Chodź za mną - Joanna Opiat-Bojarska - ebook + audiobook

Chodź za mną ebook i audiobook

Joanna Opiat-Bojarska

4,1

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Pozory potrafią zastąpić prawdę. Zwłaszcza, gdy tak mocno starasz się, by twoje życie było idealne. Rzeczywistość zawsze upomni się o swoje, nieproszona. I wybierze najokrutniejszy sposób...

To Ewa. Jej idealny profil na insta. Idealny facet. Idealny weekend.

Żadna idylla nie trwa jednak wiecznie. Jedna sekunda burzy cały jej świat.

Sekunda to dla niego wieczność. Zwłaszcza gdy stoi przy ruchliwym skrzyżowaniu.

Artur nie cierpi białej laski i cudzej litości. Wzrok zastępują mu dotyk, słuch i węch.

Ale widzi więcej niż inni.

Czy znasz to uczucie, gdy w jednej chwili zmienia się całe życie? Ewa jest śmiertelnie przerażona. Artur chciałby jej pomóc, tak przynajmniej twierdzi. Ale zaufanie to luksus, na który nie zawsze można sobie pozwolić. Zwłaszcza gdy nie wiadomo, kto jest ofiarą…

Idealne życie jest jak sen. Z czasem potrafi zamienić się w koszmar.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 41 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność




Ewa

Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Powietrze wypełniło płuca. Zatrzymywała je tak długo, jak tylko mogła. Kiedy poczuła ból, złożyła usta w trąbkę i wyrzuciła z siebie wszystko. Powietrze. Obawy. Nieśmiałość. Dyskomfort. Nadszedł czas na zmierzenie się z rzeczywistością.

Sięgnęła po menu. Ciężka skórzana księga skrywała dziwne nazwy dań, a zakurzone zasłony, nigdy niegniotące się obrusy i metalowe krzesła – pewnie kupione na wyprzedaży pod koniec lat dziewięćdziesiątych – nie wróżyły niczego smacznego.

Zwykle oceniała restauracje na podstawie wystroju wnętrza i zapachów dochodzących z kuchni. Te tutaj sprawiały, że zadawała sobie pytanie, dlaczego nie zjadła niczego po drodze.

– Każdy wybór będzie zły. – Męski głos wyartykułował myśl, którą Ewa miała z tyłu głowy. – Rozejrzyj się. Co widzisz?

Uniosła głowę i zlustrowała mężczyznę. Stał dwa metry od niej. Bez zastanowienia umieściłaby go w katalogu: „Facet idealny”. Miał ciemne i rewelacyjnie ułożone włosy – krótko przystrzyżone po bokach, trochę dłuższe na czubku. Grzywka sterczała dumnie, podkreślając pociągły kształt twarzy. Do tego doskonale wykrojone usta, niebieskie oczy w kształcie migdałów, biała koszula opinająca wyrzeźbione ciało i ciemne dżinsy.

Wpatrywał się w nią z bezczelnym wyrazem twarzy. Delikatnie uniósł prawy kącik ust. Wzięła to za uśmiech.

– Muzeum kurzu i kiczu… – odpowiedziała, nie odrywając od niego wzroku.

– Patrz na ludzi.

– Nic ciekawego.

– Przeciwnie. Same ciekawe egzemplarze. Przy barze siedzi kilku zapoconych tirowców, przy stoliku pod ścianą zdeptany biznesmen, który przez całe życie tyrania dorobił się jedynie dużego brzucha i kilku chorób wenerycznych. A tam – wskazał spojrzeniem drugi koniec restauracji – siedzi dwóch rolników. Pewnie właśnie wracają z miasta, gdzie sprzedali świnie. Są przy kasie, ale słoma wychodzi im z butów. Każdy wybór będzie zły. Nie masz wyjścia. Musisz wybrać mnie.

– Ciebie? – Rozbawił ją pewnością siebie i błyskotliwym, choć mocno subiektywnym rankingiem otaczających ją ludzi.

– Możesz udawać, że nie jesteś zainteresowana. Albo że jesteś niedostępna. Lubię to. Ale bądźmy szczerzy. Jedno spojrzenie wystarczy, żebyś zrozumiała, że jestem księciem, o którym śniłaś przez całe życie. Jestem najlepszy. Wiesz to. – Niby mówił do niej, ale wcale nie pozwalał jej odpowiadać. Nie robił przerw. Pędził, jakby się bał, że Ewa mu zaprzeczy. Złapał za wolne krzesło, odsunął je od stolika i usiadł. – Dzięki, że trzymałaś dla mnie miejsce.

Przez krótką chwilę wahała się, czy nie ukarać go za wręcz obrzydliwą pewność siebie, ale spojrzała w jego oczy i przepadła. Zobaczyła w nich radość i magnetyzującą nadzieję. Blefował. Chciał zrobić na niej wrażenie. Sprawdzał jej poczucie humoru. Postanowiła więc dać się porwać temu flirtowi.

– Serio? To dziś jest ten dzień? Dzień, w którym Fiona spotyka księcia z bajki?

– Fiona? – Chwycił jej dłoń i przyciągnął do siebie. Zatrzymał kilka centymetrów przed ustami. – Miło mi – szepnął i złożył na niej powolny pocałunek, nie odrywając wzroku od Ewy. – Piękne imię. Jestem Shrek, ale niektórzy mówią mi „Jacek”.

– Jacek? Znałam kiedyś pewnego Jacka. Naprawdę podoba ci się imię „Fiona”?

– Taaak. Jest takie… takie… piękne! I ma niesamowicie zieloną aurę.

Ewa wybuchnęła śmiechem. Jacek zmrużył oczy, starając się powstrzymywać, ale ostatecznie skapitulował. Jego pełne wargi uniosły się, a na policzkach pojawiły dołeczki.

– Wyryłeś na pamięć książkę Sto jeden komplementów, którymi możesz obdarować kobietę?

– Masz mnie, chociaż pomyliłaś tytuł. To było Sto jeden kolorowych komplementów, którymi zrobisz wrażenie na Fionie.

– Mamy tylko jeden mały problem. – Spoważniała.

– Uczulona na kolory?

– Skoro jesteś księciem z bajki… Tam, to znaczy w bajce, księżniczka całuje ropuchę i ta zmienia się w księcia. Co będzie, jeśli pocałuję księcia?

– Będziesz musiała przekonać się sama. Jesteś tak szybka, żeby zrobić to tu i teraz?

Jego usta były wilgotne, mięsiste i zdecydowanie wytwarzały pole magnetyczne. Chciała ich tylko dotknąć i zobaczyć, co się stanie. Na szczęście dzielił ich drewniany blat, na którym stały serwetnik i plastikowa cukiernica.

– Nie miałeś mnie prowokować, tylko obiecać, że na pewno nie zmienisz się w ropuchę.

– Uciekasz od odpowiedzi.

– Ależ skąd.

– To mów. Chcesz?

Wino szumiało jej w głowie, a korytarz wydawał się ciągnąć bez końca.

Gdy pokonywała go po raz pierwszy, ciągnąc walizkę na kółkach, zastanawiała się, czy nie powinna uciekać. Wkroczyła w absurdalnie obrzydliwy świat. Recepcja wyglądała jak zabałaganione biuro rodem z lat osiemdziesiątych. Korytarz sprawiał wrażenie raczej tunelu wydrążonego w skale niż hotelowego łącznika pomiędzy restauracją, częścią konferencyjną a noclegową. Czuła się trochę jak Calineczka mieszkająca u obleśnego kreta. Przytłaczało ją wszystko, co widziała.

Tym razem była zbyt mocno skupiona na Jacku, by zauważać to, co mijają. Z jednej strony cieszyło ją to, bo nie miała pewności, jaki będzie ciąg dalszy wieczoru. Z drugiej – pragnęła, żeby jak najszybciej się skończył, a Jacek powiedział wreszcie, czego chce. Zachęcał ją i odtrącał. Budował napięcie, a kiedy nie mogła już tego znieść i dotykała go, odsuwał się i zbywał ją śmiechem.

– Właściciele obiektu włożyli bardzo dużo wysiłku w to, żeby stworzyć najbardziej odjechany artystycznie hotel w okolicy. Podoba ci się, prawda? – prowokował.

Szli obok siebie. Ramię w ramię. Od czasu do czasu spoglądali sobie w oczy. Częściej jednak trącali się dłońmi, niby przypadkiem. Każde z nich liczyło na wyczerpanie przeciwnika, na to, że druga osoba w końcu się złamie i pokaże, że potrzebuje bliskości.

– Podoba mi się ta gra, ale hotel jest okropny.

– Czyli co? Żałujesz, że tu przyjechałaś?

– Za wcześnie na takie deklaracje.

– Za wcześnie?

– Nie oceniam dnia przed zachodem słońca. Odprowadzisz mnie do pokoju?

– Oczywiście. Jestem księciem z bajki, nie mogę zostawić cię na korytarzu. Który to twój?

Ewa włożyła rękę do torebki, poszperała w niej i wyciągnęła klucz przyczepiony do dużego plastikowego breloczka. Cyfry wypalone w plastiku wyglądały, jakby zrobiło je dziecko na zajęciach w szkole. Pokazała je Jackowi i wrzuciła klucz z powrotem do torebki.

– Dwieście dwadzieścia osiem.

W połowie słowa „dwadzieścia” dotarli do końca korytarza. Zatrzymali się. Przed nimi znajdowały się metalowe drzwi windy. Po prawej stronie rozpoczynała się klatka schodowa.

– Dwieście? Czyli drugie piętro. Schody czy winda? – Rozłożył ręce, wskazując możliwe kierunki.

– Winda.

– Dobry wybór. – Uśmiechnął się i odsunął na bok.

Najpierw nadusił przycisk przyzywający windę, a potem zrobił jeszcze trzy kroki, jakby chciał uzyskać lepszą perspektywę, i oparł się o ścianę.

Nie mówił nic, tylko patrzył, a właściwie wodził oczami po jej ciele. Ewa nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to najbardziej wyrafinowana gra wstępna, jakiej kiedykolwiek doświadczyła. Dosłownie pieścił ją wzrokiem – i robił to bez skrępowania. Okrążał spojrzeniem jej piersi. Raz jedną, raz drugą. Dokładnie tak, jakby oczy były językiem, a Ewa stała przed nim naga.

Następnie przesunął wzrok niżej, na wysokość bioder, i wysunął język. Jego twarz stężała w skupieniu. Ewa słyszała, że jego oddech przyspiesza. Nie odzywał się, więc i ona milczała. Czekała, aż zrobi krok w jej stronę. Widziała, że jego oczy zalało pożądanie. Pragnęła go tak bardzo, że była gotowa wskoczyć na niego tu i teraz, zapominając o gościach hotelowych, kamerach i resztkach przyzwoitości.

Ciche brzęknięcie oznajmiające przybycie windy sprawiło, że Ewa podskoczyła przestraszona.

– Panie przodem. – Jego głos zdawał się jeszcze niższy niż wcześniej.

Stanął przy windzie, blokując drzwi ręką. Ewa weszła do kabiny. Nie zdążyła się odwrócić, gdy poczuła pchnięcie. Jacek napierał na jej plecy całym sobą. Przywarła do lustrzanej ściany. Poczuła zimno na lewym policzku. Usłyszała brzęknięcie informujące o tym, że drzwi się zamykają, a pół sekundy później Jacek odgarnął jej włosy z prawej części twarzy i objął wilgotnymi ustami niemalże całe ucho. Zadrżała z pożądania.

Dokładnie w tej samej chwili rozkosznie gorąca męska dłoń wdarła się pod jej spódnicę, uniosła ją, wcisnęła się za pas do pończoch i figi, a następnie zdecydowanie przesunęła w dół. Nacisk na plecy trochę zelżał, Ewa zrobiła pół kroku do tyłu, rozłożyła szerzej nogi, a wtedy Jacek zatopił w niej palec.

Jęknęła z rozkoszy. Palec zamarł, a jej ciało się sprzeciwiło. Chciało więcej. Ta gra wstępna trwała stanowczo zbyt długo, by Ewa potrafiła się opanować. Nabrzmiałe brodawki domagały się drażnienia, a pochwa – miłosnych pchnięć.

Ciche brzęknięcie oznajmiające otwarcie drzwi sprawiło, że Jacek od niej odskoczył. Nie zdążyła go zatrzymać.

– Drugie piętro – powiedział zachrypłym głosem.

Obciągnęła spódniczkę, złapała Jacka za rękę i bez słowa zaprowadziła przed drzwi swojego pokoju.

– Dwa dwa osiem – powiedział, gdy się zatrzymali. – Dotarliśmy.

– Wejdziesz? – spytała, ponownie szukając kluczy w torebce.

Stał obok, gdy nie mogła trafić kluczem w zamek, ale kiedy otworzyła drzwi, zajrzał do środka, nie ruszając się z miejsca.

– Ładny pokój. Śpij słodko. Wyglądasz na wyczerpaną.

Spojrzała na niego zdezorientowana. Nie wyglądał, jakby żartował. Miał kamienną twarz. Chciała zaprotestować, ale nie zdążyła. Odwrócił się na pięcie i odszedł.

Poczuła wpływ alkoholu, kiedy patrzyła, jak Jacek się oddala, i nie wiedziała, czy błagać, żeby wrócił, czy wyzywać go od najgorszych, czy może zamówić do pokoju jeszcze jedną butelkę wina i pić do nieprzytomności.

Westchnęła ciężko, spojrzała na podłogę, pchnęła drzwi i przestąpiła próg. Wino opóźniało reakcje. Usłyszała jakiś szum dochodzący z korytarza, ale nie zdążyła się odwrócić, by sprawdzić, co to.

Ktoś popchnął ją i wszedł do pokoju. Drzwi trzasnęły.

– Spytaj jeszcze raz.

– Słucham?

– Spytaj mnie jeszcze raz o to, o co pytałaś na korytarzu.

– Pytałam… – Nie mogła zebrać myśli. Wszystko zaczęło się dziać zbyt szybko. – Pytałam, czy wejdziesz…

Nie pozwolił Ewie dokończyć, kładąc palec na jej ustach.

– W ciebie? Zawsze.

Słońce było w zenicie. Ewa leżała na miękkim piasku i czekała, aż jej ciało zbrązowieje. Zapomniała, jak bardzo lubi spędzać czas na plaży. Zima tego roku trwała stanowczo za długo. Do jej oczu docierał przyjemny obraz skomponowany jedynie z dwóch kolorów – żółtego i niebieskiego.

Wokół nie było żywego ducha. Odetchnęła głęboko. Powietrze pachniało kurzem. Zdziwiło ją to. Wysunęła rękę, by zatopić palce w rozgrzanym piasku, ale nagle piasek zaczął znikać, a razem z nim morze i niebo. Zamiast nich pojawiła się ciemność.

Słońce przestało świecić, ale ciepło stawało się nie do zniesienia. Nie czuła go jednak na całym ciele. Gorące igły wbijały się w jej lewą łydkę. Próbowała ruszyć nogą. Bezskutecznie. Coś stawiało opór. Zerknęła w dół i wtedy to zobaczyła.

Żelazko. Rozgrzana stopa żelazka przylegała do łydki. Do Ewy nie docierał smród spalonej skóry, ale czuła, że z sekundy na sekundę ciepło wnika coraz głębiej. Ból stał się nie do wytrzymania. Zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech i próbowała je otworzyć, ale nie mogła.

Przetarła je rękoma. Tym razem się udało. Uniosła ciężkie powieki. Obraz był zamazany, ale zniknęły i ciemność, i żelazko. Po łydce pełzał jedynie snop słońca.

– O ja… – szepnęła, gdy zdała sobie sprawę, że to był tylko sen.

Ruszyła nogą i rozejrzała się wokoło. Jeden but znajdował się przy drzwiach wejściowych, drugi przy oknie. Na podłodze leżały ubrania, które ściągali z siebie w pośpiechu. Uśmiechnęła się na wspomnienie wczorajszych harców. Kochali się do świtu, przysypiali i znowu kochali. Jak dzieciaki wypuszczone z domu. Jak ćpuny, które w końcu dorwały się do działki.

Jacek jeszcze spał. Nagi, częściowo przykryty kołdrą, wtulony w poduszkę prezentował się jak uosobienie marzeń każdej kobiety. Męski, ale oswojony. Z potarganą grzywką, ale nadal pociągający. Przystojny, ale w sposób niewymuszony, niewymuskany, niewystudiowany.

Strumień światła słonecznego wpadał do pokoju i wyglądał jak gruba kreska, którą zwykle odcina się przeszłość. Ewa nie chciała pamiętać o normalnym życiu, z którego udało się jej wczoraj wyrwać. Spędziła cztery godziny w pociągu, by znaleźć się w objęciach ukochanego. Na ścianie wisiała niedźwiedzia skóra, ale dziś nie wydawała się tak obrzydliwa jak wczoraj.

– Jacek?

– Śpię – mruknął i nakrył twarz poduszką.

Na to czekała. Złapała poduszkę i uderzyła mężczyznę w tors.

– Nie śpij, bo cię okradną! Broń się!

– Jesteś szalona. – Wyciągnął rękę i przysunął Ewę do siebie. – Poleżmy jeszcze. Pięć minut, dobrze?

– Uważaj. Jestem szalona i głodna!

– Głodna po prostu czy głodna mnie?

Odpowiedź złożyła prosto na jego usta. Była soczysta i wilgotna. Odpowiedział jej tak samo. Wtuliła się w niego.

– Co myśmy wczoraj wyczyniali, Jacek?

– Jak to co? Świetnie się bawiliśmy.

– Myślałam, że mnie wystawisz i nie przyjedziesz.

– Ja? Ciebie? Nigdy. Parę spraw w firmie mnie zatrzymało. Wiesz, jak jest.

– Wczoraj kelnerka chyba nie skumała, co się dzieje. Taksowała mnie spojrzeniem, a jej mina mówiła, że mną gardzi.

– Nie wyglądała na zbyt kumatą. Poza tym jesteśmy na prowincji. Normalny hotel, normalni ludzie, a ty zamiast zjeść kolację i pójść grzecznie spać, dajesz się poderwać pierwszemu lepszemu facetowi, a potem wychodzisz z nim, śliniąc się jak…

– Przestań, nie śliniłam się!

– Śliniłaś!

– Nieprawda!

– Byłaś napalona i mokra. Według mnie ta kelnerka patrzyła na ciebie z zazdrością. W całym swoim życiu nie czuła takiego erotycznego napięcia.

– To była fajna gra. Chociaż w tej windzie myślałam, że cię zabiję. Nie można tak… rozpocząć i przerwać!

– Wszystko można. Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia.

Ewa się roześmiała. Chciała powiedzieć Jackowi, że go lubi, ale się powstrzymała. Był zbyt pewny siebie, nie potrzebował dodatkowych powodów do dumy.

– Skoczę szybko pod prysznic i lecimy na śniadanie. Tyle fajnych rzeczy na nas czeka. Nie no, Ewka, chyba za dużo z tobą przebywam, bo zaczynam przesiąkać tobą i twoim szaleństwem.

Posłał jej buziaka, a następnie podszedł do swojej torby i wyjął z niej kosmetyczkę. Ewa odprowadziła go spojrzeniem do łazienki. Odczekała trzy minuty, po czym podbiegła do swojej walizki, wyjęła bieliznę i telefon.

Nie miała go wczoraj w torebce, żeby jej nie kusił. Wdusiła przycisk i – nie czekając, aż urządzenie się uruchomi – włożyła majtki i stanik. Ekran rozbłysnął niebieskim światłem. Przyłożyła palec do czytnika linii papilarnych. Szum wody w łazience ucichł, ale nie zwróciła na to uwagi. Automatycznie uderzyła opuszkiem palca w ulubioną ikonę.

– Co robisz?

Jacek nagle pojawił się obok. Podskoczyła jak oparzona i schowała telefon za siebie.

– Nic.

– Miałaś tego nie robić! – Stał przed nią nagi i zły. – Nie, kiedy jesteśmy razem.

– Chciałam tylko fotkę! – jęknęła.

– Ewka!

– Przecież nic nie wrzucam!

– Ewka! Nie tłumacz się jak dziecko. Nie jestem twoim ojcem. Zasady bezpieczeństwa, pamiętasz? Ustaliliśmy je.

– Dawno temu.

– Ewka!

– Jacek! Weź wyluzuj. Pamiętam o bezpieczeństwie.

– Komórki mają być wyłączone!

– Bo co mi zrobisz? – Przewróciła oczami.

– Cholera jasna! – Zabrał jej smartfon, wyłączył go i rzucił gdzieś za siebie. – Bo… – Spojrzał na nią karcąco, ale w jego niebieskich oczach bardzo szybko pojawiły się radosne ogniki. – Bo będę musiał się z tobą ożenić!

Luksusowe wnętrze hybrydowego SUV-a w kolorze dark blue wypełniały surowe i agresywne dźwięki. Perkusista walił w bębny jak oszalały, łamiąc rytm kompozycji, gitarzysta maltretował gitarę, a wokalista krzyczał.

Jacek uwielbiał Slayera. Ewa z „wielkiej czwórki” trash metalu bardziej ceniła Metallicę. Slayer chłostał jej uszy i duszę. Próbowała to nawet kilka razy tłumaczyć Jackowi. Odpuściła sobie, gdy zauważyła, że zawsze w takiej sytuacji uruchamia się w nim przedstawiciel handlowy. Wciskał jej wtedy z wkurzającym przekonaniem bajeczkę o tym, jaki Slayer jest zajebisty i jak zmieni się jej życie, kiedy w końcu to zrozumie.

Opowiadał o początkach zespołu, o drodze, jaką pokonali, o emocjach wyrażonych w utworach, o życiu prywatnym Kinga, Hannemana i pochodzącego z Kuby perkusisty, którego nazwiska nie mogła zapamiętać. Odpuszczała sobie tłumaczenia, bo nie chciała słuchać tego wszystkiego po raz kolejny.

– Świetny wokal, nie? – Jacek ruszał głową w rytm muzyki, wpatrując się w drogę.

– Boski! – Próbowała przekrzyczeć gitarę. – Możemy trochę ciszej?!

– Bo?

– Bo nie słyszę własnych myśli!

– Twoje myśli mnie nie przerażają, w przeciwieństwie do własnych. – Spojrzał na nią i uśmiechnął się jak chłopiec, który za chwilę coś zbroi. – Nowa pomadka?

– Nowa! – Rozpromieniła się. – Użyłam rano!

– Czekaj. Coś masz… – Złapał ją za bluzkę, przyciągnął do siebie i pocałował.

Wyrwała mu się.

– Jacek! Przecież prowadzisz!

– Kontroluję drogę, wyluzuj. – Znowu na nią spojrzał. Dłużej niż wymagała tego sytuacja.

– Jesteś nieodpowiedzialny! – Zaśmiała się.

– To twoja wina! Wyglądasz tak, że nie mogę oderwać od ciebie wzroku. Lubię takie delikatnie rozmazane usta. Na prawo las, na lewo las, a ja przez ciebie ciągle jestem sztywny.

Wyciągnęła rękę w jego stronę i zatrzymała ją nad kroczem.

– Sprawdzam.

Zaśmiał się i o dziwo ściszył muzykę.

– Już się boję. – Poprawił się w fotelu, by miała lepszy dostęp do rozporka.

Rozpięła zamek i włożyła dłoń do środka. Mówił prawdę – był gotowy. Podrażniła go chwilę przez materiał. Nie protestował. W ogóle się nie odzywał, jedynie wpatrywał przed siebie. Sięgnęła więc do bokserek i przesunęła gumkę tak, by oswobodzić to, czego teraz pragnęła.

Droga, którą jechali, była pusta. Gęsty las po obu jej stronach jakby składał obietnicę: „Jesteście sami, nikt tego nie zobaczy”.

– Wiesz co, Ewka? – zachrypiał Jacek. – Jesteś, kurwa, tak niesamowitą kobietą, że nie czuję się przy tobie bezpiecznie. Gubię się w twoich oczach. Zapominam o bożym świecie i chcę tylko jednego. Czuję się jak nastolatek, który co dwie sekundy myśli o seksie, a co kwadrans czuje, że musi to zrobić. Ewka, przy tobie tracę zmysły. Potrafisz sprawić, że szaleję. Szaleję za tobą.

Cofnęła dłoń. Brzmiał tak poważnie i tak prawdziwie, że chciała go przytulić. Wyglądał rozkosznie na siedzeniu kierowcy. W białej sportowej bluzie, z ułożoną fryzurą, rękoma na kierownicy i penisem sterczącym z rozbebeszonych czarnych spodni.

– Co by było, gdybyśmy zamieszkali razem? – spytała, uprzedzając jego dalsze wyznanie. Wiedziała, do czego zmierza, ale nie była jeszcze gotowa powiedzieć mu: „Ja ciebie też”. – Nasyciłbyś się?

– Pytasz dla zabawy czy zrobiłaś mi już miejsce w szafie?

– Miejsce? Proszę cię! Przecież ty nie z tych, co mają trzy pary gaci i jedną koszulę.

– Taaa, koszul mam dużo.

– A ja nienawidzę prasowania koszul, więc nie wpraszaj się do mnie. Nie o to pytałam.

– A o co?

– O twój temperament.

– Oboje lubimy się bawić. Jesteśmy już jednak po trzydziestce i wiemy, że codzienne pobudki w jednym łóżku nie sprzyjają potęgowaniu pożądania. Dyskusje na temat wynoszenia śmieci i spuszczania deski klozetowej również nie. No i komórki… Nasze zasady sprawiają, że poświęcamy sobie sto procent uwagi. Telefony są wyłączone. Jesteśmy dla siebie wszystkim. Świat na chwilę znika. Nie prowadzimy rozmów pomiędzy odbieraniem SMS-ów i miliona innych równie niepotrzebnych wiadomości. Jesteśmy tylko ty i ja. Mogę patrzeć, jak na mnie reagujesz. Jak twardnieją ci sutki, gdy się o mnie ocierasz, bo szukasz kontaktu. Jak przełykasz ślinę, marząc o tym, żebym się w ciebie wepchnął. Więc wpycham. Najpierw palec, ale to ci nie wystarcza, domagasz się więcej. Wiesz, jak wygląda twoje spojrzenie, kiedy chcesz więcej? Nie mogę się mu oprzeć. Więc schodzę w dół i zaczynam masować twoją łechtaczkę językiem.

Jacek wyrzucał z siebie kolejne zdania, a Ewa czuła narastające pożądanie. Bawili się tak czasem, gdy nie mogli się wyrwać z szarej codzienności. Spotykali się wieczorem w internecie i opowiadali sobie o tym, co zrobiliby ze swoimi ciałami, gdyby tylko mogli ich dosięgnąć.

– Lubisz to, prawda? – mruczał. – Lubisz, kiedy ją wylizuję i delikatnie ssę. Jęczysz wtedy tak rozkosznie, a potem zaczynasz błagać o więcej. Szybko orientujesz się, że czegoś ci brakuje? Czego? Mojego gorącego języka w twojej cipce. Lubisz, gdy krąży wokół i nie wiesz, czy w końcu w ciebie wejdzie, czy nie.

Nie patrzyła na niego. Skupiała się na drodze. Ale jej dłoń dokładnie wiedziała, co powinna robić. Sama dotarła do swoich dżinsów. Przez chwilę mocowała się z guzikiem. Przesunęła na bok pasy bezpieczeństwa, by nie krępowały jej ruchów, i wsunęła palce pod bieliznę.

Obraz za szybą stawał się niewyraźny. Ewa delikatnie uniosła biodra, by wejść palcami jeszcze głębiej.

– Niegrzeczna dziewczynka! – Jacek niemal zawył z radości.

– Parking! – jęknęła. – Znajdź jakiś parking. Potrzebuję cię.

– No weź, nie dasz sobie rady sama?

Spojrzała na niego tak, by błyskawicznie zatrzymał samochód i zdjął ręce z kierownicy. Udawał jednak, że to nie robi na nim wrażenia. Postanowiła się zemścić.

– Mała poprawka! – Uniosła głos, nie przestając poruszać palcami w sobie. – Jedyne, co lubię, to chwile – wolną dłonią sięgnęła do jego penisa i objęła go – gdy taki sztywny i wielki wpychasz się we mnie. – Przesunęła ręką w dół.

Jacek jęknął. Ewa zamknęła oczy i skupiła się na zsynchronizowaniu własnych słów z ruchami obu rąk.

– A potem się wycofujesz. I znowu napierasz. I…

Najpierw usłyszała nieprzyjemne głuche uderzenie, a potem poczuła gwałtowne i bolesne szarpnięcie. I ból w klatce piersiowej. Otworzyła oczy z nadzieją, że właśnie zjechali na parking.

Znajdowali się na wąskiej drodze otoczonej gęstym szpalerem drzew. Jacek wyłączył silnik. Jego dłonie leżały na kierownicy i drżały. Wpatrywał się w lusterko wsteczne.

Otworzyła usta, by spytać, co się stało, ale zdała sobie sprawę, że w jej uszach nadal rozbrzmiewa to głuche łupnięcie, po którym nastąpiło ostre hamowanie. Coś musiało wyskoczyć im pod koła. Odwróciła się, by sprawdzić, czy to pies, może sarna.

Znieruchomiała.

Ewa stała kilkanaście kroków od samochodu i nie wierzyła w to, co widzi.

– To się nie dzieje. Kurwa mać! Nie. Nie. Nie!

Zakrywała twarz rękoma, podnosiła je i znowu zakrywała, licząc, że za którymś razem wszystko zniknie. Wąska wstęga asfaltu. Otaczający ją las. Kamienna twarz Jacka wpatrującego się w to, co powinno zniknąć pierwsze. W człowieka leżącego na jezdni.

– Halo! Proszę pana? – Pochyliła się nad ciałem. – Coś się panu stało? Proszę pana!

Mężczyzna ani drgnął. Leżał na brzuchu. Prawą nogę miał nienaturalnie wykrzywioną. Pomyślała, że może nie ma siły jej odpowiedzieć. Kojarzyła takie sceny z filmów. Poszkodowany leżał na ziemi, a bohater pochylał się nad nim i nasłuchiwał.

Podeszła więc z drugiej strony. Zatrzymała się przy twarzy. Jej uwagę zwrócił zarost. To nie była zadbana broda współczesnego drwala, ale raczej skołtunione futro starego dziada. Przesunęła spojrzenie w bok i zatrzymała na skroni mężczyzny. Dopiero wtedy ją zobaczyła.

Z nosa wypływała strużka ciemnoczerwonej krwi. Gdy docierała do asfaltu, łączyła się z niewielką kałużą znajdującą się pod głową. Ewa dotknęła jej palcem.

– Krew! – jęknęła, gdy uświadomiła sobie, że jej obecność wszystko zmienia. Liczyła na to, że mężczyzna wstanie, otrzepie spodnie i pójdzie w swoją stronę. – Jacek, powiedz coś! Powiedz, że nic mu się nie stało!

Jedynym bezpiecznym miejscem w tej chwili wydawały się jej ramiona Jacka.

– Nic mu się nie stało – powtórzył spokojnie i przytulił ją mocno.

Pachniał wodą kolońską. Miał idealnie gładkie policzki. Golił się kilka godzin wcześniej. Słyszała odgłosy maszynki dochodzące z łazienki. Byli wtedy tacy szczęśliwi.

– Powiedz, że będzie dobrze!

– Będzie.

Dopóki trwała w jego objęciach, czuła się dobrze. Gdy ją puścił, zdała sobie sprawę z tego, że żadne obietnice nie poprawią ich sytuacji. Stali nad ciałem człowieka, którego zabili.

– Co się stało? Jak to możliwe?!

– Nie panikuj, Ewka.

– Skąd on się wziął?! – Wskazała na ciało.

– Droga była pusta.

– Wtargnął na jezdnię? Leżał na niej? Może już wcześniej ktoś go potrącił?

– Tak. To prawdopodobne.

– Co „tak”?

– Wszystko.

– Nie widziałeś go?

– Ja pierdolę, Ewka!

– Przecież siedziałeś za kierownicą!

– Gdybym widział, tobym go ominął!

– Jak mogłeś go nie zauważyć?! Przecież patrzyłeś na drogę. Patrzyłeś? Jacek?!

Nie odpowiadał, więc złapała go za rękę i potrząsnęła nią.

– Jacek!!!

– Tak, w większości patrzyłem.

– W większości?!

Nie poznawała go. Był poruszony, skupiony, ale nie przejęty. Jak nastolatek, który przypadkiem zbił ulubiony wazon matki, a teraz zrobi wszystko, żeby odsunąć od siebie podejrzenia.

– Zejdź, kurwa, ze mnie! Nie byłem w aucie sam! Siedziałaś obok i tak samo jak ja widziałaś, co się dzieje na drodze!

– Mówiłam, że musimy się zatrzymać na parkingu! Myślałam, że skoro tego nie robisz, to ogarniasz!

– Gdzie miałem znaleźć ci parking w tym pierdolonym lesie, co?! Ogarniałem, kurwa mać! I drogę, i twoją rękę na moim fiucie! Droga była pusta! Widoczność rewelacyjna! Zwolniłem! Tylko na chwilę, kurwa, przymknąłem oczy! Musiał iść ulicą, pierdolonym poboczem, którego nie ma. Odbił się od przedniego prawego boku…

– Zabiłeś go!

– Ogarnij się, Ewka!

– Mam się ogarnąć? Ja?! To ja prowadziłam? Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, co się stało? Zabiłeś człowieka!

– Ja zabiłem? Kurwa mać! Ja sam?!

Dwie godziny temu myślała, że jest facetem idealnym, a teraz darł się na nią i wymachiwał rękami. Łzy ciekły jej po policzkach. Nie była w stanie ich powstrzymać. Razem z nimi przyszło jednak opamiętanie. Zareagował na jej słowa jak broniące się zwierzę. Zaatakowała go, zamiast dać mu wsparcie. To, że nie okazywał emocji tak jak ona, nie oznaczało, że ich nie przeżywał.

– Wszystko się popieprzyło. – Wytarła oczy. – Ale masz rację. Jesteśmy w tym razem.

Chciała go przytulić, ale zrobił unik. Obszedł ciało z drugiej strony i uklęknął przy twarzy mężczyzny.

– Ty, on oddycha.

Ewa podbiegła i się nachyliła. Oddech był płytki i krótki. Wcześniej tego nie usłyszała. Zbyt mocno poruszył ją widok krwi.

– Będzie żył. – Wyprostowała się i rozejrzała. Żadnych zabudowań. Pusta droga. Zero innych samochodów. – Daj komórkę!

Jacek nie zareagował, więc zaczęła biec do auta. Telefon miała w torebce. Pamiętała o tym, że od początku ich związku dbali o to, by w czasie wspólnych spotkań ich komórki były wyłączone. Jackowi zależało, żeby nie logowały się na tych samych stacjach przekaźnikowych.

– Co robisz?! – Złapał ją za ramię.

– Pierdolę zasady bezpieczeństwa. Życie człowieka jest znacznie ważniejsze od jednego logowania. Puść. Musimy wezwać pogotowie!

– Zostaw! – warknął, zwiększając nacisk.

Poczuła, że jego palce niemal wbijają się w jej kości.

– Au, to boli!

– Powiedziałem zostaw!

– Co ty do mnie mówisz? Jacek, do jasnej cholery! Facet żyje, ledwo dycha. Uratują go. Potrącenie to co innego niż zabójstwo!

Stali w milczeniu. Prowadzili wojnę na spojrzenia. Jacka było przerażająco obojętne i zimne. Ewy zatroskane i pełne ciepła.

– Jacusiu… – odezwała się w końcu.

– Nie jacusiuj mi tu. Pomyśl, kurwa, logicznie!

– Myślę. Jeśli w porę nie uzyska pomocy, to będzie koniec. Umrze!

– Umrze – powtórzył. – On. Albo ty.

Artur

Wykład ciągnie się w nieskończoność. Doktor Zieliński nie przerywa monologu, chociaż wygląda na to, że sam nie bardzo wie, o czym mówi. Kluczy, gubi wątki, połyka końcówki wyrazów, jakby chciał się wycofać z ich wypowiadania.

Od czasu do czasu wydaje z siebie odkrywcze: „Aaa!”. Zupełnie, jakby przypadkiem wpadł na coś, co powinien nam powiedzieć. Wtedy między wypowiadanymi przez niego zdaniami zauważam wciśnięte sympatycznym głosem: „Jestem boski”.

Sympatyczny głos nie ma nic wspólnego z głosem wzbudzającym sympatię. Wręcz przeciwnie. We mnie budzi odrazę, bo zwykle wyraża obleśnie narcystyczne myśli, których nie wypada mówić głośno.

Znasz pojęcie atramentu sympatycznego? Słowa nim zapisane stają się niewidoczne dla czytelnika. Widziałaś pewnie ten motyw w serii o Jamesie Bondzie lub innym filmie szpiegowskim. Słowa wypowiadane głosem sympatycznym są niesłyszalne dla zwykłego słuchacza. Moja niezwykłość polega na tym, że wśród miliona wad i kilku ważnych braków mam jedną zaletę – słyszę więcej.

– Podczas poprzednich zajęć mówiłem państwu o tym, że przez te wszystkie lata nasze mózgi ewoluowały tak, że teraz służą jedynie przetrwaniu, nie obiektywnej obserwacji otoczenia. O czym to ja chciałem…

Doktorek najwyraźniej nie przygotował się do zajęć, ale bardzo chciał sprawić, żebyśmy my, studenci, myśleli, że jest obeznany z tematem.

Staram się, jak mogę, ale nie daję rady skupić się na tym, co mówi. Trochę myślę o tobie, a trochę intryguje mnie sposób, w jaki wykładowca wypowiada słowa. Kojarzy mi się z kreskówką Sekretne życie zwierzaków domowych. Doktorek ma idealne warunki do tego, by dubbingować patyczaka. Jego głos jest pozbawiony życia. Zupełnie jakby wydobywał się z zasuszonej gałęzi.

– …pracę semestralną. No dobrze, to wszystko na dziś. Do zobaczenia za tydzień.

Jak na komendę kilkadziesiąt studenckich tyłków podnosi się, przez co drewniane siedzenia składają się i uderzają w drewniane oparcia. Gdyby Zieliński chciał coś jeszcze powiedzieć, nie przebiłby się przez hałas, który w tej chwili wypełnia salę wykładową.

Słońce świeci przez okno tak mocno, że pragnę jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz i poczuć na własnej skórze obietnicę nadchodzącego lata. Zabieram swoje rzeczy i wychodzę na korytarz.

– Artur! Artuuur!

Głos wykrzykujący moje imię łapie mnie na korytarzu. Zatrzymuję się uprzejmie, chociaż nie mam ochoty na żadne small talk czy załatwianie biznesów na uniwersyteckim korytarzu.

– Ewelina robi dziś wieczorem imprezkę. Zależy jej na tym, żeby przyszła cała nasza grupa. Wpadniesz?

– Nie wiem. Nie zapraszała mnie.

– Ja cię zapraszam – stwierdza kategorycznie baryton. – Oczywiście wpadniesz?

Gdyby Ewelinie zależało na mojej obecności, to zaprosiłaby mnie sama, a nie przez… nawet nie wiem kogo. Nie rozpoznaję jego głosu.

– Oczywiście – odpowiadam na odczepnego.

Gdybym powiedział, że nie przyjdę, musiałbym się tłumaczyć. Niezależnie od tego, jaką wymówką bym rzucił, mieliby ze mnie wielką polewkę podczas imprezy. Tak! Wielką polewkę, funkcjonującą na zasadach wielkiej dolewki w fast foodach. Pij do woli – czy też raczej śmiej się do rozpuku.

A tak? Konwersacja przebiegła w miłej atmosferze. On mnie zaprosił. Ja przyjąłem to z uśmiechem. Nie przyjdę, co nikogo nie zdziwi, bo przecież jak miałbym przyjść, jeśli nie podano mi adresu. Jeżeli jutro ktoś mnie spyta o powód nieobecności, to przeproszę i powiem, że wypadło mi coś śmiertelnie ważnego. Śmierć zawsze na wszystkich robi wrażenie. Usłyszę coś w stylu: „Rozumiem” albo „Czy mogę jakoś pomóc?”. Odpowiem: „Dziękuję, radzę sobie”. I w ten sposób zaliczymy kolejną rozmowę sympatyczną. Albo sympatyczną rozmowę.

Po co kruszyć kopie o coś, co nie jest tego warte? Po co komu szczerość, jeśli jest nieszczery? Poza tym przez cały rok akademicki nie zamieniłem z Eweliną więcej niż dziesięć zdań i jestem w stanie założyć się o cały wagon papierosów, że jedyne, co ona potrafi o mnie powiedzieć, to że jestem tym chłopakiem, który nie widzi.

Ewa

Walczyła z obrazami, które – niczym komiks – wyświetlały się przed jej oczami. Krew na asfalcie. Ortalionowa przybrudzona kurtka ofiary. Jacek ciągnący mężczyznę za ręce. Drzewa. Mnóstwo drzew, które otaczają ich jak świadkowie zbrodni.

Las wydawał się nie kończyć. Znowu siedzieli w samochodzie. Nie odzywali się do siebie. Jacek patrzył na drogę. Wyglądał na skupionego. Nawet nie włączył Slayera, a robił to zawsze. Ciszę wypełniał warkot pracującego miarowo silnika. Prędkościomierz wskazywał setkę. Chcieli uciec przed wspomnieniami. Przetransportować się do innej rzeczywistości.

Ewa nie potrafiła poradzić sobie z ciszą. Wolałaby, żeby się kłócili albo rozmawiali o zeszłorocznym śniegu. Potrzebowała interakcji. Chciała wiedzieć, że nadal są razem.

– Niby wiosna – zaczęła niepewnie – ale jakoś tak zimno było, gdy tam staliśmy… – Przerwała przerażona. Chciała porozmawiać o pogodzie, nie o wypadku.

– Zimno ci?

Kiwnęła głową, a Jacek zmienił ustawienia klimatyzacji i po chwili poczuła, że leci na nią ciepłe powietrze. Wyciągnęła ręce w stronę nawiewu. Rozprostowała skostniałe palce.

– Nie wiem, czy to pogoda, czy nerwy.

– Możesz się już uspokoić.

Brzmiał łagodnie, ale w jego głosie wyczuwała napięcie.

– Chyba nie potrafię tak szybko jak ty przechodzić między skrajnymi emocjami. Nakrzyczałeś na mnie, a teraz brzmisz, jakbyś się martwił.

– Martwię się cały czas. Dlatego krzyczałem. Byłaś spanikowana, nie wiedziałem, jak do ciebie dotrzeć.

– Jacku, co my zrobiliśmy? Potrąciliśmy go i uciekliśmy!

– Serio? Chcesz o tym rozmawiać?

– A ty milczeć? Przecież udawanie, że nic się nie wydarzyło, nie sprawi, że wszystko zniknie!

– Ewka, proszę cię. Jest dobrze. Najlepiej, jak mogłoby być w takiej sytuacji.

– Jakie, cholera, dobrze?! Gdybyśmy mu pomogli…

– To co?! – uniósł głos. – Proszę bardzo. Co?

– To nie odpowiadalibyśmy za zabójstwo, tylko za potrącenie.

– A jaka to różnica? No jaka? Uruchom ten swój nieodłączny telefon i sprawdź.

Telefon. Zapomniała o nim. Jacek przekierował jej myśli na niego, a ona poczuła, że to przyniesie jej ulgę. Sięgnęła do torebki. Już samo trzymanie go w dłoni sprawiało, że czuła się spokojniejsza. Telefon łączył ją ze światem. Czynił bardziej oczytaną, bardziej błyskotliwą, bogatszą w wiedzę.

– Piszą, że za wypadek ze skutkiem śmiertelnym zasądzają od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności! Jeśli ofiara poniosła lekki lub średni uszczerbek na zdrowiu, to jest lepiej, wtedy do trzech lat.

– A ile jest za niezabicie człowieka i niespowodowanie wypadku?

– Jacku, nie żartuj. Pięć lat robi różnicę. Pięć dodatkowych lat za to, że nie udzieliliśmy mu pomocy i zaciągnąłeś go do lasu!

– Może go nie znajdą.

– Jasne, bo ludzie ciągle znikają i nikt ich nie szuka.

– Przecież to jakiś żul był. Widziałaś jego ciuchy? Stare, brudne. Na bank jakiś leśny dziadek. Bezdomny. I leciało od niego wódą.

– Nawet jeżeli, to też człowiek! Mogliśmy go uratować.

– Pomyśl, Ewka, bo gadasz jak głupia pinda teraz. Mogliśmy zaryzykować i wezwać pogotowie. Może by go uratowali. A może nie. A tak ocaliliśmy dwie osoby. Ciebie i mnie.

Nie chciała tego słuchać. Przewijała kolejne strony z informacjami o konsekwencjach wypadków samochodowych.

– Jeśli go nie znajdą, nikt nie będzie wiedział, że ktoś go potrącił. Będziemy bezpieczni. Rozumiesz? Stało się. Z kryzysów trzeba wychodzić, minimalizując straty. Uświadom sobie, że są sytuacje, w których strata to naturalna rzecz. To była jedna z nich.

– Cholera, jeszcze mogą nam dowalić za ucieczkę z miejsca wypadku!

– Zostaw już ten internet i myśl o sobie! Gdybyś była tam sama, zadzwoniłabyś po pogotowie, żeby mieć szansę na wyrok… powiedzmy trzech lat zamiast ośmiu, tak?

Kiwnęła głową.

– Trzy lata w pierdlu. Widzisz siebie tam? Myślisz, że żyłabyś jak w Orange Is the New Black? Z tymi swoimi paznokciami i… bez Insta?

Spojrzała na zadbane hybrydy. Na palcach wskazujących były ozdobione pięknymi sercami. Ich czerwień idealnie pasowała do pudrowego różu pokrywającego wszystkie paznokcie. Przypomniała sobie serial, o którym wspomniał Jacek. Nie odnalazłaby się w miejscu, w którym liczą się agresja, dominacja i przemoc, także ta seksualna.

– Może masz rację… – Westchnęła ciężko.

– Dzięki, że potrafisz to przyznać. – Jacek uśmiechnął się rozbrajająco i spojrzał na nią tak, że po jej wnętrzu rozpłynęło się przyjemne ciepło. – Ale z tym „może” to przesadziłaś. Ja po prostu ogarniam o wiele większy zakres przyszłości niż ty. Myślę o nas, Ewka! – Złapał ją za rękę.

Wierzyła mu, chociaż nadal była zbulwersowana, że z zimną krwią zawlókł człowieka do lasu i zostawił go tam na pewną śmierć. Przekonał ją tym, że myślał o ich przyszłości. W chwili największego stresu była gotowa ponieść każdą karę, ale teraz uświadomiła sobie, że gdyby trafili do zakładów karnych, nie mogliby się spotykać.

– Jest jeszcze jedna rzecz, która ci umknęła. Rozumiem, że chciałaś go ratować. Ale zapomniałaś o sobie. I o mnie. Przecież mnie tu nie ma! Jestem w zupełnie innym miejscu. Na konferencji na temat rozwoju przedsiębiorczości. Kumpel podpisał za mnie listy obecności. Mam fakturę za uczestnictwo. Więc jak to miało być? Zadzwoniłabyś. Najpierw przyjechałoby pogotowie. Świetnie. A zaraz po nim policja. I co? Co miałbym powiedzieć żonie? Że kierunki mi się pomyliły? Że zamiast na konferencję w górach dotarłem nad morze. Że zamiast poznawać nowe metody manipulowania klientami, manipulowałem palcami w twojej cipce?

Na horyzoncie majaczyły zabudowania. Zbliżali się do końca podróży. Po raz pierwszy Ewa cieszyła się z tego, że się rozstaną. Jacek myślał o wszystkim. Chciał sprawić, by czuła się przy nim bezpieczna. Imponował jej tym. Ale dziś zobaczyła jego twarz, której nie znała. Chciała zostać sama ze swoimi myślami i je uporządkować.

Las nareszcie się kończył. Ewa pomyślała, że najlepiej byłoby zrobić tak, jak mówił Jacek. Zostawić wypadek za sobą. W ciemnym lesie. Zapomnieć o nim i żyć dalej. Długo i szczęśliwie. Razem. Czytała kiedyś, że wspólnie przeżyte trudne wydarzenia zbliżają ludzi.

– Wyobrażasz sobie, że moja wybuchowa żona staje w twoich drzwiach?

– Nawet nie chcę próbować.

– Ja też nie. Ale już słyszę, jak każe ci się tłumaczyć z tego, że odbierasz ojca jej dziecku. To byłby pikuś w porównaniu z tym, co spotyka ludzi w więzieniach.

– Ty się jej boisz?

– Ja? – Roześmiał się. – Nikogo się nie boję, ale wiesz, jaka ona jest. Chcę tylko powiedzieć, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której nie mamy innego wyjścia. Musimy zacisnąć zęby i wziąć się w garść.

Jacek wykonał ostry ruch kierownicą. Auto zjechało na pobocze i otarło się o metalową barierkę. Odgłos gniecionej blachy sprawił, że zaczęła krzyczeć.

– Spokojnie! – Jacek zatrzymał auto i przyciągnął Ewę do siebie. – Już dobrze, już dobrze. – Przytulił ją. – Musiałem to zrobić, żeby jakoś wytłumaczyć mechanikowi uszkodzenia. Teraz nowe wgniecenia i zarysowania przykryły stare, więc jest git. Ewka, wszystko jest pod kontrolą.

– Mogłeś uprzedzić. Ja pierdolę! Mam dość, Jacek! To dla mnie za dużo jak na jeden dzień! W lesie został człowiek, a ty chcesz nas zabić!

– Dobrze mówisz. Tak to zapamiętajmy. Został człowiek. Człowiek. Pijany. A pijany zawsze spada na cztery łapy.

– Zakrwawiony człowiek…

– Nie, moja droga, nie uprawiajmy czarnowidztwa. Facet uderzył się o moją RAV-kę i się skaleczył. Wytrzeźwieje i pójdzie dalej. Pomogliśmy mu. Gdyby został na ulicy, ktoś mógłby po nim przejechać. A tak? Ma wygodnie w lesie. Ewka, proszę, przestań się tym obciążać. Nie chcę cię stracić. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

Trzasnęła drzwiami i spojrzała na granatową RAV4. Nie była już tak piękna jak wtedy, gdy wsiadała do niej przed hotelem.

„To się wyklepie i zaszpachluje albo wymieni się drzwi” – przypomniała sobie słowa Jacka.

Miał w oczach coś takiego, że nie mogła mu nie wierzyć. Czuła się przy nim atrakcyjna. Dbał o nią i o to, co działo się między nimi. Wiedziała, że jeśli coś będzie trzeba szpachlować i lakierować w ich związku, on to zrobi. Myślał o wszystkim, dlatego ona mogła wyłączyć czujność i skupić się na teraźniejszości.

Została sama, ale nie czuła się samotna. Miasto tętniło życiem. Ludzie mijali się, nawet na siebie nie spoglądając. Na ulicach panowały popołudniowe godziny szczytu. Samochody przesuwały się kilka metrów i znowu stawały. Ewa pomyślała, że dobrze, że nie ma swojego. Podróżowanie po mieście komunikacją miejską było znacznie wygodniejsze.

Wyjęła komórkę z torebki i udała się na przystanek. Nie sprawdziła, o której przyjedzie autobus. To nie miało znaczenia. Nigdzie się nie spieszyła. Kliknęła w ikonę Instagrama i otworzył się przed nią świat, do którego nie miała dostępu przez ostatnie dwa dni.

Aśka w tym czasie upiekła chleb na samodzielnie wyhodowanym zakwasie, Kasia znęcała się nad swoimi pośladkami na siłowni i rzeczywiście prezentowały się już imponująco, a Tamara włożyła sukienkę i rajstopy w cętki – wyglądała w nich jak wąż, ale i tak zgarnęła ponad pięć tysięcy serduszek. Eliza świętowała dwudzieste drugie urodziny w klubie, który oznaczyła w poście. Uzbierała pod nim ponad sto czterdzieści tysięcy serduszek. Ale Eliza była w innej lidze.

Pod postem MamuśkiNaPełnyEtat było parę komentarzy i dwieście serduszek. Ewa nawet jej nie obserwowała. Po prostu od czasu do czasu wpadała na jej profil, żeby sprawdzić, co u niej. Tak przynajmniej to sobie tłumaczyła w chwilach, gdy wpisywała jej nick w wyszukiwarkę. Tak naprawdę Mamuśka była żoną Jacka, a Ewa podglądała jej zdjęcia, żeby być na bieżąco.

Nie była to czynność przyjemna. Mamuśka prezentowała wizję kobiety idealnej, dla której sensem życia jest rodzina. Zapraszała wszystkich do swojego idealnego świata, w którym ogromne role odgrywali idealne dziecko oraz idealny i kochający mąż.

W piątek zamieściła fotografię salonu urządzonego według najnowszych trendów. Na pierwszym planie znajdowała się ona. Leżała w wałkach na kanapie, obok stał Jacek z odkurzaczem, a ich córeczka bawiła się na dywanie klockami. Wyglądali na szczęśliwych. „Nowiccy w komplecie” – podpisała je i dodała do tego mnóstwo emotikonów.

Ewa przebiegła spojrzeniem przez komentarze, a potem wróciła do zdjęcia i powiększyła je. Jacek szczerzył zęby. Śmiały się również jego oczy, a zmarszczki wokół nich się pogłębiły.

Poczuła ukłucie w sercu, chociaż wiedziała, że to tylko Instagram. Kiedy żona Jacka wrzuciła to zdjęcie do sieci, on pędził przez pół kraju, by spotkać się właśnie z Ewą. To przy niej uśmiechał się tak naprawdę. Opowiadał jej wielokrotnie, że nie układa mu się z Iwoną. Ożenił się z nią kiedyś, ale z biegiem lat okazało się, że to nie był najlepszy wybór. Tkwił w nim, bo był człowiekiem odpowiedzialnym. Niestety, odpowiedzialność nie szła w parze z poczuciem szczęścia.

Wierzyła mu, ale przeglądanie profilu jego żony było jak spacerowanie po żarzących się węglach. Niby nie pokazywała po sobie, że robi to na niej jakiekolwiek wrażenie, a jednak czuła gwałtowne i krótkie ukłucia.

To był ból.

– Wróciłaś już?

– Tak.

– Co to za szkolenie było?

Ewa mijała lustro, więc zrobiła do siebie minę, którą pewnie pokazałaby matce, gdyby rozmawiały twarzą w twarz, a nie przez telefon. Przewróciła oczami, wyrażając oburzenie, że jak zwykle matka jej nie słuchała, dlatego nie zapamiętała. Powstrzymała się jednak od komentarza.

Weszła do swojego mieszkania kilka minut temu i nie chciała tracić czasu na czcze dyskusje. Wielokrotnie prosiła matkę, by jeśli już rozmawiają ze sobą, robiły to, słuchając się wzajemnie. Matka przytakiwała, a dwa dni później wracały do punktu wyjścia.

Na lustrze zebrała się warstwa kurzu. Podobnie jak na komodzie, na której leżały szczotki do włosów. Pomyślała, że ominęło ją sobotnie sprzątanie, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Lubiła czystość. Trzy miesiące temu przemalowała ściany w przedpokoju z ciągle brudnej bieli na modną szarość i nadal zachwycała się tym, jak przyjemnie kontrastowały teraz z białymi meblami. Na niskim regale stały buty. Obok nich leżała walizka, którą ze sobą przywiozła. Złapała ją za rączkę i zaciągnęła do łazienki.

– Mówiłam ci, mamo, z koloryzacji.

– Może mówiłaś, może nie. Ja to, niestety, mało co już pamiętam. Jak nic mam alzheimera. Ale właśnie mi się przypomniało! Weź mnie, Ewuniu, zapisz do siebie na wizytę. Twoja nauka przynajmniej nie pójdzie w las. Mam już odrosty i potrzebuję strzyżenia. Powiedziałam „strzyżenia”? – Matka roześmiała się głośno. – Raczej wiosennej metamorfozy, więc dobrze się zastanów, co mi zrobisz.

– Piątek może być? – rzuciła terminem.

– O rany, a wcześniej się nie da? Matkę umawiasz, a nie jakąś obcą paniusię!

– Kalendarz mam wypełniony po brzegi. Gdybyś była klientką z ulicy, mogłabym ci zaproponować coś pod koniec miesiąca.

– Ewcia!

– No przecież mówię, że piątek! Zorganizuję sobie tydzień tak, żeby w piątek zostać po pracy. Osiemnasta jest okej?

– Późno trochę, szkoda tak potem z kłakami prosto od fryzjera iść spać.

– Zapisać cię czy tylko chcesz sobie ponarzekać?

– Jeny, jaka nerwowa! Zapisuj. Jadłaś coś na tym szkoleniu? Pewnie głodna jesteś? To szkolenie z wyżywieniem było?

– Tak.

– I jak? Dobre żarełko?

– Ujdzie.

– Bo jak ja z twoim ojcem byłam na wyjeździe, nie pamiętam, w zeszłym roku chyba, to…

Matka jak zwykle skupiła się na sobie. Gadała i gadała, a Ewa właściwie nawet nie musiała udawać, że słucha. Przełączyła rozmowę na tryb głośnomówiący, odłożyła telefon na umywalkę i zabrała się do wrzucania brudnych rzeczy do pralki. Do bębna dodała kapsułkę piorącą, nastawiła program, zaniosła walizkę do szafy i wróciła. Matka nadal opowiadała o hotelowych śniadaniach.

Za oknem robiło się już ciemno. Ewa odkręciła kurek z ciepłą wodą, zamknęła odpływ w wannie i zdjęła z siebie ubrania.

– Co tam tak hałasuje? – spytała matka.

– Woda. Robię sobie kąpiel i idę spać. Padam ze zmęczenia.

– O dwudziestej? Może chora jesteś?

– Mówiłam ci, że źle mi się śpi w obcych miejscach.

– No też się dziwię, że mimo to chce ci się tak jeździć na szkolenia.

– Kończę, mamo. Całuję.

Rozłączyła się, po czym weszła do wody. Była przyjemnie ciepła. Co prawda, zapomniała dodać ulubionego olejku, po którym jej skóra była jedwabiście miękka, ale nie chciało jej się już ruszać. Czuła, że mięśnie rozluźniają się pod wpływem temperatury. Uciekało z nich napięcie.

Telefon znowu zadzwonił. Spojrzała na wyświetlacz. Jacek.

Nie chciała z nim rozmawiać. Odrzuciła rozmowę, uderzyła palcem w ikonę Spotify i wybrała z biblioteki playlistę, którą skomponowała do ćwiczenia jogi. Spokojne utwory pomagające osiągnąć stan relaksu. To było to, czego potrzebowała.

Pewnie rzeczy pozostawały niezmienne i to zapewniało jej spokój. Sypialnia nadal wymagała remontu. Ściany straszyły niebieskim kolorem – tak bardzo niepasującym do reszty mieszkania. Brakowało jej energii, żeby wziąć się do malowania.

Całą resztę unowocześniła i pomalowała na szaro, do przedpokoju kupiła białe meble, te w kuchni potraktowała białą farbą, a wielki kawał ściany obok lodówki pociągnęła czarną tablicówką. Zapisywała na niej motywujące cytaty oraz zadania długookresowe. „Zrzucić trzy kilogramy” znajdowało się zaraz obok „Jeśli jest ciężko, to znaczy, że idziesz w dobrym kierunku” oraz „Mogę. Zrobię. Koniec tematu!”.

Muzykę relaksacyjną przerwał dzwonek telefonu. Jedno spojrzenie na ekran wystarczyło, by wiedziała, że to znowu on. Ewa zamarła. Wpatrywała się w napis „Jacek”, dopóki telefon nie zamilkł.

Zapisała na ścianie: „Pozbyć się niebieskiego” i ruszyła do sypialni, ale sygnał znowu się odezwał. Skapitulowała i odebrała.

– Halo?

– Dotarłaś bezpiecznie do domu?

– Tak.

– Długo czekałaś na autobus?

– Nie.

– Ewka? – Starał się mówić spokojnie, ale jego głos nadal był niski i męski.

Słyszała, że mu zależy. Bardziej przeciągał samogłoski. Mruczał. Nie widziała go, ale wyobrażała sobie, że siedzi gdzieś w łazience, zaniepokojony tym, że nie może się do niej dodzwonić.

– Idę spać. Mów, jeśli masz coś do powiedzenia.

– Mhm… Dzwonię tylko, żeby powiedzieć, że przepraszam. Przesadziłem. Wiem. Nie chciałem na ciebie krzyczeć. Byłem zdenerwowany, ale to mnie oczywiście nie usprawiedliwia. Przepraszam. Wybaczysz mi?

– Pomyślę o tym, kiedy się wyśpię. – Starała się zachować powagę, ale i tak się uśmiechała.

– Czyli pozostaje mi czekać na wyrok? Mam nadzieję, że będzie łagodny.

– Coś jeszcze? Mieliśmy nie rozmawiać przez telefon.

– Wielu rzeczy mieliśmy nie robić, a i tak robimy. Tak ogólnie to nic bardzo istotnego. Po prostu jest wieczór, a ciebie nie ma obok mnie.

– Na pewno nie jesteś sam.

– Dobrze wiesz, że chodzi nie o to, by otaczało cię dużo ludzi, ale o to, żeby był przy tobie dokładnie ten KTOŚ.

– Wiem, Jacku. Wiem.

– Co robisz?

– Wchodzę do łóżka. Nie mam pojęcia, kto mnie dziś utuli do snu. – Rozchmurzyła się.

– Mam nadzieję, że nikt. – Pozwolił sobie na pełen zazdrości komentarz. – I że moje wczorajsze i dzisiejsze tulenia zaspokoiły twój apetyt na jakiś czas. Ewka?

– Dajesz! Bo słyszę, że coś ci leży na wątrobie i nie możesz tego z siebie wydusić.

– Co powiedziałabyś na dłuższą konferencję?

– W sensie?

– W Egipcie. Pięć, może siedem dni? Wspólne poranki, zachody słońca, noce. Dałabyś radę się wyrwać?

– Spytaj mnie raczej, czy chciałabym się wyrwać!

– Chciałabyś?

– Czekaj, niech pomyślę…

– Ceny wyjazdów do Egiptu są teraz śmieszne.

– Chciałabym. Ale jak? Co powiesz żonie?

Szpital

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Ewa
Artur
Ewa
Szpital
Ewa
Artur
Ewa
Artur
Ewa
Artur
Ewa
Szpital
Ewa
Artur
Szpital
Ewa
Artur
Ewa
Artur
Ewa
Artur
Szpital
Ewa
Artur
Ewa
Artur
Szpital
Ewa
Artur
Ewa
Szpital
Artur
Ewa
Szpital

Text copyright © by Joanna Opiat-Bojarska, 2020

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2020

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Dawid Wiktorski / oda-doz.pl

Korekta, skład i łamanie: d2d.pl

Projekt okładki: Katarzyna Ewa Legendź

ISBN 978-83-8053-817-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek