Bez tchu - Jennifer Niven - ebook

Bez tchu ebook

Jennifer Niven

4,2

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa powieść Jennifer Niven, autorki bestsellerowych "Wszystkich jasnych miejsc". Niezwykła historia wrażliwej dziewczyny, zdeterminowanej, by przeżyć odważnie swoje życie, gotowej na swój pierwszy raz, złamane serce, dramaty rodzinne – na wszystko.

Claudine kończy szkołę i z radością wkracza w dorosłe życie. Wtedy nagle jej rodzina przestaje istnieć, zamiast wymarzonej podróży z najlepszą przyjaciółką musi zgodzić się na wakacje na odległej wyspie u wybrzeży Georgii i z dnia na dzień pożegnać z przystojnym Wyattem. Claude nie jest jednak pierwszą młodą kobietą w rodzinie, która musi unieść więcej, niż planowała. Postanawia, że odtąd życie będzie się zmieniać pod jej dyktando, a przynajmniej respektować niektóre jej decyzje. Wkrótce dowie się, że gorąca wyspa ma swoje sekrety, burzliwą historię i deprymującą faunę. Ma też dla niej niespodzianki, w tym tę jedną, na którą nigdy nie jesteśmy gotowi.

Opowieść o miłości, dorastaniu do prawdy o sobie i o sile podnoszenia się z ziemi, nawet gdy ta usuwa się spod nóg. Historia dziewczyny, która uczy się pisać swoje życie i której nic już nie powstrzyma.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Mary Grove w sta­nie Ohio

Mary Grove w sta­nie Ohio

8 dni do końca szkoły

Otwie­ram oczy zaplą­tana w pościel, książki leżą na pod­ło­dze grzbie­tami do góry. Bez patrze­nia na zega­rek wiem, że jestem spóź­niona. Wyska­kuję z łóżka, jedną nogą wciąż zamo­tana w prze­ście­ra­dło, i ląduję na twa­rzy. Leżę tak chwilę. Zamy­kam oczy. Zasta­na­wiam się, czy mogę uda­wać, że zemdla­łam, i prze­ko­nać mamę, by pozwo­liła mi olać dziś szkołę i zostać w domu.

Bar­dzo tu spo­koj­nie na pod­ło­dze.

Ale też tro­chę śmier­dzi. Otwie­ram oko i widzę coś na dywa­nie. Pew­nie jakiś koci sma­ko­łyk Raya. Odwra­cam głowę, po dru­giej stro­nie jest tro­chę lepiej, ale zaraz sły­szę dźwięk klak­sonu. Tata.

Zry­wam się więc, bo wiem, że będzie wci­skać ten głupi klak­son, aż znajdę się w samo­cho­dzie. Nie umiem zna­leźć jed­nej książki i jed­nego buta, mam złe włosy i złe ciu­chy, a przede wszyst­kim ja czuję się źle we wła­snej skó­rze. Szkoda, że nie uro­dzi­łam się Fran­cuzką. Gdy­bym nią była, wszystko byłoby super: była­bym wytworna oraz non­sza­lancka i jeź­dzi­ła­bym do szkoły na rowe­rze, takim z koszy­kiem. Gdy­bym miesz­kała w Paryżu zamiast w Mary Grove w Ohio, te bale­riny lepiej by paso­wały do tej spód­nicy, włosy nie byłyby takie straszne, w ogóle ja sama była­bym bar­dziej do rze­czy.

Gra­molę się do pokoju rodzi­ców. W sza­fie mamy panują ład i porzą­dek, ale bra­kuje tam dys­cy­pliny wła­ści­wej sza­fie taty, gdzie wszystko jest czarne, szare lub gra­na­towe, poukła­dane kolo­rami, któ­rych tata nie odróż­nia. W ten spo­sób nie musi cią­gle pytać „to zie­lony czy brą­zowy?”. Szpe­ram na gór­nej półce i po szu­fla­dach, szu­ka­jąc kon­kret­nej koszulki – sta­rego tiszertu z Nirvaną. Zawsze go pod­kra­dam, a tata pod­krada go z powro­tem. Ale teraz ni­gdzie go nie ma.

Staję w drzwiach i krzy­czę w kie­runku scho­dów do mamy:

– Gdzie jest koszulka taty z Nirvaną?! – Zde­cy­do­wa­łam, że dzi­siaj ta albo żadna.

Cze­kam dwie, trzy, potem cztery sekudy, ale jedyną odpo­wie­dzią jest kolejny dźwięk klak­sonu. Wpa­dam do swo­jego pokoju, chwy­tam pierw­szą lep­szą koszulkę i prędko wkła­dam, cho­ciaż nie nosi­łam jej od wcze­snej pod­sta­wówki. Świnka Piggy w bro­ka­cie.

W drzwiach mama mówi:

– Przy­jadę po cie­bie, jeśli Saz nie będzie mogła cię przy­wieźć.

Moja mama jest zapra­co­waną i znaną pisarką, autorką powie­ści histo­rycz­nych, w ogóle róż­nych ksią­żek zwią­za­nych z histo­rią, ale zawsze ma czas dla mnie. W zeszłym roku prze­ro­bi­li­śmy dla niej pokój gościnny na pra­cow­nię. Tata spę­dził dwa dni, budu­jąc wyso­kie do sufitu regały na jej ogromny księ­go­zbiór badaw­czy.

Musiała coś dostrzec w mojej twa­rzy, bo kła­dzie mi rękę na ramie­niu i mówi:

– Hej, będzie dobrze.

Ma na myśli moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę Suzanne Bak­shi (znaną jako Saz) i mnie – że dalej będziemy się przy­jaź­nić, cho­ciaż szkoła się koń­czy, idziemy na stu­dia i w ogóle zaczy­namy całe to przy­szłe życie. Czuję, jak cie­pła, kojąca ener­gia mamy osiada mi na ramie­niu niczym ptak na drze­wie, potem przez ręce wnika w całe moje ciało aż do krwio­biegu. To jedna z tych rze­czy, które mama potrafi dosko­nale: każ­demu popra­wia samo­po­czu­cie.

W samo­cho­dzie widzę, że tata ma pod mary­narką koszulkę Radio­head, co ozna­cza, że Nirvana jest w pra­niu. Notuję z tyłu głowy, żeby wydo­być ją stam­tąd po powro­cie w celu wło­że­nia na imprezę dziś wie­czo­rem.

Przez pierw­sze trzy, cztery minuty nie roz­ma­wiamy, ale to nor­malne. W odróż­nie­niu od mamy nie jeste­śmy z tatą ran­nymi ptasz­kami i w dro­dze do szkoły lubimy trwać w czymś, co on nazywa „towa­rzy­ską ciszą”, a czego Saz nie uznaje i dla­tego wła­śnie nie jeż­dżę z nią.

Gapię się przez szybę na niskie ciemne chmury, które jak żałob­nicy gro­ma­dzą się nad kole­dżem, gdzie tata pra­cuje w admi­ni­stra­cji. Nie zapo­wia­dali desz­czu, ale wygląda, jakby miało padać, co mnie mar­twi ze względu na dzi­siej­szą imprezę u Trenta Dugana. Week­endy zazwy­czaj spę­dzam z Saz, jeż­dżąc po mie­ście i szu­ka­jąc roz­rywki, ale ten week­end ma być inny. Ostat­nia ofi­cjalna impreza przed koń­cem roku i szkoły w ogóle.

Tata mija liceum i zjeż­dża przez most na ulicy Głów­nej do cen­trum Mary Grove, na które składa się jakieś dzie­sięć prze­cznic skle­pów wzdłuż bru­ko­wa­nych ulic, nazy­wa­nych tu Pro­me­nadą. Ze zgrzy­tem zatrzy­muje się przy zachod­nim krańcu ulicy, gdzie prze­cho­dzi ona w zaułek kocich łbów oraz fon­tann, i bie­gnie do ciast­karni Joy Ann, pod­czas gdy ja wysy­łam Saz zdję­cie szyldu z pyta­niem: Kogo lubisz naj­bar­dziej?

Odpo­wiada natych­miast: Cie­bie!

Dwie minuty póź­niej tata leci z powro­tem do samo­chodu, trium­fal­nie wzno­sząc białą torbę. Wsiada, zatrza­skuje drzwi i rzuca mi torbę z naszym sta­łym zesta­wem: cze­ko­la­dowa babeczka dla Saz i pół kilo mar­ga­re­tek dla nas dwojga, które pochła­niamy w dro­dze do szkoły. To nasz sekretny poranny rytuał, odkąd skoń­czy­łam dwa­na­ście lat.

Zaja­dam, patrząc na ciemne chmury.

– Chyba będzie padać.

– Nie będzie – mówi tata. Kie­dyś podob­nym tonem powie­dział: „Nie ude­rzy cię” o Damia­nie Gre­enie, który w trze­ciej kla­sie gro­ził, że wal­nie mnie w twarz, bo nie pozwo­li­łam mu od sie­bie ścią­gać. „Nie ude­rzy cię” – a zna­czyło to tyle, że tata przyj­dzie do szkoły, jeśli zaj­dzie potrzeba, i sam wal­nie Damiana, ponie­waż nikt nie będzie zadzie­rał z jego córeczką, nawet ośmio­la­tek.

– Ale chyba będzie – mówię tylko po to, by jesz­cze raz usły­szeć ten opie­kuń­czy ton, który nasuwa mi na myśl czasy, gdy mia­łam pięć, sześć, sie­dem lat i tata nosił mnie jesz­cze wszę­dzie na barana.

– Nie będzie – powta­rza tata.

Na pierw­szej lek­cji mam naukę twór­czego pisa­nia. Po zaję­ciach pan Russo, nauczy­ciel, zatrzy­muje mnie i mówi:

– Jeśli naprawdę chcesz pisać, w co wie­rzę, będziesz musiała wszystko z sie­bie wyrzu­cić, wysta­wić na widok, żeby­śmy mogli poczuć to co ty. Wydaje się, że wciąż coś dusisz w sobie, Clau­dine.

Ma też dla mnie kilka cie­płych słów, ale zapa­mię­tam tylko to: wydaje mu się, że nie potra­fię czuć. Cie­kawe, jak łatwo zapa­mię­tu­jemy złe rze­czy, a te dobre cza­sem gdzieś gubimy. Opusz­czam klasę, mówiąc sobie, że pan Russo zupeł­nie mnie nie zna i nie wie, co potra­fię. Nie ma poję­cia, że pra­cuję nad swoją pierw­szą powie­ścią i że kie­dyś będę sławną pisarką, że poma­gam mamie w jej pisar­skich przy­go­to­wa­niach, odkąd skoń­czy­łam dzie­sięć lat, i że wtedy też zaczę­łam pisać opo­wia­da­nia. Nie wie, że w nich wła­śnie wyrzu­cam z sie­bie wszystko.

W dro­dze na trze­cią lek­cję zatrzy­muje mnie przy szafce Shane Wal­ler, chło­pak, z któ­rym cho­dzę pra­wie od dwóch mie­sięcy.

– Przy­je­chać po cie­bie przed imprezą Trenta?

Shane ład­nie pach­nie i potrafi być zabawny, jeśli włoży w to tro­chę wysiłku. Te cechy do spółki z moimi buzu­ją­cymi hor­mo­nami odpo­wia­dają za to, że jeste­śmy razem.

– Jadę z Saz – odpo­wia­dam – ale zoba­czymy się na miej­scu.

Shane’owi to pasuje, bo odkąd skoń­czy­łam pięt­na­ście lat, tata każe wszyst­kim chło­pa­kom cze­kać na mnie na zewnątrz, nawet w środku zabój­czej zimy typo­wej dla Ohio. To dla­tego, że sam był kie­dyś nasto­let­nim chło­pa­kiem i wie, co im cho­dzi po gło­wie. A przede wszyst­kim chce, by oni wie­dzieli, że on wie, co im cho­dzi po gło­wie.

– No to do zoba­cze­nia, mała – odzywa się Shane.

A ja, chcąc udo­wod­nić sobie, panu Russo i całemu liceum w Mary Grove, że jestem żywą i pełną emo­cji osobą, robię coś, czego ni­gdy nie robi­łam: całuję go na środku kory­ta­rza.

Kiedy odry­wamy się od sie­bie, czuję jego oddech przy uchu, gdy mówi:

– Nie mogę się docze­kać.

Wiem, że myśli – ma nadzieję – że będziemy upra­wiać seks. Od dwóch mie­sięcy liczy, że w końcu znu­dzi mi się dzie­wic­two i „oddam je” jemu. (Tak to okre­śla – jak gdyby moje dzie­wic­two sta­no­wiło jego wła­sność).

Mówię o tym Saz przy lan­czu, a ona zanosi się home­ryc­kim śmie­chem, zarzu­ca­jąc ciem­nymi wło­sami i wzno­sząc toast butelką wody:

– Powo­dze­nia, Shane!

Obie wiemy, że jest tylko jeden chło­pak w Mary Grove w sta­nie Ohio, z któ­rym chcia­ła­bym prze­żyć swój pierw­szy raz, i nie jest nim Shane Wal­ler. Cho­ciaż powta­rzam sobie, że może pew­nego dnia Shane powie coś szcze­gól­nie zabaw­nego, a ja tak bar­dzo zatracę się w jego zapa­chu, że zmie­nię zda­nie i jed­nak się z nim prze­śpię. Nie sądzę, by Shane był tym jedy­nym, ale cza­sem chcia­ła­bym, by nim był.

Mniej wię­cej coś takiego wyra­żam na głos:

– Ni­gdy nie wia­domo, potrafi być naprawdę zabawny.

– Potrafi być tro­chę śmieszny – odpo­wiada Saz, zbie­ra­jąc i przy­trzy­mu­jąc nad głową bujne, pro­ste włosy, które uważa za dopust boży i które na prze­mian ścina i zapusz­cza.

– Byłoby tak źle, gdyby to był on?

– Tak – mówi nasza przy­ja­ciółka Alan­nis Vega-Tor­res i rzuca się na krze­sło obok mnie. Wyj­muje z ple­caka napój gazo­wany, bato­nik pro­te­inowy i kilka gumek do wło­sów, które wrę­cza Saz. – A tak przy oka­zji, nie liczy się jako utrata dzie­wic­twa, jeśli nie prze­rwie ci błony dzie­wi­czej. Ja za pierw­szym razem krwa­wi­łam jak pro­się.

– Nie­prawda – mówię. – Błona dzie­wi­cza wcale nie pęka, jest to szko­dliwy i głupi mit. Nie każda krwawi, powiem wię­cej, nawet nie wszyst­kie dziew­czyny mają błonę dzie­wi­czą. Nie bądź taka hete­ro­nor­ma­tywna. Dzie­wic­two to durny patriar­chalny wymysł.

Saz pod­nosi rękę, a ja przy­bi­jam z nią piątkę. Ale cho­ciaż wie­rzę w to, co mówię, bar­dzo chcę już upra­wiać seks. Już w sen­sie teraz.

Nasza przy­ja­ciółka Mara Choi siada naprze­ciw Alan­nis. Ma na sobie krzywo zapięty kar­di­gan, a z jej ple­caka wysy­pują się tam­pony i szminki, ponie­waż Mara żyje w sta­nie per­ma­nent­nego cha­osu z wyjąt­kiem chwil, które spę­dza ze swoją poukła­daną kore­ań­ską bab­cią. Znika teraz pod sto­łem, zbie­ra­jąc roz­sy­pane rze­czy.

– Cie­ka­wostka – mówi. – Wie­dzia­ły­ście, że można sobie zamó­wić błonę dzie­wi­czą w necie? Jest taka strona o nazwie Hymen, gdzie twier­dzą, że mogą ci zwró­cić błonę dzie­wi­czą w pięć minut. – Mara nur­kuje po tele­fon i zaczyna szu­kać w prze­glą­darce.

– Poważ­nie? – Saz patrzy na mnie z wyra­zem twa­rzy mówią­cym „Ach, te dwie!”. Rzu­cam jej poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie, a Mara zaczyna czy­tać ze strony Hymen:

– Piszą tu, że uży­wają medycz­nego czer­wo­nego barw­nika, który wygląda jak ludzka krew. A! I jesz­cze że są „ory­gi­nalną i spraw­dzoną marką pro­du­ku­jącą sztuczne błony dzie­wi­cze”.

– Nie­źle, być zna­nym z cze­goś takiego – komen­tuje Saz.

– To jesz­cze nic – mówi Alan­nis. – Czy­ta­łam, że dziew­czyny w Chi­nach płacą sie­dem­set dola­rów za chi­rur­giczne rekon­struk­cje dzie­wic­twa.

Prze­ry­wam jedze­nie, bo cho­ciaż mam obse­sję na punk­cie seksu, pomysł, że można wyce­nić dzie­wic­two, wydaje mi się, łagod­nie rzecz ujmu­jąc, nie­do­rzeczny.

– Ta cała kon­cep­cja dzie­wic­twa jest po pro­stu prze­sta­rzała – stwier­dzam. – Tak jakby liczył się tylko seks wagi­nalny mię­dzy kobietą i męż­czy­zną. Tym­cza­sem jakieś dwa­dzie­ścia pro­cent Ame­ry­ka­nów czuje, że mie­ści się gdzieś poza zde­cy­do­waną hete­ro­sek­su­al­no­ścią. Dla­czego więc jeste­śmy wciąż zafik­so­wani na punk­cie pierw­szego razu, który kobieta prze­żywa z męż­czy­zną? I dla­czego u dziew­czyny bycie dzie­wicą to w ogóle taka wielka sprawa? – pytam. – Ludzie nie pod­nie­cają się tak utratą dzie­wic­twa przez face­tów hete­ry­ków – wtedy pią­teczka, wresz­cie jesteś męż­czy­zną, brawo. Nie sie­dzą potem w necie i nie zała­mują rąk, szu­ka­jąc czę­ści zamien­nych.

Saz pry­cha, a ja się nakrę­cam:

– I jesz­cze coś. Zauwa­ży­ły­ście, jak ludzie mówią o dzie­wic­twie? Jakby sta­no­wiło czy­jąś wła­sność? Ktoś je „zabiera” i nagle należy ono do kogoś innego. „Utra­ciła je”, „oddała”, „zabra­nie dzie­wic­twa”, „zgu­bie­nie wianka”, „deflo­ra­cja”…

– „Deflo­ra­cja? – Mara gapi się na mnie znad tele­fonu. – Kto mówi „deflo­ra­cja”?!

– Dzie­wice – odpo­wiada Alan­nis, uno­sząc swoje wypie­lę­gno­wane brwi i patrząc na mnie. Alan­nis Gyalene Cata­lina Vega-Tor­res upra­wia seks od dzie­wią­tej klasy.

– Dla­czego zawsze mnie wyty­ka­cie? – Macham w kie­runku Saz, mojej sio­stry w cno­cie. Kiedy mia­ły­śmy po dzie­sięć lat, obie­ca­ły­śmy sobie wspól­nie świę­to­wać kamie­nie milowe naszego życia, włącz­nie z zako­cha­niem się i pierw­szym poważ­nym związ­kiem (który rzecz jasna obej­mo­wałby seks), żeby ni­gdy nie zosta­wiać tej dru­giej w tyle. Taki był nasz pomysł na to, żeby zawsze sta­wiać przy­ja­ciółkę na pierw­szym miej­scu i nie pozwo­lić innym nas poróż­nić. Alan­nis kle­pie mnie po dłoni, jak­bym była bied­nym zagu­bio­nym dziec­kiem, a Mara znów wbija wzrok w tele­fon.

– Wystar­czy trzy­dzie­ści dola­rów, by „cof­nąć czas i znów usły­szeć fajer­werki w sypialni” – czyta Mara i to nas kom­plet­nie roz­wala.

– Za fajer­werki w sypialni! – mówi Saz i nasza czwórka wznosi toast pusz­kami i butel­kami.

A potem zapo­mi­namy o sztucz­nych bło­nach oraz dzie­wic­twie i gapimy się, jak Kri­stin McNish, niczym reklama spo­łeczna wyświe­tlona w samą porę, prze­cho­dzi przez sto­łówkę z unie­sioną głową i wydat­nym, nie­po­zo­sta­wia­ją­cym wąt­pli­wo­ści brzu­chem.

W domu prze­szu­kuję pra­nie, ale Nirvany ni­gdzie nie ma. Znaj­duję czarną mini­su­kienkę i narzu­cam na nią koszulkę taty z Ramo­nes. Na obiad zama­wiamy z mamą pizzę, bo tata pra­cuje, a to on jest w rodzi­nie kucha­rzem. Spe­cja­li­zuje się w skom­pli­ko­wa­nych daniach z ide­al­nie dobraną muzyką oraz winem. Saz uwiel­bia jeść u mnie, bo pra­wie zawsze posi­łek jest wyda­rze­niem, ale ja lubię jeść u niej. Rodzina Bak­shi jada przy ladzie w kuchni albo przed tele­wi­zo­rem: dania na wynos, fast foody, maka­ron z serem marki Kraft z pudełka – naj­lep­sza rzecz pod słoń­cem, na którą nie mam szans w domu, chyba że sama sobie ugo­tuję. Tata odma­wia przy­rzą­dza­nia cze­go­kol­wiek, co wymaga doda­nia sera w proszku.

Kiedy otwie­ram drzwi dorę­czy­cie­lowi, któ­rego Saz nazywa „wred­nym Jakiem”, cho­ciaż ma na imię Mat­thew i wcale nie jest wredny, mówię „No cześć” tak uwo­dzi­ciel­sko, jak tylko potra­fię.

– Zabra­kło piwa imbi­ro­wego, więc przy­wio­złem sprite’a – odpo­wiada.

Póź­niej tego samego wie­czoru leżę pod Shane’em Wal­le­rem w sto­dole Trenta Dugana. Zmy­sły mam wyostrzone, zatra­cam się w zapa­chu i cie­ple skóry Shane’a. Myślę: „Może wła­śnie teraz, może stracę ją tutaj”.

Wła­śnie to lubię w piesz­czo­tach i cało­wa­niu się z kimś: moż­li­wość, że to może być ten. Snop świa­tła, muzyka, miłość spływa na nas wszyst­kich. Nie żebym była jakoś spe­cjal­nie doświad­czona, zwłasz­cza w porów­na­niu z Alan­nis. Ofi­cjal­nie mam na kon­cie parę ręcz­nych robó­tek, trzy czy cztery porażki w robie­niu loda i pięć i pół orga­zmu, nie licząc tych, które zapew­ni­łam sobie sama. Zada­łam się w sumie z trzema chło­pa­kami, łącz­nie z tym.

Shane mnie całuje, a jego ręce są wszę­dzie. „Tak, dobrze, wła­śnie tam” – mówię w myślach. Cało­wa­nie jest dla mojej przy­jem­no­ści, bo Shane’owi, podob­nie jak więk­szo­ści face­tów w liceum w Mary Grove, cho­dzi głów­nie o to, co wykra­cza poza poca­łunki. Jego celem, jak zawsze, jest dostać się do moich maj­tek. Ja to wiem i on to wie, i będzie teraz cało­wał mnie przez jakiś czas, żeby dopiąć swego, więc mu na to pozwolę, bo jest w tym naprawdę dobry, a ja bar­dzo lubię się cało­wać.

Potem już tylko łapie mnie tu i tam, i to działa, bo tak ewi­dent­nie sza­leje za mną, że sama zaczy­nam tro­chę za sobą sza­leć.

Myślę: „Nie pozwól, by to zaszło za daleko”, nawet kiedy poma­gam mu roz­piąć roz­po­rek. Za chwilę znów się cału­jemy, coraz moc­niej i moc­niej, aż czuję, jakby miał wcią­gnąć mój język, usta i całą mnie, i w tej chwili wła­śnie tego pra­gnę, bo moje ciało przy­wiera do niego, chcąc poczuć wię­cej. Jed­no­cze­śnie zatra­cam się i czuję moc. „Na co cze­kasz?”

W uchu mam język Shane’a, ale wciąż sły­szę muzykę. Śmie­chy. Ktoś coś krzy­czy. Naj­pierw jest przy­jem­nie, ale za chwilę wil­goć zatyka mi ucho. Chcę go ode­pchnąć i wytrzą­snąć ślinę z ucha, ale Shane się odzywa:

– Boże, jesteś taka sek­sowna.

Raczej nie słynę z bycia sek­sowną, więc całuję go dalej. Ale potem nagle nie mogę pogo­dzić się z fak­tem, że robimy to w sto­dole. Naj­pierw myślę: „Spoko, cał­kiem ostro, patrz­cie i podzi­wiaj­cie!” – ale teraz jakoś bra­kuje mi prze­ko­na­nia. Wyobra­żam sobie, że sta­nie się to tutaj, w tej sto­dole, z Shane’em Wal­le­rem, ale cho­ciaż fan­ta­zjo­wa­łam na temat pierw­szego seksu wie­lo­krot­nie, ani razu nie widzia­łam się wów­czas w obórce.

Potem Shane szar­pie za moją bie­li­znę, roz­ga­nia­jąc te myśli. Zosta­jemy tylko my dwoje, pra­wie nadzy, na tym całym sia­nie, które wbija mi się w ciało jak małe zaostrzone ołówki. Zabawne, że nie zauwa­ży­łam wcze­śniej tego siana – dałam się porwać doty­kowi naszych ciał i iskier­kom, które wybu­chają mię­dzy nami, gro­żąc poża­rem sto­doły. Nie pierw­szy raz jestem pra­wie naga z Shane’em Wal­le­rem, ale pierw­szy raz dzieje się to w sto­dole. Czuję się, jak­bym była pijana, i w głębi duszy oba­wiam się, że skoro potra­fię się pod­nie­cić w takich oko­licz­no­ściach – kiedy słoma mnie kłuje, a nawa­leni kole­dzy wrzesz­czą na zewnątrz – praw­do­po­dob­nie w kole­dżu prze­śpię się ze zbyt wie­loma chło­pa­kami. Bo poca­łunki i piesz­czoty są takie przy­jemne, nawet jeśli nie jest się zako­cha­nym. Cza­sami cho­dzi tylko o jego oczy, cza­sem usta albo dło­nie, lub to wszystko razem. Cza­sem to wystar­cza.

Dło­nie Shane’a suną w dół, a ta odpo­wie­dzialna i myśląca część mnie, która chce zacho­wać sie­bie dla nie­ja­kiego Wyatta Jonesa, wyco­fuje się men­tal­nie w siano, mimo że fizycz­nie na­dal jestem w akcji. Pró­buję się znowu w nim zatra­cić, ale czuję jedy­nie setki sło­mia­nych igieł wbi­ja­ją­cych mi się w plecy i iskry jakoś gasną. Zostaje po nich tylko dymek i odle­gły zapach spa­le­ni­zny.

Nagle czuję coś twar­dego i mokrego na udzie i uno­szę ciało, żeby nie mógł go wsa­dzić.

– Claude…

Głos ma stłu­miony, jakby roz­ko­ja­rzony, i moje imię brzmi jak „Clod”, czego nie­na­wi­dzę. Przez moment żal mi go, bo wcale nie zamie­rza­łam upra­wiać z nim seksu – takie sytu­acje zawsze koń­czą się tak samo: Shane spusz­cza się przed sie­bie, na sie­bie, w koszulkę lub na moje udo.

Saz twier­dzi, że dobrze mi ze swoim dzie­wic­twem niczym Rosz­punce w wieży. Że wypusz­czam włosy przez okno aku­rat na tyle, by nacie­szyć się tym, jak ład­nie lśnią, a ich blask sku­tecz­nie ośle­pia bied­nego dupka, który stoi na dole. Potem jed­nak wcią­gam je z powro­tem do środka. I może fak­tycz­nie taki stan rze­czy mi odpo­wiada, nawet nie dla­tego, że cze­kam na Wyatta Jonesa, ale ponie­waż moje życie jest bez­pieczne, Saz i ja się przy­jaź­nimy, lubię swo­ich rodzi­ców i nie muszę nikomu niczego udo­wad­niać. To moje ciało i mogę z nim zro­bić, co zechcę.

Shane gapi się na mnie, prze­wra­ca­jąc oczami, oddy­cha coraz szyb­ciej i ociera się o moją nogę jak pies. Przez szparę w drzwiach na jego twarz pada świa­tło księ­życa. Muszę to przy­znać: jest cał­kiem przy­stojny i przy­jem­nie pach­nie. I nie wie­dzieć czemu podo­bam mu się. Jak na razie może sądzić, że dalej jestem w grze: nie kaza­łam mu prze­stać ani go nie ode­pchnę­łam. Do momentu, jak zjeż­dża nieco z mojej nogi.

– Zwol­nij, kow­boju.

Powie swoim kole­gom, że tylko pro­wo­kuję albo że to zro­bi­li­śmy. Chcia­ła­bym umieć wytłu­ma­czyć, że nie cho­dzi o pro­wo­ko­wa­nie ani o sam akt, ale o poten­cjal­ność. O „nie­mal”. Że może tym razem, może to wła­śnie ten. Chcę mu powie­dzieć: „Dzięki mnie przez kilka chwil wykra­czasz poza samego sie­bie, ja też prze­ra­stam samą sie­bie, wykra­czamy razem poza tę sto­dołę, bo wszystko spro­wa­dza się do całej tej poten­cjal­no­ści, do nie­mal i kto wie”.

Ale nie można wytłu­ma­czyć poję­cia potan­cjal­no­ści face­towi takiemu jak Shane, więc wysu­wam się nieco spod niego, a wtedy on stęka i eks­plo­duje. Na wnę­trze mojego uda. I wtedy wła­śnie zaczy­nam pani­ko­wać, bo wydaje mi się, że tro­chę tra­fiło mi do środka, więc wypeł­zam szybko, odpy­cha­jąc go od sie­bie.

Jęczy znowu i osuwa się na siano. Wycie­ram się jego koszulką, potem popra­wiam pod­cią­gniętą do góry sukienkę, wygła­dzam ją i już pra­wie sły­szę, co powiem Saz – dow­cipny komen­ta­rzyk do sytu­acji, spe­cjal­nie na jej uży­tek: „W odróż­nie­niu od naszych kole­gów i kole­ża­nek z tych wiej­skich obsza­rów, nie sądzę, bym miała pre­dys­po­zy­cje do seksu na sia­nie”.

Wstaję i zaga­jam roz­mowę:

– Wiesz, że Niemcy mieli kie­dyś słowo na męską dzie­wicę? Jüngling. Czyż nie brzmi to, jakby ozna­czało coś wręcz prze­ciw­nego? – Bywam istną ency­klo­pe­dią „dzie­wi­czych” cie­ka­wo­stek, zwłasz­cza w nie­zręcz­nych sytu­acjach, kiedy nie wiem, co powie­dzieć.

Shane odzywa się spo­śród słomy:

– Wiesz, jesteś jak zestaw pude­łek. Kiedy otwie­ram jedno, w środku jest kolejne, a potem jesz­cze jedno cho­lerne pudełko, i nie wydaje mi się, żebym kie­dy­kol­wiek był w sta­nie otwo­rzyć wszyst­kie z nich.

Wstaje, wciąga dżinsy, wkłada mokrą, zmiętą koszulkę. Patrzy na plamę.

– Prze­pra­szam – mówię.

– To moja koszulka ze Snoop Dog­giem, Jezu, Claude! – „Clod”.

– Myślę, że lepiej będzie, jak zosta­niemy przy­ja­ciółmi – mówię. „Lepiej mieć zbyt wiele pude­łek niż za mało”.

– Co ty powiesz – odpo­wiada Shane i zosta­wia mnie samą.

Przy sta­rym, wybla­kłym stole pik­ni­ko­wym Saz roz­ma­wia z grupką ludzi. Wśród nich są Alan­nis i Mara, a także Yvonne Brit­tain-Muir, która jest instru­men­ta­listką i gamerką, oraz jej odwieczna dziew­czyna Leah Basco. Przez ostat­nich parę tygo­dni Saz i ja wyobra­ża­ły­śmy sobie każdy moż­liwy sce­na­riusz, w któ­rym Yvonne rzuca Leah i wyznaje Saz dozgonną miłość. Albo przy­naj­mniej godzi się na seks.

Jeden z chło­pa­ków podaje dalej jointa, inny opo­wiada długą histo­rię o tym, jak poszedł na jakąś imprezę w kole­dżu. Leah, która wygląda w tych ciem­no­ściach jak duch: blada, z dłu­gimi jasnymi wło­sami zafar­bo­wa­nymi na nie­bie­sko na koń­cach, wyciąga ręce do Yvonne i udają się razem w stronę sto­doły nie­pra­wo­ści. Saz patrzy za nimi, jakby wła­śnie prze­je­chały jej psa.

– Chcesz wra­cać? – pytam, choć nie ma jesz­cze dwu­dzie­stej trze­ciej.

– Ze wszyst­kich sił.

Obej­muję ją i ruszamy przez pole w kie­runku domu i dłu­giego żwi­ro­wego pod­jazdu, gdzie zapar­ko­wa­ły­śmy. Śpie­wam Saz pod­no­szącą na duchu pio­senkę, którą wymy­śli­ły­śmy, kiedy mia­ły­śmy po dzie­sięć lat: „Lody, lody, zimne lody, wybiją ci ją szybko z głowy, głowy”.

Ktoś się do nas zbliża, a Saz zdziela mnie z łok­cia, mówiąc:

– Prze­stań, wariatko, zanim nas usły­szą.

Śpie­wam więc gło­śniej, a potem ten ktoś wyła­nia się z ciem­no­ści i jest to oczy­wi­ście Wyatt Jones. Od razu zapo­mi­nam o Saz, Yvonne, Sha­nie, pudeł­kach i o wszyst­kim, co było wcze­śniej.

Wyatt nie­długo wyjeż­dża na drugi koniec kraju, na koniec świata, do Kali­for­nii, do dziew­cząt z dłu­gimi falu­ją­cymi wło­sami i w let­nich sukien­kach. To spra­wia, że wydaje się wyż­szy od nas wszyst­kich i odle­gły. Saz i ja też mia­ły­śmy jechać do Kali­for­nii, a ja spo­tka­ła­bym go tam i pozna­li­by­śmy się bli­żej, oboje spoza tego obcego świata. Począt­kowo połą­czy­łoby nas nasze nie­szczę­sne środ­ko­wo­za­chod­nie pocho­dze­nie, a potem, jako dwoje doro­słych, świa­to­wych ludzi zro­zu­mie­li­by­śmy, że jeste­śmy dla sie­bie stwo­rzeni.

Wyatt łapie moje spoj­rze­nie i ugi­nają się pode mną kolana. Plotka głosi, że mu się podo­bam. Że chciał mnie zapro­sić na bal matu­ralny, ale był zbyt nie­śmiały. Że on i jego trzech przy­ja­ciół dwa mie­siące temu nie bez powodu owi­nęli mój dom papie­rem toa­le­to­wym. Że byłam dla niego kimś szcze­gól­nym. Dopóki mój tata, mara­toń­czyk, nie prze­rwał im i nie zaczął ich ści­gać na pie­chotę po osie­dlu. Odry­wam wzrok i patrzę teraz na swoje stopy, bo to wspo­mnie­nie jest na­dal upo­ka­rza­jące.

– Cześć – mówi.

– Cześć – odpo­wia­dam.

Zmu­szam się, by spoj­rzeć na niego. Ma prze­pastne brą­zowe oczy i jasno­brą­zową skórę, sze­ro­kie bary i uśmiech na twa­rzy. Cho­ciaż usta wciąż jesz­cze mnie mro­wią od cało­wa­nia sprzed paru minut, pra­gnę, by mnie doty­kał.

– Wycho­dzisz?

– Tak.

– Szkoda. – Uśmie­cha się pro­mien­nie i ośle­pia mnie jak słońce. Wszystko prócz nas dwojga bled­nie. Jego tata jest czarny, mama była biała. Zmarła, kiedy był zupeł­nie mały. Wyatt jej nie pamięta, ale powta­rza, że to po niej ma ten uśmiech.

Mówi coś jesz­cze, ale zagłu­szają to śmie­chy, muzyka, czyjś krzyk. Odwra­camy się jed­no­cze­śnie. To Kayla Rosen­thal, która zawsze wrzesz­czy na impre­zach. Stoi na sto­liku pik­ni­ko­wym, macha­jąc drin­kiem niczym czło­wiek-zra­szacz. Wyatt wska­zuje ją ruchem głowy.

– I ona dostała sty­pen­dium w Notre Dame.

Śmieję się, tro­chę zbyt gło­śno.

– Przy­szłaś z Wal­le­rem? – pyta.

– Nie, ale jest gdzieś tutaj. – Macham nie­dbale ręką, mając nadzieję, że tych pięć słów suge­ruje to, co powi­nien wie­dzieć: „Nie obcho­dzi mnie, gdzie jest, bo jest dla mnie nikim. Liczysz się tylko ty, Wyatt, zawsze tylko ty”.

Znowu kiwa głową, jakby to roz­wa­żał.

– Hej, gra­tu­luję nomi­na­cji do otwar­cia roz­da­nia dyplo­mów.

– Dzięki.

– Czy to zna­czy, że ty też wygło­sisz mowę?

– Krót­szą, ow­szem. Jasmine Ramundo ma mówić przez całe dzie­sięć minut, ale ja tylko przez pięć.

– Nie mogę się docze­kać, aż ją usły­szę. – Uśmie­cha się sze­roko, a potem robi coś, co zawsze wywo­łuje u mnie dresz­cze: wpa­truje się w zie­mię, jakby było tam coś głęb­szego i waż­nego. Spo­gląda na mnie. – Będziesz tu latem?

– Tak.

– Ja też.

Gapimy się na sie­bie nawza­jem, czuję gorąco na twa­rzy, a w gło­wie mam tylko jedno: „Chcę, żebyś był moim pierw­szym, Wyat­cie Jones. Jeśli mnie teraz popro­sisz, żebym poszła do sto­doły, to pognam tam z tobą i będę goła, już prze­stę­pu­jąc próg”.

Sły­szę, jak odka­słuje. Odwraca wzrok. Zerka w górę. Uśmie­cha się.

– To na razie.

– Na razie.

Odcho­dzi, i naraz to zwy­kła impreza ze zwy­kłymi ludźmi, a ja jestem jed­nym z nich.

– Możemy zostać.

Odwra­cam się i widzę Saz. „Skąd się tu wzię­łaś?” Ale cho­ciaż chcę zostać, to widzę jej minę.

– Nie ma mowy. – Przy­ja­ciele na pierw­szym miej­scu. Zawsze. Idziemy do samo­chodu, a ja śpie­wam dalej przez całą drogę.

Jakąś godzinę póź­niej leżę w łóżku i myślę o Wyat­cie Jone­sie. O wszyst­kich nie­przy­zwo­itych rze­czach, które chcę, żeby mi zro­bił. Mój pokój prze­peł­nia noc, jedy­nie księ­życ go roz­świe­tla.

Zamy­kam oczy i jestem na­dal sobą, leżę w pościeli w żółte sto­krotki, w gra­na­to­wej piża­mie, którą dosta­łam na ostat­nie uro­dziny. Wszę­dzie leżą książki, bo odkąd skoń­czy­łam sześć lat, lubię się w nich zagrze­by­wać.

Więc na­dal jestem sobą, ale teraz leżę pod Wyat­tem Jone­sem. Wyatt Jones, te jego nogi jak u pił­ka­rza i bary jak u pły­waka, włosy pach­nące chlo­rem i słoń­cem. Wyatt Jones, któ­rego spoj­rze­nie pali. Jest nade mną. Pode mną. Jego skóra przy­lega do mojej. Moje usta do jego.

Pościel dotyka mojego roz­pa­lo­nego ciała, rękę mam tam, gdzie teraz chcę. Roz­ko­puję książki, które spa­dają na pod­łogę. Zaczyna mnie swę­dzieć nos, więc go dra­pię. Włos smyra mnie po czole, więc go zdmu­chuję. Niech to cho­lera.

Oddy­chaj.

Skon­cen­truj się.

Wyatt.

Wyatt.

I oto znowu jest, w swej nagiej chwale.

Wyatt.

Momen­tal­nie czuję na skó­rze setki małych igie­łek.

„Jesteś pewna?” – pyta.

Mimo całej swej urody Wyatt Jones sły­nie z nie­śmia­ło­ści. Kiedy się w ogóle odzywa, sły­chać ją w jego deli­kat­nym, zachryp­nię­tym gło­sie, który przy­wo­dzi na myśl tro­skę i roz­wagę. Zbu­do­wa­łam w sobie cały wewnętrzny świat na jego uży­tek: taki, w któ­rym jest empa­tyczny i wraż­liwy, a jed­no­cze­śnie na tyle silny, by pode­rwać dziew­czynę – kon­kret­nie mnie – i rzu­cić ją na łóżko.

„Tak” – mówię. „Tak!”

„To ty, Claude. Zawsze byłaś tylko ty”.

„Prze­stań gadać, Wyatt, prze­stań natych­miast”.

Igiełki roz­sy­pują się teraz po całym moim ciele, a Wyatt prze­obraża się w chło­paka, któ­rego widzia­łam kie­dyś w samo­lo­cie, tego, co gapił się wprost na mnie, kiedy prze­cho­dził. Teraz jestem w tym samo­lo­cie, prze­brana za ste­war­desę – bar­dzo ele­gancką, taką z lotów mię­dzy­kon­ty­nen­tal­nych: czer­wona szminka, czer­wony mun­du­rek. Albo lepiej gra­na­towy, bo wygląda lepiej z moimi wło­sami w stylu klauna. Idę za nim w kie­runku toa­lety, on wciąga mnie do środka i zamyka drzwi, pod­nosi mnie swo­imi sil­nymi ramio­nami i sadza na umy­walce, a ja obej­muję go nogami.

Kiedy mnie całuje, wpla­ta­jąc dło­nie w moje włosy, zamie­nia się we Wred­nego Jake’a, dostawcę. Jeste­śmy w jego kla­sycz­nym pon­tiaku, który pach­nie pizzą i papie­ro­sami, ale nie zwra­cam na to uwagi, bo zdzie­ramy z sie­bie ubra­nia, a on nagle prze­mie­nia się w pana Darcy’ego. Nie, w pana Roche­stera. Tylko że ja nie jestem Jane Eyre, tylko sobą w jakimś stroju jeź­dziec­kim, a on całuje mnie w świe­tle świec. Jeste­śmy przed komin­kiem, nagle poja­wia się skóra z niedź­wie­dzia, nie jestem pewna dla­czego. Była taka w książce? Patrzę na niedź­wie­dzia, a niedź­wiedź na mnie wzro­kiem mówią­cym „Ty mor­derco!”. I to mnie tak dołuje, że pozby­wam się skóry z niedź­wie­dzia i teraz leżymy na pod­ło­dze, Roche­ster i ja, i jest potwor­nie zimno, bo Thorn­field Hall to w końcu zamek w Anglii. Roche­ster wykom­bi­no­wuje kocyk, ale za późno, odsy­łam go.

I teraz to znowu Wyatt, sunie w moją stronę jak na szkol­nym kory­ta­rzu, wpa­tru­jąc się we mnie tak inten­syw­nie i poważ­nie, że wiem: to jest to. Jeste­śmy w jego pokoju, nie ma jego rodzi­ców i wszystko zwal­nia tak, że sły­szę wła­sny oddech, szybki i krótki, i pra­wie sły­szę jego oddech, kiedy patrzy mi w oczy, i widzę wszystko: jego, mnie, nas odbi­tych w jego źre­ni­cach.

„Claude” – mówi.

Może „Clau­dine”?

„Clau­dine”.

A potem go czuję. Całego. I nie mar­twię się, że jestem gdzieś za mała lub za duża, bo on nawet nie musi mówić „Jesteś piękna”. Już mi to powie­dział.

Jeste­śmy więc razem, Wyatt i ja, bli­żej niż z kim­kol­wiek dotąd byłam, spo­wi­jam go, lgnę do niego i nagle szep­czę „Tak!”, i całe moje ciało unosi się na łóżku. Po pro­stu uno­szę się w powie­trze i wystrze­li­wuję fajer­wer­kami we wszyst­kich kolo­rach. Jestem eks­plo­zją koloru i ognia, mój pokój wiruje w bla­sku. Miliony iskier utrzy­mują mnie w powie­trzu.

Chcę miesz­kać tu w górze, oto­czona tą błysz­czącą burzą świa­teł. Chcę, żeby to trwało wiecz­nie, ale jedna po dru­giej iskierki gasną i umie­rają. Pró­buję je zła­pać i zatrzy­mać, ale czuję, jak deli­kat­nie i powoli opa­dam z powro­tem na łóżko.

Łóżko wchła­nia mnie stop­niowo od stóp do głów, a ja zasty­gam bez­władna i nie­ru­choma.

Otwie­ram oczy i jedyne świa­tło pocho­dzi od księ­życa. Ciało mam cięż­kie, ogrom­nie cięż­kie, czuję, jak zasy­piam w pościeli w sto­krotki, myśląc o tym, że powin­nam była wię­cej się pouczyć na zaję­cia z panem Cal­lu­mem, że nie zna­la­złam tego dru­giego buta i że muszę pamię­tać, by w ponie­dzia­łek oddać Alan­nis jej zie­lony swe­ter. A potem odpły­wam myślami w kie­runku Shane’a, sto­doły i wil­goci na moim udzie. Co jeśli tro­chę dostało mi się do środka i zajdę w ciążę, będę miała dziecko i będę musiała wyjść za Shane’a Wal­lera i zostać w Ohio na zawsze?

Tuż przed zaśnię­ciem, gdy leżę w gra­na­to­wej piża­mie i w pościeli w sto­krotki, przy­po­mina mi się, jak Wyatt mówi „to na razie”, co może zna­czyć wszystko, bo od dziś cały świat jest znów moż­liwy.

7 dni do końca szkoły

Jest pra­wie jede­na­sta rano, a ja jestem u sie­bie w pokoju. Gadam z Saz przez tele­fon, kon­kret­nie o naszych pla­nach na lato. Po pierw­sze i przede wszyst­kim roz­ma­wiamy o naszej wypra­wie, pod­czas któ­rej mamy we dwie zwie­dzić samo­cho­dem cały stan Ohio, zanim poże­gnamy się z nim na zawsze, a przy­naj­mniej na cztery lata. Kupi­ły­śmy sobie pasu­jące do sie­bie bikini (czarne dla mnie, czer­wone dla niej) i ple­caki Kan­ken (błę­kitny dla mnie, żółty dla niej), a Saz zała­twi samo­chód na tydzień lub dwa. Chce zacząć od pół­nocy, a ja od połu­dnia, obie gadamy i śmie­jemy się jed­no­cze­śnie, i dla­tego nie sły­szę puka­nia do drzwi.

Nagle drzwi się otwie­rają i staje w nich mój tata. Ma dziwną minę, kiedy tak patrzy: pla­katy na ścia­nach, poroz­rzu­cane po pod­ło­dze koszulki, dżinsy oraz sukienki, książki wszę­dzie, a ja stoję na górze ciu­chów jak na szczy­cie Kili­man­dżaro i cią­gle się śmieję, ale też usi­łuję sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio, jeśli w ogóle, tata był w moim pokoju.

Powin­nam coś podej­rze­wać, ale nie podej­rze­wam. Mówię:

– Roz­ma­wiam przez tele­fon.

– Muszę z tobą poroz­ma­wiać – odpo­wiada on.

Teraz już się nie śmieję, Saz też nie. Pyta:

– To twój tata?! – W jej gło­sie sły­chać to samo zdzi­wie­nie, które ja czuję.

Przy­siada na skraju łóżka, wspie­ra­jąc stopy na pod­ło­dze. Wygląda, jakby lada moment miał rzu­cić się do ucieczki. W pierw­szej chwili myślę, że coś strasz­nego stało się mamie. Albo że chce mi powie­dzieć, że pies nie żyje albo kot nie żyje, albo dziad­ko­wie nie żyją. Prze­glą­dam swoje wspo­mnie­nia, szu­ka­jąc ostat­niego razu, kiedy tak usiadł, żeby ze mną poroz­ma­wiać. Nie pamię­tam nic, aż do mojej trzy­nastki, kiedy popa­trzył na mamę i powie­dział: „Nie mówi­łem po nasto­let­niemu, nawet kiedy sam mia­łem naście lat. Teraz jest w two­ich rękach”.

Sia­dam obok niego w odle­gło­ści kil­ku­na­stu cen­ty­me­trów. Zasta­na­wiam się, gdzie jest mama i czy wie, że przy­szedł tutaj, a wtedy on mówi:

– Twoja mama popro­siła, żebym z tobą poroz­ma­wiał.

Nie wie­dzieć czemu od razu myślę o Sha­nie i o sto­dole. „Pro­szę, żeby się tylko nie dowie­dzieli!” To naj­gor­sza rzecz, jaką umiem sobie wyobra­zić, ponie­waż jak dotąd wio­dłam w miarę ciche i spo­kojne życie, co zapewne jest powo­dem, dla któ­rego nie potra­fię pisać z uczu­ciem. Ni­gdy nawet nie mia­łam dziury w zębie.

A potem tata odka­słuje i zaczyna mówić takim cichym, poważ­nym gło­sem, zupeł­nie ina­czej niż zwy­kle, a po chwili, zaczyna pła­kać – ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, jak pła­cze.

Myślę: „Prze­stań. Prze­stań pła­kać. Nie ty. Ojco­wie nie pła­czą”, co jest w sumie głu­pie, ale tak wła­śnie pomy­śla­łam.

Chyba nawet mówię na głos:

– Nie płacz.

A może nic nie mówię.

Bo on mówi, że już nas nie kocha, mamy ani mnie.

Że ostat­nich osiem­na­ście lat mojego życia…

że osiem­na­ście lat, które ukształ­to­wały całe moje życie…

było jakimś okrop­nym żar­tem i że wła­ści­wie ni­gdy nas nie kochał, ani przez chwilę…

a może kochał przez krótką chwilę, ale miłość umiera, gdy jej obiekty aż tak nie nadają się do kocha­nia jak mama i ja…

że to nie­stety nasza wina, iż nie możemy być już jego rodziną.

Że chce, żeby­śmy wyje­chały daleko, by nie musiał już na nas patrzeć, bo jest chory na sam nasz widok. Mówi dalej, ale nie słu­cham. Jestem zbyt skon­cen­tro­wana na tym, jak łzy sta­czają mu się po policzku na zarost i zni­kają. „Dokąd one lecą?”

– Kłę­buszku – odzywa się. Moja ksywka. Tylko on tak do mnie mówi. Nasze spe­cjalne imię na oko­licz­ność sekret­nych wypa­dów do cukierni przed szkołą, taj­nych lodów przed obia­dem, za szyb­kiej jazdy samo­cho­dem i oglą­da­nia strasz­nych fil­mów – tych wszyst­kich rze­czy, na które mama jest zbyt mamowa. Mimo że przez całe życie były­śmy Clau­dine i Lau­ren, Lau­ren i Clau­dine, dziew­czyny Lle­we­lyn, bo mama nie przy­jęła nazwi­ska taty, a zresztą i tak zawsze wię­cej w nas było Lle­we­lynów niż Hen­rych. Ozna­cza to zasad­ni­czo, że wie­rzymy w poten­cjal­ność oraz magię, nie zawsze bacząc na prak­tyczne (czyli mroczne i reali­styczne) aspekty życia.

Tym­cza­sem tata był zawsze na obrze­żach, nieco inny od nas, obser­wo­wał, dopin­go­wał i uczest­ni­czył, na ile mógł. Przez całe moje życie wszy­scy nas, dziew­czyny Lle­we­lyn, kochali. Naj­wy­raź­niej wszy­scy oprócz niego.

– Kłę­buszku – odzywa się znowu – to nie dla­tego, że mi na tobie nie zależy.

Nawet teraz, w tym momen­cie, kiedy pod­łoga mojego pokoju znika, kiedy patrzę w dół przez stopy, zasta­na­wia­jąc się, jak kie­dy­kol­wiek jesz­cze dam radę wstać; nawet teraz nie może się zdo­być na słowo „kochać”. Na przy­kład: „To nie dla­tego, że cię nie kocham”.

A potem mówi:

– Po pro­stu nie mogę mieć teraz rodziny.

A może nic z tego wszyst­kiego w rze­czy­wi­sto­ści nie mówi, ale to wła­śnie sły­szę. I w tym momen­cie prze­staję patrzeć na jego łzy i na zarost, a gapię się w miej­sce, gdzie kie­dyś była pod­łoga. Potra­fię myśleć tylko o tym, że minutę temu tu była, a teraz jej nie ma. O tym, jak można przez cały dzień, całymi dniami ani razu nie pomy­śleć o pod­ło­dze, o grun­cie pod nogami, bo przyj­muje się, że po pro­stu tam jest. I nagle nie ma.

Praw­dziwa roz­mowa odbywa się mniej wię­cej tak:

Tata:

– Muszę z tobą poroz­ma­wiać.

Ja:

– Okej.

– Nie chcę, żebyś myślała, że jest ktoś inny. Ważne, żebyś to wie­działa. Mama i ja się roz­sta­jemy. Popro­siła mnie, żebym to ja ci powie­dział, ponie­waż to nie jest jej pomysł, ale mój. – Odwraca wzrok, kiedy to mówi. Potem dodaje: – Po pro­stu nie jestem w sta­nie w tym trwać, nie mogę. – A potem: – Tu nie cho­dzi o cie­bie ani o twoją mamę, ale o mnie. Chcie­li­śmy z tym pocze­kać, aż skoń­czysz szkołę. Nie chcie­li­śmy cię wyko­rze­niać. Następne dwa tygo­dnie zosta­niemy razem w tym domu, a potem się rozsta­niemy.

Kiedy mówi „roz­sta­niemy się”, myślę o roz­cię­tym sercu, odpi­ło­wa­nych człon­kach.

– Ale wczo­raj zawio­złeś mnie do szkoły…

W rze­czy­wi­sto­ści chcę powie­dzieć: „Wczo­raj byli­śmy nor­malni, jedli­śmy mar­ga­retki, jecha­li­śmy w towa­rzy­skiej ciszy, szyb­ciej niż kto­kol­wiek inny na dro­dze”.

– To gro­ma­dziło się od dłuż­szego czasu – mówi. – Pró­bo­wa­li­śmy się roze­znać, co będzie naj­lep­sze dla cie­bie, two­jej mamy i dla mnie.

„Więc wie­dział o tym, kiedy jecha­li­śmy przez most na ulicy Głów­nej, przez cen­trum Mary Grove, kiedy jedli­śmy ciastka pod cukier­nią Joy Ann”.

Nagle czuję się pomi­nięta. Jak­bym przez te wszyst­kie lata – choć sta­no­wi­ły­śmy duet Clau­dine i Lau­ren, Lau­ren i Clau­dine – wie­rzyła, że jest nas troje w tym mał­żeń­stwie. Dopiero teraz widzę, że cały czas byli tylko oni dwoje.

– Nie chcę, żebyś z kim­kol­wiek o tym roz­ma­wiała, Kłę­buszku, nawet z Saz. Do czasu, aż wszystko upo­rząd­ku­jemy. Wiem, że kochasz Saz i jej rodzi­ców, ale są naszymi bli­skimi przy­ja­ciółmi, a nie jeste­śmy gotowi im powie­dzieć. Komu­kol­wiek. Jesz­cze nie.

Jestem tak odrę­twiała, że się nie wście­kam, nie pytam dla­czego. Nie mówię: „Nie masz prawa roz­ka­zy­wać mi, z kim mogę lub nie mogę o tym roz­ma­wiać. Nie możesz mi powie­dzieć, że świat się koń­czy, a potem pro­sić, bym nikomu nie mówiła”.

Zamiast tego sie­dzę, coraz bar­dziej pusta w środku, ręce więdną mi na kola­nach, serce usy­cha mi w piersi, stopy wiszą w powie­trzu, bo nie ma już pod­łogi.

Odzywa się gdzieś z daleka:

– Mary Grove jest tak cho­ler­nie małe, a zupeł­nie nie potrze­bu­jemy, żeby ludzie gadali o mnie i two­jej mamie, bo nie mają nic lep­szego do roboty. I nie chcę, żeby jesz­cze bar­dziej ci to wszystko utrud­niali.

Potem już nic nie sły­szę.

Kiedy wycho­dzi, mama siada na łóżku i mnie obej­muje. Mówi, że możemy poroz­ma­wiać, jeśli chcę, że ważne, by roz­ma­wiać i wyrzu­cić to z sie­bie.

– Pozwól łzom pły­nąć – powta­rza jak zawsze – bo jeśli tego nie zro­bisz, i tak przyjdą, może nie jako łzy, może jako gniew lub coś gor­szego.

– Więc to się naprawdę dzieje – mówię.

– Tak, to się dzieje.

I wtedy nagle czu­cie wraca w moje dło­nie, serce, każdą część ciała, które wcze­śniej stało się puste i mar­twe. Pra­wie zgi­nam się wpół z bólu. Czuję się, jakby zrzu­cono bombę w śro­dek tego pokoju, pro­sto na moją głowę.

– Wiem, że to nie­spo­dzie­wane. I przy­tła­cza­jące. Tak bar­dzo, bar­dzo mi przy­kro.

Przy­tula mnie moc­niej.

– Tata mówi, że nie wolno mi o tym roz­ma­wiać. – Przez chwilę zasta­na­wiam się, czy mnie sły­szy, bo mój głos dobiega z daleka, jakby zamknięty był w ciem­nym, pustym pokoju bez okien i drzwi.

– Póki pró­bu­jemy wszystko poukła­dać, nie mów o tym poza domem.

Usi­łuję zdła­wić nadzieję, która poja­wia się po sło­wach „póki pró­bu­jemy wszystko poukła­dać”, jakby sytu­ację dało się jesz­cze napra­wić i roz­strzy­gnąć.

– Jak mamy poje­chać z Saz na naszą wyprawę, skoro nie mogę o tym roz­ma­wiać?

– Nie jestem pewna, czy ta wyprawa doj­dzie do skutku, Claude. Przy­naj­mniej nie teraz.

– Ale pla­no­wa­ły­śmy ją od dawna.

– Wiem, przy­kro mi. – Widzę, że jest tak samo zagu­biona jak ja. – Sama pró­buję to wszystko zro­zu­mieć. – Milk­nie i pra­wie sły­szę, jak ostroż­nie dobiera w myślach słowa. – Musisz jed­nak pamię­tać, że to nie ma nic wspól­nego z tobą. Twój tata i ja kochamy cię naj­bar­dziej na świe­cie.

Po jej wyj­ściu leżę w łóżku. Bez ksią­żek. Bez marzeń z Wyat­tem w roli głów­nej. Bez pla­nów na wyprawę. Tylko ja i cią­głe myśli, gdzie podziała się pod­łoga.

Leżę tak bar­dzo długo.

Dom jest cichy, sły­chać tylko szmer drzwi garażu i odjeż­dża­jące auto taty. A troszkę póź­niej dźwięk stu­ka­nia do drzwi. To mój kot Ray chce dostać się do środka. Ale nie umiem się ruszyć. Więc leżę.

I leżę.

Kiedy wybuchł Wezu­wiusz, miesz­kańcy Pom­pei byli zupeł­nie nie­przy­go­to­wani, ale wiemy z listów pew­nego oca­leńca, że eks­plo­zję poprze­dzały sygnały ostrze­gaw­cze. Smugi dymu, wstrząsy ziemi. „Jak mogłam nie widzieć zna­ków? Jak mogłam nie wie­dzieć?”

Myślę o histo­rii świata i ludziach, któ­rych życie zmie­niło się w jed­nej chwili. Na przy­kład o kobie­cie, po któ­rej otrzy­ma­łam imię. Clau­dine Blac­kwood, cio­teczna babka mojej mamy, miała tylko pięć lat, kiedy jej matka zastrze­liła się w sypialni ich domu na jed­nej z wyse­pek u wybrzeża Geo­r­gii. Stało się to w czwar­tek po śnia­da­niu, jej tata wyszedł z domu kilka minut wcze­śniej. To Clau­dine usły­szała strzał i to ona zna­la­zła swoją mamę w kałuży krwi w łazience. Tra­ge­die takie jak ta moja mama pisarka okre­śla mia­nem „prze­ło­mo­wych momen­tów” – są to takie chwile, kiedy całe życie się zmie­nia i czło­wiek zostaje sam, zbie­ra­jąc jego kawałki. Mama twier­dzi, że wła­śnie to, jak zbiera się te kawałki, oka­zuje się prze­ło­mowe.

Ciotka Clau­dine i jej ojciec zostali w tam­tym domu, nawet po tym, co się stało. Spę­dziła kilka lat w Con­nec­ti­cut w Szkole dla Dziew­cząt Panny Por­ter, ale wró­ciła na wyspę na dobre, kiedy miała dzie­więt­na­ście lat. A kiedy jej tata zmarł, zosta­wił jej dom. Czę­sto się zasta­na­wia­łam, jak to było dora­stać w tym samym domu, w któ­rym matka się zabiła, wcho­dzić do tej sypialni tysiące razy w życiu.

Cio­cia Clau­dine była ulu­bioną krewną mojej mamy. Kiedy mama miała dzie­sięć lat, poje­chała ją odwie­dzić i zna­la­zła ślad po poci­sku na drzwiach szafy. Mówiła, że dało się w niego wło­żyć palec. Na zdję­ciach Clau­dine, które widzia­łam, wid­nieje schludna kobieta z krót­kimi wło­sami obcię­tymi na pazia i trzema gru­bymi jam­ni­kami, które ponoć cho­dziły za nią wszę­dzie. Ubie­rała się w koszule zapi­nane na guziki i spodnie khaki, ale z tego, co mówi mama, nosiła się po kró­lew­sku.

Chcia­ła­bym móc spy­tać ciotkę Clau­dine, czy z per­spek­tywy czasu umia­łaby dostrzec znaki zapo­wia­da­jące to, co zro­biła jej matka, ale Clau­dine zmarła, zanim się uro­dzi­łam. Może więc widziała te znaki, a może nie, osta­tecz­nie miała wtedy tylko pięć lat. A kiedy zmarła, wraz z nią ode­szły wspo­mnie­nia o jej matce i o tam­tej dziew­czynce, którą mogłaby być, gdyby nie padł strzał. Nie zosta­wiła po sobie męża ani dzieci, w ogóle nikogo, kto mógłby nam powie­dzieć, dla­czego została w tym domu na jakiejś wyspie u wybrzeża Geo­r­gii.

To spra­wia, że się zasta­na­wiam: „Czy to jest mój prze­ło­mowy moment? Jeśli tak, to co zro­bię z tymi wszyst­kimi kawał­kami?”.

W pew­nej chwili zdaję sobie sprawę, że powin­nam się ruszyć. Że leże­nie tutaj tylko pogar­sza sprawę. Się­gam więc po tele­fon. Saz wysłała pięt­na­ście ese­me­sów i zosta­wiła trzy wia­do­mo­ści. Zamiast zejść na dół, żeby zjeść śnia­da­nie z rodzi­cami – czy raczej w tym wypadku – z mamą, jak robi­łam to w każdą sobotę przez osiem­na­ście lat życia, wyłą­czam tele­fon i się­gam po notes oraz pióro, które trzy­mam przy łóżku. Przez całe życie wszystko ubie­ra­łam w histo­rie, bo czu­łam, że wszystko zasłu­guje, by swoją histo­rię mieć. Nawet jeśli to tylko stary kawa­łek mar­muru osa­dzony w ścia­nie piw­nicy. „Skąd pocho­dzi? Kto go tam umie­ścił? I dla­czego?”

Nikt o tym nie wie: piszę powieść. Kiep­ską, przy­długą powieść, którą uwiel­biam, mimo że nie ma fabuły, za to chyba z sied­miu­set boha­te­rów, i któ­rej pew­nie ni­gdy nie skoń­czę. Jak dotąd mie­ści się w trzech note­sach, a ja piszę dalej. Któ­re­goś dnia albo wyrzucę wszyst­kie notesy, albo prze­pi­szę to na lap­topa.

Otwie­ram notes. Zdej­muję zatyczkę z pióra.

Gapię się na pustą stronę.

Ona gapi się na mnie.

– Nie gap się na mnie – mówię do niej.

Zapi­suję swoje imię, tylko po to, by poka­zać, kto tu rzą­dzi. Claude.

Obwo­dzę imię pió­rem, jesz­cze raz, i jesz­cze, i jesz­cze, aż wygląda, jakby było uwię­zione w gniew­nej chmu­rze.

Piszę swoje pełne nazwi­sko: Clau­dine Lle­we­lyn Henry. Lle­we­lyn to panień­skie nazwi­sko mojej mamy. Skre­ślam Henry i piszę Clau­dine Lle­we­lyn. Oto, kim od teraz praw­do­po­dob­nie będę.

Się­gam po tele­fon, włą­czam i dzwo­nię do Saz.

– Czego chciał twój tata?

– Co?

– Twój tata – powta­rza. – Czego chciał?

– Nic. Tylko poga­dać ze mną o końcu roku. Jego rodzice przy­jeż­dżają nas odwie­dzić, żeby usły­szeć moją prze­mowę.

I myślę: „Naprawdę to robię. Naprawdę to przed nią zata­jam”. Patrzę w dół na swoje ramię, gdzie przy­szczy­puję skórę tak mocno, że aż robi się fio­le­towa.

– Dziw­nie brzmisz. Jesteś pewna, że wszystko okej?

– Czuję się dobrze. Jestem tylko zmę­czona, krótko spa­łam.

Potem myślę, żeby jej jed­nak powie­dzieć, mimo że tata zaka­zał, o tej bom­bie, którą wła­śnie zrzu­cił mi na głowę i serce. Ale wtedy to by się stało praw­dziwe, a teraz się takie nie wydaje. Zamiast tego mówię:

– Co robisz dzi­siaj wie­czo­rem?

Tylko po to, żeby zoba­czyć, co się sta­nie, nakłu­wam sobie skórę sta­lówką pióra, jesz­cze raz i jesz­cze raz, aż skóra robi się nie­bie­ska od atra­mentu, a może od sinia­ków.

– Nic. Teraz tro­chę oglą­dam film, a tro­chę robię laleczkę voodoo Leah Basco.

– Możesz wziąć auto?

– Przy­pusz­czal­nie. Zawsze możesz wpaść do mnie.

Saz mieszka trzy prze­cznice ode mnie.

– Okej.

– Albo możemy iść do Day­ton.

Myślę o szyb­kiej jeź­dzie i pod­gła­śnia­niu muzyki, coraz bar­dziej i bar­dziej.

– To brzmi lepiej.

– Jesteś pewna, że wszystko okej?

Patrzę na notes, gdzie napi­sa­łam „Claude” z trzy­sta razy. Na wszyst­kie nie­bie­skie punkty na mojej skó­rze.

– Jestem pewna.

Roz­łą­czamy się i cze­kam na nią u sie­bie w pokoju, wyglą­da­jąc przez okno, żeby nie sie­dzieć na dole i roz­ma­wiać z mamą.

Saz pro­wa­dzi. Jeź­dzi pię­cio­let­nią hondą do spółki ze swoim bra­tem Byro­nem. Jedziemy szybko z gło­śną muzyką i opusz­czo­nymi szy­bami, nie roz­ma­wia­jąc o Yvonne, Wyat­cie ani o Sha­nie. Sta­jemy się czę­ścią tego powie­trza, tej nocy, tej muzyki, i śpie­wamy aż do zachryp­nię­cia.

To wła­śnie my: dwie naj­lep­sze przy­ja­ciółki dora­sta­jące w mie­ście, które jest zbyt małe. To ona pierw­sza spra­wiła, że poczu­łam się w Mary Grove jak w domu. Zbli­żyło nas naj­pierw to, że żadna z nas nie pocho­dziła stąd i razem zosta­ły­śmy autsaj­der­kami. Kiedy mia­ły­śmy dzie­sięć lat, zaraz po tym, jak odkry­ły­śmy, że obie chcemy zostać pisar­kami, posta­no­wi­ły­śmy opu­ścić kie­dyś Mary Grove i odnieść w świe­cie Suk­ces. Uzna­ły­śmy, że opusz­cze­nie Mary Grove oraz Ohio jest dla nas warun­kiem koniecz­nym prze­trwa­nia. I to dało począ­tek liście: liście wszyst­kiego, co zro­bimy i co osią­gniemy, kiedy już będziemy wolne. W pią­tej kla­sie zało­ży­ły­śmy zespół skła­da­jący się z samych dziew­czyn, by jak naj­szyb­ciej móc opu­ścić Mary Grove. Gra­nie muzyki nie szło nam za dobrze, za to słu­cha­nie świet­nie, a nasza miłość roz­lała się na wszyst­kie gatunki muzyczne, w szcze­gól­no­ści na Françoise Hardy i yé-yé girls z lat sześć­dzie­sią­tych. Uczy­ły­śmy się o tych kobie­tach w siód­mej kla­sie na lek­cjach fran­cu­skiego. W całej swo­jej egzo­tycz­nej fran­cu­sko­ści uno­siły nas one daleko z małego mia­sta na Środ­ko­wym Zacho­dzie i zain­spi­ro­wały obse­sję na punk­cie wszyst­kiego, co fran­cu­skie.

W Day­ton wcho­dzimy po scho­dach do Insty­tutu Sztuki, który jest zamknięty na cztery spu­sty, ale oświe­tlony z zewnątrz. Sie­dzimy sku­lone na zim­nie i wie­trze, choć jest już pra­wie lato. Obser­wu­jemy, jak niebo zmie­nia kolory – szary prze­cho­dzi w złoty, potem różowy w nie­bie­ski. Poja­wia się księ­życ, zaraz po nim gwiazdy, które świecą zbyt jasno. Jest w nich coś nie­uczci­wego.

W wieku jede­na­stu lat, kiedy Saz uznała, że jest adop­to­wana, ponie­waż jej mali i cisi bra­cia oraz mali i cisi rodzice zupeł­nie jej nie rozu­mieli, uzgod­ni­ły­śmy, że jest pod­rzut­kiem. I mimo że kocham swo­ich rodzi­ców i jestem bar­dzo do nich podobna, dokład­nie po poło­wie, zde­cy­do­wa­łam, że też mogę być pod­rzut­kiem. Mimo lili­pu­ciego wzro­stu Saz oraz jej ciem­nej kar­na­cji i moich dłu­gich koń­czyn oraz pie­gów powie­dzia­ły­śmy sobie, że roz­dzie­lono nas po uro­dze­niu, a jedy­nym wytłu­ma­cze­niem było to, że skra­dziono nas pra­wo­wi­tej rodzi­nie. Stwo­rzy­ły­śmy i spi­sa­ły­śmy całą histo­rię: naszą i naszych praw­dzi­wych rodzi­ców, rodzeń­stwa oraz ludzi, któ­rzy nas ukra­dli. W wieku lat trzy­na­stu uło­ży­ły­śmy plan: kiedy skoń­czy się liceum, ruszymy do Kali­for­nii i tam zamiesz­kamy razem, zara­bia­jąc na życie jako pisarki. Przez lata nasza przy­jaźń się zacie­śniała, aż wresz­cie trudno było stwier­dzić, gdzie koń­czy się Claude, a zaczyna Saz.

Mimo to tej jesieni roz­jeż­dżamy się do róż­nych szkół. Ja do Colum­bii w Nowym Jorku, Saz do Nor­th­we­stern w Chi­cago. Zgo­dzi­ły­śmy się nie roz­ma­wiać o tym aż do końca lata, bo myśl o roz­sta­niu jest nie do znie­sie­nia.

Saz wyj­muje z torby butelkę wódki. Podaje mi, a ja piję, choć mi nie sma­kuje. Odpo­wiada mi za to cie­pło roz­grze­wa­jące klatkę pier­siową już po pierw­szym łyku. Jak­bym miała pie­cyk w środku. Sie­dzimy, patrząc w mia­sto. Od dru­giego roku liceum przy­jeż­dżamy tutaj, kiedy nie chcemy roz­ma­wiać, ale chcemy poczuć się lepiej. Myślimy o tym miej­scu jako o naszym Insty­tu­cie Sztuki, tak jak myślimy o I-70 jako o naszej auto­stra­dzie, a o Mary Grove jako o naszym mie­ście, nawet jeśli tam nie pasu­jemy.

Oddaję butelkę Saz, ale ona kręci głową.

– Pro­wa­dzę.

Biorę łyka za nią.

– Muszę ci coś powie­dzieć, Hen.

Nazywa mnie „Hen” – to skrót od Henry, czyli Clau­dine Henry – odkąd mia­ły­śmy dzie­sięć lat.

„Llew – chcę jej powie­dzieć – nazy­waj mnie teraz Llew, od Lle­we­lyn. Też mam ci coś do powie­dze­nia”.

Robi wydech, jakby przez dłuż­szy czas wstrzy­my­wała powie­trze.

– Prze­spa­łam się z Yvonne.

Zanim mogę powie­dzieć „Ale dopiero co widzia­ły­śmy ją z Leah wczo­raj czy przedwczo­raj”, Saz dodaje:

– Prze­pra­szam, że ci nie powie­dzia­łam, kiedy to się stało.

Mówię pierw­szą rzecz, która przy­cho­dzi mi do głowy:

– Ale ona ma dziew­czynę.

– Od jakie­goś czasu sytu­acja jest nie­sta­bilna.

– Kiedy z nią spa­łaś?

– Trzy tygo­dnie temu. Pamię­tasz, jak poszłam z Marą do Adama Katza? W ten week­end kiedy byłaś gdzieś z Shane’em? Wtedy to się stało.

– O – mówię.

Trzy tygo­dnie temu.

– Wiem, że mia­ły­śmy cze­kać, żeby się zako­chać i móc zro­bić to w tym samym cza­sie, ale mia­ły­śmy po dzie­sięć lat, kiedy to sobie obie­ca­ły­śmy, Hen. Wiesz, że cho­dzi­łam na randki, nie­wiele, ale tro­chę tak. Nie tyle co Alan­nis.

– Nikt nie rand­kuje tyle co Alan­nis.

– Prawda? Ale, no nie wiem, nikt wcze­śniej aż tyle dla mnie nie zna­czył. To zna­czy, inne były ważne, ale żadna nie tra­fiła tu. Dokład­nie tu. – Gła­dzi dło­nią oko­licę serca. – Nie byłam na to przy­go­to­wana – dodaje. – Nie byłam przy­go­to­wana na nią. Myślę, że nie da się przy­go­to­wać na coś takiego.

Z jakiejś przy­czyny ta wia­do­mość wstrząsa mną nie­mal tak samo mocno jak wie­ści o rodzi­cach, bo oto poja­wia się kolejny sekret, który przede mną ukry­wano. „Jestem kimś, przed kim ludzie chcą trzy­mać sprawy w sekre­cie, a rze­czy, w które wie­rzy­łam, oka­zują się kłam­stwem”. Czuję, że płuca odma­wiają mi posłu­szeń­stwa, brak mi tchu. Wpa­truję się w beto­nowe stop­nie scho­dów, ale nie ma ich tam, gdzie przed chwilą były. Mię­dzy moimi sto­pami a pod­ło­żem jest tylko powie­trze.

Odchrzą­kuję, bo nagle kom­plet­nie zaschło mi w gar­dle.

– Dla­czego nic nie mówi­łaś?

– Nie wiem. Powin­nam była ci powie­dzieć. Nie byłam po pro­stu pewna, co to dokład­nie zna­czyło. Dla Yvonne i dla mnie. Myślę, że musia­łam naj­pierw jakoś to ogar­nąć.

– I co? Ogar­nę­łaś?

– Nie­zu­peł­nie. Ale nie chcia­łam już dłu­żej ci nie mówić.

– Czyli nie chcia­łaś tego dłu­żej trzy­mać w sekre­cie.

– No.

Mimo że sie­dzę tam, strze­gąc wła­snego sekretu, jej tajem­nica boli mnie jak otwarta rana. Chcę, żeby ją sobie wzięła i odbu­do­wała te schody, na któ­rych będziemy mogły sie­dzieć razem, ramię w ramię, jak zawsze.

– Czy Yvonne chciała, żebyś nic nie mówiła? Bo była na­dal z Leah?

– Nie, sama posta­no­wi­łam nic nie mówić. Poza tym dzie­wic­two to zaje­bi­ście subiek­tywna sprawa, Hen. Wymy­ślili je sta­rzy, biali i hetero męż­czyźni, któ­rzy rzą­dzą kra­jem, czy kto tam był na ich miej­scu w daw­nych cza­sach. Wszystko po to, żebyś czuła się wyklu­czona, samotna i w jakiś spo­sób nie­kom­pletna. Ale dla mnie to naprawdę nie miało zna­cze­nia.

– Za to pierw­szy raz z Yvonne miał dla cie­bie zna­cze­nie.

– Tak, to zna­czyło wszystko. – Głos jej się zała­muje, dosłow­nie, jakby ugi­nał się pod cię­ża­rem tych wszyst­kich emo­cji, które Saz nosi w sobie.

Powin­nam odło­żyć na bok gniew i urazę i spy­tać Saz, jak było. Jak się teraz czuje, czy z per­spek­tywy czasu wola­łaby pocze­kać, co to ozna­cza dla niej i dla Yvonne. Powin­nam o nią spy­tać, bo to donio­sła chwila i, chcę czy nie, Yvonne jest teraz w jej życiu. Ale kiedy otwie­ram usta, potra­fię tylko powie­dzieć, że być może jestem w ciąży z Shane’em Wal­le­rem.

– Wiesz, że to nie są lata pięć­dzie­siąte, prawda? Masz inne opcje, nawet jeśli jakoś jesteś w ciąży, a nie jesteś.

– On uważa, że jestem jak zestaw pude­łek i za każ­dym razem, kiedy otwiera jedno, w środku jest dru­gie.

Patrzę w dół, gdzie były schody, i widzę, że zie­mia też znik­nęła.

– Moim zda­niem obie wiemy, że jest tylko jedno pudełko, do któ­rego Shane chce się dostać – kwi­tuje Saz.

Do Mary Grove jest pięć­dzie­siąt sześć kilo­me­trów. Zamiast roz­ma­wiać, pod­krę­camy muzykę tak gło­śno, że czuję, jak wdziera się w mój układ krą­że­nia, jak dociera do kości. Saz pro­wa­dzi z jedną ręką wysta­wioną za okno. Bie­rze zakręt zbyt ostro i krzy­czymy uni­sono razem z pio­senką. Odgar­niam włosy do tyłu, bo strasz­nie wieje i jeśli ich nie odgarnę, to chyba je połknę. Chwy­tam butelkę wódki drugą ręką i piję, a cie­pło alko­holu połą­czone z muzyką spra­wiają, iż czuję, że żyję. Docie­ramy do Mary Grove w dwa­dzie­ścia minut, bo Saz jeź­dzi szyb­ciej niż kto­kol­wiek inny, kogo znam, jesz­cze szyb­ciej niż mój tata.

W świe­tle tablicy roz­dziel­czej badam siniaki na swoim ramie­niu – małe siniaczki, które spra­wi­łam sobie sama gdzieś pomię­dzy ran­kiem a obecną chwilą, tylko po to, żeby się upew­nić, że to nie sen.

Skrę­camy w moje sąsiedz­two, podą­ża­jąc wzno­szącą się i krętą drogą.

„Cią­gle mogę jej powie­dzieć”.

Zjeż­dżamy z jed­nego wznie­sie­nia.

„Mogę jej teraz powie­dzieć”.

Zakręt. Drugi zakręt.

„Mogę otwo­rzyć usta i dać upust sło­wom. Wtedy będzie wie­działa i będzie mogła pomóc mi zna­leźć w tym sens, i nie będę sama, i to wszystko sta­nie się realne”.

Samo­chód zatrzy­muje się przed moim domem. Sie­dzimy jesz­cze chwilę przy muzyce. Nie chcę wcho­dzić do środka. Nie chcę widzieć się z rodzi­cami.

Ale nie mogę tak sie­dzieć wiecz­nie, bo Saz będzie chciała wie­dzieć, co się dzieje, więc zaczy­nam wysia­dać. Saz prze­chyla się przez sie­dze­nie, kła­dzie rękę na mojej, zatrzy­mu­jąc mnie.

– Wiesz, że to nie ozna­cza, że z nami koniec, prawda? Nie tylko twój wyjazd do Nowego Jorku, a mój do Chi­cago, ale to, co jest mię­dzy mną i Yvonne? To, że się zako­cha­łam, nie miało nic wspól­nego z tobą, Hen, ani z wszyst­kimi naszymi pla­nami. Cho­dziło o dziew­czynę, którą naprawdę lubię, i o, nie wiem, ten wła­ściwy moment, który wtedy nad­szedł. Ale to, co nas łączy, ni­gdy się nie skoń­czy.

– Wiem – odpo­wia­dam, ale czuję nie­przy­jemne ukłu­cie w sercu. Saz zła­mała obiet­nicę. Może to była głu­pia obiet­nica – sprzed ośmiu lat, spi­sana przez dzie­się­cio­latki. Ale nie cho­dzi tylko o tę obiet­nicę – Saz trzy­mała Yvonne w sekre­cie przede mną. Jesz­cze nawet nie skoń­czy­ły­śmy szkoły i nie wyje­cha­ły­śmy z domu. Ile sekre­tów pojawi się w przy­szło­ści, kiedy ona będzie w Chi­cago, a ja w Nowym Jorku, a nie razem, tutaj, w Mary Grove? „Cza­sami coś się koń­czy, nawet jeśli tego nie chcesz”.

Może nie drę­czy­łoby mnie to tak bar­dzo, gdy­bym sama nie ukry­wała sekretu nale­żą­cego do moich rodzi­ców, który teraz prze­ka­zali mnie. Cho­ciaż wcale go nie chcę.

Zmu­szam się, by ująć jej dłoń.

– Chcia­ła­bym, żeby­śmy razem poje­chały do Kali­for­nii.

– Ja też.

Jej błysz­czące ciemne oczy napo­ty­kają mój wzrok. Saz zawsze wygląda, jakby myślała o set­kach eks­cy­tu­ją­cych rze­czy naraz. Ale teraz jej oczy są spo­kojne, a prócz szczę­ścia z powodu Yvonne widzę zmar­twie­nie i smu­tek, może strach, że się na nią gnie­wam.

Mówię więc:

– Nie umia­ła­bym się na cie­bie zło­ścić. Zwłasz­cza o to, że podą­żasz za ser­cem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki