Camino. Droga powrotu w siebie - Miriam Lundgren - ebook

Camino. Droga powrotu w siebie ebook

Lundgren Miriam

0,0

Opis

Książka Miriam Lundgren to opowieść o podróży, a właściwie o dwóch podróżach, które odbyła autorka. Pierwszy z nich to pielgrzymka do Santiago de Compostela. Druga, to duchowa podróż do samej siebie. Obie drogi są równie piękne i pełne emocji. Autorka wspaniale opisuje trudy i radości podróży. Obolałe stopy, wyczerpujące momenty wspinaczki przeplatają się z historiami pełnymi radości życia i zachwytu pięknem świata. Tej podróży towarzyszą spotkani po drodze pielgrzymi. Drugą podróż Miriam Lundgren musiała odbyć zupełnie sama. Jej towarzyszami były wyłącznie wspomnienia - te piękne, ale i te traumatyczne, z którymi autorka, często w bólu i łzach, dokonuje rozliczenia, by pozwolić im odejść. Rozlicza się z ludźmi, z religią, z samą sobą.

Książka to pełna optymizmu, pięknej i prawdziwej wiary opowieść o sile kobiet, o boskiej opiece i o tym, że nic nie dzieje się przypadkowo.

 

***

 

”Camino - droga w spotkanie z sobą", czy też - życiowy pielgrzym przez miłość - to zaskakująca, odważna, wstrząsająca historia kobiety, wędrującej Jakubowym szlakiem.

Przełomowe wydarzenie duchowo – literackie? - może tak, jeśli ktoś zechce doczytać do końca?!

Co by było, gdyby choć jedna Kobieta opowiedziała prawdę o swoim życiu? Skończyłby się świat? To wciąż powracające przewodnie pytanie w życiu autorki, wyzwoliło jakby naturalną odpowiedź, gdy przez 35 dni swojej wędrówki najstarszym pielgrzymim

szlakiem - Camino Santiago de Compostela, czuje że historia jej życia, historia życia Kobiety wychodzi jej na spotkanie. Niekonwencjonalna biografia, tematy tabu, na tle historyczno-geograficznych faktów 850 - kilometrowego Jakubowego szlaku, "droga dla odważnych", jak określiła Camino, Shirley MacLaine. Wyzwania i trudy wędrówki, czy wyzwanie życia, by pogodzić się z sobą?

Rozmowa duszy, wewnętrzna konfrontacja , intensywnieje, gdy - zgodnie z prawdą, pokonuje kolejny raz samą siebie, a raczej umęczone wysiłkiem ciało.

Niespodziewana synchronizacja pielgrzymich zdarzeń, wyłuskuje dramatyzm i grozę biografii, skrywane, jak w życiu każdej KOBIETY, bo napiętnowane wstydem i lękiem przed osądzeniem. Towarzyszy tym zwierzeniom głęboką duchowa obecność, czy też mistyka dotknięć niekonwencjonalnej Boskości.

Książka nie jest literacką fabułą, choć różnorodnością doświadczeń, może konkurować z niejedną " mrożącą krew w żyłach" akcją. Jest wiarygodna, bo pisana życiem. Z pokorą doświadczonej, 60 - letniej Kobiety.

Jest niewątpliwie potwierdzeniem, wzbudzającym pewność, że nie ma przegranych żyć i nigdy nie wiemy, jaka niespodziewana zmiana losu czeka za najtrudniejszym zakrętem losu. Będąc szokującą kobiecą spowiedzią pod skrzydłami miłości, książka ta może odbudować ufność, że bez względu na wczoraj, każde dzisiaj może być nowym początkiem. Osobiste, ludzkie historie, bywają często najlepszą terapią.

Książka nie ma też nic wspólnego z katolicką formą pielgrzymowania. Ukazując kulisy społeczności zakonnych, jest raczej ostatecznym rozliczeniem z instytucją kościoła, by odkrywać rzeczywistą relację Człowieka z Bogiem, żywą, wolną i doświadczalną. Jak wyznaje autorka osobiście - ”Jestem świadoma, że każde słowo sercem pisane, nieomylnie trafia prosto w odczytujące je serce. Na ten turbulentny czas, potrzeba nam przekazów MIŁOŚCI. Być może to zaważy w ostatecznej ocenie wartości mojej książki także losach świata?”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Miriam Lundgren

Camino

droga powrotu w siebie

Życie Kobiety przez Miłość

Virdis 2020

REDAKCJA

Kinga Anna Kłosińska

KOREKTA

Magdalena Solińska

ZDJĘCIA

Miriam Lundgren

OKŁADKA

Weronika Dąbrowska

ZDJĘCIE NA OKŁADCE

Jolanta Anna Karolska

SKŁAD I PRZYGOTOWANIE DO DRUKU

Joanna Piotrowska

DRUK I OPRAWA

MURUGUMBEL

WYDAWCA

Viridis

www.viridis.pl

mail:drzewa@wir.pl

2020

ISBN: 978-83-958981-2-9

Witaj!

Przebudzenia życzę całemu światu, ale przede wszystkim Tobie, Kobieto! Rodzi się nowy czas, nowa era ludzkości, odegrasz tutaj decydującą rolę!

Wszystko ma właściwy sobie czas – raz jeszcze przekonuję się o tej kosmicznej synchronizacji zdarzeń – tych małych i tych wielkich.

Moja książka krzyczy wręcz do Ciebie: „Co by się stało, gdyby choć jedna Kobieta opowiedziała prawdziwą historię swego życia? Czy skończyłby się świat?”.

Te wciąż aktualne, niezaspokojone pytania znalazły jakby swoją naturalną odpowiedź, gdy moja własna, niekonwencjonalna, często wstrząsająca historia niespodziewanie wyszła mi na spotkanie. Nieprzewidziane zdarzenia 35-dniowej pielgrzymki wywołały z zakamarków mojej pamięci, zwłaszcza tej niechcianej, fragmenty życia – szczególnie te potrzebujące uzdrowienia – uwagi, odwagi, by je nie tylko odczuć i przeżyć, ale bym mogła przy ich pomocy, pokazując swoją prawdę – nagą i bezwstydną – otworzyć bramy zakazanych tematów pogwałconej na ciele i duszy Kobiecości!

Kilka wydawnictw napisało do mnie wprost, że nie widzą potencjalnej rzeszy czytelników.

Być może moja książka za dużo by namieszała, także w mojej odważnej drodze rozliczenia z instytucją kościoła, którego oficjalni reprezentanci dali mi poznać wiele swoich oblicz, nie zawsze przewielebnych, a Jezus sam, bez pośredników, nieustannie zapraszał mnie do osobistej, wspólnej podróży przez życie! Bycie w bliskości z Bogiem nie musi być kościelne.

Być może nadal niepożądane jest, w opinii dotychczasowych schematów społeczeństwa, dzielenie się doświadczeniami podobnymi moim? Doświadczeniami, o których się nie mówi, a które – wiem, że większość Kobiet niestety przeżyła. Czyli krótko mówiąc – zakneblowane gardło, krzycząca dusza i rozkrwawione serce, ale pod pozorami ładu, składu i zadowolenia! Obłudne tabu życia Kobiety, która krzyczy, ale nikt nie chce jej słyszeć z lęku, że kiedy powstaje Kobieta nawet góry ustępują jej z drogi!

I kiedy dostałam odpowiedź: „Podoba się nam Pani książka”, to jakby wrota wyzwolenia same się otwarły. Tak jak otwarły się teraz zakneblowane usta i uciskane dusze tysięcy polskich Kobiet. Rozerwały niewidzialne pęta i teraz już nikt ich nie powstrzyma!

I jest to zdrowy objaw oczekiwanych przemian. Powtarzałam od zawsze – nie odrodzi się ludzkość, dopóki nie przywróci się godności i należnej roli KOBIECIE!

Dlatego moja książka wychodzi do Was we właściwym momencie, właśnie teraz, gdy naga prawda Kobiet staje się także siłą przemian świata, na które czekamy. Już nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy i przyjmować na siebie całą winę zła, którym obarczono nas w opowieści o początku świata… To przez Kobietę, Ewę, ludzkość wygnano przecież z raju i od tamtego czasu wszystko „przez Kobietę”. Nawet wtedy, kiedy ją gwałcono i poniżano,w niej szukano przyczyn.

Jestem ogromnie wdzięczna, że doczekałam tych czasów, tego wyzwolenia Kobiety spod jarzma systemów, które ją więziły, włącznie z systemem kościelnym.

Od dziecka współodczuwałam z każdą Kobietą sama doświadczając sprytu manipulacji podczas molestowania ciała i gwałcenia mej duszy. Niezwykła w swojej zwykłości – taka jest każda Kobieta, którą z głębi serca podziwiam.

Świat się w zasadzie kończy, gdy Kobieta odważa się głosić prawdę o swoim życiu. Kończy się ten stary, zabrudzony porządek, w którym nie było równowagi i miłości. Świat rządzony przez mężczyzn to świat mentalnych struktur pozbawionych czucia. Kończy się, bo Kobieta wypowiadająca swoją prawdę, odradza się, by tworzyć nowy świat przez MIŁOŚĆ – rządy serca!

Ciekawa jestem Waszych, Siostry, reakcji, ciekawa jestem jak się poczuję w sobie, gdy nagle moje życie otworzy się przed Wami takie obnażone, a ja stanę naga, bez tajemnic duszy?! Czuję, że będzie cudownie nareszcie móc zacząć mówić!

Kobieto, niezwykła w swojej zwykłości, błogosławiona niech będzie Twoja odwaga, by godnie bronić swojej życiowej prawdy bez poczucia fałszywej winy, że wszystkich nieszczęść sama jesteś sobie winna! Podziwiam Cię i kocham i wspieram w Twojej drodze! To nasza wspólna droga… Kobieca droga serca!

Przebudzenia życzę każdej z nas! Nie wstydźmy się swojej nagości, tej swojej obnażonej prawdy, tego kim jesteśmy! Z dumą nieśmy w sobie historię swego życia!

Z życzeniami wszelkiego dobra 

Miriam Lundgren 

Wstęp

Od pierwszego kroku rozpoczyna się nawet najdłuższa podróż… Od pierwszej litery każde słowo – napisałam 17 października 2018 roku nie mając pojęcia o proroczym znaczeniu tych słów, a dzisiaj, w tym szczególnym dniu 29 lutego 2020 roku, gdy przelewam litery w czcionki, modlę się, by moje słowa stały się miłością.

Kiedy kilka lat temu moja koleżanka zostawiła mi pamiątkę swej Pielgrzymki, małą żółtą strzałkę, nie wiem, czy zareagowała wówczas odzewem moja dusza?

Być może już wtedy wszystko było zaplanowane i tylko czekało na swój właściwy czas, kosmiczną punktualność, która nigdy nie zawodzi. Nie wiem, nie znam do końca wszystkich odpowiedzi. I nie muszę znać. Od tak dawna zaufałam życiu!

Camino to po hiszpańsku „droga”, ta przez życie też. Kiedy się zaczyna, a kiedy się kończy i które stacje, przełęcze, doliny i szczyty są najważniejsze?

Czasem kamienista, to znów szeroka jak rzeka, co nagle wąskim przesmykiem wcina się w krajobraz jeszcze spowity mgłami, by kolejny zakręt skąpał twarz jasnością albo rzęsistym deszczem zmył kurz zmęczenia.

Krajobrazy życia i pejzaże duszy, jak zmienny kalejdoskop, nie do przewidzenia.

CAMINO DE SANTIAGO, stary szlak Jakubowy, który przecina Europę albo może ją tworzy.

„Europa została stworzona z pielgrzymich szlaków do Compostela” – już w XVIII wieku podkreśla jej znaczenie Johann Wolfgang von Goethe zafascynowany, jak wielu przed nim przez ponad tysiąc lat, tym niezwykłym szlakiem. Czy może szlakiem podróży w siebie?

Chciałoby się, nie tylko tak jak dawniej, gdy szli tędy pątnicy, dotykać bosymi stopami tej szczególnej drogi, ale wsłuchiwać się sercem i duszą i ciałem w omszałe kamienie murów obronnych, kościołów, resztek pierwszych szpitali czy też pustelni mistyków od dawna już opuszczonych. Został tylko mistycyzm własnej duszy, która pragnie doświadczyć swej pełni.

Kiedy cisza otula, zda się jeszcze słyszeć gwar uśpionych miasteczek i odgłosy dzwonów kołyszących teraz do snu małe bocianiątka w gniazdach uwitych na ucichłych dzwonnicach.

A przecież wszystko żyje! Jeśli tylko pozwolimy sobie wsłuchać się w siebie, by dosłyszeć, by usłyszeć w głębi siebie jedną niezwykłą opowieść, najpiękniejszą ze wszystkich, starą jak znany nam świat historię własnej duszy odkrywaną na nowo krok po kroku…

Bałam się narodzić. Tak bardzo się bałam!

W świecie, w którym miałam żyć, nie byłam oczekiwana. Nie wiem nawet gdzie się urodziłam, ani też jakie anioły mnie w ramionach trzymały, gdy odważyłam się na swój pierwszy oddech. A może z przerażenia był to tylko wstrzymywany wdech? Nie zapamiętałam spojrzenia oczu mojej matki. I nawet nie wiem, czy to pierwsze było też i ostatnim. Z tego, co wiem, nigdy więcej go już nie widziałam. Wiem niewiele, a raczej nie wiem nic. Wołano na mnie bękart. Krzyczano za mną znajda. Ale królewna też.

A po trzydziestu latach dostałam drugą szansę. Po obfitym wewnętrznym wylewie pooperacyjnym moja dusza opuszczała już ciało wracając tam, skąd przyszła – do niebiańskiego królestwa miłości. Ale nie została przyjęta, choć się upierałam stojąc po stronie nieba, tuż za progiem śmierci wciąż jeszcze niedokończonej, pod znakiem zapytania.

Miałam wrócić w swe ciało. Narodzić raz jeszcze. I wiem, bo dane mi było doświadczyć, że to przed sądem miłości staje ludzka dusza, gdy wybija jej godzina ostatnia. I przed tym sądem miłości ja prosiłam żarliwie, bym już tutaj została, w tym niebiańskim domu. Znowu bałam się narodzić. Nie chciałam już wracać na ziemię. Nie miałam do czego. Życie? Wymuszone, na siłę, z nieszczęśliwą duszą?

– Mamo! Mamo! – usłyszałam nagle. Jakby gdzieś zza światów dobiegło wołanie. Odpowiedź miłości, bo serce moje jeszcze reanimowano, była niepodważalna. Matka musi podążać tam, gdzie wołają ją dzieci.

Do trzech razy sztuka – powiedziałam sobie, gdy minął kolejny cykl mego życia, cykl eonów czasu odmierzany zegarem zdarzeń, wskazówkami miłości. Przejdę moje Camino, moją życiową drogę. Pójdę na swoją śmierć albo raczej przejdę wszystkie moje śmierci, od których umierała dusza i wykrwawiało serce. Może zmartwychwstanę, może się odrodzę i rozkocha się we mnie moja dusza? – słuchałam z uwagą wewnętrznej konwersacji, jakby sama nie biorąc w niej udziału. Tym razem z ochotą pragnę się odrodzić, pragnę zazielenić się w żyznej glebie duszy – czułam euforię wsłuchując się w siebie. Camino Santiago de Compostela, Jakubowy szlak, 850 cudownych kilometrów, bo cu­-dem musi być ich pokonanie – dodawałam, uśmiechając się do siebie.

Taka powtórka z życia. Czy naprawdę ma sens? Trzydzieści pięć dni wędrówki zamiast psychologa? A poza tym, czy odtwarza się życie w rytm powtarzanych kroków, aż do samego początku? Jakiej odwagi potrzeba niezłomnej, by zmierzyć się z życiem raz jeszcze?! Ucząc się wciąż miłości, bezgrzesznie zrozumieć i błogosławiąc wybaczać, przede wszystkim sobie? Czym obdarowuje ten pielgrzymi szlak, skoro przez tysiąclecie zdążyli już nim przejść mali i wielcy tego świata i ci najpotężniejsi, których jedynym majątkiem była miłość – Boga i Człowieka? Czy i mnie On zawołał? Jedenaście lat dojrzewała decyzja i bez świadomych planów czy praktycznych rozważań, tak po prostu, z dnia na dzień, stała się faktem. W samym środku lata wybrałam dogodny lot. Pozostał mi tylko miesiąc na organizację wszystkiego – począwszy od kubka na wodę po górskie obuwie i (co najważniejsze) determinację, że wystarczy mi odwagi i fizycznych sił!

No właśnie! Alpinistką nie byłam nigdy. Owszem, lubiłam chodzić, stąd moje przekonanie, że sporadyczne trzy- i pięciokilometrowe wędrówki cał­kowicie wystarczą jako przygotowanie do planowanej pielgrzymki. Może i solidne – samą siebie uspokajałam. Nieświadoma zupełnie, jak z motyką na księżyc, porwałam się w sobie na moje Camino. Nie zerknęłam nawet w fachowe poradniki. Nie miałam map terenu ani przewodników – mój kosmiczny kompas, zew duszy i serca wołał mnie i ponaglał, by wyruszyć w drogę!

Od pierwszego kroku rozpoczyna się nawet najdłuższa podróż… Od pierwszej litery każde słowo – raz jeszcze ze zdumieniem odczytałam me słowa. Tym razem był to cichy szept modlitwy, taki prosto z duszy, nieuświadomiony jeszcze przez logiczny umysł.

Preludium – matczyne błogosławieństwo

Z rodzinnego miasta, z mojego Wrocławia, 26 sierpnia 2019 roku wyruszyłam w podróż obdarowana błogosławieństwem męża i kilku przyjaciół.

Rozpoczynasz podróż, która przepełni Cię światłem – niespodziewanie szepnął ktoś do mej duszy, kiedy z samolotu już spoglądałam na me rodzinne miasto.

Niewiarygodne jak szybko potoczyły się zdarzenia. Tylko dwa miesiące wcześniej, taką samą trasą z Wrocławia do Paryża, leciałam z Kobietami na nasze warsztaty kobiecości do Langwedocji – ziemi kobiecej mocy. „Przypadkowo” spotkana para Polaków – Małgorzata i Konstanty, zaprosiła nas do swojego studia filmowego. Dzieląc się swoim doświadczeniem duchowym z Lourdes tak rozpalili we mnie tęsknotę, że nie mogłam rozpocząć moje­-go Camino, samotnej pielgrzymiej drogi inaczej. Spotkanie z Matką, tą Czło­wieczo – Boską, właśnie w Lourdes, miało być pierwszym etapem mojej podróży. Inicjacją.

Łzy wdzięczności niepohamowanie spływały po moich policzkach, gdy samolot wznosił się nad miastem mojej młodości. Moja walizka cięższa była o dodatkowy bagaż. Obdarowana nim, dziękowałam Danusi z Niechorza, gdzie zdążyłam z mężem jeszcze nacieszyć się morzem. Także i tym łagodnie falującym miłością w Danusinym sercu. Buty – te, w których miała się wspinać na Mont Seguir w czasie naszego pobytu we Francji. Przyniosła mi je jako pożegnalny prezent wyznając z głęboką szczerością:

– Teraz już rozumiem, dlaczego coś mi kazało nie zabierać ich ze sobą. Już były spakowane, ale zgodnie z wewnętrznym głosem wyjęłam je z walizki. Te buty czekały na Ciebie. I jeszcze to, bo widzę, że nie masz nic ciepłego, a przecież wyruszasz w góry, może Ci być zimno – dodała wręczając mi różowy puszek-sweterek.

Miły w dotyku jak jej hojne ręce, pomyślałam sobie. Jakoś tak jest, że nadal rozrzewnia mnie ludzki gest dobra, spontaniczny i bezinteresowny. Odliczając wszystkie błogosławieństwa mego życia czułam, że w samolocie, zamiast zwykłych pasażerów, lecieli ze mną Ci, którzy przez lata wzbogacali moje życie podtrzymując nierzadko chwiejną ufność, że Bóg nie zmęczył się jeszcze człowiekiem, skoro wciąż wierzy w „ludzkość” jego serca.

Tyle już było w mym życiu opuszczonych lotnisk i samotnych lądowań… Tym razem też nikt nie będzie mnie oczekiwał na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Nikt, poza wspomnieniami.

Właśnie stąd przed dwudziestu laty przeładowany samolot linii lotniczych Air India podniebnymi autostradami wiózł mnie na ważne, rozstrzygające o dalszym życiu spotkanie. Urzeczywistniło ono moje najskrytsze marzenia i udowodniło, że niemożliwe staje się możliwym, gdy tylko jesteśmy zdecydowani pójść swoją własną drogą.

Rozkład mojego lotu był dokładnie taki sam jak ten czerwcowy, kiedy leciałam z Kobietami do Langwedocji, a zatem krótki był czas oczekiwania w Paryżu na przesiadkę. Nie byłam więc zaskoczona, gdy w Tolouse poinformowano mnie, że bagaż mój nie doleciał.

– Będzie na pewno jutro – zapewniał mnie uprzejmie pracownik biura obsługi klienta wręczając mi kosmetyczkę z artykułami higieny osobistej.

Pociąg z Tolouse do Lourdes był w zasadzie pusty. Tylko ja byłam przepełniona po brzegi rosnącym dziękczynieniem za życie. I oczekiwaniem. Była już późna noc, gdy taksówka stanęła na dziedzińcu Domu Sióstr Zakonnych w Lourdes.

Szukam wciąż miejsca w mej duszy, w którym mnie przygarniesz. Jestem Twoim zgubionym dzieckiem, które jeszcze wciąż potrzebuje Twego głosu, by wyciszyć mą wewnętrzną burzę i Twej ręki przeprowadzającej mnie łagodnie nad urwiskami życia… – powracały wołania mej obolałej, osieroconej duszy. Dziecko we mnie pragnęło Ojca i Matki – bezwzględnie kochających.

Tak wiele dane mi było doświadczyć w moim życiu. Tyle skosztować doznań, wzlotów i upadków. Rzędy pozostawionych mogił mam już też za sobą. Bez krzyży i dat, czasem nawet bez imion – niespodziewanie rozżaliłam się w sobie.

Ile serce ma pęknięć od trzęsienia swej ziemi, ile domostw zwalonych i ruin. Ile determinacji potrzeba, by je odgruzować, by się z bliska przypatrzeć zgliszczom. Skąd ta siła się bierze, ta siła niezłomna, co pozwala nowym dniom życia wzrastać na gruzach wczoraj?

Tyle dróg przebytych, tyle niedokończonych… może teraz zakończę je wszystkie? – rozważałam z nadzieją.

„Nikt nie może odkryć za Ciebie Twojego znaczenia. Nawet Mistrz”, powróciło echo słów Anthony’ego de Mello, kiedy tuż przed zaśnięciem przywoływałam moich przewodników duchowych prosząc ich o odwagę, by się otworzyć jak księgę i wczytać w nią raz jeszcze, niczego nie pomijając.

Spałam jak prawdziwe Dziecko Ojca i Matki Boga oczekujące swojego obudzenia. I odrodzenia też. Ufnie i zawierzająco.

Skromne zakonne śniadanie było dla mnie takie uroczyste! Świeżo upieczo-ny chleb trzymałam w dłoni jak hostię, której tak już dawno nie objęłam ustami, ze wzgardą wykluczona ze wspólnoty kościelnej. Byłam przecież rozwódką.

Chłonąc całą sobą mały kawałek chleba czułam, że trzymam Jezusa. Tak jak zawsze głęboko, w tabernakulum własnego serca. Delektowałam się. Chwila po chwili… Jakbym nigdy wcześniej nie znała smaków ni zapachów, tej skromnej strawy, która stała się misterium. Była święta dla mnie, Boskiego Dziecka, biegnącego na spotkanie z wyczekującą go Matką.

Mały bus, z kilkoma jeszcze gośćmi zakonnego domu, zawiózł nas w dolinę, gdzie już tłumy ludzi zmierzały w jednym kierunku, jeszcze głębiej w dół. Moje serce przepełniła słodycz. Słodycz upragnionego spotkania, od lat wyczekiwanego. Wielojęzyczne tłumy mijały mnie obojętnie, nie widząc mych odświętnych kroków i poruszenia w mej twarzy. Każdy niósł w sobie siebie. Swoje własne troski przepełnione nadzieją i ufnością, że Matka świata zdejmie życiowy ciężar. Obejmie i przytuli.

Msza dla chorych na wózkach ciągniętych przez pielęgniarki czy też inny personel szpitalny, sceny jak z minionych już epok do reszty rozkleiły mą duszę przepełnioną wdzięcznością za życie i zdrowie. Dary, które często zdają się tak oczywiste. A przecież nie muszą. I nie są, jak świadczyła ilość chorych wierzących w swoje uzdrowienie – cudowne i pełne łaski.

Mijały godziny, a ja wciąż siedziałam na tym samym krześle przy Maryjnej Grocie rozliczając się w sobie z Matkami mego życia, a także z własnego macierzyństwa boleścią opłaconego. Macierzyństwo to dar i tak wiele ma odmian.

„Ave Maryja” – śpiewało moje serce gnane jak szalone na wieczorną procesję. Tony pieśni roznoszącej się po górach i dolinach przeniosły mnie w moje dzieciństwo. Nabożeństwa majowe, takie umajone. Wrocławskie Karłowice. To wtedy, w któryś z tych pierwszych mai mego dzieciństwa, być może Maryja Matka opieką mnie otoczyła. Było już tak blisko, by młodzieniec w sile wieku porozrywał moją czteroletnią wtedy waginę. Zboczeńców nie brakowało. Już mnie nagusieńką przyciskał sobą do płotu wśród zielonych ogrodów i sadów. Zerwanym ze mnie w pośpiechu opalaczem na szelkach zakneblował mi buzię. Coś wielkiego wyrosło mu też nagle ze spodni, a może z dziurawej kieszeni? Nie pojmując rozumem wyczuwałam, że już tylko minuty dzielą mnie od czegoś okropnego. Naprawdę w ostatniej chwili, nie wiadomo skąd, na drodze stanęli chłopcy, sąsiedzi na tyle już dorośli, by wiedzieć co się dzieje. Przestraszyli złoczyńcę, który szybko uciekł. Pełna grozy w oczach wpadłam naga do domu, ale nikt nawet tego zdarzenia nie zgłosił na policję. Takie to były czasy.

Tylko moja dusza nie mogła się uspokoić i nikogo nie było, by się nawet poskarżyć. Pozostała mi Matka, ta inna, niebiańska. Dorośli zapewniali, że pil­-nuje człowieka. Tego małego też.

Miałam też inne wspomnienia z majów, takich bujnych, co nadeszły z latami. Tak pachniało bzami na moich Karłowicach. A ja, tradycyjnie już, spędzałam wieczory w kościele. Dumna stałam przy ołtarzu ustrojona w mój krakowski strój. Za kilka lat zmieniła się ma rola, doglądałam porządku innych „krakowianek”. A Boża Matka, właśnie ta z Lourdes, spoglądała na proszących ją o łaski wiernych z ołtarza. Czy mnie zapamiętała?

*

Życie samo z czasem stało się nabożeństwem. Nie zawsze pobożnym i nie zawsze pięknym. I pieśń gdzieś we mnie zamarła, aż do tego wieczoru w Lourdes, mojej pierwszej stacji na Camino.

Śpiewana w językach świata o Bernardce pieśń przedzierała się przez zaułki duszy otwierając jej pamięć dawno zapomnianą. Usłyszałam w sobie ufne zawierzenie, codzienną modlitwę mojej Babci, oddającej Matce wszystkich Ko­biet swą codzienną troskę.

„Pomnij o Najświętsza Panno Maryjo, że od wieków nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Taką ufnością ożywiona do Ciebie, o Matko biegnę, do Ciebie przychodzę. Przed Tobą staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj”.

Zapamiętałam, że były tam jeszcze jakieś frazy „o mnie grzesznej”, ale już jako dziecko nie godziłam się z nimi czując, że są fałszywe.

Nie mogąc powstrzymać łez, usiadłam na ławce.

Przyszła! Poczułam ciepło w sobie. Matka ludzkiego Boga i Matka Człowieka przemawiała do mnie: „Przeprowadziłam Cię przez doliny smutku, strachu i osamotnienia, by uczyć Cię miłości!”.

Nie umiem odnaleźć się w relacji z matkami. Może dlatego, że zadają ból?

Wierzę w reinkarnację, stąd moja prawie pewność, że jestem tą samą du­-szą, która na początku wojny doświadczyła bólu nagłej śmierci. Rosyjski żołnierz zdecydowanym ruchem, uderzając moim, rozgrzanym jeszcze, nowonarodzonym ciałem w oblodzoną futrynę okienną więziennego wagonu, pozbawił mnie życia.

Zabijając dziecko pozbawił ostatniej „pamiątki miłości” kobietę, którą bydlęcy wagon przez miesiące wywoził w głąb Syberii. Skamieniała z bólu matka dziecka uśmierconego na jej oczach, nie umiała już czuć, ale też i nie chciała. Od chwili, gdy rozdzielono ją z ukochanym mężem uznanym za zdrajcę ojczyzny (podobnie jak i ona), który podzielił losy innych polskich oficerów wiezionych na pewną prawie śmierć do Archangielska, zobojętniała na życie.

*

Kiedy więc odebrano jej nawet dziecko, zamarła w umieraniu jej zbolała dusza. Nie wiedziała sama, jakim prawdziwym cudem przeżyła pięć lat w łagrze w Kazachstanie. A w międzyczasie gdzieś na frontach świata toczyły się bitwy o przyszłość Europy i małe losy człowieka, o którym nawet Bóg, być może zajęty sprawami świata, zdawał się zapomnieć.

Po koszmarze wojny, na gruzach życia, gdyż męża uznano za zaginionego, przyszło tej kobiecie zdobyć się na heroizm. Odważyć na nowego mężczyznę i nadzieję, że także i dla niej życie ma jeszcze przyszłość.

A może kiedy już się straciło wszystko, ta sama siła, która budzi nas każdego ranka, budzi w nas nowe pragnienie, by żyć? Przezwyciężając siebie dać życiu jeszcze jedną szansę?

Krzyczała nocami. Być może jednak o świcie zapominamy o nocnych zmorach, krzykach przerażenia i przestraszonych spojrzeniach naszych własnych oczu, gdy patrzymy wstecz? Kiedy budzi się słońce i wstaje nowy dzień, rodzi się nowa nadzieja, ta co umiera ostatnia i domaga się raz jeszcze odwagi, by zmierzyć się z losem?

Gdy się okazało, że nie może już zostać brzemienna, zdecydowała się na macierzyństwo. Została Matką dla dziewczynki, dla której rodzona matka matką być nie mogła. Ostatni akt dramatu na scenie życiowej desperacji? Akt odwagi na generalną próbę życia, która ma się rozegrać?

Ta dziewczynka to ja, a moja rola była już zaplanowana. Miałam być balsamem na krwawiące rany. Plastrem kojącym pamięć przeszłości, takiej jeszcze wciąż świeżej, tej Matki, która mnie wybrała. To do niej wróciła moja dusza po dramatycznym rozstaniu w czasie syberyjskiej katorgi. Wybrana przez nią na córkę robiłam wszystko, by wypełnić jej oczekiwania. Nie wystarczyłam jednak. Być może jej cierpienie było po prostu za duże, bym mogła rozpromienić jej życie i uszczęśliwić ją jako moją Matkę? To we mnie została rana. Nigdy i przed nikim jej nie otworzyłam.

Dlatego wieczorna procesja z płonącymi świecami ufności w matczyno-boską opiekę stała się moją pierwszą wewnętrzną rozmową z Matkami mego życia. Z tą, która mnie urodziła – nie wiem nadal, kim była. Z tą drugą, która z taką ofiarnością chciała mi matkować, a którą posyberyjska trauma trzymała w przeszłości i zabrała ode mnie szybko do nieba. Mam jeszcze jedną Matkę, taką przez los darowaną. Matkę jedynej mojej przyjaciółki z dzieciństwa wrocławskiego. Tej, co stała wierna, gdy wszyscy inni mnie już opusz­czali. Na imię ma Marta. A nasza wspólna Matka, choć dla mnie „wypożyczona”, skończyła właśnie 91 lat.

„Ave Maria!” – śpiewała na wszystkie możliwe głosy moja dusza. „Matko Miłości, Matko Miłosierdzia, Matko wszystkich Matek – błogosław! I błogosław matkom mego życia! Gdziekolwiek są, niech będą błogosławione. I niech będą błogosławione wszystkie matki tej ziemi, nawet te, których pragnienie macierzyństwa nigdy się nie spełniło”.

Mój bagaż nie dotarł, mimo że drugi już dzień rozpoczął się śniadaniem smacznym tak samo jak wczoraj. Tego dnia weselsza jakaś stała się moja dusza. Dzieliłam się tą radością z innymi. Przy stole nawiązała się naprawdę serdeczna pogawędka. A po niej nie miałam już wyjścia. Przyciśnięta okolicznościami do przysłowiowego muru zagadnęłam Ewę siedzącą obok mnie. Czerwieniąc się, nieśmiało zapytałam o możliwość pożyczenia mi najbardziej intymnej części garderoby, tłumacząc przyczynę. Natychmiast przyniosła kilka nowych par z zapewnieniem, że robi to z prawdziwą przyjemnością. Nie miałam wątpliwości odbierając dar, gdyż takie otwarte i szczere było jej spojrzenie.

W sanktuarium maryjnym dałam sobie czas. Rozliczając się z moimi Matkami zadawałam też inne, od lat dręczące mnie pytania o sens mojego życia. Kim byłam i jakie znaczenie miały poszczególne wydarzenia dla mojego dalszego losu? O czym sami decydujemy, a co jest wpisane w naszą ludzką drogę, by się mogła w niej doskonalić dusza? Czy byłam tylko ofiarą, gdy zdarzenia większe i mniejsze decydowały o jakości mojego życia, a ja czułam, że jestem zdana na ich bieg, bez mojego świadomego przyzwolenia? Czy byłam tylko ofiarą – czy czułam się tylko ofiarą – mojego własnego losu, bierną i pasywną, bez możliwości podjęcia jakiejkolwiek samodzielnej decyzji? Czy to życie tworzyło moją historię, a nie ja historię swego życia? Czy tak było? Czy dlatego zdecydowałam, że trzeba mi wyruszyć? Wyruszyć w podróż swego przeznaczenia, być pielgrzymem w swoje własne serce?

Biłam się w sobie myślami, podczas gdy łaska Boskiej Matki, o tak wielu imionach i obliczach miłości, spływała na moje serce życiem osierocone, doszukując się najdrobniejszych szczelin i zadraśnięć duszy, które tylko matka wszystkich matek mogła we mnie scalić.

„Błogosławione niech będą pęknięcia, gdyż przepuszczają światło” – usłyszałam kiedyś. Jak to jest, kiedy pęknięcia zdają się być jedynym, co pozostaje z nas? Zrasta się nasza dusza? Scala nasze życie?

„Matko ludzkości, Matko wszystkich Matek i Dzieci tego świata, jeśli tylko możesz, odbuduj mnie jeszcze we mnie” – wołało we mnie życie, gdy tak stałam u Matki w Lourdes.

Kiedy tego wieczoru, po kolejnej wielojęzycznej procesji wróciłam do do­mu sióstr, już czekała na mnie kwiecista walizeczka kupiona przed laty w Paryżu. Mój pielgrzymi bagaż, taki właśnie kobiecy, z którym już jutro miałam wyruszyć dalej… Czekało mnie moje Camino!

Droga powrotu w siebie na zawsze… gdyby tak można było? Chciałam się narodzić. Tym razem byłam gotowa. Wyruszyć w podróż zrozumienia swojego przeznaczenia wpisanego od zawsze w życiorys duszy. Od teraz do mojego początku, jeśli to możliwe.

Niektórzy mówią, że przejść Camino to narodzić się raz jeszcze. Pragnęłam tych NARODZIN!

To był ten dzień – 29 sierpnia 2019 roku. Zdecydowałam, że nie pójdę już do sanktuarium. Zostanę w domu Sióstr, gdyż pociąg do Saint Jean Pied de Port, miejsca mojego startu, odchodził koło południa. Skupiona w moim pokoju na modlitwie nie usłyszałam pukania.

– Zapraszamy cię na pożegnalną kawę – Ewa stojąca w drzwiach niepewnie się uśmiechała. Było serdecznie i dobrze, i smacznie wśród nieznanych mi osób życzliwie zainteresowanych moimi planami. Nie wydłużysz czasu, więc już była pora, by żegnając się, życzyć sobie nawzajem wszelkiego dobra.

Ewa dyskretnie zawołała mnie jeszcze do swojego pokoju. Zdezoriento­wana, nie wiedząc co się dzieje, poczułam jej dłoń pod moim sweterkiem, tym różowym prezentem od Danusi.

– Proszę, weź wszystko bez oporów i nieś mnie ze sobą w modlitwie – usłyszałam zbyt oszołomiona, by myśleć i rozumieć sytuację.

Przysłowiowe grochy to jeszcze za mało, by ustalić rozmiar mojego rozpłakania, kiedy już w pokoju drżącą ręką wyjęłam z biustonosza nowiutkie 50 eu­ro rozwijając także miękki różowy szal, mięciutki jak Danusiny sweterek i jak on cieplutki.

Parę godzin w pociągu na bezdrożach życia – tak się czułam w tym pełnym wypchanych plecaków i podekscytowanych podróżnych wagonie wspinającym się wciąż wyżej i wyżej ku niebu. Trochę koślawo, ale z głębi serca, pisały mi się słowa na kolanie:

„Każde życiowe Camino, każda ludzka droga pobłogosławiona jest Aniołami – o ludzkich, zwyczajnych twarzach. Mają jednak anielskie serca i głęboko współodczuwające dusze. Pojawiają się niespodziewanie, w najbardziej potrzebującej chwili i odmieniają życie. Na zawsze”.

Saint Jean Pied de Port – maleńka górska stacja, pachniała przygodą i ekscytacją. Napięta od oczekiwania, choć nie wolna od obaw, uparcie rozważałam w sobie ostateczną decyzję, zanim będzie za późno. Nie tylko – czy dam radę zmierzyć się z tym wyzwaniem, ale czy wystarczy mi odwagi, by spotkać się ze sobą? I to najważniejsze – czy warto podejmować ryzyko, że jeśli uda mi się przejść całe Camino, być może stanę się kimś zupełnie innym niż jestem jeszcze teraz, tuż przed startem?

Miasteczko tętniło gwarem, bo mówi się, że dziennie nawet do 100 osób rozpoczyna tutaj swoją pielgrzymkę do Santiago de Compostela, leżącego ok. 800 czy nawet 850 kilometrów stąd! Saint Jean Pied de Port to położona u stóp Pirenejów stara stolica Basków, obecnie region francuski Basse--Navarre, w której jakby zatrzymał się czas. Przygotowuje każdego na magiczne spotkanie z atmosferą całego jakubowego szlaku, sięga jego początków – średniowiecza. Wąskie, malownicze uliczki, mury obronne i zwodzone mosty, które oczarowują przybyłych.

Przebierałam jak dziecko niespokojnie nogami, załatwiając swój pierwszy nocleg przy głównej ulicy. Szybko jak tylko mogłam, pobiegłam po najważniejsze. Serce jak młot mi waliło, gdy trzymałam w ręce mój Pielgrzymi Paszport, dokument mojej wędrówki z pierwszą już pieczątką Biura Obsługi Pielgrzymów. Teraz należało zbierać dokumentację – pieczątki z kościołów, domów pielgrzyma czy też kafejek, które czekały na mnie po drodze. Paszport, pełen tych stempli, upoważniał do otrzymania Dyplomu Pielgrzyma w Santiago de Compostela, jeśli się tam dotrze, oczywiście!

„Buen Camino” – to tutaj usłyszałam te słowa po raz pierwszy. „Dobrej drogi” – pozdrowienie, które – jak już wkrótce miałam się przekonać – na życz­-liwych ustach mają mieszkańcy osad, wiosek i miasteczek, ale także i miast na całej trasie francuskiego Camino, Jakubowego szlaku, który czekał na mnie. Przeznaczyłam na niego 35 dni, na tę pielgrzymią drogę z Francji do Hiszpanii, przez góry i doliny i krajobraz duszy, który pragnął raz jeszcze głębokiego wglądu. Mojego uważnego rozpoznania, by zobaczyć to, co pozostało we mnie nieodkryte. Nierozpoznane. Czekające.

W moim nowym łóżku, w wielkiej pielgrzymiej sali, przykryta tylko szalem dzisiaj mi podarowanym, bo nie było tu żadnej innej pościeli czy kołdry, raz jeszcze zrozumiałam wielkość pokory wobec życia.

„To Ty, Boskości, przygotowujesz drogę i stawiasz na niej człowieka, by utwierdzić go w pewności, że trzymasz rękę ludzkiego pielgrzyma, aby przeszedł groźne, wąskie przełęcze bólu, stał pewnie nad przepaściami grozy i powierzył się wiatrowi, by go przeniósł na drugi brzeg w bezpiecznych skrzydłach Twojej miłości”.

Otwórz swoje serce, chcę Cię zobaczyć – usłyszałam nagle w sobie ten cichy głos, tak dobrze mi znany.

1 dzień, 30 sierpnia 2019, Saint Jean Pied de Port – Roncesvalles, 25 km

El Camino de Compostela

Miriam, moja dusza powędruje z Tobą. W ciszy będzie szła.

Tylko moja cisza i wszechobecne „teraz” przy Tobie.

Nie będę przeszkadzał, tylko podtrzymywał.

Ogrzewał Cię, dawał radość.

Każdy krok, który postawisz, będzie twoim krokiem.

Twoim świętym krokiem w niekończącej się teraźniejszości.

Wszystko wokół Ciebie niech usuwa się z drogi.

Tylko Ty i Twój krok. Wieczność w Tobie.

W ciszy będzie szła Twoja dusza, by objąć nieskończoność w Tobie!

Miriam, moja dusza powędruje z Tobą. W ciszy będzie szła.

German

Taką jeszcze wiadomość, oprócz przepojonych miłością słów męża, znalazłam wczesnym świtem w moim telefonie. Pokrzepiła mnie, bo jeszcze nim zaczęłam moją życiową pielgrzymkę, już byłam zmęczona.

Niewiele było snu tej szczególnej nocy. Ciągle przybywający pielgrzymi, otwieranie drzwi, rozmowy – wcale nie najcichsze, chłód.

I uporczywe pokusy, by uciekać, zrezygnować nim będzie za późno. Nie muszę – ani sobie, ani nikomu innemu, nie muszę nic udowadniać, czy robić za wszelką cenę! To znów podszepty duszy, by jednak się odważyć, powracające echem słów: „Nie ten mistrzem, kto zaczął, ale ten, kto skończył” wypowiadanych często przez jedną z mych bratnich dusz Siłaczkę – Jadzię, symbol determinacji i stanowczości na przekór każdej doli. Taką wewnętrzną walkę toczyłam w samej sobie do wtóru niepokoju, który nie chciał zasnąć jak ten Pielgrzymi Dom.

*

I podjęłam decyzję! O 6.36 byłam już na szlaku. Trzymając mocno mój pielgrzymi kostur, dzień wcześniej kupiony, pierwszy swój krok postawiłam na drodze mającej być mi domem na dziesiątki dni.

Nie, to nie był deszcz. To były moje łzy, którymi skropiłam swoje pierwsze kroki obijające się echem po starych kamieniach, gdzie już miliony stóp zaczynały tutaj, w Saint Jean Pied de Port,swoje Camino, pielgrzymi szlak do Santiago de Compostela. Nie dociekałam, czy to ich duchowa obecność, ale czułam wyraźnie, że nie idę samotnie. Towarzyszyła mi też życzliwa serdeczność i modlitwa tylu bliskich mi serc. Swoim duchem wspierali mnie, szli ze mną, być może „zaklęci” w ten pielgrzymi kij, który – czułam to – był symbolem siły.

A Ty, który niosłeś mnie przez całe życie, ratowałeś nie raz w ostatniej chwili, też byłeś przy mnie i we mnie, Boże, Ojcze Mój i Matko!

„Wyruszyłam w podróż do miejsca położonego głęboko w moim wnętrzu, gdzie wszystko co światowe było zbędne, gdzie żyłam tylko uczuciami mi­łoś­cią, żalem, tęsknotą, nadzieją” – Lisa See „Miłość peonii”.

Jak dobrze, że nie wiedziałam, co mnie dzisiaj czeka. I jaka to będzie droga, by dotrzeć do Hiszpanii. Optymizm jakiś panował w tej wspinaczce, mimo że coraz stromiej przede mną się jawiła. Poklepałam osła. Przyglądał się pielgrzymom jakby chciał powiedzieć – „Szaleńcy! Wy, tylko o dwóch nogach, naprawdę dacie radę?”. Łapiąc kolejne oddechy, przystanęłam w zachwycie nad magią krajobrazu. Otulały go właśnie pierwsze promienie rozbudzonego słońca. Wschód słońca – mój pierwszy na Camino! Czy będą następne?

Byłam zauroczona! Promienny, świetlisty szlak… Wszystko było zachwytem, co zapierał dech, ale coraz częściej sama już nie wiedziałam, czy to było piękno, czy też trudy wspinaczki. Nogi, zupełnie do niej nieprzygotowane, stawiały opór trudny do negocjacji.

Z ufnością tylko spoglądając w niebo wypatrywałam znaków, że nie idę samotnie. Czy idzie ze mną Ten, który dotąd nigdy mnie nie opuścił? Na każdej z moich dróg był, a czasem przenosił nad przepaściami losu niemożliwymi, by pokonać je o własnych siłach. Być może to tam w górze, opadająca z sił, oczekiwałam „niebnych” znaków, wypatrując Griffon Vultures, ogromnego sępa, co rozpiętością swych skrzydeł o metr dłuższych niż ja, jak duch Pirenejów budzi spokój i trwogę?

A kiedy coraz bliżej nieba się wznosiłam zdawało się, że ono znowu wyżej się uniosło. Wielu w drodze napotkanych pielgrzymów też z sił opadało. Słońce tylko nie chciało odpocząć ani na minutę. Paliło niemiłosiernie. Może chciało odradzić wszystkim zuchwałym piechurom karkołomnej wspinaczki – różnicy 1250 metrów w wysokości. Dopiero ze szczytu Col de Lepoeder można było po raz pierwszy zerknąć na dzisiejszą metę, klasztor w Roncesvalles w hiszpańskiej Nawarze. Zobaczymy, czy dzisiaj tam dojdę – ocierając pot rozważałam w sobie.

Pasące się na halach owieczki i barany spokojnie pobekiwały, tylko ja z każ­-dą minutą coraz ciężej powłóczyłam nogami. Nie dostrzegając kresu mej wędrówki zaczęłam wątpić w pokonanie nawet kolejnego wzniesienia… nie mówiąc już o całości. I nagle znikąd pojawiła się piękność czterokopytna. Swobodna i dzika jak wiatr tańczący właśnie między wierzchołkami otaczających mnie szczytów i w jej złocistej grzywie swobodnie opadającej na włochaty grzbiet.Zjawa?! – pytałam siebie. Czy już tak źle ze mną? Przetarłam raz jeszcze zapocone oczy, by się przyjrzeć. To nie była zjawa! To koń. Szedł właśnie ku mnie, jakby ktoś mu nakazał. Przechodzący obok Pielgrzymi, przystając, patrzyli zdumieni.

Jego ciepłe nozdrza, niespodziewanie do moich przytulone, były dla mnie źródłem nowych ożywczych sił, nieokiełznanej mocy boskiej obecności we wszystkim co jest i żyje wspierając siebie nawzajem.

Był to niezwykły koń. Nie tylko mówił prosto do mojej duszy wzmacniając moją słabość. Był to koń, który się uśmiechał uśmiechem zrozumienia pewny, że właśnie rozwiał moje zwątpienie w siebie spokojną pewnością nieugiętej siły, której jest symbolem.

– Czterokopytny Aniele, dziękuję Ci i ufam, że czuwasz nad każdym Pielgrzymem, którego kroki zaczynają nie dowierzać sile, silniejszej od nas samych.

Pozostaje tylko uwrażliwiać wrażliwość, by odczytywać znaki dla nas prze­znaczone.

*

Nie straszne już były mi kamienie i słońce niepokonane. To ja byłam niepokonana. Schodząc w dolinę Roncesvalles z ulgą przekraczałam hiszpańską granicę ożywiona wodą ze starej przygranicznej studni. Zbliżałam się. Do dzisiejszego celu było już coraz bliżej, a stary liściasty las, jak zaczarowany wołał, by odpocząć, przystanąć, pooddychać.

Chylił się już dzień. A ja jeszcze miałam w zanadrzu inne plany. Pragnęłam wczuć się w historię doliny Roncesvalles – doliny cierni, położonej na południowym końcu przełęczy Ibaneta. To tutaj w walce z Saracenami poległ Roland, bohater – męczennik, jak się o nim mówi.

Pamiętając jeszcze z filologicznych studiów mój zachwyt nad „Pieśnią Rolanda” chciałam poczuć odgłosy tamtej odległej historii, a może wsłuchać się w echo galopującej doliną konnicy? A może kolejny raz szukać odpowiedzi – dlaczego tak od zawsze chciano przemocą przekonać, który Bóg jest lepszy? Przecież to w Jego imię stoczono najwięcej wojen tego świata! I nikt do końca nie odkrył Jego prawdziwego Imienia – bo imieniem Boga bije ludzkie serce i to ono nadaje mu osobiste imię w najintymniejszej relacji człowieka z boskością w sobie.

Pełna oczekiwania marzyłam też o noclegu w klasztorze Augustynów z XI w., jednym z najstarszych domów na Camino, oficjalnie głoszącym już w XII w., że przyjmuje w swe progi wszystkich – chorych i zdrowych pielgrzymów, katolików, żydów, pogan, heretyków i wagabundów.

Tej nadal serdecznej otwartości mogłam faktycznie doświadczyć, niestety na krótko. Doszłam! No przecież doszłam! I nagłe rozczarowanie zgasiło moją radość. Było późno i zabrakło dla mnie miejsca w „gospodzie”. Mogłam posilić się i odpocząć, zanim wezwana taksówka przewiozła mnie do Espinal, miasteczka położonego 6 kilometrów dalej. Z wyczerpania trzęsły mi się no­-gi, gdy załatwiałam w recepcji potrzebne formalności. Już nawet nie pamiętam ile nas było w pokoju.

2 dzień, 31 sierpnia, Espinal – Zubiri, 16 km

Czy wystarczy mi odwagi, by zmierzyć swe siły na zamiary?

Szkoda. Nie dane mi było zachwycić się grą światła w starym bukowym lesie w drodze do wioski Burguete, gdzie w hoteliku o tej samej nazwie Ernest Hemingway nocował podczas swych wędkowań. Ponoć lubił ten las Irati. Nie zobaczyłam też, nie mówiąc już o dotknięciu, brązowego pianina z jego znanej powieści „Słońce też wschodzi”.

I faktycznie, wzeszło także tego ranka, choć trudno się było dobudzić, zmobilizować i iść. Pielgrzymie życie to szkoła dyscypliny. Umiejętność dopasowania się do potrzeb innych, czasem czterech, a czasem i dwudziestu współlokatorów na tę jedną noc, która nas połączy. Według pielgrzymiego regulaminu do godziny dziewiątej należy też opuścić pokój, a raczej „swoje” łóżko, zazwyczaj wygniecione przez dziesiątki, a kto wie, może setki kształtów zmęczonych ciał, które przed Tobą kiedyś w nim spały.

Przepełniona radością i optymizmem opuszczałam miasteczko Espinal założone po to, by już w 1269 roku dać więcej miejsc noclegowych pielgrzymom. Ilu z nich też rezygnowało już po pierwszej nocy jak ci, których wezwane taksówki właśnie teraz odwoziły na kolejową stację? Wracali już do domu.

Smutno – myślałam, kiwając im na pożegnanie. – Buen camino, dobrej drogi przez życie!

Taka byłam wdzięczna, że nogi niosły mnie dalej, choć trudna była wspinaczka. Wszystko mnie bolało. Całym wysiłkiem woli musiałam przekonywać każdą kostkę i ścięgno i mięsień, by zrobiły jeszcze jeden ruch i następny. Ale las był cudowny, taki ożywiony, a szumiące drzewa szeptały – Odwagi! Krowina jakaś zdziwiona wyszła mi na drogę i swymi krowimi, dużymi oczami ze współczuciem patrzyła na moje wyczerpanie. A droga wciąż pod górę do Alto de Mezquiriz.’

Przy kolejnej studni-fontannie, gasząc swoje pragnienie, zdawałoby się nie do ugaszenia, poruszona niewinnym pięknem krajobrazu, głośno się rozpłakałam. Jacy jesteśmy silni i jacy jesteśmy wrażliwi… Jesteśmy jednym i drugim, siłą i wrażliwością, a w determinacji jesteśmy niepokonani. Skąd się bierze ta śmiałość, by pokonywać siebie?

„Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię” – powróciły słowa Goethego, które przez wiele lat były moim mottem.

Potrzebowałam ich znowu, by wznieść się ponad mizerność, poza użalanie się nad samą sobą. Ponad własną małość, co chciała obezwładnić. Przecież jesteśmy potęgą – usłyszałam w sobie. I mając taką moc, tacy jesteśmy wrażliwi.

Most na rzece Arga, Puente de la Rabia, Most Wścieklizny, który według legendy przynosił, po trzykrotnym obejściu jego centralnego łuku, uzdrowienie zwierzętom, wprowadził mnie do Zubiri, przemysłowego miasteczka Navarry. Byłam taka wdzięczna, że kończy się mój dzień!

Pielgrzymie menu to żadne wykwintne posiłki. Smakuje jednak wybornie – przy wspólnym stole, po całym dniu wędrówki. Tego wieczoru, przy moim stole przysiadła Hiszpanka o imieniu Marta. Tak jak moja Marta, która trwała przy mnie zawsze.

Sala noclegowa była bardzo duża. Większość z moich dzisiejszych współlokatorów była Koreańczykami. Ujął mnie ich spokój i cicha godność, z jaką się zachowywali. Łagodna uprzejmość, tak u nich naturalna.

Wieczory pielgrzyma mają swój rytuał. Najpierw bierzesz prysznic, najczęściej bardzo szybki, gdyż wiesz, że ktoś następny już stoi w kolejce. A potem ktoś jeszcze, i jeszcze, i jeszcze… W umywalce zazwyczaj przepierasz skar­petki i najintymniejszą część garderoby. No i przychodzi czas na to najważniejsze – z największą troską opatrujesz swe stopy. Przebijasz pęcherze, wyciskasz ich zawartość, potem plastrami to wszystko opatrujesz. Tymi starodawnymi, bo te nowoczesne nie zdają egzaminu w poważnej wędrówce, dzień po dniu, i tak tygodniami. Jeszcze porządną maścią trzeba dokończyć zabieg i nawilżyć, natłuścić podrażnioną skórę.

Nie ma też prywatności, nie mówiąc o intymności bycia tylko z samym sobą. Przestrzeń jest otwarta, a łóżek nie zasłaniają żadne kotary albo firaneczki. Każdy może zobaczyć, podejrzeć, zajrzeć. Dlatego dyskretnie zamienia się słów kilka – z towarzyszem wędrówki lub z kimś bliskim z domu. Te wielkie sypialnie to solidna szkoła ćwiczeń współbycia z nieznajomymi, która szlifuje porządnie nasze ego, stare przyzwyczajenia, wymogi lub zachcianki. Jesteśmy trochę jak z gliny i można nas urobić, jeśli tylko sami na to przyzwalamy. To niesamowite – w jednej wielkiej sali kobiety i mężczyźni, czasem nawet dzieci, przybyli ze wszystkich zakątków świata przygotowujemy się do snu wyczuleni, by jedno drugiemu nie stało się przeszkodą.

Nie rozumiejąc słów wypowiadanych, uczymy się czytać duszą i przemawiać sercem. Język ten rozpoznawalny jest przez każdego bez potrzeby tłumacza i innych zawiłości. I tylko od odbiorcy zależy, czy zechce odpowiedzieć tym samym.

Każdy ma swój nieboskłon we wnętrzu swej duszy i wszechświat miłości w swym otwartym sercu – cichutko pomyślałam, by już nie szeleścić moim notatnikiem. Cisza ogarnęła salę. A zmęczenie ciała.

3 dzień, 1 września, Zubiri – Pamplona, 21 km

Niech Twój dzień, ten i każdy inny, będzie wspaniałą przygodą, utkaną w przestrzeni Boskości – jeszcze niedospana, sercem błogosławiłam śpieszących już w drogę Pielgrzymów.

Nocne życie wielkich pielgrzymich sal żyje też swoim życiem. Westchnienia, gazy różnego stężenia, ciche postękiwania, chrapnięcia, dławiące się chrapania, bo nagle zabrakło oddechu, a także nocne mary, a może zmory życia, które w czasie pielgrzymki jakoś się ożywiają. Kaszlanie i psikanie, chodzenie do toalety, której jedne drzwi piszczą, a drugie skrzypią, a jeszcze inne zatrzaskują z hałasem. Do tego zamknięte okna, jakby świeże powietrze było tylko kolejnym intruzem i właśnie dla niego zabrakło już miejsca.

Nie mogłam spać w tej duchocie, dlatego wczesnym rankiem byłam już na chodzie. Trochę czasu zajęło, zanim ten mój chód zdążył się „rozchodzić”. Wzdłuż brzegów rzeki Arga spokojnie „dopoczywałam” czując niedobór snu po ostatniej nocy. Dołączyły do mnie jeszcze matka z córką, które niewygoda tej nocy też szybko przegnała. Zapamiętały mnie z pierwszego dnia, gdy je pogodnie wspierałam doglądając czy idą i czy nic się z nimi nie stało. Przeciągając się jeszcze przy porannej kawie szukałyśmy rozwiązania, by noce stały się lepsze. Po całodziennym wysiłku sen jest najważniejszy. Korzystając z listy Domów Pielgrzyma, Albergue, jak się to w Hiszpanii nazywa, mogłyśmy rezerwować miejsca noclegowe w jakichś mniejszych salach, może trochę droższych. Oznacza to w praktyce luksus wolniejszej wędrówki, bo zarezerwowane łóżko będzie na nas czekało niezależnie od tego, o której zjawimy się na nocleg.

Do tej pory trzeba było się śpieszyć, bo już o godz 14.00 otwierały się drzwi noclegowni i – kto pierwszy – ten lepsze łóżko swe wybierał. Wyścigiem dla wielu była ich wędrówka. Mokrzy od potu zmęczeni pielgrzymi o godzinie 14.00 stali u drzwi właśnie otwieranych noclegowni – Albergue. A ja nie chciałam tak gonić. Każdy krok był ważny, by wsłuchiwać się w duszy w bezsłowny dialog ze sobą. A może Boga z duszą, co Go niosła w sobie? W rozmowie człowieka z Bogiem potrzeba niewielu słów, ale wiele serca.

Od małego dziecka, jak tylko pamiętam, nie rozumiałam pojęć, nie pojmowałam tłumaczeń, a sercem czułam, że naprawdę JEST. Taka jasność zazwyczaj rozświetlała pokój, a potem cicha błogość skradała się delikatnie, by mnie nie wystraszyć. Nie spłoszyć mej dziecięcej ufności. I wypełniała duszę.

W niebie już pewno jestem – szeptałam wniebowzięta, spokojnie zasypiając wtulona w ciepło Babci. Dziecko Babcinej miłości ufnie wtulone w Boga, tak można by o mnie powiedzieć, nie znając mych dziecięcych tajemnic.

Perspektywa kolejnych, lepszych nocy była niczym balsam na obolałe nogi. Niestety, ciało też krzyczało. I to bardzo. Nie ustawałam w drodze. Wielu innym podobna, zaciskając zęby przezwyciężałam ból. A może kolejny raz samą siebie?

Mijane miasteczka o baskijskich nazwach Illaratz, Esquiroz, aż do Larrasoana, uświadomiły mi nagle, że już nie ma ciszy i realność życia wkradła się niespodziewanie przypominając, że nawet pielgrzymując nie przestajemy być jego częścią. Na dobre i na złe, jak to zawsze było, jeśli wierzyć starym opowieściom.

To tu na gotyckim moście z XIII w. „Puente de los Bandidos”, czyli „Moście Bandytów”, przyczajeni rabusie ograbiali pielgrzymów. A ja miałam szczęście. Zamiast bandytów spotkałam znów Anioła. Młodego Słowaka, który przywędrował z samej Bratysławy. Nie mogłam się napatrzeć w błękit jego oczu przepełniony światłem niewinnej szczerości. Miał już zdarte buty, poszarpane spodnie i jak prawdziwy wędrowiec zarośnięty był brodą. Kiedy go zapytałam, czy wystarcza mu na chleb, pocałował mnie w rękę, po czym szybko odszedł wijącą się wśród ogrodów pielgrzymią ścieżką w dal. Kiedy za kilka dni zmagałam się z trudnym podejściem, zobaczyłam nagle, że ktoś schodzi w dół. Biedny, zapomniał czegoś – pomyślałam sobie. Wracająca postać przystanęła przy mnie pragnąc się upewnić, że idzie mi w miarę dobrze i mam ze sobą wodę. Był to młody Słowak. Zniknął szybko znowu, gdy go zapewniłam, że radzę sobie jakoś i wodę jeszcze mam.

Przystanęłam przy kolejnym betonowym słupku wskazującym żółtą strzałką i symbolem muszli kierunek mojej drogi i co najważniejsze – odległość do Santiago. Każdy kilometr zdawał się taki długi! Ciągnął się kilometrami. Humor poprawiały „złote myśli” w pośpiechu na słupkach nabazgrane. Lubiłam je i dawałam sobie czas, by się zdążyły zagnieździć w mej pielgrzymiej duszy. Wnikliwie kojarząc fakty nauczyłam się już, że każdy szczegół był ważny, miał w sobie ukryte przesłanie. Ten dzisiejszy przekaz „Sing your song” – „śpiewaj swoją pieśń „ tak mi pasował. Wyśpiewuj swoją pieśń, choćby wszyscy inni wmawiali ci, że tak strasznie fałszujesz i nie umiesz śpiewać.

Kiedyś w jednej z moich grup warsztatowych śpiewającą muzą była ognista Teresa. Całą sobą wyśpiewywała swą duszę marząc, by jeszcze wytańczyć jej taniec. Wszyscy tego potrzebujemy! Wyśpiewać pieśń swojej duszy i wytańczyć do końca życia swojego taniec.

Nuciłam i podśpiewywałam, pamiętam, od zawsze, choć bywały lata, gdy mój śpiew milkł. Wsłuchując się teraz w duszę, nagle się dosłuchałam, że to „Oda do radości” Ludwika Beethovena tak mi często przygrywa, gdy trudno już iść. Teraz też lżejszymi czyniła me kroki coraz cięższe, bo kilka dodatkowych kilometrów musiałam nadrobić. Zgubiłam symbol muszli na miejskich chodnikach, a one to dopiero wyzwanie dla obolałych stóp!

Odnalazłam drogę na moście Puente de la Magdalena – Moście Magdaleny znów nad rzeką Arga przecinającą jak wstęga miasto zwane po baskijsku Iruna, co znaczy „duże miasto”. Założona już w 75 roku przed naszą erą Pamplona, stolica Navarry, znana jest także ze swoich siedmiodniowych wyścigów byków. Ciekawa byłam tego miasta. Zwodzonym mostem przekroczyłam Francuską Bramę – Portal de Franzia wiodącą przez mury obronne do centrum. Stara i nowa architektura to ciekawe kontrasty, które dopełniając się, tworzą niepowtarzalny urok tej historycznej stolicy.

Lepsze miejsce na nocleg trudno sobie wymarzyć. Albergue Plaza Catedral położona jest tuż przy dostojnej katedrze Santa Maria la Real. To w niej koronowano królów Navarry w czasach średniowiecza.

Urocze uliczki prowadzą do głównego Placu – Plaza de Castillo, tętniącego serca Pamplony ze słynną secesyjną kawiarnio-restauracją Cafe Iruna, gdzie sam Ernest Hemingway miał zwyczaj przesiadywać popijając vermouth popołudniami. Taką przynajmniej zostawił po sobie tradycję. W swej powieści „Słońce też wschodzi” uwiecznił na zawsze Pamplonę – miasto, które lubił.

Wyśmienicie smakowała obiadokolacja w Cafe Iruna. Posiedziałabym dłużej, gdyby nie inna potrzeba – maść uśmierzająca ból stóp. Ach te apteki… otwarte prawie do nocy, tak dobrze zaopatrzone. Jakie to ważne, że są, bo po­-trzeba jest duża.

Pierwszy raz taki luksus. Tylko my trzy. Pokój tylko dla nas, a magia ogrodu za oknem pozwoliła zapomnieć o obolałych stopach. Maść przyniesie im ulgę, pocieszałam się.

Stopy! Przypomniał mi się nagle plakat z budową ludzkiej stopy. Leżał na ladzie apteki. Pewno nie ja jedna nigdy wcześniej nad stopami tak się nie rozczulałam. Nie miałam pojęcia, że to aż takie skomplikowane arcydzieło! Z przemyślaną mechaniką, by wszystko zadziałało, by zginać się i naciągać. Stać na palcach i piętach, przeciągać się łukiem nad nadepniętym kamieniem. Naprawdę! Nigdy się nie zastanawiałam, że nawet moja maleńka stopa, rozmiar zaledwie 36, może być precyzyjną konstrukcją 26 kości, 33 stawów, z których 20 może się zginać i przeginać. Do tego ponad 100 mięśni! Podejrzewałam, że to zapewne one częstowały mnie rożnego rodzaju bólem zabierającym sen. Wyznaję najszczerzej, że nigdy wcześniej stopy moje nie dostały tyle czułości, dmuchań, smarowań i chuchań, co podczas mojego Camino.

Kroczyłam nimi świadomie, całując tę ziemię. Ziemię zroszoną potem ludzkiego wyczerpania i łzami bezdennej rozpaczy. Zdeptaną milionami stóp, które przemierzyły ten szlak przede mną przez ponad tysiąc lat. Wsłuchiwałam się, by w wietrze usłyszeć wołanie tych, którzy pielgrzymując, podobnie jak ja, szukali swoich własnych odpowiedzi na zrozumienie siebie i życia, i jego najgłębszego sensu – śladów jedności z Bogiem, wspólnoty z wszechświatem i braterstwa z człowiekiem.

Za mój kawałek chleba, za mój kawałek nieba i za łóżko dla mnie i za moje stopy, Boże, dziękuję Ci! – westchnęłam tylko usypiana maściową ulgą i wieczorną poświatą ogrodu, w którym noc wąchała uśpione już róże.

„Opowiedz mi o Bogu – trawa prosiła różę. I róża rozkwitła” – wrócił jeszcze zasłyszany gdzieś sekret.

4 dzień, 2 września, Pamplona – Puente la Reina, 24 km

Jeśli jesteś na właściwej drodze przekonasz się, że pomagają Ci niewidzalne ręce.

Joseph Campbell

Przeciągałam się z niedowierzaniem. Wyspałam się! Naprawdę! Maść przyniosła ulgę, żadna z nas nie chrapała, a łóżko było wygodne i pościel pachniała świeżością.

Jaki inny jest dzień po dobrze przespanej nocy. Radośniejszy i więcej ma się siły. Tacy jesteśmy zależni od jakości snu, jak dzieci. A może wciąż nimi jesteśmy – Dzieci życia, Dzieci Boga, Dzieci wszechświata, których podstawowe potrzeby muszą być dopieszczone?

*

Piękny kamienny most Puente de Acella łączący brzegi rzeki Sador – Rio Sador symbolicznie rozdzielił mnie z Pamploną.

Weszłam znów w pola, te słonecznikowe, a piękne mozaiki widokowe cieszyły moje oczy. Tylko moje nogi nie dały się zauroczyć. Bolały przy każdym kroku, zwłaszcza tym nieuważnym. Musiałam iść skupiona starannie dobierając miejsce i położenie obolałych stóp.

Mistycy życia, tego zwyczajnego, nawet w najtrudniejszych wyzwaniach potrafią znaleźć „coś” – jakiś promień w ciemności, jakąś słodycz w goryczy. I ja teraz znalazłam też. Jeżyny, soczyste i wygrzane słońcem! Objadając się nimi nawet nie zauważyłam, że wciąż wyżej, coraz wyżej ścieżka prowadziła. Aż po same wiatraki, których siła wiatru prawie mnie zdmuchiwała w dolinę bujną dzikim pięknem natury.

Do Alto del Perdon, Góry Wybaczenia, wspinałam się ścieżką coraz stromiej i węziej. WOW! Oniemiałam nagle! Tutaj, gdzie jak głosi napis: „droga wiatru przecina drogę gwiazd” (Donde se cruza el camino del viento con el de las estrellas), wiatr nadal swobodnie tańczy między pielgrzymami sprzed wielu setek lat. Stoją tu od 1996 roku i są z żelaza. Niezwykłe dzieło sztuki upamiętniające historię i jej ciągłość prawie niezmienioną. Współcześni pielgrzymi wędrują nadal do swojego Santiago, do każdego innego „Santia­-go swej duszy” z nadzieją, że może wiatr tutaj grający, lub Ten, co wiatr uciszył, uspokoi także i uważnie wysłucha niemej skargi duszy nigdy nie wysło­-wionej?

I czy przychodzi ulga i lżejsze stają się kroki, mimo że opuchnięte stopy rozsadzają już buty? Takie przynajmniej dla mnie było to wyzwanie – schodzenie w dół, z góry wybaczenia, z góry imponujących rzeźb i wiatru, co wolnością hulał z wiatrakami. Tylko moje plecy wtórowały mu bólem. Kamienie duże i małe leżąc jeden na drugim, ślizgały się pod butami.

Długo, bardzo długo trwało to moje schodzenie, gdyż każdy ruch każdej stopy musiał być przemyślany. Przemyślane kroki – ile ich w życiu stawiamy?

Schodząc w dół z Góry Wybaczenia ostrożnie, by nie zjechać z niej na umykających spod stóp kamykach, miałam w sobie tak wiele do odczytania.

Wybaczenia – nie zawsze łatwe, a każde z nich ma wiele oblicz i swoje pory roku. Dojrzewa własnym rytmem. Czasem się buntuje i nie chce się godzić na „polubowne załatwienie sprawy” uparcie szukając sal sądowych dla przeszłości. Ludzkie urażone ego szuka i domaga się kar dla oskarżonych i winnych, by czuć, że miało rację, gdy nie chciało wybaczyć.

– Ale to nie miłość! – usłyszałam w sobie. – To nie miłość szuka winowajców. Ona wie, że ich nie ma. To miłość sama wystawia nas na próby.

Znam je. Tak wiele ich spotkałam wysłuchując zwierzeń. Kobiety. Mówią, że wybaczyły, ale muszą pamiętać, bo krzywd nie można zapomnieć. Więźniarki swojej pamięci, niewartej nawet wspomnień, którym życie uciekło na roz­pamiętywaniu i przeminęło w zgorzknieniu. Wybaczyć – może można, przebaczyć – może trzeba, ale jak zapomnieć? – pytają podrażnione, bo odzywa się ból tego, czego serce nie zdążyło jeszcze uwolnić, podziękować, puścić.

Wybaczać trzeba powoli pragnąc tego aktu całym swoim sercem, choćby najbardziej krwawiącym. Z goryczą lub wdzięcznością za wszystkie lekcje życia. Gdy dotykając swych ran nie czujemy już bólu, wtedy możemy być pewni, że proces wybaczenia został zakończony. Wybaczenie to przyzwolenie sobie, by na złość wszystkim smutkom, na przekór cierpieniom pokazać światu, a przede wszystkim sobie, że umiemy jeszcze zaczynać od początku. Mamy siłę, by wstać i uwierzyć od nowa.

I zakochać się w życiu albo w sobie; niewykluczone, że w nowym facecie też?! Nawet z