Chciwość - Marta Guzowska - ebook

Chciwość ebook

Marta Guzowska

5,0

Opis

Gdy kieruje tobą żądza, jesteś zdolny do najgorszego.

Simona to świetna archeolożka, znawczyni starożytnych kultur i ceniona specjalistka w swoim fachu. Pracuje na największych wykopaliskach na całym świecie. Ma też oryginalne hobby, kradzieże dzieł sztuki. W tym też jest świetna i podobnie ceniona. Różnica tylko taka, że kto inny ceni ją za pierwszy fach, a kto inny za ten drugi. No i ci drudzy zazwyczaj lepiej płacą.

Pewnego dnia dostaje zlecenie kradzieży legendarnego złotego diademu pochodzącego ze skarbu Priama. Przyjmuje to zlecenie bez wahania. Honorarium jest warte ryzyka. Opracowuje inteligentny plan i wprowadza go w życie. Jak się okazuje nie ona jedna dostała to zlecenie.

Czy można okraść złodzieja? Ile można poświęcić, gdy kieruje tobą żądza zysku? Czy warto ufać innym?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Kolekcje



Copyright © 2016 by Marta Guzowska Copyright © 2016 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o. 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15 Dział handlowy: tel. 22 360 38 42 Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Opieka merytoryczna: Anna Luboń Redakcja: Elżbieta Kobusińska Korekta: Janusz Sigismund Skład i łamanie: TYPO Marek Ugorowski Redakcja techniczna: Mariusz Teler Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN Zdjęcie na okładce: Colleen Farrell/Arcangel Images Zdjęcie autorki na skrzydełku: Szymon Kobusiński/Studio Bank, stylizacja powstała we współpracy z Atelier Joanna Klimas

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

ISBN: 978-83-8053-096-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dla Ani, bez której ta powieść nie dostałaby kopa.

I dla

Zdobądźcie złoto, w ludzki sposób, jeśli to możliwe, ale za wszelką cenę – zdobądźcie złoto.

Ferdynand, król Hiszpanii w liście do kolonistów „Hispanioli” z 25 lipca 1511 r.

Jedenaście reguł dobrej złodziejki

Nie ufaj nikomu!Nie kłam. Bo najlepsze rezultaty daje mieszanka kłamstwa i prawdy.Najłatwiej ukryć się w pełnym świetle.Zawsze trzeba próbować. Nawet na łożu śmierci.Nie wychodź przed szereg.Rżnij głupa, jak długo się da.Nigdy nie biegnij.Zachowuj się, jakbyś cały czas był na podsłuchu.Żadnych kontaktów z policją!Jeśli chcesz coś znaleźć, musisz zrozumieć, co siedzi w głowie tego, kto to schował.Żadnych taksówek.

PROLOG

Jerry ma mieszane uczucia co do obrabiania turystów. Z jednej strony turyści często noszą przy sobie większą kasę. Zwłaszcza jeśli przyjechali z kraju o jakimś innym systemie kart kredytowych, albo nie lubią płacić bankom prowizji. Poza tym są: a) zmęczeni upałem, b) mało rozgarnięci, c) często się kłócą (zwłaszcza małżeństwa). Więc to żadna sztuka takiemu spoconemu, zagapionemu i obrażonemu na żonę turyście wyciągnąć coś z kieszeni.

Z drugiej strony turyści zazwyczaj trzymają tę kasę w takich specjalnych pasach albo saszetkach zawieszonych na szyi, pod ubraniem. Jakby mogli, wsadziliby ją sobie w tyłek. Tak jak ci z plecakami. Każdy plecak co najmniej dwadzieścia kilo, ale oni tak się boją o swoje stare ciuchy, że nie zostawili ich u kasjerki, tylko dźwigają je podczas zwiedzania ruin. W czterdziestostopniowym upale! I jeszcze cały czas trzymają się za ręce, zresztą może się skleili. Jerry’emu robi się niedobrze na myśl, że mógłby teraz trzymać kogoś za spoconą rękę. Chociaż raczej mu niedobrze od wczorajszego piwa. Wiadomo, kac w upale to najgorsza rzecz. W każdym razie ta dwójka z plecakami na pewno nosi pieniądze na szyjach, pod przepoconymi podkoszulkami.

Natomiast facet, który wygląda na profesora (może naprawdę nim jest, w końcu, zdaje się, tu są jakieś wykopaliska), ma portfel w tylnej kieszeni, Jerry widzi nawet z daleka, jak materiał się tam wybrzusza. Ten profesor, chociaż już nie taki młody gość, bo czarne kręcone włosy siwieją mu na skroniach, chyba w ogóle się nie poci w cienkich płóciennych spodniach, koszuli z długim, ale podwiniętym do połowy przedramienia rękawem i skórzanych espadrylach. Za to dwaj młodsi kolesie, którzy idą za nim wąską koleiną pośród zeschłej trawy i wyglądają jak studenci, mają mokre plamy na podkoszulkach. Wyższy, ze złamanym nosem, co chwila ociera rękawem twarz. Niższy, napakowany, pali papierosa i spluwa.

Jerry obserwuje ich uważnie. Bo oprócz tych trzech facetów i pary z plecakami w ruinach Sanktuarium Wielkich Bogów na Samotrace nie ma nikogo. A on jeszcze dzisiaj nic nie zarobił.

Zresztą nie zarabia jakoś przesadnie. W końcu ile ludzie dzisiaj noszą przy sobie gotówki. Stówa, maksymalnie dwie. Wszyscy płacą kartami. On jednak kart nie tyka. Po co komplikować sobie życie, które ma być przyjemne i proste? Kradzież gotówki trudno udowodnić, chyba żeby ktoś przyłapał go na gorącym uczynku. Ale Jerry nieźle sobie radzi. Gotówki, którą znajduje w portfelach, wystarcza akurat na miłe wakacje: na bilet na prom, obiad w tawernie, a nawet czasem na hotelik. A jak na hotelik nie starcza, Jerry nie ma nic przeciwko spaniu na plaży. W końcu jest lato, Grecja, ludzie, czego więcej chcieć!

Dochodzi dopiero dziewiąta, a powietrze jest już tak rozgrzane, że parzy nozdrza. Nie czuć nawet odrobiny wiatru. Tylko cykady hałasują. Jerry obserwuje, jak mężczyzna o wyglądzie profesora i studenci dochodzą do końca koleiny w trawie i idą dalej, przez ruiny. Mijają parę. Chłopak i dziewczyna, ani na chwilę nie puszczając swoich rąk, zadarli głowy i podziwiają częściowo zachowane kolumny.

– Patrz, kochanie, wszystko inne się zawaliło, a one ciągle stoją – mówi chłopak.

– Nie, kochanie – prostuje jeden ze studentów, ten z papierosem – one też się zawaliły. Tylko archeolodzy ustawili je z powrotem. I pamiętaj, żadnego seksu bez zabezpieczenia z tym idiotą, bo twoje dzieci będą miały IQ jak kozy.

Chłopak z pary otwiera usta i czerwienieje. Obaj studenci wybuchają śmiechem. Ale profesor ogląda się zniecierpliwiony. Student rzuca papierosa na piasek, starannie przydeptuje i podbiega. Profesor zaczyna coś tłumaczyć. Jerry słyszy pojedyncze słowa: „zakonserwować”, „warstwy”, „osypuje się”. Czyli miał rację, to pewnie archeolodzy. Ci to nigdy nie śmierdzą kasą, ale w pobliżu nie widać nikogo innego, kogo mógłby obrobić, a jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Dzwoni telefon. Profesor wyjmuje z kieszeni aparat. Jerry udaje, że interesuje go coś, co się nazywa epopteion, w każdym razie tak jest napisane na zblaklej od słońca tabliczce. Nie spuszczając wzroku ze starożytnych ruin, przysuwa się bliżej do profesora i studentów.

– Prawdziwy diadem Heleny? Oryginał? – pyta profesor kogoś w słuchawce i odwraca się tyłem.

Jeden ze studentów wyjmuje papierosa, drugi pstryka mu zapalniczką przed nosem. Jerry wykorzystuje to i przysuwa się jeszcze bliżej.

– Muszę go mieć najpóźniej do wtorku – mówi profesor do słuchawki.

Ktoś po drugiej stronie chyba protestuje, bo profesor jest zniecierpliwiony.

– Wymyśl coś. Na przykład, że twoja matka ciężko się rozchorowała.

Teraz! Profesor z pochyloną głową słucha odpowiedzi, a studenci cicho rozmawiają między sobą. Lepszego momentu nie będzie.

Jerry rusza wąską ścieżką w ich kierunku. Jeśli nie chce sobie podrapać odsłoniętych nóg, i tak musi przecisnąć się między profesorem a kolczastym krzakiem, który rośnie obok ścieżki. Profesor usuwa się z drogi.

– Dzięki – mamrocze Jerry. Profesor marszczy nos. Dobra, Jerry sam wie, że śmierdzi, bo od dwóch dni nie stać go na pokój z prysznicem. Zresztą w tym upale człowiek śmierdzi już po godzinie, więc po co zaraz robić z tego demonstrację?

– Do wtorku – kończy rozmowę profesor. – Ani dnia później. Bo klient nie będzie dłużej czekał.

Jerry słyszy go za plecami. Stara się nie przyspieszać kroku. Po prostu sobie idzie, ani za wolno, ani za szybko, w kierunku bramy wyjazdowej. Kiedy mija kolejny zeschły krzak, wyciąga z portfela pieniądze. Portfel jest fajny, z gładkiej czarnej skóry, ale Jerry posyła go lobem w żółtą trawę, która sięga kolan. Mogą go szukać do końca świata. Szybko przesuwa w dłoniach banknoty. Ponad dwie stówy, no, no! A podobno naukowcy kiepsko zarabiają. Przynajmniej dzisiaj wieczorem będzie prysznic i normalne łóżko.

Profesor kończy rozmowę. Za chwilę schowa telefon do kieszeni. Jerry robi wszystko, żeby nie biec, chociaż to niełatwe.

I prawie się udaje.

Prawie.

Studenci dopadają go obok budynku kasy. Nie zadają pytań, od razu chwytają go z obu stron za ramiona i ciągną.

Jerry się szarpie i krzyczy „no co?!”, ale studenci zachowują się jak głusi, a para z plecakami gdzieś zniknęła. W ruinach nie ma nikogo oprócz niego, studentów i profesora. No i cykad, które nadal drą się jak oszalałe.

Studenci puszczają Jerry’ego na ścieżce. Ten napakowany zrywa mu z ramienia plecak i wytrząsa zawartość.

– Co się dzieje, do cholery?! – krzyczy Jerry, bo przecież musi udawać niewinnego.

Z plecaka wylatuje paszport, przewodnik w podartej okładce, kawałek szmaty, który na ziemi przybiera kształt podkoszulka i portfel, nie skórzany i elegancki, tylko z tkaniny, z jakiej robią plecaki, zapinany na rzepy. Profesor trąca go czubkiem espadryla.

– Sprawdźcie mu kieszenie – poleca.

Studenci macają Jerry’ego po szortach. Z jednej kieszeni wyciągają pół paczki gumy do żucia, z drugiej zwitek banknotów.

– Nic nikomu nie ukradłem! – krzyczy Jerry, chociaż lepiej zrobiłby, gdyby był cicho, bo napakowany student krzywi się i wali go w szczękę. Jerry upada na kolana.

– Nic nie ma – mówi ten drugi z nosem.

– Pewnie od razu wyrzucił portfel w krzaki. – Profesor robi ruch ręką. – Sprawdźcie, ile jest tych pieniędzy.

Ten z nosem przelicza.

– Dwieście sześćdziesiąt euro. Trzy pięćdziesiątki, cztery dwudziestki, dziesiątka i reszta piątki.

– Jaki interesujący zbieg okoliczności. – Profesor pochyla się nad Jerrym, ale zaraz się prostuje i ociera nos wierzchem dłoni. – Dokładnie tyle miałem w portfelu.

– Nic mi nie udowodnicie. To moje pieniądze!

– Aha. A dlaczego były luzem w kieszeni?

– Bo tak mi się chciało, jasne?

– Grzeczniej! – warczy profesor. – Trochę grzeczniej.

Napakowany student kopie Jerry’ego w kolano. On krzyczy i zgina się wpół.

– Dobra, zabierzcie go – mówi profesor. Odwraca się i idzie dalej ścieżką. Studenci za nim ciągną Jerry’ego, który próbuje się wyrwać, choć słabiej niż poprzednio. Próbuje też dowiedzieć się, dokąd go ciągną, ale napakowany student znowu go kopie, tym razem w goleń.

Za ruinami wąska ścieżka wije się jeszcze spory kawałek między kolczastymi krzewami. Zatrzymują się przy wykopie. Przy ogromnym wykopie. Jerry wyciąga szyję i nie widzi dna.

Student z nosem puszcza go i podchodzi do krawędzi.

– Niech pan sam zobaczy, panie profesorze. Trójka naprawdę się osypuje.

Profesor mruży oczy od słońca.

– Zjedźmy lepiej na dół – proponuje. – W tym świetle nic z góry nie widać.

Student z nosem podchodzi do krawędzi wykopu, przy której zamocowana jest ruchoma platforma na pionowej szynie, jak winda towarowa. Wchodzi na metalową płytę, za nim mężczyzna z kręconymi włosami. Napakowany ciągnie Jerry’ego i zmusza go, żeby też wszedł.

– O co chodzi? No powiedzcie mi wreszcie, do kurwy, o co wam chodzi. – Jerry się szarpie.

Profesor się krzywi. Napakowany student wali Jerry’ego pięścią w brzuch.

– Szef nie lubi brzydkich wyrazów – wyjaśnia.

Student z nosem naciska czerwony przycisk i platforma rusza. W połowie szarpie się i zatrzymuje, po chwili jedzie dalej. Nieruchomieje pół metra nad dnem wykopu.

Profesor zeskakuje, za nim student z nosem. Jerry nie ma ochoty zejść, ale napakowany student mocno go popycha.

Na dole panuje chłód, promienie słońca jeszcze tu nie dotarły. Jerry podnosi głowę. Ściany są wysokie jak kamienica. Widać na nich układ warstw ziemi.

Student z nosem podchodzi do ściany.

– Widzi pan, panie profesorze? Lakierowanie nic już nie da. Gleba jest w tym miejscu mniej zwięzła. Boję się, że jak to się osypie, to runą też górne warstwy.

Profesor się pochyla.

– Petros chce tu przykręcić płytę z pleksi, ale ja nie wiem, czy to się utrzyma – wtrąca ten napakowany. – A jak wszystko poleci pod ciężarem płyty?

– Nie poleci, jak się da bardzo długie wkręty – mówi tamten z nosem.

Jerry śledzi przez chwilę ich dyskusję. A potem tyłem zaczyna się cofać do platformy. I znowu prawie mu się udaje.

Prawie.

Jak w zabawie w kotka i myszkę.

Profesor prostuje plecy.

– Lakier nie wystarczy, to jasne. Natomiast co do płyty z pleksiglasu, naprawdę nie jestem pewien. Zobaczymy, co powie Klio. No dobrze, chyba możemy wracać.

Napakowany szybkim krokiem podchodzi do Jerry’ego i odpycha go od platformy.

– Ty tu zostajesz – rzuca.

– Ha, ha – chojrakuje Jerry. – Będziecie mnie tu trzymali, aż umrę z głodu?

Profesor wspina się na platformę. Student ze złamanym nosem jest tuż za nim. Napakowany odwraca się i mówi:

– Nie, z głodu to za długo trwa. Z pragnienia.

– Chyba was popierdoliło!

Profesor się krzywi. Napakowany chce się cofnąć i dokopać Jerry’emu, ale ten z nosem mówi: „Daj spokój, Yanni, bo się spóźnimy”. Napakowany wchodzi na platformę. Ten z nosem naciska przycisk i ruszają do góry.

– Chciwość jest cechą wstrętną i grzeszną – odzywa się nagle profesor. – To Platon. Wiesz, kim był Platon?

– To ulubiony cytat szefa – dodaje student z nosem.

– Nie wiem i mam to w dupie! – krzyczy Jerry. Platforma jest już za wysoko, żeby mógł jej dosięgnąć, nawet gdyby podskoczył. – Nie możecie mnie tu zostawić!

– Możemy – odpowiada ze śmiechem napakowany. – Nie będziesz pierwszy. I na pewno nie ostatni.

– Wsadzą was. Ktoś mnie w końcu znajdzie.

Napakowany kuca przy krawędzi platformy.

– Stary – mówi – to są wykopaliska archeologiczne. Słyszałeś o lepszym miejscu, żeby pozbyć się zwłok?

Jerry nie ma na to dobrej odpowiedzi. Zresztą nawet jakby miał, profesor i jego studenci niczego by nie usłyszeli. Platforma jest już wysoko, a cykady drą się jak oszalałe.

Rozdział 1

Złoto.

Pierwiastek oznaczony literami Au (od łacińskiego aurum) i liczbą atomową siedemdziesiąt dziewięć. W normalnych warunkach występuje w stanie stałym, jako miękki, kowalny, jasnożółty połyskliwy metal.

Złoto jest jednym z najmniej reaktywnych pierwiastków. To znaczy, że praktycznie nie da się go zniszczyć. Można je przetopić, przekuć, zmieszać z innymi metalami, ale ono nie zniknie. I zawsze ma te same właściwości, wszystko jedno, czy jest plombą w zębie, obrączką na serdecznym palcu prawej ręki, cienką powłoką na bizantyńskim malowidle w kościele Hagia Sophia czy sztabką w bankowym sejfie. Jak się kiedyś wybierzecie do muzeum w Kairze, obejrzyjcie koniecznie złoty mostek zębowy. Ma ponad cztery i pół tysiąca lat, a jest w takim stanie, że można by go spokojnie zamontować w jamie ustnej, wystarczy opłukać. Całe wydobyte od początku świata złoto (podobno jest go prawie dwieście tysięcy ton, ale to informacja z Wikipedii, więc nie musi być dokładna) nadal istnieje: w gablotkach ze starymi monetami, na kościelnych malowidłach, na stronach średniowiecznych manuskryptów, w bankach, w jamach ustnych, w uszach, na palcach i we wrakach statków.

Złoto jest bardzo wydajne. Z jednej uncji (to trochę więcej niż dwadzieścia osiem gram) można wymłotkować drut o długości ponad osiemdziesięciu kilometrów albo arkusz o powierzchni ponad dziewięciu metrów kwadratowych.

Ze złota nie da się niczego zbudować, jest za miękkie. Jednak dzisiaj jego cena wynosi ponad czterdzieści tysięcy dolarów za kilogram. Dla porównania cena stali to jakieś pół dolara za kilogram. A ludzie zabijają się nie dla stali, lecz dla złota.

Bo złoto ma jeszcze jedną cechę. Jeśli ktoś je posiada, chce mieć więcej…

To dla złota klęczę od rana na ziemi usianej drobnymi kamieniami, które wbijają mi się w kolana przez nogawki spodni. Na wykopie nie ma cienia, temperatura w słońcu wynosi sto stopni, a ja zapomniałam kapelusza. Pot spływa mi po czole; po karku już nie spływa, bo od razu zasycha i piecze.

Archeolog, tak jak saper, myli się tylko raz. Jak coś wykopie i zapomni to narysować, sfotografować, opisać w dzienniku wykopaliskowym i jeszcze wypełnić rubryki wszystkich kart, których jest więcej niż stron w książce telefonicznej prywatnych abonentów Nowego Jorku, informacje przepadną na zawsze. Przepadnie cały kontekst. Kontekst to święta krowa archeologii i jeszcze usłyszycie ode mnie to słowo. Kontekst to zbiór informacji, które dotyczą okolicy znalezionego przedmiotu. W tym konkretnym przypadku to wszystkie informacje o tym, kiedy grób został wykopany, czy nieboszczykowi dano na wieczną pamiątkę jeszcze coś oprócz pierścienia, czy zachowały się jakieś resztki ubrania, i tak dalej, i tak dalej.

Andreas i drugi student, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć w tym upale, są dobrymi archeologami. Wiedzą o tym. Dlatego się nie spieszą. Omiatają pędzlami szkielet, kostka po kostce, pyłek po pyłku. Nie przegapią żadnej informacji. Wszystko w temperaturze stu stopni. Bez cienia.

Wygarniam spod lewego kolana ostry kamień i pogrążam się w marzeniach. O tym, że zrywam się na nogi, jednym ruchem zdejmuję z palca szkieletu złoty pierścień i tym jednym ruchem niszczę całą stratygrafię, układ warstw i położenie szkieletu. A potem nonszalanckim krokiem odchodzę do pracowni. Tam podstawiam twarz pod wiatrak. Otwieram lodówkę i okazuje się, że nikt nie wypił coli. I że wszystkie puszki, a jest ich wiele, czekają tylko na mnie.

Nie robię tego. Cenione specjalistki od antycznej biżuterii, takie jak ja, nie mogą sobie pozwolić na niszczenie naukowych danych. Ale moje marzenie jest piękne. Dlatego nie zauważam, że Andreas przestaje omiatać szkielet pędzlem i podnosi głowę. Ani że student się obraca i ogląda w tym samym kierunku. Ani że Andreas mamrocze coś na powitanie.

Wkurza mnie dopiero głos, który słyszę za plecami.

– O, Simona! Nie do wiary, jaki ten świat jest mały.

Odwracam się ostrożnie. Gwałtowne ruchy są niewskazane w upale, poza tym obawiam się, że może mnie trafić szlag.

Podnoszę się. Czekam, aż przed oczami przestaną mi latać ciemne plamy. Potem podpieram się pod boki i patrzę na Ivana.

Jego zdjęcie można by zamieścić w encyklopedii obok hasła „pretensjonalny archeolog”. Pieprzony Indiana Jones. Płócienne spodnie, skórzana kurtka, koszula, która niegdyś była biała, a teraz dowodzi, jak bardzo jej właściciel się spracował. I kapelusz. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyjął zza paska pejcz.

Ivan wachluje się kapeluszem. Kiedy widziałam go ostatni raz, miał mniejsze zakola. Łapie moje spojrzenie i szybko nakłada kapelusz z powrotem na głowę.

– Ale gorąco! – zauważa. – Wykopaliska powinno się prowadzić w zimie.

– Czego tutaj chcesz? – pytam.

– Skarbie! Ja też się za tobą stęskniłem. I nie miałem pojęcia, że cię tutaj spotkam.

Przesuwam się, żeby stanąć pod światło.

– Przestań pieprzyć, Ivan. Doskonale wiedziałeś, że mnie tu spotkasz. Czego chcesz?

– E, no, czego może chcieć archeolog na wykopaliskach? Zobaczyć materiał, oczywiście. Pogadać z kolegami… – Ivan próbuje zająć lepszą pozycję, ale nie może, bo obok jest krawędź wykopu. Mruży oczy, rondo kapelusza jest za małe i nie chroni przed słońcem.

Już nigdy. Nigdy, nigdy, nigdy! Nigdy w życiu nie zwiążę się z archeologiem. A jak się zwiążę, to nie z dobrym archeologiem. Nie z takim, którego każdy kierownik wykopalisk zaprasza, żeby obejrzał znaleziony materiał. A jak już się z takim zwiążę, to nigdy z nim nie zerwę…

Do Ivana podchodzi dziewczyna. Ma długie nogi i długie włosy, za to krótkie szorty, podkoszulek na ramiączkach i dekolt na tyle głęboki, żeby każdy mógł docenić kunszt tatuażysty, który wydziarał jej nad prawą piersią czerwono-błękitnego węża. Obejmuje Ivana w pasie, a on kładzie jej rękę na pośladku. Turecki robotnik osłania dłonią oczy od słońca, kaszle, odwraca się i zapala papierosa.

– Kochanie, to jest właśnie Simona.

Przyglądam się dziewczynie. Nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Czyli studentka. Studentka, którą Ivan bzyka tak zapamiętale, że zapomniał jej powiedzieć, jak powinna się ubrać na wykopaliska w Turcji.

I żeby było jasne: ja też lubię się ubrać, chociaż niekoniecznie w sandały na platformach. Ale chciałabym mieć teraz jakieś ładne sandały, z których widać pomalowane paznokcie. I ładną sukienkę, na tę pogodę jedwab byłby jak znalazł. Tylko na wykopaliskach klęczy się godzinami na ziemi. Albo się na niej siedzi. A jak się nie klęczy i nie siedzi, to chodzi się po kamieniach i wspina na jakieś murki albo przeciska przez kolczaste krzaki. Archeolog nie pociągnie długo w sandałach. Potrzebne mu solidne buty i długie spodnie z grubego materiału. Nawet jeśli chodzi o górną część ubrania, nie warto się wysilać: co nie wypłowieje na słońcu i czego nie podziurawią przydrożne gałęzie, to zniszczą praczki. Kobieta, która pierze nasze ubrania w Troi (i chwała jej za to!), ma zwyczaj zalewać ciuchy wrzątkiem. Nawet nie chcę myśleć, co zrobiłaby z jedwabną sukienką.

Dumam o ciuchach i nie słyszę początku, tylko: 

– …mi miło.

Studentka wyciąga rękę.

– Jestem Ernestyna. Strasznie się cieszę, że mogę cię poznać osobiście. Ivan tyle mi o tobie opowiadał…

– Aha. – Wycieram dłonie o spodnie i wsadzam ręce do kieszeni. – A mówił, że ja nie przechodzę ze studentami na ty?

Studentka stoi przez chwilę z wyciągniętą ręką, potem ją cofa.

– Och, skarbie, nie musisz być taka zasadnicza. – Ivan szczerzy w uśmiechu zęby i obejmuje Ernestynę. – Tina to wspaniała studentka. Ma u mnie same szóstki.

– Aha. Na zajęciach też? Czy tylko w łóżku?

Udaje, że nie dosłyszał. Oboje udają.

– I będzie z niej doskonały archeolog .– Ivan klepie Ernestynę po pupie. – No dobra, na razie spadamy. Muszę pogadać z Cemalem o tym materiale. Po to tu przyjechaliśmy. Prawda, kochanie? – Kolejne klepnięcie w pupę.

Ernestyna, zamiast strzelić go w gębę, uśmiecha się od ucha do ucha.

– Bardzo bym chciała się czegoś nauczyć na prawdziwym materiale. Wykłady są ciekawe, ale to nie prawdziwa archeologia. Co innego tu, na wykopaliskach. Wszystko jest takie fascynujące. Nawet taki zwykły grób jak ten, który odkopujecie.

Andreas podnosi głowę i otwiera usta. Jestem szybsza:

– Tak, jasne. Nawet taki zwykły grób jest fascynujący. Bo w Troi nie ma grobów. Nie ma pochówków. Nie wiadomo, co mieszkańcy miasta robili z ciałami swoich zmarłych. To jest dopiero szósty grób, jaki kiedykolwiek został znaleziony. Na tysiące lat historii miasta.

Ocieram świeżą strużkę potu, która spływa mi po karku. Rozpalona skóra piecze jak cholera. Mówię dalej:

– I taki zwykły pierścień na palcu trupa. Pierwszy pierścień, jaki do tej pory mamy z Troi sześć. Złoty.

Ernestyna cofa się o krok.

– Ja… Bardzo przepraszam… To znaczy… Myślałam, że…

– U was na studiach wymagają myślenia? – Otwieram szeroko oczy.

Ivan daje krok do przodu i wchodzi między mnie i studentkę.

– Daj spokój, skarbie. Dziewczyna stara się, jak może…

– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

– Strasznie jesteś złośliwa.

Nie odpowiadam. Przyglądam się przez chwilę polakierowanym na jaskrawy błękit paznokciom stóp Tiny w sandałkach z pasków na wysokim koturnie. Jeszcze raz otrzepuję ręce o spodnie. Potem wspinam się na odwrócone do góry dnem wiadro, które służy za schodek. Ignoruję wyciągniętą dłoń Ivana i sama gramolę się z wykopu.

– Dokąd idziesz? – pyta Andreas. – Zaraz będziemy zdejmować pierścień. Nie chcesz obejrzeć?

– Obejrzałam, jak omiataliście go pędzelkami. – Ocieram pot z karku. – To jest sygnet, najprawdopodobniej minojski, albo lokalne naśladownictwo. Obrączka zdobiona granulowaniem. Na oczku repusowana scena adoracji świętego krzewu przez trzy kobiety. Jeśli naśladownictwo, to bardzo dobre. A jeśli import, to mamy bezpośredni dowód kontaktów Troi z Kretą, i to w sferze ideologicznej, bo wiesz chyba, że to jest ikonografia religijna. Czy to import, czy naśladownictwo powiem, jak obejrzę sygnet pod mikroskopem. Ale to chyba może poczekać, nie?

Przyglądam się z uśmiechem, jak Andreasowi opada szczęka. Każdy lubi się czasami popisać, ja też.

– „Zaraz” to u was co najmniej pół godziny. Przez ten czas zdążę się czegoś napić. I wysikać. I powiedzieć Cemalowi, żeby wywalił z wykopalisk tego idiotę.

Ruszam w stronę ścieżki. Ivan puszcza pośladek Tiny i biegnie za mną.

– Skarbie, o co ci chodzi?

Nie odpowiadam. Nie przyspieszam kroku. W czterdziestostopniowym upale wszystkie ruchy należy wykonywać powoli i z rozwagą.

– Chodzi ci o Tinę? Tak? Że ją tu ze sobą zabrałem? Nie wiedziałem – na usta Ivana wypływa uśmieszek – nie wiedziałem, że ciągle jesteś o mnie zazdrosna.

Chętnie bym splunęła, ale w upale należy oszczędzać ślinę.

– Nie jestem. – Mimo wszystko próbuję odcharknąć. Wychodzi tak sobie. – Niech ci to nawet przez sekundę nie przejdzie przez myśl.

– Więc o co ci chodzi?

– O nic. Po prostu nie mam ochoty przebywać w twoim towarzystwie.

– Ale przecież ty zajmujesz się swoją biżuterią, a ja narzędziami kamiennymi. One nawet są przechowywane w innych kontenerach. Więc…

Ivan chwyta mnie za ramię. Szarpię się, ale on nie puszcza. Czeka, aż na niego spojrzę.

– A może ci przeszkadza, że wiem, po co naprawdę tu jesteś?

Nieruchomieję.

– I wiem, co masz zamiar ukraść.

Rozdział 2

Saliera Celliniego, mówi wam to coś? Nie? Do diabła, czytajcie czasem gazety! Dwadzieścia sześć centymetrów wysokości, trzydzieści trzy i pół centymetra długości. Pięć kilogramów czystego złota plus trochę emalii. Dwie figurki ze złota, rzecz jasna, kobieta i mężczyzna. Symbolizują ziemię i morze, a tam, gdzie stykają się ich nogi, jest pojemnik na sól. Wykonana w połowie szesnastego wieku przez złotnika Benvenuta Celliniego na zamówienie króla Francji Franciszka I. Szacowana na jakieś pięćdziesiąt milionów euro, choć pewnie niejeden prywatny kolekcjoner dałby za nią więcej. Znacznie więcej.

W nocy z dziesiątego na jedenastego maja dwa tysiące trzeciego roku Robert Mang, pracownik Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, wlazł do muzeum po rusztowaniu (był remont fasady) i ukradł salierę. Policja odzyskała ją dwudziestego stycznia dwa tysiące szóstego roku: była zakopana w lesie koło miejscowości Zwettl w Austrii. Ten koleś Mang twierdził potem w sądzie, że chciał sprawdzić zabezpieczenia muzeum. A co miał powiedzieć? Sędzia mu nie uwierzył, i słusznie. Mang pewnie się nie dogadał z odbiorcą. Gdyby się dogadał, pies z kulawą nogą nie zobaczyłby saliery Celliniego aż do końca cywilizacji. Albo dłużej.

Przypominacie sobie już? Na pewno czytaliście o tej historii w gazetach. A jeśli nie czytacie gazet, to widzieliście w wiadomościach. To teraz pozwólcie sobie powiedzieć: czytaliście albo słyszeliście (wszystko jedno), bo tak się tego nie robi.

A słyszeliście o bransolecie z Karatepe? Złoto, dziesięć centymetrów średnicy, duża, na męski nadgarstek. Wartość? Ubezpieczyciel muzeum oszacowałby ją pewnie na jakieś sto tysięcy euro. A może więcej, bo bransoleta pochodzi z trzeciego tysiąclecia przed naszą erą, przedstawia bankiet i drugiej takiej nie ma na świecie. Oszacowałby, gdyby kiedykolwiek trafiła do muzeum. Nie trafiła. Ukradziono ją z magazynu wykopaliskowego.

No to jak, słyszeliście o tej bransolecie z Karatepe? Nie? Naprawdę? Dobra, żartuję. Możecie wyluzować. Do gazet to nie trafiło w ogóle, do telewizji też nie. Niewykluczone, że do dziś nikt tej kradzieży nie odkrył, chociaż to już było ładnych parę lat temu.

I tak to się właśnie robi.

Salierę Celliniego ukradł jakiś tam Robert Mang. Bransoletę z Karatepe ukradłam ja.

Archeologia to fajny zawód, ale trzeba coś jeść. A starożytne skorupy kiepsko smakują i są ciężkostrawne. Z kolei złodziejstwo to zawód w sumie też fajny, tylko nie da się nim pochwalić w towarzystwie. Można jednak połączyć te dwie profesje, nieźle się bawić i mieć na kawałek chleba nie tylko z masłem, ale i z kawiorem.

Na świecie jest wielu prywatnych kolekcjonerów, którzy nie tylko gotowi są zapłacić bardzo przyzwoitą sumkę za oryginalny, najlepiej złoty zabytek, ale jeszcze gwarantują dyskrecję. Gwarantują też coś jeszcze: że zabytki z ich kolekcji nigdy nie ujrzą światła dziennego. Nigdy, do końca świata, nie zobaczy ich żaden dziennikarz, żaden naukowiec, a przede wszystkim żaden archeolog.

Wiem, co teraz myślicie. Okradam społeczeństwo! Niszczę dziedzictwo kulturowe! Bla, bla! A pamiętacie ostatnią scenę z Poszukiwaczy zaginionej arki? Ostatecznie saliery Celliniego możecie nie pamiętać, ale to musicie. Tę scenę, w której Arkę ładują do skrzyni, skrzynię zawożą do magazynu, a tam już stoją tysiące, jeśli nie setki tysięcy podobnych skrzyń…

Wiele wykopalisk ma ten sam problem. Wykopać zabytek potrafi każdy głupi, ale znaleźć potem pieniądze na konserwację, ubezpieczenie, ekspozycję, i jeszcze opłacić system alarmowy i nadgodziny strażników w muzeum – to już wyższa szkoła jazdy. Pieniędzy na kulturę jest mało, bo trzeba budować autostrady i stadiony. Więc w sumie dobrze się składa, że są na świecie mili ludzie, którzy w zamian za możliwość umieszczenia zabytku w swoich prywatnych zbiorach będą o niego dbać lepiej niż o własne dzieci. I przy okazji dadzą zarobić. A że zabytków nie zobaczy publiczność? Po pierwsze, i tak by nie zobaczyła. Większości zabytków nie oglądają nawet kierownicy magazynów, bo są zapakowane, jak Arka Przymierza na filmie, w zabite gwoździami skrzynie, które dawno już zasnuły pajęczyny. Po drugie, ludzi interesuje tylko najnowszy model samochodu, wczasy all inclusive i lans na fejsie. Nie przeceniajmy zainteresowania starożytnymi zabytkami.

Trzeba przyznać, złoto jest piękne. Kiedy dotykam złotego zabytku, który czekał na mnie tysiące lat w ziemi, przeszywa mnie dreszcz. Kiedy wsuwam na palec złoty pierścień, znika upał, brud i ból w plecach (archeologów ciągle bolą plecy, to od schylania). Szkoda, że nie mogę zatrzymać dla siebie tego całego złota…

Dobra, dość rozczulania się nad sobą. W końcu z czegoś trzeba żyć. A z tym złotym diademem, który zamierzam ukraść, to było tak: gdy Heinrich Schliemann znalazł skarb Priama… Słyszeliście o Heinrichu Schliemannie? A o skarbie Priama? Dobra, przestaję zadawać głupie pytania. Schliemann to był taki facet, który zafiksował się na idei, że wzgórze Hisarlık w północno-zachodniej Turcji to starożytna Troja. O Troi, mam nadzieję, słyszeliście. Jeśli nie, to spadajcie i przestańcie mnie wkurzać. Wracając do Schliemanna: jeszcze w dziewiętnastym wieku rozpoczął w Troi wykopaliska i któregoś dnia znalazł mnóstwo złotej biżuterii. Parę kilo złota w postaci diademów, broszek, kolczyków i naszyjników.

Później z tym skarbem bywało różnie. Schliemann musiał wręczyć łapówki, więc kilka cennych złotych drobiazgów mają Turcy. Część zabytków zostawił w Troi. Sporo przewiózł do Aten, skąd wiele lat później trafiły do Berlina. Pod sam koniec wojny z berlińskiego muzeum skarb ukradli Rosjanie, o czym świat dowiedział się dopiero w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim, kiedy złota biżuteria z Troi nagle objawiła się w Muzeum Puszkina w Moskwie. I tam jest do dnia dzisiejszego. A największej części skarbu, tej, która została w Troi, nigdy nie odnaleziono. Pewnie przepadła w czasie wojny, jednej albo drugiej. Albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, Schliemann po prostu nazmyślał w swoich listach i dziennikach wykopaliskowych. Kłamał przez całe życie, prawie jak ja. No bo zawsze lepiej być odkrywcą dziesięciu kilogramów złota niż pięciu kilogramów złota, nie?

Na pewno chcielibyście spytać, jak zamierzam ukraść w Troi złoty diadem Heleny ze skarbu Priama, skoro diadem i cała reszta leżą sobie bezpiecznie w skarbcu Muzeum Puszkina. Dobre pytanie. Mam na nie dobrą odpowiedź.

To wszystko, jak już wspomniałam, działo się w dziewiętnastym wieku. Złote czasy: wtedy wolno było wywozić wykopane zabytki do innych krajów. Gdyby mnie dzisiaj złapali na lotnisku z głupią skorupą w kieszeni, poszłabym siedzieć i minęłoby co najmniej dziesięć lat, zanim doprosiłabym się o telefon do adwokata. Ale nawet w złotych czasach trudno było wywieźć złoto. Schliemann obawiał się, że Turcy zechcą mu skonfiskować skarb. Więc część biżuterii ukrył w Troi. Najcenniejsze zabytki, takie jak słynny diadem, który nazwał diademem Heleny i w którym sfotografował swoją młodziutką żonę, Sophię Engastromenos, kazał skopiować. W czystym złocie, żeby nie dało się odróżnić kopii od oryginału na pierwszy rzut oka. Ani na drugi. Żeby mógł to zrobić tylko sam Schliemann albo co najwyżej kilku wybitnych specjalistów. Takich jak ja. Więc diadem Heleny w Muzeum Puszkina to kopia. Doskonała, dziewiętnastowieczna kopia. A oryginał ciągle jest gdzieś w Troi. I czeka na mnie. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Rozdział 3

Dwa lata trwało, zanim dostałam pozwolenie, żeby obejrzeć diadem w Moskwie. Dwa lata faksowania i telefonowania, bo rosyjski urzędnik nie odpowiada na mejle, to poniżej jego godności. Wykorzystałam ten czas na przestudiowanie dzienników wykopaliskowych z Troi i na ostateczne kopnięcie Ivana w dupę.

Z tych dwóch rzeczy dzienniki zabrały mi o wiele więcej czasu. Po Schliemannie Troję odkopywali jeszcze Wilhelm Dörpfeld, Carl Blegen, no i nasza ekipa. Każdy z nich (i my też) prowadził dzienniki wykopaliskowe. Schliemann był grafomanem i zapisywał wszystko, co mu przyszło do głowy. Dörpfeld, Niemiec, zapisywał wszystko, bo uważał, że tak trzeba. A Blegen miał dużą ekipę, która wszystko zapisywała za niego. Ludzie Blegena pisali po angielsku, Dörpfeld po niemiecku, a Schliemann był poliglotą, który lubił się popisywać, więc w dziennikach płynnie przeskakuje z niemieckiego na francuski, włoski, grecki i angielski. Znam wiele języków, ale moje słownictwo ogranicza się głównie do zakupów i pytania o drogę, więc słowniki utworzyły u mnie na podłodze stos wyższy niż biurko. Gdybym miała te dzienniki w wersji papierowej, pewnie nie udźwignęłabym ich wszystkich na raz. Ale na szczęście żyjemy w epoce digitalizacji. Rozmaite archeologiczne instytucje prześcigają się, która pierwsza zeskanuje więcej starych, zmurszałych dokumentów i udostępni je online. Z możliwością zgrania plików na komputer. Dzięki Amerykańskiej Szkole Archeologicznej w Atenach nafaszerowałam mój laptop zapiskami Schliemanna, Dörpfelda i Blegena, po czym studiowałam je w każdej wolnej chwili.

Poszukiwanie skarbów zawsze zaczyna się od biblioteki. Mapy, gdzie skarb zaznaczono krzyżykiem, takie z opowieści o piratach, nie istnieją, ale prawdziwe wskazówki zawsze są ukryte w jakimś tekście. Wiedzą to poszukiwacze wraków i wiedzą to dobrzy złodzieje. Nie liczyłam, ile stron miały razem te dzienniki, ale jeśli strzelicie „dziesięć tysięcy”, to pewnie okaże się za mało. Po dwóch latach potrafiłam odtworzyć każdy dzień wykopalisk w Troi przez ostatnie półtora wieku.

Pozbycie się Ivana z mojego życia poszło szybciej: wystarczyło spakować jego rzeczy, wystawić za drzwi i zadzwonić po ślusarza (owszem, sama otwieram zamki wytrychem, ale nie zajmuję się ich wymienianiem). Ivan próbował mnie jeszcze przekonać, że bardzo mnie kocha i sypianie ze studentkami w ogóle mu w tym uczuciu nie przeszkadza. Zignorowałam walenie do drzwi, założyłam na uszy słuchawki, podkręciłam muzykę na full i pogrążyłam się w lekturze.

W tym czasie wybrałam się Stambułu. Na początku maja w mieście było czterdzieści stopni w cieniu. W magazynach nie mieli klimatyzacji, ale, jak zapewniła mnie strażniczka, naprawdę gorąco będzie dopiero w lecie. Przeszukałam skrzynie z wykopalisk z Troi. Zajęło mi to tydzień. Na szczęście naprzeciwko wejścia do muzeum była kawiarnia. Wykupiłam chyba wszystkie zimne napoje, jakie mieli, i nie zostało już nic dla turystów.

Skoro byłam już w Turcji, postanowiłam za jednym zamachem sprawdzić Çanakkale, miasto obok Troi. Poszło szybciej, chociaż w muzeum upchnięto tam więcej skrzyń, a ciasne pomieszczenia magazynowe nigdy nie były wietrzone. I nie jestem pewna, czy w ogóle wiedzą tam, co to znaczy klimatyzacja. Ale w małych miastach jakoś wszystko idzie szybciej. Strażniczka codziennie przynosiła mi herbatę, a ostatniego dnia nawet ciastko.

Ani w Stambule, ani w Çanakkale nie było diademu Heleny. Nawet malutkiego, tyciutkiego listka. Więc po dwóch latach, kiedy wyeliminowałam inne muzea, znałam już na pamięć wszystkie dzienniki wykopaliskowe, a w teczce miałam stosowne bumagi, ciężkie od tuszu pieczątek, poleciałam do Moskwy. Zwykłym rejsowym samolotem, klasą ekonomiczną. Przez pół lotu spychałam z podłokietnika ramię grubasa, który uważał, że za cenę jednego biletu należy mu się półtora fotela. Przez drugie pół myślałam o tym, że kiedy skończę z diademem Heleny, będę latać już tylko business class. Albo w ogóle pierwszą, gdzie nie latają grubasy, bo ludzie z pieniędzmi dbają o sylwetkę.

W Moskwie, chociaż to koniec lipca, było zimno, góra dziesięć stopni. Wiatr podwiewał mi płaszcz, pod nim, zamiast swetra miałam czarną marynarkę. Na wysypanej żwirem ścieżce, którą musiałam przejść od taksówki do wejścia muzeum, potknęłam się pięć razy, bo do spodni od garnituru włożyłam szpilki. Podmuch omal nie zrzucił mnie z monumentalnych schodów przy wejściu, na oko liczących jakieś sto stopni.

We wnętrzu było niewiele cieplej, plus dziesięć, to w Rosji za mało, żeby włączać ogrzewanie. Nie miałam zamiaru zdejmować płaszcza, ale szatniarka wydarła się na mnie jak za dawnych dobrych szkolnych czasów. W łazience okazało się, że większość kredki do oczu spłynęła mi, kiedy mrugałam od wiatru.

Poprawiłam makijaż, obejrzałam, czy soczewki zmieniające kolor moich oczu są na miejscu i sprawdziłam sprzęt. Byłam przygotowana na różne ewentualności. Jeden wytrych ukryłam w bucie. Proste, skuteczne i przy odrobinie wprawy nawet nie tak bardzo przeszkadza przy chodzeniu. Wiedziałam, co prawda, że po drodze każą mi przejść przez bramkę z wykrywaczem metalu, która zabrzęczy, i będę musiała zdjąć szpilki, ale do butów nikt nigdy zagląda. Widziałam to setki razy na lotniskach i nie miałam powodu przypuszczać, że tym razem będzie inaczej. Na wszelki wypadek drugi wytrych wsunęłam w stanik. Staniki zawsze brzęczą. Trzeciego nie potrzebowałam. Włosy upięłam w kok. Wsuwkami. Z takim sprzętem mogłabym pootwierać zamki Fort Knox. A gdybym miała trochę czasu, to jeszcze zamknąć je z powrotem. Wejście do dowolnego pomieszczenia w muzeum zajęłoby mi pewnie koło dziesięciu sekund. No dobra, do skarbca pewnie dłużej, ale tam się nie wybierałam.

Kiedy już mogłam ruszać zgrabiałymi z zimna palcami, umalowałam od nowa oczy i ruszyłam do sklepu z pamiątkami. Olałam magnesy z monumentalnymi malowidłami pomniejszonymi tysiąc razy, czarne ołówki wysadzane różowymi klejnotami z plastiku i ostatni krzyk mody: płócienne torby z nadrukami muzealnych greatest hits. Podeszłam prosto do oszklonej gabloty, zamkniętej na zwykły yalowski zamek. Przez chwilę mnie korciło, żeby wyciągnąć wsuwkę do włosów i zrobić z niej użytek. Ale opanowałam się. Wzięłam trzy głębokie wdechy i spojrzałam na sprzedawczynię.

– Chciałabym zobaczyć tę kolię – powiedziałam po angielsku i dla pewności pokazałam palcem kopię diademu Heleny ze skarbu Priama. Kopię kopii, żeby być dokładnym.

Sprzedawczyni znała angielski, przynajmniej na tyle, żeby zrozumieć, o co mi chodzi. Obejrzała mnie od góry do dołu, od ciągle sztywnych z zimna stóp w szpilkach po czerwony czubek nosa. Oględziny nie wypadły pomyślnie, ale nie mogłam przecież założyć garnituru od Saint Laurenta, miałam wyglądać jak archeolog, a nie jak złodziejka. Albo luksusowa kurwa.

– Ona kosztuje tysiąc dwieście dolarów – powiedziała sprzedawczyni. – Jest wykonana z czystego złota.

– Wątpię, czy z czystego. Czyste złoto jest miękkie i jubilerzy zazwyczaj dodają dzisiaj srebro, żeby łatwiej obrobić metal – poinformowałam ją. – To nie epoka brązu.

Patrzyła na mnie przez chwilę. Personel muzeum był dobrze przygotowany do swojej pracy. Jednak osoba, która szkoliła tę panią, nie powiedziała jej, że od gapienia się z opadniętą szczęką robi się obwisły podbródek. A może zresztą powiedziała, bo po czterech sekundach sprzedawczyni podciągnęła żuchwę.

– Poproszę koleżankę, która ma klucz do gabloty – powiedziała i zniknęła na zapleczu.

Jeszcze raz opanowałam pokusę. Otwarcie szklanego pudełka zajęłoby mi mniej czasu niż sprzedawczyni poinformowanie koleżanki, że w sklepie czeka klientka z forsą. Ale nie przyszłam tu po diadem. Tylko po coś całkiem innego. Przyjemność musiała poczekać.

Koleżanka z kluczem też obejrzała mój kostium, ale oszczędziła mi komentarza. Podeszła do gabloty i yalowskim kluczykiem otworzyła zamek. Myliłam się. Włamanie się spinką trwałoby tyle czasu, ile sprzedawczyni zajęłoby powiedzenie „Słuchaj, Masza”. Albo tylko „Słuchaj”.

Otrząsnęłam się z marzeń. Dotknęłam opuszkami palców diademu, który sprzedawczyni ułożyła na ladzie. Arcydzieło złotnictwa to to nie było, ale jak już mówiłam, nie przyszłam tu po diadem.

– Oczeń charoszy – wysiliłam się na rosyjski. – Wezmę go.

– Płaci pani kartą czy gotówką? – Druga sprzedawczyni była lepiej przeszkolona niż pierwsza i nie poinformowała mnie o cenie.

– Gotówką. – Już miałam sięgnąć za stanik, ale przypomniało mi się, że do garnituru dobrałam torebkę. Otworzyłam portfel, odliczyłam banknoty, jeszcze szeleszczące nowością, prosto z banku.

– Proszę nie pakować. – Uniosłam dłoń do góry, bo sprzedawczyni wydobyła spod lady kwadratowe pudełko wyścielone aksamitem. Pogrzebałam w torebce i znalazłam kawałek jedwabnej wstążki. Pośliniłam koniec, przewlekłam przez oczka na końcach diademu i zawiązałam wstążkę na karku. Tak jak myślałam, diadem doskonale układał się w wycięciu marynarki.

Obie sprzedawczynie patrzyły na mnie, nawet nie próbując domknąć ust. Pierwsza ocknęła się ta lepiej wyszkolona.

– To noszono na głowie. O tak. – Pokazała palcem gablotę. Na jej tylnej ścianie wisiało zdjęcie Sophii Schliemann w diademie Heleny.

– Wiem – odparłam. – Ale gdybym chodziła w czymś takim zamiast czapki, wyglądałoby to strasznie głupio, nie sądzi pani?

Sprzedawczyni nie odpowiedziała. Nie wzruszyła też ramionami, chociaż widziałam, że ma na to straszną ochotę. Pochyliła się i wyjęła spod lady coś, co wyglądało jak dyplom ukończenia studiów. Z milionem pieczątek.

– Diadem jest bardzo dokładną kopią oryginalnego zabytku, jednego z najcenniejszych w naszym muzeum – poinformowała mnie, a ja jej nie przerwałam, żeby powiedzieć, co myślę o kopii Schliemanna. – Na pewno chce go pani wywieźć za granicę.

Pokiwałam głową.

– Potrzebny będzie pani certyfikat, który poświadcza, że kupiła pani diadem w naszym muzeum. W przeciwnym razie celnicy by go skonfiskowali, a pani mogłaby się narazić na nieprzyjemności. Dlatego proszę pamiętać, żeby mieć ten certyfikat pod ręką na lotnisku.

Nie powiedziałam jej, że wiem. Nie powiedziałam jej, że przyjechałam tu specjalnie po ten kawałek papieru, bo taki, z autentycznymi pieczątkami i na trudnym do podrobienia papierze, mogłam dostać tylko w Muzeum Puszkina. I nie powiedziałam, że to właśnie za ten kawałek papieru, a nie za kiepską kopię kopii, zapłaciłam tysiąc dwieście dolarów. Po prostu skinęłam głową i wsunęłam certyfikat do torebki.

Rozdział 4

Teraz już wiecie, jaki miałam plan. Zdobyć certyfikat zaświadczający, że mój diadem Heleny to muzealna kopia. Diadem mogłam sobie zatrzymać albo wyrzucić do kosza. Ale certyfikat był mi potrzebny do wywiezienia z Turcji oryginalnego diademu, kiedy już go znajdę w Troi. Taki certyfikat można, oczywiście, podrobić, ale to jest trudne i kosztuje o wiele więcej, niż ta nędzna kopia kopii, która pobrzękiwała mi na szyi przy każdym ruchu.

Musiałam jeszcze tylko obejrzeć kopię, którą jeszcze w dziewiętnastym wieku kazał sporządzić Schliemann. Musiałam ją zobaczyć na własne oczy. Na własne oczy stwierdzić, że to na pewno nie oryginalny zabytek sprzed ponad pięciu tysięcy lat. Gdybym tego nie zrobiła, Rów Mariański wydałby się kałużą w porównaniu z moją bezdenną głupotą.

A poza tym byłam ciekawa. Przecież nie jestem tylko złodziejką, ale też archeologiem, do cholery! Nie mogłam po prostu wyjść ze sklepu i wrócić do domu.

Telefon zadzwonił, kiedy poprawiłam diadem na szyi, bo ciągle się przekręcał, i bacznie obserwowana przez marmurowe rzeźby, szłam korytarzami.

– No i co?

– Do diabła! – zasyczałam i rozejrzałam się. Oprócz mnie i rzeźb w korytarzu nie było nikogo. – Nie mogę teraz rozmawiać.

– Moja droga, musisz zrozumieć, że się trochę niecierpliwię.

– A ty musisz zrozumieć, że ja muszę się skupić. I nie dzwoń więcej na ten numer. Odezwę się, jak skończę.

Nie czekałam, aż mi odpowie, rozłączyłam się i wrzuciłam telefon do torebki.

Doszłam do końca korytarza i skręciłam w lewo, do wielkich dębowych drzwi, na których nie było żadnej tabliczki. Na mój widok strażniczka o twarzy tramwajarki wstała z krzesła i zażądała okazania pozwolenia. Musiałam poczekać, aż znajdzie moje nazwisko na liście przypiętej klipsem do sztywnej podkładki. Lista była długa, to duże muzeum i przyjeżdża tu wielu naukowców.

Weszłam do środka i usłyszałam za sobą szczęk zamków. Następna strażniczka, identyczna, nawet z taką samą szminką w kolorze wściekłego różu, poprowadziła mnie długim korytarzem. W pokoju na końcu korytarza kazała mi zostawić aktówkę i torebkę. Mogłam wziąć tylko pojedynczą kartkę papieru i ołówek. Nawet nie długopis. Aparat fotograficzny i komórka, zapomnij. Strażniczka wyglądała, jakby od lat trenowała prawy prosty.

Później sama została w pokoju z moimi rzeczami i mogłam tylko mieć nadzieję, że nie zadzwoni na mój koszt do Kuala Lumpur. Na progu przejęła mnie następna strażniczka. Musiała być wyższa rangą, bo miała lepiej dopasowany mundur i świeższą trwałą. Poszła przodem, innym korytarzem. W połowie drogi musiałam położyć ołówek i kartkę na tacy i przejść przez bramkę do wykrywania metalu. Zabrzęczało. Cofnęłam się i zdjęłam buty. Znowu zabrzęczało, kobieta mnie obmacała. Uśmiechnęłam się przepraszająco i pokazałam diadem na szyi. Strażniczka sprawdziła moje kieszenie. W jednej miałam zasmarkaną chusteczkę do nosa, jednorazową, w drugiej pognieciony bilet autobusowy i sturublowy banknot. Przepuściła mnie dalej.

Za bramką do metalu były drzwi, a za nimi więzienna cela. Jedyne okno, pod sufitem, chroniły kraty, a zresztą nie przecisnęłabym się przez otwór nawet, gdybym od miesięcy żyła na diecie cud. Na środku stał odrapany żelazny stół i twarde krzesło. Tylko lampa na stole była niezła; w Rosji chyba nadal mają żarówki dwusetki. Też odrapana, na pewno wcześniej służyła do przesłuchań.

Strażniczka w dopasowanym mundurze i ze świeżą trwałą wyszła i zaryglowała za sobą drzwi. To jest ten moment, w którym każdy bez względu na płeć, wiek, kolor skóry i wykształcenie zastanawia się, kiedy ostatnio oglądał pornosy i nielegalnie ściągał filmy. Ja miałam na sumieniu więcej grzechów. Usiadłam przy stole i położyłam dłonie płasko na blacie.

Po pięciu minutach drgnęłam, kiedy drzwi się otworzyły. Teraz to nie była strażniczka. Garnitur mężczyzny, który wszedł do pokoju, był uszyty w czasach, kiedy nie znano jeszcze poliestru. Gdyby nie klapy sięgające uszu, byłby całkiem całkiem. Przybysz położył na stole tackę wyłożoną czarnym aksamitem. Zwykłe efekciarstwo, bo złoty diadem prezentowałby się wspaniale nawet na desce do mięsa. Mężczyzna wyciągnął do mnie dłoń.

– Igor Konstantinowicz Pieczyński, opiekuję się kolekcją Schliemanna – przedstawił się – Przepraszam, że musiała pani tak długo czekać.

Uścisnęłam jego rękę, bo nie miałam innego wyjścia. Wymamrotałam nazwisko.

– To ja zatwierdziłem pani pozwolenie. Chociaż formalnie wszystko podpisuje dyrektor, oczywiście.

Pokiwałam głową na znak, że dla mnie to też jest oczywiste.

– Bardzo pani zależało, żeby zobaczyć ten diadem.

Znowu pokiwałam głową. Skoro starałam się o pozwolenie dwa lata, to chyba było jasne.

– Musi pani wiedzieć, że normalnie nie udostępniamy tego typu zabytków. Jedynie naukowcom o najwyższych osiągnięciach. Nie doktorantom.

Ekhem. Na pozwoleniu widniało nazwisko Chantal Jansen. Doktorantka na uniwersytecie w Edynburgu. Nie mogłam wejść do muzeum na prawdziwe nazwisko, skoro plan B zakładał, że może będę musiała ukraść diadem. Jeśli chcecie wiedzieć, Chantal to też była studentka Ivana. I też strasznie głupia. Na jedynym zdjęciu, jakie przyczepiono do pozwolenia, miałam jaskrawą szminkę, grzywkę i okulary. Własna matka by mnie nie poznała.

– Zrobiłem dla pani wyjątek…

Zawiesił głos. Nie wiedziałam, jakie w Moskwie panują zwyczaje. Więc po prostu uśmiechnęłam się głupio.

– …ale chciałbym wiedzieć, w jaki sposób to pani wykorzysta.

Reguła numer dwa: nie kłam. Bo najlepsze rezultaty daje mieszanka kłamstwa i prawdy. Chantal Jakaśtam nie jest najlepszą na świecie specjalistką od antycznej biżuterii, ale coś tam wiedzieć powinna.

Uśmiechnęłam się, żeby ukryć gule na policzkach, które robią mi się, kiedy zaciskam szczęki.

– Piszę pracę doktorską o wpływach kulturowych w północno-wschodniej części basenu Morza Śródziemnego w trzecim tysiącleciu. Biżuteria to ważny element tych wpływów. Co prawda sam diadem nie ma żadnych paralel, a przynajmniej niczego podobnego dotychczas nie odnaleziono, ale same wisiorki mają analogie nie tylko w skarbach A, C, Ha i J z Troady, które dzisiaj znajdują się w muzeum uniwersyteckim w Filadelfii i w muzeum w Pforzheim, ale także w Poliochni na Lemnos, w Platanos i Mochlos na Krecie, a nawet w Tell Banat i w Ur. Z kolei łuskowate płytki…

Ja tak mogę długo, ale z Pieczyńskiego był słaby zawodnik.

– Rozumiem. – Chrząknął i zagapił się na diadem na mojej szyi. Dopiero po chwili zauważył, że na niego patrzę. – Wie pani oczywiście, że to noszono na głowie, jak na tym zdjęciu…

– …Sophii Schliemann, de domo Engastromenos. Tak, wiem. Zdjęcie wykonano prawdopodobnie w tysiąc osiemset siedemdziesiątym czwartym roku, ale ta data jest przez niektórych badaczy poddawana w wątpliwość, bo…

Pieczynski uniósł obie dłonie.

– No tak. Doskonale. W takim razie proszę pracować i sobie nie przeszkadzać.

Nie lubię, kiedy ktoś stoi mi za plecami, ale nie miałam wyjścia. Spojrzałam na stół. Tysiące złotych listków (a konkretnie cztery tysiące sześćdziesiąt sześć) jarzyło się w świetle dwusetki i przez chwilę pożałowałam, że nie zabrałam okularów z przyciemnianymi szkłami. Wyglądało to tak wspaniale, że nawet ja, stara wyjadaczka, która trzymała w ręku większość starożytnych złotych skarbów, jakie kiedykolwiek wykopano z ziemi, wstrzymałam oddech.

A potem wypuściłam powietrze. Wyglądało to zbyt wspaniale. Listki były zbyt błyszczące, ich krawędzie zbyt ostre. Nic, co leżało w ziemi przez pięć tysięcy lat, nie może tak wyglądać.

Kopia wykonana na polecenie Schliemanna od razu wydała mi się o niebo lepsza niż ta, którą miałam na szyi. Że to nie oryginał, było widać na drugi rzut oka, nie na pierwszy. Ale nadal pozostawała tylko kopią.

Przeciągnęłam się. Obejrzałam na Pieczyńskiego. Nie spuszczał ze mnie spojrzenia. Więc upuściłam długopis, a kiedy go podnosiłam, zlustrowałam ściany i sufit. Nie zobaczyłam żadnej kamery, co nie znaczy, że żadnej nie było.

Poprawiłam luźną wsuwkę w koku. Kiedy opuszczałam rękę, zaczepiłam o wstążkę na karku i pochyliłam się lekko do przodu. Niezauważalnie dla kogoś, kto stał za mną. Kopia kopii, którą kupiłam wcześniej w sklepie, miękko upadła na stół. Prosto na czarną aksamitną tackę. Wstążka wysunęła się z oczek i została mi pomiędzy palcami.

– Och, ale ze mnie niezdara! – Uśmiechnęłam się do Pieczyńskiego, który poruszył się, kiedy metal brzęknął o metal. – Kupiłam tę kopię w sklepie z pamiątkami. Po prostu nie mogłam się oprzeć. Taki wspaniały zabytek…

Kłamcy i złodzieje mają swoje reguły. Archeolodzy też mają swoje. Jedna z nich wydawała mi się zawsze bardzo pożyteczna, zasada stratygrafii. To, co na górze, jest młodsze od tego, co na dole. To, co na dole, jest starsze od tego, co na górze. Jeśli sztylet leży na szkielecie, to znaczy, że w grobie najpierw złożono ciało, a dopiero potem sztylet. Jeśli fundament okrągłej chaty wystaje spod fundamentu kwadratowej, to znaczy, że najpierw zbudowano okrągłą, a potem, prawdopodobnie kiedy się zawaliła, w tym samym miejscu kwadratową. Jeśli w łóżku znajdziemy dwa gołe trupy, pod spodem pana, a na wierzchu panią, to znaczy, że pan położył się pierwszy, a pani później. Odwrotnie się nie da, bo istnieje coś takiego, jak grawitacja.

Jeśli jeden diadem leży na górze, a drugi pod nim, to ten na górze musiał upaść na ten na dole.

Wyciągnęłam dłoń po ten, który był pod spodem.

Pieczyński chwycił mnie za rękę, zaledwie zdołałam musnąć diadem palcami.

– Co pani robi?

Otworzyłam oczy ze zdziwienia.

– No przecież widział pan. Diadem zsunął mi się z szyi. Źle zacisnęłam wstążkę i…

Pieczyński odsunął tackę na drugi koniec stołu, poza zasięg moich rąk.

– Jak pani myśli, po co tu jestem?

– No… Opiekuje się pan kolekcją Schliemanna, tak pan powiedział.

– Opiekuję się. No właśnie. I pilnuję, żeby nic jej się nie stało. – Zaczerpnął powietrza. – Żeby nikt z niej niczego nie ukradł!

Ostatnie słowo wykrzyczał. Walnął pięścią w stół, aż oba diademy podskoczyły na tacce. Odsunęłam się trochę z krzesłem, bo kropelki jego śliny spadły mi na twarz.

– Od początku wydała mi się pani podejrzana! – Nadal krzyczał. – Zwykła doktorantka nie zabiegałaby dwa lata o obejrzenie jednego zabytku, dawno by zrezygnowała! Dlatego postanowiłem nie spuszczać pani z oka. No i proszę!

Podniósł z tacki diadem, który leżał na wierzchu. Obejrzał go pod lampą.

– No i proszę! Na pierwszy rzut oka widać, że to kopia z muzealnego sklepu.

Rzucił diadem na stół przede mną. Przytrzymałam, żeby nie ześlizgnął się na podłogę.

– Może go pani zatrzymać. W końcu legalnie pani kupiła tę kopię. A ja zaraz wrócę z ochroną! I zadzwonię na milicję. Nie będzie pani musiała długo czekać, góra dziesięć minut. Przez ten czas może się już pani zastanowić, co pani powie na komisariacie!

Chwycił ze stołu tackę z drugim diademem i podbiegł do drzwi.

– Niech pani nie myśli, że to pani ujdzie bezkarnie. To jest Muzeum Puszkina! My tu mamy specjalne metody na złodziei! – ryknął jeszcze. Otworzył zamek własnym kluczem, wyszedł i na dodatek trzasnął drzwiami. Zaryglował je od zewnątrz.

Rozdział 5

Mechanicznie przewlekłam wstążkę przez otwory diademu, ułożyłam go na szyi i tym razem dobrze zacisnęłam węzeł. Spojrzałam na zegarek. „Dziesięć minut” powiedział Pieczyński. Minęła minuta. Zostało dziewięć.

Przesunęłam lampę, tylko odrobinę, żeby świeciła w oczy temu, kto wejdzie do pokoju. Zdjęłam żakiet i odwróciłam go na lewą stronę. Specjalnie kupiłam taki dwustronny, od spodu w różowe i fioletowe kwiaty. Trochę nietwarzowe kolory przy moim typie urody, ale uroda nie znajdowała się u mnie w tym momencie wysoko na liście priorytetów.

Zdjęłam spodnie i wygładziłam krótką pomarańczową spódnicę, którą miałam pod spodem. Spodnie były z cienkiej czarnej wełny, więc złożyłam je na pół i owinęłam nogawki wokół szyi, jak szal, a część z paskiem i zapięciem wsunęłam pod kołnierz żakietu. Doskonale zasłaniały diadem.

Rozpuściłam włosy. Oderwałam obcasy od szpilek. Jako baleriny nie były zbyt wygodne, ale miałam w nich tylko wyjść z muzeum i wsiąść do autobusu po drugiej stronie ulicy. Obcasy schowałam do kieszeni żakietu, do drugiej wsunęłam złożoną na cztery kartkę i ołówek. Byłam gotowa.

Reguła numer trzy: najłatwiej ukryć się w pełnym świetle. Kobieta w jaskrawym fuksjowym żakiecie, w pomarańczowej spódnicy, z rozpuszczonymi włosami i w ekstrawaganckim czarnym szalu na szyi jest niewidoczna. Wszyscy dostrzegają ubranie, nikt nie zapamięta twarzy.

Nie wyjęłam tylko soczewek z oczu. Gdybym to zrobiła, moja twarz rzucałaby się w oczy tysiąc razy bardziej niż żakiet we wściekłych kolorach, pomarańczowa spódnica i buty z oderwanymi obcasami. A mnie zależało na tym, żeby nikt nie zapamiętał mojej twarzy. Bo miałam zamiar wynieść z muzeum kopię diademu sporządzoną jeszcze w dziewiętnastym wieku, na polecenie Schliemanna. Kopię, którą uważali tu za oryginał.

Zasada stratygrafii: to co jest na dole, musiało już tam leżeć, zanim upadło to, co znajduje się na górze. Kopia ze sklepu muzealnego, która zsunęła mi się z szyi na tackę, powinna upaść na diadem Schliemanna. Tak działa grawitacja.

Ale jest jeszcze kontekst, pamiętacie? Magiczne słowo archeologów. Nie można zrozumieć położenia zabytków, dopóki nie zna się ich kontekstu.

W tym przypadku kontekst był taki, że w momencie, kiedy zaczepiłam o wstążkę, drugą ręką uniosłam lekko diadem Schliemanna. Pochyliłam się nad stołem, żeby kopia ze sklepiku sama się równo ułożyła na tacce. A potem upuściłam na nią diadem Schliemanna.

Pieczyński tego nie widział, bo stał za moimi plecami. Potrzebowałam tylko ułamka sekundy. Jaka byłaby ze mnie złodziejka, gdyby taki prosty manewr zajął mi dłużej?

Pieczyński sam wręczył mi diadem Schliemanna. Tak to jest, jak człowiek sztywno trzyma się zasad, włącznie z zasadą stratygrafii. „Na pierwszy rzut oka widać, że to kopia z muzealnego sklepu”, ha, ha! Widać, jak ktoś się na tym zna. Na przykład ja. Ale najwyraźniej nie Pieczyński.

Minęły trzy kolejne minuty. Zostało sześć.

Wygięłam jedną z wsuwek, pozostałe wsadziłam do kieszeni, mogły się jeszcze przydać. Wytrychy w bucie i w staniku były tylko na czarną godzinę.

Otworzyłam zamek. Z przyzwyczajenia zerknęłam na zegarek. Dwadzieścia cztery sekundy. Kiepsko, powinnam więcej ćwiczyć. Zamknęłam drzwi i przekręciłam spinkę w zamku. Tym razem poszło szybciej. Tylko piętnaście sekund.

Chowanie rzeczy po kieszeniach, otwieranie i zamykanie zamka to kolejna minuta. Zostało niespełna pięć.

Zaraz, powiecie, a DNA? Odciski palców? Ślady biologiczne? Przecież zostawiłam ich tyle, że ekipa kryminalistyków mogłaby mnie sklonować.

Pewnie daliby radę, dzisiejsza nauka czyni cuda. Tylko nie sklonowaliby mojego portfela, który zostawiłam w skrytce na stacji metra: paszportu, prawa jazdy i innych dokumentów tożsamości. Na co komu DNA i odciski palców, skoro nie ma ich w żadnej bazie danych. Do tej pory kradłam zabytki wyłącznie w magazynach. Ludzie, którzy tam pracują, znają techniki kryminalistyczne wyłącznie z serialu CSI.