Cherub - Przemysław Piotrowski - ebook + audiobook
BESTSELLER

Cherub ebook i audiobook

Przemysław Piotrowski

4,7

79 osób interesuje się tą książką

Opis

Przeszłość upomni się o niego po raz ostatni.

Zielonogórskie lato przerywa kolejna zbrodnia. Prokurator Brunon Kotelski zostaje bestialsko okaleczony i zamordowany. W tym samym czasie komisarz Igor Brudny otrzymuje pamiątkę z przeszłości.

Pod nieobecność emerytowanego inspektora Romualda Czarneckiego sprawę przejmuje prokurator Arleta Winnicka. Zainscenizowane miejsce zbrodni, wybór ofiary i brak śladów nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Morderca jest brutalny, nieprzewidywalny i świetnie panuje nad sytuacją. Bardzo szybko daje śledczym do zrozumienia, że żadne z nich nie może czuć się bezpieczne. Szykuje się najtrudniejsza sprawa w ich karierze.

Brudny, zdeterminowany, by uratować przyjaciół i raz na zawsze zostawić przeszłość za sobą, podejmuje wyzwanie. Finałowy pojedynek dopiero się rozpoczyna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 33 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
4,7 (1892 oceny)
1389
399
83
14
7
Sortuj według:
Maya87

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejny tom z Igorem Brudnym i jak zwykle mnie nie zawiódł, szybko wciąga i nie można się oderwać od książki. Całe trzy części nie nudziły ,fajny wykreowani bohaterowie i ogólnie godna polecenia książka :)
20
pankur

Nie oderwiesz się od lektury

Ahhh... Jaki ten świat mały... Po lekturze tej książki mogę śmiało powiedzieć, że ona sama jak i cała trylogia o Igorze Brudnym to istne arcydzieło! Świetnie przemyślana fabuła, która potrafi zaskoczyć o wiele mocniej niż śnieg w lipcu, porywa czytelnika jak kochanka na początku, by zostawić go dopiero na końcu przygody z końską dawką satysfakcji, refleksji, a przede wszystkim emocjami, które wybuchają całym wachlarzem. Genialnie wykreowane podstawy z ,, Piętna" zostały użyte w tym dziele po mistrzowsku. Z każdą kolejną minutą poświęconą na lekturę nie potrafiłem już nawet przypuszczać kto jest mordercą. Niespotykane pióro, które świetnie nakreśliło bohaterów i wydarzenia, bawiło się doskonale, wodząc mnie za nos. Nie ukrywam, że czekam na kolejne równie świetne opowiadanie tegoż autora. Czapki z głów! Wszystkim tym, którzy czytają tą opinie zastanawiając się czy owa lektura jest godna uwagi, stanowczo odpowiadam: przygotuj sobie wytrzymały fotel, bo na pewno wbiję Cię w niego wbije z...
10
Alik70

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana książka, bardzo wciągająca. Polecam i liczę na dalsze tomy.
10
katarzynaswiatkiewicz

Nie oderwiesz się od lektury

Super, super, super. Gorąco polecam
00
percival

Nie oderwiesz się od lektury

Trzecia część jest również bardzo dobra. Liczę, że to nie ostatnie spotkanie z Igorem Brudnym.
00

Popularność




PRO­LOG

W sali pano­wał pół­mrok. Przez uchy­lone okna wkra­dało się blade świa­tło księ­życa, a wraz z nim zapach wio­sny. Ze wszyst­kich pór roku naj­bar­dziej lubił wła­śnie wio­snę. Koja­rzyła mu się z wcze­sną mło­do­ścią, którą spę­dził na wsi. Z uśmie­chem i śpie­wem pta­ków. Z pola­nami peł­nymi kolo­ro­wych kwia­tów i muczą­cymi kro­wami. Nie zno­sił jesieni. To jesie­nią wyda­rzyła się tra­ge­dia, która zmie­niła jego życie w pasmo udręki i cier­pie­nia. Dziś wspo­mnie­nia z tam­tych odle­głych dni były mgli­ste i mętne niczym kałuża po burzy. Poczuł, jak po policzku spływa mu łza. Wytarł ją pal­cem i nacią­gnął pościel pod brodę. Wtedy usły­szał za ple­cami kroki. Wie­dział, kto to.

Przy­ja­ciel deli­kat­nie uniósł koł­drę i poło­żył się obok niego. Sprę­żyny w wysłu­żo­nym łóżku zło­śli­wie zaskrzy­piały, ale gdy tylko przy­jął odpo­wied­nią pozy­cję i szczel­nie okrył się pie­rzyną, znów zale­gła cisza.

– Jutro twój wielki dzień – szep­nął mu do ucha. – Ile na niego cze­ka­łeś?

– Trzy­na­ście lat i sto osiem­dzie­siąt dwa dni.

– Szmat czasu.

– Tak… szmat czasu.

Mło­dzi męż­czyźni przez chwilę w ciszy kon­tem­plo­wali ostat­nie słowa. Obaj nie mieli łatwego życia i obaj pra­gnęli tego dnia rów­nie mocno.

– Naprawdę chcesz kon­ty­nu­ować naukę? – spy­tał przy­ja­ciel.

– Tak. Moja matka była leka­rzem, ale ja zostanę infor­ma­ty­kiem. Wiesz… To przy­szłość jest. Chciał­bym, aby była ze mnie dumna.

– Zawsze mia­łeś głowę do tych rze­czy. Ja nie jestem taki kumaty…

Przy akom­pa­nia­men­cie kilku skrzyp­nięć sta­rych sprę­żyn odwró­cił się twa­rzą do przy­ja­ciela. Spoj­rzał mu w oczy. Cza­sem myślał, że tylko on dostrzega, że za tą maską kryje się wię­cej dobra. Może dla­tego, że sam był dość słaby i potrze­bo­wał kogoś takiego. A może, bo potra­fił widzieć wię­cej.

– Nie doce­niasz się – szep­nął. – Jesteś bystry i na pewno byś sobie pora­dził.

– Tylko tak mówisz. Wiesz, że ni­gdy nie byłem orłem.

– To co chcesz robić, jak wyj­dziesz?

– Pojadę nad morze.

– I co?

– Nie wiem. Poszu­kam pracy. Coś wymy­ślimy.

– Naprawdę myślisz, że mogli­by­śmy…?

– Pew­nie, że tak. – Ręka przy­ja­ciela prze­su­nęła się po jego bio­drze. – Pocze­kaj na mnie. To nie­cały mie­siąc. Poje­dziemy razem i jak zechcesz, to poszu­kasz sobie jakiejś szkoły. Ja będę pra­co­wał.

Jesz­cze przez chwilę patrzył w oczy przy­ja­ciela, po czym wypu­ścił powie­trze i z powro­tem obró­cił się do niego tyłem. Pod­cią­gnął koł­drę pod brodę. Kilka łóżek dalej ktoś zaczął gło­śno chra­pać. Obaj wie­dzieli kto. Przez krzywą prze­grodę nosową Gruby czę­sto miał pro­blemy z oddy­cha­niem. Dole­gli­wo­ści nasi­lały się wio­sną, gdy drzewa zaczy­nały pylić. Wtedy chra­pał jak zwierz.

– Wie­rzysz mi? – zapy­tał szep­tem przy­ja­ciel.

– Chciał­bym. Tylko…

– Boisz się, co będzie, gdy wyj­dziesz? Gdy wyj­dziemy?

– Nie wiem. Może. Chyba tak…

– Pora­dzimy sobie. Już nie­długo zosta­wimy za sobą cały ten gnój. Zaczniemy nowe życie.

– W takim razie pocze­kam na cie­bie.

– Spró­bo­wał­byś nie… – W tonie męż­czy­zny dało się wyczuć szorstką nutę.

– Szu­kał­byś mnie?

– Szu­kał­bym i zna­lazł choćby na krańcu świata. Jesteś i zawsze byłeś tylko mój, prawda?

– Tak.

– I zawsze będziesz… – Palce przy­ja­ciela zaci­snęły się na jego bio­drze.

– Zawsze.

– Mam, kurwa, taką nadzieję.

Chwilę póź­niej chło­pak wzdry­gnął się i cicho jęk­nął, gdy przy­ja­ciel w niego wszedł.

ROZ­DZIAŁ 1

Obu­dził ją świer­got pta­ków.

Pro­ku­ra­tor Arleta Win­nicka otwo­rzyła oczy i się­gnęła po leżący na szafce noc­nej smart­fon. Docho­dziła szó­sta rano i za cztery minuty miał zadzwo­nić budzik. Nie pamię­tała, kiedy dzwo­nił ostatni raz, bo przez lata wypra­co­wała taki mecha­nizm, że w ogóle go nie potrze­bo­wała. Jej orga­nizm cho­dził jak w zegarku i pod­świa­do­mie czy nie, zawsze kazał jej otwo­rzyć oczy kilka minut przed wyzna­czo­nym cza­sem.

Zsu­nęła z sie­bie bor­dową saty­nową pościel i wło­żyła zadbane stopy w domowe kap­cie. Zer­k­nęła, już przy­tom­niej­szym wzro­kiem, na smart­fon raz jesz­cze, aby włą­czyć zin­te­gro­waną z urzą­dze­niem kawiarkę. Gdy ta cichym bucze­niem oznaj­miła, że zaczyna szy­ko­wać swo­jej pani podwójną latte, Win­nicka poszła się odświe­żyć. Umyła twarz i zęby, po czym skie­ro­wała się do salonu. Lubiła ten moment, gdy zaraz po prze­bu­dze­niu w domu uno­sił się zapach świeżo zmie­lo­nego ziarna. Pobu­dzał ją i dzia­łał nie­mal ero­tycz­nie, co spra­wiało, że ewen­tu­alni absz­ty­fi­kanci, któ­rzy doznali tego zaszczytu spę­dze­nia z nią nocy, mogli liczyć na ostatni wspólny seks jesz­cze przed śnia­da­niem. Oczy­wi­ście nie zda­rzało się to zbyt czę­sto, bo part­ne­rów dobie­rała bar­dzo sta­ran­nie, a do tego kochan­ko­wie nie mieli poję­cia, że to nie oni wpro­wa­dzali ją o poranku w taki nastrój. Zwy­kle pozwa­lała im tak myśleć, gdyż nie chciała sobie psuć zabawy. Poza tym rzadko kiedy dawała komu­kol­wiek szansę na ponowne spo­tka­nie. Świa­do­mość, że opusz­czają jej apar­ta­ment w prze­ko­na­niu, że wła­śnie prze­żyli naj­lep­szy seks w życiu, nakrę­cała ją pozy­tyw­nie na resztę dnia.

Wzięła fili­żankę i włą­czyła tele­wi­zor. Przez następne kilka minut, popi­ja­jąc kawę, oglą­dała poranne wia­do­mo­ści. Tro­chę poli­tyki, jakiś wypa­dek na A2, wybuch gazu w wie­lo­ro­dzin­nym domu gdzieś na Ślą­sku – jed­nym sło­wem same bzdury nie­wno­szące abso­lut­nie nic do jej życia. Mimo to kul­ty­wo­wała ten rytuał, bo wycho­dziła z zało­że­nia, że porządny pro­ku­ra­tor zawsze musi być na bie­żąco z tym, co dzieje się w kraju i na świe­cie, gdyż w branży zdo­mi­no­wa­nej przez męż­czyzn lubu­ją­cych się w jało­wych dys­ku­sjach o poli­tyce nie mogła sobie pozwo­lić, aby dać się zasko­czyć. Inną sprawą był fakt, że ci idioci z Wiej­skiej ni­gdy nie dawali o sobie zapo­mnieć, zwłasz­cza zaś obecna wła­dza, która za cel obrała sobie pro­ku­ra­turę i sądow­nic­two, co gor­sza, bez par­donu wła­ziła ze swo­imi ubło­co­nymi bucio­rami w jej zawo­dowe życie. Miała o tych ludziach jak naj­gor­sze zda­nie, tym bar­dziej że kilka lat temu poznała to śro­do­wi­sko od środka. Co wię­cej, mogła doświad­czyć sytu­acji, w któ­rych żadne z nich – czę­ściej męż­czyźni, choć nie­chęt­nie musiała przy­znać, że cza­sem rów­nież kobiety – nie chcia­łoby, aby szary oby­wa­tel oglą­dał ich, kiedy już znikną kamery. Dla niej byli bandą hipo­kry­tów bez względu na opcję poli­tyczną, z któ­rej się wywo­dzili, bo gdy po doj­ściu do wła­dzy otwie­rał się przed nimi do tej pory zamknięty wcze­śniej świat, zwy­kle wszyst­kie ich hasła, któ­rymi tak obfi­cie szer­mo­wali przed kame­rami, nagle sta­wały się nic nie­zna­czą­cymi fra­ze­sami.

Win­nicka wró­ciła do łazienki. Ścią­gnęła jedwabną koszulkę nocną i wzięła prysz­nic, następ­nie umyła włosy i spłu­kała odżywkę. Przez następny kwa­drans suszyła włosy i wma­so­wy­wała w ciało kolejne bal­samy. Gdy skóra już lśniła świe­żo­ścią, lubiła przez chwilę prze­glą­dać się w lustrze. Jej ciało wciąż było szczu­płe, jędrne i choć natu­ralne pełne piersi odro­binę zaczęły odczu­wać siłę gra­wi­ta­cji, reszty nie miała prawa się wsty­dzić. Spoj­rzała na swoje sze­ro­kie bio­dra i nie­spo­ty­ka­nie wąską talię. Ten kon­trast spra­wiał, że męż­czyźni za nią sza­leli, a dzien­nie na pal­cach jed­nej ręki mogła poli­czyć tych, któ­rzy nie obró­cili się za nią na ulicy. To był jej naj­więk­szy atut. Zwłasz­cza gdy prze­cho­dziła do sedna…

Jesz­cze przez chwilę przy­glą­dała się swo­jemu odbi­ciu. Od dłuż­szego czasu nie dawała jej spo­koju jedna rzecz. Nie­wielka bli­zna na pra­wym pośladku wciąż nie chciała znik­nąć. Lekarz, który usu­wał tatuaż, powie­dział, że po pół roku powinna prze­stać być widoczna, ale naj­wy­raź­niej był pie­przo­nym kono­wa­łem, bo minęły już trzy lata, a ona wciąż ją widziała. Wypięła pośla­dek i nacią­gnęła skórę. Miała wra­że­nie, że zamiast pło­wieć, coraz moc­niej rzuca się w oczy. Cmok­nęła z nie­sma­kiem. Przy­po­mi­nała jej o prze­szło­ści. Nazna­czo­nej błę­dami mło­do­ści i nie­po­ha­mo­wa­nym tem­pe­ra­men­tem. Prze­szło­ści, która ni­gdy nie powinna ujrzeć świa­tła dzien­nego, choć jej wspo­mnie­nie spra­wiało, że natych­miast robiła się mokra.

Tak jak teraz.

Poło­żyła się z powro­tem do łóżka i zaczęła pie­ścić się pal­cami. Zamknęła oczy, ale gdy tylko powieki opa­dły, jak zawsze poja­wiła się ta sama twarz. Nie­na­wi­dziła się za to, ale nie mogła wyrzu­cić jej z pamięci. Sukin­syn, pomy­ślała. Jedyny, który jej nie uległ, który potrak­to­wał ją jak napa­loną gów­niarę, a potem ode­słał do domu. Mimo to poczuła nagły przy­pływ pod­nie­ce­nia. Dla­czego tak na nią dzia­łał? Zaczęła doty­kać się inten­syw­niej i chwilę póź­niej jej cia­łem wstrzą­snęła fala przy­jem­nych dresz­czy.

Otwo­rzyła powieki. Ten facet był jak drza­zga w oku.

Wstała i poszła z powro­tem do łazienki. Pod­myła się jesz­cze raz, a następ­nie wło­żyła bie­li­znę. Spoj­rzała na zega­rek. Przez nie­pla­no­wane przy­jem­no­ści czas do wyj­ścia nieco się skró­cił, więc zabrała się do nakła­da­nia maki­jażu. Wsma­ro­wała w twarz krem, użyła pod­kładu i pudru, następ­nie zajęła się oczami. Umie­jęt­nie zro­biona kre­ska i wytu­szo­wane rzęsy zawsze zapew­niały jej prze­ni­kliwe, a zara­zem powłó­czy­ste spoj­rze­nie. Na koniec musnęła kości policz­kowe różem i poma­lo­wała usta. Kredki nie uży­wała, bo natura obda­rzyła ją piękną linią brwi. Przej­rzała się w lustrze raz jesz­cze. Jak zwy­kle wyglą­dała per­fek­cyj­nie.

Win­nicka wyszła z łazienki i wybrała z szafy oliw­kową gar­sonkę. Ucze­sała się i ponow­nie spraw­dziła maki­jaż, po czym wło­żyła szpilki i prze­rzu­ciw­szy przez ramię torebkę, opu­ściła apar­ta­ment.

Zamknęła drzwi i pode­szła do windy. Wci­snęła guzik, popra­wia­jąc żakiet. Odcze­kała chwilę, w końcu usły­szała zna­jome „ping” i drzwi się roz­su­nęły.

W środku stał młody chło­pak. Miał może dwa­dzie­ścia kilka lat i był jed­nym z tych, na któ­rego dziani rodzice chu­chali i dmu­chali, a on na spre­zen­to­wa­nym kwa­dra­cie dmu­chał jedy­nie kolejne laski. Zmie­rzył ją od góry do dołu, jakby oce­niał ją w kate­go­riach swo­jej nowej ofiary. Wkur­wiał ją od jakie­goś czasu, bo cza­sem się mijali, a on zawsze zacho­wy­wał się tak samo. Raz, będąc wyraź­nie pod­pity, nawet za nią gwizd­nął. Naprawdę mało bra­ko­wało, żeby zdzie­liła go w gębę, ale po pierw­sze, jako pro­ku­ra­tor nie mogła sobie na to pozwo­lić, a po dru­gie, miesz­kali w jed­nym apar­ta­men­towcu i nie chciała srać we wła­sne gniazdo.

Sta­nęła obok i obró­ciła się ple­cami. Wie­działa, że jego wzrok od razu powę­dro­wał na jej krą­głe pośladki. Pomy­ślała, że faj­nie byłoby zoba­czyć jego minę, gdyby tra­fił na dołek. Gdyby popeł­nił jakiś błąd. Nie zno­siła tych mile­nij­nych chłyst­ków, któ­rzy myśleli, że dzięki pie­nią­dzom rodzi­ców mogą wszystko. Gówno wie­dzieli o życiu. Lubiła takich udu­piać i ni­gdy się z nimi nie patycz­ko­wała.

Wyszła z windy i porzu­ca­jąc myśli o chło­paku, skie­ro­wała się do swo­jego czar­nego grand che­ro­kee. Uru­cho­miła sil­nik, usta­wiła kli­ma­ty­za­cję i wyje­chała z pod­ziem­nego garażu, od razu kie­ru­jąc się do pro­ku­ra­tury. Nie prze­była stu metrów, gdy ode­zwał się jej smart­fon. Zer­k­nęła na wyświe­tlacz na zin­te­gro­wa­nym zesta­wie gło­śno­mó­wią­cym. Dzwo­nił Adam Woro­no­wicz, ofi­cer dyżurny z Komendy Miej­skiej Poli­cji w Zie­lo­nej Górze. Fizycz­nie był jed­nym z naj­bar­dziej odra­ża­ją­cych męż­czyzn, jakich poznała w życiu, i zawsze śli­nił się na jej widok jak pies do suki w rui, ale miała z nim dobry układ, bo zawsze sprze­da­wał jej naj­cie­kaw­sze sprawy. Jej pozo­sta­wało jedy­nie zała­twie­nie tematu z pro­ku­ra­to­rem, który aku­rat był na dyżu­rze.

– Dzień dobry, pani pro­ku­ra­tor.

– Dzień dobry, Adam.

– Jest już pani w biu­rze?

– Jesz­cze nie, co się stało?

– Mamy mor­der­stwo. Podobno bar­dzo… – Woro­no­wicz zawie­sił głos, jakby z pełną pre­me­dy­ta­cją chciał pod­krę­cić napię­cie – …cie­kawe.

– Ofiara? – Win­nicka skrę­ciła w ulicę Sien­kie­wi­cza.

– No wła­śnie nie dała mi pani dokoń­czyć…

– No mów, Adam. Nie mam czasu na takie pod­chody.

– Nie­bosz­czyk to naj­praw­do­po­dob­niej Bru­non Kotel­ski.

– Kto?! – Woro­no­wicz tego nie widział, ale oczy Win­nic­kiej nie­mal wyszły z orbit.

– Dobrze pani usły­szała. Ofiarą jest pro­ku­ra­tor Bru­non Kotel­ski. Podobno straszna jatka.

– Jasne, że to biorę! – Win­nicka nie­mal krzyk­nęła. – Jaki to adres?

– Wiej­ska sie­dem­dzie­siąt osiem. To budy­nek szwalni nale­żący do firmy „Szyk-Pol”.

Win­nicka natych­miast zmie­niła pas jezdni.

– Kto jest na miej­scu zbrodni?

– Sprawę zgło­sił Łukasz.

– War­szaw­ski?

– Tak.

Ucie­szyła się. Podwój­nie. Lubiła z nim współ­pra­co­wać, bo był face­tem z jajami, miał kon­takty w pół­światku, a do tego ni­gdy nie maru­dził. Nie mogła się zdra­dzić, ale ucie­szyła się też z innego powodu.

Chwilę póź­niej się poże­gnała. Była tak pod­eks­cy­to­wana, że przed świa­tłami omal nie wje­chała w tyłek jakie­goś lśnią­cego nowo­ścią audi. Sto­jąc na czer­wo­nym, przez moment ana­li­zo­wała, co się wła­śnie wyda­rzyło. W końcu uśmiech­nęła się i obli­zała usta. Pomy­ślała, że Adam Woro­no­wicz zro­bił jej dzień.

ROZ­DZIAŁ 2

Słońce pra­żyło nie­mi­ło­sier­nie.

Star­szy aspi­rant Łukasz War­szaw­ski wło­żył do ust gumę mię­tową i spoj­rzał w niebo, na któ­rym nie było ani jed­nej chmurki. Prze­tarł spo­coną głowę. Nie nale­żał do wraż­liw­ców, ale to, co ujrzał w tam­tej piw­nicy – i musiał to uczci­wie przy­znać – spo­nie­wie­rało nawet jego.

Spoj­rzał w oko­lice bramy wjaz­do­wej na teren zakładu. Chrzęst żwiru i ćwier­ka­jący pasek roz­rządu mogły świad­czyć tylko o jed­nym. Na miej­sce wła­śnie pod­je­chał awan­so­wany na inspek­tora Grze­gorz Zimny. Pod­szedł bli­żej i ski­nął roz­cią­ga­ją­cemu taśmę poli­cyjną młod­szemu kole­dze. Zimny jesz­cze przez jakiś czas grze­bał w schowku, po czym opu­ścił swo­jego sta­rego opla vec­trę. Miał na sobie nie­modne dżinsy i koszulę z dłu­gim ręka­wem. War­szaw­ski pomy­ślał, że to nie naj­lep­szy wybór, bo w tej tem­pe­ra­tu­rze, oscy­lu­ją­cej w gra­ni­cach trzy­dzie­stu pię­ciu stopni Cel­sju­sza, zapewne spoci się szyb­ciej niż nasto­la­tek prze­słu­chi­wany na dołku.

Męż­czyźni podali sobie ręce na przy­wi­ta­nie.

– To naprawdę Kotel­ski? – zagad­nął inspek­tor.

– Doigrał się.

Zimny posłał młod­szemu kole­dze dwu­znaczne spoj­rze­nie. Lubił War­szaw­skiego jak więk­szość funk­cjo­na­riu­szy. Ten facet nie wło­żył mun­duru, bo chciał odbęb­nić pięt­na­ście lat służby, wziąć eme­ry­turę i zało­żyć kolejny gów­niany biz­nes. Łukasz War­szaw­ski miał misję. Wszystko zaczęło się, gdy jako ważna figura grupy kiboli żuż­lo­wego Falu­bazu Zie­lona Góra poje­chał na mecz pił­kar­ski zaprzy­jaź­nio­nego Zagłę­bia Lubin. Zwy­kle takie wspólne spo­tka­nia grup pseu­do­ki­bi­ców miały inny cel, ale tym razem wizyta miała być typowo kur­tu­azyjna. Żad­nych usta­wek ani bija­tyk. Mecz, potem impreza. Tro­chę popić, przy­ćpać, poru­chać i wró­cić do sie­bie. Kla­syka. Łukasz miał wtedy dwa­dzie­ścia sześć lat i z racji postury oraz faktu, że dzięki tre­no­wa­nemu od lat ju-jitsu był jed­nym z tych, któ­rzy naj­sku­tecz­niej obi­jali mordy rywali, szybko osią­gnął w śro­do­wi­sku sta­tus nie­ty­kal­nego. To go zgu­biło, a w zasa­dzie jego młod­szą sio­strę, którą w wieku lat pięt­na­stu zabrał na wspo­mniane spo­tka­nie Zagłę­bia Lubin z Wisłą Kra­ków. Obie grupy nie prze­pa­dały za sobą, ale tym razem nie pla­no­wano żad­nej roz­róby. Plany mają jed­nak to do sie­bie, że czę­sto się zmie­niają. Naj­pierw jedna, a póź­niej druga skan­da­liczna decy­zja sędziego, która pozba­wiła gości szans na zwy­cię­stwo, roz­ju­szyła ich sek­tor do tego stop­nia, że kibo­lom Wisły odbiło. Obie grupy starły się, roz­pę­tu­jąc pie­kło. War­szaw­ski pró­bo­wał ochra­niać sio­strę, ale nie mógł prze­wi­dzieć, że jedna z lata­ją­cych w powie­trzu szta­chet trafi Joasię w głowę tak nie­for­tun­nie, że wysta­jące z niej zardze­wiałe gwoź­dzie prze­biją jej płat czo­łowy. Do dziś leżała w śpiączce, a on – po przej­ściu wewnętrz­nej meta­mor­fozy – od sied­miu lat łapał wszel­kiej maści ban­dy­tów.

– Cze­kamy na Ankę czy wcho­dzimy? – zapy­tał po dłuż­szej chwili Zimny.

– Już powinna być, więc może pocze­kajmy. Wiesz, jaka jest. Zaraz się przy­pier­doli, że zadep­tu­jemy ślady.

– I pew­nie mia­łaby rację. Naprawdę jest tak ostro?

– Gorzej niż w rzeźni. Zresztą… – War­szaw­ski przy­sta­wił dłoń do czoła i zmru­żył oczy. Na końcu drogi dojaz­do­wej wła­śnie poja­wił się zna­jomy kształt – …zaraz sam zoba­czysz. Anka już jest.

Kilka chwil póź­niej pod główną bramę pod­je­chała fur­go­netka ekipy tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki. Zapar­ko­wała, trą­biąc na kilku cie­kaw­skich gapiów, któ­rzy już zdą­żyli zain­te­re­so­wać się nie­co­dzienną sytu­acją. War­szaw­ski ski­nął na jed­nego z poste­run­ko­wych, aby ich roz­go­nił.

Pierw­sza z samo­chodu wysia­dła sze­fowa tech­ni­ków Anna Borucka. Była fili­gra­nową bru­netką o ład­nej twa­rzy i tro­chę zmę­czo­nym spoj­rze­niu. War­szaw­ski miał wra­że­nie, że z każdą kolejną sprawą się wypala. Wie­dział, że ma pro­blemy z córką, a jej życie pry­watne jest do dupy. Ale choć lubili sobie dogry­zać, cenili się wza­jem­nie za pro­fe­sjo­na­lizm i podej­ście do pracy.

Gdy wypa­ko­wy­wała rze­czy, w kie­szeni ode­zwał się jego smart­fon. Dzwo­niła Win­nicka.

– Cześć, Arleta – przy­wi­tał się War­szaw­ski. Już dawno prze­szli na ty i cał­kiem to sobie chwa­lił. – Tak myśla­łem, że weź­miesz tę sprawę.

– Cześć. Dobrze myśla­łeś. Dopiero się dowie­dzia­łam, więc będę za jakiś kwa­drans.

– Okej, my wła­śnie wcho­dzimy.

– Nie pocze­ka­cie?

– Znasz Ankę. Dla niej liczy się każda sekunda.

– Dobra, dołą­czę do was na miej­scu.

Gdy skoń­czył, odwró­cił się z powro­tem w kie­runku Zim­nego. Borucka już stała obok i wycią­gała z torby jed­no­ra­zowy kom­bi­ne­zon oraz inne nie­zbędne rze­czy potrzebne do roz­po­czę­cia pracy. Przy­wi­tał się, zer­ka­jąc na jej nie­ko­niecz­nie tema­tycz­nie dobraną w tej sytu­acji koszulkę z Myszką Miki – her­bem żuż­lo­wej dru­żyny Falu­bazu Zie­lona Góra.

– Fajny T-shirt – rzu­cił z uda­wa­nym podzi­wem.

– Byłam, byłam. Widzia­łam. I nawet dałam się ponieść emo­cjom.

– Gdy doro­śniesz, synu mój, Unię Leszno weź… – War­szaw­ski zanu­cił jedną z przy­śpie­wek zie­lo­no­gór­skich kibi­ców. W związku z tym, że fani obu dru­żyn nie pałali do sie­bie wza­jemną miło­ścią, nale­żała do tych mniej par­la­men­tar­nych, dla­tego z pre­me­dy­ta­cją nie dokoń­czył, tylko puścił do kole­żanki oko w ocze­ki­wa­niu, że zrobi to za niego.

– Aż tak zacie­trze­wiona nie jestem.

– Ale krzy­cza­łaś. Wszy­scy krzy­czą.

Borucka posłała War­szaw­skiemu szel­mow­ski uśmiech.

– Powiedz lepiej, jak to wygląda. Rze­czy­wi­ście jest aż taka jatka? – spy­tała, gdy w końcu wci­snęła się w biały kom­bi­ne­zon.

– Krew jest nawet na sufi­cie. – War­szaw­ski wziął od niej parę ręka­wi­czek. – Teraz mogę sobie wyobra­zić, co czuł Chry­stus przed ukrzy­żo­wa­niem – dodał, krzy­wiąc się nie­znacz­nie.

– Chry­stusa w to mie­szać nie będziemy – wtrą­cił oschle Zimny.

– Popie­ram – zgo­dziła się Borucka i z cha­rak­te­ry­stycz­nym pla­śnię­ciem nacią­gnęła na dło­nie latek­sowe ręka­wiczki. – Poza tym Kotel­ski… Ech… – Pomy­ślała, że w obec­nej sytu­acji nie ma sensu wycią­gać bru­dów pro­ku­ra­tora, które i tak wszy­scy znali.

– No dobra. – War­szaw­ski obró­cił się na pię­cie. – Jak to mówią, nie ma co strzę­pić jęzora po próż­nicy. Zoba­czy­cie, to zro­zu­mie­cie – dodał i ruszył w kie­runku wej­ścia do budynku szwalni.

Obiekt był jed­nym z tych, które powstały jesz­cze za głę­bo­kiej komuny. Do tej pory zapewne nie­re­mon­to­wany, bo w wielu miej­scach odpa­dał tynk, a na kilku ścia­nach mło­dzież dała wyraz swo­jej rado­snej twór­czo­ści, two­rząc mało este­tyczne graf­fiti. Drzwi wej­ściowe, zapewne rów­nież zamon­to­wane jesz­cze w poprzed­nim ustroju, nie wyglą­dały na trudne do sfor­so­wa­nia nawet dla wyjąt­kowo lichego zło­dzieja. Stał przy nich jeden z żół­to­dzio­bów przy­ję­tych kilka mie­sięcy temu i War­szaw­ski słabo go koja­rzył. Wszedł do budynku pierw­szy, za nim próg prze­kro­czyła Borucka, a na końcu inspek­tor i dwóch tech­ni­ków ze sprzę­tem.

W środku wcale nie było chłod­niej niż na zewnątrz. Chro­po­wate ściany wyraź­nie doma­gały się remontu, a pod­łogę wyście­lała szara wykła­dzina, która w kilku miej­scach była prze­tarta. Krótki kory­tarz pro­wa­dził do drzwi piw­nicz­nych.

– Co Kotel­ski mógł robić w takim miej­scu? – zapy­tał Zimny, wcale nie ocze­ku­jąc w tej chwili jakiejś sen­sow­nej odpo­wie­dzi.

– Warto by zapy­tać wła­ści­ciela tego przy­bytku – zasu­ge­ro­wała Borucka.

– Roz­ma­wia­łem z nim. Jest w dro­dze. – War­szaw­ski włą­czył się do roz­mowy. – Wcze­śnie rano wyje­chał do Nie­miec w spra­wach biz­ne­so­wych. Zła­pa­li­śmy go pod Dort­mun­dem, więc tro­chę zej­dzie, zanim wróci.

– Wie o tru­pie?

– Tak. Kie­row­niczka zmiany naj­pierw zadzwo­niła do niego, dopiero póź­niej pod numer alar­mowy. Spo­dzie­wał się tele­fonu. Twier­dzi, że nie wie, kim jest Kotel­ski i jak zna­lazł się na tere­nie jego firmy. Wyda­wał się wia­ry­godny, choć oczy­wi­ście zle­ci­łem poin­for­mo­wa­nie nie­miec­kiej poli­cji, aby miała na niego oko.

Prze­szli wąskim kory­ta­rzem jesz­cze kilka metrów. Tu ściany nie były otyn­ko­wane, pod sufi­tem cią­gnęły się grube rury, a pomię­dzy nimi wisiało mnó­stwo paję­czyn. Na beto­no­wej pod­ło­dze walała się trutka na szczury i parę przed­mio­tów, jakie w takim miej­scu miały pełne prawo się zna­leźć. Wia­dro, mio­tła i kilka kar­to­nów z nie­wy­ko­rzy­staną dzia­niną i szpul­kami, na które nawi­nięto przę­dzę. Gdy doszli do następ­nych drzwi, War­szaw­ski przy­sta­nął i kiw­nął głową, wska­zu­jąc na fra­mugę.

– Samo­przy­lepna pianka wygłu­sza­jąca – oznaj­mił, chwy­ta­jąc w palce kawa­łek odkle­jo­nego i zwi­sa­ją­cego z fra­mugi mate­riału. – Mor­derca wie­dział, co robi – dodał i popchnął drzwi.

Zaskrzy­piały żało­śnie, a chwilę póź­niej z wnę­trza pomiesz­cze­nia buch­nął odra­ża­jący fetor. Zimny mruk­nął z nie­sma­kiem, po czym wycią­gnął z kie­szeni chu­s­teczkę i przy­tknął ją do nosa. Rozej­rzał się. Wnę­trze prze­stron­nej sute­reny wypeł­niało jaskrawe świa­tło dwóch jarze­nió­wek, z któ­rych jedna co jakiś czas z sykiem migała. Na ścia­nach i niskim sufi­cie zado­mo­wił się grzyb, a w powie­trzu krą­żyły muchy. Ich nie­zno­śne brzę­cze­nie zwia­sto­wało nie­przy­jemny widok. War­szaw­ski prze­su­nął się i zza jego sze­ro­kich ple­ców naj­pierw wyło­nił się stary piec gazowy, a następ­nie sku­lona w pozy­cji embrio­nal­nej zwa­li­sta postać.

– Jasny chuj – jęk­nął Zimny. – Co to, kurwa, ma być?

Chwilę póź­niej poczuł, jak zbiera mu się na wymioty.

* * *

Borucka przez moment wpa­try­wała się w zwłoki, po czym gło­śno prze­łknęła ślinę. Rzu­ciła War­szaw­skiemu wymowne spoj­rze­nie i pode­szła do ofiary. Przy­klę­kła obok, ale po chwili przy­ło­żyła dłoń do ust i odwró­ciła głowę. W górę wzbiło się kil­ka­dzie­siąt much.

– Mówi­łem, że będzie ostro – rzekł War­szaw­ski. – Ktoś tu sobie urzą­dził nie­złą zabawę z naszym pro­ku­ra­tor­kiem.

– Jesteś pewny, że to Kotel­ski? – Zimny zmu­sił się, aby przyj­rzeć się zwło­kom z bliż­szej odle­gło­ści.

– Tego wie­prza poznał­bym, nawet gdyby obrali go ze skóry i upie­kli na roż­nie.

– Hamuj się, Łukasz.

– Nic nie pora­dzę, że gnoja nie lubi­łem. Sam wiesz, że co dopa­dli­śmy jakie­goś zbira, to przez jego nie­udol­ność deli­kwent wycho­dził na wol­ność.

– Co nie zna­czy, że… ech… Po pro­stu następ­nym razem takie uwagi zacho­waj dla sie­bie. – Zimny dys­kret­nym gestem wska­zał dwóch pod­opiecz­nych Boruc­kiej, któ­rzy wła­śnie szy­ko­wali się do pracy.

War­szaw­ski uniósł ręce na znak, że przyj­muje repry­mendę, choć w tym geście dało się wyczuć nie­po­korną nutę. Niżsi rangą funk­cjo­na­riu­sze lubili go nie tylko za to, że świet­nie wyko­ny­wał swoją pracę, ale także dla­tego, że zawsze mówił otwar­cie i bez ogró­dek. W związku z tym zda­rzało mu się wku­rzać prze­ło­żo­nych, dla któ­rych był jed­nym z tych krnąbr­nych i naj­mniej zdy­scy­pli­no­wa­nych. Z jed­nym wyjąt­kiem. Tylko Romu­ald Czar­necki potra­fił go spa­cy­fi­ko­wać i tylko do niego War­szaw­ski zawsze zwra­cał się per „sze­fie”.

– Co może być narzę­dziem zbrodni? – zagad­nął Zimny, nachy­la­jąc się nad Borucką.

– Daj mi chwilę, Grze­gorz. Prze­cież… – Borucka aż się zapo­wie­trzyła. – Popatrz na te rany…

Zimny z nie­skry­waną odrazą nachy­lił się nad ofiarą. Męż­czy­zna był przy­kuty do żeliw­nego uchwytu drzwi­czek pieca, przez co wyglą­dał, jakby klę­czał i się modlił. Jedy­nymi czę­ściami gar­de­roby, jakie miał na sobie, były skar­petki i cia­sno zapięty na klamrę z tyłu głowy kne­bel, jakie Zim­nemu koja­rzyły się z sek­sem BDSM. Napuch­nięta i nie­mal cał­kiem uma­zana krwią twarz przy­pra­wiała o mdło­ści. Inspek­tor, uważ­nie sta­wia­jąc kroki, obszedł Borucką i obej­rzał ofiarę od dru­giej strony. Na karku, ple­cach, poślad­kach i udach wid­niały głę­bo­kie rany, któ­rych było tyle, że całość przy­po­mi­nała gala­retę albo krwawy boho­maz jakie­goś wyna­tu­rzo­nego arty­sty. Strzępy tka­nek walały się nawet kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od ciała, a w niektó­rych miej­scach mięso nie­mal cał­kiem ode­szło od kości, odkry­wa­jąc krę­go­słup, żebra i kości mied­nicy. Wszystko tonęło w morzu krwi i eks­kre­men­tów.

– Widzia­łaś kie­dyś coś takiego? – zapy­tał, gdy w końcu się wypro­sto­wał i ostroż­nie wyco­fał w stronę War­szaw­skiego.

Borucka pokrę­ciła głową.

– Po spra­wie kani­bala myśla­łam, że już nic mnie nie zdziwi. Myli­łam się.

– Dasz radę okre­ślić, która z ran była śmier­telna?

– Nie, Grze­gorz. Sam widzisz, jak to wygląda.

Przez chwilę przy­glą­dali się zma­sa­kro­wa­nym zwło­kom.

– Też myślisz o tym, co ja? – Ciszę prze­rwał Zimny, spo­glą­da­jąc na gumową czarną kulkę tkwiącą w ustach ofiary.

– Że został wychło­stany? Tak. Ślady ewi­dent­nie na to wska­zują. Na moje oko, ktoś mu spra­wił tęgie lanie. Jeśli to rodzaj jakie­goś bata albo pej­cza, to na pewno znajdę w tkan­kach sporo mikro­śla­dów.

– Ni­gdy nie myśla­łem, że pejcz może zadać takie obra­że­nia…

– Może, może. Kie­dyś czy­ta­łem… – War­szaw­ski zmarsz­czył brwi w poszu­ki­wa­niu kon­kre­tów – …chyba coś o nie­wol­nic­twie, że prze­ciętny czło­wiek jest w sta­nie wytrzy­mać czter­dzie­ści razów. Po osiem­dzie­się­ciu zwy­kle umiera, a ciało po pro­stu się roz­pada. Podobno to była dość czę­sta prak­tyka u ame­ry­kań­skich plan­ta­to­rów, któ­rzy w ten spo­sób karali nie­po­słusz­nych nie­wol­ni­ków.

– Suge­ru­jesz, że ktoś chciał Kotel­skiego uka­rać?

– Święty nie był, a pogło­ski o jego sek­su­al­nych upodo­ba­niach też naj­wy­raź­niej nie są wyssane z palca. Wygląda, że w końcu tra­fił swój na swego.

Pierw­szy wnio­sek nasu­wał się sam. Kotel­ski był ostrożny, ale ludzie z branży wie­dzieli, że jest ero­to­ma­nem, a być może i sek­so­ho­li­kiem. To, że regu­lar­nie korzy­stał z usług pro­sty­tu­tek, też nie sta­no­wiło tajem­nicy, bo kilka kobiet przy oka­zji innych śledztw po pro­stu się wyga­dało. Podobno wyma­gał od nich peł­nej ule­gło­ści i lubił je wią­zać, a następ­nie karać lub – jak sam to okre­ślał – „wymie­rzać spra­wie­dli­wość”. Póki jed­nak się na to godziły, a on nie robił im krzywdy, nikt nie mógł mu tego zabro­nić. To był ważny trop, który nale­żało spraw­dzić na samym początku.

– Trzeba jak naj­szyb­ciej usta­lić osta­teczną przy­czynę zgonu. Ty w ogóle dzwo­ni­łeś do Roberta?

War­szaw­ski zro­bił kwa­śną minę, jakby to pyta­nie było co naj­mniej nie na miej­scu.

– Zjawi się za jakiś kwa­drans – odparł, spoj­rzaw­szy na zega­rek. – Może być tro­chę wkur­wiony, bo gdy ode­brał, to dyszał, a potem rzu­cił słu­chawką.

Zimny nie sko­men­to­wał słów aspi­ranta, tylko poki­wał głową na znak, że przyj­muje je do wia­do­mo­ści. Nagle zawar­tość żołądka pod­je­chała mu do gar­dła. Mie­sza­nina okrop­nych woni wciąż przy­pra­wiała go o mdło­ści. Popro­sił War­szaw­skiego o gumę, którą szybko wło­żył do ust i zaczął żuć. Rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu. Jego wzrok przy­kuło nie­wiel­kie okno przy sufi­cie. Podob­nie jak drzwi zostało zakle­jone pianką wygłu­sza­jącą, a do tego zabite deskami. Przez kil­ka­dzie­siąt kolej­nych sekund w mil­cze­niu przy­glą­dał się pracy tech­ni­ków, zasta­na­wia­jąc się, co tu mogło się wyda­rzyć. Kilka hipo­tez nasu­wało się natych­miast. Po pierw­sze, mor­derca musiał ofiarę jakoś tu zwa­bić. To nie pod­le­gało dys­ku­sji, bo Kotel­ski ważył dobre sto trzy­dzie­ści kilo­gra­mów i Zimny nie wyobra­żał sobie, aby jaki­kol­wiek męż­czy­zna – jeśli nie był strong­ma­nem – mógłby go tu przy­tasz­czyć. Po dru­gie, pro­ku­ra­tor musiał mieć bar­dzo kon­kretny powód, aby się tu poja­wić. Od razu inspek­to­rowi przy­szedł do głowy szan­taż, któ­rym sprawca mógł się posłu­żyć. Kotel­ski miał sporo grzesz­ków na sumie­niu i mógł przyjść w nadziei, że zdoła się doga­dać. Ten trop już na star­cie miał jed­nak poważną wadę – nikt, kto chciałby się doga­dać, nie uszczel­niałby okien i drzwi pianką wygłu­sza­jącą, a następ­nie nie wyba­to­żył faceta na śmierć. Ten zde­cy­do­wa­nie wyszu­kany i skraj­nie nie­hu­ma­ni­tarny spo­sób, w jaki pozba­wił życia pro­ku­ra­tora, musiał być dokład­nie zapla­no­wany. Szan­taż, ow­szem, mógł być wabi­kiem, ale z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa nale­żało zało­żyć, że los Kotel­skiego został przy­pie­czę­to­wany, zanim jesz­cze poja­wił się w szwalni.

Z zamy­śle­nia wyrwała go gwał­towna reak­cja Boruc­kiej, która nagle odchy­liła się i omal nie prze­wró­ciła na plecy.

– Chry­ste! – jęk­nęła, a Zimny kątem oka dostrzegł szczura, który zna­cząc drogę ucieczki krwa­wymi śla­dami, znik­nął gdzieś za pie­cem.

– Wszystko w porządku?

– Tak – mruk­nęła, pod­no­sząc z pod­łogi upusz­czone szczyp­czyki. – Tylko ta robota powoli zaczyna mnie wkur­wiać.

Sze­fowa tech­ni­ków wzięła głę­boki oddech i wró­ciła do pracy. W poszu­ki­wa­niu kolej­nych śla­dów sku­piła się na oko­li­cach poślad­ków ofiary. Coś musiało przy­kuć jej uwagę, bo nachy­liła się jesz­cze bar­dziej. Zimny obser­wo­wał, jak chwyta pęsetę i wsa­dza ją mię­dzy nogi nie­szczę­śnika. Nie zare­ago­wała na obrzy­dliwe „uuu”, które w związku z wyko­ny­wa­nymi przez nią czyn­no­ściami wyję­czał War­szaw­ski. Chwilę póź­niej w szczyp­czy­kach bły­snęło coś, co przy­po­mi­nało łań­cu­szek. Borucka wło­żyła dowód do woreczka stru­no­wego i pod­nio­sła się z kolan.

– No i pro­szę. Pierw­szy kon­kret – rzu­ciła trium­fal­nie, siląc się na wymu­szony uśmiech.

– Znasz się na tej robo­cie… – sko­men­to­wał War­szaw­ski.

Borucka posłała mu mor­der­cze spoj­rze­nie.

– Chcesz jesz­cze coś dodać? – W jej tonie pobrzmie­wało wyraźne poiry­to­wa­nie.

– Nie.

– Jak chcesz, możemy się zamie­nić.

– Dobra już, Anka. Wylu­zuj, kurwa.

– Tak na przy­szłość. Grze­ba­nie w cudzym tyłku nie należy do moich ulu­bio­nych zajęć, więc następ­nym razem odpuść sobie takie gów­niar­skie tek­sty, okej?

– Jesteś prze­wraż­li­wiona – burk­nął War­szaw­ski. – Powiedz lepiej…

– Okej czy nie okej?

– No okej, okej.

– Jeśli okej, to pro­szę bar­dzo. Weź­cie to sobie i pobrandz­luj­cie się na zewnątrz – rze­kła, wrę­cza­jąc im wore­czek z dowo­dem. – Będę tu miała jesz­cze sporo roboty. Zawo­łam was, gdy skoń­czymy.

Zimny przy­jął jej słowa z ulgą. Od dłuż­szego czasu pra­gnął opu­ścić piw­nicę, ale nie chciał wyjść na mię­czaka, zwłasz­cza przy War­szaw­skim, na któ­rym widok zma­sa­kro­wa­nych zwłok wiel­kiego wra­że­nia nie robił. Aspi­rant wziął dowód i skwi­to­wał słowa Boruc­kiej uda­wa­nym recho­tem. Chwilę póź­niej obaj męż­czyźni wyszli z pomiesz­cze­nia.

– Nie wiesz, co ją ugry­zło? – zagad­nął w kory­ta­rzu aspi­rant.

– Nie. Co to jest? – Zimny od razu prze­szedł do kon­kre­tów.

– Jakiś łań­cu­szek chyba… – Pod­niósł wore­czek na wyso­kość oczu, ale musiał się prze­su­nąć, bo w wąskim kory­ta­rzu minęło ich dwóch kolej­nych tech­ni­ków. Byli już w peł­nym rynsz­tunku, a na twa­rzach mieli maski. Ski­nęli kur­tu­azyj­nie i bez słowa ich wymi­nęli.

– Wyjdźmy na świeże powie­trze. Cuch­nie tu jak cho­lera, a do tego w tej ciem­nicy i tak nie­wiele widać – zapro­po­no­wał Zimny i już po chwili obaj poli­cjanci zna­leźli się na zewnątrz.

Raz jesz­cze przyj­rzeli się zawar­to­ści woreczka. W środku ujrzeli nie­wielki srebrny łań­cu­szek. Był czę­ściowo uma­zany krwią i kałem, co nie zmie­niało faktu, że wyglą­dał na tani, być może nawet nie­srebrny. Męż­czyźni spoj­rzeli po sobie. Obaj wie­dzieli, że sytu­acja jest bar­dziej niż poważna.

– Chyba wdep­nę­li­śmy w nie­złe gówno – mruk­nął War­szaw­ski. – Dosłow­nie i w prze­no­śni.

– Na to wygląda. Nikt nor­malny nie zosta­wia po sobie takich śla­dów.

– Zwłasz­cza w dupie pro­ku­ra­tora okrę­go­wego.

– Kurwa. – Zimny się zasę­pił. – Myślisz, że to jed­no­ra­zowy wybryk czy mamy kolej­nego seryj­niaka?

War­szaw­ski przez chwilę zasta­na­wiał się nad odpo­wie­dzią. Z zamy­śle­nia wyrwał go mia­rowo wyjący klak­son. Obaj spoj­rzeli w stronę ulicy, gdzie pomię­dzy przy­pad­ko­wymi gapiami oraz pierw­szymi przy­by­łymi i wyma­chu­ją­cymi mikro­fo­nami i kame­rami dzien­ni­ka­rzami prze­bi­jał się lśniący czarny grand che­ro­kee pro­ku­ra­tor Arlety Win­nic­kiej. Jej śla­dami w brud­nym sta­rym mer­ce­de­sie podą­żał pato­mor­fo­log Robert Krzy­wicki.

– To wia­do­mość, Grze­gorz. – War­szaw­ski wró­cił do dys­ku­sji. Nagle stał się bar­dzo poważny. – Ktoś, kto chciałby odje­bać Kotel­skiego z zemsty, zro­biłby to po cichu. A ten gość wszystko sobie zapla­no­wał. I jesz­cze zosta­wił nam pre­zent. To…

– Pokaż mi jesz­cze raz.

– Masz.

War­szaw­ski wrę­czył inspek­to­rowi wore­czek z dowo­dem. Zimny kil­ka­krot­nie prze­su­nął go w pal­cach i obej­rzał bar­dzo dokład­nie z każ­dej strony. Robił to nie­mal z namasz­cze­niem. Aspi­rant podra­pał się za uchem i zmarsz­czył brwi.

– Mam wra­że­nie, że już gdzieś go widzia­łem – mruk­nął Zimny. – Nie wiem gdzie, ale… Przy­po­mnę sobie.

Oddał wore­czek War­szaw­skiemu i skie­ro­wał wzrok na pro­ku­ra­tor Win­nicką. Wła­śnie wysia­dła z samo­chodu i przy­wi­tała się z dok­to­rem Krzy­wic­kim. Włosy spięła w ele­gancki kok, a na nosie miała duże oku­lary prze­ciw­sło­neczne. W wyso­kich szpil­kach, ide­al­nie skro­jo­nym żakie­cie i ołów­ko­wej spód­nicy wyglą­dała per­fek­cyj­nie.

– Ma nogi, co? – zagad­nął War­szaw­ski.

– No ma…

Obaj obser­wo­wali, jak zmie­rza w ich kie­runku, krę­cąc sze­ro­kimi bio­drami. Obok, nieco nie­zdar­nie, z grubą walizką w ręku drep­tał dok­tor Krzy­wicki.

– Łukasz…

– No…

– Na razie nie wspo­mi­naj jej o naszym odkry­ciu. Naj­pierw chcę się upew­nić.

– Okej. A powiesz mi, co ci cho­dzi po gło­wie?

– Jak ogar­niemy ten syf, to możesz poje­chać ze mną.

– Gdzie?

– Do archi­wum.

ROZ­DZIAŁ 3

Igor Brudny sie­dział przy biurku i z kwa­śną miną przy­glą­dał się rapor­tom z pro­wa­dzo­nej sprawy. Nie lubił papier­ko­wej roboty jak więk­szość poli­cjan­tów, ale to śledz­two było pod tym wzglę­dem wyjąt­kowo upier­dliwe. Gwałt zakoń­czony udu­sze­niem mło­dej dziew­czyny w dam­skiej toa­le­cie jed­nego z popu­lar­nych noc­nych klu­bów jawił się jako zmora dla każ­dego śled­czego. Koniecz­ność prze­słu­cha­nia wszyst­kich pra­cow­ni­ków lokalu, zna­jo­mych ofiary, z któ­rych więk­szość tej nocy była pod wpły­wem alko­holu lub innych środ­ków odu­rza­ją­cych, prze­śle­dze­nie nagrań z kil­ku­na­stu kamer w dys­ko­tece i kolej­nych z miej­skiego moni­to­ringu, a następ­nie wyłu­ska­nie poten­cjal­nych podej­rza­nych, spra­wiały, że kolejne grube pliki doku­men­tów wyra­stały na jego biurku jak grzyby po desz­czu. A to i tak był tylko czu­bek góry lodo­wej. Mógłby wspo­mnieć cho­ciażby o obo­wiązku zło­że­nia wizyty sied­miu lokal­nym gang­ste­rom, któ­rzy upodo­bali sobie tenże lokal do zała­twia­nia brud­nych inte­re­sów, oraz o pro­ble­mach z ojcem dziew­czyny, sza­no­wa­nym biz­nes­me­nem z branży medial­nej, który nie potra­fił uwie­rzyć, że jego córka nie była taka święta, jak do tej pory sądził. Podob­nych „kwiat­ków” było mnó­stwo, ale Brudny nie nale­żał do ludzi, któ­rzy narze­kają, gdy jest dużo pracy. Robił swoje, a ponie­waż z racji ostat­nich spek­ta­ku­lar­nych suk­ce­sów i paskud­nej kon­tu­zji, któ­rej przy oka­zji wyko­ny­wa­nia obo­wiąz­ków się naba­wił, awan­so­wał w hie­rar­chii, miał do dys­po­zy­cji czte­rech ludzi, w tym byłą part­nerkę i naj­lep­szą przy­ja­ciółkę Julię Zawadzką.

Odchy­lił się na obro­to­wym krze­śle i zaczął roz­ma­so­wy­wać łydkę. Mimo że od akcji w Drzon­ko­wie minęło już pół roku, wciąż kilka razy dzien­nie czuł w niej silne mro­wie­nie. Lekarz twier­dził, że doskwie­ra­jąca dole­gli­wość wkrótce przej­dzie, ale Brudny zaczy­nał w to powąt­pie­wać, bo od jakie­goś czasu nie widział poprawy. Pod­cią­gnął nogawkę i przyj­rzał się sze­ro­kiej, szar­pa­nej bliź­nie. Wciąż wyglą­dała na świeżą, a znaczny uby­tek tkanki mię­śnio­wej trudno było odbu­do­wać. I choć noga była już w miarę sprawna, to przy zmia­nie pogody rwała go nie­mi­ło­sier­nie.

Wstał, aby ją tro­chę roz­cho­dzić i pobu­dzić krą­że­nie. Nasta­wił wodę na kawę i zro­bił kilka rund od ściany do ściany. W końcu zatrzy­mał się przy oknie i spoj­rzał na maja­czące w oddali wie­żowce. Wpa­try­wał się bez­myśl­nie w błysz­czące w świe­tle sło­necz­nym szklane ele­wa­cje i ock­nął się dopiero, gdy usły­szał klik­nię­cie elek­trycz­nego czaj­nika.

Nasy­pał do kubka kawy i zalał ją wrząt­kiem. Spoj­rzał na stos doku­men­tów. Pomy­ślał, że to mia­sto zaczyna go przy­tła­czać. Kie­dyś marzył o War­sza­wie, dziś wyda­wała mu się brudna, plu­gawa i zła do szpiku kości. Za dużo pie­nię­dzy, kłamstw, poli­tyki i powią­zań wszyst­kich ze wszyst­kimi. Sto­lica zamie­niła się w bagno i tonęli w nim wszy­scy, któ­rzy mieli w sobie choć odro­binę przy­zwo­ito­ści i nie bali się jej poka­zać światu. Naj­gor­sze było to, że wszy­scy wokół, poczy­na­jąc od miesz­kań­ców, a na sędziach koń­cząc, wie­dzieli, kto powi­nien sie­dzieć, ale jeśli ktoś miał pie­nią­dze albo kon­takty z wła­dzą, mógł spać spo­koj­nie. Okrop­nie go to iry­to­wało i myśl, że głów­nym podej­rza­nym w spra­wie jest syn wice­mi­ni­stra spraw wewnętrz­nych Boży­dara Cza­bań­skiego, spra­wiała, że coraz czę­ściej chciał to wszystko rzu­cić w dia­bły i znik­nąć z mia­sta. Raz jesz­cze spoj­rzał na lśniące w oddali wie­żowce. Wolał nie myśleć, jaki będzie finał tej sprawy. Sama nie­pew­ność wkur­wiała go nie mniej niż prze­ko­na­nie, że prę­dzej czy póź­niej ktoś ukręci spra­wie łeb, a za kratki trafi nie­winny czło­wiek.

Posta­wił kubek z kawą przy lap­to­pie i usiadł. Zaj­rzał do skrzynki. Jak zwy­kle zale­wała ją fala spamu. Julka zawsze się z niego naśmie­wała, że skoro prze­wa­żają oferty zachwa­la­jące suple­menty na powięk­sze­nie penisa, to pew­nie na jakiejś pod­sta­wie reklamy te zostały sper­so­na­li­zo­wane. Nie pro­te­sto­wał, bo nie nale­żał do żar­tow­ni­siów, a Julka aku­rat dosko­nale orien­to­wała się w tema­cie.

Tak jak go nauczyła, zazna­czał nie­chciane wia­do­mo­ści i prze­rzu­cał je do odpo­wied­niego fol­deru, aby sys­tem zapa­mię­tał, żeby je blo­ko­wać. Wtedy usły­szał puka­nie.

– Otwarte – mruk­nął, nie prze­sta­jąc wal­czyć ze spa­mem.

– Dzień dobry, komi­sa­rzu – przy­wi­tał się młody poste­run­kowy. Miał dobre metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, ale był chudy jak szczapa. Brudny widział go już kilka razy, ale ni­gdy wcze­śniej nie roz­ma­wiali. – List dla pana komi­sa­rza – dodał i poło­żył na bla­cie pokaźną kopertę.

– Dzięki. Jak masz na imię?

– Poste­run­kowy Witek Leszek.

– To Witek czy Leszek? – Brudny nie mógł się powstrzy­mać.

– Witek, panie komi­sa­rzu. Leszek to…

– Wiem. Kiep­ski żart.

– Cał­kiem nie­zły, panie komi­sa­rzu.

Brudny popa­trzył na chło­paka peł­nym poli­to­wa­nia wzro­kiem.

– To teraz tego was uczą w szkole poli­cyj­nej?

– Nie wiem, co ma pan na myśli, panie komi­sa­rzu.

– Tak wam teraz każą gadać?

Poste­run­kowy zmarsz­czył brwi, jakby nie do końca zro­zu­miał alu­zję. Brudny pomy­ślał, że traci czas. Naj­wy­raź­niej chło­pak dostał taką fuchę, na jaką zasłu­gi­wał.

– Ja…

– Dobrze, poste­run­kowy Witek. To zna­czy Leszek. Może­cie uznać, że dobrze wyko­na­li­ście swoją robotę. Może­cie odejść.

– Dzię­kuję, panie komi­sa­rzu. Miłego dnia.

Brudny patrzył, jak młody poli­cjant się odmel­do­wuje i znika na kory­ta­rzu. Przy­po­mniał sobie swoje pierw­sze dni w komi­sa­ria­cie. Zaśmiał się pod nosem na wspo­mnie­nie, gdy pewien nadęty sier­żant chciał bły­snąć przy kole­gach i zmu­sić świe­żaka do wyczysz­cze­nia kibla, który wcze­śniej sam zapchał. Brudny potul­nie poszedł z nim do toa­lety, a następ­nie wykrę­cił mu rękę, zało­żył dźwi­gnię i wepchnął głowę do muszli. Sier­żant najadł się wła­snego gówna, a potem wstydu, bo do kibla wpa­ro­wali jego kom­pani, któ­rzy zamiast mu pomóc, wybuch­nęli śmie­chem. Ponie­waż na kole­gów się nie kapo­wało, sprawa nie nabrała ofi­cjal­nego trybu, ale jesz­cze tego samego dnia o incy­den­cie wie­dzieli wszy­scy w komi­sa­ria­cie. Brudny już na star­cie stał się sławny, a sier­żant kilka dni póź­niej popro­sił o prze­nie­sie­nie.

Jedno przy­pad­kowe spoj­rze­nie na stos papie­rów przy­wró­ciło Brud­nego do rze­czy­wi­sto­ści. Się­gnął po list i obró­cił go w dło­niach. Na bąbel­ko­wej koper­cie nie zauwa­żył nadawcy, a jedy­nie odbiorcę: Igor Brudny, wydział zabójstw i dokładny adres komi­sa­riatu. Wyglą­dała co naj­mniej dziw­nie, choć w dzi­siej­szych cza­sach każdy list bez admi­ni­stra­cyj­nej pie­częci albo gra­fiki nadawcy wyda­wał się czymś oso­bli­wym. Mimo to miał złe prze­czu­cia. Kie­ro­wany instynk­tem odło­żył kopertę i wyjął z szu­flady latek­sowe ręka­wiczki. Zało­żył je i ponow­nie chwy­cił ją w dło­nie. Wyma­cał pal­cami nie­wielką rzecz, ale przez bąbelki w koper­cie nie mógł jed­no­znacz­nie oce­nić, jaki ma kształt. Potrzą­snął przy uchu. Efekt był rów­nie mizerny. Wtedy otwo­rzyły się drzwi do jego biura. Bez puka­nia wstęp miały tylko dwie osoby: komen­dant i Julka.

– Co ty tu odpier­da­lasz? – zagad­nął komen­dant Ryszard Beryl.

– Otwie­ram kopertę – odparł Brudny.

– Nie jestem ślepy, ale po co masz na rękach jed­no­ra­zówki?

– Bo dosta­łem podej­rzany list i nie wiem, czy to cza­sem nie ucho albo palec ofiary seryj­nego mor­dercy. Choćby dla­tego.

– Sodówka ci nie ude­rzyła do głowy od tej sławy? Igor, kurwa, sły­szysz mnie, do jasnej cho­lery?

Brudny odło­żył kopertę i spoj­rzał na prze­ło­żo­nego. Beryl był mode­lo­wym przy­kła­dem od lat zasie­dzia­łego, pod­sta­rza­łego gliny. Nie był gruby, ale wydatny piwny brzuch omal nie wyle­wał się znad paska, a czer­wony nos i wory pod oczami zdra­dzały, że wczo­raj­szą noc spę­dził na jakiejś popi­ja­wie.

– Widzę, że impreza była udana – rzu­cił kpią­cym tonem.

– Jesz­cze ty mnie nie wkur­wiaj. – Komen­dant oparł dło­nie na biurku i wymow­nie spoj­rzał na stos doku­men­tów. – Kiedy popchniesz tę sprawę do przodu?

– Mówi­łem ci, kto jest głów­nym podej­rza­nym, ale nie chcia­łeś słu­chać.

– Mówi­łem, że masz zna­leźć nie­pod­wa­żalne dowody, a to co innego.

– Po to tu przy­sze­dłeś?

– Wiesz, że to deli­katna sprawa. Nie wysy­łasz mi żad­nych rapor­tów, więc się pofa­ty­go­wa­łem. Choć, kurwa, sam nie wiem dla­czego…

– Sprawa tego mor­der­stwa cuch­nie na kilo­metr. Wiesz, że syna­lek Cza­bań­skiego był sta­łym bywal­cem klu­bów BDSM? Podobno miał nawet swoje pry­watne nie­wol­nice, które opła­cał z pie­nię­dzy zaro­bio­nych w zarzą­dach kilku spółek skarbu pań­stwa. Czyli mię­dzy innymi z moich i two­ich.

– Poważ­nie?

– Wszy­scy wiemy, że ten szczyl lubi blichtr. A Karo­lina Pisz była jedną z mło­do­cia­nych cele­bry­tek, która ofi­cjal­nie dała mu kosza. W Pasji miał wyku­piony boks dla VIP-ów tuż obok niej i według zeznań kil­ka­krot­nie do niej star­to­wał, ale ona za każ­dym razem go prze­ga­niała. Tro­chę póź­niej zna­leźli ją mar­twą w toa­le­cie. Dla jasno­ści, roz­ma­wia­łem też z kil­koma jego eks. Każda z nich twier­dzi, że nie lubił, jak mu się odma­wia, a do tego kawał z niego sukin­syna.

– To jesz­cze nie powód, żeby dziew­czynę zgwał­cić i zamor­do­wać.

– Dla cie­bie nie. Przy­po­mnieć ci sprawę dark klu­bów?

Beryl cmok­nął i teatral­nie prze­wró­cił oczami. To była wyjąt­kowo paskudna histo­ria. Osiem lat temu z Wisły wyło­wiono sie­dem­na­sto­let­nią dziew­czynę. Nazy­wała się Pau­lina Szy­mań­ska, pocho­dziła z typo­wej pato­lo­gicz­nej rodziny i do sto­licy przy­je­chała z Pod­kar­pa­cia w nadziei na zna­le­zie­nie lep­szego życia. Sek­cja zwłok wyka­zała, że bez­po­śred­nią przy­czyną śmierci było udu­sze­nie, ale ślady na ciele wska­zy­wały, że była też tor­tu­ro­wana. Sprawą zajął się Brudny, który wpadł na trop grupy zza wschod­niej gra­nicy spe­cja­li­zu­ją­cej się w han­dlu żywym towa­rem, a dokład­nie w dostar­cza­niu mło­dych dziew­czyn do tak zwa­nych dark klu­bów. W głę­boko zakon­spi­ro­wa­nych loka­lach sławni i bogaci dopusz­czali się wszel­kiego rodzaju beze­ceństw. Młode kobiety (choć zda­rzali się rów­nież męż­czyźni) były prze­trzy­my­wane w klat­kach, trak­to­wane jak nie­wol­nice i zmu­szane do skraj­nej ule­gło­ści wobec wyuz­da­nych klien­tów. Brudny przez pół roku krą­żył po wsze­la­kich klu­bach dla swin­ger­sów, bur­de­lach czy salo­nach BDSM. Poznał ten świa­tek i w końcu zespo­łowi udało się natra­fić na ślad jed­nego z takich przy­byt­ków. Poli­cyjni infor­ma­tycy zadbali o jego toż­sa­mość i prze­lew dzie­się­ciu tysięcy zło­tych w bit­co­inach na tajem­ni­cze konto orga­ni­za­tora, a Brudny w roli eks­cen­trycz­nego syna pary nowo­bo­gac­kich milio­ne­rów tra­fił na „dark party”. Ni­gdy nie zapo­mni tego, co tam zoba­czył. Nie wcho­dząc w szcze­góły, krótko po roz­po­czę­ciu imprezy do środka wtar­gnęła grupa anty­ter­ro­ry­stów, a on doko­nał aresz­to­wa­nia głów­nego orga­ni­za­tora, któ­rym oka­zał się jeden z sza­no­wa­nych leka­rzy, zało­ży­ciel luk­su­so­wej kli­niki chi­rur­gii pla­stycz­nej w Sopo­cie, nie­jaki Ludwik Dostojny. Facet pro­cesu nie docze­kał, bo powie­sił się w celi aresztu (choć tajem­nicą poli­szy­nela było to, że ktoś naj­praw­do­po­dob­niej mu pomógł), ale naj­gor­szy był fakt, że gdy osta­tecz­nie dobrano się do zare­kwi­ro­wa­nych dys­ków i roz­szy­fro­wano więk­szość danych klien­tów dark klubu, nikt, abso­lut­nie nikt nie poniósł w związku z całą sprawą żad­nej odpo­wie­dzial­no­ści. W toku postę­po­wa­nia usta­lono, że śmierć tam­tej sie­dem­na­sto­latki mogła być wypad­kiem spo­wo­do­wa­nym tym, że któ­ryś z klien­tów w swo­ich har­cach tro­chę się zaga­lo­po­wał. Zdo­łano nawet wyty­po­wać kon­kret­nego czło­wieka, ale wkrótce śledz­two prze­jęło Cen­tralne Biuro Śled­cze, tłu­ma­cząc to tym, że stało się roz­wo­jowe i wpi­suje się w sze­roko zakro­joną ope­ra­cję na skalę mię­dzy­na­ro­dową. Dyski z danymi znik­nęły i wszelki słuch o nich zagi­nął.

– Ech… – Beryl skrzy­wił się w dziw­nym gry­ma­sie i podra­pał po pod­gar­dlu. – Nie sądzę, aby łącze­nie tych spraw miało jaki­kol­wiek sens. Zresztą nie przy­po­mi­nam sobie, aby na tam­tych dys­kach poja­wiło się nazwi­sko Cza­bań­skiego.

– Ow­szem, nie poja­wiło się. Pamię­taj jed­nak, że nie zdą­ży­li­śmy roz­szy­fro­wać wszyst­kich.

– Nie wycią­gaj pochop­nych wnio­sków. Rozu­miem, że masz prze­czu­cia, ale nie ska­zuj chło­paka, dopóki nie znaj­dziesz twar­dych dowo­dów.

– Co to za pier­do­le­nie, Rychu? – Brudny pod­niósł się z krze­sła. – Lepiej załatw z pro­ku­ra­turą pozwo­le­nie na pobra­nie od niego mate­riału bio­lo­gicz­nego. Facet ma motyw, pro­fi­lem pasuje i nie ma alibi. Jeśli to nie wystar­czy, to co, kurwa, wystar­czy?

– Uspo­kój się. Wiesz, jak wygląda sytu­acja. To deli­katna sprawa.

Brudny zmru­żył oczy i nachy­lił się w stronę komen­danta. W tonie Beryla wyczuł nie­po­ko­jącą zmianę.

– Z kim ty wczo­raj piłeś? – zapy­tał podejrz­li­wie.

– Chyba nie myślisz, że będę ci się spo­wia­dał – odburk­nął Beryl. – Rób swoje i dziś wie­czo­rem wyślij mi raport z postę­pów w śledz­twie.

– Ty, Rychu… – Brudny nie odpusz­czał. – Ty chyba nie schla­łeś się z któ­rymś z tych skur­wy­sy­nów z Wiej­skiej?

– Koniec roz­mowy. Wycho­dzę. Raport chcę mieć dzi­siaj do szes­na­stej.

Beryl odwró­cił się i wyszedł. Brudny rzadko się wście­kał, ale teraz miał wra­że­nie, że zaraz eks­plo­duje. Do tej pory uwa­żał komen­danta za uczci­wego czło­wieka, ale fakt, że wszedł w kon­szachty z poli­ty­kami, spra­wił, że sza­cu­nek, któ­rym go darzył, w jed­nej chwili wypa­ro­wał. Beryl nie przy­znał tego jed­no­znacz­nie, ale zdra­dził się swoim zacho­wa­niem. Brudny nie miał co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Od początku zacho­wy­wał się dziw­nie, co nie było w jego stylu. A gdy go tro­chę przy­ci­snął, po pro­stu wyszedł bez słowa wytłu­ma­cze­nia. Nawet nie chciał sobie wyobra­żać, że kom­pa­nem przy kie­li­chu mógł być wice­mi­ni­ster spraw wewnętrz­nych, który jest ojcem podej­rza­nego.

Zre­zy­gno­wany klap­nął na krze­sło. Szyb­sze tętno przy­naj­mniej pobu­dziło ukrwie­nie w nodze i już nie czuł mro­wie­nia. Przez chwilę sie­dział, wpa­tru­jąc się w stos doku­men­tów i pró­bu­jąc zebrać myśli. W jego gło­wie sza­lały jedy­nie te naj­czar­niej­sze. Bo co, jeśli Beryl rze­czy­wi­ście ukręci spra­wie łeb? Miał paskudne prze­czu­cie, że tak to się skoń­czy.

Jego spoj­rze­nie znów padło na podej­rzaną kopertę. Nie zasta­na­wia­jąc się dłu­żej, ostroż­nie ją otwo­rzył i zaj­rzał do środka. Bły­snął nie­wielki kawa­łek metalu. Potrzą­snął kopertą i zawar­tość wypa­dła na biurko.

Wbił wzrok w lśniący przed­miot. Poczuł suchość w ustach i gło­śno prze­łknął ślinę.

Pomy­ślał, że ni­gdy nie uwolni się od prze­szło­ści.

ROZ­DZIAŁ 4

Zimny opu­ścił miej­sce zbrodni i wspól­nie z War­szaw­skim poszedł do sądo­wego archi­wum. Wie­dział, że to na jego bar­kach spo­cznie cię­żar śledz­twa, i jesz­cze przed spo­tka­niem z komen­dan­tem chciał się upew­nić, czy jego podej­rze­nia mają twarde pod­stawy.

Na par­king przy placu Sło­wiań­skim, gdzie wyra­stał gmach Sądu Okrę­go­wego, przy­je­chali oddziel­nie. Jak zwy­kle było tam bar­dzo tłoczno, ale Zimny szczę­śli­wie tra­fił aku­rat na kie­rowcę, który zwal­niał miej­sce. War­szaw­ski musiał poszu­kać dłu­żej, w końcu znie­cier­pli­wiony zapar­ko­wał na traw­niku pod drze­wami.

– Chcesz zaro­bić man­dat? – zapy­tał Zimny, gdy aspi­rant wysiadł z samo­chodu.

– Znają mojego gra­cika. – War­szaw­ski pokle­pał po masce sta­rego pas­sata. – Nikt nie pod­nie­sie na niego ręki, chyba że z góry zakłada, że chce ją stra­cić.

– A nie pomy­śla­łeś, że takim zacho­wa­niem dajesz kiep­ski przy­kład i tak roz­wy­drzo­nemu do gra­nic moż­li­wo­ści spo­łe­czeń­stwu?

– Świę­to­szek się zna­lazł. Wiesz dobrze, że już dawno powinni zro­bić coś z tym par­kin­giem. Powie­dzieć, że jest za mały, to nic nie powie­dzieć. Poza tym nie cho­dzę w mun­du­rze. I nie wyglą­dam na glinę. – War­szaw­ski wyszcze­rzył zęby w paskud­nym uśmie­chu.

– Co prawda, to prawda – skon­sta­to­wał inspek­tor. – Zawsze zasta­na­wiało mnie, co widział w tobie Czar­necki. Teraz już wiem – dodał z drwiną w gło­sie.

– Masz szczę­ście, że dobrze się znamy. Bo gdy­by­śmy się nie znali…

– Tak, wiem. Tylko nie pamię­tam, czy urwał­byś mi głowę przy samej dupie, czy z dupy zro­bił jesień śre­dnio­wie­cza?

– Stą­pasz po cien­kim lodzie, przy­ja­cielu…

Zimny posłał kom­pa­nowi zuchwały uśmiech. Znali się od pię­ciu lat i pomimo prze­pa­ści na pago­nach świet­nie się doga­dy­wali. Zimny zwy­kle był prawą ręką Czar­nec­kiego i koor­dy­no­wał wszyst­kie dzia­ła­nia ope­ra­cyjne, War­szaw­ski zaś – bez­po­śred­nim wyko­nawcą jego pole­ceń. Czło­wie­kiem od czar­nej roboty, który świet­nie poru­szał się w tere­nie i miał dostęp do infor­ma­cji dla wielu innych poli­cjan­tów nie­osią­gal­nych. Z racji swo­jej prze­szło­ści znał wszyst­kich lokal­nych gang­ste­rów, zło­dziei, pase­rów i pro­sty­tutki, a nawet pomniej­szych dile­rów nar­ko­ty­ków, na któ­rych mini­biz­nesy cza­sem przy­my­kał oko. W miej­skim pół­światku był nie tylko znany, ale i na swój spo­sób sza­no­wany.

Męż­czyźni weszli do sądu i po zała­twie­niu kilku spraw pro­ce­du­ral­nych skie­ro­wali się do archi­wum. Pra­cu­jąca tam star­sza kobieta o dość smut­nym wyra­zie twa­rzy pokie­ro­wała ich w odpo­wied­nie miej­sce. Poszu­ki­wany paku­nek był zala­ko­wany i okle­jony taśmą. Zimny w mil­cze­niu roz­ciął kar­ton i wycią­gnął bla­szane pudełko. Otwo­rzył nieco zaśnie­działe wieko.

– Daj ten łań­cu­szek – pole­cił War­szaw­skiemu.

Aspi­rant wycią­gnął wore­czek i męż­czyźni porów­nali dowód z miej­sca zbrodni z całą masą iden­tycz­nych znaj­du­ją­cych się w bla­sza­nym pudełku.

– Bez jaj… Są iden­tyczne. – W tonie aspi­ranta dało się wyczuć podziw. Wycią­gnął jeden i roz­ło­żył na otwar­tej dłoni. – Jak na to wpa­dłeś?

– Pamię­tasz, jak w stycz­niu zde­cy­do­wano o zamknię­ciu sie­ro­cińca tych sióstr zakon­nych?

– Yhy…

– Z racji tego, że Czar­necki zle­cił mi nad­zór nad tym tema­tem jesz­cze w grud­niu przy oka­zji sprawy kani­bala, po wszyst­kim musia­łem dopil­no­wać, aby doku­menty i dowody z klasz­toru tra­fiły do archi­wum sądo­wego. Zapo­zna­łem się z więk­szo­ścią z nich, ale potem ola­łem temat, bo grze­ba­niem w tym syfie zajął się Kotel­ski, więc z góry zało­ży­łem, że postę­po­wa­nie i tak zosta­nie umo­rzone. Zwłasz­cza że odpo­wie­dzialna za orga­ni­za­cję pedo­fil­skiego pro­ce­deru matka prze­ło­żona już nie żyła.

– Gwi­dona…

– Tak, Gwi­dona.

– Hmm… – War­szaw­ski podra­pał się po bro­dzie. – To gruba sprawa nam się robi…

– No…

Zamil­kli na dłuż­szą chwilę, zasta­na­wia­jąc się nad ewen­tu­al­nymi kon­se­kwen­cjami swo­jego odkry­cia. Do archi­wum sądo­wego dostęp był bar­dzo ogra­ni­czony, wobec czego raczej wypa­dało wyklu­czyć prze­cięt­nego oby­wa­tela. To nato­miast suge­ro­wało, że w mor­der­stwo Kotel­skiego może być zamie­szany ktoś ze świata sze­roko poję­tego wymiaru spra­wie­dli­wo­ści.

– Nie wie­rzę w to – ode­zwał się w końcu War­szaw­ski. – Dostęp do archi­wum jest ści­śle moni­to­ro­wany i mor­derca ni­gdy nie zosta­wiłby tak oczy­wi­stego śladu. Strze­liłby tym sobie nie w stopę, ale w łeb.

– To prawda, ale takiej ewen­tu­al­no­ści wyklu­czyć nie możemy.

– No dobra, ale chyba nie suge­ru­jesz, że to któ­ryś z naszych?

– Nie, ale… – Zimny zamy­ślił się na chwilę. – Pamię­tam, że czy­ta­jąc doku­men­ta­cję, natkną­łem się na wzmiankę, że te łań­cuszki dawali wszyst­kim wycho­wan­kom, któ­rzy osią­gali peł­no­let­ność i opusz­czali mury klasz­toru. Ilu takich pozna­łeś oso­bi­ście?

War­szaw­ski uniósł brwi i nabrał powie­trza. Prze­cią­gnął dło­nią po ogo­lo­nej gło­wie i zro­bił kwa­śną minę.

– Lis i Brudny – burk­nął.

– Wła­śnie. Skoro byli wycho­wan­kami, to pew­nie kie­dyś takie dostali. Jeden z nich już gry­zie piach, ale drugi jesz­cze nie.

– Nieee… – War­szaw­ski pokrę­cił głową. – Że niby Brudny?

– Nie wiem. Tylko spe­ku­luję. To pierw­sza osoba, która przy­cho­dzi mi do głowy.

– Bzdura. Igor to spe­cy­ficzny typ, ale dobry glina. Jeden z naj­lep­szych, z jakim pra­co­wa­łem.

– Pod latar­nią naj­ciem­niej…

– Wyklu­czam taką moż­li­wość. On by to roze­grał znacz­nie lepiej. Poza tym gdzie motyw? I tak w ogóle z tego, co wiem, facet sie­dzi w War­sza­wie. Nie, nie. To kom­plet­nie nie trzyma się kupy.

– Nie do końca.

– Nacią­gana teo­ria.

– Pozo­staje jesz­cze kwe­stia tego, że nasz dowód jest nie­kom­pletny. – Zimny uniósł wore­czek z dowo­dem na wyso­kość oczu.

– Bra­kuje krzy­żyka.

– A łań­cu­szek nie jest zerwany, więc nie wygląda na to, żeby ten utknął w… – Inspek­tor zmarsz­czył nos.

– Sprawca umie­ścił go tam z pre­me­dy­ta­cją.

– Wła­śnie. I mia­łeś rację, Łukasz. To wia­do­mość. Tylko czuję w kościach, że nie jeste­śmy jedy­nymi adre­sa­tami.

ROZ­DZIAŁ 5

Wielka mewa prze­fru­nęła, nie­mal zaha­cza­jąc o leżącą na kola­nach książkę. Inspek­tor Romu­ald Czar­necki aż pod­sko­czył z wra­że­nia.

– Widzia­łaś ją? – zapy­tał żonę.

– Kogo? – Jadwiga Czar­necka zsu­nęła oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

– Mewę.

– Pełno tu mew, kocha­nie.

– Ale ta… Zresztą nie­ważne. Nic takiego.

Czar­necki z powro­tem wygod­nie roz­siadł się w leżaku i otwo­rzył książkę. Docho­dziła jede­na­sta, a już skwar lał się z nieba. Oto­czeni nie­od­łącz­nym para­wa­nem z wize­run­kami śmiesz­nych mary­na­rzy wspól­nie z Jadwigą wygrze­wali kości od dobrych trzech godzin i powoli zaczy­nał się nudzić. Miał na sobie tylko nie­bie­skie slipki, oku­lary prze­ciw­sło­neczne i klapki. Czy­tał lekki kry­mi­nał, który pole­ciła mu żona. Nie prze­pa­dał za tego typu lite­ra­turą, bo wiecz­nie odnaj­dy­wał błędy pro­ce­du­ralne, wobec któ­rych jako stary gli­niarz nie mógł przejść obo­jęt­nie. Ten jed­nak oka­zał się cał­kiem przy­zwo­ity i nawet jeśli momen­tami autor tro­chę fabu­lar­nie odla­ty­wał, czy­tało się nie­źle, a książka dawała kon­kretną roz­rywkę.

– I co? Pan inspek­tor już wie, kto zabija? – zagad­nęła żona.

– Eme­ry­to­wany pan inspek­tor – spro­sto­wał ją. – Mam swoje podej­rze­nia.

– Jestem prze­ko­nana, że się mylisz – rzu­ciła mu wyzwa­nie.

– To się okaże. Podasz mi wodę?

Czar­necka się­gnęła do pla­żo­wej torby po butelkę mine­ral­nej i podała ją mężowi. Inspek­tor odło­żył książkę i wycią­gnął dwa pla­sti­kowe kubeczki. Napeł­nił je, wrę­czył jeden żonie, a swój opróż­nił.

– Chyba pójdę się tro­chę schło­dzić – oznaj­mił.

– Tylko uwa­żaj, bo o tej porze woda w morzu wcale nie jest taka cie­pła.

– Dobrze, kocha­nie.

Czar­necki pod­niósł się z leżaka. Mimo że nie minęła jesz­cze połowa czerwca, plaża w Koło­brzegu tęt­niła życiem. Setki kolo­ro­wych para­wa­nów, fru­wa­jące latawce, szy­bu­jące mewy, doka­zu­jące dzie­ciaki i zachwa­la­jący swoje towary sprze­dawcy – wszystko to skła­dało się na jedyny w swoim rodzaju kli­mat, jaki można było spo­tkać tylko nad pol­skim morzem. Czar­necki popra­wił slipki i wol­nym kro­kiem, klu­cząc pomię­dzy fan­ta­zyj­nymi para­wa­nami, skie­ro­wał się w stronę wody. Spę­dził w niej kilka minut, zasta­na­wia­jąc się nad przy­szło­ścią. Od bli­sko pół roku był na eme­ry­tu­rze i zaczy­nał mu doskwie­rać brak zaję­cia. Oczy­wi­ście miało to swoje dobre strony. Mógł wię­cej czasu poświę­cić żonie, ale już kon­takt z żyją­cymi za gra­nicą dziećmi wcale nie oka­zał się tak czę­sty, jak to sobie wyobra­żał. Ilona i Jarek mieli swoje życie, ciężko pra­co­wali i pomi­ja­jąc jedną kil­ku­dniową wizytę w Wied­niu u syna oraz wspól­nie spę­dzone święta Wiel­kiej Nocy, do tej pory nie było oka­zji do częst­szych spo­tkań. Prze­czy­tał wszyst­kie zale­ga­jące na pół­kach książki, a do kilku ulu­bio­nych wró­cił i prze­czy­tał je jesz­cze raz. Pobyt u sio­strzeńca też dobie­gał końca i już za kilka dni miał wró­cić do Zie­lo­nej Góry. Zła­pał się na tym, że bra­kuje mu tego spe­cy­ficz­nego, nie­po­wta­rzal­nego uczu­cia poje­dyn­ko­wa­nia się z prze­ciw­ni­kiem. Sudoku i spo­ra­dycz­nie roz­gry­wane par­tie sza­chów ze szwa­grem nie były w sta­nie zastą­pić dopływu dawki adre­na­liny, jaką ofe­ro­wała mu praca w poli­cji. Co prawda dwa ostat­nie śledz­twa dostar­czyły mu jej aż nadto, mimo to nie mógł uda­wać, że mu tego wszyst­kiego nie bra­kuje.

Wyszedł z wody i wró­cił do żony. Jadwiga wypo­czy­wała na leżaku. W jego oczach jak zwy­kle pre­zen­to­wała się olśnie­wa­jąco. Pomy­ślał, że bar­dzo ją kocha. Za to, jaka była dla niego przez te trzy­dzie­ści lat samot­no­ści, gdy on dniami i nocami uga­niał się za zbi­rami wszel­kiej maści.

– Ktoś do cie­bie dzwo­nił – oznaj­miła, strze­pu­jąc dro­binki pia­sku z brzu­cha.

– Kto?

– Nie wiem. Nie patrzy­łam. Jak woda w morzu?

– Przy­zwo­ita. Sie­dem­na­ście, osiem­na­ście stopni.

– Brrr… – Jadwiga udała, że trzę­sie się z zimna. – Jak wy, faceci, może­cie czer­pać przy­jem­ność z kąpa­nia się w takiej lodówce?

– Naprawdę nie jest taka zła. Też mogła­byś się tro­chę schło­dzić.

– Podzię­kuję. Wytrzyj się, bo masz gęsią skórkę.

Czar­necka się­gnęła po znaj­du­jący się w tor­bie ręcz­nik i wrę­czyła go mężowi. Inspek­tor wytarł się i tro­chę nie­zgrab­nie przy­siadł na leżaku, który pod jego cię­ża­rem omal się nie wywró­cił.

– Ech… – mruk­nął. – Sta­rość nie radość.

– Wyglą­dasz świet­nie, mężu. – Czar­necka unio­sła oku­lary prze­ciw­sło­neczne i posłała mu całusa.

– Cie­kawe jak długo? Od przej­ścia na eme­ry­turę przy­ty­łem pra­wie pięć kilo­gra­mów, a to dopiero pół roku.

– A wiesz, że… – Pod­nio­sła się i wychy­liła głowę ponad para­wan. – Przed chwilą wpa­dła tu jakaś piłka do siat­kówki. O tam, popatrz. Gra grupka face­tów i to mniej wię­cej w twoim wieku. Chęt­nie popa­trzę, jak mój heros poka­zuje im, kto tu rzą­dzi…

– O nie, kocha­nie. Sta­rego gli­nia­rza tak łatwo nie podej­dziesz.

– Prze­cież uwiel­biasz siat­kówkę. Pamię­tam, że kie­dyś gra­łeś i zawsze chwa­li­łeś się, jaki z cie­bie… kozak, tak chyba mło­dzi dziś mówią.

– Dawno i nie­prawda. – Czar­necki z powro­tem roz­ło­żył się wygod­nie na leżaku.

– Czyżby mój inspek­tor szu­kał wymówki?

– Jadzia…

– To nie marudź, że przy­ty­łeś. O!

– Ech…

Czar­necki pod­niósł się i przez chwilę przy­glą­dał się gra­ją­cej eki­pie. Prócz jed­nej młod­szej pary reszta męż­czyzn rze­czy­wi­ście była na oko po pięć­dzie­siątce. I wcale nie wyglą­dali lepiej od niego. Pomy­ślał, że pomysł żony wcale nie jest taki naj­gor­szy. Wstał i bez słowa zaczął się roz­cią­gać. Jadwiga zsu­nęła oku­lary na nos i z szel­mow­skim uśmie­chem przez kil­ka­na­ście sekund mie­rzyła męża wzro­kiem.

– Mmm… – mruk­nęła. – Spra­wiasz, że znów zaczy­nam się czuć jak dwu­dzie­sto­latka.

– A teraz chcesz mnie jesz­cze roz­pro­szyć?

– Na razie to ty mnie roz­pra­szasz, mężu…

– Oj, Jadwiga…

– No idź już, idź, a ja sobie popa­trzę.

Czar­necki uśmiech­nął się do żony i już miał ruszyć w kie­runku gra­ją­cej paczki, gdy usły­szał sygnał dzwo­nią­cego tele­fonu. Przez moment chciał go zigno­ro­wać, ale pochy­lił się nad torbą i wygrze­bał urzą­dze­nie. Ku swo­jemu zdu­mie­niu zoba­czył, że dzwoni Igor Brudny. Ode­brał.

– Dzień dobry, komi­sa­rzu – przy­wi­tał się w sta­rym stylu.

– Dzień dobry, inspek­to­rze. Nie prze­szka­dzam?

– Ależ skąd! Korzy­stam z leni­wego i nud­nego życia na poli­cyj­nej eme­ry­tu­rze. Jestem z żoną na plaży i wła­śnie mia­łem iść pograć w siat­kówkę, ale to może pocze­kać. Długo się nie sły­sze­li­śmy. Co u cie­bie, Igor?

– Widzę, że nie wiesz, co się stało?

Czar­necki zdo­łał poznać Brud­nego na tyle, że jego brak ogłady nie robił już na nim żad­nego wra­że­nia. Ale ton głosu komi­sa­rza i wyraź­nie suge­stywne pyta­nie spra­wiły, że poczuł nie­po­kój.

– Wybacz, ale nie wiem, co masz na myśli. Co się stało?

– Nie żyje Kotel­ski. Media podają, że został zamor­do­wany.

– Pro­ku­ra­tor Bru­non Kotel­ski? – Czar­necki usiadł z powro­tem na leżaku.

– Został zna­le­ziony w piw­nicy jakiejś szwalni. Podobno straszna jatka. Mogę ci wysłać link do arty­kułu „Gazety Lubu­skiej”.

– Znajdę. – Czar­necki przez chwilę pró­bo­wał zebrać myśli. – To poważna sprawa. Zaraz prze­kręcę do Grze­go­rza i zapy­tam o szcze­góły.

– Zapy­taj, bo… – Brudny się zawa­hał. – Gene­ral­nie miał­bym to w dupie, ale w zbiegi oko­licz­no­ści nie wie­rzę.

– Wyczu­wam kło­poty…

– Znasz mnie, Romek. Dzwo­nię do cie­bie, bo tylko tobie ufam.

– Mów.

– Dziś dosta­łem list. Zwy­kła koperta bąbel­kowa z moim imie­niem i nazwi­skiem. Jak się zapewne domy­ślasz, nie było na niej danych nadawcy. – Czar­necki usły­szał, że Brudny zaciąga się papie­ro­sem. – W środku znaj­do­wała się tylko mała zawieszka. Srebrny krzy­żyk. Coś ci to mówi?

– Nie­spe­cjal­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki