Bez powrotu - Mia Sheridan - ebook
BESTSELLER

Bez powrotu ebook

Mia Sheridan

4,3

106 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Nowy, osadzony we współczesnych realiach romans Mii Sheridan, bestsellerowej autorki „New York Timesa”, jest jeszcze bardziej wartki, zmysłowy i szczery niż poprzednie, choć jednocześnie przepojony tym samym emocjonalnym napięciem, do którego przywykli czytelnicy.

 

Zamożna i obracająca się w najlepszym towarzystwie Olivia Barton nigdy by nie przypuszczała, że w trakcie podróży służbowej jej narzeczony zniknie bez śladu. Jest tym bardziej zrozpaczona i zdezorientowana, kiedy wynajęty przez nią prywatny detektyw namierza go na drugim końcu świata, w nadmorskim miasteczku w Kolumbii. Kraj został niedawno dotknięty potężnym trzęsieniem ziemi i śmiercionośnym tsunami, a w efekcie pozbawiony łączności ze światem, co prawie uniemożliwia wszelkie podróże. Olivia mimo to postanawia dotrzeć do Kolumbii i znaleźć odpowiedzi, których tak rozpaczliwie potrzebuje. Musi w tym celu zatrudnić przewodnika – najchętniej uzbrojonego. Pojawia się Thomas, mężczyzna, który woli kryć się w cieniu, otoczony aurą tajemnicy. Obiecuje pomóc Olivii przedostać się w głąb zdewastowanego, opanowanego przez przestępczość kraju. Niebezpieczeństwa nabierają nowego wymiaru, kiedy bohaterowie przekonują się, że muszą też walczyć z wzajemnym rosnącym zainteresowaniem. W południowoamerykańskiej dżungli wszystkie reguły się zmieniają, a Thomas i Olivia stopniowo odkrywają, że czasem to, czego się szuka, i to, co się znajduje, to zupełnie różne rzeczy.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Masz – rzucił ostro wuj, wciskając mi w dłonie niewiele ważący jutowy worek. Coś w nim było na dnie. – Zajmij się tym.

Tym? Odwinąłem brzeg szorstkiego materiału i zajrzałem do środka. Spojrzała na mnie para okrągłych oczu barwy whiskey.

– Przypomina mi ciebie. Taki sam mały mieszaniec – dodał z nutą pogardy w głosie wuj. Z beczkowatej piersi wyrwał mu się kpiący śmiech.

– Półgłówek – mruknął złośliwie brat cioteczny, mijając mnie i specjalnie szurając nogami, żeby wzbić kurz.

Ogarnęły mnie gniew i poczucie wstydu. Chętnie wytarzałbym w ziemi tę jego pucołowatą gębę. Wiedziałem jednak, co mogłoby się stać, gdybym tak postąpił. Wuj sprałby mnie znów, pewnie dwa razy mocniej i dłużej. Czasem mimo wszystko bywało warto, ale dzisiaj… ręce miałem już zajęte.

Chwyciłem worek nieco inaczej i jego skraj opadł, odsłaniając niewielkiego szczeniaka. Pół pyszczka miał brązowe, drugie pół białe, obie plamy koloru dzieliła wyraźna linia. „Mały mieszaniec”, przypomniałem sobie określenie wuja. Z zaciekawieniem przyjrzałem się pieskowi, a on popatrzył na mnie przejrzystymi ślepkami.

Przykucnąłem i położyłem worek na ziemi. Szczeniak wyskoczył ze środka, machając ogonkiem tak gorliwie i szybko, że tyłeczek bujał mu się z boku na bok. Kąciki ust rozciągnął mi uśmiech.

Kopniak był prędki i mocny. Szczeniak zaskomlał z bólu i potoczył się w tył. Zatrzymał się na ścianie szopy, miękko na niej lądując. Zrobiło mi się żal psiaka, ale zamiast do niego podejść, co już chciałem uczynić, nie ruszyłem się z miejsca.

– Trzeba go będzie trochę zahartować – stwierdził wuj, drapiąc się tam, gdzie koszula podjechała mu w górę, obnażając fałdę otłuszczonego brzucha. Następnie obrócił się na pięcie i odszedł.

Podszedłem do szczeniaka, który przycupnął pod walącą się szopą. Spojrzał na mnie spod nisko trzymanego łebka, najwyraźniej nadal obawiając się kolejnego kopnięcia. Zerkał na mnie przez chwilę i jego mały jak zawiązek kolby kukurydzy ogonek znów zaczął się poruszać i niechcący uderzać o ścianę szopy. Psiak uniósł łebek. Zawahałem się, obejrzałem za siebie w stronę, gdzie znikł wuj i brat cioteczny, i wziąłem szczeniaka na ręce. Wiercił się i lizał mnie po brodzie.

– On ma rację, wiesz – szepnąłem. – Musisz być mężny. Walcz albo zgiń, taka zasada tutaj obowiązuje.

Ogonek szczeniaka zatłukł o mój tors, jego ciepłe pulchne ciałko wiło się z radości, kiedy go do siebie tuliłem.

– Przestań – poinstruowałem psiaka najsurowszym tronem, na jaki mnie było stać. Spojrzałem mu w oczy i pokazałem zęby, a potem cicho warknąłem, chcąc go przestraszyć.

Ogonek zaczął walić jeszcze szybciej i mocniej, psiak zaszczekał słabym piskliwym odgłosem szczenięcej radości. Westchnąłem i skrzywiłem się, bo lizał mnie po ustach i po policzku. Zastanawiałem się, co mam z nim zrobić, i wreszcie zabrałem go ze sobą do szopy, a tam położyłem na moim zatęchłym posłaniu, urządzonym w rogu.

– Tylko się nie przyzwyczajaj – mruknąłem.

W odpowiedzi szczeniak energicznie zamachał ogonkiem, po czym, wyraźnie zmęczony całą tą pracowitą psią radością, przytulił się do mnie i rozdzierająco ziewnął. Patrzyłem, jak przymyka oczy, i zmarszczyłem brwi, bo stało się coś dziwnego: zrobiło mi się ciepło na sercu. Odebrałem to poczucie jako przyjemne, ale i niebezpieczne.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Olivia

Nie sądziłam, że kiedyś poczuję się tak bardzo nie na swoim miejscu. Kolano podrygiwało mi nerwowo i szybko upiłam łyk piwa, próbując nie okazywać zmieszania, wtopić się w otoczenie. Byłam niespokojna i ruchy miałam niezborne, więc piwo chlupnęło i parę kropel osiadło mi na podbródku. Nie ma co, ładnie, pomyślałam. Przesunęłam palcem po brodzie, zlizałam krople i przygryzłam usta. Co ja robię? Przecież nie lubię piwa. Starałam się jednak nie skrzywić w reakcji na jego wodnistą gorycz i ukradkiem zerknęłam na żłopiącą żółty płyn klientelę baru. Upewniłam się, że niepotrzebnie zwróciłabym na siebie jeszcze więcej uwagi, gdybym zamówiła kieliszek białego wina, na które rzeczywiście miałam ochotę.

Powiedział mi, że mam ubrać się na niebiesko, więc wybrałam modry jedwab. Uznałam, że zalecił mi konkretny kolor, aby mnie wyłowić z tłumu. Powinnam była jednak wziąć pod uwagę, że ten żywy odcień niebieskiego sprawi, iż do niektórych lokali będę pasowała jak wół do karety. Na przykład w tej spelunie, gdzie ulubioną barwą zdawała się czerń, a preferowanym materiałem skóra. Cóż, stało się.

Zacisnęłam palce na szklance. Chłodziła je i dawała mi namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Jeszcze raz dyskretnie rozejrzałam się po klientach baru, ale zdawało się, że nikt szczególnie mi się nie przygląda. „Załóż niebieską bluzkę” – powiedział. Odhaczone. „I czekaj przy barze”. Odhaczone. Gdzie on się podziewa? Wygładziłam fałdy spódnicy i założyłam nogę na nogę. Ile czasu czekać, zanim oficjalnie będę mogła uznać, iż wystawił mnie do wiatru?

Boże, to jak historia mojego życia w pigułce. Wystawiona do wiatru, porzucona, pozostawiona samej sobie, puszczona kantem. Zmusiłam się do wyprostowania pleców, niezadowolona, że zaczynam w myślach biadolić.

Moją uwagę zwrócił dochodzący z głębi baru odgłos zbijanych kul bilardowych. Zaczęłam obserwować faceta pochylającego się nad stołem i szykującego do uderzenia. Kiedy znów spojrzałam przed siebie, na stołku barowym obok mnie, przedtem wolnym, siedział mężczyzna w czarnej bejsbolowej czapce, której daszek przesłaniał większość jego twarzy.

– Olivia Barton – raczej stwierdził, niż spytał.

Serce zabiło mi mocniej. Rozpoznałam ten nieco chropawy głos, słyszany dziś wcześniej przez telefon.

– Tak. A pan to…?

– Owszem. – Dał znak barmanowi, a ten zareagował skinieniem brody i ruszył w naszą stronę. Mężczyzna w bejsbolówce sięgnął do stojącej na kontuarze miseczki z fistaszkami i wrzuciwszy sobie kilka orzeszków do ust, zaczął je nieśpiesznie żuć.

Zacisnęłam wargi, zirytowana swobodną – niemal nonszalancką – postawą nieznajomego, podczas gdy sama prawie wychodziłam ze skóry.

– Czekałam. Spóźnił się pan – rzuciłam z pretensją w głosie.

Barman podszedł i nieznajomy zamówił piwo, a potem spojrzał w moją stronę i ruchem głowy wskazał na trzymaną przeze mnie szklankę.

– Dlaczego nie zamówić tego, na co naprawdę ma pani ochotę? – zapytał, ignorując uwagę o spóźnieniu.

Spojrzałam z wahaniem na wciąż prawie pełną piwa szklankę i ponownie zwróciłam na niego wzrok.

– Hm…

– Białe wino? – domyślił się.

– Sauvignon blanc.

Ledwie zauważalnie uniósł brew.

– Kieliszek waszego najlepszego białego wina – odezwał się do barmana, który skinął głową i odwrócił się od nas.

Powiedziałam coś nie tak? – zastanawiałam się.

– Trafiła pani bez problemu?

– Do tego baru? Tak, kierowałam się GPS-em. Czy cała ta tajemniczość rodem z filmów płaszcza i szpady jest naprawdę konieczna? – Ruchem ramienia ogarnęłam mroczne wnętrze baru. – Zlecenie, jakie mam dla pana, jest jak najbardziej legalne.

Przysięgłabym, że dostrzegam leciutkie uniesienie kącików ust nieznajomego. Przechyliłam głowę, usiłując przyjrzeć mu się dokładniej. Rysy twarzy ginęły w słabym oświetleniu i cieniu rzucanym przez daszek czapki, więc jedyne, co zauważyłam, to wyraziste linie. Postawiono przed nim piwo, przede mną kieliszek wina, a on skinął głową barmanowi i rzucił na blat dwudziestodolarówkę. Napił się piwa. Spostrzegłam, jak poruszyła mu się grdyka, gdy przełykał, i spróbowałam wina. To „najlepsze” białe wino okazało się kiepskie i niepotrzebnie słodkie, ale i tak smaczniejsze niż piwo, które próbowałam pić przedtem, więc znowu upiłam łyk.

– Płaszcza i szpady nie mam, ale w moim zawodzie nigdy dość ostrożności, rozumie pani. – Wrzucił sobie do ust kolejną garść orzeszków.

– W takim razie powinien pan uważać z fistaszkami. Ma pan pojęcie, ile brudnych dłoni już po nie sięgało? – Zmarszczyłam nos, wskazując ruchem brody miseczkę stojącą na kontuarze.

Przeżuł, przełknął.

– Jeśli mam panią eskortować przez zrujnowane i niebezpieczne rejony Kolumbii, to lepiej dla pani, żebym nie trząsł się o parę bakterii na fistaszkach. – Znów wypił długi łyk piwa, a potem na mnie popatrzył.

Spoglądał nieruchomo, a mimo to odniosłam wrażenie, że ogarnął wzrokiem moją sylwetkę od stóp do głów. Na skórze poczułam dreszcz, jakby w reakcji na jego spojrzenie. Nachmurzyłam się, wytrącona z równowagi przez obcego mi człowieka.

– Tak czy inaczej – zaczęłam i odchrząknęłam – wspomniał pan przez telefon, że omówimy konkrety podczas rozmowy. Co chciałby pan wiedzieć?

Zawahał się na ułamek sekundy, zanim zadał mi pytanie.

– Narzeczony dał pani powody do przypuszczeń, że nagle panią zostawi?

– Nie. A jakie mogłyby wchodzić w rachubę?

Spojrzał przed siebie i wzruszył ramionami.

– To pani powinna mieć kobiecą intuicję. Czy podpowiadała pani, że narzeczony zamierza zwiać gdzie pieprz rośnie?

Zwiać gdzie pieprz rośnie, powtórzyłam w myśli. Cóż, w zasadzie tam uciekł. Choć czy w Kolumbii rośnie pieprz? O mało nie parsknęłam nerwowym śmiechem. Wzięłam głęboki oddech i przecząco pokręciłam głową, chociaż mężczyzna w bejsbolówce nie patrzył na mnie.

– Nie. Wszystko układało się dobrze, jak trzeba, normalnie. Przed samym jego wyjazdem omawialiśmy plany związane ze ślubem…

Umilkłam, wspominając pamiętny poniedziałek sprzed dwóch miesięcy. Oczyma wyobraźni ujrzałam Aleca. Golił się, a ja oparłam się o umywalkę i spytałam go, czy lubi peonie. „Kochanie, gdybym miał pojęcie, co to za kwiaty, mógłbym udzielić ci odpowiedzi” – odparł. Zaśmiałam się, a on rzucił mi chłopięco żartobliwy uśmiech, ze szczęką nadal białą od piany. Serce ścisnęło mi się na wspomnienie tamtego poranka. Teraz wydawał mi się dawnym snem, w którym człowiek gotów jest przysiąc, że przeżywa coś realnego, a jednak budzi się i przekonuje, iż było to jedynie senne rojenie umysłu.

– Powiedział pani, że dokąd się wybiera?

– Do Miami. Umówił tam spotkania w interesach. Miało go nie być tylko przez tydzień, a kiedy w niedzielę wieczorem nie wrócił, zaczęłam telefonować na jego komórkę. Nie oddzwaniał, więc we wtorek rano skontaktowałam się z policją.

Z ciężkim sercem pomyślałam o tamtych dniach, o panice, która mnie ogarnęła, kiedy zdałam sobie sprawę, iż Alec zaginął, o najgorszych przypuszczeniach. Wyobrażałam sobie, że leży po wypadku w rowie albo że został zamordowany w ciemnej alejce.

– Ile razy pani z nim rozmawiała w ciągu tamtego tygodnia?

– Wcale – odparłam, przecząco kręcąc głową. Wiedziałam, że wyda mu się to nietypowe, ale z reguły nie kontaktowałam się z narzeczonym w trakcie jego nieobecności. – Rzadko ze sobą rozmawialiśmy, kiedy wyjeżdżał w interesach. Koncentrował się na pracy, wstawał wcześnie, kładł się spać późno. Wysłał mi esemesa po przyjeździe na miejsce, dając znać, że dotarł bezpiecznie, ale potem nie miałam od niego wiadomości.

Nieznajomy zachował milczenie, którego nie próbowałam wypełnić dodatkowymi informacjami. To nie była jego sprawa. Szczerze mówiąc, lubiłam czasową nieobecność Aleca, kiedy oddawał się pracy. Robiliśmy sobie krótką przerwę w kontaktach i tym bardziej niecierpliwie wyczekiwałam, aż zobaczę go po powrocie. Czas spędzony osobno za każdym razem dodawał pieprzyka naszemu powitaniu. Uwielbiałam to.

– Dzwoniła pani do jego współpracowników, dowiadywać się, czy rzeczywiście tam pojechał?

– Nie. Alec jest niezależnym przedsiębiorcą, nie ma wspólników. Nie spytałam nawet o nazwiska osób, z którymi miał się spotkać. To było coś związanego z rozwojem oprogramowania. Tylko tyle mi wiadomo. Policja poinformowała mnie, że nie zameldował się w hotelu, w którym miał się zatrzymać. Stwierdzili, że w ogóle nie pojawił się w Miami. Kiedy policja zabrnęła w ślepą uliczkę, wynajęłam prywatnego detektywa.

– A on namierzył go w Kolumbii.

– Tak.

– Domyśla się pani, dlaczego pojechał akurat tam, w dodatku nic pani nie mówiąc?

– Nie.

Zmarszczyłam brwi. Nie byłam pewna, czy człowiek, którego wynajmowałam, żeby mnie zabrał do Kolumbii, do Aleca, ma znać wszystkie informacje, które zebrał dla mnie prywatny detektyw. Przecież powinna mu wystarczyć wiadomość, dokąd chcę się udać. Z drugiej strony, i tak już poznał większość danych i zapewne pytał tylko po to, żeby się upewnić.

Wynajęty przeze mnie detektyw wytropił Aleca w pewnym nadmorskim miasteczku w Kolumbii, niedawno nawiedzonej przez trzęsienie ziemi, po którym przyszła potężna fala tsunami. Poprosiłam go, żeby mi pomógł znaleźć kogoś, kto by mnie tam zabrał. Początkowo twierdził, że nie zna osoby, która podjęłaby się takiego zadania, ale jednak rozpuścił wici. Nie robiłam sobie nadmiernych nadziei, ale w końcu ktoś do mnie zadzwonił i powiedział, że mam się z nim spotkać w tym słabo oświetlonym barze w szemranej dzielnicy.

– Jest pani pewna, że on chce, by go odszukać?

Serce mi na moment zamarło i zaczęłam nerwowo skubać palcami etykietkę butelki z piwem, nadal stojącej obok mojej pełnej szklanki.

– Nie – szepnęłam.

Właśnie w tym kryło się największe ryzyko. Może być i tak, że Alec wcale nie chce zostać przeze mnie odnaleziony. Może przebywa tam, gdzie zamierzał się znaleźć, ale… nie potrafiłam w to uwierzyć. Może kierowało mną myślenie życzeniowe, może byłam kompletną idiotką, lecz co jeśli… on chce wrócić do mnie, tylko nie jest w stanie? A jeśli został ranny? Co jeśli sądził, że… Potrząsnęłam głową, siłą woli odrywając się od zadawania sobie pytań, które tłukły mi się po głowie i na które nie znajdowałam odpowiedzi. Tych samych, które od dwóch miesięcy nie pozwalały mi spokojnie przespać całej nocy. Tylko w jeden sposób mogłam wyjaśnić sprawę zniknięcia Aleca i właśnie zamierzałam to zrobić.

– Tak czy inaczej doceniam pana gotowość do zajęcia się tą sprawą… – Urwałam na moment i podjęłam: – Gdybym musiała, jakoś bym sobie z tym poradziła sama, przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak zniszczenia spowodowane trzęsieniem ziemi utrudniają podróżowanie, a ja nie znam tego kraju ani nie władam zbyt dobrze hiszpańskim. Wszystko to razem wziąwszy, może znacznie spowolnić poszukiwania, a na zwłokę nie mogę sobie pozwolić.

Mężczyzna obrócił się w moją stronę i po chwili milczenia oznajmił:

– Prawdę mówiąc, w innych okolicznościach nie przyjąłbym pani zlecenia, ale tak się składa, że mam coś do załatwienia w okolicy, do której chce się pani przedostać. Hiszpańskim mówię płynnie. A kasa to kasa. Przed wyjazdem będziemy musieli ustalić parę reguł.

– Reguł?

– Tak. Pojedziemy w rejony, gdzie roi się od przestępców. Po trzęsieniu ziemi oraz po tsunami zniszczenia są znaczne, a przy braku łączności ze światem zewnętrznym okolica może okazać się jeszcze niebezpieczniejsza. Kiedy gasną światła, z zakamarków wyłażą karaluchy.

– Karaluchy? Och. Cóż, w tym przypadku pan jest ekspertem. Zatrudniam pana jako przewodnika, więc będzie tak, jak pan zdecyduje. Muszę się dostać do Palomino. Nic więcej się dla mnie nie liczy.

– A jeśli sprawy nie ułożą się po pani myśli?

Czyli co zrobię, jeśli Alec nie będzie chciał mieć ze mną do czynienia, pomyślałam. Oznajmi, że mnie nie chce, że jestem idiotką. Przecząco pokręciłam głową.

– Nie wiem. Czy będzie pan w stanie zabrać mnie z powrotem… w razie czego?

Spojrzał na mnie ponownie. Akurat w tym momencie otworzyły się drzwi i dzienne światło zalało wnętrze baru, na chwilę ukazując twarz mojego przewodnika. Zaskoczył mnie kolor jego oczu – opalizujący ciemnoszary, grafitowy – i uważniej przyjrzałam się jego twarzy. W tym momencie zatrzasnęły się drzwi baru, a mój towarzysz na powrót pogrążył się w cieniu. Zdążyłam jednak dostrzec wystarczająco wiele, by wiedzieć, że jest przystojny, choć rysy miał zbyt wyraziste. Linia ust była raczej wąska, twarz składała się z kanciastych płaszczyzn i wgłębień. Zdawało się, że cały jest z wyraźnych krawędzi i stalowej szarości. Niczym ostrze noża. Wbrew samej sobie poczułam, że po plecach przebiegł mi zimny dreszcz.

– Nie będę mógł zabrać pani z powrotem. Po dotarciu do Palomino będzie pani zdana wyłącznie na siebie.

Och. Zawiedziona, przygryzłam wargę. Mogłam tylko się modlić, aby sprawa z Alekiem okazała się… możliwa do wyjaśnienia, liczyć, że na miejscu odczekamy, póki znów nie otworzą lotnisk, i wrócimy razem. Oby tak się stało! Jeśli nie, to znajdę sobie lokum i wrócę do Stanów wtedy, kiedy będzie to możliwe. Na pewno udałoby mi się wynająć pokój. Podejmowałabym w ten sposób kolejne ryzyko, ale, doprawdy, co za różnica – jedno mniej czy więcej?

– Nie ma sprawy. Jeśli tylko zdoła mnie pan tam zawieźć, o powrót do domu sama zadbam.

Powrót do domu, powtórzyłam w myśli.

Mężczyzna wzruszył ramionami, ale nie skomentował moich słów.

– Aha – dodałam, sięgając do trzymanej na kolanach torebki – przyniosłam pieniądze.

Wyjęłam kopertę z gotówką, aby mu ją podać, jednak się wstrzymałam.

– Skąd mogę wiedzieć, że nie ulotni się pan z pieniędzmi?

– Znikąd – odparł krótko.

Milczałam. Co ja najlepszego wyprawiam, zreflektowałam się, wynajmuję na przewodnika człowieka, o którym nic nie wiem. Zamierzam wręczyć mu sporą kwotę za zlecenie, którego rezultatów nie mógł mi zagwarantować. Jednak nie mam wyjścia, to jedyny sposób na dotarcie do Aleca, uznałam ostatecznie, wyciągając rękę z kopertą.

– Resztę mój prawnik prześle panu przelewem po wykonaniu zadania – powiedziałam – natychmiast po otrzymaniu instrukcji ode mnie. Będzie mi tylko potrzebny pański numer ubezpieczenia i dane konta bankowego. Obiecuję to panu. Może mi pan zaufać.

Spostrzegłam, że popatrzył na mnie z rozbawieniem, po czym znów przybrał obojętną minę. Poczułam, że się rumienię. Oczywiście, że mi nie ufa, pomyślałam, i jest mu wszystko jedno, czy jestem godna zaufania, czy nie. Gdybym nie zapłaciła mu za wykonane zlecenie, pewnie zamordowałby mnie dla samej zasady.

Wziął ode mnie kopertę, wsunął ją do kieszeni kurtki, ale nie odwrócił wzroku. Nagle policzek mnie zapiekł, zupełnie jakby jego spojrzenie wydzielało ciepło. Co za śmieszna myśl! Po prostu cała ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi. Jak to się stało, że życie mnie tu przywiodło?

Tymczasem przewodnik wziął długopis z barowego kontuaru, szybko zanotował na serwetce dane do przelewu i przesunął w moją stronę, a ja schowałam ją do torebki. Tymczasem on dokończył piwo, odstawił pustą szklankę i wstał.

– Odezwę się.

– Kiedy?

– Niedługo. Muszę parę spraw załatwić. Ma pani ważny paszport?

– Tak.

Skinął głową.

– To dobrze. Proszę nie brać dużo bagażu, ograniczyć się do plecaka i najmniejszego śpiwora, jaki pani znajdzie. I proszę być w gotowości.

Być w gotowości? Śpiwór?! Otworzyłam usta, chcąc wypytać go o szczegóły. Jakie sprawy chciał załatwić? I co to znaczy „niedługo”? Zanim zdążyłam się odezwać, odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Nikt nawet nie obejrzał się w jego stronę, zupełnie jakby był duchem, którego tylko ja jestem w stanie zobaczyć. Wyszedł i nagle dotarło do mnie, że nawet mi się nie przedstawił.

ROZDZIAŁ DRUGI

Thomas

Siedziałem w furgonetce w głębi ulicy, obserwując, jak Olivia Barton wprowadza białego SUV-a do garażu i jak powoli zamykają się automatyczne drzwi. Po kilku minutach ujrzałem, że kolejno zapalają się światła w jej domu, w miarę jak przez niego przechodziła. Oparłem stopę na progu drzwi, a łokieć na uniesionym kolanie i potarłem szczękę. Czekałem. W końcu rozjaśnił się pokój od frontu na pierwszym piętrze – najprawdopodobniej jej sypialnia.

Mogłem sobie wyobrazić, jak zrzuca z nóg buty na obcasach i rozpina tę bluzkę, w której się pojawiła, niebieską jak pieprzone letnie niebo. Mówiąc, że ma być na niebiesko, miałem na myśli coś ciemniejszego, a ta kobieta jarzyła się niczym promień błękitnego lasera w mrocznym barze. Cóż, to bez znaczenia. Byłem pewien, że nikt mnie nie śledził, a pomijając parę pożądliwych spojrzeń, żaden z klientów jej nie zaczepiał. Widać było wyraźnie, że zapuściła się w okolice, gdzie nie powinna się pojawić, i bywalcy trzymali się od niej z daleka.

Wybrałem to miejsce z premedytacją, żeby móc jej się przyjrzeć. W zasadzie nie miałem powodu podejrzewać, że jest kimś innym, niż mówiła, ale wiadomo, że w mojej profesji trzeba ocenić sytuację ze wszystkich stron, nim zacznie się działać. Obserwowałem ją przez niemal dwadzieścia minut, zanim zająłem sąsiedni pusty stołek przy barze. Wystarczyłaby minuta czy dwie, by się przekonać, że jest dokładnie tą osobą, za którą się podaje – zamożną, chowaną pod kloszem dziewczyną, która nigdy w życiu nie była w takim przybytku – ale przez pozostały kwadrans po prostu cieszyłem oczy widokiem.

Nie dostrzegałem wtedy wyraźnie jej twarzy, podobała mi się jednak jej kobieca sylwetka – siedziała wyprostowana jak struna, nieco wypinając usadowiony na barowym stołku tyłeczek. Podobał mi się ruch, jakim skrzyżowała zgrabne nogi i to, jak skubała naklejkę na butelce z piwem. Wyglądała niczym uosobienie elegancji, jak dama, która znalazła się w lokalu dla siebie nieodpowiednim. Bardzo starała się nie okazać po sobie, że nie czuje się pewnie, jednak sprawiała wrażenie podenerwowanej. Nie zachowywała się tak, jakby cały świat należał do niej, nie demonstrowała aroganckiej postawy, którą tak często widywałem u bogatych uprzywilejowanych kobiet. Wydawała się bezradna, osamotniona, a to poruszyło mnie w sposób, którego nie umiałem sobie wytłumaczyć.

Kiedy wreszcie podszedłem blisko, jej twarz też mi się spodobała. Okazała się subtelnie ładna, a kiedy widziałem, jak zmienia wyraz pod wpływem różnych uczuć, zdawała mi się coraz ładniejsza. Mimika odzwierciedlała wszelkie emocje Olivii Barton, każda reakcja z miejsca odbijała się w jej dużych błękitnych oczach, a ja zastanawiałem się, czy jest tego świadoma. Uznałem, że pewnie nie. Kto chciałby być aż tak łatwy do rozszyfrowania dla innych? Nic dziwnego, że stanowiła łatwy cel. Może do niedawna nie miała pojęcia, jak smakuje zdrada, jak boli świadomość, że ktoś zna twoje czułe punkty i wykorzystuje je przeciwko tobie.

Poznałem ten ból, ale zdążyłem odrobić lekcję. Nauczyłem się kryć emocje tak, by już nikt nie mógł mnie zranić. Z tego powodu pozwalam ludziom zobaczyć tylko to, co chcę im pokazać, i ani odrobiny więcej.

Od długiego czasu nie wspominałem tamtej klatki dla psa, pozostawionej na skraju posesji wuja, a teraz z nieznanego mi powodu myśli znów mnie tam zawiodły. Agresywny warkot, pisk bólu, odór krwi – z trudem przegnałem ten obraz, uznając, że nie ma najmniejszego sensu wracać do tamtego momentu w przeszłości.

Zatrzymałem wzrok na oknie na piętrze. Co ja tu, do diabła, robię?! Prowadzę rozpoznanie terenu? Przecież upewniłem się, że Olivia Barton jest osobą uczciwą. A skoro tak, po co, do cholery, sterczę przed jej domem, patrząc, jak światła gasną jedno po drugim, aż zgasło również to w jej sypialni?

Położyła się, a ja nie mogłem się oprzeć i oczami wyobraźni ujrzałem rozpostarte na poduszce kasztanowe włosy, rysujący się pod przykryciem obrys szczupłej sylwetki. Zastanawiałem się, w czym sypia, i doszedłem do wniosku, że pewnie w jedwabiu. Na tę myśl niespodziewanie poczułem przypływ pożądania. Zmarszczyłem brwi, przekręciłem kluczyk w stacyjce i silnik furgonetki zamruczał, budząc się do życia. Tak, nie warto się oszukiwać. Klientka pociąga mnie jako kobieta, a to zdecydowana niedogodność. Po pierwsze, zostałem przez nią zatrudniony, by odnaleźć zaginionego narzeczonego, który złamał jej serce, a po drugie – zamierzałem ją wykorzystać dla własnych celów.

Zakląłem cicho pod nosem, wycofałem samochód i odjechałem. Do diabła, wynikł kłopot, ale sobie poradzę. Fakt, już dawno nie miałem w łóżku kobiety, a to nie pomaga. Na odległej pustyni, dokąd mnie wysłano na prawie rok, kobiet było niewiele. Mimo to od czasu powrotu do Stanów żadna szczególnie mnie nie zainteresowała. Jasne, że spotykałem atrakcyjne laski, ale żadna z nich nie wyzwoliła iskry, która sprawia, że seks jest atrakcyjny. Bez tej siły napędowej, która skłaniała mnie, by na konkretną noc wziąć właśnie tę kobietę, równie dobrze mogłem użyć własnej ręki i oszczędzić sobie niezręcznego pożegnania następnego ranka.

Zatrzymałem się w motelu położonym zaledwie dziesięć minut drogi od zamożnej dzielnicy mieszkalnej Las Vegas, gdzie znajdował się dom Olivii Barton, ale te dziesięć minut czyniło ogromną różnicę. W okolicy motelu hałaśliwe grupy nastolatków wystawały na rogach ulic, kobiety przechadzały się krokiem zbyt powolnym, by faktycznie mogły dokądś zmierzać. Motel był zapuszczony i obskurny, parking zaśmiecony ulotkami oferującymi zniżkowe ceny za seks.

Drzwi sąsiedniego pokoju otworzyły się wtedy, kiedy wchodziłem do siebie. Na zewnątrz wytoczyła się dziewczyna wyglądająca na szesnastolatkę, z umalowanymi wargami i półprzytomnymi oczyma. Z głębi pokoju dobiegło beknięcie mężczyzny. Dziewczyna podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się nieco niepewnie, a zarazem kusząco.

– Nie potrzebuje pan towarzystwa?

– Nie, niemniej dziękuję pani uprzejmie.

Zamrugała powiekami, przechylając głowę na ramię. Zatrzasnąłem drzwi mojego pokoju, zdjąłem bejsbolówkę i rzuciłem ją na łóżko. Obszedłem pokój, sprawdziłem okna i zamki, przyjrzałem się ułożeniu własnych rzeczy, upewniając się, że niczego nie przekładano z miejsca na miejsce i w czasie mojej nieobecności nikogo w tym pokoju nie było.

Podkręciłem klimatyzację i zdjąłem ubranie, zostawiając je na podłodze łazienki. Chłodna woda okazała się cudowna; aż jęknąłem z zadowolenia pod prysznicem. Zamierzałem się nacieszyć każdym możliwym zimnym prysznicem przed wylotem do Kolumbii. Bóg raczy wiedzieć, kiedy czeka mnie następny. Niecałe dwa miesiące wcześniej kraj nawiedziło potężne trzęsienie ziemi o sile ośmiu i dwóch dziesiątych stopnia, powodując znaczne ofiary w ludziach i niemal równając z ziemią wiele małych miasteczek. Zaraz potem fala tsunami zaatakowała miejscowości przybrzeżne, niosąc kolejne zniszczenia. Infrastruktura nigdzie nie działała, prowiant i paliwo były trudno dostępne, a łączność w najlepszym razie sporadyczna. W ostatnich latach przycichły walki pomiędzy żołnierzami partyzantki a oddziałami armii, ale w następstwie kataklizmu konflikty zaczęły odżywać na nowo, a kolejne grupy rebeliantów wychodziły z ukrycia. Katastrofa naturalna dodała odwagi kryminalnym elementom wszelkiego autoramentu, począwszy od zorganizowanych politycznych frakcji i potężnych narkotykowych bossów, na drobnych rzezimieszkach kończąc.

W wielu miejscach dopiero zaczynano odbudowę. Mógł to być długotrwały proces, zwłaszcza w biedniejszych wiejskich rejonach, gdzie sieć dróg uległa zniszczeniu i nie było którędy przysłać pomocy.

Przywykłem do przedzierania się przez niedostępne tereny, potrafiłem sobie poradzić w bardzo trudnych warunkach i okolicznościach, czego nie można powiedzieć o Olivii Barton. Była całkiem niedoświadczona. Wzdrygnąłem się na myśl, jak będzie wyglądał tydzień czy dwa wędrówki przez puszczę amazońską, andyjskie pogórze i wreszcie na karaibskie wybrzeże. W Kolumbii po trochu występowały wszystkie te typy ukształtowania terenu. Byłem pewien, że Olivia znała jedynie porządne ośrodki wypoczynkowe, gdzie tropikalny drink czekał przy basenie.

Spłukałem szampon z włosów, potrząsając głową i resztka mydlin spłynęła mi po ramionach i plecach. Zapowiadało się, że czeka mnie piekło, jednak odmienne od tego, do którego przywykłem. Warto jednak je przetrwać, jeśli rezultat okaże się taki, jak oczekiwałem.

Jeśli zaś chodzi o Olivię Barton, to sama zdecydowała się na wędrówkę przez rojący się od przestępców, zrujnowany kraj, żeby namierzyć durnia, który ją okłamał i porzucił. Zamierzałem dopilnować, żeby odbyła ją w miarę bezpiecznie. W swojej robocie byłem niezły i nie żywiłem wątpliwości, że do Palomino dostarczę dziewczynę całą i zdrową.

Zdarzało mi się użyć innych ludzi dla dobra większej sprawy. Nie sprawiało mi to przyjemności, ale bywało złem koniecznym. Dlaczego więc myśl o wykorzystaniu Olivii Barton nie była mi miła? Nie wiedziałem. Przypuszczałem, że w grę wchodzi pociąg fizyczny, jaki do niej poczułem. Wielka szkoda, że nie poznałem Olivii w innych okolicznościach. Zdarza się, że przypadkowe spotkanie i wymiana spojrzeń powoduje, iż między dwojgiem zaczyna iskrzyć, a ciało momentalnie mówi ci: ta i żadna inna. Lubiłem takie chwile. Z natury i z zawodu byłem myśliwym. Nie mogłem tego zmienić, podobnie jak ciemnoszarych oczu, które onieśmielały niektóre kobiety.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki