California Boy - Anna Bellon - ebook

California Boy ebook

Anna Bellon

4,1

Opis

Autorka bestsellera Uratuj Mnie powraca z historią przepełnioną emocjami i pasją!

 

Danny od zawsze miał tylko jeden cel: dostać się do NHL. Kiedy przeprowadza się do zimnej Minnesoty, by zostać napastnikiem Lwów, chce dać z siebie wszystko i skupić się na hokeju. Plany jednak biorą w łeb, gdy na jego drodze staje Lizzy, aspirująca malarka.

Lizzy od lat ucieka przed swoją przeszłością. Nowy obraz na zamówienie budzi wspomnienia, które dawno już pogrzebała. Rodziny się nie wybiera, a teraz Lizzy ma więcej do stracenia, niż kiedykolwiek wcześniej. Tym razem na szali stoi nie tylko jej przyszłość, ale także Danny’ego. Wspólnie mogą wygrać to starcie, jeśli tylko będą grać w jednej drużynie.

Ta miłość może być najlepszym, co im się przytrafiło. Lub najgorszym.

 

 

Anna Bellon – pochodzi z Ostrowca Świętokrzyskiego. Debiutowała w 2016 roku powieścią Uratuj mnie, pierwszą częścią serii „The Last Regret”, która wcześniej cieszyła się dużą popularnością na platformie Wattpad. Dotychczas wydała pięć powieści. Na co dzień pracuje w międzynarodowej korporacji i jeśli nocami nie pisze, ogląda mecze NHL. Od kilku lat mieszka w Warszawie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (291 ocen)
129
82
50
28
2
Sortuj według:
Wncmsonsicnsidnd

Z braku laku…

Nuda nie dałam rady doczytać do końca
30
Monikalimonka
(edytowany)

Z braku laku…

hmmm niestety dla mnie książka była zbyt obyczajowa.🙊 Fabuła była dobra ale nie dokończone wątki bardzo mnie irytowały i ksiazka traciła przez to urok np.czy Dan bedąc w galerii zobaczył w końcu autoportret ? Ciągłe opisy wykonywanych następnych ruchów np.poszliśmy do sklepu ,wzięliśmy sałatę itp... miałam wrażenie niepotrzebnego napełniania stron zbędnymi opisami. Doszło do tego,że chciałam kartkować.
10
Npaulina19

Nie oderwiesz się od lektury

love!
10
zaczytanazuzka

Całkiem niezła

Może być
00
jezabel

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemna książka. Typowo młodzieżowa. Polecam.
00

Popularność




PLAYLISTA

Suicide Sports Club 2.20 girl

MISSIO Roman Empire

Mike Shinoda feat. grandson Running from my shadow

The Neighbourhood The Beach

grandson Riptide

grandson Pain shopping

Arctic Monkeys Do Iwanna know?

grandson Fallin’ (Temptation)

Call Me Karizma Float

The Neighbourhood Greetings from Califournia

Arctic Monkeys Iwanna be yours

Chase Atlantic Swim

XYLØ Afterlife

The Score Rush

Matt Maeson The Hearse

Nothing But Thieves Honey whiskey

XYLØ Beetween the Devil and the deep blue sea

RITUAL Visions

adam&steve feat. XYLØ take me back

XYLØ Blue light

grandson Welcome to Paradise // Outro

PROLOG

Lizzy

Noce były od zapominania. Cały tydzień czekałam na dzisiejszy wieczór. Czułam potrzebę, żeby wyjść z domu, wypić kilka drinków i po wszystkim móc zasnąć w spokoju. Normalnie poszłybyśmy z Willow do klubu, ale nie czułam się na siłach. Wiedziałam, że chciałaby, żebym wyluzowała, zakręciła się wokół jakiegoś faceta i spędziła z nim noc, jakby seks był lekarstwem na wszystko. Jednak nie dzisiaj.

W barze sportowym, do którego weszłyśmy z Willow, obsadzone były niemal wszystkie stoliki, ale udało nam się znaleźć jeden z całkiem niezłym widokiem na telewizor. Komentatorzy rozmawiali właśnie o meczu hokeja, który miał się zaraz rozpocząć. Na moment oderwałam wzrok od ekranu, żeby spojrzeć na kelnerkę. Nie byłyśmy tu pierwszy raz, więc nie musiałam nawet zerkać do menu.

– Dla mnie ravioli i coors light – wyrecytowałam, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która według plakietki przypiętej do koszulki miała na imię Spencer.

– Mogę cię poprosić o jakiś dokument? – zapytała z sympatycznym uśmiechem i akcentem, który przywodził na myśl Pensylwanię, choć nie byłam tego pewna. – W barze niedaleko niedawno była kontrola, więc wolimy chuchać na zimne.

– Jasne. – Odwzajemniłam uśmiech i wygrzebałam z torebki prawo jazdy.

Dopiero przyzwyczajałam się do używania tego prawdziwego. Dwudzieste pierwsze urodziny obchodziłam ledwie kilka tygodni temu i podając dokument, wciąż czułam lekki stres, jakby ktoś miał stwierdzić, że to fałszywka. Spencer jednak przelotnie spojrzała na moje prawko, przyjęła zamówienie Willow i ruszyła w stronę kuchni.

Na ekranie najpierw pojawiła się panorama Saint Paul, dopiero potem Xcel Energy Center. Mecz zaraz miał się zacząć. Poczułam ekscytację. Hokej na lodzie był jedynym sportem, który mnie ciekawił. Minnesota Lions w ostatnich kilku sezonach nie odnosili zawrotnych sukcesów. Ba, w sumie nigdy nie wygrali Pucharu Stanleya. Nie zmieniało to faktu, że oglądałam wszystkie ich mecze z takim samym zaciekawieniem. Willow trochę sobie ze mnie żartowała, ale koniec końców oglądała je razem ze mną, choć z zupełnie innego powodu. Twierdziła, że hokeiści są seksowni. Nie bez powodu też byłyśmy w tym konkretnym barze. To właśnie tutaj często zaglądali gracze po mniej lub bardziej udanym meczu. O dziwo, nie zrobiło się tu przez to drożej, jedynie bardziej tłoczno.

Wstrzymałam oddech, gdy na ostatku na lód wyjechało sławne w tym sezonie duo w postaci Danny’ego McGregora i Ivana Aleksandrova. To był ich pierwszy sezon w NHL, ale po lodowisku poruszali się w pełnej synchronizacji. Pierwszy raz od dawna Minnesota plasowała się tak wysoko w tabeli, że wielu miało nadzieję na playoffy. Byłam całkiem pewna, że od czasów Sidneya Crosby’ego w duecie z Jewgenijem Małkinem w Pittsburgh Penguins nie widziałam tak dobrze grających świeżaków.

Pierwsza tercja zdążyła się już zacząć, gdy dostałyśmy swoje zamówienie. Przez cały mecz zdążyłyśmy wypić jeszcze po dwa coorsy na głowę. Zwycięską bramkę w trzeciej tercji strzelił McGregor w asyście Sorensona i Aleksandrova. To było widowisko. Przemknął między dwoma obrońcami Anaheim i wraz ze swoim środkowym oraz drugim skrzydłowym wjechał do tercji obrony, by tam dostać podanie przed samą bramką. Decydujący krążek minął lewy parkan bramkarza o kilka centymetrów, co dało Minnesocie prowadzenie. W całym barze wybuchły wtedy radosne okrzyki, do których dołączyłam.

Jeśli Minnesota Lions mieli jakąś przyszłość, był nią Danny McGregor. Chciałam ją zobaczyć.

ROZDZIAŁ 1

Danny

Mój oddech się rwał, a tętno szalało, gdy rozbrzmiała syrena kończąca mecz. Wygraliśmy. Powinienem czuć euforię, ale przede wszystkim odczuwałem zmęczenie, choć wiedziałem, że w końcu przyjdzie też satysfakcja. I kolejne punkty w tabeli, których rozpaczliwie potrzebowaliśmy, żeby móc w ogóle marzyć o playoffach.

Wśród radosnych okrzyków naszych kibiców oraz skandowania zeszliśmy z lodu i powlekliśmy się do szatni, gdzie czekała nas jeszcze seria wywiadów pomeczowych, potem mogliśmy wreszcie wziąć prysznic i przebrać się w zwykłe ciuchy. Kiedyś zupełnie inaczej wyobrażałem sobie bycie graczem jednej z drużyn NHL. Od dziecka dużo trenowałem i w zasadzie nie znałem niczego innego. Hokej dyktował mi tempo, odkąd pamiętam. Przez ostatnie miesiące dowiedziałem się jednak więcej o własnych słabościach niż kiedykolwiek wcześniej. Zmęczenie stało się moim wiernym towarzyszem.

Wrzuciłem swoje rzeczy do torby i zarzuciłem ją na ramię. Łóżko. Tego dzisiaj najbardziej potrzebowałem.

– Ej, Danny! – zawołał jeden z naszych bramkarzy, Griffin Burton.

– Co? – zapytałem z cichym westchnieniem. Padałem z nóg.

– Lecimy do pubu. Idziesz z nami? – Griff posłał mi krzywy grymas, który miał być uśmiechem.

– W sumie… – Łóżko, powtórzyłem w myślach. Marzyłem o łóżku. Jednak to byłby kolejny raz, kiedy bym spasował i odpuścił wyjście z chłopakami. Wciąż byłem nowy. To mój pierwszy sezon w NHL. Mimo wszystko potrzebowałem przyjaciół.

– No dalej, nie daj się prosić.

– Och, no dobra. – Poddałem się w końcu.

– No i to mi się podoba, California Boy. – Burton wyszczerzył zęby w uśmiechu. Jedną z dwójek nadal miał krzywą po uderzeniu w szczękę parę tygodni temu. Wyglądał przez to nieco zabawnie.

California Boy. Zyskałem ten pseudonim, gdy po studiach przeszedłem draft i trafiłem do Minnesota Lions, jednej z drużyn NHL. To było spełnienie moich marzeń. Granie jako prawoskrzydłowy z zespołem takim jak ten to największa nagroda, jaką można dostać od losu. Pomijając odmrażanie sobie tyłka w Minnesocie. Pochodziłem z Los Angeles, ale prawie pół życia spędziłem u dziadków w Saskatoon, więc byłem mniej więcej przyzwyczajony do zimna. Jednak Kalifornia, a do tego mój wygląd – ciemnoblond włosy, niebieskie oczy, opalona skóra i uroda surfera – sprawiły, że częściej słyszałem swój pseudonim niż imię.

– Danny McGregor, nasza gwiazda! – zawołał na przywitanie właściciel baru, Brandon Caine. – Ta bramka pod koniec… Nieźle, dzieciaku. – Poklepał mnie po plecach.

– Dzięki, Brand – zdołałem wykrztusić. Nie czułem się zbyt dobrze, będąc w centrum uwagi. Na lodowisku to wyglądało nieco inaczej. Tam robiłem to, co do mnie należało.

– Zaraz powiem kuchni, żeby szykowała cztery steki dla naszych zwycięzców. – Z tymi słowami Brandon odszedł od naszego stolika i zostaliśmy sami.

Na samą myśl o jedzeniu skręcał mi się żołądek, taki byłem głodny. Playoffy zbliżały się wielkimi krokami, więc trener cisnął nas jeszcze bardziej. Jak na razie wszystko wskazywało na to, że mogło nam się udać do nich przejść, mieliśmy dobrą passę, ale hokej to nieprzewidywalny sport. W jednej chwili wygrywasz trzy mecze, żeby w następnej przegrać cztery i zakończyć sezon z hukiem. Jednak zamierzałem dać z siebie wszystko i wiedziałem, że każdy z chłopaków zrobi to samo. Nieważne, jak czasem byliśmy zmęczeni. Nie zrażały nas ani długie treningi na siłowni, ani niekończące się godziny spędzone na lodzie. Dopóki byliśmy w stanie utrzymać się na nogach, graliśmy.

– Ja pierdolę, ale zimno – zaklął Rory, nasz kapitan, wpychając się na miejsce obok mnie.

Rory urodził się na Florydzie i mimo że grał w hokeja od dziecka, wciąż męczyły go tutejsze mrozy. Kolejny, który cierpiał podobnie jak ja. Mieliśmy jeszcze chłopaka z Arizony, ale Clay mieszkał w Saint Paul pół swojego życia i zdążył się przyzwyczaić. Oprócz nas w drużynie było jeszcze pięciu Amerykanów, dwóch Rosjan, jeden Fin, a reszta to już Kanadyjczycy.

– Strasznie jęczysz, kapitanie – zaśmiał się Sasha, siadając po drugiej stronie, obok Ariego.

– A gdzie Ivan? – zapytałem. – Mówił, że też przyjdzie, tylko jego jeszcze nie ma.

– Trener go zatrzymał – wyjaśnił Sasha.

Rory zmarszczył jasne brwi.

– Mam nadzieję, że nie chodzi o jego kontuzję. Jeśli znowu mu się odnowiła…

– Luz, stary. Aleksandrov tak łatwo się nie da – odezwał się Griffin.

– Oby. Bo teraz ostatnie, czego nam trzeba, to utrata takiego napastnika. Zresztą chyba nikt się lepiej nie zgrywa z Dannym – odpowiedział Rory spiętym głosem.

Westchnąłem w duchu. Rzeczywiście, z Ivanem byliśmy świeżakami i dobrze nam się razem grało. Kibice i komentatorzy nazywali nas dream teamem, bo wspólnie zdobyliśmy już trochę punktów. Ja grałem na prawym skrzydle, Ivan na lewym, a Rory był środkowym. Tak zostało ustalone z początkiem sezonu i w ten sposób graliśmy do tej pory.

– O wilku mowa. – Griff kiwnął głową w stronę wejścia, w którym właśnie pojawił się Aleksandrov.

– Grasz? – upewnił się Rory, gdy Ivan podszedł do naszego stolika.

– Gram – odparł z uśmiechem i przystawił sobie krzesło.

Przybiliśmy piątkę i poprosiliśmy Brandona o jeszcze dwa steki dla Rory’ego oraz Ivana.

– Jakaś laska się na ciebie gapi, Danny – odezwał się Rory, gdy już kończyliśmy jeść. Trochę nam to zajęło. Fani drużyny co jakiś czas podchodzili do naszego stolika, żeby się przywitać i pogratulować wygranej. W końcu siedzieliśmy w barze sportowym.

– Mówisz? – Uniosłem pytająco jedną brew i upiłem łyk piwa. Jedno piwo. Na więcej podczas sezonu sobie nie pozwalałem.

– Mówię. Powiedz mu, Ivan.

Kumpel dyskretnie zerknął w tę samą stronę co Rory i skinął głową.

– Gapi się jak nic – potwierdził, śmiejąc się pod nosem.

– I na pewno na mnie?

– Bankowo.

Odwróciłem się lekko w lewo i mój wzrok spotkał najbardziej niezwykłe oczy, jakie w życiu widziałem. Lśniące, niebieskie, z nietypowym, jakby fioletowym błyskiem, okolone długimi, ciemnymi rzęsami. Ich właścicielka miała kruczoczarne włosy sięgające poniżej łokci, porcelanowobiałą cerę i czerwone usta w kształcie serca rozciągnięte w sugestywnym półuśmiechu. Gdy otrząsnąłem się z pierwszego szoku, posłałem jej lekki uśmiech, a jej natychmiast się poszerzył, po czym zachichotała i zakryła usta dłonią. Jej śmiech był lekko zachrypnięty, podejrzewałem, że podobnie jak głos. Żeby nie gapić się na nią tak ostentacyjnie, znowu zwróciłem się w stronę kumpli z drużyny.

– Krasiwa – skomentował Sasha.

– Piękna – potwierdziłem, chłodząc gardło kolejnym łykiem bud lighta.

– I co? Będziesz tak siedział jak kołek? – prychnął Ari.

– Muszę się skupić na grze, a nie na randkach – przypomniałem.

– A ten znowu swoje – mruknął Sasha. – Zeschniesz nam tu, Danny.

Pokręciłem głową.

– Tak mi jest dobrze.

– To była świetna bramka, California Boy. – Nagle tuż koło swojego ucha usłyszałem kobiecy głos. Uniosłem głowę i znów ujrzałem te niebieskie oczy, tym razem z bliska.

– Dzięki…

– Lizzy – podpowiedziała z uśmiechem. – Lizzy Farrell. – Wyciągnęła rękę w moją stronę, a ja ją uścisnąłem.

– Danny McGregor.

Zachichotała.

– Wiem, kim jesteś. – Mrugnęła i poczułem, jak jej krwistoczerwone paznokcie muskają wnętrze mojej dłoni, a potem coś się w niej znalazło, jakby zwitek papieru. Zwinęła moje palce w pięść i dopiero wtedy puściła dłoń. Wyprostowała się, przy okazji łaskocząc moje ramię swoimi włosami.

– Miłego wieczoru, chłopaki. – Z tymi słowami odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego stolika.

– Widzisz? Nie chciałeś ruszyć dupy, to sama przyszła – zaśmiał się Rory.

– Zamknij się – warknąłem.

– Dała mu numer – odezwał się Ivan.

– Żartujesz?! – parsknął Griff.

Otworzyłem dłoń i rozwinąłem zwitek. Był na nim rząd cyfr i jej starannie wykaligrafowane imię.

– Nie żartuje. – Pomachałem mu karteczką przed nosem i schowałem ją do kieszeni.

– Jak się do niej nie odezwiesz, to powieszę ci łyżwy pod sufitem – zagroził Sasha.

– Jakby to był pierwszy raz! – Roześmiałem się i pokręciłem głową.

ROZDZIAŁ 2

Lizzy

Tego dnia zerwałam się z ostatnich zajęć. Od powrotu do domu malowałam. Dla odmiany coś dla siebie. Przez ostatnie miesiące głównie pracowałam nad zamówieniami lub pracami zaliczeniowymi na studia. Do własnych brakowało mi zacięcia. Gdy już zrobiłam, co miałam zrobić, odkładałam pędzle na bok. Nie przynosiły mi tej samej ulgi, co kiedyś. Już nie. Lubiłam jednak zapach farb olejnych. Uspokajał mnie. Przywoływał dobre wspomnienia.

Wstawiłam zdjęcie z pierwszym szkicem na Instagram. Prowadziłam go pod pseudonimem, nie pod własnym nazwiskiem. Łatwo być @2.20girl. Dużo łatwiej niż Lizzy Farrell.

Co jakiś czas zerkałam na telefon, choć byłam przekonana, że Danny się nie odezwie. Ile dziewczyn dawało mu swój numer, ilekroć wychodził gdzieś z kolegami? Z pewnością nie byłam pierwsza, a tym bardziej jedyna. Odrywałam się od pracy przy każdym piknięciu komórki, ale wciąż spotykał mnie zawód. W końcu wyniosłam ją do kuchni, żeby się nie rozpraszać.

Zapach farb był intensywny, dlatego zawsze malowałam przy otwartych oknach, choć niekiedy palce kostniały mi z zimna i zaczynały boleć. Ból był znajomy. Nie bałam się go. Ja i strach… Łączyła nas długa i burzliwa znajomość.

Zrobiłam sobie przerwę dopiero, gdy poczułam głód. Wtedy sięgnęłam po telefon i zobaczyłam wiadomość z obcego numeru. Przyszła kwadrans temu. Danny. Proponował spacer. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie kolacja, nie kawa… spacer. To brzmiało tak zwyczajnie, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakikolwiek facet zabrał mnie na zwykły spacer. Na dodatek w trzaskający mróz.

Szybko wystukałam krótką odpowiedź i odłożyłam telefon na bok. Mieliśmy się spotkać pod Xcel Energy Center zaraz po jego treningu. To oznaczało, że miałam jeszcze trochę czasu do zabicia. Normalnie napisałabym do Willow, ale strach przed rozczarowaniem tłumił ekscytację. Podskórnie czułam, że to prawdopodobnie nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Chwila rozrywki dla nas obojga, może jakiś rodzaj odskoczni. Nic więcej.

Danny

Po treningu wrzuciłem torbę do bagażnika mojej toyoty i zacząłem się rozglądać. Lizzy chwilę temu dała mi znać, że jest już prawie na miejscu. W końcu ją dostrzegłem i ruszyłem w jej kierunku, żeby spotkać się z nią w połowie drogi.

Długie włosy zaplotła dzisiaj w warkocz, który odznaczał się na szarym, zimowym płaszczu. Czerwone usta ledwo wystawały znad szalika, ale widziałem, że się uśmiechała. Jej oczy w świetle ulicznych latarni miały jeszcze bardziej nietypowy kolor niż minionego wieczoru w knajpie.

– Cześć – przywitałem się, a ona odpowiedziała to samo i stanęła na palcach, żeby cmoknąć mnie w policzek.

Opadła z powrotem na pięty i zaśmiała się dźwięcznie. Potarła palcami ślad, który zostawiła na mojej skórze.

– Przepraszam. Oznaczyłam cię.

Roześmiałem się.

– Nie szkodzi, Lizzy.

Kącik jej ust drgnął i przełożyła swoje szczupłe ramię przez moje, splatając je ze sobą.

– Więc, Danny… Jak jest w Kalifornii?

Rozejrzałem się po zaśnieżonych ulicach Saint Paul i wypaliłem pierwsze, co mi przyszło do głowy:

– Ciepło. – Wtedy zdałem sobie sprawę, że zabrzmiało to dużo gorzej niż w myślach.

Lizzy posłała mi pobłażliwy uśmiech i pokręciła głową z niedowierzaniem.

– I tylko tyle?

– No nie… – zacząłem niepewnie i odchrząknąłem. – Ale najbardziej tęsknię za tym ciepłem. I za oceanem.

– Jesteś z samego wybrzeża? – zapytała, choć po jej minie zgadywałem, że doskonale znała odpowiedź.

– Konkretnie z Los Angeles – potwierdziłem.

– I przywiało cię aż tutaj? Do zimnej Minnesoty?

Wzruszyłem ramionami. Padło na Minnesotę, ale mogłem wylądować gdziekolwiek indziej. Całe studia trener powtarzał, by się nie przywiązywać i jeśli uda nam się załapać do ligi, należy iść tam, gdzie będą nas chcieli. Mogłem uważać się za szczęściarza, że wychodziłem na lód w barwach Lwów, i w chwilach zwątpienia kurczowo trzymałem się tej myśli. Nie wszyscy moi koledzy z drużyny uniwersyteckiej dostali taką szansę.

– Gdy kochasz coś lub kogoś, jesteś w stanie wiele poświęcić – odpowiedziałem prosto. – Odmrażanie sobie tutaj tyłka to niezbyt duża cena.

– Od zawsze wiedziałeś, że chcesz grać w hokeja?

Często słyszałem to pytanie. Od dziennikarzy, od nowo poznanych ludzi… Miałem już wyuczoną odpowiedź, ale tym razem zacząłem się zastanawiać. Czy rzeczywiście od samego początku wiedziałem, że hokej to jest to? Nie do końca. Zwyczajnie nie znałem niczego innego, bo pierwszy raz założyłem łyżwy, gdy miałem jakieś cztery lata.

– Nie powiedziałbym, że od zawsze – przyznałem szczerze. – Jestem synem hokeisty, więc chyba nie do końca miałem wybór, przynajmniej na początku.

Zmarszczyła zadarty nos, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.

– Na jakiej pozycji grał twój tata? – zapytała w końcu.

– Był bramkarzem – odparłem z dumą. Naprawdę ją czułem. Ojciec był nie tylko całkiem dobrym rodzicem i mentorem, ale też genialnym sportowcem.

– Więc macie to we krwi?

Skinąłem głową.

– A jak jest z tobą, Lizzy? Czym się zajmujesz?

Jej czerwone wargi rozciągnęły się w niepewnym uśmiechu, gdy na mnie spojrzała. Przez moment wpatrywałem się w nie jak zahipnotyzowany.

– Studiuję grafikę. Moja mama jest malarką.

– A tata? – wypaliłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Z pewnością nie pominęła go bez powodu. Czasem jednak miałem wyczucie na poziomie pięciolatka.

– To długa historia – odpowiedziała wymijająco.

Zmieszałem się.

– Przepraszam, że zapytałem.

– Nie szkodzi. – Potrząsnęła głową i ścisnęła mocniej moje ramię, ale odwróciła wzrok.

Odchrząknąłem, żeby zyskać na czasie.

– Więc… Skąd u ciebie zainteresowanie hokejem?

Na twarzy Lizzy pojawił się cień ulgi. Uśmiechnęła się szeroko, zerkając w moim kierunku.

– Gdy byłam mała, często spędzałam weekendy u dziadków, a mój dziadek kocha hokej. Potem to już siła przyzwyczajenia. Pewnie rozumiesz, o co chodzi.

– Rozumiem – potwierdziłem. – Więc uważasz, że moja bramka była świetna? – Uśmiechnąłem się zawadiacko.

– Och, ktoś musi połechtać twoje ego? – Zaśmiała się. – To naprawdę było widowiskowe, Danny. Można uprawiać jakiś sport i być po prostu dobrym, ale gdy robisz coś z sercem… To widać.

– Nie uważasz, że tak samo jest ze wszystkim, czym się zajmujemy?

Zamyśliła się na chwilę, przekrzywiając głowę.

– Chyba masz rację.

– Nie masz tak, że lepiej ci coś wychodzi, gdy tworzysz to, co sama chcesz robić, niż gdy działasz według narzuconego schematu?

– Całkiem możliwe, że tak, ale ostatnio maluję głównie na zamówienie. To mocno odtwórcze.

– Co na przykład? – zainteresowałem się.

– Głównie psy w kosmosie i tego typu rzeczy. Nie uwierzyłbyś, ilu ludzi chce uwiecznić swojego pupila w dziwnych okolicznościach – parsknęła.

– Poważnie? Jest na to aż takie wzięcie? – Zdziwiony zmarszczyłem brwi. Musiałem o to zapytać Ivana. On wiedział o wielu dziwnych rzeczach, z których ja, zanim go poznałem, nie zdawałem sobie w ogóle sprawy.

– Od kilku miesięcy nie maluję w sumie nic innego, więc odpowiedź brzmi „tak”.

Mimo zimna długo spacerowaliśmy. Dobrze nam się rozmawiało i w sumie nie zwróciłbym uwagi na upływ czasu, gdyby nie robiło się coraz ciemniej oraz chłodniej.

– Danny? – zapytała miękko Lizzy, kiedy zatrzymaliśmy się na powrót przy Xcel Energy Center.

– Tak?

– To był miły wieczór. Dziękuję.

– Nie ma sprawy, Lizzy – odparłem. – Jesteś pewna, że nie chcesz podwózki?

Potrząsnęła głową, po czym musnęła chłodnymi wargami moją szczękę i wyszeptała pożegnanie:

– Do zobaczenia, California Boy.

Grupa Wydawnicza Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: wydawnictwo@szostyzmysl.com.pl

www.szostyzmysl.com.pl