Bursztynowa luneta. Cykl Mroczne materie. Tom 3 - Philip Pullman - ebook

Bursztynowa luneta. Cykl Mroczne materie. Tom 3 ebook

Philip Pullman

4,4

Opis

Trzeci tom przełomowej trylogii Philipa Pullmana "Mroczne materie", której niedawna ekranizacja - porywający serial telewizyjny zrealizowany przez BBC we współpracy z HBO - została entuzjastycznie przyjęta przez krytykę.

"Wyprawiamy się do krainy umarłych i zamierzamy z niej wrócić. "

Will i Lyra, których losy splotły sie nierozerwalnie za sprawą sił drzemiących w innych światach, zostali gwałtownie rozdzieleni. Muszą sie teraz odnaleźć, bo czeka ich nie tylko najstraszniejsza ze wszystkich wojen, lecz także podróż do mrocznej krainy, z której nikt nigdy nie wrócił.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 702

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: His Dark Materials, Volume III. The Amber Spyglass

Copyright © 2000 by Philip Pullman Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Anna Włodarkiewicz Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wydanie II ISBN 978-83-66409-77-4 Warszawa 2019

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Wyśpiewujcie jego łaskę, chwalcie jego moc, Którego szata światłem jest, a baldachimem noc; Rydwan jego gniewu burzowe chmury toczy, Na skrzydłach gromu mknie, trakt przed nim się mroczy.

Robert Grant, z Hymns Ancient and Modern

Wy gwiazdy, czy nie od was pochodzi upodobanie kochanka w twarzy ukochanej? Czy jego wgląd wewnętrzny w jej czysty wzrok nie z gwiazd czystości się bierze?

Rainer Maria Rilke, Trzecia elegia duinejska(przeł. A. Lam)

Delikatny opar unosi się ze wszystkiego, co żyje. Noc jest zimna, delikatna i pełna aniołów Ścierających życie na proch. Fabryki są rozświetlone, Nikt nie słyszy dzwonu. Nareszcie jesteśmy razem, choć daleko od siebie.

John Ashbery, The Ecclesiast,

1    Zaczarowana śpiąca

Zciemnej lasu gęstwiny Wychodziły zwierzęta, Zbliżały się, łasiły.

William Blake (przeł. Z. Kubiak)

W ocienionej rododendronami dolinie, niedaleko granicy wiecznego śniegu, gdzie strumień mętny od roztopów toczył swoje wody, a gołębie i makolągwy furkotały wśród olbrzymich sosen, znajdowała się jaskinia, od góry osłonięta skalnym występem, od dołu zaś na wpół ukryta w gąszczu grubych, ciężkich liści.

Las rozbrzmiewał mnóstwem dźwięków: pluskaniem strumyka pomiędzy kamieniami, szumem wiatru wśród sosnowych igieł, bzyczeniem owadów, pokrzykiwaniem drobnych ssaków nadrzewnych i ptasimi trelami. Od czasu do czasu mocniejszy powiew poruszał gałęziami cedru lub jodły, które trąc o siebie, pojękiwały jak wiolonczela.

Olśniewający blask słońca prześwietlał na wskroś leśną gęstwinę. Snopy cytrynowozłotej światłości przeszywały listowie i kładły się cętkami na poszyciu na przemian z plamami brązowo-zielonych cieni, pozostając przy tym w nieustannym ruchu. Stale też zmieniały natężenie, gdy snująca się w koronach drzew mgła cedziła światło, przemieniała je w perłową poświatę i okrywała wilgocią szyszki, chwilę później skrzące się na gałęziach. Zgromadzona w chmurach wilgoć gęstniała czasem w drobne krople ni to mgiełki, ni to mżawki, która wśród pośpiesznego szmeru milionów igieł raczej spływała, niż spadała w dół.

Biegnąca wzdłuż strumienia wąska ścieżka prowadziła z wioski – a właściwie z położonego u wylotu doliny skromnego skupiska chat pasterskich – do na wpół zrujnowanej świątyni nieopodal czoła lodowca, gdzie stale wiejące od gór wiatry targały wyblakłe jedwabne proporce, a pobożni wieśniacy składali w ofierze placki owsiane i suszoną herbatę. Na skutek niezwykłego współoddziaływania światła, lodu i mgieł nad górną częścią doliny stale rozpościerały się tęcze.

Jaskinia leżała nieco powyżej ścieżki. Dawno temu mieszkał w niej święty mąż: medytował tam, pościł i modlił się, i właśnie przez wzgląd na pamięć o nim po dziś dzień otaczano ją czcią. Jaskinia miała około trzydziestu stóp głębokości i suche dno – idealnie nadawałaby się na legowisko wilka albo niedźwiedzia, lecz mimo to przez lata zamieszkiwały ją tylko ptaki i nietoperze.

Jednakże stwór przykucnięty w tej chwili przy wejściu, strzygący uszami i strzelający czarnymi ślepiami na boki, nie był ani ptakiem, ani nietoperzem. Światło słońca kładło się jak gęsty, ciężki kożuch na jego lśniącym złotym futrze, kiedy obracał w małpich dłoniach sosnową szyszkę, pazurami zrywał z niej łuski i wygrzebywał ze środka słodkie nasiona.

Za jego plecami, tuż poza zasięgiem promieni słonecznych, pani Coulter podgrzewała wodę w rondelku ustawionym na kuchence naftowej. Kiedy jej dajmon wydał z siebie ostrzegawczy pomruk, podniosła wzrok.

Ścieżką szła dziewczynka z wioski. Pani Coulter ją znała: Ama od kilku dni przynosiła jej jedzenie. Zaraz po przybyciu w tę okolicę pani Coulter dała jasno do zrozumienia, że jest kobietą świętą, bez reszty oddaną medytacji i modlitwie, która przysięgła nigdy nie rozmawiać z mężczyzną. Ama była jedyną osobą, na której odwiedziny przystała.

Tym razem jednak dziewczynka nie przyszła sama: towarzyszący jej ojciec zatrzymał się w pewnej odległości i czekał, podczas gdy Ama wspięła się do jaskini.

Przy wejściu ukłoniła się nisko.

– Ojciec przysyła mnie z modlitwą o twoją pomyślność.

– Witaj, moje dziecko.

Dziewczynka złożyła u stóp pani Coulter zawiniątko opakowane w wyblakłą bawełnę, po czym wyciągnęła przed siebie rękę z bukietem kwiatów – garścią zawilców przewiązanych bawełnianą nitką, i zaczęła mówić z nerwowym pośpiechem. Pani Coulter miała pewne pojęcie o języku zamieszkujących tutejsze góry tubylców, ale nie mogła się zdradzić z tym, ile dokładnie rozumie z ich przemów. Z uśmiechem dała więc znać dziewczynce, żeby umilkła, i wskazała na dajmony: złotowłosa małpka wyciągnęła przed siebie łapę, a dajmon Amy, motyl, trzepotał skrzydełkami coraz bliżej i bliżej, aż w końcu przysiadł na zrogowaciałym palcu wskazującym. Małpka przysunęła go ostrożnie do ucha, a wtedy pani Coulter poczuła napływającą do jej umysłu cieniutką strużkę zrozumienia, objaśniającą znaczenie słów dziewczynki. Wieśniacy byli bardzo zadowoleni, że święta schroniła się w ich jaskini, niepokoiły ich jednak pogłoski o tym, jakoby przywiodła ze sobą towarzysza, ponoć bardzo silnego i niebezpiecznego. Tego właśnie się lękali: czy ów kompan był sługą pani Coulter czy jej panem? Czy ona sama miała złe zamiary? Co ją sprowadziło w te rejony? Czy długo zamierzała tu zabawić? Ama przekazała jej te pytania pełna obaw.

Chłonąc jej słowa poprzez dajmona, pani Coulter wpadła na zupełnie nowy pomysł, jak odpowiedzieć. Mogłaby powiedzieć Amie prawdę. Nie całą prawdę, ma się rozumieć, ale częściową. Ta myśl ją rozbawiła, zdołała jednak ukryć wesołość i odparła:

– Owszem, jest ze mną ktoś jeszcze, ale nie macie żadnych powodów do obaw. To moja córka, która zasnęła pod wpływem magii. Przybyłyśmy tutaj, aby ukryć się przed czarownikiem, który rzucił na nią zaklęcie. Opiekuję się nią, chronię ją i próbuję uleczyć. Jeżeli chcesz, możesz wejść i ją zobaczyć.

Pod wpływem łagodnego głosu pani Coulter Ama nieco się uspokoiła, chociaż nie wyzbyła się całkiem strachu; ba, na wzmiankę o czarowniku jej nabożny lęk jeszcze się nasilił. Jednakże złota małpka tak delikatnie obchodziła się z jej dajmonem, a ona sama była tak bardzo zaciekawiona, że ostatecznie ruszyła w ślad za panią Coulter w głąb jaskini.

Jej ojciec zrobił krok naprzód, jego dajmon w postaci wrony zamachał skrzydłami, ale ostatecznie nie ruszyli się ze ścieżki.

Pani Coulter zapaliła świeczkę, ponieważ światło dnia nie sięgało zbyt daleko, i zaprowadziła Amę aż pod tylną ścianę jaskini. Szeroko otwarte oczy dziewczynki błyszczały w półmroku, a jej dłonie poruszały się nieustannie, powtarzając ochronny gest: kciukiem jednej dłoni dotykała palca wskazującego drugiej i na odwrót, kciuk-palec, kciuk-palec, bez przerwy, żeby zmylić złe duchy.

– Widzisz? – zagadnęła pani Coulter. – Jest zupełnie niegroźna. Nie ma się czego bać.

Ama przyjrzała się postaci w śpiworze: była to dziewczynka starsza od niej o jakieś trzy, może cztery lata, o włosach w odcieniu, jakiego Ama nigdy przedtem nie widziała – płowoblond, jak lwia grzywa. Mocno zaciskała usta i z całą pewnością spała głębokim snem, ponieważ jej dajmon leżał bez przytomności, owinięty wokół jej szyi. Przypominał mangustę, chociaż był od niej mniejszy i miał niezwykły, rudozłoty kolor. Złota małpka delikatnie pogładziła go po łebku, między uszami. Niby-mangusta poruszyła się niespokojnie i zamiauczała chrapliwie. Dajmon Amy, który tymczasem zmienił się w mysz, wtulił się w jej szyję i zalękniony wyglądał spomiędzy jej włosów.

– Opowiedz ojcu, co widziałaś – mówiła dalej pani Coulter. – Nie ma tu żadnych złych duchów, a ja opiekuję się córką, na którą rzucono zaklęcie usypiające. Proszę cię jednak, Amo, uprzedź ojca, że musi to zachować w tajemnicy. Nikt poza wami dwojgiem nie może się dowiedzieć, że Lyra tu jest. Gdyby czarownik poznał miejsce jej pobytu, natychmiast by ją odnalazł i unicestwił, a wraz z nią mnie i wszystko dookoła. Dlatego cicho sza! Możesz powiedzieć tylko ojcu, nikomu więcej.

Uklękła obok Lyry, odgarnęła wilgotny kosmyk włosów z jej śpiącej buzi i, pochyliwszy się, pocałowała córkę w policzek. Podniosła na Amę spojrzenie smutnych, kochających oczu i uśmiechnęła się do niej z taką odwagą i współczuciem, że dziewczynce łzy napłynęły do oczu.

Pani Coulter wzięła ją za rękę i razem wyszły z jaskini. Z dołu obserwował je podenerwowany ojciec Amy. Pani Coulter złożyła dłonie i ukłoniła mu się, na co z wyraźną ulgą odpowiedział podobnym gestem. Jego córka – ukłoniwszy się kobiecie i zaczarowanej śpiącej dziewczynce – odwróciła się i zbiegła po zboczu w gęstniejącym zmierzchu. Na dole oboje z ojcem złożyli jeszcze jeden pokłon, zawrócili i ruszyli w drogę powrotną. Wkrótce zniknęli w półmroku zalegającym wśród potężnych rododendronów.

Pani Coulter zakrzątnęła się przy kuchence: woda w rondelku prawie zdążyła się zagotować. Przykucnąwszy, kobieta skruszyła do wrzątku trochę suchych liści – dwie szczypty zaczerpnęła z jednego woreczka, trzecią z innego – i dodała trzy krople jasnozłotego oleju. Szybko zamieszała płyn, odmierzyła w myślach pięć minut, po czym zdjęła naczynie z ognia i odstawiła do ostygnięcia.

Dookoła leżały porozrzucane elementy ekwipunku zabrane z obozowiska nad błękitnym jeziorem, gdzie umarł sir Charles Latrom: śpiwór, plecak z ubraniem na zmianę i przyborami toaletowymi i tak dalej. Była tam również skrzynia z płótna rozpiętego na solidnym drewnianym szkielecie, wyłożona kapokiem i zawierająca rozmaite przyrządy, oraz pistolet w kaburze.

Wywar stygł szybko w rozrzedzonym powietrzu, a gdy tylko osiągnął temperaturę ciała, pani Coulter przelała go ostrożnie do metalowego dzbanka i zaniosła w głąb jaskini. Jej małpi dajmon przestał bawić się szyszką i poszedł za nią.

Ostrożnie postawiła dzbanek na kamieniu i znów uklękła przy śpiącej Lyrze. Złota małpka przykucnęła po drugiej stronie dziewczynki, gotowa złapać Pantalaimona, gdyby ten się obudził.

Włosy Lyry były wilgotne od potu, jej oczy poruszały się gwałtownie pod powiekami. Zaczynała się budzić. Pani Coulter, która chwilę wcześniej, całując ją, poczuła na skórze trzepotanie jej rzęs, wiedziała, że zostało jej niewiele czasu. Jedną dłoń podłożyła pod głowę dziewczynki, drugą odgarnęła jej z czoła mokre kosmyki włosów. Lyra rozchyliła lekko usta i cicho jęknęła. Pantalaimon wtulił się w jej pierś. Małpka nie odrywała od niego oczu, niespokojnie miętosząc skraj śpiwora w drobnych czarnych palcach, ale wystarczyło jedno spojrzenie pani Coulter, żeby puściła śpiwór i odsunęła się na szerokość dłoni.

Pani Coulter delikatnie uniosła Lyrę, która najpierw bezwładnie zwiesiła głowę w bok, a potem gwałtownie nabrała powietrza w płuca i z wysiłkiem uniosła ciężkie powieki. Oczy miała półprzymknięte, trzepotała rzęsami.

– Roger... – wymamrotała. – Rogerze, gdzie jesteś... Nie widzę...

– Ćśś – wyszeptała jej matka. – Ćśś, kochanie. Masz, wypij to.

Przytknąwszy dzbanek do ust Lyry, przechyliła go, żeby kroplą naparu zwilżyć jej wargi. Język dziewczynki zareagował odruchowo, zlizał tę odrobinę płynu, a wtedy pani Coulter z najwyższą ostrożnością wlała jej do ust więcej cieczy. Za każdym razem czekała, aż Lyra przełknie, zanim podała jej następny łyczek.

Trwało to kilka minut, ale w końcu dzbanek został opróżniony i pani Coulter ponownie ułożyła córkę na śpiworze. Gdy tylko głowa dziewczynki spoczęła na ziemi, Pantalaimon znów owinął się jej wokół szyi. Jego rudozłota sierść była tak samo wilgotna jak jej włosy. Oboje zasnęli.

Złotowłosa małpka na palcach przemknęła ku wejściu do jaskini, usiadła i wróciła do obserwowania ścieżki. Pani Coulter zamoczyła szmatkę w miednicy z zimną wodą, obmyła twarz córki, po czym rozpięła śpiwór i przetarła jej także ręce, szyję i ramiona, ponieważ Lyra była rozpalona. Na koniec wzięła do ręki grzebień i delikatnie wyczesała kołtuny z włosów, odgarnęła kosmyki opadające dziewczynce na czoło i odsunęła je na boki.

Nie zapinała ponownie śpiwora, żeby rozgorączkowanej Lyrze było chłodniej, i zajęła się przyniesionym przez Amę zawiniątkiem. Znalazła w nim kilka płaskich chlebków, kostkę sprasowanej herbaty i trochę ugotowanego kleistego ryżu zawiniętego w duży liść. Nastał czas, żeby rozpalić ognisko, noce w górach bywały zjadliwie zimne. Metodycznie zabrała się do pracy: zestrugała trochę suchych wiórów, ułożyła drewno w palenisku, zapaliła zapałkę. O właśnie, kolejna sprawa, którą powinna przemyśleć: kończyły jej się zapałki, podobnie zresztą jak zapas nafty do kuchenki. Od tej pory będzie musiała strzec ognia dniem i nocą.

Jej dajmon był wyraźnie niezadowolony. Nie podobało mu się to, co robiła w jaskini, a kiedy próbował wyrazić swoje zaniepokojenie, odepchnęła go. Odwrócił się więc tyłem, każdym skrawkiem swojej sylwetki wyrażając wzgardę. Zajęty oskubywaniem szyszki, odrzucał niepotrzebne łuski w ciemność. Pani Coulter nie zwracała na niego najmniejszej uwagi: z wprawą krzątała się przy ognisku, aż w końcu mogła nastawić w rondelku wodę na herbatę.

Niemniej jednak nie pozostała całkowicie obojętna na sceptycyzm dajmona. Krusząc ciemnoszarą bryłkę herbaty do wody, sama zastanawiała się nad tym, co też właściwie najlepszego robi i czy już całkiem zwariowała, a także – tę myśl w kółko obracała w głowie – co będzie, gdy Kościół się o wszystkim dowie. Złotowłosa małpka miała rację: pani Coulter ukrywała nie tylko Lyrę, lecz także samą siebie.

* * *

Zciemności wynurzył się przerażony mały chłopiec.

– Lyro... Lyro...– powtarzał szeptem, znadzieją wgłosie.– Lyro...

Za jego plecami majaczyły inne postaci, jeszcze bardziej mgliste niż on sam izupełnie milczące. Wyglądały podobnie jak jego naturalni towarzysze, nie miały jednak twarzy, które można by zobaczyć, ani głosów, które można by usłyszeć. Głos chłopca ani na moment nie wznosił się ponad poziom szeptu, jego twarz zaś była mroczna izamazana, jakby na wpół zapomniana.

– Lyro... Lyro...

Co to było za miejsce?

Rozległa równina pod ciemnym jak żelazo niebem, zktórego nie padał ani jeden promień światła, ze wszystkich stron otulona mgłą. Goła ziemia była twardo ubita, jak pod naciskiem milionów stóp, aprzecież stopy te ważyły nie więcej niż piórka. Może więc to czas tak ją sprasował– chociaż czas wtym miejscu zastygł nieruchomo. Azatem może taka była natura tego miejsca, ostatniego ze wszystkich miejsc, kresu wszystkich światów.

– Lyro...

* * *

Dlaczego się tam znaleźli?

Zostali uwięzieni. Ktoś popełnił zbrodnię, nikt jednak nie wiedział, co to za zbrodnia. Nikt też nie znał ani sprawcy, ani sędziego.

Dlaczego chłopiec nawoływał Lyrę po imieniu?

Nadzieja.

Kim byli?

Duchami.

Lyra nie mogła ich dotknąć. Nawet kiedy starała się ze wszystkich sił, jej zdumione dłonie przenikały na wskroś przez postać stojącego przed nią iwzywającego ją błagalnie chłopca.

– Roger...– powiedziała. Zjej ust dobył się ledwie szept.– Ach, Rogerze, gdzie jesteś? Co to za miejsce?

– To świat umarłych, Lyro– odparł.– Nie wiem, co robić... Nie wiem, czy utknąłem tu już na zawsze. Inie wiem, czy zrobiłem coś złego, bo zawsze starałem się raczej być dobry, ale nie podoba mi się tu, boję się, nie cierpię tego miejsca...

Lyra odparła:

– Wy...

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Mroczne materie w ogóle by nie powstały bez pomocy i inspiracji ze strony moich przyjaciół, rodziny, książek i obcych ludzi.

Następującym osobom jestem winien szczególne wyrazy wdzięczności: Liz Cross za wieczny optymizm i skrupulatną pracę redakcyjną na każdym etapie; Anne Wallace-Hadrill za to, że pokazała mi swoją łódź; Richardowi Osgoodowi z Instytutu Archeologicznego uniwersytetu w Oksfordzie za zapoznanie mnie z trybem organizowania wypraw archeologicznych; Michaelowi Mallesonowi z Trent Studio Forge w Dorset za pokazanie mi, jak się kuje żelazo; oraz Mike’owi Froggattowi i Tanaqui Weaver za dostarczenie odpowiedniego papieru (z dwiema dziurkami), gdy mój zapas się kończył. Muszę również pochwalić kawiarnię w oksfordzkim Muzeum Sztuki Nowoczesnej: ilekroć natrafiałem na jakiś problem narracyjny, filiżanka ich kawy i godzinka pracy w przyjaznej atmosferze załatwiały sprawę, i to bez szczególnego wysiłku z mojej strony. Działało za każdym razem.

Podkradam pomysły ze wszystkich książek, jakie przeczytałem w życiu. Przy pisaniu powieści kieruję się zasadą: „Czytaj jak motyl, pisz jak pszczółka” i jeśli moja opowieść zawiera choćby odrobinę miodu, to jest to wyłączna zasługa nektaru, jaki znalazłem w dziełach pisarzy lepszych ode mnie. Są jednak trzy źródła, które wymagają w tym miejscu wyróżnienia. Pierwszym jest esej Heinricha von Kleista On the Marionette Theatre, który pierwszy raz przeczytałem w przekładzie Idrisa Parry’ego w „Times Literary Supplement” w 1978 roku. Drugie to Raj utracony Johna Miltona. Trzecim są dzieła Williama Blake’a.

I na zakończenie – moi najwięksi wierzyciele. Sukces mojego dzieła w ogromnej mierze zawdzięczam Davidowi Ficklingowi, jego niewyczerpanym pokładom wiary i otuchy, a także nadzwyczaj wyrazistym przekonaniom w kwestii tego, co należy zrobić z opowieścią, żeby stała się jeszcze lepsza. Przez ponad pół życia mogę liczyć na niezłomną przyjaźń i wsparcie Caradoca Kinga. Enid Jones, mojej nauczycielce, która przed laty zapoznała mnie z Rajem utraconym, zawdzięczam to, co najlepsze w edukacji – świadomość, że odpowiedzialność i zachwyt mogą współistnieć. Mojej żonie Jude i synom Jamiemu i Tomowi zawdzięczam wszystko inne poza tym.

Philip Pullman