Bracia Di Caro (t.1) - Kinga Litkowiec - ebook + audiobook

Bracia Di Caro (t.1) ebook i audiobook

Kinga Litkowiec

4,5

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Moje życie skończyło się w dniu, w którym straciłam rodzinę. Chciałam umrzeć, żeby nie czuć bólu, jaki towarzyszył mi codziennie. Kiedy wreszcie odważyłam się na ten krok, zjawił się on – Marco Di Caro. Mężczyzna, który postanowił mnie uratować. Był tajemnicą, którą zapragnęłam odkryć, a kiedy poznałam jego sekret, chciałam cofnąć czas. Po poznaniu jego brata mój świat wywrócił się do góry nogami.

Nic nie było oczywiste.

Nic nie było bezpieczne

Nic nie było normalne.

Nie wiedziałam jednak, że najgorsze jeszcze przede mną.

Nazywam się Kylie Scott, jestem marionetką w rękach dwóch niebezpiecznych mężczyzn. Mój los został określony lata temu, a ja nie mogę uciec.

Kylie Scott jest marionetką w rękach dwóch niebezpiecznych mężczyzn. Jej los został przesądzony wiele lat temu. Była pewna, że w dniu, w którym straciła całą rodzinę, jej życie dobiegło końca. Chciała umrzeć, ale właśnie wtedy pojawił się on: Marco di Caro. Człowiek, który postanowił ją uratować. Był tajemnicą, którą postanowiła odkryć, a kiedy jej się to udało, zapragnęła cofnąć czas…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 11 min

Lektor: Kinga Litkowiec

Oceny
4,5 (761 ocen)
530
132
64
23
12
Sortuj według:
wojciechowski8

Nie polecam

Kolejna już absurdalna książka tej autorki, naprawdę szkoda czasu
101
Kasiek84
(edytowany)

Nie polecam

Ciężko się czyta tą książkę. Płytki język, wkurzający bohaterowie,. To moja druga i niestety ostatnia przeczytana książka tej autorki.
40
Adrianka90

Z braku laku…

Pierwszy raz zawiodłam się na książce tej autorki. Do strony dwieście którejś, czyli do momentu tańca, treść tej książki to było dla mnie przejście przez mękę. Jak czytałam, miałam wrażenie, że pisał to ktoś, kto pierwszy raz w ogóle pisał książkę. Płytki język, akcja nijaka, chaos. Dopiero taniec i dalsze wydarzenia spowodowały, że dobrnęłam do końca. Zakończenie książki zaskakujące i mimo wszystko czekam na drugą część. Mam nadzieję, że po niej zmienię zdanie.
30
gaga1405

Nie oderwiesz się od lektury

Recenzja 02/2022 https://grazyna-a-czyta.blogspot.com "...jednego dnia uważam go za nieprzyzwoicie miłego, a drugiego dochodzę do wniosku, że jest psychopatą." Kylie straciła całą rodzinę w wypadku samochodowym. Obwinia siebie za ich śmierć przez co przechodzi poważne załamanie. Przed próbą samobójcza ratuje ją Marco. Nawiązują dość nietypową znajomość. Mężczyzna pomaga dziewczynie wyjść ze skorupy. Jego cięty język i upór odnoszą skutki, a Kylie stopniowo wraca do żywych. Ich relacja nabiera tempa, zbliżają się do siebie. Wszystko się zmienia, gdy w pobliżu pojawia się brat Marca, Cristiano. Wtedy rzeczywistość zaczyna nabierać zupełnie innych barw... Na wstępie zaznaczę, że czytałam poprzednie książki autorki, jednak ta jest inna, mam wrażenie, że emocjonalnie jest dojrzalsza. Znajdziemy w niej namiętność, pasję, ale w zupełnie innej odsłonie, której wcześniej w książkach Kingi nie spotkałam. Sekrety o swoim życiu jakie kryją w sobie bohaterowie, działają na wyobraźnię, a każda cz...
32
nadobna

Z braku laku…

przy 8 rozdziale nie dałam rady....
10

Popularność




Ilustracje i projekt okładki: Marta Lisowska

Redakcja: Jacek Ring

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Aleksandra Zok-Smoła, Renata Jaśtak

Zdjęcie na okładce

© Viorel Sima/Shutterstock

© by Kinga Litkowiec

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2022

ISBN 978-83-287-2029-9

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2022

fragment

Karinie – kobiecie, na którą zawsze mogę liczyć.

Poznałam go, gdy moje życie było piekłem na ziemi. Przez rok zbierałam strzępki rozbitego serca, starając się połączyć je w całość.

Pojawił się znikąd.

To jedno przypadkowe spotkanie miało zapoczątkować przełom w moim życiu, choć wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy.

– Jeszcze nigdy nie widziałem tak smutnych oczu – powiedział z troską i kucnął obok mnie.

Zerknęłam na niego nieśmiało, zastanawiając się, po co w ogóle do mnie podszedł. Czemu zainteresowała go dziewczyna, która wylewała łzy każdego pieprzonego dnia?

– Proszę, odejdź i zostaw mnie samą – odpowiedziałam błagalnie.

Chciałam, żeby po prostu sobie poszedł. Żeby dał mi spokój i pozwolił mi zostać ze swoimi wyrzutami sumienia.

– Jesteś na odludziu, a zaraz zacznie padać – odezwał się oschle. – Pozwól mi odwieźć cię do domu – dodał łagodniej.

Dopiero wtedy usłyszałam jego akcent, nie był stąd. Spojrzałam na niego raz jeszcze. Ciemny blondyn o niebieskich oczach uśmiechnął się do mnie ze współczuciem.

– Nie potrzebuję pomocy, poradzę sobie sama. Deszcz to moje najmniejsze zmartwienie.

– Nie zostawię cię tutaj, wiedząc, że zanosi się na burzę, a najbliższe zabudowania znajdują się dwa kilometry stąd. Albo pozwolisz mi się odwieźć do domu lub chociaż gdzieś, gdzie możesz schronić się przed deszczem, albo zostanę tu z tobą i zaleje nas oboje. – Jego ton był stanowczy, nieprzyjmujący sprzeciwu.

Przemyślałam propozycję nieznajomego. Nie chciałam wsiadać z nim do samochodu, ale jeszcze bardziej nie chciałam, żeby został tu ze mną. To moje miejsce. Tylko moje.

– Dlaczego nie chcesz zostawić mnie w spokoju? – zapytałam z wyrzutem.

– Bo widzę, że potrzebujesz pomocy. – Wtedy zagrzmiało po raz pierwszy. Popatrzył w niebo, a później znów na mnie. – Zaniosę cię do samochodu i zamknę w bagażniku, jeśli zaraz nie wstaniesz – powiedział stanowczo.

Przestraszyłam się, szybko jednak dotarło do mnie, że może być psychopatą, a skoro nie potrafię popełnić samobójstwa, to niewykluczone, że on mi w tym pomoże. Tak bardzo chciałam dołączyć do rodziny i poprosić ich o wybaczenie.

Wstałam wolno i podeszłam do czarnego mercedesa. Mężczyzna otworzył drzwi, a ja bez słowa wsiadłam do środka. Gdy tylko zajął miejsce za kierownicą, zapytał, gdzie mieszkam. Podałam mu prawdziwy adres, nie zastanawiając się, czy dobrze robię. Tamtego dnia odwiózł mnie, nie zadając więcej pytań. A ja, jak zawsze, przez pół nocy wypłakiwałam się w poduszkę. Sen za każdym razem przychodził dopiero wtedy, kiedy byłam wykończona płaczem.

Trzy tygodnie później minął równy rok od dnia, gdy wydarzyła się ta tragedia. Postanowiłam odebrać sobie życie, w końcu czułam się wystarczająco silna. A może po prostu byłam zbyt słaba, żeby egzystować dalej.

Rano, gdy tylko otworzyłam oczy, ubrałam się i poszłam w stronę lasu. Całą drogę wpatrywałam się w ścieżkę, nie potrafiąc unieść głowy. Towarzyszył mi szum wiatru i przejeżdżających od czasu do czasu samochodów. Na miejscu usiadłam na niewielkim pniu i jak zawsze zaczęłam zalewać się łzami. W końcu jednak się uspokoiłam, wzięłam kilka głębokich wdechów i wyciągnęłam z torby sznur. Przygotowałam go już dawno, dzień po tym, jak straciłam bliskich. Wcześniej nie potrafiłam się na to zdobyć, jednak w rocznicę ich śmierci wiedziałam, że nadszedł wreszcie czas. Rozejrzałam się za odpowiednią gałęzią, która nie złamałaby się, gdy na niej zawisnę. To nie było trudne, szybko znalazłam taką, do której bez problemu dosięgnęłam, stając na pniu. Zawiązałam linę wokół konaru, po czym wróciłam do mojego plecaka i wyciągnęłam z niego rozkładany stolik. Wiedziałam, że musi mi wystarczyć, choć bałam się, że połamie się za szybko, że coś pójdzie nie tak, jak powinno. Z trudem przełknęłam ślinę, gdy patrzyłam na pętlę, która niedługo miała pozbawić mnie życia. Nie wahałam się, po raz pierwszy byłam pewna, że jestem gotowa. Potrzebowałam jedynie odrobinę więcej czasu.

Usłyszałam dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Zamknęłam oczy, jakby miało to sprawić, że stanę się niewidoczna. Otworzyłam je szeroko, gdy dobiegł do mnie odgłos gwałtownego hamowania. I już wiedziałam, że ten ktoś mnie zobaczył. Bez chwili namysłu zaczęłam biec w głąb lasu. Bałam się go. Las był ogromny, a ja nigdy do niego nie wchodziłam. Wydostanie się stąd graniczyło z cudem, więc szybko zatrzymałam się i ukryłam za jednym z drzew. Słyszałam łamiące się gałęzie, ten ktoś postanowił mnie znaleźć. I znalazł…

– Znów się spotykamy. Znów w tym samym miejscu.

Nie wiedziałam, czy poczułam ulgę, czy wręcz przeciwnie. Bałam się, że zobaczył mnie ktoś ze znajomych, z ludzi, którzy patrzyli na mnie ze współczuciem i pytali, jak się dziś czuję.

– Daj mi spokój.

Chciałam odejść, ale złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.

– Zapomnij. Raz ci go już dałem i widzisz, w jakich okolicznościach się spotykamy – odwarknął. – Pójdziesz ze mną.

Zgodziłam się, bo jego oczy wydawały się hipnotyzować, a surowy wyraz twarzy dosadnie mi pokazywał, że nie zamierza mnie tu zostawić. Nie rozumiałam jednak, dlaczego to robił.

– Powiesz mi, jak masz na imię? – zapytał, gdy uruchomił samochód.

– Kylie – powiedziałam cicho. – Kylie Scott.

Chciałam go zapytać o to samo, ale nie miałam odwagi. To głupie, bo przecież powinnam wiedzieć, jak nazywa się mężczyzna, do którego auta wsiadam po raz drugi.

Odwiózł mnie do domu, jednak na tym nie poprzestał. Bez mojego zaproszenia wszedł do środka i rozgościł się na kanapie w salonie, jakby był u siebie. Nie spuszczał ze mnie wzroku ani na sekundę, co doprowadzało mnie do wściekłości. Zrezygnowana usiadłam naprzeciwko niego w fotelu ojca i zaczęłam opowiadać o swoim parszywym życiu. Chyba musiałam się komuś wygadać. Choć kiedyś nie chciałam tego robić, nagle poczułam, że właśnie to jest dla mnie najlepsze.

– Rok temu moi rodzice razem z młodszą siostrą pojechali w odwiedziny do dziadków, którzy mieszkają w Front Royal. Byli tam cały tydzień. Wracali w sobotę, ja tego dnia umówiłam się z przyjaciółmi. Byłam zła, bo chciałam już wyjść, a rodzice jeszcze nie przyjechali. – Wzięłam głęboki wdech, tak jakby to miało mi pomóc w opanowaniu emocji. – Zadzwoniłam do taty… Zamiast do mamy zadzwoniłam do niego… A przecież on prowadził… Jakieś zwierzę wyskoczyło z lasu, stracił panowanie nad kierownicą i… – Mój głos zaczął się łamać. – Sam sobie dokończ. – Spuściłam głowę, bo było mi wstyd przed obcym mężczyzną. – Dziś mija równy rok – dodałam cicho.

– Obwiniasz się za ich śmierć? – zapytał z niedowierzaniem.

– Przecież to przeze mnie nie żyją.

– Słyszałem o tym wypadku. – Popatrzyłam na niego zaskoczona. – Byłem wtedy w Madison. Jestem tu zawsze na początku wakacji. Twój telefon niczego nie zmienił. To zwierzę nie wyleciało przed samochód, a prosto w niego. Oni nie mieli szans przeżyć.

Wtedy nie zrobiło mi się wcale lepiej. Jednak on przez kolejne dni robił wszystko, żeby uratować moje życie, choć nie rozumiałam, dlaczego tak mu zależało.

Nie chciał mi jednak zbyt wiele mówić o sobie, był tajemniczy i często wydawał się bardzo zamknięty w sobie. Wiedziałam o nim niewiele. Powiedział mi jedynie, że nazywa się Marco i ma dwadzieścia siedem lat. Ostatniego dnia pobytu w Madison zaskoczył mnie.

– Pochodzę z Włoch. Dokładnie z Sycylii. W Ameryce załat­wiam często interesy związane z rodzinną firmą. Tyle musi ci wystarczyć, Kylie. Nic więcej, co dotyczy mojego życia, nie powinno cię interesować.

To była nasza ostatnia rozmowa w wakacje. Od czasu do czasu odzywał się do mnie na czacie, sprawdzał, czy nic sobie nie zrobiłam. Obiecał, że odwiedzi mnie w święta, gdy powiedziałam mu, że będę wtedy sama. Moją jedyną rodziną są dziadkowie, rodzice ojca, którzy po śmierci syna stracili całą radość życia, zamknęli się w sobie. Chyba mnie obwiniają. Jest też siostra mojej mamy, niewiele starsza ode mnie, mieszka w Paryżu i ma mnie gdzieś.

Chciałam go zobaczyć raz jeszcze, chciałam, żeby ze mną porozmawiał. Tylko jemu umiałam powiedzieć o swojej samotności.

Chciałam tego…

Byłam głupia…

Nie wiem, czy bardziej nienawidzę lipca, czy grudnia. To dwa okropne miesiące, które do końca życia będą przywoływać u mnie chęć zabicia się. Nie zamierzam ubierać choinki, nie kiwnę nawet palcem, żeby w moim domu znalazło się cokolwiek świątecznego. Chcę to jakoś przetrwać, choć wiem, że będzie cholernie trudno. Wystarczy, że zerknę za okno i zobaczę przystrojone domy sąsiadów. Marco nie odzywa się od dwóch tygodni. Nigdy jeszcze przerwa w naszym kontakcie nie trwała tak długo. Zastanawiam się, czy przyjedzie, jak obiecał. Rozmowa z nim trochę mi pomaga, nie na tyle, bym umiała żyć normalnie, ale jednak chęć odebrania sobie życia znacznie zmalała. Może kiedyś przyjdzie dzień, w którym zdołam spojrzeć sobie w oczy…

Za trzy dni Wigilia, a w moim menu przewiduję dwie świąteczne potrawy – pizzę i frytki. Na co dzień nie jem takich rzeczy, więc to naprawdę święto. Chyba jednak powinnam pomyśleć o dodatkowych kaloriach. Ważę pięćdziesiąt kilogramów, a to nie wygląda dobrze, jeśli ma się metr siedemdziesiąt trzy wzrostu. Jestem chuda, wychudzona… Ostatni prawdziwy posiłek jadłam, gdy moi rodzice jeszcze żyli. Wiem, że muszę wziąć się w garść lub ze sobą skończyć. Nie ma trzeciej opcji. Wegetuję już tak długo…

Każdy dzień jest taki sam. Budzę się w południe, leżę w łóżku przez godzinę, później zmuszam się do zejścia na dół i piję kawę. Po jakimś czasie przychodzi pora na mój jedyny posiłek, zazwyczaj jest to kanapka, a czasami danie do podgrzania w mikrofalówce. Następnie siedzę do wieczora, a gdy zapada zmrok, biorę prysznic i idę do łóżka. Wtedy zaczyna się mój koszmar. Płaczę tak długo, aż opadam z sił. Odpływam i przenoszę się w świat sennych koszmarów, które dręczą mnie od dnia śmierci mojej rodziny. Zdarzają się oczywiście dni, w których robię coś jeszcze. Idę na zakupy, do czego zawsze przygotowuję się psychicznie przez wiele godzin. Bywa też, że ktoś postanowi mnie odwiedzić i zapytać, czy wszystko u mnie w porządku. Od kilku miesięcy zdarza się to jednak rzadziej. Wszystko dlatego, że nienawidzę gości i zazwyczaj zbywam ich jednym, krótkim zdaniem: „Tak, wszystko w porządku. Przepraszam, ale jestem zajęta”. A po tych słowach zamykam im drzwi przed nosem. Wiem, że to bardzo niegrzeczne z mojej strony, ale ja już inaczej nie potrafię. Z trudem znoszę tych kilka sekund ich współczujących spojrzeń.

Tak bardzo chcę żyć normalnie, ale czuję, że na to nie zasłużyłam, że powinnam umrzeć razem z bliskimi. Nie należy mi się nic, co mi po nich zostało. Ani ten dom, ani pieniądze.

– Wesołych świąt, Kylie. – Wzdycham ciężko, siadając na kanapie.

Włączam telewizor i zerkam na stolik przede mną, na którym wcześniej rozłożyłam pizzę, frytki i kubek coli. Świątecznie. Chciałabym się nawet uśmiechnąć, ale nie mogę. Nie, kiedy wyrzuty sumienia zżerają mnie od środka.

Zabieram się do uczty, którą sobie urządziłam, choć wcale nie jestem głodna. A może jestem, ale wstydzę się tego uczucia? Mam wrażenie, że robię coś złego. Jem, mimo że nie zasługuję na oddech. Wstyd mi.

I tak właśnie moja świąteczna wieczerza dobiegła końca.

Żołądek ścisnął mi się w ciasny supeł, a łzy popłynęły po policzkach. Znowu dopada mnie myśl, że jedynie się męczę, a już dawno powinnam dołączyć do rodziców i małej Ashley.

Wstaję z kanapy i podchodzę do drzwi. Z wieszaka ściągam kurtkę, a stopy wsuwam w śniegowce. Nawet nie wiem, jaka jest temperatura. Ostatni raz na dworze byłam tydzień temu, od tego czasu wiele mogło się zmienić. Gdy wychodzę na zewnątrz, moją twarz owiewa zimne powietrze. Potrzebuję jednak spaceru, tlenu. Muszę pomyśleć i się uspokoić. Nie mam dokąd iść, z kim porozmawiać. Marco się nie odzywa, ale zaczynam powoli zapominać o jego istnieniu. Tak jest chyba lepiej. Nie wiem tylko, po co wcześniej ze mną rozmawiał. Nie myślałam o tym, że mu zależy, po prostu było mu mnie żal. Z jakiegoś powodu postanowił utrzymać ze mną kontakt, ale już mu przeszło.

Gdy przestaję w końcu zastanawiać się nad tajemniczym mężczyzną, zauważam, że jestem już daleko od domu. Dokładnie w połowie drogi do lasu. Przygryzam dolną wargę i drepczę przez chwilę w miejscu, zastanawiając się, co powinnam zrobić. Iść dalej czy zawrócić do domu? Cholera.

Wybieram gorszą opcję i idę przed siebie. Nie powinnam, bo jest ciemno, zimno, a las sam w sobie jest przerażający. Serce mi wali, gdy jestem coraz bliżej. Co ja w ogóle robię? Wszystko w mojej głowie krzyczy, żebym wracała do domu, a ja mimo to stawiam kolejne kroki. W końcu dochodzę do miejsca, gdzie zazwyczaj myślę o samobójstwie, tak jak teraz. Przebywanie tu wpędza mnie w depresję, w głowie krąży już tylko jedna myśl. Zrzucam śnieg z pnia, po czym siadam ostrożnie, jest zimny i mokry, więc ryzykuję zapalenie pęcherza, ale zdrowie jest moim ostatnim problemem.

Patrzę w stronę ciemnego lasu, boję się. To właśnie z niego wybiegło zwierzę, które wpadło na samochód moich rodziców. Nie wiem nawet, co to było. Jestem pewna, że coś wielkiego. Coś, co bez problemu mogłoby rozedrzeć mnie na kawałki. Strach mnie paraliżuje, nie mogę nawet odwrócić głowy. Słyszę dudnienie mojego serca. Po co ja tu w ogóle przyszłam? Otwieram szeroko oczy, jakbym czekała, aż jakieś zwierzę wyłoni się z cienia.

– Co tu robisz? – Piszczę i podskakuję na pniu, w efekcie czego spadam na ziemię zasypaną śniegiem. – Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.

– Marco? – odzywam się zaskoczona, próbując uspokoić oddech.

– Byłem u ciebie, ale cię nie zastałem. – Podchodzi bliżej, wyciąga rękę i pomaga mi wstać. – Po co tu przyszłaś? – pyta, nie ukrywając nawet, o czym myśli.

Widzę w jego oczach oskarżenie. Nie mogę mieć mu jednak za złe, że podejrzewa mnie o kolejną próbę odebrania sobie życia. Zerkam za jego ramię i dostrzegam zaparkowany samochód. Nawet go nie usłyszałam, światła reflektorów nie wyrwały mnie z zamyślenia. Znów musiałam daleko odpłynąć.

– Nie wiem. Chciałam się przejść i doszłam aż tutaj. – Wzruszam ramionami i dopiero teraz puszczam jego dłoń.

Przygląda mi się z niedowierzaniem, co nawet mnie nie dziwi. Na jego miejscu pomyślałabym dokładnie o tym samym.

– Chodź, odwiozę cię do domu. Swoją drogą, widziałem twoją świąteczną kolację. Dość nietypowa. – Uśmiecha się delikatnie, po czym podchodzi do samochodu.

– Nie zamknęłam domu? – pytam zdezorientowana, gdy idę za nim.

Nie odpowiada, otwiera drzwi po stronie pasażera i gestem dłoni każe mi wsiadać. Robię to, wciąż się zastanawiając, czy to możliwe, że zapomniałam o zamknięciu domu. Daję słowo, jestem przekonana, że to zrobiłam. Pamiętam, jak przekręcałam klucz i włożyłam go do kieszeni kurtki. A może mi wypadł? Gdy Marco wchodzi do samochodu, ja upewniam się, że mam przy sobie klucz. Zerkam na niego, a on posyła mi spojrzenie, mówiące „nie drąż tematu”.

– Przyjechałeś w interesach? – pytam po chwili.

– Można tak powiedzieć – odpowiada krótko.

– To znaczy? – Nie lubię tej jego tajemniczości.

– Moja rodzina ma tu dom. Ojciec otworzył winiarnię niedaleko stąd, ktoś musi mieć ją na oku i wszystkim zarządzać.

– Tym kimś jesteś ty?

– Zgadza się. Postanowiłem wyremontować ten dom i zamieszkać w nim, przynajmniej na jakiś czas.

Jestem zaskoczona, ile słów wypowiedział. Zazwyczaj to ja mówię, a on słucha i zadaje pytania. Na moje nie odpowiada lub zbywa mnie bardzo krótkimi odpowiedziami, które na ogół niewiele wyjaśniają. Teraz chociaż rozumiem, dlaczego obiecał, że przyjedzie na święta. Wcale nie chodziło o mnie i chęć rozmowy. Musiał tu się zjawić.

Dojeżdżamy, Marco nie czeka na zaproszenie, wysiada z auta i idzie prosto do domu. Zaczynam myśleć, że nie jest tak dobrze wychowany, jak wcześniej mi się wydawało. Doganiam go i otwieram drzwi, wciąż zastanawiając się, jak tu wcześniej wszedł. Rozbieramy się i siadamy na kanapie. Nie do końca rozumiem, dlaczego postanowił mnie odwiedzić i jak mam się teraz zachować. Znoszę go lepiej niż innych ludzi, ale wciąż źle się czuję, gdy ktoś przebywa w moim domu.

– Jutro przywiozą meble, może chciałabyś mi pomóc w urządzaniu wnętrz? Ja kompletnie się na tym nie znam.

Jego propozycja jest zaskakująca. W pierwszej chwili chcę odmówić, ale w końcu kiwam głową, bo potrzebuję oderwania się od rzeczywistości. Dopiero po chwili dociera do mnie, że musiał tu bywać częściej przez cały ten czas. Skoro dom gotowy jest do zamieszkania. Z tego, co zrozumiałam, to stara budowla, która wymagała remontu generalnego. Chyba że się mylę.

– Od kiedy trwa remont?

– Od kilku miesięcy.

– Więc często tu przyjeżdżasz – stwierdzam krótko, starając się ukryć zawód, którego z pewnością nie powinnam czuć.

– Nie. Nie znam się na tym i nie przykładam dużej wagi do miejsca, w którym mieszkam – odpowiada bezbarwnie.

Mało z tego rozumiem, ale trudno. Ten facet jest dziwny, trochę niepokojący. Z jednej strony wydaje się obojętny na wszystko, a z drugiej w jego oczach dostrzec można wiele emocji, które zdaje się trzymać w ryzach. No i ta twarz… Zbyt wyrazista, by mógł wtopić się w tłum, a jednak na tyle onieśmielająca, że czasami czuję, że lepiej na niego nie patrzeć. Nie wiem nawet, czy to ma sens. Jest przystojny, naprawdę przystojny. Choć w ogóle nie przypomina Włocha, jedynie jego karnacja świadczy o kraju, z którego pochodzi. Ma dość krótkie włosy, które kolorem przypominają mokry piasek, i te oczy, błękitne, chłodne i przeszywające człowieka na wskroś. Nie mogę ukryć przed sobą, że podobają mi się jego rysy twarzy, wydatne kości policzkowe i kwadratowa szczęka. Dopiero teraz zauważam kolczyk w uchu i kawałek tatuażu, który wystaje spod rękawa czarnego swetra.

– Mogę zobaczyć twój tatuaż? – pytam nieśmiało.

Od razu podwija rękaw, pokazując mi tym samym dzieło sztuki. Cholera, nie znam się na tym, ale chyba mam rację. Zaczyna się zaraz nad nadgarstkiem. To jakieś wzory, których znaczenia nie rozumiem, ale podobają mi się, są inne niż te, które do tej pory widziałam. Na ich środku jest zegar, ozdobiony dwoma pistoletami, a na samej górze widać jakieś ptaki. Wszystko jest w czarnym kolorze, a precyzyjne cienie sprawiają, że tatuaż wydaje się trójwymiarowy. Kończy się równo z łokciem, więc ozdabia całe przedramię.

Nagle uświadamiam sobie, że moje palce po nim wędrują. Nie wiem, kiedy przysunęłam się do niego tak blisko, ale gdy sobie to uświadamiam, czuję dziwny lęk. Wciągam głośno powietrze i w jednej sekundzie znajduję się na końcu kanapy. Zerkam na Marco, a on patrzy na mnie w dziwny sposób.

– Przepraszam – mówię szybko. – Jest niesamowity.

– Nie wiem, za co przepraszasz. – Uśmiecha się i poprawia rękaw, zakrywając tatuaż.

– Coś oznacza? Wygląda na symbol czegoś.

– Tak w skrócie chodzi w nim o to, że na każdego w końcu przychodzi czas – tłumaczy głębokim głosem.

Znów czuję, jak serce zaczyna bić mi szybciej. Na każdego w końcu przychodzi czas. To zdanie trafia do mnie, bo przecież mój czas skończył się półtora roku temu.

– Dlaczego go zrobiłeś? – Staram się skupić na czymś innym.

– To długa historia, a na mnie już pora. – Wstaje z kanapy i od razu podchodzi do drzwi. – Jutro przyjadę po ciebie, bądź gotowa o dziesiątej – informuje mnie, gdy łapie za klamkę.

Nic nie odpowiadam, czekam, aż wyjdzie, i oddycham z ulgą. Ten człowiek jest jedną wielką tajemnicą, której chyba nie chcę odkrywać. Gdy jednak z nim jestem, nie myślę o tym wszystkim. Może to nie jego zasługa. Może brakuje mi towarzystwa. Od śmierci rodziców z nikim nie rozmawiam. Czasami odpowiadam jedynie na pytania, które zadają mi ludzie. Jak się czuję, czy daję radę, czy nie potrzebuję pomocy. Gdyby byli na moim miejscu, wiedzieliby, że to najgłupsze pytania, jakie można zadać osobie w żałobie. A już na pewno osobie, która wini się za śmierć rodziny. Gdybym miała wsparcie w dziadkach, może byłoby inaczej. Jednak oni również twierdzą, że to, co się stało, wynikło z mojej winy. Wiem, że Marco ma inne zdanie, ale to za mało. Chciałabym uporać się z tym w jakikolwiek sposób.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz