Cena pokoju. Część II. Demony - Krzysztof Lip - ebook

Cena pokoju. Część II. Demony ebook

Krzysztof Lip

5,0

Opis

Kontynuacja losów Henryka Korby, który tym razem musi poruszać się wśród magów, których nie darzy sympatią. Dodatkowo w tym czasie wojska Jakuba zbliżają się do stolicy. Młody wojownik chcąc pomóc królowi w obronie królestwa musi nie tylko zmierzyć się z wrogiem, ale i swoją niechęcią do ludzi magii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 220

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Krzysztof Lip

Cena pokoju Część II Demony

© Krzysztof Lip, 2020

Kontynuacja losów Henryka Korby, który tym razem musi poruszać się wśród magów, których nie darzy sympatią. Dodatkowo w tym czasie wojska Jakuba zbliżają się do stolicy. Młody wojownik chcąc pomóc królowi w obronie królestwa musi nie tylko zmierzyć się z wrogiem, ale i swoją niechęcią do ludzi magii.

ISBN 978-83-8221-819-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

1. Inny świat

Henryk i Dawid podróżowali razem na północ przez długi czas. Noc, spędzili w lesie, tuż przy małej rzeczce. Z dala od ścieżki i niepożądanych oczu, przespali się pod osłoną nocy, przy małym ognisku i już o wschodzie słońca ruszyli w dalszą drogę. Poganiając swoje konie, poruszali się szlakiem wydeptanym przez kupców i wędrowców zmierzając do granicy ziemi magów i zwykłych ludzi. Z tego, co Dawid zdążył opowiedzieć młodemu wojownikowi, to droga była zazwyczaj oblegana przez różne grupy kupieckie, jednak ku ich zaskoczeniu, wciąż podróżowali samotnie i nikogo przez całą swą podróż nie spotkali.

Im bliżej byli granicy, tym droga robiła się coraz szersza i twardsza. Las zaczynał się kończyć i właśnie wyłaniało się przed nimi ostatnie skrzyżowania dróg, dzielące ich od ziem magów. Zarówno z południowego zachodu, jak i z północy prowadziły do niej mniejsze, ale równie wyjeżdżone przez wozy drogi. Jednak dojeżdżając do niego, nie mieli powodów do radości. Zatrzymali się na skraju lasu i z oddali spoglądali na żołnierzy w czarno-pomarańczowych ubraniach kręcących się przy skrzyżowaniu. Mieli oni tam rozbite dwa, sporej wielkości namioty, które świadczyły o tym, że nie są tu przypadkowo ani chwilowo.

— Żołnierze ze Stori — powiedział przyciszonym głosem Henryk.

Kilkunastu uzbrojonych w miecze i tarcze wojowników odprawiało właśnie jedną z grup kupieckich, chcących przejechać w stronę ziem magów. Otoczyli ich i przeglądali dokładnie ich wóz, jakby czegoś szukali.

— Byłeś w Stori? — zapytał Dawid.

Henryk przytaknął głową i odpowiedział:

— Stamtąd właśnie uciekłem.

— Uciekłeś?

— Myśleli, że jestem szpiegiem — odpowiedział i dopiero teraz zdał sobie sprawę, co powiedział. Popatrzył na prawdziwego szpiega króla, którego miał przed sobą i zapytał: — Czyli ty też tam byłeś?

— Przez to właśnie musimy przedostać się do magów. Król potrzebuje ich pomocy.

— Czemu król? Niech oni się o siebie bardziej martwią.

Dawid zaskoczony jego słowami, aż zaniemówił na chwilę, patrząc na chłopaka, ale po chwili odpowiedział:

— Ty naprawdę ich nie lubisz. Wiedz jednak, że magowie są jedynym gwarantem pokoju, który trwa już rekordowo długo w naszym królestwie. Gdy ich nie będzie, kto wie co czeka nasze królestwo.

— Chyba chciałeś powiedzieć, że są powodem nowej wojny. Przecież to na nich polują najemnicy.

— Pomyśl chłopaku, co ci najemnicy zrobią, gdy uporają się już z czarodziejami? Myślisz, że powrócą do swoich domów? Każdego dnia rosną w siłę. Pojedynczo wybijają magów znajdujących się na ziemiach królestwa i jak sam widzisz, blokują jedyną drogę na ich ziemie. Oni doskonale wiedzą, co robią.

Henryk aż ucichł. Miał przed oczami Karola i ich wspólnych kompanów. Znał ich poglądy na temat magów, ale i pamiętał co mówili o samym królu Norwidzie. Teraz zaczynał rozumieć, dlaczego tak bardzo zależało im na pokonaniu magów. Sam im niestety w tym pomógł i mając w głowie sylwetki potężnych wojowników zgromadzonych przez Jakuba, zaczynał obawiać się o wynik tej wojny.

— Myślisz, że czarodzieje są w stanie ich zatrzymać?

— Czarodzieje mają wielką moc i wraz z żołnierzami króla mogą wygrać z każdym.

— Chyba ich przeceniasz.

Dawid popatrzył podejrzliwie na swojego młodego kompana, ale nie miał zamiaru mu wszystkiego tłumaczyć. Przez to uciął temat i powiedział, wracając wzrokiem na skrzyżowanie pełne żołnierzy:

— Za dnia nie damy rady się przedrzeć.

Odwrócił się i zaczął szukać odpowiedniego miejsca do przeczekania czasu pozostałego do zmierzchu. Henryk podążył za nim i przyglądał mu się uważnie. Jednak, gdy zorientował się, że jego kompan siada na ziemi pod drzewem i ani myśli ruszyć się dalej, zapytał:

— Czemu ich nie objedziemy?

— Jeśli podążymy na zachód, to wjedziemy na ziemie Hiszów, a na wschodzie natkniemy się na szerokie na kilkanaście metrów koryto rzeki. To jest jedyna droga prowadząca do magów.

— To, co teraz?

— Czekamy na zmrok — odpowiedział i zarzucił kaptur na głowę.

***

Henryk nie potrafił usiedzieć na miejscu. Ciągle gdzieś chodził, spoglądał na żołnierzy w oddali i wracał do wciąż siedzącego na miejscu Dawida. Nie potrafił zrozumieć, jak on to robił. Z narzuconym na twarzy kapturem siedział pod drzewem i chrapał beztrosko, czym denerwował młodego wojownika.

Kiedy w końcu Henryk doczekał się zachodu słońca i księżyc wraz z milionem gwiazd opanowały niebo nad ich głowami, Dawid zbudził się, jakby cały czas doskonale panował nad czasem i zmieniającą się nad nimi aurą.

— Czas na nas — powiedział najnormalniej w świecie i wstał, gotowy do drogi.

Podeszli na skraj lasu i obserwowali obóz żołnierzy na skrzyżowaniu dróg. Mieli nadzieję obejść go pod osłoną nocy, ale żołnierze zaczęli rozpalać ogniska na całej linii, co kilkadziesiąt metrów, rozświetlając sobie całą okolicę. Jakby tego było mało, co kilka minut, rozchodzili się wzdłuż nich i patrolowali teren w kilkuosobowych grupach.

— Co teraz? — zapytał Henryk.

— Od granicy dzieli nas około dwa kilometry. Możemy spróbować przedrzeć się na koniach.

— Nie zauważą nas, gdy tylko wyjedziemy z lasu?

Na to już Dawid nie odpowiedział. Patrzył na przeszkodę dzielącą ich od granicy i próbował wymyślić inny sposób, gdy nagle usłyszeli parsknięcie konia w oddali, za ich plecami. Natychmiast przykucnęli i odwrócili się w stronę oddalonej od nich o kilkadziesiąt metrów ścieżki. Na szczęście las był gęsty w drzewa różnej grubości, przez co dawało im to schronienie przed wzrokiem podróżujących drogą. Tam właśnie poruszali się w stronę blokady kolejni żołnierze Jakuba. Było ich kilkunastu i każdy szedł w pełnym uzbrojeniu.

— A ci tu, po co? — zapytał przyciszonym głosem Dawid.

Henryk domyślał się, że może być to grupa ścigająca właśnie jego, ale nie chciał tego mu wyjawiać, przez to skłamał:

— Może zmiana warty.

— W środku nocy?

Na to już nie miał odpowiedzi gotowej.

Żołnierze podjechali do obozu i zaczęli rozmawiać z tamtejszą grupą. Po chwili rozsiedli się wokół ogniska i widać było, że nie mają zamiaru go szybko opuszczać.

— To jest nasza szansa — oznajmił nagle Dawid i zaczął prowadzić konia wzdłuż lasu, w kierunku wschodnim.

Henryk spojrzał ostatni raz na żołnierzy zajętych sobą i zgadzając się ze swoim kompanem ruszył za nim. Oddalili się o kilkaset metrów od obozu i nie mając już możliwości ukrycia się między drzewami, musieli w tym miejscu wyjechać na otwarte powierzchnie.

— Choćby nie wiem co, nie zwalniaj — powiedział do Henryka, wsiadając na konia. — Najważniejsze, żeby któryś z nas przedostał się do magów i powiedział im o Stori i wszystkim, co dzieje się w naszym królestwie.

— Myślisz, że nas posłuchają?

— Muszą — odpowiedział uśmiechając się na swój szelmowski sposób i pomału zaczął wyjeżdżać z lasu.

Henryk ruszył za nim i pomału, ostrożnie przesuwali się do przodu, trzymając się jak najdalej od obozu. Niestety z każdą chwilą zbliżali się do dwóch ognisk oddalonych od siebie o około kilkadziesiąt metrów. Płomień rozświetlający okolicę wokół ogniska, zaczął już i ich obejmować, przez co nie spuszczali oni oka z obozu, w którym żołnierze wciąż byli zajęci sobą. Właśnie przejeżdżali przez najbardziej oświetlone miejsce. Ogień zarówno przed nimi jak i za nimi palił się nieprzerwanie. Wszystko wyglądało na to, że uda im się przedrzeć zaporę, gdy nagle z zupełnie innej strony, zauważyło ich dwóch patrolujących żołnierzy.

— Hej! Stójcie!

Dawid popędził konia, co też uczynił Henryk. Patrolujący okolicę żołnierze zaczęli krzyczeć, wzywać pozostałych i już po chwili z obozu wyjechało kilkudziesięciu żołnierzy w ich kierunku.

Henryk gnał przed siebie, starając się jak najszybciej uciec przed pościgiem. Spoglądał za siebie i gdy zauważył sporą grupę pościgową za plecami, aż serce mu zaczęło szybciej bić. Chociaż przed sobą nie mieli żadnych większych przeszkód, a przestrzeń była otwarta, to modlił się w duchu, by jego koń nie potknął się, czy nagle nie natrafił na jakąś niewidoczną przeszkodę.

Żołnierze w pełnym uzbrojeniu ścigający dwóch uciekinierów pozostawali z tyłu, ale ich kompani, stacjonujący w obozie i mający na sobie łuki i kusze oraz lekkie kolczugi zaczynali pomału doganiać uciekinierów.

— Szybciej młody, szybciej! — ponaglał Henryka, Dawid.

Konie biegły ile tylko miały sił w nogach. Oddalali się wszyscy od obozu, ale Henryk nigdzie nie widział żadnej granicy, ani jakichkolwiek oznak zbliżania się do ziem magów. Spojrzał do tyłu i już widział, jak jeden z goniących ich żołnierzy próbuje wystrzelić, ale na szczęście chybił. Oddalił się od Dawida, by zwiększyć między nimi odległość, ale wcale to nie powstrzymało żołnierzy od wypuszczania kolejnych strzał. Przelatywały one nad ich głowami albo tuż obok koni, aż w końcu jedna trafiła Dawida w plecy. Jeździec odczuł ją boleśnie, ale pochylił się tylko do przodu i jechał nieprzerwanie. Henryk z coraz większym przerażeniem patrzył na niego i wtedy bełt wystrzelony z kuszy trafił jego konia. Zarżał on głośno i upadł na ziemię, zrzucając swojego młodego jeźdźca. Dawid widząc to, tylko spojrzał na swojego młodego kompana, ale nie zatrzymał się. Wciąż pochylony i ciężko ranny parł do przodu. Za nim pognało dwóch żołnierzy, a reszta, zaczęła otaczać zbierającego się z ziemi młodzieńca. Henryk wyciągnął miecz i obracając się we wszystkie strony, czekał na pierwszego, który zaatakuje.

— Rzuć broń chłopcze — powiedział dowodzący grupą żołnierzy.

— Nie dostaniecie mnie bez walki — odparł, patrząc nerwowo na każdego z nich.

Dowódca tylko spojrzał na dwóch ze swoich ludzi, którzy sięgnęli po swoje łuki i zaczęli mierzyć do młodego wojownika.

— Przemyśl to szpiegu.

— Nie jestem żadnym szpiegiem!

— Nie ważne i tak skończysz nabity na palu.

Spojrzał na jednego ze swoich łuczników i ten wystrzelił, trafiając Henryka w nogę. Ranny chwycił się za ranną nogę, ale nie przewrócił się. Wciąż stał i kulejąc, czekał na pierwszego chętnego do pojedynku. Jednak żaden z żołnierzy ani myślał schodzić z konia, tylko czekali na kolejny rozkaz swojego dowódcy. Wtedy ten skinął głową i drugi z łuczników wystrzelił. Tym razem trafił go w ramię, jednak i tym razem młody wojownik nie przewrócił się. Stał wciąż przed nimi z mieczem w dłoni i czekał.

Żołnierze widząc jego upór i odwagę, zaczęli patrzeć na siebie z wyraźnym podziwem dla swojego przeciwnika, ale wtedy dowódca, zupełnie obojętny na jego zachowanie, powiedział:

— Wykończcie go.

Nagle konie wszystkich żołnierzy zaczęły rżeć i wiercić się niespokojnie, co sprawiło, że musieli się bardzo postarać by utrzymać się na ich grzbiecie i nie spaść.

— Odejdźcie, skąd przyszliście — usłyszeli nagle głos mężczyzny.

Wszyscy spojrzeli w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą nikogo nie było i ujrzeli trzech magów, w kolorowych, długich szatach z długimi kijami w ręce. Najmłodszy z nich był ubrany na czerwono, w brązowym płaszczu stał czarodziej w średnim wieku, z lekkim wąsikiem pod nosem, a na szaro był ubrany najstarszy z nich, stojący pośrodku. On miał długą, siwą brodę i grube wąsy na twarzy. Wszyscy mieli naciągnięte na głowę kaptury i spoglądali na nich nieprzyjaznym wzrokiem.

— Odejdźcie. To jest nasz jeniec — odpowiedział im dowódca.

Żołnierze już opanowali swoje zwierzęta i nie bardzo wiedząc, czy dobywać broni, patrzyli na swojego dowódcę, oczekując jego rozkazu.

— Jesteście na naszych ziemiach. Wracajcie do siebie póki jeszcze możecie — odezwał się znów szary mag.

Dowódca przez chwilę przyglądał im się uważnie, aż w końcu odwrócił się do swoich żołnierzy i wydał rozkaz:

— Zabierzcie jeńca i zawracamy.

— On zostaje — od razu zdecydowanym tonem zareagował czarodziej.

Na to nie był przygotowany dowódca. Wściekł się i widać było, że z chęcią wydałby rozkaz do ataku, ale nie zrobił tego. Patrzył zaciętym wzrokiem na stojących przed nim trzech magów, aż w końcu z wściekłością wypisaną na twarzy spojrzał na ciężko rannego, ale wciąż stojącego przed nimi Henryka i rzekł:

— Wracamy.

Henryk w końcu mógł odetchnąć. Widząc zawracających żołnierzy jeszcze przez chwilę stał w miejscu, aż w końcu upuścił miecz i upadł na ziemię nieprzytomny.

***

Gdy Henryk otwarł oczy nie wiedział, gdzie się znajduje. Leżał w wygodnym łożu, przykryty delikatnym, ciepłym kocem. Pod głową miał miękką jak puch poduszkę, a jedyne co miał na sobie to była czysta i równie delikatna bielizna, która do niego nie należała. Jego rany zostały opatrzone, a on sam czuł się jakby nowo narodzony. Pokój, w którym się znajdował nie był duży, ale bardzo kolorowo i bogato przystrojony. W wysokich i wąskich oknach wisiały żółte zasłony, ściany były pomalowane na zielono. Na ziemi leżał okrągły, wielokolorowy dywan, a meble pod ścianami były z najwyższej jakości drewna. Ich kształt i ozdoby robiły na młodym wojowniku wrażenie. Na nich znów stała srebrna taca, na której leżał półmisek pełen zielonych owoców, a obok niego stał srebrny kielich. Domyślał się, że znajduje się w domu czarodzieja, ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak dobrze go potraktowali, w końcu to były demony, które myślały tylko i wyłącznie o zgubie zwykłego człowieka.

Jednak nie miał zamiaru przejmować się tym zbytnio. Był głodny i widząc półmisek przed sobą, chciał ruszyć się do niego, ale wtedy poczuł ogromny ból. Jakby ktoś lub coś przytrzymywało jego całe ciało na łóżku. Miejsca w których odniósł rany zabolały jeszcze bardziej, a jedyne czym mógł ruszyć, to była głowa, którą zaczął nerwowo obracać w obie strony.

— Co jest? — powiedział podenerwowany i szarpnął się raz jeszcze, próbując zerwać niewidzialne więzi, ale wtedy poczuł jeszcze większy ból.

Nagle otwarły się drzwi i weszła do środka młoda dziewczyna. Wyglądała tak samo jak ta, którą na jego oczach zabili w wiosce Aster. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nie wiedział jakim cudem, ale była to córka Mira i Marty albo jej idealny sobowtór.

— Jakim cudem, ty żyjesz? — zapytał.

Dziewczyna nie odezwała się jednak. Nie zwracając najmniejszej uwagi na niego, podeszła tylko do okna, by je otworzyć i wpuścić do środka trochę ciepła i światła. Stanęła tam i nie odwracając się do niego, czekała na coś lub na kogoś.

— Ty umarłaś, widziałem to.

Nagle wszedł do środka mag z delikatnym wąsikiem, którego pamiętał wcześniej stojącego na polu w brązowym płaszczu. Teraz miał na sobie długie brązowe spodnie z grubym czerwonym pasem oraz żółtą koszulką z brązowymi wstawkami. Był to jego z pewnością ubiór swobodny, co od razu wskazywało na to, że znajduje się u niego w domu.

— Gdzie widziałeś Cecylię? — zapytał, stając obok półmiska z owocami i delektując się winogronem.

— W Aster, ale ona…

Nie dokończył, gdyż dziewczyna słysząc to, natychmiast odwróciła się w stronę maga i z przerażeniem czekała na jego kolejne słowa.

— … ale ona tam umarła — dodał, patrząc na nią. — Co to za diabelskie sztuczki?

— Kto ją zabił? — zapytał mag coraz bardziej przejęty jego słowami.

Dziewczyna też reagowała na to, co mówił. Złość i rozpacz malowały się na jej twarzy, ale nie odzywała się ani słowem.

— Odpowiadaj na pytania, młodzieńcze! — krzyknął na Henryka czarodziej.

Ciało Henryka aż zadrżało. Znów poczuł ból przeszywający jego wszystkie mięśnie i kości jakby niewidzialne więzi zareagowały na jego głos.

— Kto ją zabił? — powtórzył mag, ale tym razem spokojniej.

— Żołnierze ze Stori — odpowiedział podenerwowany cierpieniem, którym został poddany.

Czarodziej popatrzył na młodą dziewczynę, a ona wtedy zapytała:

— A co z moimi rodzicami?

— Rodzicami? — zapytał i zaraz zrozumiał kim jest dziewczyna stojąca przed nim i dlaczego tak bardzo przejęła się wieścią o śmierci… jej bliźniaczej siostry.

— Odpowiadaj — ponaglił go czarodziej.

— Też zginęli.

Z oczu dziewczyny popłynęły łzy i odwróciła się od niego, a wtedy zapytał go mag:

— W jaki sposób umarli?

— Zabili ich żołnierze Jakuba — dodał, patrząc na płaczącą dziewczynę tuż obok niego.

— Jakuba? Kim on jest? Czemu ich zabił?

— Zatruli wszystkich ludzi w Aster, zasłużyli na śmierć.

— Co?! — aż krzyknęła oburzona jego oskarżeniami dziewczyna. — Co za bzdury!

— Spokojnie Cecylio — spróbował ją uspokoić mag. — Proszę.

Dziewczyna odwróciła się znów w stronę okna, a czarodziej wznowił przesłuchanie:

— Na jakiej podstawie tak sądzono?

— Chyba dowodów — odparł, nie zastanawiając się w ogóle nad odpowiedzią.

— Dowodów — wyśmiał te słowa mag i zaraz dodał coraz bardziej podenerwowany. — Co jeszcze słyszałeś?

— To, że wybili wszystkich górali, by przejąć wioskę dla siebie.

— Co za niedorzeczność. Kim jest ten Jakub? Z tego, co pamiętam, to waszym królem jest wciąż Norwid.

— I tak jest — odpowiedział mu Henryk, po czym zaczął sam zastanawiać się nad odpowiedzią na jego pytanie.

Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nic o Jakubie nie wie. Widział tylko jak sam siebie mianuje na władcą miasta Stori i skupia wokół siebie potężną armię najemników.

— I król na to pozwala? — zapytał raz jeszcze mag.

— Nie wiem, pewnie tak.

— Mało wiesz albo nie mówisz nam wszystkiego. Może więcej dowiemy się od twojego kompana. Wychodzimy Cecylio.

— On też tu jest? — zapytał zaskoczony Henryk. — Muszę się z nim spotkać.

— Obaj odpowiecie za wtargnięcie na nasze ziemie.

Henryk chciał się ruszyć, wstać i samemu poszukać Dawida, ale znów poczuł ból uniemożliwiający mu jakiekolwiek działanie. Nie widział magicznych więzów i miał nadzieję, że w końcu je przełamie, ale im więcej się wiercił, tym bardziej cierpiał. W końcu wściekły przestał się ruszać i zatrzymując ich przy drzwiach krzyknął:

— Co mi zrobiliście, demony? Co to za diabelskie sztuczki?

Na te słowa mag zatrzymał się w progu drzwi i powoli odwrócił się w stronę młodego wojownika. Nie powiedział ani słowa, tylko wbił w niego swój ostry jak brzytwa wzrok i Henryk natychmiast zaczął czuć jak więzy trzymające jego ciało, zaczęły się kurczyć. Ściskały jego ciało coraz mocniej, aż w końcu wojownik krzyczał z bólu. Czuł jak zaraz mu żebra i cała klatka piersiowa pęknie, gdy nagle ból minął. Mag odwrócił się od niego i wyszedł, a on sam poczuł, jak z każdą sekundą robił się coraz bardziej zmęczony i senny. Jego oczy stały się tak ciężkie, że nie potrafił ich utrzymać dłużej otwartych, aż w końcu zamknął je i zasnął.

***

Tym razem, gdy się zbudził, był ostrożniejszy. Wciąż był w tym samym pokoju, wszystko wyglądało prawie identycznie. Z tą różnicą, że tym razem widział swoje ubranie ułożone obok łóżka i półmisek, który tak bardzo przyciągał jego wzrok. Był tym razem pełen czerwonych owoców. Okno było zamknięte, a drzwi uchylone. Spróbował poruszyć delikatnie palcami, później dłonią, aż w końcu uniósł wysoko rękę i zadowolony z wolności, usiadł natychmiast na łóżku. Ruszył w kierunku owoców i kielicha, gdy w progu drzwi ukazała się Cecylia. Zaskoczony jej widokiem, przystanął w połowie drogi i nie wiedział czego się spodziewać.

— Ubierz się i chodź ze mną — powiedziała oschle.

Dziewczyna nie spuszczała z niego oka. Przez cały czas pilnowała każdego jego ruchu, aż w końcu ubranego mogła wyprowadzić z pokoju. Henryk jednak zanim wyszedł, zabrał z misy czerwone jabłko i przegryzając je podążał za nią, nie bardzo wiedząc, czego oczekiwać.

Przechodzili po wąskich, ale bardzo wysokich korytarzach pałacu, którego podłogi były wyłożone miękkim, szaro-brązowym dywanem. Ściany były pełne pięknych obrazów natury i zachodów słońca, a nad głowami wisiały składające się z licznych kryształków lampy. Na końcu korytarza znajdowały się kręte schody, które doprowadziły ich na wielki, pusty hol. Wyglądał on zupełnie inaczej, niż pozostała część pałacu, którą zdążył już poznać. Gołe szare ściany, okna nieliczne i małe, nie dawały zbyt dużego światła, przez co całe pomieszczenie było oświetlone kilkoma pochodniami wiszącymi na ścianach. Podłoga również była pozbawiona jakichkolwiek ozdób. Był to suchy, goły beton, na środku którego stało dla niego przygotowane krzesło. Tuż obok siedział już Dawid, a kilka metrów przed nim czekało na młodego wojownika dziesięciu magów, siedzących w wygodnych, szerokich i kolorowych fotelach. Utworzyli oni półokrąg i widać było, że z niecierpliwością czekali już tylko na niego. Cecylia wskazała mu krzesło i Henryk zajmując wyznaczone miejsce, dopiero teraz mógł przyjrzeć się zebranym czarodziejom. Wszyscy mieli na sobie kolorowe płaszcze z kapturami. Każdy innego koloru, przez co szybko dostrzegł trzech magów, których spotkał na granicy. Sama Cecylia stanęła za plecami czarodziei obok pozostałych młodych adeptów magii i w milczeniu obserwowała wszystko uważnie.

— Jesteś cały? — zapytał go Dawid.

Henryk tylko przytaknął głową i choć tego nie powiedział, to ulżyło mu, gdy zobaczył całego i zdrowego Dawida. Nigdy nie miał o nim dobrego zdania, ale dziś pierwszy raz ucieszył się na jego widok. Miał nadzieję, że po tym małym zebraniu, wskaże mu maga, który będzie mógł mu opowiedzieć o śmierci jego ojca i drogi wszystkich rozejdą się w zupełnie inne strony.

— Nie znamy cię młody wojowniku i szczerze nie bardzo nas interesujesz — rzekł siedzący pośrodku wszystkich czarodziejów, mag ubrany w czarny płaszcz. — Jednak zainteresowało nas to, co powiedział nam nasz czcigodny przyjaciel Walerian — wskazał na brązowego maga. Podobno byłeś przy śmierci dwóch naszych wielkich przyjaciół — Mira i Marty oraz ich córki.

Henryk przytaknął głową i odpowiedział krótko:

— Tak.

— Brałeś w tym udział? — zapytał od razu, wprawiając w zakłopotanie młodego wojownika.

Henryk zaskoczony pytaniem, popatrzył na Cecylię stojącą na końcu holu i widząc jej skupienie i wyczekiwanie jego słowa, odpowiedział:

— Byłem tam… ale to nie ja ich zabiłem.

— To, co tam robiłeś? — ciągnął go za język czarny mag.

Przełknął ciężko ślinę. Spodziewał się zupełnie innego tematu ich spotkania. Miał nadzieję, że będzie miał tylko poprzeć słowa szpiega siedzącego obok niego i zostawi ich, by tworzyli plan pomocy dla króla, a tymczasem od kolejnych jego słów będzie zależało jego życie. Przez to odpowiedział:

— Jedliśmy kolację z waszymi znajomymi.

— Kolację? — powtórzył mag wpatrując się uważnie w oczy Henryka i dodał pomału: — Jadłeś kolację z mordercami górali?

Teraz już wiedział, że wszystkie jego słowa już zostały przytoczone wszystkim zgromadzonym magom. Nie mógł się ich wyprzeć, więc skłamał:

— Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co zrobili.

— Oni nie byli mordercami! — krzyknął wściekły, pomarańczowy mag wstając z miejsca.

— Od kiedy magowie są mordercami? — oburzył się mag w zielonym płaszczu szybko dołączając do swojego kolegi.

— Zabiliście naszych przyjaciół! — dodał mag w żółtym stroju. — Zapłacicie za ich śmierć!

— Kim jest Jakub? — zapytał ostrym tonem mag w purpurowym ubraniu, który do tej pory siedział na uboczu i tylko słuchał cierpliwie. Był to czarnoskóry mag, który na głowie nie miał ani jednego włosa, ale za to posiadał delikatny, czarny zarost wokół ust, który kończył się małym węzłem u dołu brody.

Po jego słowach czarodzieje ucichli i usiedli znów na swoich miejscach, skupiając uwagę na przesłuchiwanym.

— Nie wiem — odpowiedział mu Henryk. — Tam go pierwszy raz spotkałem.

— Twój kompan twierdzi, że atakuje on naszych przyjaciół poza naszymi granicami i ma armię zdolną do ataku na nasze ziemie.

— Bo tak jest — odpowiedział szybko, czym wzbudził wśród magów konsternację.

Zaczęli ze sobą rozmawiać i przerzucać się pomysłami na opisanie bezczelności wynikającej z planów Jakuba. Tylko mag imieniem Walerian i czarodziej w purpurowym płaszczu nic nie mówili. Siedząc obok siebie patrzyli na młodego wojownika i czekali na uspokojenie się swoich kolegów.

— Proszę o ciszę moi drodzy czarodzieje — rzekł stanowczo mag w czarnym płaszczu, wstając z miejsca.

Wtedy też Henryk dostrzegł rękaw jego czarnego płaszcza, który rozwinął się teraz w całej okazałości. Była na nim wyszyta ogromna błyskawica, która rozciągała się, aż ku jego dłoni. Widział już ten płaszcz w swoim śnie i aż wstrzymał oddech, nie mogąc uwierzyć, że mógł to być wróg króla, przynajmniej według jego dziwnego snu.

— Bezczelny atak na naszych braci poza granicami naszych ziem pokazuje nam to, o czym wiedzieliśmy już od dawna — kontynuował. — Sojusz ze zwykłymi ludźmi, nigdy nie trwa wiecznie. Traktują nas na równi sobie, jeśli nas potrzebują do swoich celów. Jeśli jednak ktoś morduje naszych, to nawet nie myślą zareagować. Teraz śmią przysyłać swoich szpiegów i chcą prosić nas o pomoc.

— To niedorzeczne! — natychmiast poparli go magowie. — Idioci! Co oni sobie myślą! — wykrzykiwali po kolei.

Henryk spojrzał na Dawida, który wciąż siedział przy nim niewzruszony i tylko obserwował coraz bardziej wzburzonych magów.

Nagle czarny mag znów uniósł w górę swoje ręce i otrzymując ich całkowitą uwagę, powiedział:

— Moi drodzy przyjaciele, śmierć naszych braci i sióstr pokazuje nam jedno — nie można ufać zwykłym ludziom. Jeśli to prawda, co mówią nam tutejsi szpiedzy króla — pokazał na Dawida i Henryka. — I król bezczynnie siedzi w swoim zamku i patrzy na śmierć naszych przyjaciół, licząc że to my rozwiążemy za niego problem na jego ziemiach, to mówię mu stanowcze nie.

— Tak jest!

— Niech się martwi sam o siebie!

— Tak jest. Nie obronił naszych przyjaciół, to dlaczego mamy jego bronić? — odpowiadali wzburzeni czarodzieje.

Czarny mag znów uniósł ręce, by ich uciszyć i dodał:

— Ja mówię wam, że musimy tu zostać i przygotować się na tych tchórzliwych najemników, którzy wysyłają setki ludzi, na naszych przyjaciół. Niech spróbują tu przyjechać. Niech odważą się zrobić ten błąd, a poczują prawdziwą potęgę magii.

— Tak jest! — krzyknął czerwony mag i tworząc na dłoni płomień ognia, dodał: — Spalimy ich.

— Zapłacą za śmierć naszych przyjaciół — dodał mag w pomarańczowym.

— Mogę coś powiedzieć, moi wielcy przyjaciele? — wstał i odezwał się Dawid delikatnym i spokojnym głosem, którego Henryk wcześniej nie słyszał z jego ust.

— Przyjaciele? — od razu zareagował na jego słowa czerwony mag. — Jak śmiesz się tak mianować, szpiegu?!

— Właśnie! Nie zasłużyliście na to, by w ogóle z nami rozmawiać — dodał pomarańczowy mag.

— Radźcie sobie sami — wtórowali mu kolejni magowie.

— Bracia — przerwał im Walerian, wstając z miejsca. — Wiele nas różni i z pewnością nigdy nie będziemy tacy sami jak zwykli ludzie, ale dajmy mu dojść do słowa. Skoro zdecydowaliśmy się ich wysłuchać, to dajmy mu dokończyć.

— Po co? — zareagował pomarańczowy mag. — Już miał swój czas i powiedział, co miał powiedzieć. Nasza odpowiedź brzmi nie i koniec narady.

— Od kiedy to ty, nasz wielmożny przyjacielu decydujesz o końcu spotkania? — zapytał go ostrzejszym tonem purpurowy mag.

— Dajmy mu po raz ostatni wypowiedzieć się — odezwał się czarny mag.

Dawid popatrzył na nich i widząc na ich twarzach zniecierpliwienie, powiedział zdecydowanym tonem:

— Jak wcześniej mówiłem, król bardzo żałuje, że nie mógł pomóc waszym przyjaciołom. Sam nie może też wyruszyć ze stolicy na czele swojej armii, nie mając waszego poparcia w walce ze wspólnym wrogiem. Wojsko Jakuba jest potężne i wierzcie mi, że każdego dnia jest coraz silniejsze. Jeśli uda mu się pokonać króla, to wtedy zwróci się przeciwko wam. Tak naprawdę, to was obawia się najbardziej i przez to jako swój pierwszy cel obrał waszych przyjaciół, rozsianych po królestwie, samotnych i łatwiejszych do pokonania. Tutaj nie odważy się teraz zaatakować, bo wie, że króla będzie miał na plecach, przez to na razie blokuje wasze drogi dojazdowe. Jednak gdy nie zjednoczycie się, to pozbędzie się jednego ze swych wrogów, a wtedy odwróci się w waszą stronę i zaatakuje, a uczyni to ze zdwojoną siłą i o wiele większą armią, wiedząc, że tylko wy dzielicie go od przejęcia władzy w całym królestwie.

Po tych słowach w sali zapanowała zupełna cisza. Czarodzieje podenerwowani i dotknięci jego przemówieniem już nie byli tacy pewni swojego zdania. Wtedy jednak odezwał się czarny mag:

— Chyba zapomniałeś do kogo mówisz… PRZYJACIELU — zaakcentował ostrym tonem ostatnie słowo. — Nigdy żadne wojsko nie będzie mogło się równać z armią magów, którą właśnie tutaj napotkają. Może nie są nas setki, ale każdy kto zlekceważy naszą moc, srogo za to zapłaci. Każdy z nas jest wart stu najlepszych rycerzy. Do tego zostając tutaj zyskamy czas, by przygotować nasze ziemie odpowiednio na ich przybycie. Nie boimy się nikogo. Niech przychodzą. Niech spróbują podbić nasze ziemie. Zniszczymy ich, spalimy na proch, a twojemu królowi możesz przekazać, by martwił się sam o siebie. Żadnemu naszemu przyjacielowi nie pomógł, gdy tropili ich i zabijali na jego ziemiach, więc i my nie przejmiemy się jego losem.

— Tak jest! — poparł go natychmiast pomarańczowy mag.

— Pokażemy im potęgę magii! — dodał czerwony mag.

Większość magów wstawała z miejsca i wtórowała im, wygrażając się wojskom Jakuba, jednak Henryk przysłuchując się im, patrzył z uwagą na Waleriana i purpurowego maga, którzy wyglądali na niezbyt zadowolonych z ich zachowania. Siedzieli w swoich wygodnych fotelach i w milczeniu przyglądali się swoim kolegom.

— A który z nich znał mojego ojca? — zapytał Henryk Dawida, w ogóle niezainteresowany zachowaniem magów.

Podenerwowany szpieg zerknął na swojego młodego towarzysza i poirytowany, odparł:

— Ty myślisz tylko o sobie?

— Tylko po to tu przyszedłem.

— To spróbuj ich zatrzymać — odparł, pokazując na powoli rozchodzących się czarodziei.

Po tych słowach młody wojownik obrzucił szpiega swoim zabójczym spojrzeniem. Nie taka była umowa. Nie to mu obiecał. Odwrócił swój wzrok na ostatnich, wstających ze swoich miejsc magów i czuł, że jeśli czegoś nie zrobi, to straci jedyną szansę na poznanie swojego ojca bliżej.

— Hej! — krzyknął nagle Henryk, skupiając na sobie uwagę nie tylko zaskoczonego Dawida, ale i oburzonych jego zachowaniem magów.

— Wasz czas minął — odezwał się czarny mag i tylko machnął ręką, jakby od niechcenia i ich krzesła wraz z nimi poleciały na kilka metrów do tyłu i przewróciły się na ziemię. — Wyprowadźcie ich z naszych ziem.

Henryk jednak nie miał zamiaru dać za wygraną. Widząc, że młodzi adepci podchodzą do nich, szybko wstał i podniesionym głosem powiedział, tak żeby mieć pewność, że go wszyscy usłyszą:

— Jest jeszcze jeden czarodziej, którego Jakub chce zabić w najbliższym czasie.

Wszyscy czarodzieje natychmiast ucichli i z zaciekawieniem spojrzeli na młodego wojownika. Tylko czarny mag wbił w niego swój ostry jak brzytwa wzrok i próbował wywiercić w nim dziurę na wylot, pytając:

— O kim mówisz?

— Nie wiem jak się zwie, ale na pewno znajduje się poza waszymi granicami.

— Kłamiesz. Wyprowadźcie ich!

— On musi być kimś ważnym, skoro zostawił go na sam koniec.

Czarodzieje zaczęli spoglądać na siebie zaskoczeni i wtedy odezwał się Dawid:

— Wszyscy wiecie o kim mowa. Opuścił was już dawno, ale chyba nie zostawicie go samego? W końcu to jeden z was.

— Wybrał samotność — odezwał się czary mag. — A poza tym nikt nie wie, gdzie teraz przebywa.

— Ja wiem — odpowiedział mu Dawid, zaskakując nie tylko jego, ale i pozostałych magów.

— Skąd mamy pewność, że nie kłamiecie — odpowiedział czarny mag. — Może to kolejna wasza sztuczka, by nas wciągnąć w waszą wojnę.

— Zarzucacie królowi brak pomocy dla waszych przyjaciół, a sami nie chcecie im pomóc?

Te słowa uszczypnęły większość z siedzących przed nimi czarodziei i od razu chcieli odpowiedzieć na jego zarzut, gdy czarny mag znów uniósł ręce do góry i uprzedzi ich mówiąc:

— Nie porównuj nas do waszych tchórzliwych władców, jeśli chcesz wyjść stąd żywy. Od lat nikt nie widział naszego starego, poczciwego Alberta. Skąd mogliby wiedzieć, gdzie go znaleźć?

— Jakub miał wyznaczonych magów, których miał znaleźć i zniszczyć. Dokładnie wiedział, z kim będzie miał do czynienia i gdzie ich znajdzie — odpowiedział mu Henryk.

— Od kogo miał informacje?

— Tego nie wiem, ale bardzo mu zależy na pozbyciu się waszych przyjaciół.

Znów wśród magów zapanował szum, który natychmiast uciszył czarny mag. Skierował się w stronę Dawida i powiedział:

— Poprowadzisz kilku naszych adeptów do Alberta i sprowadzicie go tutaj. My w tym czasie rozpoczniemy przygotowania do obrony.

— Adepci bardziej przydadzą się tutaj. Ja pojadę z nimi — odezwał się nagle purpurowy mag.

— Ja też — dołączył do niego Walerian.

Niezbyt spodobał się ten pomysł czarnemu magowi. Spojrzał na nich tym samym spojrzeniem, którym wcześniej obdarzył Henryka i odpowiedział:

— Dobrze, ale możecie zabrać tylko jednego adepta ze sobą — rzekł i odwracając się w stronę ich nieproszonych gości zaraz dodał. — Wyruszajcie natychmiast. Jak tylko wyczujecie, że wasi przewodnicy coś kombinują, zabijcie ich.

Mag w purpurowym płaszczu i Walerian zgodnie przytaknęli głowami, a pozostali czarodzieje zaczęli kierować się do wyjść z sali. Młodzi adepci, z Cecylią na czele, podeszli do Dawida oraz Henryka, by ich wyprowadzić na zewnątrz, ale wtedy młody wojownik, nie przejmując się zupełnie stojącymi wokół nich adeptami, ani myślał o podążeniu za nimi. Stał w miejscu i patrząc na odchodzących magów, zapytał swojego kompana:

— Który z nich znał mojego ojca?

— Nie ma go tu — odpowiedział niewzruszony Dawid, zaskakując go całkowicie.

— Co?!

— Jeśli nie pójdziecie dobrowolnie, będziemy zmuszeni… — powiedziała do nich Cecylia.

— Znów mnie okłamałeś? — zapytał Dawida, wściekły Henryk, zaciskający z całych sił pięści.

— Nie. Spotkasz się z nim. Wierz mi — odwrócił się do coraz bardziej zniecierpliwionych adeptów. — Idziemy, już idziemy.

Henryk popatrzył na otaczających ich młodych czarodziei. Większość z nich była zaledwie o kilka lat starsza od niego, a Cecylia wydawała się z nich najmłodsza. Jednak mimo ich młodego wieku, z pewnością mieli już niemałą moc, którą z chęcią wypróbowaliby na nich. Ruszył więc za swoim kompanem i wycedził przez zęby:

— Zabiję cię oszuście.

Młodzi adepci odprowadzili ich do szerokich i wysokich na prawie trzy metry wrót. Jeden z nich przyniósł im ich broń, a drugi uchylił jedno skrzydło, by umożliwić im wyjście na zewnątrz. Henryk z nieukrywaną przyjemnością wziął swój miecz do ręki i nawet nie zapinając go u pasa, trzymając w ręce, czekał aż jego kompan wyjdzie na zewnątrz.

— Okłamałeś mnie po raz ostatni… szpiegu — powiedział, zaciskając zęby i biorąc miecz do ręki.

— Uspokój się wojowniku. Właśnie do niego zmierzamy — odpowiedział mu beznamiętnie i ruszył przed siebie, odwracając się do niego plecami.

— Nie wierzę ci.

— To już twój problem — uśmiechnął się znów na ten swój ulubiony, irytujący Henryka sposób i zapinając swoją broń, dodał: — Cierpliwości młody. Jak tylko dojedziemy do niego, to będziesz mógł go zasypać tysiącami pytań przez całą drogę powrotną.

Henryk choć niechętnie, posłuchał jego słów. Schował miecz i teraz dopiero dostrzegł otaczający ich ogromnym, ale zupełnie pustym plac. Znalazł się bowiem na ogromnej przestrzeni, wokół której nie było nic, prócz piasku i kilku pojedynczych drzew w oddali. Za ich plecami stała wysoka na kilkanaście metrów spiczasta wieża, z której wyszli, a pod nogami mieli tylko mały odcinek wyłożony kamieniami. Przeszedł na bok, by wyjrzeć za mury wieży i nie dostrzegł tam żadnego domu, czy jakiegokolwiek budynku. Nawet muru wokół nich nie było. Żadnej przeszkody dla atakujących te ziemie napastników.

— Gdzie my jesteśmy? — zapytał Dawida.

— Na ziemi magów — odparł mu szpieg, w ogóle niezaskoczony tym widokiem.

— Czyli ich miasto jest pewnie dalej na północ. Tylko jak oni chcą się tu obronić? — zapytał Dawid. — Nie ma tu żadnego muru, czy nawet płotu.

— Magia nie potrzebuje płotu.

— Przecież każda strzała ich dosięgnie.

— Myślisz, że pozwolą łucznikom podejść tak blisko?

Nagle otwarły się boczne wrota wieży i wyszli z niego dwaj magowie, prowadzący konie za sobą. Za nimi wyszła Cecylia, a za nią jeszcze dwóch adeptów prowadzących wierzchowce dla ich przewodników. Dawid od razu ruszył po jednego z nich i wsiadając na konia, od razu zapytał go Walerian:

— Który kierunek szpiegu?

— Południowy wschód.

Mag tylko skinął głową i ruszył wraz z drugim czarodziejem do przodu. Dawid i Cecylia ruszyli niezwłocznie za nimi i tylko Henryk wciąż stał niechętny do podróżowania w ich towarzystwie. Patrzył podenerwowany na młodych adeptów i odjeżdżających czarodziei. Wiedział, że nie może tu zostać, ani wrócić do granicy, gdzie czekali już na niego żołnierze Jakuba. Przez to klnąc pod nosem odebrał od młodych magów konia i ruszył za swoimi nowymi towarzyszami. Chodź nie miał zamiaru z nimi rozmawiać, to musiał ich dogonić i wspólnie dotrzeć do czarodzieja. Miał w tym swój własny interes i miał nadzieję, że tym razem nie zostanie oszukany przez szpiega, który zaczynał drażnić go coraz bardziej. Ostatni raz mu uwierzył na słowo i tym razem już nie miał zamiaru darować mu kłamstwa. Nie miał nic do stracenia, więc nic nie ryzykował.

Nie spieszył się. Jechał za nimi przez dłuższą chwilę w znacznej odległości, aż w końcu znudziła go samotna droga i zaczął zbliżać się do nich, by chociaż posłuchać, o czym będą rozmawiać w drodze.

— Rozmawiałeś z moją siostrą przed jej śmiercią? — zapytała go od razu Cecylia, zwalniając i podjeżdżając bliżej.

Młody wojownik zaskoczony jej słowami przytaknął tylko i nic nie odpowiedział.

— O czym?

Henryk wciąż milczał. Nie miał zamiaru z nią rozmawiać i nie zwracając na nią uwagi, jechał wciąż wpatrzony do przodu, gdy znów usłyszał jej kolejne słowa.

— Tak jak myślałam. Wszyscy jesteście tacy sami. Mam nadzieję, że spotka was ten sam los, co moją siostrę. — powiedziała zdenerwowana i już chciała przyspieszyć, gdy Henryk jej odpowiedział:

— Nie zdążyłem jej ostrzec.

Po tych słowach znów zrównała się z nim i wpatrując się w niego, zapytała:

— I myślisz, że ci uwierzę?

— To, po co pytasz?

— Jak ją zabili?

— Strzałem z kuszy.

— Tchórze.

— Przykro mi — odparł, zaskakując ją tymi słowami.

— Niby dlaczego? Też pewnie chciałeś jej śmierci.

— Nie bardzo.

— Dlaczego tu jesteś? — zapytała, wbijając w niego swój wzrok. — Czemu nie jesteś już z nimi?

— Nie należę do ludzi Jakuba.

— A może jednak? — zapytała, wpatrując się w niego uważnie, czekając na reakcję.

— Uwaga, zbliżamy się do rzeki — oznajmił im Walerian, przerywając ich rozmowę.

— Wrócimy do tej rozmowy później — powiedziała Cecylia i odwróciła się od niego, koncentrując się na czekającej ich przeprawie.

Stanęli na małym wzniesieniu i przed nimi ukazało się ogromne, szerokie na kilkanaście metrów koryto rzeki. Teraz już wiedział, dlaczego Dawid wcześniej mówił, że tędy nie ma przejścia. Nurt rzeki był tak silny, że z pewnością odstraszał wszystkich śmiałków od jej przejścia. Henryk ze strachem popatrzył na swoich towarzyszy, którzy jakby nic sobie z tego nie robili, zaczęli zbliżać się do wody. Młody wojownik liczył, że chociaż Dawid odwzajemni jego uczucie, ale ten tak samo jak oni parł do przodu nieustannie. Kilka metrów od brzegu, Henryk coraz bardziej podenerwowany spoglądał na swoich towarzyszy, ale wtedy prowadzący ich Walerian uniósł w górę drewnianą laskę. Najpierw jego dłoń, a później ona sama rozbłysła jasnym, niebieskim światłem po całej długości i nagle przed nimi woda jakby zaczęła uderzać w niewidzialną ścianę. Koryto rzeki z każdą sekundą wysychało, a woda płynąca z góry zaczęła wylewać się na boki niewidzialnej ściany. Magowie ruszyli do przodu, prowadząc ich za sobą, a Henryk nie mogąc uwierzyć w moc, jaką posiadają czarodzieje, tylko patrzył na rozlewającą się po polach wodę, która zaczęła spływać na brzegi rzeki, pod kopyta jego konia. Nie mógł oderwać wzroku od efektu tego czaru. Nigdy nie uwierzyłby nikomu, kto powiedziałby mu o takich możliwościach, a jego towarzysze szli obok niego, jakby dla nich była to zwykła sztuczka. Gdy był na samym środku rzeki poczuł nagle strach. Gdyby teraz niewidzialna ściana pękła, rzeka runęłaby na niego i nie miałby najmniejszych szans na ucieczkę. Przez to przyspieszył delikatnie, próbując nie zdradzić swojego strachu i odetchnął dopiero znajdując się na drugim brzegu. Wtedy brązowy mag opuścił swoją laskę, niewidzialna ściana zniknęła, a rzeka po prostu wróciła na swoje tory i znów płynęła nieprzerwanie swoim korytem, jakby nigdy nie było inaczej.

— Prowadź szpiegu — odezwał się purpurowy mag do Dawida.

Ten tylko skinął głową i natychmiast wszyscy pogonili swoje konie, pędząc przez otwarte przestrzenie w kierunku wschodnio-południowym.

2. Stary mag

Podróżowali cały dzień i pół nocy, gdy w końcu zmęczeni i spragnieni, musieli pozwolić odpocząć nie tyle swoim kościom i mięśniom, co koniom, które ich całą drogę niosły. Zatrzymali się przy jeziorze, gdzie rozpalili ognisko i jednogłośnie wyznaczyli najmłodszych kompanów wędrówki do pełnienia nocnej warty. Czasu na odpoczynek nie mieli za wiele, więc nie pozwolili im nawet na jakikolwiek sprzeciw. Ułożyli się po prostu do snu i zostawili Henryka i Cecylię samych przy ognisku.

Gdy młoda czarodziejka ogrzewała swoje ręce przy ognisku, Henryk obchodził śpiącą grupę kompanów, rozglądając się po całej okolicy ukrytej w ciemności. Choć jego wzrok w ciemności był wyraźnie ograniczony, to próbował maksymalnie wykorzystać zasięg skromnego ogniska i zawieszonego nad nimi księżyca. Pustkowie, na którym się zatrzymali nie wyglądało zbyt ciekawie. Nie było na nim prawie żadnego drzewa, prócz tego, przy którym się zatrzymali. Wokół jeziora znajdowały się niskie zarośla, a cały teren był pokryty trawą i wyglądał, jakby nikt nigdy go wcześniej nie odkrył.

— Nie lubisz nas, prawda? — zapytała go nagle Cecylia, zatrzymując przy ognisku.