Bestia z Buchenwaldu - Max Czornyj - ebook + książka
BESTSELLER

Bestia z Buchenwaldu ebook

Max Czornyj

4,4

84 osoby interesują się tą książką

Opis

WYDARZENIA W TEJ KSIĄŻCE SĄ OPARTE NA FAKTACH. PRAWDA BYWA BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCA OD NAJWYMYŚLNIEJSZEJ FIKCJI. CZŁOWIEK JEST ZDOLNY DO WSZYSTKIEGO.

Ilse Koch dokonała okrutnych czynów. Wiedźma z Buchenwaldu w wyjątkowo bestialski sposób znęcała się nad więźniami, była jedną z najbardziej odrażających sadystek w historii. W willi Kochów odnaleziono wyroby z ludzkiej skóry.

CO SPRAWIŁO, ŻE UROCZA DZIEWCZYNA STAŁA SIĘ WYRAFINOWANĄ SADYSTKĄ? ZASKAKUJĄCE, JAK ŁATWO CZŁOWIEK ADAPTUJE SIĘ DO ZMIAN.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (172 oceny)
98
54
16
3
1
Sortuj według:
darrau

Dobrze spędzony czas

Książka bardzo interesująca, ale to nie był dobrze spędzony czas ,że względu na tematykę ,na ogrom prawdziwego nieszczęścia i dramat ludzi,którym te cierpienia zadali inni ludzie.kosztowała mnie ta książka dużo stresu.
10
karolinastarosta

Nie oderwiesz się od lektury

Ależ ta książka jest wstrząsająca! Trzeba parę razy sobie powtórzyć, że to zdarzyło się naprawdę bo aż ciężko w to uwierzyć....
00
kajaz

Dobrze spędzony czas

Polecam.
00
Pignej76

Nie oderwiesz się od lektury

Książka REWELACJA!!! Przeczytałam z zapartym tchem. POLECAM POLECAM POLECAM WSZYSTKIM!!! Niech ta książka sprawi,że takie zło nigdy się nie powtórzy!!!
00
Dona_Mrk

Dobrze spędzony czas

Książka bardzo dobra, chociaż nie porwała mnie jak "Zimny chirurg". Trochę zabrakło mi grzebania w psychice Ilse. Mimo to polecam ze względu na specyficznie-nieludzkie upodobania bohaterki.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ci, którzy protestują, sami są wyczerpani szkodliwymi demonstracjami przeciwko Bogu i reszcie świata, poza tym zapominają o pierwszej zasadzie, która jest podstawowa dla wszelkiego powodzenia; to co robisz, rób dokładnie.

A. Hitler, Mein Kampf,

tłum. I. Puchalska, P. Marszałek

 

 

Póty nie będę zdrowa,

Póki tu jest ta mała!

O! mam już dosyć tego!

Hej! Niech dworzanie biegą

Po strzelca najlepszego!

A. Oppman, Baśń o Śnieżce i o krasnoludkach

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydarzenia w tej książce są oparte na faktach. Często przy lekturze mogą mieć Państwo wrażenie, że to całkowicie nieprawdopodobna historia, że coś takiego nie mogło się zdarzyć i jest zwykłą, wyssaną z palca bajką. Otóż nie. Te najokrutniejsze z możliwych do wyobrażenia bajek wydarzyły się w rzeczywistości. Prawda bywa bardziej przerażająca od najwymyślniejszej fikcji. Człowiek jest zdolny do wszystkiego. Nie wierzycie? Po lekturze nikt nie powinien mieć wątpliwości, że wiedźmy naprawdę istnieją. Przynajmniej jedna z nich.

 

 

 

1.

 

– Karl?

– Tak, kochanie?

– Mam prośbę.

Podchodzę do mojego męża i delikatnie dotykam jego czarnego, doskonale czystego munduru. Nie ma na nim żadnych zagnieceń. Mundur oficera SS to jeden z symboli potęgi Trzeciej Rzeszy i Karl wie, że należy o niego dbać. Ja również o tym wiem.

– Co to za prośba?

Niewinnie wzruszam ramionami. Prowadzę dłoń ku piersi męża, a potem powoli, w dół, gdzie wiem, że znajdę spełnienie każdej zachcianki.

– Ilse, czego chcesz? – doprecyzowuje pytanie lodowatym tonem Karl. Zerka na zegarek i się przeciąga.

Jest piąta dwadzieścia sześć. Za chwilę rozlegnie się sygnał wzywający na poranny apel. Zza okien naszej willi wpada rozproszone światło. Słońce wstaje nad bezkresną puszczą, pośrodku której ulokowano obóz i w której my uwiliśmy swoje miłosne gniazdko. Nie lubię banałów, a tym bardziej nie jestem romantyczką. Jednak czasem nawet przykładna niemiecka kobieta musi wykazać się odrobiną gaelickiej przebiegłości. Teoria ras oraz cech z nimi związanych ma swoje głębokie uzasadnienie.

– Chodzi mi o drobną zmianę w pomieszczeniach kąpielowych – odzywam się i całuję Karla w podbródek. Delikatnie muskam jego skórę zębami. Wiem, co go kręci najbardziej.

SS-Standartenführer spogląda na mnie rozanielonym wzrokiem. Nabiera głęboko powietrza i ponownie odruchowo się wyprostowuje. Nic nie może zaburzyć jego harmonogramu dnia. Delikatnie mnie odsuwa, po czym zakłada dłonie za plecy i kieruje się do wyjścia. Bez najmniejszego zainteresowania przechodzi obok wiszących na ścianie dwóch sporych pejzaży Friedricha Lessinga. A może Lissninga? Nieważne. Przed kilkoma dniami zachwycał się nimi doktor Weisser. Dla mnie liczy się tylko, że na rynku sztuki mają ponoć ogromną wartość i że są zgodne z gustem Führera. Zadaniem niemieckiej kobiety jest stworzenie domu, który przyniesie jej rodzinie dumę.

– Kochanie… – Robię kilka kroków za Karlem. – Czy…

Mój mąż zatrzymuje się i zerka na mnie nerwowo.

– Ilse, wiesz, że się śpieszę. Czego konkretnie chcesz?

– Chciałabym, aby z pomieszczenia administracyjnego przewiercono się do umywalni. – Uśmiecham się, mocno wydymając wargi – tak, jak Karl lubi najbardziej. – Już się orientowałam w sytuacji – dodaję natychmiast. – To technicznie wykonalne. Muszę mieć wizjer i podgląd na więźniów.

Karl kładzie dłoń na klamce, jednak widzę, że moja prośba go zaintrygowała. Marszczy czoło i mruży oczy.

– Po co? – pyta zaskoczony.

Już wiem, że wygrałam. Zrobi to dla mnie i nie muszę dalej odgrywać tej scenki, lecz nie potrafię sobie odmówić przyjemności. Mam z góry przygotowaną odpowiedź.

– Chcę zrobić ci niespodziankę. Lubisz niespodzianki, prawda? Jestem pewna, że jeszcze żadna z nich nie zaskoczyła cię tak bardzo.

 

 

 

2.

 

Dziurka z wizjerem ponoć została zamontowana w ten sposób, że kiedy jest się w umywalni, nie można jej dostrzec. Pomieszczenie administracyjne przeniesiono do pokoju obok, natomiast ja zyskałam całkowitą swobodę dostępu do niewielkiego okularu. Nikt nie może mi przeszkadzać. Więźniowie i SS-mani gadają. Przynajmniej na razie mimo uszu puszczam wypowiadane półszeptem komentarze o „królowej obozu”. Przyznam, że nawet mi się podobają. Zresztą niech nazywają mnie, jak się im żywnie podoba.

Tuż po piątej na bocznicy kolejowej zatrzymał się kolejny pociąg z transportem żywego towaru. Karl zgodził się towarzyszyć mi podczas inauguracji nowej zabawy. Kilka minut po szóstej, pobudzona konną przejażdżką po okolicznym lesie, wprowadzam Bucefała do stajni. Z głośników dobiegają tony Hitler Lied. Zapewne na placu apelowym właśnie trwa poranne ćwiczenie krnąbrnych brudasów, którzy wczoraj nie wykonali normy w kamieniołomie. Dziś nie mogę przyglądać się temu spektakularnemu widowisku, ale to niewielka strata.

Wpół do siódmej nowi więźniowie, po przeliczeniu oraz zaraportowaniu, mają trafić do umywalni. Nie mogę się doczekać. Głaszczę Bucefała po chrapach i ze szpicrutą w ręce kieruję się ku barakom.

– Karl!

Mój mąż już na mnie czeka. Stoi przed wejściem do dawnych pomieszczeń administracyjnych i spogląda w stronę wieżyczek z gniazdami karabinów maszynowych. Szepcze coś do Hermanna Hackmanna, swojego adiutanta, ten kiwa głową i pośpiesznie odchodzi.

– Możesz mi wreszcie wytłumaczyć, po co ten cały cyrk?

– To nie takie proste. Dobre niespodzianki mają to do siebie, że długo trzymają w napięciu, prawda?

– Zawsze wolę pełną szczerość. Nie powinno trzymać się przed sobą nawet przyjemnych sekretów, o ile…

Przerywam ten wywód machnięciem dłoni. Ruszam ku szerokim, drewnianym drzwiom. Z drugiej strony budynku dobiegają pokrzykiwania obozowych oraz nierównomierny stukot kroków. Kryminaliści. Oni nigdy, nawet pod lufami karabinów, nie potrafią równo maszerować. W przeciwieństwie do politycznych, ci często już w bramy obozu wchodzą niemal wojskowym, paradnym krokiem. „Idący na śmierć pozdrawiają cię, cezarze”. Nawet tych cholernych komunistów da radę opanować i odpowiednio wyszkolić.

– Pokaż mi, jak to działa. – Wchodzę do niewielkiego pomieszczenia, w którym stoi jedynie biurko oraz pusty regał. Rozglądam się w poszukiwaniu wizjera. – Gdzie on jest?

Karl mija mnie z założonymi za plecy rękoma, po czym podchodzi do ściany naprzeciw okna. Nic na niej nie widzę.

– Spójrz. – Nachyla się i z uśmiechem podnosi doskonale ukrytą płytkę. Ze środka wyciąga okular, podobny do tych, które mają lornetki. – Zerka przez niego do umywalni.

– Już są? – pytam się, stając obok niego.

– Właśnie wchodzą.

– Doskonale. Wobec tego przedstawienie czas zacząć.

Zacieram dłonie i nachylam się obok Karla Kocha, SS-Standartenführera, komendanta KL Buchenwald, mojego męża. Jeszcze przez moment potrzymam go w niepewności.

 

 

 

3.

 

Nowi więźniowie powoli wchodzą do umywalni. Wszyscy są nadzy, ich ubrania trafiły do przechowalni, a zamiast nich mają dostać stroje obozowe. Niektórzy rozglądają się niepewnie, inni starają się dowcipkować, kilku ledwie powstrzymuje się od płaczu. Czekają, aż z pryszniców poleci woda. Jest im chłodno, z dworu przez wciąż otwarte drzwi wpada przeciąg. Wiodę wzrokiem po ich skurczonych, nędznych przyrodzeniach. Żałośni idioci.

Czekam, aż zbite w jednym miejscu kłębowisko ciał nieco się rozproszy. Jednak niezrozumiały dla mnie instynkt każe większości z nich stać w kupie. Odrywam wzrok od okularu i zwracam się do Karla.

– Każ im się rozejść. Chcę widzieć ich wszystkich.

Mój mąż wzdycha z rezygnacją. Mimo to posłusznie wychodzi i starannie zamyka za sobą drzwi. Ponownie zerkam do umywalni. Kilku z tych facetów zaczyna mi się podobać. Estetyka to kwestia przyzwyczajenia. Jeśli opatrzymy się z najbrzydszym obrazem, dostrzegamy w nim pewne piękno.

Wtem w umywalni niosą się ostre krzyki SS-manów. Grube ściany je zniekształcają i docierają do mnie jedynie w formie niezrozumiałych dźwięków. Mimo to doskonale rozumiem, jakie komendy padły. Więźniowie niechętnie rozpraszają się po całym pomieszczeniu. Niektórzy z nich coraz częściej nerwowo zerkają na wyloty zamontowanych w suficie dyszy pryszniców. Wreszcie widzę niemal wszystkich. Jest ich około czterdziestu lub pięćdziesięciu, w większości mają nie więcej niż czterdzieści lat. Znaczna część z nich to solidne, postawne chłopiska z szerokimi ramionami i klatkami piersiowymi zdatnymi wciągnąć więcej powietrza niż miech kowalski. Jednak moją uwagę przykuwa tylko kilku z nich.

Nagle drzwi się zamykają i na twarzach więźniów momentalnie pojawia się niepewność. Najwyraźniej poniosła się wśród nich jedna z tych wyssanych z palca plotek o masowych eksterminacjach. Nie rozumiem, jak można nas posądzać o podobną niedelikatność.

– Gotowe.

Wyrwana z zamyślenia niemal podskakuję. Nie słyszałam, gdy Karl wrócił do pomieszczenia. Często porusza się cicho jak kot, co wyraźnie sprawia mu przyjemność.

– Dziękuję – szepczę. – A teraz spójrz.

Odsuwam się od okularu i czekam, aż Karl wygodnie się przy nim ulokuje. Obejmuje go krótkimi, ale doskonale wypielęgnowanymi palcami.

– Czy któryś z nich zwraca twoją szczególną uwagę?

Wzrusza ramionami.

– A bo ja wiem? Banda świń, które trzeba nauczyć dyscypliny.

W zainstalowanych w ścianach rurach zaczyna szumieć. Uśmiecham się i kładę dłoń na plecach męża.

– Zaczęli kąpiel?

– Tak.

– Czy widzisz tego wielkiego chłopa o wyglądzie marynarza?

Karl delikatnie porusza okularem i cicho coś mruczy. Jak zwykle jest nieco rozdrażniony.

– Tego z tą ohydną brodą i wielkim tatuażem na piersi?

– Właśnie tego. Ten tatuaż przedstawia wynurzający się z fal statek oraz latarnię morską.

– Może i tak. – Karl zaczyna się niecierpliwić. – Co z tego?

Czas na przejście do sedna. Odwracam się w stronę okna i wkładam dłonie do kieszeni bryczesów.

– Oddaj mi go na własność. Chcę z nim zrobić, co tylko zapragnę.

Karl odsuwa się od okularu i spogląda na mnie skonsternowany.

– To twoja niespodzianka? – pyta ostro.

Podchodzę do niego i całuję go prosto w usta.

– Właśnie tak. Musisz mi jeszcze chwilę zaufać. Już naprawdę niedługo.

Namyśla się tylko przez moment, po czym z aprobatą macha ręką.

– Niech ci będzie. Patrząc po gębie, to pewnie jakiś drobny złodziej albo sutener. Mamusia nie powinna po nim zbyt mocno płakać.

 

 

 

4.

 

– Więzień numer jedenaście czterdzieści siedem. Helmut Pilker, zamieszkały w Berlinie, przy Bismarckstraße, lat trzydzieści pięć, kawaler, skazany za rozboje oraz udział w organizacji przestępczej. Adnotacja: „powrót niepożądany”.

SS-Sturmscharführer wymownie odchrząkuje. Odsuwa dokumenty na bok, po czym zerka na mnie z zaciekawieniem.

– Czy chciałaby pani wiedzieć coś jeszcze, komendantowo?

Przecząco kręcę głową. Karl kazał mi odbyć tę rozmowę osobiście, samemu nie angażując się w moje intrygi. Dokładnie tak to określił – intrygi! Stwierdził, że nie ma na nie czasu i żebym nie zawracała mu więcej głowy tą cholerną niespodzianką. Od jakiegoś czasu z trudem się dogadujemy. Jednak nie robi mi to większej różnicy. Niespodzianka dla niego to jednocześnie prezent dla mnie. Wpadłam na jego pomysł przy okazji rozmowy z doktorem Fritschem, ale nie ubiegajmy wydarzeń.

– Czy adnotacja „powrót niepożądany” – zniżam dyskretnie głos – oznacza dokładnie to, co myślę?

SS-Sturmscharführer opiera łokcie na biurku. Mierzy mnie wzrokiem, jakby chciał ocenić, jako kto zadaję to pytanie.

– To ciekawość służbowa. – Staram się rozwiać jego wątpliwości. – Ale, jeśli to istotne, mój mąż wie o wszystkim.

Sierżant sztabowy komendantury wreszcie podejmuje decyzję. Zerka ponad moim ramieniem, czy drzwi są zamknięte, po czym odzywa się niskim, lecz cichym głosem.

– Ta adnotacja oznacza dokładnie to, co ma pani na myśli.

– Doskonale. – Uśmiecham się. – W takim wypadku nie powinniśmy mieć żadnych problemów.

– Chyba nie rozumiem, pani komendantowo.

Podnoszę się z krzesła i zaczynam się powoli przechadzać po niewielkim pomieszczeniu. Przez okno wpada przyjemne, niezbyt ostre słońce. Z dworu dobiegają komendy wyrzucane raz po raz przez głośniki. Na swoich plecach czuję wzrok SS-Sturmscharführera. Wiem, że mój obcisły, czarny strój jeździecki robi na mężczyznach wrażenie. Zatrzymuję się przy parapecie i przez chwilę zerkam na pusty plac na tyłach obozu. W oddali ciągnie się pasmo niewysokich wzgórz porośniętych lasem. Z tej perspektywy drzewa wydają się dosłownie granatowe. Te bliższe, intensywnie zielone, niemal wdzierają się na teren obozu niczym dżungla.

Raz, dwa, trzy. Sierżant powinien się już na mnie napatrzeć. Gwałtownie odwracam się do niego i mrużę oczy.

– Musimy się pozbyć tego Helmuta Pilkera. To sprawa interesu narodowego.

– Interesu narodowego?

– Nie jestem upoważniona, by powiedzieć choćby słowo więcej. Mój mąż… – Wstrzymuję głos, starając się zebrać myśli. Pal diabli. Nawet jeżeli ten wojskowy urzędas zwróciłby się do Karla, on szybko go zbędzie. – Może pan uzyskać więcej informacji od komendanta.

SS-Sturmscharführer choć siedzi, pręży się jak struna.

– Nie, oczywiście, że nie ma takiej potrzeby. – W zakłopotaniu wydyma wargi. – Jednak zdaje sobie pani sprawę, że staramy się tu o pozory.

– Wiem, wiem – parskam. – No tak, pozory! A rozkazy? A interes narodowy?

– Oczywiście, rozumiem je doskonale.

– I?

Sierżant sztabowy komendantury przeczesuje dłonią jasne, sypkie włosy. Ma co najwyżej trzydzieści lat i zastanawiam się, jaką drogą znalazł się właśnie w tym miejscu. Kto go poparł? Z kim się zadawał, by dostać tę wymarzoną posadkę obozowego urzędasa? Wiem, że mój mąż jakiś czas temu wciągnął go w swoje interesy, ale nie mam pojęcia, jak bardzo mogę mu zaufać. Nagle podnosi się od biurka, zerka na wiszący nad regałem portret Adolfa Hitlera i delikatnie się do mnie uśmiecha. Jego błękitne oczy błyszczą drapieżnie.

– Pozbędziemy się go – oznajmia, nie siląc się nawet na szept. – Zgodnie z rozkazem.

– Będę miała jeszcze jedną prośbę.

Gdy ją przekazuję, SS-Sturmscharführer uśmiecha się znacznie szerzej.

 

 

 

5.

 

– Podaj mi lornetkę.

Wartownik natychmiast spełnia mój rozkaz i pręży się na baczność.

– Spocznij.

Właśnie trwa poranny apel i lada moment powinno się rozpocząć wyreżyserowane przeze mnie przedstawienie. Zerkam w stronę, gdzie spędzono ostatni transport więźniów. W większości zostali zakwaterowani w tym samym baraku i trafili do tego samego komanda. Wśród nich jednak nigdzie nie widzę Helmuta Pilkera. Kilkukrotnie lustruję stłoczoną grupę mężczyzn, wciąż onieśmielonych panującym w obozie rygorem. Kolejno przyglądam się ich twarzom. Dopiero po chwili uświadamiam sobie swój błąd. Poszukiwałam wielkiego, barczystego marynarza ze szczeciniastą brodą. Tymczasem wszyscy więźniowie bez wyjątku zostali starannie ostrzyżeni. Teraz już nie mam wątpliwości, Helmut Pilker to górujący nad otoczeniem dryblas o zaskakująco pociągłej i dość sympatycznej twarzy. Dzięki powiększeniu lornetki dostrzegam fragment tatuażu na jego prawej dłoni.

Pogłos komend rzucanych przez głośniki niesie się po okolicy. Jeszcze kilka miesięcy temu płoszyły ptaki, które całymi stadami zrywały się z koron drzew. Teraz natura zdaje się do wszystkiego przyzwyczajona. Szczekaczki – tak mówią o nich więźniowie i coś w tym jest.

Czapki z głów. Baczność. W lewo patrz!

Więźniowie bez mrugnięcia okiem wykonują kolejne rozkazy. Mój mąż maszeruje przed zgromadzonymi, spoglądając kolejno w ich twarze. Każdy stara się uniknąć jego wzroku i nagle robi się mały, niemal znika, kuląc się w sobie. Nawet wielki Pilker spuszcza głowę. Gdy komendant opuszcza plac, przez głośniki zostaje wywołany jego numer – jedenaście czterdzieści siedem. Pilker natychmiast staje na baczność. Po chwili podchodzi do niego kapo, który przekazuje mu rozkaz zgodnie z obmyślonym przeze mnie planem. Więzień ma zostać przykładnie ukarany za brak szacunku do komendanta. To, jak się zachowywał w trakcie apelu, nie miało żadnego znaczenia. Co by nie zrobił, jego los został z góry ukartowany. Zresztą być może właśnie w ten sposób przez Boga ukartowany jest los nas wszystkich? Wiele opowiadała mi o tym jedna z ciotek, żarliwych ewangeliczek. Bzdury.

Pilker występuje przed szereg i przez chwilę stara się dyskutować z kapo. Ten jest jednak zbyt dobrze obeznany z zasadami rządzącymi tym fragmentem wszechświata. Zdziela go z całej siły w twarz. Pilker wstrzymuje złość, po czym zaczyna posłusznie skakać, jednocześnie klaszcząc nad głową. To jedna ze standardowych, obozowych form nagany. Tak zwane żabki – wymierzane od jednej w górę. Oczywiście kara jednej oznacza kwadrans podskoków, a często bywa zwielokrotniana nawet do ośmiu, czyli dwóch godzin ćwiczeń, których przerwanie równa się karcerowi, zesłaniu do bunkra lub przymusowej głodówce, w zależności od humoru wymierzającego. Pilker otrzymał ich dwanaście.

Muszę być cierpliwa. Za trzy godziny zobaczymy, jak bardzo jest wytrzymały.

 

 

 

6.

 

Dwanaście kwadransów żabek nie wykończyło Pilkera. Nie wykończyło go również kilka kilometrów, które musiał przebyć, przenosząc w tę i we w tę gruz w kamieniołomie. Wydawał się tym wręcz pobudzony. Od czasu do czasu słyszałam o takich przypadkach, niezłomnych bohaterach, którzy myśleli, że przedłużając swoją agonię, czegoś dowiodą. Trudno, to jego sprawa.

Przez lornetkę ponownie obserwuję, jak cały zlany potem, chwiejąc się na nogach, pcha taczkę. Inni więźniowie, jakby wyczuwając, że jest przeklęty, trzymają się od niego z daleka. Niektórzy robią to wiedzeni naturalnym instynktem przetrwania, inni nauczeni doświadczeniem. Na jedno wychodzi.

Upór tego wielkoluda zaczyna mnie coraz bardziej irytować. Wiodę wzrokiem po jego obrzmiałych z wysiłku mięśniach ramion, po bladej twarzy i przez cały czas odliczam sekundy jego życia. Jego uporu.

Sześć.

Siedem.

Kiedy padniesz z wysiłku, sukinsynu? Kiedy będą mogli cię dobić?

Widzę, że mężczyzna coraz częściej robi krótkie przerwy, ale nie są dość zauważalne, by można go było za nie ukarać. Przynajmniej nie tak łatwo, by nie wzbudzić zamieszania wśród innych więźniów, a tego przede wszystkim mamy unikać.

– Idę tam – oznajmiam i oddaję lornetkę Hackmannowi.

Adiutant mojego męża został najwyraźniej wysłany na przeszpiegi, żeby zorientować się w moich działaniach. Oficjalnie ma mnie eskortować, co jest bzdurą samą w sobie. Funkcja SS-Aufseherin upoważnia mnie do samodzielnego poruszania się po terenie obozu bez jakiejkolwiek obstawy. Ale niech będzie. Nie przeszkadza mi to. Wiem, że Karl dał mi wolną rękę i z pewnością dotrzyma słowa.

– Czy pani komendantowa…

Zbywam Hackmanna machnięciem dłoni.

– Niech pan wraca do swoich obowiązków. Jestem dorosłą dziewczynką.

Nie czekając na jego reakcję, szybkim krokiem kieruję się ku wąskiemu wejściu do kamieniołomu. Dwóch wartowników pręży się na baczność i mi salutuje. Uśmiecham się do nich poufale. Jednego kojarzę z widzenia, a drugi, pewnie około dwudziestoletni młokos, jest mi całkowicie obcy. Berlin nieustannie dostarcza nam świeżego narybku.

Na mój widok więźniowie przerywają pracę i ściągają czapki. Kłaniają się, gotowi zrobić, co tylko im każę. Doskonale wiedzą, kim jestem. Ich kapo rusza w moją stronę, lecz zbywam go lekceważącym gestem. Interesuje mnie tylko jeden człowiek.

– On. – Wskazuję właśnie na niego.

Helmut Pilker widzi mnie po raz pierwszy. Najwyraźniej został już właściwie przeszkolony, gdyż stoi na baczność, z czapką w ręce i ze wzrokiem wbitym w ziemię, ale wiem, że mnie widzi. Więźniowie mają swoje sposoby, aby jednym przelotnym spojrzeniem ocenić sytuację i wychwycić zaskakującą liczbę szczegółów.

– Podejdź do mnie – nakazuję. – Jedenaście czterdzieści siedem, do ciebie mówię.

Pilker, dysząc ze zmęczenia, rusza w moją stronę. Plączą mu się nogi, a po twarzy płyną strugi potu.

– Szybciej! – krzyczę ostro. – Nie nauczono cię, że w obozie wszelkie polecenia wykonuje się biegiem?

Zaciskam w dłoni szpicrutę i macham nią. Rzemienie ze świstem przecinają powietrze tuż obok twarzy więźnia. Pilker karnie staje niespełna metr przede mną.

– Bliżej – nakazuję.

Skrępowany niemal niezauważalnie porusza się w moją stronę.

– Bliżej – syczę.

Obozowy oraz inni więźniowie bacznie się nam przyglądają. Wyłapuję te ukradkowe, wystraszone spojrzenia. Pilker niemal dotyka ciałem mojego ciała. Góruje nade mną co najmniej o dwie głowy, a jego szerokie ramiona nie pozostawiają wątpliwości, że mógłby mnie zabić jednym ruchem. Mimo to boi się mnie tak, jak regularnie bity pies swego właściciela. Odrzucam do tyłu włosy i spoglądam mu w oczy. Natychmiast odwraca wzrok.

– Nie masz po co walczyć – szepczę, aby usłyszał mnie tylko on. Na szczęście brzęk łopat oraz kilofów tłumi moje słowa. – Rozumiesz, jedenaście czterdzieści siedem? Musisz umrzeć, bo ja tego chcę. Nie stawiaj się, chyba że chcesz uczynić to umieranie jeszcze bardziej męczącym.

Odwracam się i powoli zawracam w stronę obozu. Staram się stłumić narastający gniew. Oby ta gnida się mnie posłuchała i zdechła. Dla swojego dobra.

 

 

 

7.

 

– Potrzebuję perfum oraz kilku nowych sukni. Wszystkie, które mam, są już przechodzone albo podarte. Zresztą nie wypada, żebym pokazała się w nich po raz kolejny.

Wiem, że Karl właśnie spisuje listę rzeczy, które jego ludzie mają nabyć w Paryżu. Podobne zamówienia składa co kilka tygodni. Ubrania, alkohole, czasem meble lub rozmaite antyki. W Paryżu wszystko wydaje się lepsze, ciekawsze, otoczone nimbem owego francuskiego luksusu, o którym często świadczy jedynie etykieta. Istotne jest, że do naszego domu docierają skrzynie opatrzone adnotacją Paris, Frankreich, co zawsze robi właściwe wrażenie. Wiem, że w obozie, w tym małym świecie, nic nie uchodzi powszechnej uwadze. Niemal nic.

Karl kreśli piórem kilka słów, po czym się do mnie odwraca.

– Biżuteria? – pyta obojętnym tonem, jakby robił listę zakupów na targ warzywny.

– Nie, tym razem dziękuję.

– Inne kosmetyki prócz perfum?

Zastanawiam się i po chwili dodaję kilka niezbędnych pozycji. Karl wszystko skrzętnie notuje, wreszcie składa kartkę na pół. Wstaje od masywnego biurka nabytego w jakimś podsalzburskim pałacu. Jeszcze nie zdążyliśmy się całkowicie urządzić, ale lubię tę willę. Wiem, że ma potencjał, a nam się przecież nigdzie nie śpieszy. Zamierzamy zostać tu na dłużej.

Karl przeczesuje palcami rzadkie, jasne włosy i przygładza mundur. Jest ledwie po czterdziestce, lecz wygląda na znacznie starszego. Ma masywną twarz, policzki, które sprawiają wrażenie, jakby były wiecznie opuchnięte, i wąskie usta. Jego urodę można określić jako męską albo, precyzyjniej mówiąc, surową. Jego twarz rozpromienia się, gdy do pokoju wchodzi nasz piaskowy dog. Pies radośnie merda ogonem i podchodzi do Karla, by ten pogłaskał go po łbie. To ich rytuał.

Mój mąż sięga do biurka, wyjmuje jakiś przysmak i daje go psu. System przekupstw oraz zdobywania względów sprawdza się nie tylko w środowisku ludzi. To uniwersalna zasada, którą można uratować życie lub uczynić je znacznie piękniejszym.

– Dobra psinka, bardzo dobra!

Karl zerka na zegarek i ciężko wzdycha. Nagle coś mu się przypomina. Łypie na mnie swoim charakterystycznym, przenikliwym spojrzeniem spod lekko pochylonej głowy.

– Co z tym twoim więźniem? – dopytuje. – Z tym od niespodzianki…

Od dwóch dni czekam, żeby poruszył ten temat. Teatralnie obchodzę dwa wyściełane ratanem krzesła i opieram się o hebanowy stolik. Wymownie przewracam oczami.

– Ciągle żyje? – Kąciki ust Karla drżą w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.

Kiwam głową.

– Sukinsyn nie chce umrzeć.

– Nie wiem, dlaczego uwzięłaś się właśnie na niego.

– To element niespodzianki, nie pamiętasz?

Karl daje psu jeszcze jeden przysmak i kieruje się do drzwi. Zatrzymuje się w progu, po czym opiera się o futrynę.

– Wszystko jedno, ale co ci da jego śmierć? Ten człowiek nie ma dla nas żadnego znaczenia. Wpadasz w nerwicę, Ilse, chyba doszukujesz się wrogów tam, gdzie ich nie ma.

– On nie jest naszym wrogiem – cedzę. – Wręcz przeciwnie. Ale musi umrzeć, a ty obiecałeś mi w tym pomóc.

– Pogadaj z Wagnerem. – Karl otwiera drzwi. – On zna sprawę i wie, co robić w podobnych sytuacjach.

Erich Wagner to jeden z obozowych lekarzy. Najwyraźniej moja niespodzianka zaciekawiła Karla bardziej, niż sądziłam.

– Ach, potrzebuję jeszcze jedną rzecz z Paryża – rzucam, gdy wychodzi na korytarz. – To nic wielkiego.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Max Czornyj, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcia na okładce: © Asher Legg/Unsplash; 

© Jamey Meirndorf/Unsplash

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: Monika Ślusarska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-693-2

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Seria: FILIA NA FAKTACH