Budząc lwy - Ayelet Gundar-Goshen - ebook + książka

Budząc lwy ebook

Ayelet Gundar-Goshen

5,0
49,98 zł

lub
Opis

Pasjonujący thriller psychologiczny z dylematem moralnym w tle

Neurochirurg Ejtan Grin wiedzie perfekcyjne życie szczęśliwego męża i ojca. Pewnej nocy, wracając do domu po wyczerpującym dyżurze, potrąca człowieka. Widząc, że mężczyźnie – imigrantowi z Afryki – nie można już pomóc, ucieka z miejsca wypadku. Gdy następnego dnia do drzwi zapuka żona ofiary z jego portfelem w ręku, Ejtan rozpocznie rozpaczliwą walkę, by ratować swoją rodzinę i reputację. Ceną za milczenie kobiety nie będą jednak pieniądze, lecz coś, co zburzy jego uporządkowane życie.

Budząc lwy to trzymająca w napięciu powieść o poczuciu winy, wstydzie i pożądaniu, opowiedziana z kilku punktów widzenia. Gundar-Goshen po mistrzowsku oddaje moralne rozterki swoich postaci, precyzyjnie opisując ich skomplikowaną psychikę. Jednocześnie odsłania przed czytelnikami problemy współczesnego Izraela, które rzadko znajdziemy w literaturze współczesnej.

W 2017 roku książka otrzymała prestiżową brytyjską nagrodę Jewish Quarterly-Wingate Prize.

 

Gundar-Goshen umiejętnie łączy fabułę thrillera z pogłębionym portretem psychologicznym bohaterów. – „The New York Times Book”

 

Ta powieść wytrąca z poczucia samozadowolenia, trzymając w napięciu do ostatniej strony. – „The Wall Street Journal”

 

Gdyby istniała nagroda dla najlepszego pierwszego zdania powieści, Gundar-Goshen z pewnością by ją otrzymała. Budząc lwy to książka odważna i zaskakująca. – „Financial Times UK”

 

Wstrząsająca. – „Harper’s Bazaar”

 

Gęsty thriller moralny. Kolejne zwroty akcji przyprawią czytelników o palpitacje serca. Ma się wrażenie, że książka za chwilę stanie w płomieniach. – „Kirkus Reviews”

 

Dla każdego, kto wierzy w magię słowa pisanego. – Bookreporter

 

Trzymająca w napięciu. Takich zwrotów akcji nie powstydziliby się autorzy najlepszych thrillerów. – „The Sunday Times UK”

Ayelet Gundar-Goshen (ur. 1982) skończyła psychologię kliniczną na Uniwersytecie Telawiwskim. Pracowała dla izraelskich organizacji działających na rzecz praw człowieka. Jest również cenioną scenarzystką. Za swoją pierwszą powieść otrzymała prestiżową nagrodę Sapira dla najlepszego debiutu. Prawa do Budząc lwy sprzedano do dziewięciu krajów

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 498

Popularność




Seriaz Żurawiem

Projekt okładki Małgorzata Flis

Konsultacja terminów medycznych Katarzyna Szarla, Warszawski Uniwersytet Medyczny

Tytuł oryginału: Lehair arajot

Copyright © Ayelet Gundar-Goshen Published by arrangement with The Institute for the Translation of Hebrew Literature

Published with the support of The Institute for the Translation of Hebrew Literature, Israel and the Embassy of Israel, Warsaw

© Copyright for the Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2019

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-4712-5

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków tel. 12-663-23-80, tel./fax 12-663-23-83 Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98 tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.pl Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Joawowi

I akurat pomyślał sobie, że jest to najpiękniejszy księżyc, jaki w życiu widział, kiedy uderzył w tego człowieka. W pierwszej chwili po uderzeniu ciągle myślał o księżycu, wciąż myślał o księżycu, a potemw mgnieniu oka przestał, jak zdmuchnięta świeca. Słyszy, jak otwierają się drzwi od terenówki, i wie, że to on je otwiera, że to on teraz wysiada. Ale ta wiedza jest jedynie luźno związana z jego ciałem, jak wędrówka języka po dziąsłach chwilę po zastrzyku znieczulającym – niby wszystko na swoim miejscu, lecz jakby inne. Jego nogi stąpają po pustynnym żwirze, słyszy krrrcz krrrcz przy każdym kroku i ten dźwięk dowodzi, że rzeczywiście idzie. A gdzieś na końcu kolejnego kroku czeka na niego człowiek, którego potrącił. Stąd nie można go zobaczyć, ale on tam jest, jeszcze krok i on tam jest. Noga już jest w powietrzu, lecz zwalnia, próbując odłożyć kolejny krok, ten ostateczny, ten, po którym już nie będzie innego wyjścia, jak tylko spojrzeć na człowieka leżącego na poboczu. Gdyby tylko można było zamrozić ten krok, ale oczywiście nie da się tego zrobić, tak jak nie da się zamrozić tej chwili, która go poprzedzała, dokładnie tej, kiedy terenówka uderzyła w człowieka, innymi słowy – dokładnie tej chwili, gdy człowiek prowadzący terenówkę uderzył w człowieka idącego pieszo. I dopiero następny krok zdradzi, czy ten człowiek, ten idący pieszo, nadal jest człowiekiem, czy już czymś innym. Od samej myśli o tym słowie noga zamiera w powietrzu, w pół kroku, bo możliwe, że gdy ten krok nastąpi, okaże się, że ten idący człowiek nie jest idącym człowiekiem, ani człowiekiem w ogóle, a jedynie skorupą, pękniętą skorupą pozbawioną człowieka. A jeśli leżący człowiek nie jest człowiekiem, trudno wyobrazić sobie, co się stanie z człowiekiem stojącym, drżącym, który nie potrafi się zmusić, aby postawić ten jeden prosty krok. Co z nim będzie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Kurz był wszędzie. Cienka, biała warstwa, jak lukier na urodzinowym torcie, którego nikt nie chce. Przywarł do liści palm na głównym placu, dojrzałych drzew, które przywieziono ciężarówkami i wepchnięto w ziemię, bo nikt nie wierzył, że młode sadzonki mogłyby się tu przyjąć; pokrył plakaty wyborcze do rady miasta, które trzy miesiące po głosowaniu nadal powiewały z balkonów: łysiejący panowiez wąsem spoglądający zza kurzu na swych potencjalnych wyborców – niektórzy z wszechwiedzącym uśmiechem, inni poważnym wzrokiem, każdy zgodnie z zaleceniem oficjalnego doradcy do spraw wizerunku. Kurz na szyldach reklamowych; kurz na przystankach autobusowych; kurz na omdlałych z pragnienia bugenwillach płożących się wzdłuż skraju chodników; wszędzie kurz.

Mimo to wydawało się, że nikt nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Mieszkańcy Beer Szewy przywykli już do kurzu, tak jak przywykli do całej reszty – bezrobocia, przestępczości, parków miejskich pełnych potłuczonych butelek. Mieszkańcy miasta wciąż budzili się wśród pokrytych kurzem ulic, chodzili do zakurzonej pracy, uprawiali seks pod kurzową pierzynką i sprowadzali na świat dzieci, z których oczu wyzierał kurz. Czasami zastanawiał się, czego bardziej nienawidzi – kurzu czy mieszkańców Beer Szewy. Chyba kurzu. Mieszkańcy Beer Szewy przynajmniej nie oblepiali jego terenówki o poranku. A kurz owszem. Cienką, białą warstwą, która przyćmiewała ognistą czerwień terenowego auta i zmieniała ją w wypłowiały róż, parodię samego siebie. Wściekły, Ejtan wyciągnął palec w kierunku szyby i częściowo starł tę zniewagę. Nawet gdy wytarł palec w spodnie, kurz nadal się do niego kleił, a on wiedział, że będzie musiał zaczekać aż do mycia rąk w szpitalu Soroki, żeby poczuć się znów naprawdę czysty. W chujz tym miastem.

(Czasem, kiedy słuchał własnych myśli, przerażały go. Wtedy przypominał sobie, że nie jest rasistą. Że głosuje na socjaldemokratyczny Merec. Że ożenił się z kobietą, która kiedyś, zanim została Liat Grin, nazywała się Liat Samucha. Kiedy wymienił sobie to wszystko, trochę się uspokajał i mógł dalej nienawidzić tego miasta z czystym sumieniem).

Gdy wsiadł do auta, starał się trzymać ubrudzony palec jak najdalej od siebie, jakby nie był częścią jego ciała, lecz jakąś próbką tkanki, którą trzyma w ręku na potrzeby demonstracji – jeszcze chwila i położy ją przed profesorem Zakaim, aby mogli razem przyjrzeć się jej pożądliwym wzrokiem: pokaż nam, kim jesteś! Ale profesor Zakai jest teraz wiele kilometrów stąd, budzi się o poranku wolnym od kurzu pośród zieleniejących ulic Raanany, mości się w luksusie swego srebrnego mercedesa, torując sobie drogę pośród korków Dystryktu Centralnego.

Tymczasem, mknąc pustymi ulicami Beer Szewy, Ejtan życzył profesorowi Zakajemu przynajmniej godziny i piętnastu minut spoconego stania na rozjeździe Geha, z zepsutą klimatyzacją. Wiedział jednak doskonale, że klimatyzacja mercedesa się nie psuje, a węzeł Geha jest tylko słodką namiastką tego, co pozostawił za sobą, przeprowadzając się tutaj – wielkiego miasta. Miejsca, w którym wszyscy chcą się znaleźć. Pewnie, w Beer Szewie nie było korków i dokładał starań, żeby podkreślić tow każdej rozmowie ze znajomymi z centrum kraju. Ale zawsze, gdy tak robił – z błogim uśmiechem na twarzy, z przejrzystym spojrzeniem szlachetnego człowieka pustyni – myślał sobie, że także na cmentarzu nie ma korków, a mimo to nie zdecydowałby się tam zamieszkać. Domy wzdłuż alei Regera rzeczywiście przypominały cmentarz. Monotonny, jednolity szereg kamiennych bloczków, które kiedyś były białe, a dziś coraz bardziej szarzeją. Ogromne macewy, z których okien wyglądały czasami zmęczone, zakurzone twarze coraz to innych duchów.

Na parkingu przed Soroką natknął się na doktora Cendorfa, który uśmiechnął się do niego szeroko i spytał: „A jak się dziś miewa doktor Grin?”, on zaś wydobył z siebie zużyty uśmiech, zaprezentował go najlepiej, jak potrafił, i odrzekł: „W porządku”. Potem weszli razem przez bramę szpitala, zamieniając klimat i czas, które narzuciła im natura, na zuchwałe dzieło systemów oświetlenia i chłodzenia, zapewniających im wieczny poranek i nieprzemijającą wiosnę. Przy wejściu na oddział Ejtan rozstał się z doktorem Cendorfem na rzecz zbyt długiego szorowania w umywalce zakurzonego palca, aż przechodząca obok młoda pielęgniarka zauważyła, że ma palce pianisty. To prawda, pomyślał, ma palce pianisty. Kobiety zawsze mu to mówiły. Ale jedyną rzeczą, na której grywał, były uszkodzone, przecięte neurony, na których brzdąkał palcami otulonymi w rękawiczki, żeby zobaczyć, jaką melodię zdoła z nich wydobyć – o ile jakąkolwiek.

Dziwny to instrument, mózg. Nigdy do końca nie wiesz, jaki dźwięk uzyskasz, gdy uderzysz w taki czy inny klawisz. Oczywiście istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że jeśli będziesz stymulować płat potyliczny za pomocą delikatnego impulsu elektrycznego, człowiek, którego masz przed sobą, zezna, iż widzi kolory, natomiast nacisk na neurony płata skroniowego z dużym prawdopodobieństwem wywoła złudzenie dźwięków i głosów. Ale jakich dźwięków? Jakich wizji? Tu właśnie cała sprawa się komplikuje. Bo o ile nauka bardzo lubi prawa ogólne i niezmienne, ludzie, jak się zdaje, wolą różnić się między sobą. Z jakimś dramatycznym samozaparciem upierają się, by wykazywać różne nowe symptomy, które nawet jeśli są zaledwie wariacją na ten sam muzyczny temat, to jednak są od siebie zbyt odległe, by dało się je podsumować w jednym uogólniającym sformułowaniu. Dwóch chorych cierpiących na zespół czołowy nigdy nie raczy zsynchronizować się pod względem skutków ubocznych. Jeden będzie zachowywał się nieokrzesanie i wulgarnie, drugi natomiast zmieni się w kompulsywnego wesołka. Jeden będzie rzucał bezsensowne uwagi z podtekstem seksualnym, drugi nie będzie mógł się oprzeć chęci podnoszenia każdego przedmiotu, który znajdzie się na jego drodze. To prawda, wyjaśnienie dla zszokowanych członków rodziny obu pacjentów będzie identyczne: z jakiegoś powodu (wypadku drogowego? nowotworu? zbłąkanej kuli?) uszkodzona została kora płatów czołowych w części nadoczodołowej, która jest odpowiedzialna za regulację zachowań. Od strony neurokognitywnej wszystko funkcjonuje prawidłowo: pamięć działa, a umiejętności arytmetyczne pozostały nienaruszone. Ale człowieka, którego znaliście, już nie ma. Kto pojawi się w jego miejsce? Tego nie wiadomo. I tyle. Od tego momentu – cała masa przypadków. Przypadkowość, ta wyuzdana puszczalska, tańcuje między łóżkami oddziału, pluje na lekarskie kitle i tak długo łaskocze naukowe wykrzykniki, aż pochylą głowy i zwiną się w znaki zapytania.

„Jak więc można dowiedzieć się czegokolwiek?!” – wykrzyknął kiedyś w kierunku drewnianego podwyższenia w sali wykładowej. Od tej chwili upłynęło piętnaście lat, a on nadal pamiętał żar, który wezbrał w nim pewnego sennego popołudnia, gdy zrozumiał, że zawód, którego się uczy, nie jest wcale bardziej pewny niż jakakolwiek inna profesja. Drzemiąca obok studentka obudziła się z przerażeniem na jego okrzyk i rzuciła mu wrogie spojrzenie. Pozostali uczestnicy zajęć czekali na dalszy ciąg wypowiedzi starszego wykładowcy, która z pewnością zawierać będzie materiał na egzamin. Jedynym, który nie uznał tego pytania za problem, był sam profesor Zakai. Podniósł na niego rozbawiony wzrok znad katedry.

– A pan jak się nazywa?

– Ejtan. Ejtan Grin.

– Jedyny sposób, by dowiedzieć się czegokolwiek, Ejtanie, to podążać za śmiercią. Śmierć uczy cię wszystkiego, co musisz wiedzieć. Weźmy na przykład przypadek Henry’ego Molaisona, chorego na padaczkę z Connecticut. W 1953 roku neurochirurg o nazwisku Scoville zmapował ośrodki epilepsji w dwóch płatach skroniowychi Henry Molaison przeszedł pionierską operację usunięcia obszarów odpowiedzialnych za chorobę, w tym także hipokampu. Czy wiesz, co się stało potem?

– Umarł?

– I tak, i nie. Henry Molaison nie umarł, bo po operacji obudził się i żył dalej. Alew innym sensie Henry Molaison rzeczywiście umarł, bo od chwili, gdy wybudzono go po operacji, nie był w stanie wyprodukować ani jednego nowego wspomnienia. Nie mógł się zakochać ani żywić urazy, ani otworzyć się na nową ideę na czas dłuższy niż dwie minuty, gdyż po dwóch minutach obiekt miłości czy urazy, czy też nowa idea po prostu znikały. Miał dwadzieścia siedem lat, gdy odbyła się operacja, i chociaż zmarł dopierow wieku osiemdziesięciu dwóch, to w zasadzie na zawsze pozostał dwudziestosiedmiolatkiem. Rozumiesz, Ejtanie, dopiero po tym, jak usunęli hipokamp, odkryli, że to właśnie on jest odpowiedzialny za kodowanie pamięci długotrwałej. Musimy czekać, aż coś się zepsuje, żeby zrozumieć, co wcześniej działało prawidłowo. To właściwie jest podstawowa metoda w badaniach nad mózgiem – nie możesz po prostu przyjść, rozłożyć ludzkiego mózgu na części i sprawdzić, co się stanie. Czekasz, aż przypadek dokona tego za ciebie. A wtedy naukowcy, jak stado padlinożerców, rzucają się na to, co zostało po tym, jak przypadek zrobił swoje, i starają się osiągnąć to, czego ty tak bardzo pożądasz – dowiedzieć się czegokolwiek.

Czy to właśnie tam, w tej sali wykładowej, zarzucona została przynęta? Czy już wtedy profesor Zakai wiedział, że ten pilny, zaangażowany student pójdzie za nim jak wierny pies, dokądkolwiek by się nie udał? Wkładając biały kitel, Ejtan zaśmiał się z własnej naiwności. On, który nie wierzył w Boga, który nawet jako dziecko nie dawał się nabrać na żadną historyjkę o rzeczach nadprzyrodzonych, zmienił tego wykładowcę w chodzące bóstwo. A gdy wierny pies odmówił wykonania komendy „zdechł pies”, udawania „nie widzę, nie słyszę, nie mówię”, bóstwo zwróciło ku niemu swój gniew i zesłało goz telawiwskiego raju do tej pustynnej krainy, do Soroki.

– Doktorze Grin?

Młoda pielęgniarka zatrzymała się obok niego i zaczęła opowiadać o tym, co działo się w nocy. Słuchał jej na tyle, na ile się dało, i ruszył, by przygotować sobie kawę. Idąc korytarzem, rzucał przelotne spojrzenia na twarze pacjentów – młoda kobieta dławiona cichym płaczem, Rosjanin w średnim wieku usiłujący rozwiązać sudoku drżącą dłonią. Czworo beduińskich krewnych gapiących się szklistym wzrokiem w telewizor na ścianie. Ejtan spojrzał kątem oka: zdeterminowany gepard z wysiłkiem wgryzał się w resztki czegoś, co – jeśli wierzyć lektorowi – było kiedyś lisem pospolitym. Proszę, oto fakt, iż każde życie czeka unicestwienie – dokładnie ten sam, o którym nie daj Boże wspominać na szpitalnych korytarzach – mógł zostać wyrażony bez przeszkód na ekranie telewizora. Gdyby, przechadzając się po betonowej dżungli zwanej Soroką, doktor Grin najzwyczajniej w świecie opowiadał o śmierci, chorzy postradaliby zmysły. Płacz, krzyki, ataki na członków zespołu lekarskiego. Niezliczoną ilość razy słyszał, jak wzruszony pacjent nazywa ich „aniołami w bieli”. I choć wiedział, że pod białym kitlem nie znajdzie aniołów, lecz ludzi z krwii kości, to jednak nie chciał szukać dziury w całym. Jeśli ludzie potrzebują aniołów, kimże jest, by im tego zabraniać? I cóż z tego, że pielęgniarka z trudem uchroniła się przed oskarżeniem o zaniedbanie obowiązków, gdy wlała w jedno rozpalone gardło lek przeznaczony dla innego rozpalonego gardła? Anioły też się czasem mylą, zwłaszcza jeśli nie spały od dwudziestu trzech godzin. A kiedy przepełnieni rozpaczą i gniewem krewni napadali na przestraszonego rezydenta lub przerażoną specjalistkę, Ejtan wiedział, że na prawdziwych aniołów też by tak napadali, wyrywając im ze skrzydeł pióra, by nie mogli odlecieć do jaśniejącego królestwa niebieskiego w chwili, gdy ich ukochany krewny odchodzi w mrok krainy prochów. I oto wszystkie te duszyczki, które nie były w stanie rzucić nawet przelotnego spojrzenia śmierci w twarz, przyglądały się jejz całkowitym spokojem, wręcz z czułością, kiedy siała postrach na afrykańskiej sawannie. Bo teraz nie byli nikim więcej jak tylko Beduinami gapiącymi się w ekran – nawet Rosjanin odłożył sudoku i podniósł głowę, i nawet łkająca kobieta zerkała na tę scenę spod przybranych łzami rzęs. Gepard dziarsko przeżuwał resztki mięsa lisa pospolitego. Lektor mówił o suszy. Z braku deszczu zwierzęta sawanny zaczęły zjadać własne szczenięta. Obecni na oddziale neurochirurgii wpatrywali się zafascynowani w niecodzienny widok, jak mówił lektor, afrykańskiego lwa pożerającego własne młode. A Ejtan Grin był głęboko przekonany, że bogom natury należą się podziękowania nie za morfinę, lecz za trzydziestotrzycalową toshibę.

Cztery lata temu łysa pacjentka nazwała go cynikiem i napluła muw twarz. Wciąż pamiętał dotyk śliny spływającej mu po policzku. To była młoda kobieta, nieszczególnie atrakcyjna. Mimo to przechadzała się po oddziale w jakimś królewskim majestacie, a chorzyi pielęgniarki bez zastanowienia schodzili jej z drogi. Pewnego dnia, gdy zbliżył się do jej łóżka podczas porannego obchodu, nazwała go cynikiem i splunęła muw twarz. Na próżno próbował zrozumieć, co ją do tego sprowokowało. Podczas poprzednich obchodów jego pytania były rzeczowe, a jej odpowiedzi zdawkowe. Nigdy nie zaczepiła go na korytarzu. I właśnie dlatego, że nie potrafił znaleźć przyczyny, tak bardzo go to martwiło. Wbrew sobie dawał się wciągać w magiczne myślenie o niewidomych odzyskujących wzrok, o łysych kobietach, które zbliżająca się śmierć wyposaża w jakąś zdolność przenikania, penetrującą sercei nerki. Tej nocy, w małżeńskim łóżku, wśród pościeli pachnącej spermą, zapytał Liat:

– Czy ja jestem cyniczny?

Roześmiała się, a on poczuł się dotknięty.

– Aż tak?

– Nie – odpowiedziała i pocałowała gow czubek nosa – nie bardziej niż inni.

Naprawdę nie był cyniczny. Nie bardziej niż inni. Doktor Ejtan Grin miał dość swych pacjentów nie bardziej – i nie mniej – niż przypuszczalnie było przyjęte na oddziałach. A mimo to został zesłany na banicję za ocean kurzu i piachu, wygnanyz łona szpitalaw centrum kraju do ponurej, betonowej pustki Soroki. „Idiota – wyszeptał sam do siebie, desperacko próbując wskrzesić parskającą klimatyzację w swoim gabinecie. – Idiota i naiwniak”. Bo co jeśli nie zidiocenie może pchnąć zdolnego adepta medycyny do otwartej konfrontacji z dyrektorem, będącym jego przełożonym? Co jeśli nie zidiocenie w najczystszej postaci może sprawić, że będzie się upierał przy swojej racji, nawet gdy ów przełożony – ojciec chrzestny tegoż adepta jeszcze z czasów uniwersyteckich – odpowiada mu, żeby sobie uważał? Jakież to nowe formy zidiocenia wyznaczył ów adept, waląc w stół w kiepskiej namiastce asertywności i mówiąc: „To jest łapówka, Zakai, i ja w tym przeszkodzę”? I zwracając się do dyrektora szpitala, by opowiedzieć mu o kopertachz pieniędzmi orazo pilnych-operacjach-bez-kolejki, które po nich następowały – czy rzeczywiście był na tyle głupi, żeby uwierzyć w jego zdziwione spojrzenie?

A co najgorsze, zrobiłby to ponownie. Wszystko. W zasadzie niemal powtórzył te słowa, gdy po dwóch tygodniach odkrył, że działanie dyrektora szpitala ograniczyło się do zatroszczenia się o przeniesienie go.

– Pójdę z tym do gazet – powiedział Liat. – Zrobię taki burdel, że nie będą mogli tego zatrzymać.

– Jasna sprawa – odparła. – Jak tylko zapłacimy za przedszkole Jaheliego, spłacimy auto i mieszkanie.

Potem będzie mówiła, że to była jego decyzja, że wsparłaby go niezależnie od drogi, którą by wybrał. Ale on pamiętał, jak brązowy miód jej oczu w mgnieniu oka stężał w orzech. Pamiętał, jak przez całą noc przewracała się w łóżku z boku na bok, zmagając się w snachz koszmarami, których natury się domyślał. Następnego ranka wszedł do gabinetu dyrektora szpitala i zgodził się na przeniesienie.

I trzy miesiące później był już tutaj, w bielonej wapnem willi w Omerze pod Beer Szewą. Jaheli i Itamar bawili się na trawie. Liat zastanawiała się, gdzie powiesić obrazki, on natomiast stał i patrzył na butelkę whisky, którą sprezentowali mu koledzy z oddziału na okoliczność jego odejścia, i nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać.

W końcu wziął ze sobą butelkę do szpitala i postawił ją na półce pośród dyplomów. Przecież ona także coś symbolizuje, tak jak dyplomy. Etap, który się zakończył, nauczkę, którą dostał. Gdy czasami zdarzyło mu się kilka minut oddechu między pacjentami, brał butelkę i przypatrywał się jej uważnie, zatrzymując się na dłużej na bileciku. „Ejtanowi – szerokiej drogi”. Możliwe, że te słowa to kpina z niego. Dobrze znał charakter pisma profesora Zakajego, te kropeczki jak w alfabecie Braille’a, które podczas jego studiów na uniwersytecie doprowadzały studentów do łez. „Czy mógłby pan powiedzieć, co pan tu napisał?” „Wolałbym, żeby pani studentka nauczyła się czytać”. „Ale to jest niezrozumiałe”. „Nauka, drodzy państwo, jest zagadnieniem niezrozumiałym”. Wszyscy gderali i narzekali, trwoniąc swój gniew na wyjątkowo nienawistne ankiety roczne, które nigdy niczego nie zmieniały. W kolejnym roku profesor Zakai wracał, by stanąć w sali wykładowej, a jego pismo na tablicy jak gołębie guano pozostawało nieodcyfrowywalne. Jedynym, który cieszył się na jego widok, był Ejtan. Z biegiem czasu z entuzjastyczną starannością nauczył się odczytywać pismo Zakajego, postać samego profesora pozostawała jednak dla niego niezrozumiałą zagadką.

„Ejtanowi – szerokiej drogi”. Bilecik wisiał na szyjce butelki whisky w wiecznym uścisku, sprawiając, że Ejtanowi robiło się niedobrze. Kilka razy myślał o tym, żeby zerwać życzenia i wyrzucić je do kosza, a nawetw ogóle rozstać się z całą tą butelką. Ale zawsze powstrzymywał się w ostatniej chwili, patrząc na słowa profesora Zakajego z takim samym skupieniem, z jakim patrzył w młodości na skomplikowane równanie.

Pracował tej nocy za dużo i był tego świadom. Bolały go mięśnie. Kolejne filiżanki kawy nie działały dłużej niż pół godziny. Dłonią ukrywał ziewnięcia, które groziły połknięciem całej poczekalni. O ósmej zadzwonił, by życzyć dzieciom dobrej nocy, i był tak zmęczony i nerwowy, że ofuknął Jaheliego. Chłopiec poprosił, żeby zrobił jak koń, a on odpowiedział: „Nie teraz” tonem, który przeraził ich obu. Później Itamar wziął na siebie ciężar prowadzenia rozmowy, zapytał, jak było w pracyi czy późno wróci, a Ejtan musiał przypomnieć sobie, że to troskliwe, dążące do pojednania dziecko nie skończyło jeszcze ośmiu lat. Kiedy Itamar mówił, usłyszał w tle pociąganie nosem Jaheliego, który z pewnością starał się płakać tak, by starszy brat nie zauważył. Gdy Ejtan zakończył rozmowę, był jeszcze bardziej zmęczony niż wcześniej i miał ogromne poczucie winy.

Prawie zawsze czuł się winny, kiedy myślał o swoich dzieciach. Czego by nie zrobił, zawsze wydawało się, że to za mało, niewystarczająco. Zawsze jest szansa, że właśnie tę rozmowę, w której agresywnie odmówił zrobienia jak koń, że właśnie tę rozmowę Jaheli zapamięta na lata. Przecież dokładnie takie rzeczy on sam pamięta z tamtych lat – nie te wszystkie razy, kiedy go przytulano, lecz te, kiedy mu odmawiano. Jak wtedy, gdy wybuchł płaczem podczas wycieczki po laboratorium ojca na Uniwersytecie Hajfy, a jego matka po prostu tam stała, razem ze wszystkimi odwiedzającymi, i szeptała, że powinien się wstydzić. I możliwe, że potem rzeczywiście go przytuliła. Albo wyciągnęła z portfela pięcioszeklowy zamiennik uścisku i wysłała go po loda na pocieszenie. To bez znaczenia, tego nie pamięta. Tak jak nie pamięta tych wszystkich skoków z drzewa na podwórku, kiedy ziemia przyjmowała go z otwartymi ramionami, a tylko ten jeden, kiedy się o nią roztrzaskał i złamał nogę.

Jak wszyscy ojcowie, także i on wiedział, że nie ma wyjścia. Że jest skazany na to, by rozczarować swoich synów. I jak wszyscy ojcowie, także i on skrycie żywił nadzieję, że może jednak nie. Może z nimi tak nie będzie. Może zdoła dać Itamarowi i Jaheliemu dokładnie to, czego potrzeba. No i tak, dzieci czasem płaczą, ale u niego będą płakały tylko wtedy, kiedy naprawdę nie ma innej możliwości. Dlatego że to one zawiodły, a nie dlatego że zawiódł on.

Kroczył korytarzem po oddziale, smażąc się w mroźnych płomieniach jarzeniówek, i próbował myśleć o tym, co się dzieje teraz w domu. Itamar jest w swoim pokoju, układa dinozaury od największego do najmniejszego. Jaheli na pewno się już uspokoił. Ten dzieciak jest jak Liat, szybko się nagrzewa i równie szybko chłodzi. Inaczej niż Ejtan, jego gniew jest jak szabatowa płyta grzewcza: jak już się włączy, to dwa dni nie stygnie. Tak, Jaheli na pewno jest już spokojny. Siedzi teraz na kanapie i po raz tysięczny ogląda Króla pingwinów. Ejtan znał ten film na pamięć. Żarty narratora, temat muzyczny, nawet kolejność napisów końcowych. I nie gorzej niż znał film, znał też Jaheliego: kiedy będzie się śmiał, kiedy będzie recytował wraz z narratorem ulubioną puentę, kiedy będzie zerkał w stronę ekranu zza poduszki. Zabawne fragmenty rozśmieszały go za każdym razem na nowo, a strasznych za każdym razem na nowo się bał, i to było dziwne, no bo w końcu ile razy można się śmiać z żartu, który znasz, i ileż razy można się bać zasadzki foki, skoro masz całkowitą pewność, że na końcu pingwin zdoła ją wykołować i zwiać. Mimo to w chwili, gdy pojawiała się foka, Jaheli dawał nura za poduszkę i z bezpiecznej odległości śledził losy pingwina. A Ejtan przyglądał mu się, jak przygląda się pingwinowi, i zastanawiał się, kiedy porzuci wreszcie tę płytę, kiedy dzieci przestają prosić w kółko o to, co znają, i zaczynają domagać się czegoś nowego.

Z drugiej strony jakież to przyjemne i wygodne wiedzieć już w połowie filmu, jak się on skończy. O ile łatwiejsza do zniesienia robi się groźna burza z trzydziestej drugiej minuty, kiedy wiesz, że ucichnie w czterdziestej trzeciej minucie. Nie wspominając o fokach, mewachi wszystkich pozostałych spiskowcach ostrzących sobie zęby na jajko, które zniosła królowa pingwinów, i niedających rady go zdobyć. I zawsze gdy nie udawała się zasadzka fok, tak jak było wiadomo, że się nie powiedzie, Jaheli klaskał, wysuwał buzię zza poduszki i mówił: „Tatusiu, mogę kakałko?”.

Możesz, jasne, że możesz. W fioletowym kubeczku, nie chce pić z żadnego innego. Trzy łyżeczki proszku. Dobrze wymieszać, żeby nie było grudek. Przypomnieć Jaheliemu, że jeśli teraz wypije, to potem już nie będzie kakałka, bo to niezdrowe. Mieć świadomość, że za dwie godziny mimo to się obudzi i znowu poprosi. I że jest spora szansa, że je dostanie, bo Liat nie może wytrzymać z tym jego rykiem. Spytać samego siebie, jak to jest, że on akurat może wytrzymać z tym jego rykiem. Czy to dlatego, że taki z niego wzorowy wychowawca, kategoryczny i konsekwentny ojciec, czy chodzi o coś innego?

W Itamarze zakochał się zaraz po urodzeniu. Z Jahelim trochę to trwało. Nie mówił o tym. Tego typu rzeczy o dzieciach się nie mówi. O dziewczynach można. Na przykład: chodzimy ze sobą już miesiąc, a jeszcze się w niej nie zakochałem. Ale kiedy chodzi o twoje dziecko, powinieneś kochać je od razu i natychmiast. Mimo że jeszcze go nie znasz. I z Itamarem naprawdę tak było. Jeszcze zanim go umyli, zanim tak naprawdę zobaczył jego twarz, już miał miejsce w jego sercu. Może dlatego, że przez kilka tygodni przed porodem zajmował się wyłącznie robieniem miejsca. Miejsca w szafach na ubranka, miejsca w szufladach na zabawki, miejsca na półkach na pieluszki. A gdy Itamar wreszcie się pojawił, wśliznął się na to miejsce całkowicie naturalnie, usadowił się tam i ani drgnął.

A przynajmniej tak to wyglądało u Ejtana. Liat było troszkę trudniej. Zgodzili się, że to przez bóle i spadek hormonów, i że jeśli nie przestanie płakać w ciągu dziesięciu dni, to pojadą do lekarza. Przestała płakać po mniej niż dziesięciu dniach, ale trochę trwało, zanim zaczęła się uśmiechać. Nie rozmawiali o tym, bo nie było o czym, lecz oboje wiedzieli, że Ejtan pokochał Itamara od razu, a Liat dołączyła po dwóch tygodniach. I że z Jahelim było odwrotnie. I zawsze pozostawało pytanie, czy ten rodzic, który dołączył później, z lekkim opóźnieniem, dogania miłość drugiego rodzica zawstydzonym, zasapanym truchtem, czy rzeczywiście kroczy teraz w tym samym tempie, czy też nadal pozostaje w tyle.

Sześć godzin później, gdy zdołali w końcu ustabilizować rannychz wypadkuw dolinie Ha-Arawa, Ejtan wreszcie zdjął z siebie kitel.

– Wygląda pan na wykończonego – powiedziała młoda pielęgniarka. – Może prześpi się pan tutaj?

Ejtan był zbyt zmęczony, żeby rozważać ukryte znaczenia, które miały lub których nie miały te słowa. Grzecznie podziękował pielęgniarce, umył twarz i wyszedł na nocne powietrze. Już po pierwszym kroku poczuł to, o czym dziewiętnaście godzin klimatyzacji pozwoliło mu zapomnieć: pustynny upał, drażniący i zakurzony. Delikatny szum szpitalnych korytarzy – wyszukaną symfonię brzęczenia monitorów i dzwonków wind – zastąpiły w mgnieniu oka beerszewskie dźwięki. Świerszcze były zbyt spocone, żeby cykać. Bezdomne koty zbyt wysuszone, żeby zawodzić. Tylko radioodbiornik w mieszkaniu po przeciwnej stronie ulicy z uporem wywrzaskiwał znany popowy przebój.

Przed bramą szpitala teren parkingu już opustoszał i Ejtan odważył się mieć nadzieję, że ktoś mu ukradł terenówkę. Liat się wścieknie, rzecz jasna. Uruchomi swoje kontakty, przeklnie Beduinów tak, jak tylko ona potrafi. Potem przyjdą pieniądze z ubezpieczeniai będzie się upierała, żeby kupić nową. Tylko że tym razem powie jej „nie”, to samo „nie”, którego nie odważył się powiedzieć wtedy, gdy uparła się rozpieścić go z okazji przeniesienia. Powiedziała „rozpieścić go”, nie „wynagrodzić mu”, ale oboje wiedzieli, że to to samo. „Będziemy nim ciąć wydmy pod Beer Szewą – powiedziała. – Zrobisz doktorat z jazdyw terenie”. Gdy to powiedziała, zabrzmiało to niemal sensownie, i w pierwszych dniach pakowania jeszcze pocieszał się myślami o ostrych spadkach i stromych zboczach. Ale gdy przyjechali do Beer Szewy, Liat pochłonęła nowa praca i wycieczki terenówką w szabat zdawały się bardziej odległe niż kiedykolwiek. Na początku jeszcze próbował zaproponować Sagiemu i Nirowi, żeby się do niego przyłączyli, ale odkąd odszedł ze szpitala, ich rozmowy stawały się coraz rzadsze, aż wreszcie sam pomysł wspólnego spędzania czasu zaczął wydawać się dziwny. Czerwona terenówka zgodziła się wnet na radykalną przemianę z pustynnego wilka w udomowionego pudla i poza lekkim warknięciem, które wydawała, jednocześnie przyspieszając przy wyjeździe z Omeru, stała się podobna do każdego innego zwyczajnego samochodu z przedmieścia. Z tygodnia na tydzień Ejtan coraz bardziej nią gardził, i teraz – kiedy dojrzał ją zza budki strażnika – z trudem powstrzymał się od kopnięcia w zderzak.

Ale gdy otworzył drzwi, z zaskoczeniem odkrył, że jest pełen wigoru. Ostatni zapas noradrenaliny został właśnie teraz uwolniony z jakiejś zapomnianej półki w mózgu i przyniósł mu nowy, nieoczekiwany przypływ energii. Pełny księżyc nad jego głową lśnił bielą obietnicy. Gdy uruchomił terenówkę, silnik mruknął pytająco. Może tej nocy?

I w mgnieniu oka obraca kierownicę w lewo zamiast w prawo, pędzi w kierunku wzgórz na południe od miasta. Tydzień przed przeniesieniem czytał w internecieo szczególnie wymagającym szlaku terenowym, niedaleko kibucu Tlalim. O tej porze, przy pustych ulicach, będzie tam w dwadzieścia minut. Można było usłyszeć zadowolone mruczenie silnika, gdy prędkościomierz przekroczył sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Po raz pierwszy od długich tygodni Ejtan poczuł, że się uśmiecha. Uśmiech przerodził się w prawdziwą radość, kiedy po zaledwie osiemnastu minutach odkrył, że szlak przy kibucu Tlalim uczciwie zapracował na swoją opinię. Ogromny księżyc zalewał białą, szutrową drogę, koła terenówki pędziły naprzód, w głąb pustyni. Po czterystu metrach zatrzymały się z piskiem hamulców. Na środku drogi stał jeżozwierz ogromnych rozmiarów. Ejtan był przekonany, że ucieknie, lecz zwierzę po prostu tam stało i patrzyło na niego. Nie starało się nawet podnieść kolców. Będzie musiał opowiedzieć o tym Itamarowi. Wahał się przez chwilę, czy nie wyciągnąć telefonu i nie zrobić zdjęcia, ale wiedział, że to tylko zaszkodzi opowieści. Długość stojącego przed nim jeżozwierza to poniżej metra, a ten, którego opisze Itamarowi, będzie miał przynajmniej z półtora. Ten jeżozwierz nie podnosi kolców, a tamten będzie strzelał igłami we wszystkich kierunkach. Ten tutaj jeżozwierz nie mówi ani słowa, a ten w opowieści zapyta: „Przepraszam, czy wie pan może, która godzina?”.

Ejtan uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie śmiech Itamara. Kto wie, może powtórzy później tę historię swoim kolegom z klasy. Przekona ich do siebie przy pomocy magicznego jeżozwierza. Ale Ejtan wiedział, że potrzeba o wiele więcej niż gadającego jeżozwierza, by przebić szklaną ścianę między jego synem a innymi dziećmi. Nigdy nie rozumiał, skąd wzięła się introwertyczność Itamara. Przecież ani on, ani Liat nigdy nie należeli do tych, którzy przyglądają się życiu z boku. Wprawdzie była w nich dwojgu pewna doza dystansu, czasem nawet wyniosłości, lecz zawsze byli częścią życia. Powiedzmy, tańczyli na jakiejś imprezie, jednocześnie nabijając się z pozostałych tańczących. Albo śmiali się przy kolacji z kilkoma innymi parami, a potem obgadywali je w drodze do domu. Z Itamarem było inaczej. Jego syn oglądał świat z zewnątrz. I choć Liat ciągle powtarzała, że nie ma co analizować, jemu jest tak dobrze, Ejtan wcale nie był przekonany, że to z wyboru. Nie żeby go unikano. Miał Nitaja. I tyle. („I w porządku – wciąż powtarzała mu Liat – są dzieci towarzyskie i są takie, którym pasuje bardziej intymna znajomość”). To nie uspokajało Ejtana, który wychodził z siebie, żeby być miłym dla Nitaja, bez wahania proponował, by zamówić pizzę, obejrzeć jakiś film, wszystko, żeby był zadowolony. A równocześnie bacznie się przyglądał – czy on naprawdę chce tu być, czy wizyta jest tylko kompromisem (bo inne dziecko dziś nie może; bo jego matka chciała tu wpaść po drodze, by zasięgnąć porady w jakiejś medycznej kwestii). Liat to wkurzało. „Przestań wreszcie z tą pizzą. Żeby sobie nie pomyślał, że kupujesz mu przyjaciół. Sam sobie poradzi”.

Może miała rację. Może powinien odpuścić. Nie było żadnych sygnałów, że Itamar cierpi w szkole. Ale jednak się martwił. Bo on, Ejtan, taki nie był. Kiedy wszyscy chłopcy wychodzili na boisko w piątkowy wieczór, był tam. Może niew centrum, ale tam był. A jego syn nie. I chociaż nie powinno mu to robić różnicy, to jednak robiło. (A może to nie troska o Itamara go tak nastawia, lecz obawa przed rozczarowaniem, które może go spotkać ze strony syna. Zwłaszcza dlatego, że we wszystkich innych rzeczach byli do siebie tacy podobni. Jak bliźnięta syjamskie. Wziął więc to rozczarowanie, schował najgłębiej jak się dało i zamknął na klucz. Ale nadal istniało niebezpieczeństwo, że wystrzeli mu ono nagle przy Itamarze, zupełnie nieumyślnie).

Na zewnątrz terenówki jeżozwierz odwrócił się do niego plecami i ruszył w dalszą drogę. Ejtan patrzył, jak się oddala. Powoli, zuchwale, ciągnąc za sobą kolce. Przyglądał się, jak znika pomiędzy ciemnymi skałami. Droga przed nim znów była pusta i zachęcająca. Nagle uprzytomnił sobie, że to zatrzymanie tylko mu uświadomiło, jak bardzo był spragniony ruchu. Pomknąć naprzód. Ale chwileczkę, porządny rajd wymaga podkładu muzycznego. Przez dłuższą chwilę wahał się między Janis Joplin a Pink Floyd, aż wreszcie zdecydował, że nie ma to jak udręczone wrzaski Joplin na taką nocną wyprawę. I rzeczywiście wrzeszczała, na pełny regulator, i silnik także wrzeszczał, a po krótkiej chwili dołączył się też Ejtan – wrzeszczał entuzjastycznie podczas szaleńczych zjazdów, wrzeszczał wyzywająco, gdy wyskakiwał w górę, wrzeszczał całkowicie beztrosko, biorąc ostry zakręt obok wzgórza. A potem zamilkł (Janis Joplin nadal się darła, niewiarygodne, jakie ta kobieta miała struny głosowe) i jechał dalej, a od czasu do czasu, gdy wydała mu się szczególnie samotna, przyłączał się do niej w refrenie. Już od lat nie bawił się tak dobrze sam, bez dodatkowej pary oczu, z którą mógłby dzielić ten zachwyt, bez kogokolwiek, kto wtórowałby jego radości. Spojrzał kątem oka w lusterko wsteczne w kierunku wielkiego, majestatycznego księżyca. I akurat pomyślał sobie, że jest to najpiękniejszy księżyc, jaki w życiu widział, kiedy uderzył w tego człowieka. I w pierwszej chwili po uderzeniu ciągle myślał o księżycu, wciąż myślał o księżycu, a potemw mgnieniu oka przestał, jak zdmuchnięta świeca.

W pierwszej chwili jedyne, o czym mógł myśleć, to jak bardzo musi się wysrać. Pilna, nieodwołalna potrzeba, którą z wielkim trudem udaje mu się powstrzymać. Jakby całe gówno błyskawicznie, w ciągu sekundy opadło w dół jeliti lada chwila wszystko w niekontrolowany sposób wylezie, bez żadnych pytań. I wtedy, w mgnieniu oka, ciało się odłącza. Mózg przechodzi na autopilota. Już nie czuje, że musi się wysrać. Już nie zastanawia się, czy dotrwa w ogóle do kolejnego oddechu.

To był Erytrejczyk. Albo Sudańczyk. Albo Bóg wie kto. Trzydziesto-, może czterdziestoletni mężczyzna. Nigdy nie potrafił ustalić, ile oni mają lat. Na koniec safari w Kenii dał napiwek facetowi, który prowadził dżipa. Wdzięczność tego człowieka mu schlebiała i dorzucił kilka pozbawionych znaczenia pytań, z życzliwością, w którą w tamtej chwili wierzył. Zapytał, jak mu na imię, ile ma dzieci i ile ma lat. Na imię miał Husu, miał troje dzieci i był w wieku Ejtana, chociaż wyglądał na starszego o dekadę. Ci ludzie rodzą się starzy i umierają młodzi, a pomiędzy tym niewiele jest do opowiadania. Kiedy zapytał go o dokładną datę urodzenia, okazało się, że jest między nimi dzień różnicy. Nie miało to żadnego znaczenia, ale jednak. A teraz ten mężczyzna, czterdziesto-, może trzydziestoletni, leży na drodze z roztrzaskaną głową.

Janis Joplin błagała go, aby wziął jeszcze jeden kawałeczek jej serca, ale on ukląkł na ziemi i przyłożył ucho do spękanych warg Erytrejczyka. Lekarz z Soroki skończył pracę po dziewiętnastogodzinnym dyżurze. Zamiast pojechać do domu się wyspać, postanowił sprawdzić osiągi swojej terenówki. W ciemności. Przy dużych prędkościach. Ile za to dają? Ejtan wpatrywał się błagalnie w dziurę ziejącą w głowie mężczyzny, lecz jego czaszka nie wykazywała najmniejszego zamiaru zasklepienia się w cudowny sposób. Na egzaminie na koniec piątego roku profesor Zakai spytał ich, co należy zrobić, gdy przyjeżdża pacjent z rozwaloną czaszką. Mimo pogryzionych długopisów i gorączkowych szeptów wszyscy oblali. „Waszym problemem jest założenie, że w ogóle można jeszcze cokolwiek zrobić – powiedział Zakai, kiedy na jego biurku zaczęły piętrzyć się odwołania. – Gdy roztrzaskane jest sklepienie czaszki i mamy do czynienia z rozległym urazem neurochirurgicznym, nie można zrobić nic więcej, jak tylko pójść na kawę”. Mimo to Ejtan zmierzył puls, który był szybki i słaby, sprawdził nawrót kapilarny, który okazał się wyjątkowo powolny, znów z pożałowania godną pedanterią upewnił się, że drogi oddechowe są drożne. Do diabła, nie może po prostu tutaj siedzieć i patrzeć, jak ten człowiek kona.

„Dwadzieścia minut – odbijał się w ciszy głos Zakajego. – Ani minuty dłużej. Chyba że zacząłeś wierzyć w cuda”. Ejtan raz jeszcze przyjrzał się ranie na głowie Erytrejczyka. Trzeba by o wiele więcej niż cudu, żeby pokryć na nowo szarawą masę widoczną spod wełniastych włosów: nagie, odsłonięte neurony, lśniące w świetle księżyca. Krew płynęła z uszu, jasnai wodnista ze względu na płyn mózgowo-rdzeniowy, który już zaczął się sączyć z pękniętej czaszki. Mimo to wstał, pobiegł do terenówki i wrócił z apteczką pierwszej pomocy w ręku, już otworzył opakowanie bandaża, gdy nagle zamarł. Jaki to ma sens. Ten człowiek umrze.

A kiedy wreszcie pojawiło się to dobitne słowo, natychmiast poczuł, jak wszystkie narządy w jego brzuchu pokrywają się lodem. Warstwa białego mrozu rozpostarła się od wątroby po żołądek, od żołądka po jelita. Po rozciągnięciu pętle jelita cienkiego mają długość od sześciu do ośmiu metrów. Trzy razy tyle, co wzrost człowieka. Jego średnica wynosi około trzech centymetrów, ale wielkość różni się zależnie od wieku. Jelito cienkie dzieli się na dwunastnicę, jelito czcze i jelito kręte. Ejtan czerpał z tych informacji dziwny spokój, spokój biały i mroźny. Zabawił dłużej przy jelicie cienkim. Obejrzał je dokładnie. Jego wewnętrzna powierzchnia na przykład zwiększana jest przez podobne do palców wypustki zwane kosmkami. Taka budowa pomnaża wewnętrzną powierzchnię jelita cienkiego pięćsetkrotnie, do około dwustu pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Niesamowite. Po prostu niesamowite. Teraz naprawdę docenia wartość swoich studiów. Mur w postaci wiedzy, który stał między nim a tym ohydnym słowem „umrzeć”. Ten człowiek umrze.

Musisz zadzwonić do Soroki, powiedział do siebie, niech wyślą ambulans. Niech przygotują salę operacyjną. Niech ściągną profesora Tala.

I zadzwonią na policję.

Bo właśnie to zrobią. Zawsze to robią, kiedy przychodzi meldunek o wypadku drogowym. Drobny fakt, że lekarz ratujący poszkodowanego jest także przypadkowo kierowcą, który go potrącił, nie zmieni tu niczego. Zadzwonią na policję i policja przyjedzie, a on wyjaśni im, że było ciemno. Że nic nie widział. Że nie było żadnego powodu, aby spodziewać się, że ktoś będzie szedł skrajem drogi o tej porze. Liat mu pomoże. Nie na darmo ożenił się ze starszą śledczą izraelskiej policji. Ona im wyjaśni i zrozumieją. Będą musieli zrozumieć. Fakt, jechał dużo powyżej dozwolonej prędkości, i tak, nie spał już ponad dwadzieścia godzin, ale to Erytrejczyk wykazał się brakiem odpowiedzialności, nie było żadnego powodu, aby przypuszczać, że ktoś w ogóle tutaj będzie.

A czy Erytrejczyk miał powód, by zakładać, że ty tutaj będziesz?

Głos Liat był zimny i oschły. Już słyszał, jak tak mówi, ale zawsze do kogoś innego. Do sprzątaczki, która w końcu się przyznała, że ukradła jej kolczyki z perłami, do faceta od remontu, który potwierdził, że zawyżał ceny. Jakże lubił wyobrażać ją sobie w pracy, spoglądającą na siedzącego naprzeciw podejrzanego swym chłodnym, rozbawionym spojrzeniem, ospała lwica, która zabawia się swoją ofiarą, zanim się na nią rzuci. Tyle że teraz widział ją naprzeciw siebie, z oczami utkwionymi w mężczyźnie na ziemi. A potem unoszącymi się, by spojrzeć na niego.

Jeszcze raz popatrzył na Erytrejczyka. Krew płynęła z jego głowy, plamiąc kołnierzyk koszuli. Jeśli będzie miał szczęście, sędzia zadowoli się kilkoma miesiącami. Ale nie będzie mógł więcej operować. To pewne. Nikt nie zatrudni lekarza skazanego za nieumyślne spowodowanie śmierci. Do tego media i Jahelii Itamari Liati jego matka i ludzie spotkani przypadkowo na ulicy.

A Erytrejczyk nadal krwawił, jakby to robił naumyślnie.

I nagle dotarło do niego, że musi stąd zniknąć. Teraz. Tego człowieka już nie uda się uratować. Spróbuje przynajmniej uratować siebie.

Nocne powietrze wypełnione było jasną i prostą sposobnością: wsiąść do terenówki i spadać stąd. Ejtan spojrzał na nią z daleka, w napięciu śledząc jej ruchy. I wreszcie ta sposobność rzuciła się na niego i pochwyciła go, pochwyciła go całego, dławiąca, mroźna trwoga, która wrzasnęła mu do ucha: „Do wozu. Teraz”.

Ale w tej samej chwili Erytrejczyk otworzył oczy. Ejtan zamarł. Powietrze się rozrzedziło i język w jego ustach miał posmak papieru ściernego. U jego stóp, tuż przy sportowych butach z wkładkami ortopedycznymi kupionych w strefie bezcłowej, leżał Erytrejczyk z roztrzaskaną czaszką i szeroko otwartymi oczyma.

Nie patrzył na Ejtana, tylko leżał i wpatrywał się w niebo. Wpatrywał się w nie z takim skupieniem, że Ejtan nie mógł się powstrzymać, by nie rzucić ukradkowego spojrzenia, bo może jednak coś tam jest. Nie było niczego. Tylko imponujący księżyc, niebo lśniące głębokim odcieniem granatu, jakby je ktoś obrobił w Photoshopie. Kiedy ponownie przeniósł wzrok na ziemię, oczy Erytrejczyka były zamknięte, a oddech spokojny. Oddech Ejtana był krótki i świszczący, drżał na całym ciele. Jak ma stąd odjechać, kiedy oczy tego człowieka są nadal otwarte, nadal mogą się otworzyć. Ale z drugiej strony otwarte oczy o niczym nie świadczą, o wiele bardziej znaczący jest płyn mózgowo-rdzeniowy, któremu przestały wystarczać uszy i teraz płynie także z nosai pieni się w ustach. Kończyny Erytrejczyka są sztywne i wyprostowane, zespół sztywności odmóżdżeniowej. Nawet gdyby chciał, nie było tu ani skrawka życia, o które mógłby walczyć. Naprawdę.

I naprawdę wyglądało na to, że Erytrejczyk pogodził się ze swoją sytuacją z tym słynnym afrykańskim spokojem, bo faktem było, że raczył w swej uprzejmości zamknąć oczy i tylko cicho oddychał, podczas gdy na jego twarzy gościł grymas niewiele różniący się od uśmiechu. Ejtan spojrzał na niego jeszcze raz, zanim odwrócił się do terenówki. Teraz był już pewien, że Erytrejczyk się do niego uśmiecha i daje przyzwolenie swymi zamkniętymi oczyma.

2

Tamtej nocy spał dobrze. Lepiej niż dobrze – spało mu się wspaniale. Głęboki, stabilny sen, który trwał także po wschodzie słońca. Po tym, jak dzieci wstały z łóżek. Po tym, jak Liat wydarła się na nie, żeby się pospieszyły. Wciąż spał, kiedy Jaheli wrzeszczał z powodu jakiejś irytującej zabawki. Spał też, kiedy Itamar włączył telewizor na cały regulator. Spał, gdy zamknęły się drzwi i gdy dał się słyszeć odgłos oddalającego się samochodu, w którego wnętrzu znajdowali się wszyscy członkowie jego rodziny. Spał i spał, i spał, a potem jeszcze spał, aż wreszcie nadeszła chwila, w której żadnym sposobem nie mógł dłużej spać – i wtedy się obudził.

Południowe światło wdzierało się przez żaluzje i tańczyło na ścianach pokoju. Ptak ćwierkał na dworze. Mały, odważny pajączek ośmielił się rzucić wyzwanie obsesji czystości Liat i trudził się pilnie, plotąc sieć w kącie nad łóżkiem. Ejtan wpatrywał się w pajączka przez dłuższą chwilę, zanim rozwiała się dobroczynna mgiełka snu, aż uświadomił sobie prostą prawdę: wczoraj w nocy przejechał człowieka i pojechał dalej. Każda komórka w jego ciele obudziła się na tę jednoznaczną, niepodlegającą zmianie rzeczywistość. Przejechał człowieka. Przejechał człowieka i pojechał dalej. Na okrągło powtarzał sobie te słowa, próbując połączyć spółgłoski i sylaby w jasny, zrozumiały przekaz. Ale im częściej je powtarzał, tym bardziej rozpadały się w jego głowie, aż całkowicie straciły swą realność. Teraz wypowiedział to zdanie na głos, pozwalając dźwiękom zaistnieć w przestrzeni pokoju. Przejechałem człowieka. Przejechałem człowieka i pojechałem dalej. Ale ile by tego zdania nie powtarzał, początkowo szeptem, a potem na głos, wciąż wydawało mu się nierzeczywiste, wręcz głupie, jakby mówił o czymś, co przeczytał w gazecie, albo o jakimś okropnym programie w telewizji. Pajączek i ptak też nie pomagały – przecież można by się spodziewać, że ptaki nie będą wyśpiewywały pod oknem kogoś, kto przejechał człowieka i pojechał dalej. I że pajączki nie zechcą zamieszkać nad łóżkiem kogoś takiego. A mimo to pajączek nie ustawał w swym mozole, a ptak w swej pieśni, i nawet słońce – zamiast odwrócić od niego swój blask – wciąż przebłyskiwało przez żaluzje, malując na ścianie prawdziwie zachwycające wzory.

I nagle bardzo ważne stało się dla Ejtana, aby się im przyjrzeć. Świetlistym plamom na białej ścianie. (Bo tak już jest: człowiek wstaje rano, wychodzi z domu i nic nie wie. Całuje żonę w czubek nosa i mówi do niej: „Do wieczora”, i naprawdę zakłada, że wieczorem się spotkają. Do sprzedawcy w spożywczaku mówi: „Do zobaczenia”, z pełnym przekonaniem. I jest dla niego zupełnie oczywiste, że za kilka dni ponownie się zobaczą, on i sprzedawca, i pomidory. I że nic się zbytnio nie zmieni poza, być może, ceną pomidorów. Pocałunek w czubek nosa, dotknięcie mimochodem skrzynki z pomidorami, plamy światła na białej ścianie pod tym samym kątem o tej samej porze, wszystkie zawdzięczają swe istnienie założeniu, że co było, to i będzie. Że dzisiaj, tak jak wczoraj, tak jak przedwczoraj, kula ziemska będzie nadal kręcić się wokół własnej osi tym samym powolnym, sennym ruchem, który kołysał Ejtana, jakby był niemowlęciem. A gdyby nagle Ziemia zaczęła kręcić się w drugą stronę, Ejtan straciłby równowagę i upadł).

Chociaż był już całkowicie rozbudzony, nadal leżał bez ruchu w łóżku. Jak miałby odważyć się stanąć na nogach po tym, jak przejechał człowieka i pojechał dalej? Przecież z pewnością ziemia się pod nim rozstąpi.

Czyżby? – spytał go zimny, mroczny, uśmiechnięty głos. – Czy rzeczywiście się rozstąpi? Przecież profesora Zakajego nosi całkiem przyzwoicie.

Poddając się tej myśli, Ejtan uniósł się na łóżku i postawił bosą stopę na marmurowej posadzce. I jeszcze jedną. Wykonał trzy kroki w kierunku kuchni, nim szybka migawka twarzy zmarłego człowieka unieruchomiła go w miejscu. Powtarzać sobie wciąż, że przejechałeś człowieka i pojechałeś dalej to jedno, ale zobaczyć przed oczami twarz tego człowieka – to co innego. Z ogromnym wysiłkiem wcisnął ten obraz w głąb swej głowy i szedł dalej. Na próżno. Zanim jeszcze dotarł do drzwi, obraz uderzył go ponownie, ostrzejszy niż przedtem: oczy Erytrejczyka lekko otwarte, jak szparki, jego źrenice zastygłe w wyrazie wiecznego zdziwienia. Tym razem zawalczył z tą wizją bardziej zdecydowanie. Do środka. Właź do środka. Do tego samego ciemnego magazynu, gdzie ukrył wszystkie pozostałe obrazy – trupy, głównie z pierwszego roku studiów, straszliwe fotografie odrąbanych, spalonych, poparzonych kwasem części ciała, które wykładowczyni chirurgii urazowej z widoczną satysfakcją pokazywała im na trzecim roku, upajając się każdym pełnym obrzydzenia jękiem unoszącym się w sali. „Macie zbyt wrażliwe żołądki”, zwykła mówić, gdy któryś ze studentów bąkał jakąś żałosną wymówkę i uciekał na parę minut na świeże powietrze, „a z wrażliwym żołądkiem nie zostaje się lekarzem”. Wspomnienie surowej twarzy profesor Reinhart uciszyło nieco wzburzenie, które go opanowało. Tym razem już dotarł do kuchni. Jak tu czysto. Jakby nigdy nie szalały tu wojny na płatki śniadaniowe i nie występowały wycieki kawy. Jakim cudem Liat udaje się prowadzić ten dom, jakby był ekspozycją w salonie meblowym?

Przez duże okno zerknął z ukosa na terenówkę na podjeździe. Nawet najmniejszej rysy. Nie na darmo sprzedawca w salonie nazwał go „czołgiem Mercedesa”. A mimo to przyglądał mu się wczoraj przez długą godzinę, czołgając się na kolanach przed zderzakiem, wytężając wzrok w skąpym świetle latarki w komórce. Przecież to niemożliwe, że można sobie uderzyć w człowieka, nie zostawiając śladu. Uderzysz w śmietnik – wgniecenie na zderzaku, ślad, że rzeczywiście coś się wydarzyło. Świadectwo, że było tam nie tylko powietrze, było tam ciało, masa, jakaś przyczyna tarcia. Ale auto stało na podjeździe całe i zdrowe, zupełnie nietknięte, więc Ejtan odwrócił wzrok od okna i drżącymi rękoma napełnił czajnik.

Migawki twarzy zmarłego człowieka wróciły i dopadły go, gdy przygotowywał sobie kawę, lecz ich siła zmalała. Środek do czyszczenia o zapachu cytryny, który wypełniał kuchnię, niemal sterylny blask marmuru, wszystko to wypierało wizje poprzedniej nocy, tak jak kelnerzy w telawiwskich restauracjach tarasują drogę żebrakom próbującym dostać się do środka. Ejtan z ulgą oparł rękę o blat ze stali nierdzewnej. Trzy miesiące temu, kiedy Liat upierała się, żeby go kupić, sprzeciwiał się takiej rozrzutności. Tyle pieniędzy na kuchnię, którą miał nadzieję porzucić przed upływem dwóch lat, gdy skończy się to przymusowe wygnanie do serca pustyni. Ale Liat już podjęła decyzję i musiał się zgodzić. Niemniej zachował sobie prawo, by z wściekłością patrzeć na ten zbędny wydatek za każdym razem, kiedy wchodził do owego pomieszczenia. Teraz jednak patrzył na kuchnię z wdzięcznością, bo nie ma to jak lśniąca płyta ze stali nierdzewnej, by wymazać mroczne wizje. Był przekonany, że nie może przydarzyć mu się nic złego między wymyślną zmywarką a kosztownym pochłaniaczem. Fakt, kubek z kawą niemal wypadł mu z ręki, gdy go podniósł, bo bezlitośnie uderzyło go wspomnienie ręki zmarłego, ale udało mu się je odegnać i złapać kubek, zanim spadł. A nawet gdyby spadł – nie ma w tym nic złego. Weźmie ścierkę i posprząta marmurową podłogę. Bo trzeba przyznać – szklanki będą spadały w najbliższych dniach. Będą chwile rozkojarzenia. Być może koszmary. Ale pozbiera skorupy i wytrze podłogę, i będzie żył dalej. Będzie musiał żyć dalej. I nawet jeśli smak kawy w jego ustach jest stęchły i gorzki, nawet jeśli ręce mu się pocą mimo pustynnego chłodu, nawet jeśli z trudem powstrzymuje się, żeby nie upaść na podłogę z pełnym skruchy płaczem, to jednak będzie nadal szedł do salonu z kawą w ręku, w stronę fotela. Ten ból musi w końcu przeminąć. Potrwa to ze dwa tygodnie albo miesiąc, albo pięć lat, ale w końcu minie. Neurony w mózgu wystrzeliwują impulsy elektryczne z ogromną prędkością w obliczu nowego bodźca. Ale z biegiem czasu częstotliwość wysyłania impulsów spada, aż do całkowitego zaprzestania. Habituacja. Stopniowa utrata wrażliwości.

– Wchodzicie do pokoju – powiedział im profesor Zakai – i jest tam straszny fetor śmieci. Wydaje się wam, że zaraz zwymiotujecie. Molekuły zapachu stymulują nabłonek węchowy, który wysyła naglące impulsy do ciała migdałowatego i kory mózgowej. Wasze neurony krzyczą „ratunku”. Ale wiecie, co dzieje się po paru minutach? Przestają. Nie chce im się wrzeszczeć. I nagle ktoś inny wchodzi do pokoju i mówi: „Ale tu śmierdzi”, a wy nie macie pojęcia, o co mu chodzi.

Usiadłszy w fotelu, gdy kubek z kawą w jego ręku był już niemal pusty, Ejtan spojrzał na ciemny osad na dnie. Jego pierwsza sprzeczka z Liat nastąpiła, gdy po trzech tygodniach znajomości opowiedziała mu, że jej babcia wróży z fusów.

Masz na myśli, że uważa, że wróży z fusów.

Nie – upierała się Liat – ona naprawdę wróży z fusów. Patrzy na osad i wie, co się stanie.

Niby co, że jutro wzejdzie słońce? Że wszyscy kiedyś umrzemy?

Nie, głupku. Rzeczy, których nie wiedzą wszyscy. Powiedzmy, czy mąż kobiety, która piła kawę, ją zdradza. Albo czy uda jej się zajść w ciążę.

Liat, jak, u diabła, ziarna kawy zebrane przez ośmiolatka w Brazylii i sprzedane za wygórowaną cenę w supermarkecie mogą przepowiedzieć zajście w ciążę jakiejś kretynki z wiochy typu Or Akiwa?

Powiedziała mu, że się wywyższa, i to była prawda. Powiedziała mu, że nie ma nic złego w Or Akiwie, i to również, zdaje się, była prawda, chociaż z jego perspektywy to mimo wszystko była wiocha. Powiedziała mu, że ten, kto lekceważy babcie dziewczyn, z którymi się umawia, bardzo szybko się stoczy i zacznie lekceważyć także te dziewczyny, co brzmiało wspaniale, nawet jeśli niezupełnie była to prawda. Na koniec powiedziała mu, że lepiej, by się więcej nie spotykali, i to go tak przeraziło, że następnego dnia zjawił się przed jej domem i zaproponował, żeby teraz od razu, natychmiast pojechali do jej babci w Or Akiwie, aby powróżyła mu z fusów. Babcia Liat przyjęła go życzliwie, przygotowała wspaniałą, chociaż nieco letnią kawę, rzuciła jedno spojrzenie na fusy i powiedziała, że się pobiorą.

To widzi pani w fusach? – spytał z największym podziwem, jaki udało mu się wykrzesać.

Nie – roześmiała się babcia Liat – widzę to w twoich oczach. Nigdy nie wróży się ludziom z fusów, wróży się im z oczu, z mowy ciała, ze sposobu, w jaki zadają pytanie. Ale jeśli im to powiesz, to poczują się obnażeni, co nie jest miłe dla nikogo, ani też zbyt uprzejme, więc zamiast tego wróżysz im z fusów. Zrozumiałeś, chłopcze?

Teraz przekręcił kubek po kawie na bok i przyjrzał się osadowi z uwagą. Czarny i gęsty, tak jak wczoraj. Okazuje się, że tak jak ptaki i pająki, i promienie słońca, także fusy w kawie nie widzą powodu, aby odbiegać od swych przyzwyczajeń tylko dlatego, że wczoraj przejechał człowieka i pojechał dalej. Habituacja. Twarz Erytrejczyka zatarła się w jego głowie jak zły sen, z którego wrażenia stopniowo zanikają z biegiem dnia, aż pozostanie jedynie ogólne uczucie dyskomfortu. Dyskomfort to nie ból, mówił sobie. Ludzie przeżywają całe życie na takim czy innym poziomie dyskomfortu. To zdanie wydawało się tak prawdziwe, że powtórzył je sobie w głowie jeszcze kilka razy, i był tak skupiony, z jakąś nową, wyzwalającą wnikliwością, że początkowo nie usłyszał pukania do drzwi.

Kobieta za drzwiami była wysoka i szczupła, i bardzo piękna. Ale Ejtan nie zwrócił uwagi na żaden z tych szczegółów. Dwa inne szczegóły całkowicie zaabsorbowały jego uwagę: była Erytrejką i trzymała w ręku jego portfel.

(I znowu poczuł, że musi się wysrać, teraz nawet bardziej niż wczoraj. Gówno opadło w dół jelit w mgnieniu oka, pociągając za sobą wszystkie narządy wewnętrzne, i było dla niego całkowicie jasne, że tym razem nie da rady. Pobiegnie do toalety albo zesra się tutaj, na progu, przy tej kobiecie).

A mimo to został na swoim miejscu, oddychając z trudem, i spojrzał na nią w chwili, gdy pokazywała mu jego portfel.

To pański – powiedziała po hebrajsku.

Tak – odpowiedział Ejtan – to mój.

I natychmiast tego pożałował, bo kto wie, może zdołałby ją przekonać, że ten portfel w ogóle nie należy do niego, tylko do kogoś innego – powiedzmy, brata bliźniaka – kto wczoraj dokądś poleciał, do Kanady, na przykład, albo do Japonii, gdzieś daleko. Może mógł po prostu ją zignorować i zamknąć drzwi, albo postraszyć, że zadzwoni po policję imigracyjną. Różne możliwości działania wypełniały jego głowę jak kolorowe bańki mydlane, rozpryskując się przy pierwszym zetknięciu z rzeczywistością. Upaść na kolana i błagać ją o przebaczenie. Udawać, że nie ma pojęcia, o czym ona mówi. Oskarżyć ją o obłęd. Stwierdzić, że ten człowiek był już martwy, gdy w niego uderzył. Przecież wie, jest lekarzem.

Kobieta nie spuszczała z niego wzroku. Histeryczny zgiełk w jego głowie ustąpił miejsca jednemu, lodowatemu głosowi:

Ona tam była.

I jakby chcąc potwierdzić te słowa, kobieta spojrzała na bieloną willę w Omerze i powiedziała: Pański dom jest piękny.

Dziękuję.

Także ogród jest piękny.

Jej spojrzenie zatrzymało się na zabawkowym samochodzie, który przyniósł Jaheliemu. W sobotę dzieciak pędził na nim w tę i z powrotem w poprzek trawnika, krzycząc i klaszcząc, dopóki inna zabawka nie przykuła jego wzroku, kiedy to samochodzik został porzucony kołami do góry na ścieżce. Teraz czerwone plastikowe koła sterczały w niebo jak skazujący dowód.

Czego pani chce?

Chcę porozmawiać.

Zza kamiennego muru usłyszał mazdę państwa Dawid wślizgującą się na podjazd. Trzaskanie drzwiami, gdy Anat Dawid i jej dzieci wysiadały z auta. Pełne znużenia reprymendy, gdy zmierzali w stronę domu. Bogu dzięki za kamienne ogrodzenia, za wspaniałe podmiejskie odseparowanie, które zdołało już przeniknąć do takich wspólnot mieszkalnych jak Omer. Gdyby nie owo odseparowanie, stałby teraz w zasięgu ciekawskiego wzroku Anat Dawid, która z pewnością wolałaby zapomnieć na krótką chwilę o własnych problemach, aby podumać, dlaczego sąsiad, pan doktor, stoi na podwórzu z czarną kobietą. Ale ukojenie, które przyniosło mu kamienne ogrodzenie, przyćmiła świadomość, że przyjazd Anat Dawid to jedynie zapowiedź. Właśnie teraz zmierza w stronę tej ulicy całe stado samochodów. A w każdym samochodzie siedzi malutkie kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chce – dostanie, i dopytuje, co będzie na obiad. Za kilka minut – dwie? dziesięć? – dotrą tu także Liat i jego własne kochania. Ta kobieta musi stąd zniknąć.

Nie teraz – powiedział jej – nie mogę teraz rozmawiać.

To kiedy?

Wieczorem. Proszę przyjść, porozmawiamy wieczorem.

Tutaj?

Czy mu się zdawało, czy naprawdę widział przebłysk sarkazmu w jej oczach, gdy wskazywała na drewniane krzesła na tarasie willi?

Nie – powiedział – nie tutaj.

W opuszczonym warsztacie za Tlalim. Skręć w prawo dwieście metrów od wjazdu na drogę dojazdową. Będę tam o dziesiątej.

I nagle zdał sobie sprawę, że ona zaplanowała to spotkanie w najdrobniejszych szczegółach. Przyjazd na chwilę przed powrotem dzieci z przedszkola. Stresująca opieszałość przy wejściu do domu. Bijący z jej oczu chłód. Po raz pierwszy, odkąd otworzył drzwi domu i ją zobaczył, naprawdę się jej przyjrzał: wysoka, szczupła i bardzo piękna. A ona, jakby rozumiejąc, że dopiero teraz otwierają mu się na nią oczy, skinęła głową i powiedziała:

Jestem Sirkit.

Nie zadał sobie trudu, żeby odpowiedzieć. Jego nazwisko przecież zna. Gdyby nie to, nie stałaby na jego trawniku, ekologicznym cudzie nawadniania zużytą wodą, i nie pouczała go, dokąd ma jechać o dziesiątej wieczorem.

Będę tam – powiedział, odwrócił się i wszedł do domu. Kubek po kawie stał na swoim miejscu, na komodzie obok fotela. Kuchnia ze stali nierdzewnej lśniła jak zawsze. Świetliste plamy słońca nadal spektakularnie mieniły się na ścianie.

3

Nie minęło dwadzieścia minut od chwili, gdy rozstał się z tą kobietą i wszedł do domu, a już wydawało mu się, że nigdy jej nie spotkał. Zza na wpół uchylonych żaluzji obserwował podwórze: krzew rozmarynu, pedantycznie przystrzyżony trawnik, zabawkowy samochód Jaheliego przewrócony do góry kołami. Trudno uwierzyć, że mniej niż pół godziny temu, dokładnie na tej ścieżce, stała kobieta o imieniu Sirkit. Istnienie tej kobiety stało się jeszcze bardziej mgliste w chwili, gdy Liat i dzieci wrócili do domu. Itamar i Jaheli dokazywali na podwórku, ni to się bawiąc, ni to walcząc na życie i śmierć. Dreptanie ich nóżek nieumyślnie wymazało wspomnienie Erytrejki, tak jak pasażer autobusu nie rozmyśla o tym, kto zajmował to siedzenie jakiś czas przed nim. Po półtorej godzinie mógł już niemal przekonać samego siebie, że ta wizyta nigdy się nie odbyła.

„Czegóż to nasz mózg nie jest zdolny zrobić, aby nas chronić…” Profesor Zakai oparł się o pulpit. Uśmiech na jego twarzy oscylował między kpiną a sympatią, aby w końcu wybrać kpinę. „Zaprzeczenie, na przykład. Fakt, to pojęcie psychologiczne. Niemniej jednak wstrzymajcie się z wyrzucaniem go do śmieci. Bo jakie słowa usłyszycie najpierw od człowieka, którego właśnie poinformowaliście o guzie mózgu?”

To niemożliwe.

„Właśnie. »To niemożliwe«. Rzecz jasna, to jak najbardziej możliwe. W praktyce właśnie to się dzieje: gwiaździaki anaplastyczne nieustannie się namnażają, rozprzestrzeniają się z jednej strony mózgu na drugą półkulę przez ciało modzelowate. W ciągu mniej niż roku cały ten system się zawali. Już teraz występują bóle głowy, wymioty, paraliż jednostronny. A mimo to ten chory mózg, ta neuronowa bryłka, która nie funkcjonuje prawidłowo, nadal jest w stanie robić jedną rzecz: zaprzeczać rzeczywistości. Pokazujesz wyniki badań. Trzykrotnie powtarzasz rokowania, najbardziej przejrzyście jak potrafisz, a mimo to człowiekowi, który stoi przed tobą, który wkrótce zamieni się w masę złożoną z chemioterapii i efektów ubocznych, udaje się odeprzeć wszystko, co do niego mówisz. I nie ma znaczenia, jak bardzo jest inteligentny. Do diabła, może nawet sam być lekarzem. Wszystkie te lata w studenckiej ławie blakną w obliczu uporu mózgu, żeby nie patrzeć na to, co ma przed oczami”.

Profesor Zakai miał rację. Jak zwykle. Jak przyprószony srebrem prorok gniewu stał na katedrze, demonstrując im nadchodzącą przyszłość. Na piątym roku studiów łatwo było negować jego słowa jako pełne cynizmu anegdoty i nic poza tym, ale od chwili, gdy wyszli z łona akademii na prawdziwy świat, jego proroctwa spełniały się jedno po drugim. To możliwe, powiedział do siebie Ejtan. To się dzieje. I jeśli chcesz, żeby się skończyło, to lepiej wyjmij głowę z tych pustynnych piasków i jedź już do banku.

Przez całą drogę do oddziału fantazjował o uprzejmej automatycznej obsłudze, o chodzącym robocie, który wypełni jego polecenia bez zbędnych słów. Ale gdy przekazał kasjerce swoją prośbę, podniosłą nos znad monitora komputera i powiedziała: „Jejku, to kupa pieniędzy”.

I już trzy kolejne kasjerki zaglądały znad szklanych przepierzeń między stanowiskami, pragnąc się dowiedzieć, cóż to za suma, która zasłużyła na określenie „jejku, to kupa pieniędzy”, i kim jest mężczyzna, który zamierza wynieść tę sumę ze sobą w nieznane. Ejtan nie zareagował, mając nadzieję, że chłodne lekceważenie wystarczy, by zatkać buzię kasjerce, która – jak teraz, gdy już się podniosła, można było zobaczyć na identyfikatorze przypiętym do koszuli – miała na imię Rawit. Ale Rawit chłód nie zniechęcił. Przeciwnie. Nieprzejednany upór mężczyzny, który przed nią stał, jego pogardliwe spojrzenie – wszystko to sprawiało jej jakąś dziwną przyjemność, kiedy podniosła głos i spytała: „To co, kupujemy dom?”.

W międzyczasie nie przestawała pracować, rzec jasna. Liczyła ręcznie banknoty, raz i drugi, upewniając się, czy rzeczywiście w tej chwili znajduje się w jej dłoni siedemdziesiąt tysięcy szekli gotówką. Liczy po raz trzeci, tylko po to, żeby jak najdłużej po raz ostatni czuć dotyk banknotów na opuszkach swych palców, bo przecież taką sumę z trudem zarobi dopiero na koniec całego roku pracy. Ejtan patrzył na jej tipsy liczące jego pieniądze. Plastikowe diamenty z przyjemnością wędrowały w poprzek gromadzących się dwustuszeklowych banknotów. Podczas gdy Rawit nadal roztrząsała wysokość kwoty, Ejtan obawiał się po cichu, że nie będzie to wysokość wystarczająca. Przecież ta Erytrejka może zażądać i dwustu, trzystu tysięcy. Nawet pół miliona. Ile wypada, żeby wziął? Ile warte jest ludzkie życie?

Opuściwszy bank, zadzwonił do Liat i poinformował ją o wyjściu integracyjnym dla pracowników. Spontaniczna inicjatywa, jeden z lekarzy to zaproponował i wszyscy przyklasnęli, byłoby mu niezręcznie być jedynym, który pryska. Spotykają się o dziesiątej na piwo w pubie Koka, postara się dotrzeć do domu przed jedenastą trzydzieści. „Idź, to ważne – powiedziała – i ważne, żeby nie poznali po twojej twarzy, że cierpisz”. Nigdy jej tak nie okłamał, a fakt, że było to takie proste, wzbudził w nim równocześnie ulgę i lęk.

O godzinie dziesiątej wieczorem Ejtan wyłączył silnik terenówki przed wejściem do opuszczonego warsztatu, niedaleko kibucu Tlalim. Już trzydzieści minut wcześniej przejeżdżał ścieżką dojazdową do warsztatu, mierząc wzrokiem ciemny budynek. Pomiędzy ścianami nie było widać żadnego ruchu. Planował zaczekać na kobietę przed wejściem do warsztatu, ale zarzucił ten pomysł. Żeby nie przywarł do niego zapach tego miejsca, kurz tej ziemi. Za naciśnięciem przycisku zamknęły się wszystkie szyby w oknach. Za naciśnięciem kolejnego przycisku radio zaczęło grać. Powietrze z zewnątrz, odgłosy nocy, wszystko to nadal rozbijało się o chromowane zderzaki wozu. Ale gdy nadeszła godzina dziesiąta wieczór, Ejtan wiedział, że nie może już czekać. Wbrew własnej woli wyciągnął spoconą rękę w stronę drzwi oddzielających ciepłe wnętrze terenówki, przesiąknięte Beatlesami i Led Zeppelin, od chłodnego, cichego powietrza pustyni. I