Bowie w Warszawie - Dorota Masłowska - ebook + książka

Bowie w Warszawie ebook

Dorota Masłowska

3,9

Opis

Nowa książka Doroty Masłowskiej. Opowieść o wielkim, a przede wszystkim małym świecie i rozpaczliwym poszukiwaniu w nim wolności.

Trwa gierkowska dekada lat 70. David Bowie, podróżując z Moskwy do Berlina, zatrzymuje się na krótką chwilę w Warszawie. Jego na pozór niewiele znaczący pobyt w polskiej stolicy obrósł legendą jako ucieleśnienie tego, co niedoścignione i niedostępne, smuga koloru i blasku w powszechnej szarzyźnie.

Tymczasem w jednym z dusznych i ciasnych warszawskich mieszkań nie może spać plutonowy Wojciech Krętek. Wrażliwy i emocjonalny milicjant próbuje rozwikłać sprawę niejakiego Dusidamka z Mokotowa.

Siejący postrach oprawca zdaje się jednak tylko symbolem pomniejszych przemocy i opresji, których mieszkanki Warszawy doświadczają na każdym kroku od świata i siebie nawzajem.

Co łączy króla muzyki z seryjnym dusicielem? Dowiecie się w opowieści o marzeniach i niespełnieniach.

Ilustracje do książki stworzył ceniony artysta Mariusz Wilczyński, autor uhonorowanego wieloma nagrodami filmu animowanego Zabij to i wyjedź z tego miasta.

„Bezideowość. Malizna moralna. Dba się o fasadę wyidealizowaną, wycackaną, pozorną.

A im grubszą warstwę lakieru się nakłada, tym bardziej beztlenowa atmosfera robi się pod spodem, dając pożywkę prawdziwej rzeczywistości…”

(fragment książki)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 110

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (70 ocen)
27
18
20
4
1
Sortuj według:
Dzazik

Nie oderwiesz się od lektury

Skoro ebbok jest tak pięknie wydany to jak musi być wyda książka? Świetnie się to czyta, bardzo fajne rysunki, ubogacają opowieść
10
miskeit

Z braku laku…

Może to ze mną jest coś nie tak, ale od lat próbuję dać Masłowskiej szansę, ale za każdym razem muszę się rozczarować. Chyba już dam sobie spokój, tak będzie najlepiej. Po co marnować oczy…?
00
ewamalgorzatagalazka

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja
00
bartebarte

Całkiem niezła

Ciekawsza wersja zdarzeń.
00
beepbeep69

Nie polecam

xD
04

Popularność




Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Redakcja: JOANNA ZABOROWSKA
Korekta: HENRYKA SALAWA, JACEK BŁACH, EWA POLAŃSKA
Projekt okładki i stron tytułowych: KRZYSZTOF IWAŃSKI
Ilustracja na okładce i pismo odręczne: MARIUSZ WILCZYŃSKI
Opracowanie graficzne wnętrza książki: ROBERT KLEEMANN
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Nordic Style
Copyright © by Dorota Masłowska, 2022 By arrangement with Syndykat Autorów – Agencja Literacka i Scenariuszowa © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2022 Ilustracje © by Mariusz Wilczyński
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07727-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.
.
.

Lata siedemdziesiąte. Znany muzyk DAVID BOWIE wraca pociągiem z Moskwy do Berlina. Wielogodzinna podróż dłuży się.

W myślach układa nuty, frazy na nową płytę... To musi być coś wyjątkowego; coś, co zrewolucjonizuje muzykę światową.

Co z tego, gdy impas twórczy nie ustępuje. Podróż do Moskwy miała to zmienić. Gwiazdor nie czuł się jednak do końca usatysfakcjonowany swym tam pobytem. (Baletnica Masza, z którą zadzierzgnął taki sobie niby-romans, nastręczała mu się, o nic nie żywiąc urazy. Niemożliwa do spławienia, we wszystkim chciała z nim być, wszędzie mu towarzyszyć, w muzeum i w operze.

Poza tym zbyt wiele się tam piło. Pożegnalną wódkę, ostrą jak płynne żyletki, którą gulnął z Maszą na dworcu pośród jej wilgotnych, histerycznych pocałunków, szorstkich od czarnej farby do włosów i dzikiego, owczego zaduchu jej kożucha, wciąż jeszcze czuł gdzieś w skroniach. Na drogę dostał od niej cztery jajka na twardo. Z nudy obłupywał z nich kolejno skorupki, a one za każdym razem od nowa wypełniały przedział intymnym siarkowym fetorkiem, czemu nikt się wiele nie dziwił).

Tymczasem pociąg jedzie już przez... chyba przez Polskę. To jakiś taki kraj, część Jugosławii... słyszał kiedyś o tym. Westchnąwszy, wyciągnął najnowszy nabytek – jeden z modnych ówcześnie na Zachodzie kalkulatorów, ku zadziwieniu nieznających tego wynalazku współpodróżnych, którzy wpatrywali się w niego – obsługującego nieznane urządzenie – jak dzieci w wystawę sklepu z zabawkami!

On zaś dla zabicia czasu począł liczyć sennie, markotnie...

88374

+2842840

–2929087...

Wynik jednak wcale nie obchodził go. Naduszał nowe działania tylko dla przyjemności wprowadzania wartości liczbowych wciąż większych i większych, dziwniejszych, nikomu nieznanych... Cyfr tak wielkich, że wyrażały już tylko przestrzeń. Kosmos. Przysnął? A może wcale nie.

Odemknął oczy. Zmierzchało. Za oknem tężała zieleń nieskończonych łąk. W oddali zauważył dwie maleńkie, roziskrzone sylwetki. To były dziewczyny pasące krowy; zdało mu się nawet, że słyszy ich przeszywające przestrzeń harde, miłosne niemal zawodzenia:

Gdy się ocknął, pociąg stał już w Warszawie. Ze słów pewnego jegomościa, który uwidział sobie, że świetnie włada angielskim, wywiedział się, że to dłuższy postój. Głucha ciemność peronu pachniała żelastwem, sikami i bzem.

Sekundował mu odległy swąd gotowanej kapusty dochodzący z jakiejś garkuchni. Ostrożnie wynurzył się z dusznej gawry przedziału w nieprzenikniony, rzadko posiany słabymi światłami mrok obcej metropolii...

Tu DAVID BOWIE przepada w ciemnościach dworca.

Zarazem wyłania się z nich wnętrze niewielkiego mieszkania w wielkim bloku.

To jedno pomieszczenie, w którym upchnięto wiele pomieszczeń.

Widać obrysy skumulowanego tu życiowego nadmiaru.

Wózków dziecięcych, hulajnóg, paprotek, kryształów; labilne stosy prania na meblościance.

Spiętrzenia i kontaminacje kształtów, z których nocą rodzą się potwory.

Bałagan ten nie musi świadczyć o niechlujstwie właścicieli, byłby raczej znakiem mnogości niemożliwych do pogodzenia interesów i funkcji, których izba ta przymusowo jest teatrem i magazynem zarazem.

Sanki. Sokowirówka. Weki. Na wieszaku, obok kożucha i dziecięcych budrysówek, milicyjna czapka z paskiem.

Na tapczanach Yogi śpią z rozrzuconymi rączkami dzieci. Na wersalce, pod popularną reprodukcją Wyspiańskiego, z boku na bok przewraca się bezsennie PLUTONOWY WOJCIECH KRĘTEK.

Przez scenę przechodzi z wiadrem sprzątaczka – Anastazja Ładczuk, zwana dalej PANIĄ NASTKĄ. To postać nie do końca przynależna do tej rzeczywistości, funkcjonująca i w niej, i obok niej, trochę transcendentna; realna, ale i mogąca przenikać przez ściany.

Ubrana jest w stylonowy, pachnący potem fartuch, na nogach ma sznurowane pepegi na korku, jej gąbczaste ramiona zapisane są bliznami po szczepionkach, jak tajemnymi runami, mapami skarbów.

Chód ma ciężki, toczy się właściwie, wzdychając i ciężko mrugając, może też oglądać przedmioty i wyrzekać, mamrotać coś w rodzaju: „Porozwalane, ponawyrzucane, wyjmie, nic na powrót nie położy, nie szanują, porządku nic nienauczone, ale to temu, bo za dużo mają, myśmy tak nie mieli, czy kijek, czy guzik, czy szkło się znalazło, to dziecka nie było, bo się bawiło; nas bito, ale my wiedzieli, po czemu nas biją, myśmy prosili, by bito nas więcej, a teraz, o, wszystkiego potąd mają, to rozwalają...”.

Niewykluczone, że to i tamto, rozejrzawszy się zabobonnie, schowa do kieszeni fartucha.

PLUTONOWY WOJCIECH KRĘTEK jej nie widzi. To mężczyzna trzydziestoparoletni, przystojny w ówczesnym znaczeniu tego słowa: wąsaty, w stosownie pasiastej pidżamie.

Lśnią w ciemności jego szeroko otwarte oczy. Udręka metafizyczna miesza się w nich z irytacją całkowicie niemetafizyczną, fizyczną.

Obok jego ŻONA. PLUTONOWY rozważa może nawet, dla rozładowania niepokoju, czy odbyć z nią stosunek, ale ona śpi jak martwa. Jej twarz, posmarowana grubo kremem, emituje słaby, nadprzyrodzony blask. Ostatecznie PLUTONOWY wierci się tylko obok niej i wzdycha, jak kto pieklący się względem kamienia czy usiłujący wznoszeniem brwi i głośnymi westchnieniami ją nakłonić, by dała mu wreszcie jakiś znak, skałę...

Coś widocznie targa nim i go rozsadza. Coś jest w nim pęknięte, draśnięcie to czy głęboka rana. Dręczy go, swędzi i domaga się wypowiedzenia. PLUTONOWY wstaje. Sięga po papierosy, oskarżycielsko przygląda się przez okno balkonowe kominom i neonom dryfującym w żelatynowej ciemności majowej nocy. Wreszcie zapala małą lampkę i siada przy rozkładanym stoliczku; zaczyna dukać bez wprawy na maszynie, wytrząsając z paczki kolejne papierosy, paląc, a potem mnąc je niedbale w kryształowej popielnicy.

Pisarzem jest niewprawnym, ale zapalonym.

PLUTONOWY: Mówi się u nas między sobą: Dusidamek z Mokotowa.

Są poszkodowane, są obdukcje, jest portret pamięciowy i ekspertyza fachowców z kryminalistyki. Sprawa się wlecze jakie dwa tygodnie, ale póki co brak oficjalnego komunikatu. Język za zębami, a zęby za nieprzeniknionym służbowym uśmiechem, by nie dać iskry pod histerię ludności i bab.

Tę zdusić w zarodku lub opóźnić, ile się da. Bo póki co w układance brakuje czegoś. Czego? A kogo raczej? A sprawcy.

To w naszej wolnej demokratycznej ojczyźnie ludowej nie ma racji się wydarzyć.

Stary, z góry naciskany, nas dla odmiany naciska. Podobno otarło się już wszystko aż o ministerstwo...

Atmosfera w komendzie nieznośna, łatwopalna. Lecą „ch...”, „kur...”, a i jeszcze gorsze.

Nasz „Zły” ciągle na wolności, wyczynia, co chce, i nie wiadomo, gdzie tym razem zdecyduje się objawić, na którą padnie, na tę bęc. Ostatnio pracownica stołówki na parkingu przy wytwórni filmów, a wczoraj znów dwie rozgogolone małolatki.

Wybiegły w wypiekach z Bristla, bo im się mdło zrobiło. Nieletnie. Kto je na dancing wpuścił, nie wiadomo, najpewniej za parę złotych szatniarz.

(ŻONA PLUTONOWEGO budzi się. Siada na wersalce, zdezorientowana i zaspana, wyciąga watę z uszu. To kobieta trzydziestoletnia, w wałkach i koszuli nocnej we wzór zielno-warzywny. Mogą to być pasternaki, kopry, osty, marchwie wpadające do sokowirówki. Przygląda się bez sympatii piszącemu mężowi).

PLUTONOWY (nie widząc tego albo udając, że nie zauważa, bo jego pisanie przyspiesza, a w głosie pojawia się irytacja. Jego notatki mogą ilustrować zdjęcia techniczne z obdukcji i ekspertyz kryminalnych):

Koafiury popsute, a zeznania niejasne. W płaczu i westchnieniach wysokie stężenie winiaku. Jedna poturbowana, uraz oka, w szoku, niewiele pamięta. Druga zemdlała, zbite kolana, naderwane brzydko ucho, ponoć dusił ją szalikiem, ze wszystkiego pamięta tylko deseń – śnieżynki – i obcojęzyczny napis SKI.

Do wesela się zagoi. Ale cholerny wymoczek bawi się póki co z milicją w kotka i myszkę. Góra głowi się, jak zrobić, by to nie nagłaśniało się, nie szło z ust do ust. Powołano tajną grupę interwencyjno-dochodzeniową, zaordynowano w całym Śródmieściu wzmożone patrole. Oczy mamy mieć dookoła głowy, szukając za jakimś Dusidamkiem, by jak najprędzej otrąbić triumf i sukces MO.

Ale by to robić, przymykać je musimy na całą resztę, na inne, wcale nie mniejsze...

ŻONA PLUTONOWEGO (niepewnie): Wojtuś...?

PLUTONOWY: ...zło i wynaturzenie.

(do ŻONY, opryskliwie) Co chcesz?

Mówią, że milicjant to zawód, w którym człowiek prędko twardnieje. Czyżby? Mnie i sto razy zdawało się, żem się już zaimpregnował, napatrzywszy się ohydy, przemocy, upadku. Czemu więc tu piszę?

Czy to pamiętnik podlotka, w którym jak pierwsza lepsza cielęcina upuszczam pary, nie mogąc pomieścić w oczach ogromu zakłamania, niegodziwości, brudu? Literatura niepiękna?

Fasada wymalowana pysznie, kolorowa, łopoczą flagi na pochodach i rosną nowe bloki...

W zaułkach zaś, na obrzeżach, roi się robactwo.

Serce mieć z plastyku? Nie czuć, nie widzieć?

Codzienności podmiejskich wysypisk, gdzie starzy ludzie – czy jeszcze wciąż ludzie? – durzą się denaturatem...

ŻONA PLUTONOWEGO (wciąż cicho, ale z rosnącym wyrzutem): Wojtek!

PLUTONOWY: Szklarni, w których pomieszkuje młodzież na rajzie, całkiem bez ideałów i celów, rozpita.

(do ŻONY, wściekle): Co?

ŻONA PLUTONOWEGO: ...można wiedzieć, czemu lampę świecisz nocą?

PLUTONOWY (niegrzecznie): Wziąłem do domu sprawozdanie.

...Pozbawionych opieki i wzorców etycznych dzieci posłanych na naukę do ulicy, belferki może okrutnej, lecz jakże prędkiej i skutecznej.

Szaletów, gdzie pederaści zwodzą za parę złotych wyrostków na hańbę... tak moralną, jak fizjologiczną.

(PLUTONOWY, poirytowany przerwaniem mu flow, ale też zażenowany przyłapaniem go przez ŻONĘ na nocnej diarystyce niegodnej żelaznej psychiki milicjanta, ostentacyjnie sięga po kolejnego papierosa, choć jednego dopiero co zgasił): Jakie sprawozdanie? No jakie? A takie.

Myślisz, że pamiętniczek sobie tutaj piszę? Literaturę tworzę?

ŻONA (z głębokim wyrzutem, nieumiejętnie zapalając papierosa): Ciągle tylko pracujesz.

PLUTONOWY: Prawda?

A tu wciąż mało, mało (teatralnie wywraca kieszenie pidżamy).

Dla Piotrusia tu nowy skafander, tu sandałki, dla ciebie paczka waty, choć dopiero co była kupywana. Nie wiem, co z tą watą robisz, chyba do uszu wsadzasz, gdy tobie tłumaczę. Po co palisz? (wyrywa jej i gasi papierosa) Kiedy nie palisz.

(Szorstko, jakby poprzez suche polecenie chciał przywrócić sprawy i hierarchie do porządku): Lepiej zrób mi herbatę.

(Mimo że urażona jego tonem, ŻONA posłusznie kieruje się do aneksu kuchennego, brawurowo slalomując wśród nawarstwień sprzętów. Nastawia czajnik).

PLUTONOWY: A jak siedzę po godzinach, psując oczy i zdrowie, to też źle. Bo ci się lampa pali.

ŻONA: Dopiero co przyszedł kwit za światło.

PLUTONOWY: Odkąd to piję bez cukru?

(ŻONA karnie idzie po cukiernicę).

PLUTONOWY (pojednawczo): No. Nie gap się tak już.

ŻONA: A ja... my?

PLUTONOWY: Co my?

ŻONA: My już prawie nie... Tyle, co w zeszłym miesiącu, a w tym już wcale nic. Nawet nie zauważyłeś, że mam nową podomkę.

PLUTONOWY (wzdycha): Widziałem. Anilana.

ŻONA: Może ty masz kogo?

PLUTONOWY: Śpij, głupia... Nie widzisz, że jestem przemęczony?

(ŻONA wzrusza ramionami. Kładzie się spać, naciągając kołdrę na głowę. Jeśli płacze, to bezgłośnie; sam tylko suchy szloch wstrząsa tapczanem).

PLUTONOWY (patrzy w przepastną noc, by zaczerpnąć natchnienia, i wraca do pisania.

Tembr jego zapisków jest teraz jeszcze bardziej gorzki, pełen przekąsu): ...I o czym to ja...? Ach, Warszawa nowej ery. Ery atomowej.

Rosną nowe dzielnice, zasobne, nowoczesne.

Co z tego, gdy w starych bajzelki. Mety. Potajemki. Zagrzybiałe izdebki na Alejach, w nich piętnastoletnie prostytutki. Krótko je alfonsy trzymają, ja mówię na nich: dentyści, bo przednie zęby mają dziewczynki regularnie pięściami usuwane. Ale kochają swych tatuśków, pazurami bić się o ich imię z milicją gotowe. Hipy lunatyczne leżą na klombach wśród maciejki i brudnych strzykawek. Morfina, heroina, locyna. Toksykomani. Próbować pomóc? Podać rękę? Jeszcze zwyzywią złą władzę, zmieszają z błotem.

Lecz cóż? W swojej ohydzie, upadku, szczerzy przynajmniej, jednoznaczni.

Gorsi są ci, co to palto pierwszorzędne z popeliny i gęba też z popeliny, pełna komunałów na zawołanie.

A za gładko oskrobanym ze szczeciny gilletką uśmiechem świństwo, brak skrupułów, cyniczne wyliczenie.

Odpasione pasożyty dryfujące w brudnych wodach koniunktury. Machloje, kombinatorstwo, kradzieże.

Nawet na komendzie potrafi zginąć zszywacz, ryza papieru, ekierka, latarka, gazrurka.

Bezideowość. Malizna moralna. Dba się o fasadę wyidealizowaną, wycackaną, pozorną.

A im grubszą warstwę lakieru się nakłada, tym więcej beztlenowa atmosfera robi się pod spodem, dając  p o ż y w k ę  p r a w d z i w e j  r z e c z y w i s t o ś c i...

A ta jest już nie tak różowa. Choćby i dzisiaj. Idę. Zaglądam ludziom w twarze. Myślę.

(Retrospekcja: akcja przenosi się na most na Wiśle. Jest wietrzny, słoneczny dzień, słońce harcuje w sunących masach ciemnoburej wody. PLUTONOWY, w pełnym rynsztunku milicyjnym, z gwizdkiem bimbającym na torsie, spaceruje zamyślony, gdy nagle widzi coś, co sprawia, że przyspiesza kroku).

PLUTONOWY: Sprawę Dusidamka składam i rozkładam, ale to jakbym próbował porządki wiosenne czynić w szkiełkach kalejdoskopu.

Śnieżynki... Szalik... Czemu szalik u faceta, gdy za oknem wiosna? I co może znaczyć to cholerne SKI? Po jakiemu?

Czy to choć poważny zboczeniec, czy jakiś sfiksowany pederasta albo impotencik, mszczący się za porażki łóżkowe?

Myślę i myślę, szukam i szukam, i raptem znajduję, ale... balon.

(Balon okazuje się człowiekiem. To REGINA).

PLUTONOWY: Podnosi się toto i omdlewa, telepie na wietrze, uczepione barierki Poniatowszczaka.

Podchodzę bliżej. Nie balon to, lecz wiskoza. Sukienka damska, natężana wiosennym wiatrem...

(REGINA to młoda kobieta, niewątpliwie piękna i pełna mimowolnego wdzięku. Jednak nosząca tę urodę tak, jakby ktoś przymusem narzucił jej na ramiona ciepły koc, może przydatny, ale krępujący ruchy i na dłuższą metę ciężki, nudny, śmierdzący. Jej oczy są zawsze nieco zdezorientowane i nieufne, jakby wywołano ją z zaświatów, przyłapano na nieobecności, jakby ciągle tłumaczyła się niezgrabnie: „Już jestem, cały czas byłam, wyszłam tylko na chwilę!”.

Nie ma w nich ani mgnienia kokieterii, jest tylko jakaś czujność, dystans, poszczucie).

PLUTONOWY: Właścicielka, stworzenie lat około dwudziestu, gotowe już do skoku, na śmierć.

Z bliska okazuje się przystojne. Żal się człowiekowi robi takiej buzi ładnej. No bo co?

Jedna z tych – niechybnie – gęsi, co to przyjeżdżają do stolicy niby załatwiać jakieś pilne zaświadczenia i indeksy, ale naprawdę przechadzać się i wysiadywać po kawiarniach tak długo, by je jaki playboy zauważył i zaczął podlewać jarzębiakiem. Zakwita taka... na jedną noc.

Bez meldunku i bez forsy, chce film przygodowy USA, dostaje dramat obyczajowy, a często i nieobyczajowy produkcji rodzimej.

Zaciążyła, do Pasymia czy Garwolina wstyd wracać, a playboy przepadł w plątaninie nieznajomych ulic.

Kolejna ofiara kolizji wiosennych marzeń i cynicznych realiów męskiego świata, z rozpaczy, którą za miłość bierze, idzie do rzeki...

(Tu widać, jak okropnie ubrane i pełne źle skrywanych marzeń dziewczęta ze wsi i z małych miast masowo wpadają do Wisły, pomiędzy pradawne statki i skarby królewskie, skrzynie pełne naszyjników, złotych monet, pereł i bereł Jagiellonów; wzburzone chmary skrzących ryb, patrzące rozsądnie i bez złudzeń, nieruchawe sumy rzeczne.

Woda natychmiast dekomponuje ich niekorzystne, prowincjonalnie bombastyczne, wylakierowane na kość fryzury. Otwiera torebki, z których wypadają mizerne pensje, zdjęcia narzeczonych, łuski karpia na szczęście, grzebienie, chustki do nosa, okulary słoneczne i rozsupłujące się pęta kiełbas. Ich nogi w za ciasnych spodniach dzwonach przedzierzgają się w sztruksowe rybie ogony, a dziewczęta zamieniają się w ławice syrenek. Śpiewają przenikliwie, mamiąc REGINĘ.

REGINA odwraca się od tego widoku z przerażeniem).

PLUTONOWY: Choć i sama nie wie.

Nie chce umrzeć, chce?

Chyba jednak nie aż do końca. Bo po złapaniu za nadgarstek i chwili tępej szarpaniny, obrażona, daje się przeciągnąć na stronę mostu i łaskawie zgadza się jeszcze trochę pożyć.

(PLUTONOWY wyciąga słabo opierającą się REGINĘ zza barierki i zasalutowawszy, domaga się od niej dokumentów).

Wylegitymowana, mętnie tłumaczy przyczyny swojej desperacji.

(To może być bezgłośnie, w formie pantomimy. PLUTONOWY legitymuje REGINĘ, ona zaś opornie i niechętnie, a potem stopniowo coraz bardziej obojętnie udziela odpowiedzi, rozglądając się znużona i bawiąc torebką).

W ciąży twierdzi, że nie jest. Studentka.

Tyle że ze studium nauczycielskiego jakiś czas temu wydalona.

Przed matką, na której chlebie ciągle jest, oczywiście wszystko skrzętnie ukrywała.

Ale przyszło od uczelni stosowne pismo. Sprawa się, jak to się mówi, rypła.

Matka wpadła w czarną rozpacz.

Co dalej począć z marnotrawną latoroślą, nie wiadomo. A i renta po ojcu może teraz przepaść.

Za co wyrzucona? Zaperza się. Bezładnie kluczy. Wreszcie sama w swoich mąceniach się gubi.

REGINA (poirytowana, wyraźnie chce już iść): Nieważne. A w ogóle spieszę się. To sprawa prywatna!

Do czego pan władza zmierza, co mi implikuje? Co władzę to obchodzi? Czy zabiłam kogoś?

Ukradłam co? Nie zrobiłam nic złego. Nikomu nic do tego. Każdemu wolno...

(REGINA płacze. Obraca się na pięcie i próbuje nawiać, ale PLUTONOWY łapie ją za rękę).

PLUTONOWY: Pytam ją o dalsze zamierzenia na życie: żadne.

Buzia śliczna, w pasie wąska, nogi też w porządku, może więc trzeba tu...

To jakbym jej na pęcherz prosto nadepnął.

REGINA: Wszyscy się już...

PLUTONOWY: Krzyczy nagle.

REGINA (w nagłym szale): ...na mnie mówiliście? Wciąż to samo. Mąż, mieszkanie, meble, chłopiec i dziewczynka.

W dupie to mam! Nie będę tak żyć. Choćbym miała zdechnąć! Sama i bez żadnych mebli!

Bez żadnych pieczarek. Wsadźcie sobie w dupę wasze pieczarki. Wolę na Dworcu Głównym spać...

PLUTONOWY: Na Głównym przebudowa.

REGINA: To na Gdańskim! Wszystko mi jedno.

(PLUTONOWY przytula REGINĘ, która bije go piąstkami po torsie).

REGINA: Chcę żyć! A nie wiecznie życie udawać. Siebie udawać, odgrywać pod dyktando scenariusz tandetnego obrazu.

W ogonku wystawać za szczęściem. I prosić się, załatwiać, przymilać, zanęcać, kawy wręczać, by tylko kto ze mną chciał być! A jak ja nie chcę wcale męża? Ani takiego, ani żadnego!

(PLUTONOWY wtula twarz w jej włosy i zasypuje ją pocałunkami).

PLUTONOWY: Jej włosy pachniały wiatrem i... zaduchem garkuchni. Na imię miała...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki