Bożonarodzeniowa księga szczęścia - Jolanta Kosowska - ebook + audiobook + książka

Bożonarodzeniowa księga szczęścia ebook i audiobook

Jolanta Kosowska

4,4

Opis

Rafał, Tomek, Lena, Aśka i Maria przyjaźnią się ze sobą od czasów liceum. Choć los rozrzucił ich po różnych zakątkach świata, wciąż utrzymują ze sobą kontakt. Pomaga im w tym pewien rytuał, który sobie stworzyli: raz w roku, na Boże Narodzenie, każde z przyjaciół pisze list do pozostałych, opowiadając o tym, co przez ten rok wydarzyło się w jego życiu. Czytanie tych grudniowych listów stało się częścią ich wigilijnej tradycji. Któregoś roku okazuje się, że w skrzynkach pocztowych brakuje wiadomości od Leny – samotnej matki, mieszkającej z córką w Chorwacji. Niepokoją się wszyscy, ale najbardziej przerażony jest Rafał, którego kiedyś łączyło z Leną coś znacznie więcej niż przyjaźń. Z dnia na dzień postanawia wyruszyć w podróż, odszukać swoją dawną ukochaną i naprawić błędy młodości… Ale czy nie jest już na to za późno?

Coś nie gra – pomyślałam. Już od piętnastu lat piszemy do siebie listy bożonarodzeniowe. Wszystkie przychodzą na początku grudnia. Otwieramy je w dzień Wigilii. To taka nasza tradycja – moja, Aśki, Leny, Rafała i Tomka. Kiedyś chodziliśmy do jednej klasy w ogólniaku. Po maturze nadal tworzyliśmy zgraną paczkę, chociaż studiowaliśmy na różnych kierunkach. Ja studiowałam matematykę na uniwerku, Joanna psychologię, Lena anglistykę i dziennikarstwo, Rafał medycynę, a Tomek weterynarię. Byliśmy wtedy nierozłączni, chociaż bardzo się różniliśmy. Poważna i odpowiedzialna Joanna, pełna szalonych pomysłów i wiecznie roześmiana Lena, spontaniczny Rafał, poważny Tomek i ja, patrząca na świat z ogromną rezerwą i dystansem. Tańczyliśmy w klubach studenckich, przesiadywaliśmy w pubach, jeździliśmy na nartach, żeglowaliśmy na Mazurach, przewędrowaliśmy z plecakami Bieszczady, grywaliśmy w tenisa, jeździliśmy konno, przegadaliśmy niejedną noc, wypiliśmy razem niejedno piwo. Nasza przyjaźń przetrwała wszystko – odwołany ślub Leny i Rafała, nieszczęśliwą miłość Tomka do Joanny, naszych partnerów, narzeczonych, mężów i żony, przyjście na świat naszych dzieci, przeprowadzki i wyjazdy. Czas płynął, lata mijały, w życiu każdego z nas zmieniało się wiele, ale przyjaźń nadal trwała. Nie rozdzieliły nas czas ani odległość.

Czarodziejka słów powraca z powieścią, którą każdy w te święta powinien przeczytać!
Polecam,
Agnieszka Lingas-Łoniewska


Najnowsza powieść Jolanty Kosowskiej ma w sobie wiele ciepła. To nastrojowa opowieść, która daje nadzieję na szczęście. A wszystko to w przepięknej scenerii Chorwacji. Polecam!
Agnieszka Janiszewska

Piękna, pełna uczuć opowieść, niosąca nadzieję na bożonarodzeniowy cud miłości.
Kamila Mitek

Czy tuż przed Świętami warto rzucić wszystko i wyjechać do Chorwacji? Na pewno, gdy w grę wchodzi prawdziwa, przez lata pielęgnowana przyjaźń. Polecam tę ciepłą, świąteczną opowieść!
Danuta Chlupová


Jolanta Kosowska

Urodzona na Opolszczyźnie, większość życia związana z Wrocławiem, Opolem i Sobótką, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych w Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od kilkunastu lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Jest autorką dwunastu powieści obyczajowych.

https://www.facebook.com/Jolanta.Kosowska.Autor
https://www.facebook.com/groups Szuflada Jolanty Kosowskiej

www.jolantakosowska.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 20 min

Lektor: Michał Klawiter

Oceny
4,4 (230 ocen)
140
49
30
10
1
Sortuj według:
Niunia81

Całkiem niezła

Spodziewałam się kolejnej ckliwej historii świątecznej a dostałam taką dawkę emocji, że jeszcze rozmyślam ... Dziękuję za zakończenie i za cały pakiet wzruszeń, rozczarowań i huśtawkę nastroju...
00
Marti1957

Dobrze spędzony czas

Dobra książka o miłości, przyjaźni.Wspaniale opisy Chorwacji, aż się chce to wszystko zobaczyć
00
KlaudaEm

Całkiem niezła

Książka trochę takie flaki z olejem. Czułam się jakby rozdziały były naciągane tylko po to , żeby przedłużyć książkę. przewidywalna i odrobinę nudna. Do przeczytania , w leniwe wieczory, ale szału nie ma.
00
Barbm1957

Dobrze spędzony czas

Bardzo sympatyczna książka, czyta się jednym tchem , piękne opisy pozwalają poczuć urok Chorwacji
00
EmiPegow

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia. słuchałby mi się z wielkim zaciekawieniem
00

Popularność




Życie to mniej lub bardziej świadome wybory i ich konsekwencje.

Powieść dedykuję mojej córce Marcie, od której dostałam kiedyś Księgę szczęścia.

Poczatek grudnia

Maria

Weszłam do domu i odruchowo rzuciłam wzrokiem na stolik w przedpokoju. Nadal leżały na nim tylko trzy koperty.

– Zosiu, wyjmowałaś dzisiaj pocztę? – zapytałam córkę.

– Niczego nie było w skrzynce – odkrzyknęła, wychylając głowę ze swojego pokoju. Jej głos mieszał się z głośnymi dźwiękami muzyki. – Mogę iść z Magdą do kina?

– Możesz – odpowiedziałam odruchowo.

– Lekcje odrobiłam, byłam na spacerze z psem, zjadłam już obiad – meldowała pośpiesznie. – Zadzwonię do taty, kiedy będę wsiadała do autobusu w centrum. Chcę, żeby wyszedł po mnie na przystanek. Powiedz mu, że będę około dziesiątej – mówiła szybciej, niż zdążyłam ją o cokolwiek zapytać.

Pośpiesznie naciągnęła na siebie kurtkę, jakby w obawie, że się rozmyślę. Cmoknęła mnie w policzek, wybiegła z domu. Widziałam, jak idzie szybkim krokiem ścieżką prowadzącą w kierunku furtki. Poprawiała czapkę na głowie i wkładała rękawiczki. Parę dni temu spadł pierwszy śnieg. Drzewa w ogrodzie były otulone białym puchem, który skrzył się w promieniach słońca. Gdzieniegdzie z gałęzi zwisały długie sople. Popołudniowe słońce rzucało niebieskie cienie. Było cudowne grudniowe popołudnie. Takie, jakie lubię najbardziej. Odprowadzałam Zosię wzrokiem. Przy furtce odwróciła się i pomachała mi ręką. Przesłała buziaka. Już po chwili zniknęła za zakrętem naszej ulicy. Spojrzałam jeszcze raz na leżące w przedpokoju koperty.

Coś nie gra – pomyślałam. Już od piętnastu lat piszemy do siebie listy bożonarodzeniowe. Wszystkie przychodzą na początku grudnia. Otwieramy je w dzień Wigilii. To taka nasza tradycja – moja, Aśki, Leny, Rafała i Tomka. Kiedyś chodziliśmy do jednej klasy w ogólniaku. Po maturze tworzyliśmy zgraną paczkę, chociaż studiowaliśmy na różnych kierunkach. Ja studiowałam matematykę na uniwerku, Joanna psychologię, Lena anglistykę i dziennikarstwo, Rafał medycynę, a Tomek weterynarię. Byliśmy wtedy nierozłączni, chociaż bardzo się różniliśmy. Poważna i odpowiedzialna Joanna, pełna szalonych pomysłów i wiecznie roześmiana Lena, spontaniczny Rafał, poważny Tomek i ja, patrząca na świat z ogromną rezerwą i dystansem. Tańczyliśmy w klubach studenckich, przesiadywaliśmy w pubach, jeździliśmy na nartach, żeglowaliśmy na Mazurach, przewędrowaliśmy z plecakami Bieszczady, grywaliśmy w tenisa, jeździliśmy konno, przegadaliśmy niejedną noc, wypiliśmy razem niejedno piwo. Nasza przyjaźń przetrwała wszystko – odwołany ślub Leny i Rafała, nieszczęśliwą miłość Tomka do Joanny, naszych partnerów, narzeczonych, mężów i żony, przyjście na świat naszych dzieci, przeprowadzki i wyjazdy. Czas płynął, lata mijały, w życiu każdego z nas zmieniało się wiele, ale przyjaźń nadal trwała. Nie rozdzieliły nas czas ani odległość. Czasami spędzaliśmy ze sobą parę dni naszych wakacji. Za każdym razem u kogoś innego. Kiedyś byliśmy u Leny i Davora w Chorwacji. Potem wszyscy przyjechali do mnie do Sobótki i od Ślęży zaczęliśmy zdobywać szczyty Korony Polski. Rok później spędziliśmy tydzień u Joanny w Dreźnie. Szalone wędrówki po Szwajcarii Saksońskiej, wieczory na drezdeńskiej starówce, wyprawy rowerowe wzdłuż brzegów Łaby, podróż parostatkiem, długie wieczorne rozmowy. Kiedyś pojechaliśmy na trzy dni do Rafała. Zauroczył nas i zaczarował Kraków. Z biegiem lat jeszcze bardziej brakowało nam na wszystko czasu. Dom, rodzina, praca, nowe plany, cele i marzenia. W tym roku wiosną Asia, Tomek i Rafał spędzili kilka dni u Leny w Zadarze. Na co dzień nie mieliśmy czasu na kontakt. Czasem wieczorem posurfowałam po Internecie, zajrzałam na Facebooka, polubiłam parę ich fotek, gdzieniegdzie wpisałam komentarz. Co roku pisaliśmy do siebie listy bożonarodzeniowe, a w nich umieszczaliśmy wszystko, co było ważne w naszym życiu i co wydarzyło się w mijającym roku. Zbliżały się święta, a nadeszły tylko trzy listy. Brakowało listu od Leny. Z dnia na dzień niepokoiło mnie to coraz bardziej. Wybrałam numer Aśki.

– Coś się stało? – zapytała przerażona, słysząc mój głos w telefonie.

– Mam nadzieję, że nic – powiedziałam pośpiesznie. – Chciałam pogadać.

– Zadzwonię później – wyszeptała Aśka. – Pracuję. Właśnie jestem u klientki. Nie mogę rozmawiać.

– Powiedz tylko, czy dostałaś list od Leny?

– Nie – odpowiedziała pośpiesznie. – Wszystkie inne już doszły…

Rozłączyłam się. Aśka kilkanaście lat temu wyjechała do Drezna. Do psychologii dorobiła sobie studia podyplomowe z psychosomatyki i psychoterapii. Krótko popracowała jako psychoterapeutka, ale leczenie depresji, zaburzeń zachowania, ataków paniki i stanów lękowych zaczęło ją z czasem za bardzo przygnębiać, wdzierało się siłą w jej prywatne życie i odciskało ślad na teraźniejszości. Jakiś czas temu wpadła na pomysł, jak zmienić swoje zawodowe życie. Założyła firmę, która zajmuje się kreowaniem postaci. Znalazła sobie niszę na rynku, została projektantką ludzkich osobowości. Szokującą, prowokującą, bulwersującą i kontrowersyjną. Uczyła zachowań, które miały podkreślać osobowość, wyróżniać z tłumu, pozwalać piąć się po szczeblach zawodowej kariery, zapadać w pamięć. Uczyła postaw, które dookreślały ludzi i zmieniały ludzką naturę. W jej gabinecie psychoterapii rodzili się bezwzględni ludzie sukcesu. Do stylu zachowania umiała dopasować szczegóły. Wszystko musiało tworzyć jedną, niczym niezłamaną, niebudzącą żadnych wątpliwości doskonałą całość. Żadnych dwudźwięków, niedopowiedzeń i złudzeń. Fryzura musiała dokładnie pasować do żakietu, butów i przemyślanych dodatków, a to wszystko do nowej, wymodelowanej i stworzonej zależnie od oczekiwań klienta natury. Kiedyś poprosiłam ją o radę. Chciałam wiedzieć, co powinnam zmienić w sobie, żebym mogła lepiej panować nad uczniami w czasie lekcji.

– Młodzież wchodzi mi na głowę, śmieje się za moimi plecami, opowiada niestworzone historie, bazując na mojej łatwowierności, wykorzystuje moje dobre serce… – wyrzuciłam z siebie jednym tchem wszystko, co mnie bolało.

Myślałam, że mnie pocieszy i uspokoi. Powiedziała coś zupełnie innego.

– Dużo trzeba zmienić – stwierdziła chłodnym głosem. – Jako przyjaciółka jesteś cudowna – dodała, jakby to stwierdzenie miało osłodzić całą resztę, którą chciała dopowiedzieć potem. – Ale nie można przyjaźnić się z całym światem. Świat na to nie zasługuje i tego nie docenia. Ludzie często zachowują się gorzej od zwierząt. Atakują, niszczą i wykorzystują słabszych. Nie możesz być słaba. To tak, jakbyś sama chciała, żeby ktoś ci dokopał. Jako nauczycielka jesteś za miękka, za łagodna, zbyt wrażliwa, rozmazana i rozciapana, po prostu nijaka – powiedziała jednym tchem.

– Aż tak źle? – zapytałam zaskoczona.

– Źle, każdy może wdeptać cię w glebę i zniszczyć. Byle małolata uważa się za lepszą od ciebie. Nie możesz chodzić do szkoły w dżinsach i niemodnym, wypłowiałym sweterku. Nie możesz mieć na głowie staromodnej trwałej ondulacji, której nie zdążyłaś okiełznać i wygląda jak wielkie ptasie gniazdo. Nie możesz mieć pomadki do ust na zębach… – wyliczała bezlitośnie. – Jesteś z tym wszystkim bardzo kochana, ale nie dla nich. Dla nich jesteś zaniedbaną czterdziestolatką, którą mogą bezkarnie niszczyć. Jesteś powodem do kpin i żartów. Nie jesteś nikim ważnym, nikim, z kim powinni się liczyć, nikim, kogo powinni szanować – wyliczała bezlitośnie. – To nie ta młodzież i nie te czasy. Musisz trzymać ich na dystans, nie pozwolić im zbliżyć się do siebie, wysokim murem oddzielić ich od swojej prywatności. Musisz być wyniosła w sposobie bycia, staranna i elegancka w ubiorze. Powinnaś mieć do nich dystans, nauczyć się ukrywać emocje. Musisz im pokazać, że wykształcenie przełożyło się na twoje życie. Jesteś kimś, wzorem, do którego powinni dążyć.

W pierwszej chwili poczułam się urażona. Ukłuło mnie to i zabolało. Miałam ochotę się rozłączyć. Czułam łzy pod powiekami. Nigdy nikt dotąd tak mnie nie podsumował. Zrobiła to moja przyjaciółka Joanna.

– Wiem, że prawda w oczy kole – dotarły do mnie słowa Asi. – Ludzie płacą mi słone pieniądze nie za kłamstwa o sobie, tylko za późniejszy sukces. W mojej pracy nie chodzi o to, żeby klienta głaskać po głowie i mówić, że jest cudowny. Tak było w poprzedniej. Teraz nie rozczulam się nad nikim. Cel jest jeden – sukces i tylko ten sukces powinien się liczyć.

Spróbowałyśmy. Asia chciała stworzyć ze mnie pozbawioną skrupułów nauczycielkę w idealnie dopasowanym żakiecie, modnym topie i w butach na wysokich obcasach. Chciała stworzyć profesjonalistkę o jasnych poglądach, nieulegającą zbędnym emocjom i trzymającą dystans. Nie do końca jej się to udało, ale i tak dokonała rzeczy niesamowitej. Potrafiłam zapanować nad klasą i nie pozwalałam sobą manipulować. Nie słyszałam już śmiechów za plecami ani niestosownych uwag. Moim uczniom ta zmiana też wyszła na dobre, zaczęli bardziej przykładać się do matematyki.

– Jest nieźle – mówiła Joanna. – Musi być jeszcze lepiej. Młodzież nie potrzebuje głaszczących po głowie nauczycieli, potrzebuje godnych naśladowania wzorców i autorytetów. Nie malkontentów i nieudaczników, a ludzi sukcesu.

Aśka twierdziła, że to, co osiągnęłam, to stanowczo za mało, że przede mną jeszcze sporo pracy, bo inaczej będę należała do nielicznej grupy niereformowalnych klientów, którzy przeszli przez jej gabinet, pozostawiając po sobie uczucie porażki. Myślę, że słowa były tylko słowami, a Joanna tak naprawdę cieszyła się z tego, że i tak sporo udało nam się wspólnie osiągnąć.

Aśka w swojej pracy jest niesamowita. Pomaga zmieniać ludziom ich wizerunek, tworzy ich na nowo, zgodnie z ich marzeniami, planami, celami i wyobrażeniami. Realizuje się w tej pracy, a przy okazji zarabia niezłe pieniądze. Sama też się trochę zmieniła. Stała się przebojowa, przedsiębiorcza i zaradna. Ubiera się też zupełnie inaczej niż kiedyś. Jest zmysłowa, delikatna, czarująca i wabiąca. Takie niespójne połączenie zawodowego twardego profesjonalizmu ze słodyczą i delikatnością bezradnej kobiety. Układanie własnego prywatnego życia nie za bardzo jej wychodzi, bo jedna nowa znajomość goni następną, a rozstanie goni za rozstaniem. Aśka twierdzi, że szuka ideału, zaś chaos w jej prywatnym życiu nie ma wpływu na pracę zawodową, bo w końcu nie ma układać swojego życia, lecz życie swoich klientów. Układanie i wygładzanie życia innych wychodziło jej bardzo dobrze. Moje rozmyślania przerwał dźwięk nadchodzącej wiadomości.

Aśka:

Też martwię się brakiem listu od Leny.

Postanowiłam zadzwonić do Tomka. On też musiał być jeszcze w pracy, bo w tle słyszałam ryk krowy i beczenie owiec.

– Czy doszedł do ciebie list od Leny? – zapytałam.

– Co mówisz? – starał się przekrzyczeć głośne dźwięki.

– Czy masz już wszystkie listy bożonarodzeniowe?

– Nie. Nie ma jeszcze od Leny – odpowiedział. – Czy coś się stało? – zapytał z niepokojem w głosie.

– Nie wiem, ale to dziwne.

– Może poczta zaszwankowała – powiedział niepewnie.

– Wątpię, przecież Lena zawsze wysyła priorytetem listy polecone.

Nie dało się porozmawiać. Ryk krowy zagłuszał wszystko. Tomek coś burknął, że odbiera poród cielaka i że szykuje się do cesarskiego cięcia. Rozłączyłam się. Tomek po studiach wyjechał z Wrocławia. Ożenił się z Anią, koleżanką z roku. Kupili dom na Podkarpaciu. Był w nie najlepszym stanie i sporo czasu minęło, zanim mogli w nim zamieszkać, ale dla nich ważniejsze od tego domu było obejście. Do realizacji swoich marzeń i planów potrzebowali obory, stodoły, stajni i pastwiska. Z czasem powstało gospodarstwo agroturystyczne połączone z lecznicą dla zwierząt. Kiedyś spędziliśmy tam nasze krótkie wakacje. Były niesamowite. Jakby czas nagle zwolnił, problemy dnia codziennego się oddaliły, a my wszyscy przestaliśmy się śpieszyć. Poranki z pianiem koguta, mleko prosto od krowy, twaróg robiony w domu, dwa przyjazne psy biegające po podwórku, kot Maciek, koza Zuzia, konne wycieczki, piesze wędrówki, wieczory na wiejskim ganku, ogniska i uśmiechnięty Tomek. Dzisiaj Tomek był poważy. Myślę, że i jemu brak listu od Leny wydał się czymś dziwnym.

Wszystkim nam od paru lat Lenka leżała na sercu. Każdy z nas martwił się o nią po swojemu. Przed pięcioma laty w wypadku samochodowym zginął jej mąż. Jakiś pijany kierowca wyjechał nagle z bocznej drogi. Davor odruchowo odbił kierownicą. Samochód uderzył w przydrożne drzewo. Żył jeszcze, kiedy nadjechała karetka pogotowia. Umarł w drodze do szpitala w Dubrowniku. Lenka została sama z córką. Mila miała wtedy dziewięć lat. Lena postanowiła zostać w Chorwacji. Twierdziła, że dla Mili Chorwacja jest bliska sercu, że tam dziewczynce będzie łatwiej i lepiej. Tam ma znajomych, przyjaciół, sąsiadów i dom, w którym czuje się bezpiecznie. Nagle dzisiaj we mnie wszystko odżyło. Lęk, niepokój i bezradność. One były tam same. Lenka z córką mieszkają w Zadarze. Rodzice Davora daleko od nich, w Dubrowniku. Davor nie miał rodzeństwa.

Czułam, jak narasta we mnie niepokój. Od kilku tygodni nie widziałam na Facebooku żadnych nowych wpisów Mili, żadnych zdjęć, żadnych postów. Włączyłam komputer. Odnalazłam profil dziewczynki. Nic nowego. Ostatnie zdjęcia miały datę z końca września. Na żadnym z nich nie było Lenki ani Mili, tylko zachody słońca nad zatoką Kvarner. Robiły wrażenie, ale nagle wydały mi się dziwnie smutne i melancholijne. Zwykle na zdjęciach znajdowały się roześmiana Lenka z radosną Milą. Tym razem było inaczej. Przesadzam – pomyślałam. – Niepotrzebnie się napędzam. Nic się nie stało. Listy utknęły gdzieś w drodze. Ta myśl mnie nie uspokoiła. Z minuty na minutę mój niepokój zaczął przeradzać się w lęk i coraz bardziej sprecyzowany strach, że coś złego musiało stać się w Chorwacji. Wybrałam numer telefonu Lenki. Usłyszałam, że abonent jest chwilowo niedostępny i serce zabiło mi mocniej. Lęk chwycił mnie za gardło i nie chciał puścić.

Zadzwoniłam do Rafała.

– Dostałeś list od Leny? – zapytałam bez żadnego wstępu.

– Nie wiem – odpowiedział.

– Jak to nie wiesz? – spytałam zaskoczona.

– Właśnie wracam z kongresu w Pradze. Nie było mnie przez kilka dni w domu.

Nagle w telefonie rozległ się dźwięk klaksonu, a po nim kilka siarczystych przekleństw. Rafał musiał jechać samochodem. Ktoś zapewne mu wyjechał i zablokował drogę.

– Niektórzy ludzie to samobójcy – powiedział po chwili. – Warunki są fatalne. Pada śnieg, świata bożego nie widać, a kretyn wyprzedza na trzeciego… – W jego głosie czułam zdenerwowanie. – Wpadłem w poślizg. Już myślałem, że będzie po mnie, że nie uda mi się wyprowadzić – mówił wzburzonym głosem. – Dlaczego pytasz o Lenę? – zapytał po chwili.

– Nie dostałam jeszcze od niej listu. Wiem, że Joanna i Tomek też nie dostali. To trochę dziwne…

– Nie przesadzaj! – mruknął. – Może nie miała czasu napisać.

– Nie można z nią nawiązać kontaktu na WhatsAppie, a przed chwilą nie odpowiadał jej telefon… Abonent jest chwilowo niedostępny – dodałam.

– Nie napędzaj się! – przerwał mi. – Może jest czymś bardzo zajęta. Jak coś pisze, to świat dla niej nie istnieje. Myślę, że przytłoczyła ją praca – gdybał. – Ostatnio prowadzi dwa różne działy w miejscowej gazecie. Pamiętasz, opowiadałem ci o tym, kiedy wiosną wróciliśmy z Asią i Tomkiem z Chorwacji. Pisze też kolejną książkę…

– Może masz rację – powiedziałam bez przekonania. Coś dziwnego było w głosie Rafała, jakby i on zaczynał się niepokoić.

– Dam ci znać, jak dojadę do domu.

Po dwóch godzinach otrzymałam wiadomość:

Rafał:

Nie mam listu od Leny.

Rafał

Byłem znużony, zmęczony i wściekły. Parę dni bicia piany na powszechnie znane tematy, użalania się na sytuację, której zmienić nikt nie chce, sztucznych zachowań, fałszywych uśmiechów i udawanej serdeczności. Festiwal elokwencji i odgrywanej kurtuazji. Tytułomania, która wychodzi mi już bokiem. Sponsorowane kolacje i wystawy farmaceutyczne nastawione na pozyskanie nowych klientów. Wszechobecny i rządzący wszystkim pieniądz, o wiele ważniejszy od dobra ogólnego i dobra pacjentów. Pojechałem, bo nie miałem wyjścia. Szef uparł się, że to może nam pomóc w pozyskaniu nowych środków na badania.

– Ty zupełnie nie masz ekonomicznego wyczucia – pouczał mnie przed wyjazdem. – Wszystko opiera się na zgodności interesów. Poprzesz projekty trzech innych, to i oni poprą nasze. Bez dodatkowego finansowania z Unii legną w gruzach wszystkie nasze plany. Uczelnia, bez udziału w dużych, międzynarodowych badaniach i projektach, zacznie tracić na znaczeniu. Przez te swoje sztywne zasady dokopiesz naszej uczelni, naszym studentom, pacjentom i na końcu samemu sobie.

Uśmiechałem się, wygłaszałem nadęte farmazony, popierałem zupełnie niezrozumiałe projekty i marzyłem o szybkim powrocie do domu. Już dawno podjąłem decyzję, że odchodzę. Przestała pociągać mnie kariera naukowa, męczyła mnie już praca na uczelni, nie lubię tej hierarchii, nie należę do snobów, nie mam wygórowanego poczucia własnej wartości i lubię ludzi. Nie pasuję. Nie ma po co dalej się męczyć. Życie jest stanowczo za krótkie, żeby robić rzeczy, których się nie lubi, popełniać w kółko te same błędy i z pochyloną głową słuchać głupszych od siebie. Ostateczną decyzję podjąłem w Pradze. Poszedłem na spacer po starówce. Zatrzymałem się na chwilę na moście Karola, patrzyłem na przycumowane przy brzegach łodzie, pojedyncze kry płynące po Wełtawie i otulone mgłą Hradczany. Mój szef zadzwonił do mnie, nie rozumiejąc, dlaczego spaceruję po mieście, zamiast zdobywać nowe kontakty i nawiązywać nowe znajomości, które mogą w przyszłości okazać się bardzo ważne, przekuć się na sukces i na pieniądze.

– Dwie godziny temu skończyły się dzisiejsze obrady – poinformowałem go. – Do jutra mam czas wolny.

– To żaden czas wolny – warczał przez telefon. – Spotykaj się z innymi! Jedz z nimi kolacje! Poznawaj nowe osoby! Buduj kontakty, które w przyszłości będzie można wykorzystać! Integruj się! Niczego ci nie ubędzie, kiedy pouśmiechasz się do innych i wypijesz z nimi trochę alkoholu.

– Na razie spaceruję po moście Karola – powiedziałem. – I jest mi z tym dobrze – dodałem po chwili. – Wieczorem zupełnie prywatnie spotykam się z dawnym znajomym. Dzisiejsze popołudnie i wieczór mam już zaplanowane. Jutro pójdę na obrady kończące kongres.

Rozłączyłem się. Przystanąłem na chwilę przy młodym mężczyźnie grającym na gitarze. Raz po raz brzęczały monety wrzucane do stojącej pod jego nogami puszki. Trochę dalej jakiś facet malował na oczach przechodniów widok na pokryte śniegiem Hradczany. Obok niego młoda dziewczyna rozstawiła sztalugi i rysowała węglem portrety. Grupka ludzi skupiła się przy niej. Dołączyłem do nich. Za jej placami, po balustradzie mostu spacerowały gołębie. Nagle wzbiły się do lotu, zakrążyły nad wodami Wełtawy. Kilka metrów dalej kuliły się mewy. Nagle i mi zrobiło się chłodniej. W małym zakolu rzeki dostojnie pływały dziesiątki łabędzi.

Czas zwolnił. Moje myśli też zaczęły płynąć wolniej i spokojniej. Widziałem rzeczy, których nie zauważałem już od dawna. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak odpoczywałem. Od wielu już lat, niezależnie od tego, co robiłem, myślami byłem cały czas przy pracy na uczelni. Nagle tego popołudnia było inaczej. Chłonąłem całym sobą atmosferę grudniowej Pragi. Obok mnie przeszła jakaś para trzymająca się za ręce. Młodzi ludzie byli uśmiechnięci, radośni, wyglądali na zakochanych. Coś ukłuło mnie w środku. Może zazdrość. Chłopak był wyższy od dziewczyny o pół głowy. Miał jasne włosy. Ona była drobną brunetką. Przystanęli kilka metrów ode mnie. Chłopak objął dziewczynę. Ona wtuliła się w niego. Pochylił ku niej głowę. Ona coś szepnęła mu na ucho. Uśmiech przebiegł po jego twarzy. Już po chwili zaczęli się całować. Potem ruszyli objęci w kierunku ulicy pnącej się ku zamkowemu wzgórzu. Pozazdrościłem im tego ciepła.

Moje życie od pewnego czasu pozbawione było emocji. Taki emocjonalny constans na poziomie zero. Wiosną tego roku przez chwilę wyglądało to inaczej, ale owa chwila okazała się bardzo krótka. Od rozwodu z Moniką nie przeżywałem żadnych wzlotów i upadków. Zresztą wcześniej też ich nie było. Wiodłem życie wyprane z emocji. Nudne, ale bezpieczne. Kilkanaście lat temu byłem szczęśliwy i zakochany w Lence. Potem wszystko zepsułem. Nie udało się już tego naprawić. Kiedy patrzyłem na tamtych młodych, myślałem o mnie i o Lenie. Nagle zacząłem za nią tęsknić. Wiedziałem, że nie mam prawa do tej tęsknoty, ale nie mogłem się od niej uwolnić. Tamta dziewczyna przypominała Lenę sprzed lat. Lenka też była drobna i krucha, miała ciemne, opadające na ramiona włosy i oczy, które w promieniach słońca i w blasku świec wydawały się szmaragdowe. Zwykle uśmiech błąkał się po jej twarzy.

Wróciłem do hotelu. Stary bombardował mnie wiadomościami i wydawał polecania, a ja od dawna nie czułem się tak dobrze, jak tego popołudnia. Jakby pękło coś, co mnie od lat ograniczało i więziło. Następnego dnia rano wysłałem faksem wypowiedzenie. Poprosiłem o zaległy urlop. Postanowiłem, że trochę odczekam, nim zacznę szukać innego zajęcia. Muszę przemyśleć, co chciałbym w życiu robić. Na razie wiedziałem tylko, czego nie chcę. Od kilku lat nie byłem na normalnym urlopie. Moje wakacje ograniczały się do krótkich wypadów. Oszalałbym, gdyby nie te wyjazdy. Wysłałem faks i poczułem się wolny, po raz pierwszy od ukończenia studiów, po raz pierwszy, odkąd zacząłem pracować na uczelni. Jechałem, słuchałem radia, wtórowałem ulubionemu wokaliście i nagle w ten mój dobry nastrój wdarł się dzwonek telefonu; zwykle jeżdżę z włączonym Bluetoothem. W pierwszej chwili serce podskoczyło mi do gardła, a dobry humor prysł jak bańka mydlana. Dzwoniła Maria. Pomyślałem, że coś złego musiało stać się komuś z naszej paczki. Ona zwykle do mnie nie dzwoni. Serce zabiło mi mocnej. Odebrałem. Zaskoczyło mnie pytanie Marii, czy dostałem już list od Leny. Nie wiedziałem, kilka dni nie było mnie w domu.

Ostatni raz sprawdzałem pocztę przed wyjazdem do Pragi. Niedawno przyszły listy od Marysi, Asi i Tomka. Starym zwyczajem położyłem je w pokoju na parapecie, obok łuku adwentowego i stroika bożonarodzeniowego, który został mi po mojej byłej żonie. Listy zawsze tam czekały na święta. Święta spędzałem sam. Odkąd rozwiodłem się z Moniką, nie było nikogo, z kim chciałbym je spędzać. Rok temu pojechałem w Dolomity na narty. Pomysł tylko pozornie był genialny, bo kiedy przy wigilijnym stole wszyscy składali sobie życzenia, poczułem się bardziej samotny niż zwykle. W tym roku postanowiłem zostać w domu. Czytanie listów od przyjaciół było swoistym misterium dodającym moim świętom trochę ciepła i blasku.

– Jak to nie wiesz? – wyrwał mnie z zamyślenia głos Marii.

Jakiś idiota, jadący od pewnego czasu tuż za mną, zaczął mnie wyprzedzać, nie zauważywszy, że z przeciwka jedzie samochód. Uderzyłem ręką w klakson. Głośny dźwięk rozdarł powietrze.

– Niech cię szlag trafi, kanalio! – zakląłem pod nosem.

Odruchowo skręciłem w bok. Noga automatycznie nacisnęła hamulec. Koła zjechały na zamarznięte pobocze jezdni. Na chwilę straciłem panowanie nad samochodem. Wpadłem w poślizg. Przez moment miałem przed oczami szybko zbliżającą się barierkę, ograniczającą na ostrym zakręcie brzeg jezdni od spadającego ostro w dół, pokrytego śniegiem stoku. Przez moment poczułem serce w gardle. Włączył się ABS. Dobrze, że mój samochód ma napęd na cztery koła. Skontrowałem. Po chwili samochód jechał już po jezdni. Odetchnąłem z ulgą. Serce nadal biło mi jak szalone i coś dusiło mnie w gardle.

– Pierniczony dupek! – burknąłem pod nosem.

Nagle uświadomiłem sobie, że Maria się nie rozłączyła. Zapewne słyszała moje wcześniejsze przekleństwa. Ona jest nauczycielką. W słowie nauczycielka mieszczą się wszystkie jej wady i zalety. Pamiętam, jak podczas któregoś z naszych wyjazdów próbowała mi uzmysłowić, że przekleństwa należą do każdego języka, są jego ważną częścią, a od kultury człowieka zależy, jak będą stosowane. Czy będą wulgaryzmami same w sobie, czy będą elementem ekspresji językowej. Tym razem byłem chyba usprawiedliwiony. W każdym razie nie walnąłem nikogo pięścią.

– Jak to nie wiesz? – wyrwał mnie z zmyślenia głos Marii.

Była bardzo zdenerwowana brakiem listu od Leny. Próbowałem ją uspokoić. W pewnej chwili pomyślałem, że próbuję uspokoić samego siebie…

Brak listu bożonarodzeniowego od Leny i mnie wydał się czymś zaskakującym, niepokojącym i dziwnym. Czułem, jak przyśpiesza mi serce i coś chwyta mnie za gardło. Dopadł mnie lęk, który błyskawicznie przerodził się w paraliżujący strach. Nie mogłem uwolnić się od myśli, że coś stało się Lenie.

– Dam ci znać, jak dojadę do domu – powiedziałem na koniec naszej rozmowy.

Dobry nastrój zniknął. Wyłączyłem radio, bo nagle zaczęło mnie denerwować. Myślałem już tylko to tym, co powiedziała Maria. Chciałem jak najszybciej dojechać do domu i sprawdzić pocztę.

W skrzynce nie czekał na mnie list od Leny. Poza paroma rachunkami i dziesiątkami reklam nie było tam niczego. Wszedłem do mieszkania i poczułem się dziwnie zmęczony. Włączyłem cicho muzykę, nastawiłem ekspres do kawy. Już po chwili zapach świeżo zmielonych ziaren zaczął rozchodzić się po domu. Zasłoniłem okna, przyciemniłem światło, usiadłem w fotelu. Musiałem na chwilę zasnąć, bo zdążyła przyśnić mi się Lena – taka jak kilkanaście lat temu, kiedy jeszcze byliśmy razem.

***

Każdego dnia sprawdzałem skrzynkę pocztową. Listu od Leny nie było. Joanna, Maria i Tomek też nie otrzymali listów. Lenka nie odpowiadała na wiadomości na WhatsAppie, nie odbierała telefonów.

– Zajrzałam na profil prywatny Mili na Facebooku. Sprawdziłam też jej fanpage – poinformowała mnie parę dni temu Maria. – Na jej stronie piosenkarskiej jest sporo filmów, zdjęć z koncertów i klipów reklamowych. Mnóstwo polubień i mnóstwo komentarzy. Mila jeździ, śpiewa, koncertuje…

– Znalazłaś coś na jej prywatnym profilu? – przerwałem jej.

Ten drugi profil, związany z piosenkarstwem, sprawdziłem już parę dni temu. Zapowiedzi koncertów, reportaże z występów, filmiki i zdjęcia. Nic prywatnego.

– Znalazłam – odpowiedziała Maria. – Mila wrzuciła dwa dni temu zdjęcia z Zadaru. Całe miasto w śniegu.

Szybko włączyłem Facebooka i już po chwili patrzyłem na niesamowite fotografie. Promenada i Organy Morskie przykryte białym puchem. Ruiny starożytnego forum otulone czapami śniegu. Cyprysowa aleja pokryta przez szadź wyglądała jak polukrowana. Markizy przed ulubioną włoską restauracją Lenki uginały się pod ciężarem białego puchu, a zwisające z nich sople lodu prawie dotykały chodnika.

– Mila napisała, że to rzadkość, że ona drugi raz w swoim życiu widzi taką zimę w Zadarze. Myślę, że u nich wszystko jest dobrze, że zupełnie niepotrzebnie się denerwujemy. Nie robiłaby zdjęć, gdyby działo się coś złego – uspokajała mnie Maria. – Polubiłam jej zdjęcia. Napisałam, że u nas też śnieżna zima. Ona też polubiła mój komentarz i na tym się skończyło. Myślę, że Lenka nie miała czasu na pisanie do nas.

Nie przekonało mnie to. Położyłem się spać i długo nie mogłem zasnąć. Dręczył mnie brak tego listu. Wróciło mnóstwo wspomnień. Z dnia na dzień narastał niepokój. Nie mogłem przestać o tym myśleć. Nie potrafiłem uwolnić się od lęku. Tamtego dnia przyśnił mi się prawdziwy koszmar. Obudziłem się przerażony w środku nocy. Usiadłem na łóżku zlany potem. Miałem wrażenie, że obudził mnie mój własny krzyk. W pokoju panowała ciemność.

Od mojego powrotu z Pragi Lenka nawiedzała mnie w snach. Te sny były dziwne. Budziły tęsknotę, rozpacz, niepokój, strach i ból. Tym razem śniło mi się, że Lena idzie plażą. Niebo było błękitne. Złociste słoneczne promienie igrały na lekko zmarszczonej powierzchni wody. Nagle, nie wiadomo skąd, zerwał się silny, porywisty wiatr. Delikatną, orzeźwiającą morską bryzę zastąpiły ostre, przeszywające chłodem podmuchy. To nie była kamienista plaża w Chorwacji, tylko plaża nad Bałtykiem. Szeroka, piaszczysta i dzika, z korzeniami drzew wyrzuconymi przez morze, pasmami wysuszonych przez wiatr wodorostów, z koroną sosen wznoszących się ponad wysokimi wydmami.

Lena szła brzegiem morza. Raz po raz pochylała się, żeby podnieść muszle. Morze wzburzyło się w okamgnieniu, a na szczytach fal pojawiły się białe grzywy. Tych białych grzyw było coraz więcej. Woda przelewała się z narastającym hukiem, znaczyła na mokrym piachu coraz większe kręgi. W powietrzu unosiły się tysiące drobin morskiej wody. Zrobiło się wilgotniej i chłodniej. Morskie ptactwo, przerażone zbliżającą się nawałnicą, wzbiło się w powietrze z przeraźliwym krzykiem i poszybowało w kierunku wznoszącej się ponad wydmami ściany lasu. Lena stanęła. Rozejrzała się dookoła.

Błękit nieba gdzieś zniknął. Zastąpiła go zimna szarość, za którą ukryło się słońce. Lenka przyśpieszyła kroku. Tuż nad linią horyzontu pojawiły się pierwsze ciemne, burzowe chmury. Wyglądały jak rozdęte przez wiatr żagle potężnych trójmasztowców. Na chwilę błysnęło słońce, znacząc złoty rąbek wokół chmur, które pędzone wiatrem, zbliżały się w szybkim tempie, rosły w oczach, ciemniały coraz bardziej, były ciemnostalowe, prawie czarne. Stały się olbrzymie, rozpełzły po całym niebie.

Nagle zrobiło się zimno i ciemno. Mrok raz po raz rozjaśniało światło błyskawic. Przeciągły odgłos grzmotów wzbił się ponad ryk rozwścieczonych wiatrem fal. Na plaży, jak okiem sięgnąć, nie widziałem nikogo poza Lenką. Była sama, a w jej kierunku pędziła nawałnica. Rozglądała się coraz bardziej niepewnie, szła coraz szybciej. Czarne chmury zdołały już pokryć całe niebo. Wydawało się, że wiszą tuż nad plażą. Na piasku pojawiły się ślady pierwszych kropli. Po chwili z nieba lunęła ściana deszczu. Szum kropel wody zlał się z rykiem fal w jeden przeciągły huk.

Dziewczyna zaczęła biec. Widziałem wyraźnie ciemne, opadające na ramiona, ociekające wodą włosy, pociemniałą od deszczu sukienkę, biodra opięte mokrą tkaniną, smukłe uda, bose stopy, piasek wyrzucany spod biegnących stóp… Lenka biegła, potykając się co chwilę. Błyskawice uderzały w powierzchnię wody, pomruk grzmotów zlał się w jeden przeciągły i niekończący się huk. Lenka zahaczyła nogą o wyrzucony przez morze konar i upadła. Nawałnica się nasilała. Morze zabierało coraz więcej plaży, fale wdzierały się coraz głębiej w ląd. Tylko wąski rąbek piachu oddzielał morze od wydm, które w tym miejscu pięły się stromo ku górze.

Lenka podniosła się i ruszyła w ich kierunku. Była już bardzo blisko. Widziałem zarumienione z wysiłku policzki, falującą szybkim oddechem pierś, krople deszczu spływające po twarzy, rozchylone usta… Wszystko było tak znajome i bliskie. Moje usta pamiętały jej usta, moje dłonie znały gładkość jej ud, moje ciało pamiętało ciepło jej ciała. Pamiętałem ton jej głosu, zapach jej perfum, jej szepty, śmiech, pomruki rozkoszy… Pamiętałem wszystko. Biegłem za nią. Chciałem ją dogonić, chwycić w ramiona, przytulić jak kiedyś. Narzucić na nią swoją kurtkę, ochronić przed deszczem i nawałnicą. Zabrać ją w bezpieczne miejsce.

– Lena! – krzyknąłem. – Lenka, poczekaj!

Spojrzała w moją stronę. Po jej twarzy przebiegł dziwny grymas. Jak wtedy, kiedy ją zawiodłem, kiedy nagle przestałem dla niej istnieć.

– Dam sobie radę. Lepiej poradzę sobie bez ciebie niż z tobą – padły słowa, które prześladują mnie już od lat. – Ty nie jesteś tamtym Rafałem. Rafał, którego kiedyś kochałam, nigdy nie istniał. Stworzyła go moja wyobraźnia. Ty jesteś zupełnie innym facetem, kimś obcym.

Odwróciła się ode mnie. Pobiegła dalej. Oddalała się ode mnie coraz szybciej.

– Lena! – krzyknąłem.

Wołałem ją, ale mój krzyk zagłuszał dudniący odgłos grzmotów i huk wzburzonych fal. Widziałem, jak zbliża się do wydm, jak wspina się po nich, jak osiąga linię pierwszych, pokrzywionych przez wiatry sosen.

Obudziłem się z krzykiem na ustach. Ten krzyk to było jej imię.

– Lena!

Odbiło się od ścian sypialni i wróciło wzmocnione echem. Moje zmysły się jeszcze nie rozbudziły, bo przecież w tym pokoju nigdy nie było echa. Zapewne sen mieszał się z rzeczywistością, a mój krzyk odbił się od ściany lasu wznoszącego się ponad wydmami.

– Lenka! – krzyknąłem raz jeszcze. – Lenka, poczekaj!

Zniknął sen i za ścianą drzew zniknęła Lena. Bzdury! – pomyślałem. – To tylko sen. Lence na pewno nic nie grozi. To tylko moja podświadomość raz po raz płata mi figle. Czułem lęk, żal i tęsknotę. Nie rozumiałem, dlaczego – skoro to tylko sen – coś dusi mnie w gardle, a świat dookoła wiruje. Gdzieś w głowie słyszałem pracę mojego serca. Siedziałem na łóżku i z trudem łapałem oddech. To jakieś brednie! – pomyślałem kolejny raz.

Przez wiele lat nie śniłem o Lence. Nie miałem do takich snów prawa. Kiedyś ją zawiodłem i chociaż pozostaliśmy przyjaciółmi, to z roli narzeczonego spadłem do roli faceta należącego do tej samej paczki dobrych znajomych z ogólniaka. Teraz wszystko wróciło. Zacząłem o niej śnić. Te sny były różne. Niektóre takie jak ten, przerażające i smutne. Inne przyjemne. Barwami przypominały słoneczne lato, czułem na skórze podmuchy ciepłego wiatru, słyszałem ciche dźwięki rzewnej melodii. Były łagodne, delikatne i pogodne. Snuły się jak ballada, jak wspomnienie tego, co kiedyś zdarzyło się naprawdę i nagle wracało z podświadomości.

Każdego dnia wracało coraz więcej i więcej ciepłych wspomnień. Te wspomnienia wpraszały się w moje życie. Na początku nieśmiało, a teraz coraz drapieżniej. Podporządkowały sobie moje myśli, wzbudziły dawne tęsknoty, wskrzesiły zapomniane uczucia, wywoływały burzę emocji. Lenka przychodziła do mnie we śnie każdej nocy. Nie dawała o sobie zapomnieć. Zacząłem za nią tęsknić za dnia, nie mogłem się doczekać wieczoru. Robiłem wszystko, żeby mocno się zmęczyć, położyć się wcześniej spać, zasnąć jak najszybciej, spać jak najgłębiej, śnić jak najdłużej… We śnie spotykać się z Leną. Ten dzisiejszy sen mnie przeraził. Był jak przepowiednia czegoś strasznego.

Wstałem pośpiesznie, wszedłem pod prysznic i puściłem sobie na głowę strumień chłodnej wody. Na chwilę pomogło. Oprzytomniałem, obraz biegnącej Leny rozmył się i oddalił. Nawet serce zwolniło, oddech się uspokoił, świat przestał tańczyć mi przed oczami. Kolejny raz przyszło mi na myśl, że dziwne rzeczy roją się w mojej głowie, że zachowuję się jak szalony, podporządkowując swoje życie dawnym uczuciom, tęsknotom, lękom i snom tylko dlatego, że nie przyszedł list bożonarodzeniowy od Leny. Wszystko inne nie było już ważne, przestało się liczyć.

Od tygodnia z dnia na dzień narastał we mnie niepokój, dziwne przeczucie zbliżającego się nieszczęścia. Czas przelewał się gdzieś obok, czekałem tylko na listonosza i na te sny… Z dnia na dzień coraz bardziej tęskniłem i coraz bardziej bałem się o Lenkę. Miałem wrażenie, że moje sny są przepowiednią zbliżającej się katastrofy. Nadciągający kataklizm nie miał jeszcze twarzy, lecz macki, które straszyły z daleka. Te macki zaczęły mnie oplatać coraz mocniej i mocniej, zaciskać się na rękach, nogach i tułowiu, opinać klatkę piersiową, hamować swobodny oddech, ściskać za gardło, powodować nienazwany lęk, nasilający się z każdym dniem niepokój, aż wreszcie obezwładniający strach. Strach, że coś się stało lub wkrótce stanie się Lenie.

***

Minął kolejny dzień bez listu od Leny. I znów przyśniła mi się w nocy. Biegłem za nią ulicą. Raz po raz migała mi z daleka jej sukienka. Tak już kiedyś było. Nadjechał tramwaj. Wsiadła. Dobiegłem w ostatniej chwili, kiedy tramwaj ruszał już z przystanku. Motorniczy zamknął mi drzwi przed samym nosem. Tramwaj ruszył. Wypatrywałem jej w tłumie pasażerów. Siedziała z tyłu wagonu, przy oknie. Podniosłem rękę, pomachałem. Nie zareagowała. Tak jakby mnie nie znała, jakbym był dla niej nieznajomym przechodniem. W innym śnie zobaczyłem ją na ławce w parku. Siedziała na murku oddzielającym ścieżkę od kolorowego szpaleru kwitnących rododendronów. W dłoniach trzymała otwartą książkę. We śnie usiadłem obok niej, widziałem, jak się do mnie delikatnie uśmiechnęła…

Szlag by trafił te sny! Mieszały dawne wspomnienia z rodzącym się lękiem i niepokojem. Obudziłem się i zacząłem tęsknić. Nagle pomyślałem, że znam sukienkę z mojego snu, że dokładnie ją pamiętam. Jest z jedwabiu w kolorze szmaragdowym, zdobią ją czarne wykończenia. Lenka miała ją na sobie w dniu moich urodzin, które obchodziłem, będąc wiosną z przyjaciółmi w Chorwacji. Wtedy włożyła do niej kapelusz z długą wstążką, która opadała jej na plecy.

Tamtego dnia poszliśmy całą paczką do Włochów na kolację. Jedliśmy pizzę, piliśmy wino. Wychodząc, dostaliśmy po kieliszku likieru gruszkowego. Pamiętam blask świec w oczach Lenki, cienie pełzające za jej plecami po ścianach, dziwne spojrzenie Joanny, kiedy nie mogłem oderwać wzroku od Leny. Serce biło mi szybko. Czułem się, jakby mnie ktoś zaczarował, omamił i odmienił.

– Żałujesz? – zapytała Aśka, kiedy wyszliśmy z restauracji. – Ja bym na twoim miejscu żałowała każdego dnia. Spierniczyłeś to makabrycznie! Jesteś mistrzem świata w psuciu rzeczy, które wydają się nie do zniszczenia.

Nie zdążyłem jej odpowiedzieć, bo w tej chwili zrównała się z nami Lenka.

– Pamiętacie Organy Morskie? – zapytała. – Chodźmy do nich! To już bardzo niedaleko stąd – zachęcała. – Słyszałam w restauracji, jak kelner mówił do jednego z gości, że dzisiaj są spore fale – usta się jej nie zmykały. – W takie dni słychać grę organów głośniej i wyraźniej.

Pamiętam spacer brzegiem morza i blask księżyca, kładący się smugą na ciemnych falach, rozgwieżdżone niebo i ciepłe podmuchy wiatru. Przesiedzieliśmy na schodach do rana, zagadani i zasłuchani w dźwięk organów wodnych, na których grały fale Adriatyku. Wtedy cały wieczór myślałem o słowach Joanny. Zapytała, czy żałuję, że nie jestem z Leną. Żałowałem i zapewne będę żałował do końca. Życie to ciąg mniej lub bardziej świadomie podejmowanych decyzji i ich konsekwencji. Są błędy, których nie można naprawić. Popełniłem kiedyś taki błąd i już na zawsze zostaną mi tylko wspomnienia tamtych dni, kiedy byłem szczęśliwy.

Pamiętam Lenę tańczącą w strugach ulewnego, wiosennego deszczu. Pamiętam ją w promieniach słońca, w wirujących płatkach śniegu, w blasku świec. Pamiętam ją wiosną, latem, jesienią i zimą. Pamiętam ją na górskiej hali pokrytej dywanem fioletowych krokusów, skaczącą do wody, biegającą wśród fal, zbierającą jagody, tańczącą o świcie na łące, pływającą z psem, galopującą na koniu, jedzącą poziomki… Każdego dnia pamiętam coraz więcej i więcej. Każdego dnia z zakamarków pamięci wraca coraz więcej wspomnień.

***

Kolejny dzień i kolejne rozczarowanie. Nigdy w życiu tak nie czekałem na listonosza. Zadzwoniłem do Marii.

– Przyszedł do ciebie list od Leny? – zapytałem.

– Nie przyszedł – odpowiedziała. – Wiem, że nie doszedł też do Joanny i do Tomka. Coraz bardziej się martwię – przyznała po chwili. – Dręczy mnie to. Nie wierzę, że zapomniała. Wątpię, żeby aż tak brakowało jej czasu. To nie w stylu Lenki – mówiła, każdym słowem pogłębiając mój niepokój. – Nie mogę uwolnić się od myśli, że dzieje się coś złego, a my, zamiast pomóc, czekamy bezczynnie.

Kupiłem alkohol w sklepie na rogu. Wypiłem kieliszek, potem drugi i trzeci. Wznosiłem toasty do lustra, gratulując sobie życiowej głupoty. Runąłem w ubraniu na łóżko. Opętany wspomnieniami mózg i wypity tuż przed snem alkohol przygotowały dla mnie na tę noc piekło. Przyśnił mi się kolejny koszmar.

W