, więc nas pokonali – 5:1.

I jak mam się szczerze cieszyć ze zdobytej bramki przy takiej porażce? Pierwszy gol był i… pierwsza lekcja. Piłka nożna to sport drużynowy, panie i panowie. „Pierwszy artykuł Konstytucji największej gry!”, jak to lubił protekcjonalnie nadmieniać pewien partyjny funkcjonariusz przed każdym sezonem w CSKA.

Dwa lata po rozpoczęciu treningów w Marice kandydowałem do szkoły sportowej w Płowdiwie, kształcącej dziesiątki sztandarowych olimpijczyków i mistrzów świata Bułgarii. Jednakże dla Christo Stoiczkowa Los zarządził coś innego. Drzwi szkoły sportowej nie stanęły przede mną otworem. A nawet więcej – usłyszałem wyrok skazujący wydany przez ekspertów, którzy bez odrobiny współczucia powiedzieli w mojej obecności rodzicom: „Nie nadaje się do piłki nożnej! Bardzo jest słaby i drobny. Spróbujcie w wadze lekkiej w zapasach albo w podnoszeniu ciężarów”.

Ach, ach, ach… Ilu ludzi ze świata futbolu mogłoby przez te wszystkie lata nie kłaść sobie lodu na czoło z mojego powodu, jeślibym posłuchał tej rady? Teraz historia mojego odrzucenia może brzmieć śmiesznie, ale wtedy absolutnie tak nie było. Zadano mi pierwszy cios w serce. Bardzo płakałem. Nie mogłem spać. Jakbym powoli i boleśnie tonął w ruchomych piaskach. Męka mojej duszy była głęboka niczym ocean… Moja rodzina wystraszyła się i stanęła całkowicie po mojej stronie. Nie zostawili mnie ani na chwilę. Mówili mi o nieuniknionych niesprawiedliwościach i cierpieniach życia, o tym, że po nocy przychodzi dzień, i inne tego typu rzeczy. Oni także byli zszokowani i zdezorientowani. A mnie, maleństwu, wszystkie wypowiedziane przez tych kilka dni słowa brzmiały obco i strasznie. Mimo wszystko przyswoiłem je, zapamiętując jako pierwszą modlitwę. I później, w kolejnych trudnych sytuacjach po drodze na szczyt, często znajdowałem oparcie w przekazanych mi przez rodziców prawdach.

Wcześnie nauczyłem się na przykład tego, że nie jest ważne, jak się wszystko zaczyna, ale jak się kończy. Albo płyniesz, albo idziesz na dno! A także czegoś jeszcze – kiedy stoisz pod ścianą, musisz szybko zdecydować, co zrobisz, albo ktoś inny zrobi to zamiast ciebie. Zresztą z upływem lat przekonałem się, że akurat w tym my, Bułgarzy, jesteśmy absolutnymi mistrzami świata. Nie ma silniejszych i śmielszych od nas, kiedy stoimy na skraju przepaści czy pod ścianą.

Wróciłem do szkółki Mariki, zaciskając pięści. Chciałem udowodnić tym prostakom ze szkoły sportowej, że bardzo, ale to bardzo pomylili się na mój temat. Zmieniłem pozycję, numer na koszulce i okrzyk bojowy – Atacante! Naprzód, ku golowi! Wziąłem ósemkę. Na całe życie! Już zawsze była moja i obdarzaliśmy się miłością na oczach całego świata. Wybrałem koszulkę z numerem 8, ponieważ urodziłem się 8 lutego i ponieważ ósemka jest jedyną cyfrą, która zawiera w sobie nieskończoność. I wszędzie, gdziekolwiek grałem, była odtąd zarezerwowana dla mnie.

Po moim pojawieniu się w drużynie narodowej dobra dusza Ajan Sadykow, Boże, miej go w swej opiece, zagrał zaledwie kilka meczów z numerem 8 i ostatecznie mi go oddał. Pamiętam, że objął mnie i powiedział cicho w swoim stylu:

– Kiedyś będę dumny, że odstąpiłem ci tę koszulkę. I mam nadzieję, że nigdy nie zapomnisz, od czego zacząłeś.

Lata później na pewnym benefisie w Erywaniu w 2015 roku wkroczyłem do szatni pełen emocji, z uśmiechem jak milion dolarów, i co zobaczyłem? Wielki Gennaro Gattuso zdążył już założyć numer 8. Nie wiem, jak wtedy na niego spojrzałem, ale od razu zdjął koszulkę i podał mi ją ze słowami: „O, hombre, przepraszam! Nie wiedziałem, że przyjechałeś”. W odpowiedzi po prostu go uścisnąłem. Męskie sprawy. Señor Gattuso, ten pies Baskerville’ów światowego futbolu, jak go nazywam, okazał się wielki także poza boiskiem.

Jednakże w Marice w 1980 roku znany ze swej niepopularności Christo Stoiczkow był lata świetlne od tego pięknego momentu w Erywaniu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że czekają mnie kolejne wycieczki do piekła i z powrotem. Tak, miałem wielkie marzenie, ale życie miało swoje plany co do mojej osoby. Miałem 14 lat, gdy po raz drugi futbol kopnął mnie w tyłek lakonicznym i dobrze mi już znanym: „Za słaby i za drobny jesteś do grania w piłkę. Szukaj szczęścia gdzie indziej!”. Powiedział mi to Radi Stefanow, jeden z trenerów szkółki. Dziwię się, że jeszcze pamiętam jego imię.

Nie pamiętam za to, jak wróciłem do domu tamtego paskudnego dnia. „Szedłem bez kierunku i celu”, jak to śpiewają w pewnym bułgarskim hicie. Później, kiedy musiałem grać w Japonii, autor tego tekstu, Iwan Tenew, opowiedział mi, że „samuraje” bardzo polubili tę piosenkę. Chcieli ją kupić, ale niespodziewanie zrezygnowali. Dlaczego? Nie mogli przetłumaczyć „bez kierunku i celu”. Nie było czegoś takiego w Japonii. U schyłku lat 90. zrozumiałem to, a właściwie poczułem na własnej skórze, kiedy grałem dla Kashiwa Reysol.

Tamtego paskudnego dnia – lub „pieprzonego dnia”, jak to mawiają w przypływie wściekłości moi dzisiejsi koledzy z telewizyjnego giganta Univision – w ogóle nie miałem nastroju na jakiekolwiek piosenki. Jednak tym razem nie zrobiłem afery. Znak, że chłopiec nareszcie stał się mężczyzną. Tak, wcześnie się tego nauczyłem: życie to pole minowe. I Los czasami rozdaje ci beznadziejne karty. Ale uwierzcie, nawet kiedy byłem uwięziony pomiędzy „źle” i „jeszcze gorzej”, nie pogrzebałem swojego marzenia o wielkim futbolu. Wręcz przeciwnie! Obiecałem sobie, że mi się uda, wbrew wszystkiemu i wszystkim. Zostanę pierwszą gwiazdą zrodzoną z niedowierzania!

Jakiś absurd. Szaleństwo, które jednak dodało mi odwagi, by podążać naprzód. Nic to, że za drugim razem z rozmachem nadepnąłem na grabie.

W tym mrocznym okresie ja, nastoletni marzyciel, otrzymałem drugie, odmienne i nieoczekiwane wsparcie duchowe. Jego źródłem był jeden z największych bułgarskich filmów, Wszystko jest miłością. Miałem obsesję na punkcie głównego bohatera – Rado, chłopaka z zakładu poprawczego. Nazywając rzeczy po imieniu – więzienia o złagodzonym rygorze dla małoletnich bandytów. Chłopak z ciężkim bagażem doświadczeń, napiętnowany i odrzucony przez społeczeństwo, cierpiący przez ciągłe upokorzenia. I dodatkowo: ucieczki, namiętności, bijatyki, wielka miłość…

Niezliczoną ilość razy oglądałem tę kasetę i nigdy moje oczy nie pozostały suche. Znałem na pamięć prawie każdą kwestię, każdy kadr, każdy gest bohatera. Tak, historia z tego filmu także dodała mi sił do walki z odrzuceniem, z kłamstwami, z życiem, które, jak to szybko zrozumiałem, nie zawsze jest sprawiedliwe. Odgrywający rolę Rado tytan bułgarskiej kinematografii, Iwan Iwanow, był wtedy moim idolem. Widziałem siebie w tym bohaterze, odkrywałem nasze podobieństwa. A Iwan ani razu nie zawahał się w swojej roli. Nie było w niej żadnego słabego punktu. I nieprzypadkowo stał się on moim faworytem spośród dziesiątek genialnych bułgarskich aktorów.

Byłem niezwykle szczęśliwy i dumny, kiedy 30 lat później on, jego wysokość z ekranu, moje bóstwo z czasów dzieciństwa, od razu odpowiedział na prośbę o udział w poświęconym mi filmie dokumentalnym. Z przyprószonymi siwizną włosami przemierzaliśmy razem etropolski Bałkan przed obiektywem kamery. I możecie sobie wyobrazić, co się stało? Za sprawą wspomnień i rozmów o filmie moje oczy znów nie pozostały suche. To nic, że zdążyłem już sięg-nąć poza swoje marzenia. To nic, że w hiszpańskim filmie Carlosa Saury Zniewaga, z moim kolejnym przyjacielem, Antonio Banderasem, w roli głównej, jedno z dzieci krzyczy: „Chcę być jak Stoiczkow!”. To nic, że wszędzie na świecie fotografowano się ze mną i proszono o autografy. Tak, tak – okazało się, że nic, naprawdę nic nie zatarło we mnie wspomnienia Rado, który tego dnia zdawał się spacerować między nami. Uciekło mi z głowy, o czym dokładnie rozmawialiśmy tego dnia w Bałkanie, przyznaję, ale za to pamiętam coś innego – twardziel bułgarskiego kina Iwan Iwanow płakał razem ze mną.

„W życiu nikt nic ci nie da, mój chłopcze! Musisz sam sobie wziąć…” To słowa najlepszego bułgarskiego sędziego w historii i mojego kuma[5] – Atanasa Uzunowa. Tak mi powiedział, kiedy mama i tata zaprowadzili mnie do niego, prosząc o pomoc. Bardzo emocjonalnie opisali całą sytuację. Tragedia! SOS! Najwyraźniej obawiali się, że rozczarowanie z powodu wyrzucenia mnie z futbolu sprawi, że w ogóle zboczę z torów normalnego życia. Straciłem drużynę, przyjaciół, uśmiech, marzenia! Straciłem samego siebie!

W akcie desperacji rodzice wprowadzili więc do dramatu przyjaciela rodziny – Uzunowa. Ich pierwszy i… ostatni as w rękawie. Na szczęście dobre serce nie pozwoliło mu się wykręcić i powiedzieć „nie wiem” albo „nie mogę”, co, jak powszechnie wiadomo, nigdy nikomu nie pomogło. Widząc naszą desperację, Uzunow wymyślił jakiś dziwny wariant ratunkowy – zagram razem z nim w zakładowych mistrzostwach, w drużynie płowdiwskiej fabryki tytoniowej im. Jurija Gagarina. Pracowały tam moje mama i siostra, a mnie zapisano na kurs elektrotechniki i w ten sposób byłem uprawniony do grania w drużynie piłkarskiej. W ogóle wtedy nie przypuszczałem, że kiedyś przyjdzie mi grać mimo braku uprawnień.

Tak oto Los znowu zakręcił mną niczym kulką w ruletce i jako nastolatek trafiłem do drużyny 30- czy 40-letnich „emerytów”. Jak według was to brzmi? Jestem pewny – żaden z posiadaczy Złotej Piłki nie może sobie nawet tego wyobrazić, nie mówiąc już o przetrwaniu w takim labiryncie. Jeśli wskażecie mi drugiego, który przeszedł przez podobne kataklizmy – natychmiast oddam mu swoją Piłkę.

Nie wiem, czy mogę wam to wyjawić, ale Uzunow był… bramkarzem. Ech, z tego, co wiem, nikt nie jest idealny. Mówiłem mu to wiele razy, z uśmiechem na ustach, ale dopiero wiele lat później, kiedy byłem już gwiazdą i zacząłem żonglować tym dowcipem wśród przyjaciół – kibiców Lewskiego lub fanów Realu Madryt. Zresztą robię to do dzisiaj. W tym przypadku najważniejszy był fakt, że szalony plan Uzunowa zadziałał. Powróciłem z niebytu. Poziom ówczes-nych drużyn zakładowych mogę porównać z dzisiejszą drugą ligą w Bułgarii. Byłem dzieciakiem, którego wszyscy podziwiali, ale czasami robili sobie żarty z tego, że jestem rekrutem. Normalne. Właśnie tak, w praktyce, wcześnie i szybko zacząłem zdobywać wiedzę o życiu. I o męskim futbolu oczywiście.

Przez ponad rok nabierałem siły, trenowałem szybkość i determinację przed bramką rywala. Strzelałem już swoje pierwsze gole, ale co ważniejsze – hartowałem się w starciach z mocnymi i doświadczonymi graczami. Coś bezcennego. Szczególnie kiedy poczułem, że robię to bez żadnego strachu i z większym zapałem. Czułem ciągle rosnące wsparcie ze strony drużyny, która uczyniła mnie po prostu swoją maskotką.

Otrzymałem także swoje pierwsze piłkarskie korki – Stadion Gabrowo. Czarne, z czterema białymi paskami, przypominającymi trzy paski Adidasa. Niewielkie i niestety jedyne podobieństwo. Ale takie były czasy. Byłem w siódmym niebie! Szczęśliwszy nawet niż później, kiedy podpisywałem umowy na grube sumy, żeby reklamować buty elitarnych, sławnych na cały świat firm odzieżowych.

Drużyna fabryki, której patronował pierwszy na świecie kosmonauta, Jurij Gagarin, nie tylko pozwoliła mi pozostać w ukochanej grze, ale stała się także moim motorem napędowym. Chociaż kroczyłem zdradliwą, wyboistą ścieżką, kierunek pozostał właściwy. Najwyraźniej linia prosta nie była mi pisana jako najkrótsza droga do celu. Wiadomo, stwierdzenie „tak jak inni” w ogóle nie pasuje do historii Christo Stoiczkowa, o czym już wcześniej wam wspominałem.

Rozdział drugi

Skończyłem 16 lat i Atanas Uzunow zaskoczył mnie nowym, nietypowym zagraniem. Jeśli chciałem kontynuować grę w piłkę nożną, musiałem opuścić Płowdiw i udać się do 30-tysięcznego pogranicznego miasta Charmanli. Lokalny Hebros plasował się w trzeciej lidze, a Uzunow przekazał pałeczkę Sawie Sawowi – trenerowi zespołu. Pałeczkę czy tykającą bombę? Chyba nikt wtedy nie zadał sobie tego pytania. I to z jednego”, bardzo prostego powodu – naprawdę, podkreślam: naprawdę nikt nie zaliczał mnie do żywych. Nic szczególnego. Do drużyny dołącza kolejny chłopak, któremu jedni powiedzieli, że się nie nadaje, a inni dali drugą szansę. A poczciwy wujek Sawa wziął go do zespołu.

Tak, każdy ma prawo do drugiej szansy. Ale! Nie każdy na nią zasługuje! Długo się jednak nad tym nie zastanawiałem. Po prostu wgryzłem się w tę drugą szansę niczym szalejący z głodu kojot! I równie szybko, bo tylko w około pół roku, udało mi się zmienić status rekruta na status gwiazdy. Po przyjeździe ulokowano mnie w miejskim „domu sportowców”. Jak to brzmi?! Zaraz wam wytłumaczę, co się kryje w tym cudzysłowie – 16 osób z różnych dziedzin sportu, pod jednym dachem. Trudno się tam spało, ciszy było jak na lekarstwo, ale to akurat nie stanowiło dla mnie problemu. Łączyłem udane treningi z nie tak udanym uczęszczaniem do miejskiego technikum elektrotechnicznego. I z przymusu przyzwyczaiłem organizm do szybkiej regeneracji, co później stało się moją drugą naturą. Dzięki temu w trakcie całej swojej kariery sportowej miałem zawsze naładowane baterie.

Czułem się wolny, jakbym wyjął głowę spod jakiejś gilotyny. Odwieczne pytanie: „Będę czy nie będę grać w piłkę?” nareszcie przestało mnie prześladować. Wytrzymałem, pozbyłem się go! A przynajmniej tak wówczas myślałem. Byłem naiwniakiem i nie wiedziałem, że zaledwie po trzech latach wstrętna plaga znów mnie dopadnie. I to jak! Uderzyła we mnie w lecie 1985 roku z siłą jednocześnie huraganu i trzęsienia ziemi.

Zagrałem dla Hebrosu wspaniałe mecze z efektownymi golami. Grałem jako napastnik lub ofensywny pomocnik na lewym skrzydle. Gromadziłem siłę, moc i pewność siebie każdego dnia. Już nie byłem chłopcem „wagi lekkiej w zapasach lub w podnoszeniu ciężarów”, któremu opaska kapitana nieustannie zsuwała się po chudej ręce. Zacząłem pakować jeszcze w drużynie zakładowej, a w Charmanli byłem już stuprocentowo gotowy do męskich walk.

W trakcie sprintu często zostawiałem obrońców daleko w tyle, jakby w ogóle nie ruszali się z miejsca. Wykorzystywałem kilka trików podpatrzonych u „emerytów” z drużyny zakładowej. Wiedziałem, jak na siebie uważać, dlatego wdawałem się w ostre pojedynki o piłkę. Wiedzę ze starć z rosłymi mężczyznami przyswoiłem wcześnie, szybko i na całe życie. Na boisku nie bałem się niczego, a w stuprocentowych sytuacjach strzelałem lewą nogą w mgnieniu oka, bez chwili wahania. I, dziękować Bogu, stało się to moim nawykiem. Znak firmowy piłkarskiego killera wszech czasów.

W ósmym miesiącu w Charmanli (tak, znowu ta moja nieszczęsna ósemka) przydzielono mi małe mieszkanie w centrum miasteczka. Byłem nową gwiazdą Hebrosu. A niedługo później kroczyłem po centrum w dresie z napisem „Bułgaria” na plecach i telewizorami pod pachami. Olbrzym!

A, tak, jeśli zaciekawił was dres – nie wypożyczyłem go ani nie kupiłem na żadnym bazarze. Pod koniec 1983 roku otrzymałem pierwsze powołanie do reprezentacji narodowej i ubrali mnie od stóp do głów w cały uniform kadry Bułgarii. Ważne wydarzenie i pierwszy powód do dumy dla każdego młodego sportowca tamtych czasów. Trener drużyny młodzieżowej do lat 18, Bore Angelow, przyjechał, aby przyjrzeć się sportowej bazie w Charmanli w ramach krótkiego zgrupowania przed meczem kwalifikacyjnym do Euro przeciwko Turcji. I postanowił wykorzystać okazję do zweryfikowania opowieści, że 110 kilometrów od Płowdiwu i 40 kilometrów od granicy kraju w trzeciej lidze pojawił się jakiś talent.

Nareszcie słońce rozświetliło ulicę Christo Stoiczkowa! Reszta roboty należała już do mnie, wykonałem ją należycie. Dzięki treningowi pokazowemu przed selekcjonerem zasłużyłem na pierwsze powołanie do używane w stosunku do reprezentacji narodowej. Była to dobra wiadomość. Ta zła dotarła do mnie później, w trakcie mojego debiutanckiego zgrupowania z drużyną Bułgarii w Słonecznym Brzegu. Otrzymałem czerwoną kartkę jeszcze w pierwszym meczu – sparingu z Czernomorcem. Zaatakowałem przeciwnika szaleńczą nakładką niczym klasyczny, wieśniacki boczny. Ech, tak – naprawdę przemawiały za mną okoliczności łagodzące. Czyż nie grałem w trzeciej lidze? Wiadomo, to jednak nie pomogło. Sędzia natychmiast wyrzucił mnie z boiska z czerwoną kartką. Do Charmanli nadeszło połączenie ze sztabu reprezentacji narodowej – mają iść i mnie zabrać. Chłopiec odchodzi[6] – a w roli głównej Christo Stoiczkow.

Na moje szczęście Sawa Sawow uratował sytuację, przysięgając, że ten gorącej krwi dzikus „już więcej tak nie zrobi”. Później, co naturalne i logiczne, rozładował swój gniew na mnie, przez 15 minut opieprzając mnie przez telefon. Tak bardzo bałem się o swój los, że nawet nie próbowałem się bronić. Trzymałem słuchawkę jak tonący brzytwę i zapętliłem płytę z obietnicami, że to już naprawdę więcej się nie powtórzy. Byłem nawet gotów przysiąc, że do końca swoich dni będę grać tylko w kulki, byle mnie zostawili na zgrupowaniu.

I, chwała Bogu, mało brakowało. Nie miałem wyboru – przez następne kilka dni siedziałem cicho jak mysz pod miotłą. Dałem słowo trenerom, że kiedy będę grać dla Bułgarii, nigdy więcej nie zostawię drużyny w niekompletnym składzie. Nigdy! I wiecie co? Christo Stoiczkow dotrzymał słowa aż do momentu opuszczenia reprezentacji narodowej – 9 czerwca 1999 roku. Przez 12 lat wiernej służby ojczyźnie nigdy nie dałem się wyrzucić z boiska! Nigdy nie przepuściłem karnego! Oczywiście mówię o oficjalnych meczach, a nie przyjacielskich spotkaniach.

Ale cofnijmy się na wyboistą ścieżkę – do początku. Mecz kwalifikacyjny do młodzieżowych mistrzostw Europy przeciwko Turcji, w którym graliśmy jako goście. Dla mnie – pierwszy mecz, pierwszy hymn i pierwsze zwycięstwo! Kapitan Iwajło Kirow strzelił oba gole, zapewniając końcowy wynik 2:1. Oprócz niego liderami w zespole byli Petyr Michtarski, Paweł Doczew, Dimityr Wasew, Saszo Bonczew… Wielkie talenty i dobre chłopaki. Grałem w podstawowym składzie, dumny i szczęśliwy. W owym debiucie brakowało mi tylko jednego. Ku mojej radości pojawiło się to już w rewanżu w Sofii. Strzeliłem wymarzonego gola dla reprezentacji, ale – masakra! Znowu pech! Podobnie jak w moim pierwszym meczu i przy pierwszym golu, tak i teraz przegraliśmy – 1:2 na Stadionie Narodowym im. Wasiła Lewskiego. Basta! Mam dość!

Nie miałem jednak zamiaru nadstawiać drugiego policzka w oczekiwaniu na liścia ze strony Losu. I nie zrobiłem tego. Zarządzono dogrywkę, doszło do karnych i tym razem triumfowałem. Zdecydowałem się ale strzelać czwartego karnego. Petyr Michtarski nieco się wahał, gdy podejmowano decyzję, więc od razu go ubiegłem.

– Strzelam jako czwarty! – wykrzyknąłem z podniesioną w górę pięścią.

Przeczuwałem, że ten strzał zadecyduje o wyniku walki. Może dlatego, że… to ja chciałem o nim zadecydować! I teraz nadszedł odpowiedni moment, abym wam coś zdradził: każdy może wykonywać karne, ale nie każdy może strzelać z nich gole. Dlatego w reprezentacji zawsze robiłem to ja.

W tamtym momencie zrobiłem to po raz pierwszy i wszystkie Lwiątka[7] z drużyny zebrały się wokół, wiwatując na moją cześć. Tak przecinałem wstęgę na niezliczonej liczbie ceremonii, które wtedy były jeszcze bardzo daleko przede mną. Gdzieś za horyzontem.

Zakwalifikowaliśmy się do finałów młodzieżowych mistrzostw Europy 1985. Wybuchła dzika euforia! Znaleźliśmy się w bajce, na końcu której zły wilk znowu połknął mnie ze smakiem i dlatego nie dotarłem na kolejne mistrzostwa, które odbywały się w następnym roku. Ale temu dramatowi specjalnie przeznaczyłem oddzielny rozdział. Po kolei. Nie pali mi się do opowiadania o tym, jak życie skopało mnie w 1985 roku.

Na stadionie im. Wasila Lewskiego, tuż po walce z Turkami, działo się coś zgoła innego. Prawdziwa fiesta! Nie było szczęśliwszego ode mnie. Skakałem z radości przed sektorem B, lewskarską jaskinią[8]. Po raz pierwszy i na moje szczęście nie ostatni w tym miejscu. Tak, pomimo wielu min, które spotykałem na swojej drodze, przedstawienie i tak trwało. Długie i wstrząsające.

Swoją drogą nadszedł czas, abym wyznał wam pewną tajemnicę. Po części z tego powodu piszę tę autobiografię, czyż nie? Ujawniam akta Archiwum X. Późną jesienią 1984 roku dołączyłem do CSKA z uprzejmą pomocą odwiecznego wroga Czerwonych – klubu piłkarskiego Lewski-Spartak! Brzmi niewiarygodnie, podczas gdy to najprawdziwsza prawda – jak ta, że Słońce świeci od wschodu!

Hebros grał przeciwko Niebieskim o Puchar Ludowej Republiki Bułgarii w Charmanli. Byli bardzo silni, ale mimo to nie pokonali nas tak łatwo. Po meczu Sawa Sawow przekonał gości, by wzięli „jednego z chłopców” swoim autobusem do Sofii – miał tam coś do załatwienia. Nie tylko zabrali mnie ze sobą, ale byli dla mnie niezwykle mili. Dali mi nawet kolację – opakowanie suchego prowiantu – jak wszystkim z drużyny. Los puścił mi oczko. Rzekłbym, że nawet dwa! Posadzili mnie obok Nikołaja Iliewa, zawodnika, z którym w kolejnych latach się nie lubiliśmy. Co więcej – zaledwie siedem lat później doszło między nami do otwartej konfrontacji o to, kto ma być kapitanem reprezentacji narodowej.

Nie było mnie w kadrze podczas meczu ze Szkocją w Glasgow w marcu 1991 roku, kiedy przed wyjściem na boisko drużyna odebrała Iliewowi opaskę kapitana, ale… W ramach jakiegoś urojonego kompromisu zdecydowali się dać ją nie mnie, a trzeciej osobie – bramkarzowi. Machnąłem na to niedbale ręką. Opaska nie czyni piłkarza. A w tamtym okresie swojej kariery nie tylko mierzyłem do największych tarcz światowego futbolu, ale także czułem się gotów, by je pokonać.

Stop! Za bardzo skoczyliśmy w czasie. Wracamy do autobusu. Wtedy także byłem uprzejmy dla Lewskarów. Nie poprosiłem ich o wysadzenie mnie koło kompleksu Czerweno Zname[9], bo idę do CSKA. Nie chciałem ich w żaden sposób urazić. Chociażby dlatego, ale że okazali się w porządku. Wskazałem im jako swój przystanek hotel Pliska, który na dobrą sprawę znajdował się dość blisko czerwonego gniazda. A tam już czekali na mnie trener Stojan Jordanow i administrator Ljubo Carew.

Tak właśnie było. Lewski de facto odwiózł mnie do CSKA. Wykorzystałem ich jak taksówkę Ubera – pierwszą w Bułgarii i do tego bezpłatną. Tak, niezbadane są ścieżki Pana, a ja podróżowałem jedną z nich… niebieskim autobusem. Oczywiście byłem świadomy, że jeśli wtedy chłopaki z Lewskiego mogliby spojrzeć w przyszłość i zobaczyć, jaki „ładunek” dostarczają do Sofii, z pewnością… ciągnęłyby mnie z Charmanli przywiązanego do haka autobusu. I słusznie – ilu problemów mogliby w ten sposób uniknąć… Nie wierzycie? To nie żadna fantastyka, a niepodważalny fakt. Wszystko zostało udokumentowane. Czarno na białym. Moja teściowa, Pena Mitowa, wynajęła nasz dom w dzielnicy Dragalewci holenderskiemu obrońcy Dustleyowi Mulderowi, kiedy ten grał w składzie Niebieskich. Media od razu wyniuchały tę sprawę i oczywiście nie przepuściły idealnej okazji, by napisać: „Lewski płaci 2000 euro miesięcznie Stoiczkowowi”.

Tak, tak – życie nie zawsze jest ulicą jednokierunkową, bywa również najbardziej nieprzewidywalnym show! Od niebieskiego autobusu zaczyna się moja droga do czerwonego CSKA, gdzie wskoczyłem na trampolinę sukcesu. Wtedy szampan jeszcze nawet nie był schłodzony. Zbliżało się nowe salto mortale, i to nie jedno. I to jakie! Mamma mia!

Dołączyłem do największej drużyny w Bułgarii jako piłkarz z trzeciej ligi, który jak szalony dążył do gry w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wariactwo. Naprawdę dziwne, że CSKA tak zaryzykowało. Przykładowo w Trakii Płowdiw, dzisiejszym Botewie Płowdiw, obawiano się wziąć gracza z trzeciej ligi. Przez cztery dni trenowałem z kultową w tamtych czasach drużyną Kanarków. Działo się to w lecie 1984 roku, ale i tak nie otworzyło mi drogi do występów w zespole. Widin Apostołow, ich ówczesny szef, odesłał mnie z powrotem do obozu FC Hebros w Welingradzie.

– Ma w sobie to coś, ale nie jest mi potrzebny. Mamy już takich graczy – tłumaczył swoją decyzję wspomniany ekspert.

Okej, przyjąłem do wiadomości. Przynajmniej nie byłem stratny , gdyż w trakcie treningów wymieniłem kilka podań z moim idolem Petyrem Zehtinskim. Nawet strzeliłem gola wielkiemu Dimityrowi Wiczewowi. Grałem z gigantami Trakii: Koce Kostadinowem, Atanasem Paszewem, Zaprjanem Rakowem, Antimem Pehliwanowem i spółką. Dotknąłem gwiazd bułgarskiego futbolu. Nic wielkiego, ale zawsze coś. Z tego właśnie powodu nie czułem urazy. Nie było dramatu. Jeśli śpisz na podłodze, to nie możesz spaść z łóżka, prawda? Najwidoczniej szczęście czekało na mnie gdzieś indziej. Każde wyjście jest zarazem wejściem.

W czasie tego samego lata zabłysnąłem w Plewenie na turnieju finałowym zespołów mieszanych z czterech C grup. Gracz numer 1, talent, taka śpiewka! Niczym w kultowym filmie Lyubimetz 13, wysłannicy z Ruse znów byli najszybsi i najbardziej pomysłowi. Niestety, podobnie jak w komedii, i tu wyciągnięto krótką słomkę. Zabrali mój paszport i objaśnili, że rozpoczynają operację przeciągnięcia mnie do Dunawu Ruse. Świetni goście. Zostali moim przyjaciółmi na całe życie. W zasadzie zawsze ten, kto jako pierwszy wyjdzie z propozycją wspólnego działania, ma u mnie absolutne pierwszeństwo. Nie mam w zwyczaju wycofywać się w obliczu pojawiających się później „lepszych ofert”.

W CSKA już od pierwszego dnia odczuwali niepewność z powodu mojej obecności. Nie tylko dlatego, że przyjechałem autobusem klubu Lewski-Spartak, ale także dlatego, że nie miałem dokumentów! Szef klubu, pułkownik Nikoła Milanow – facet wszechobecny jak Chopper z kreskówek Hanna-Barbera, o którym legendy krążyły nawet w Charmanli – nie mógł uwierzyć, jaki przypadek zjawił się przed jego biurem.

– Chłopcze, jakimż to nieznanym bohaterem jesteś, że zgłaszasz mi się do CSKA jako nielegalny?! – Takie słowa usłyszałem zamiast „dzień dobry”.

Cóż mogłem mu odpowiedzieć? Obrałem inną taktykę. Milczę i połykam powietrze. Staram się na niego nie patrzeć, jak jeleń na światła. Jakaś mucha z trzeciej ligi przylatuje nieprzygotowana przed towarzysza pułkownika, który zaledwie przed kilkoma laty dowodził CSKA w trakcie detronizacji mistrzów Europy – Liverpoolu i Nottingham Forest.

Milanow burknął coś po swojemu i uruchomił maszynę jeszcze na moich oczach. Powiedział mi, że pochodzi z Ruse, co i tak nie miało większego znaczenia, kiedy chwycił za telefon i zadzwonił do moich ludzi z jego rodzinnego miasta. W słuchawkę poleciały przekleństwa serią z kałacha, a kiedy skończył, usłyszałem najważniejsze. Jeśli w ciągu 24 godzin mój paszport nie pojawi się w „Armii”[10], odeśle ich do sześciomiesięcznej rezerwy. Tak na początek. Dużo czasu dostali. Nie, nie tylko na służbę. Jeszcze wieczorem paszport miałem w kieszeni.

Do tej pory wszystko było mniej więcej w porządku. Nie doszło do spotkania z megagwiazdami CSKA, które znałem jedynie z telewizji. Z 22 piłkarzy drużyny 15 grało w reprezentacji. Wiedziałem, że czeka mnie próba, i nieustannie sobie powtarzałem, że nie okażę strachu. Nie mogłem wyglądać w szatni jak Myszka Miki. Nabrałem już doświadczenia dzięki akcjom ze starymi graczami: i tymi z drużyny zakładowej, i tymi z Charmanli, gdzie znów byłem najmłodszy w składzie. Ale tu chodziło o coś innego. Icko w krainie olbrzymów. Tak, teraz się śmieje, ale wtedy się niepokoiłem, delikatnie mówiąc.

Pomimo przygotowań moje pierwsze spotkanie z drużyną okazało się katastrofą. Z pewnością narobiłem tyle błędów, ile w sumie popełniłem w kolejnych latach. To było poniekąd do przewidzenia, gdyż byłem dosłownie jedynym obcym żołnierzem przystępującym do „Armii”. Pierwszym w historii. Do tej pory w CSKA nigdy nie przyjmowano graczy bezpośrednio z trzeciej klasy rozgrywek, a jedynie gwiazdy z elitarnych krajowych klubów. I już od drzwi się zaczęło: „Chłopczyku, a ty to kto?”, „Gościu, za kogo ty się w ogóle uważasz?”, „Ej, maluchu, jak się tu dostałeś?”, „Pomyliłeś szatnie, co?”.

Stres momentalnie ścisnął mnie za gardło i przerzuciłem się na autopilota. Nie miałem wyboru. Odpowiedziałem szybko i bezczelnie, nie myśląc o konsekwencjach. Nie, nie, w ogóle nie zamierzałem siedzieć jak mysz pod miotłą.

– Nazywam się Christo Stoiczkow i jestem tu po to, żeby grać w piłkę nożną w CSKA! – wyrecytowałem głośno i z dumą.

W odpowiedzi – dziki śmiech! Co to za chojrak? Fajnie, nie? Nawet teraz uderzam się w czoło, przypominając sobie tę scenę. Gorzej, że w trakcie tej recytacji przypadkowo zająłem miejsce kapitana Georgiego „Jacky” Dimitrowa. Nic osobistego. Myślałem, że każdy siada jak w tramwaju – tam, gdzie jest miejsce. Nie wiem, dlaczego stwierdziłem, że szlafroki są dla wszystkich. Po wewnętrznej stronie miały wyszyte inicjały. Zrozumiałem to dopiero, gdy założyłem jeden z nich po treningu. Poszkodowanym okazał się kolejny z gwiazdorów zespołu – słynny piłkarz Georgi „Johnny” Welinow. Generalnie seria gaf na przyspieszonych obrotach. Jeszcze przed zamieszaniem ze szlafrokami, bezczelnie wszedłem pod prysznic z pierwszą grupą zawodników. A według niepisanej zasady jak każdy rekrut powinienem poczekać na starych wyjadaczy i pójść jako ostatni. Ale kto w Charmanli miał mnie nauczyć tych reguł? Nie posiadałem tabliczki: „Uwaga! Samochód szkoleniowy z C grupy”.

Zamiast mnie jednak wyrzucić, moi koledzy gwiazdorzy po prostu bawili się „nowym impertynentem”, jak wołał na mnie Jacky. Oczywiście jednym z powodów powstania tego przezwiska było to, że zapomniał mojego imienia. Chciał być wobec mnie surowy, co szczerze mówiąc, niespecjalnie mu wyszło. Nie tylko sprawiał wrażenie dobrego człowieka, ale i widać było, że przypadł mu do gustu chłopak, który pomimo stresu nie zapominał języka w gębie.

Inny z liderów – Stojczo Mładenow, pogromca mistrzów świata z Liverpoolu – rozkazał mi na przykład, żebym wyczyścił jego buty treningowe. Przesadził. Najwyraźniej pomylił adresy. Odparłem, żeby najpierw umył moje. W odpowiedzi Mładenow skoczył niczym tygrys i zanim pomyślałem, że może być z tego burda, złapał mnie za ucho.

– Brawo, chłopcze, podobają mi się piłkarze z charakterem – syknął mi prosto w twarz. – Nigdy nie dawaj się zmiażdżyć! Od dziś jesteś moim przyjacielem.

Zabrzmiało super, ale na pierwszym treningu te słowa w ogóle mi nie pomogły. W trakcie gry w dziadka umyślnie popychali mnie w każdym możliwym momencie. Obstrzeliwali mnie ostrymi piłkami, których żaden piłkarz na świecie nie mógłby przyjąć. Bawili się, jak gdyby chcieli, żebym doczekał emerytury w kwadracie, w którym goniłem za piłką, ale kiedy dwa razy na milimetry minęli się z moimi ostrymi korkami, zrezygnowali z zabawy. Szybko im pokazałem, że należę do tych psów, które gryzą. Pomogło mi to jedynie zapoznać się z gwiazdami bez większych incydentów. Wstępne szkolenie dopiero się zbliżało.

Przez kolejne dwa miesiące Stojczo, a jeszcze częściej Jacky szczuli mnie w trakcie treningów, żebym twardo nacierał na tych, z którymi mieli jakieś nieprzyjemności podczas ostatniego meczu.

– Bij się o szacunek, chłopcze! Jak masz wejść do drużyny, jeśli tylko biegasz wokół nich? – prowokowali przywódcy.

Tak, dokładnie takiego dopingu potrzebowałem. Atakowałem „obiekty” niczym mięso armatnie. Tak jakby zajęciami poruszył jakiś nieznany wybuch. Wręcz prosiłem się o awanturę.

Trenerzy zauważyli, że stanowię tykającą bombę i dlatego często głośno rugali mnie na oczach starszych. Jednak w praktyce nie przejmowali się tym zbytnio. Widziałem lekkie uśmiechy zakradające się na ich twarze, kiedy niektórzy z podstawowych nie byli zadowoleni z agresji „impertynenta”. Stary lis Manoł „Simolijata” Manołow bez dwóch zdań przepadał za moim temperamentem. Był człowiekiem z charakterem, który nie lękał się generałów czy partyjnych urzędasów. Niezawodny gracz i trener ośmielił się zaeksperymentować i wprowadzić do CSKA niesprawdzone ostrze z trzeciej ligi.

Nadszedł czas, aby wyznać wam, z jakiej przyczyny nigdy nie ujawniłem nazwiska mojego odkrywcy w czerwonym klubie. Dlaczego milczałem? Po prostu tak wcześniej, jak i teraz nie znam odpowiedzi. Wiem jedynie, że jako piłkarza Hebrosa w meczach najlepszych z C grupy w Plewenie oglądali mnie: Asparuch „Paro” Nikodimow, Stojan Jordanow i Ljubo Carew. I to właśnie oni rozmawiali ze mną w Charmanli o dołączeniu do CSKA. Przypuszczam, że Manoł Manołow ostatecznie zatwierdził tę ryzykowną operację. Ale czy ktoś uderzył pięścią w stół i zasądził: „Weźcie go, nadaje się do nas” – nie umiem powiedzieć. Jeśli w ogóle doszło do takiego momentu. Z tego powodu wolałem wybrać milczenie zamiast docinać i strzelać w ciemno. Inaczej mógłbym tylko wywołać niepotrzebne intrygi i skandale, odkąd stałem się kimś i przestałem być ryzykiem, eksperymentem, impertynentem czy czymś podobnym.

W ramach operacji „Debiut” moi opiekunowie z drużyny podpuszczali Manołowa:

– Trenerze, niech pan puści tego impertynenta do jakiegoś meczu. Niech pogra trochę, bo inaczej całkowicie się wypali albo zabije kogoś na treningu. Widzi go pan, już szaleje z tego uwiązania.

Zachęcali mnie, żebym nalegał. Zacząłem nieźle dokuczać trenerom swoimi prośbami o danie mi szansy. Chciałem tylko jednego: zadebiutować i zasłużyć na swój chleb, a nie być zaledwie niepotrzebną walizką w drużynie.

– No już, bate Simo! Wytarłem tę ławkę od siedzenia, puść mnie, proszę cię! Wstyd mi, że tylko ja nic nie robię. – To był jeden z najmocniejszych tekstów. A starsi nie tylko go uznali, ale nawet wysoko ocenili.

Zewsząd przeszkody. Hop! Szczęknęła pułapka. Cel uświęca środki. Decydujący moment zapukał do drzwi. Miasto Czirpan, 15 lutego 1985 roku. Mecz o Puchar Ludowej Republiki Bułgarii przeciwko lokalnemu Jaworowi[11]. Przy stanie 2:1 dla nas zadebiutowałem w CSKA na kwadrans przed końcem spotkania, z piętnastką na koszulce. Zmieniłem ósemkę – Georgiego Sławkowa, posiadacza Złotego buta dla króla strzelców Europy. Jeden z najwybitniejszych piłkarzy, z którymi miałem przyjemność i przywilej grać. Niech spoczywa w pokoju!

Tradycyjnie wygraliśmy i tuż po debiucie przeszedłem do trzeciego etapu edukacji. Zaczęto częściej wpuszczać mnie jako rezerwowego, ale nie byłbym sobą, gdyby wszystko szło gładko. Stare wygi grały mi na nerwach kolejnymi numerami. Każdy wydawał mi to samo polecenie:

– Jak doleci do ciebie piłka, natychmiast masz mi ją podać!

Krótko, jasno i złośliwie. Raz nawet ustawiłem się na pozycji strzeleckiej i podczas gdy zastanawiałem się, któremu z pokrzykujących dookoła mnie podać… upadłem na cztery litery. Publiczność wybuchła śmiechem, a ja – złością. Opuściłem miejsce zbrodni, klnąc na wszystko i wszystkich! Pamiętam, tak, doskonale pamiętam – nie zdublowałem ani jednego przekleństwa! Tak byłem wściekły. Szefowie patrzyli na mnie jak na kosmitę. Co dziwne, a nawet bardzo dziwne – nikt nie odezwał się choćby słowem.

Po tej żenującej sytuacji skończyłem z byciem rekrutem. Metoda „Iwanuszka udawał idiotę i na koniec ożenił się z królewną” ewidentnie nie była stworzona dla mnie. Idoli wrzuciłem prosto do szuflady! Wciąż miałem szacunek do sławnych kolegów z drużyny. Byłem jednak w CSKA po to, żeby coś w życiu osiągnąć. Chciałem kierować pociągiem, a nie być pasażerem. I ani przez chwilę nie wahałem się w tej pogoni za celem.

Z prędkością lodowca zmierzałem ku podstawowemu składowi, aż do momentu, kiedy z numerem 11 dołączyłem do głównej jedenastki w najbardziej skandalicznym meczu w historii bułgarskiej piłki nożnej. Kłamstwa Losu najwyraźniej nie miały końca, ale kto by mi to wtedy powiedział? Wybrano mnie do podstawowego składu w Odwiecznych Derbach[12] i nie posiadałem się ze szczęścia.

Sofia, 19 czerwca 1985 roku – finał Pucharu Ludowej Republiki Bułgarii. CSKA przeciwko staremu wrogowi – Lewskiemu-Spartakowi – przed 30 tysiącami widzów, na stadionie narodowym. Dziewiętnastoletni Christo Stoiczkow wyszedł na arenę zgodnie z ówczesną piłkarską modą – z długimi włosami, gumą w ustach, grubym łańcuchem i sporą ilością dynamitu pod koszulką. Piłkarz pełną gębą. Lewy pomocnik. Nieznany rywalom narwany typ, którego zaledwie osiem miesięcy wcześniej (znowu ta ósemka, sorry) przewieźli z Charmanli do Sofii jako kompletnego anonima, po 1/8 finału tego samego turnieju.

Co, los ma się ze mnie tylko naigrywać? Przeciwnik odniósł serię zwycięstw nad CSKA, które w bólach odnawiało swój skład po najsłynniejszych w historii bułgarskiej piłki zwycięstwach w Pucharze Europy. Tydzień wcześniej Niebiescy zdobyli drugi z rzędu tytuł mistrzów kraju i prasa twierdziła, że to najsilniejszy skład, jaki kiedykolwiek posiadali. Ze względu na to atmosfera w naszym obozie była bardzo napięta, ledwie do wytrzymania. Jakbyśmy kroczyli po nie do końca rozminowanym polu.

Tradycyjne żarty poddały się naszemu zdenerwowaniu i uciekły prosto do kąta. Zanim rozpoczęła się odprawa przed meczem, pozwoliłem sobie powiedzieć coś, za co stara gwardia powinna mnie była rozstrzelać.

– Czy wiesz, bate Simo, skąd te przegrane w ostatnim okresie? – pytam głośno, po czym szybko sam odpowiadam: – Ponieważ Christo Stoiczkowa nie było w zespole!

Nie wiem, jakim cudem uszło mi to płazem… Może dlatego, że wszyscy byli tak bardzo spięci, że nie chcieli dodatkowo szarpać sobie nerwów z debiutującym impertynentem.

Na boisku Lewskarzy zachowywali się dumnie, nawet arogancko. Jednak Georgi Sławkow szybko napsuł im krwi golem na 1:0. Przed strzałem tak zgrabnie pomógł sobie ręką, że i dzisiejsze powtórki wideo systemu VAR miałyby trudność w wykryciu tego. Nie mówiąc o sędzi Ahmedzie Jaszarowie. To trafienie przemieniło przeciwnika w sforę wściekłych psów, które chciały rozszarpać i nas, i arbitra. W drugiej połowie Ilija Wojnow zbombardował ich z rzutu wolnego na 2:0. Szok i masakra! Ale tylko przez kilka sekund, jak przy nokaucie. Szaleństwo Niebieskich powróciło w mgnieniu oka i to z siłą huraganu.

Podczas meczu Sławkow zmarnował karnego. Po tym, jak arbiter zasądził jedenastkę, Jasenow przypominał kulejącą żyrafę, którą goni po boisku tłum kłusowników, z bramkarzem rywali na czele. A trawa to rozżarzone węgle. Sytuacja stała się do tego stopnia crazy, że nawet jeden z największych bułgarskich piłkarzy, Emil Spasow, stracił panowanie nad sobą. Niczym szaleniec niespodziewanie chwycił za gardło naszego Kostadina Janczewa. Byłem najbliżej ze wszystkich Czerwonych, więc od razu zareagowałem – odepchnąłem Spasowa. W jednej chwili wywiązała się burda na pchnięcia, kopnięcia, pogróżki i przekleństwa, ale do większych ekscesów nie doszło. Nie było wymiany ciosów czy czegoś w tym rodzaju. Jedynie lekkie sumo na boisku. Rozegrało się to na oczach szalejącej widowni.

Na krótko przed końcem meczu sędzia podyktował urojonego karnego dla Lewskiego. Naturalnie przeciwko mnie – byłem najodpowiedniejszym kandydatem do roli winowajcy. Strzelec wszech czasów Niebieskich – Nasko Sirakow – zdobył bramkę na 1:2. Strzał okazał się zaledwie małym fragmentem krajobrazu tego cholernie skandalicznego meczu, który wygraliśmy, żeby później się dowiedzieć, że wszyscy zawodnicy, którzy wzięli w nim udział, stracili wszystko. Przynajmniej miałem powód do świętowania. Mój pierwszy wielki finał – pierwszy puchar i impreza do rana!