Beach Read - Emily Henry - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Beach Read ebook i audiobook

Emily Henry

4,1

362 osoby interesują się tą książką

Opis

Międzynarodowy bestseller, który rozpali cię w te wakacje!

Zabawna historia miłosna pośród skwierczącego upałem lata.

January Andrews to popularna autorka romansów, która ma w sercu i na koncie jedynie ogromną pustkę. Augustus Everett, poważny znany literat, gardzi szczęśliwymi zakończeniami i uważa, że prawdziwa miłość to bajka.

Dzieli ich prawie wszystko, za to łączy fakt, że przez następne trzy miesiące będą mieszkać w sąsiednich domkach na plaży, walcząc z pisarską blokadą i twórczą niemocą. Tymczasem koniec lata to nieprzekładalny termin oddania ich bestsellerów.

Zawierają zakład i wymieniają się tematami książki. Zaczyna się wyścig. Wygra ten, kogo książka ukaże się jako pierwsza. Tylko że opowiadanie sobie nawzajem życiowych historii może nieść ze sobą poważne ryzyko. I wywrócić świat do góry nogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 462

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 5 min

Lektor: Czyta: Katarzyna Koleczek

Oceny
4,1 (887 ocen)
354
328
139
53
13
Sortuj według:
EwelaKar

Dobrze spędzony czas

Książka rzeczywiście jest momentami zabawna, dobrze się ją czyta. Nie jest jednak infantylna, dotyka poważnych dylematów. Pokazuje, że można przezwyciężyć problemy i żyć w zgodzie z samym sobą, niezależnie od przeciwności.
10
ArturArturArtur

Nie polecam

Sztuczny, egzaltowany język, przewidywalna, schematyczna historia. Zamiast dostarczyć lekkiej rozrywki, męczy
00
agnieszka879

Nie oderwiesz się od lektury

lekka
00
anna_rzonca

Nie oderwiesz się od lektury

Dobrze napisana, lekka lektura do czytania podczas urlopu
00
Milenadec

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana, wciągająca książka. Nie mogłam sie oderwać od lektury. Aż mi smutno, że to koniec.
00

Popularność




RECENZJE

„Słuchajcie, przepadłam! Beach read jest jak powiew świeżego powietrza. Serce mi się ściskało na myśl o January, a za Gusa mogłabym umrzeć – zmysłowy, inteligentny, błyskotliwy romans. Wciągnął mnie po uszy!”.

– Josie Silver,

autorka książki Jeden dzień w grudniu,

numeru jeden na liście bestsellerów „New York Timesa”

„Cudownie romantyczna i podstępnie przejmująca. Beach read obfituje w błyskotliwe dialogi i wciągające historie. Ma w sobie wszystko, o czym mogą marzyć wielbiciele powieści: rywalizację, twórcze zmagania, rodzinne sekrety i wzruszający motyw zakochania bez pamięci. Beach read Emily Henry to idealna lektura do czytania zawsze i wszędzie”.

– Christina Lauren,

autorka Podróży nieślubnej, bestsellera „New York Timesa”

„Beach read jest oryginalna, olśniewająca i nasycona emocjami. Czy próba spojrzenia na świat oczami dawnej miłości / dawnego rywala okazała się kiedykolwiek tak mocna i przejmująca? Jeśli cenisz cięte riposty i mgliste napięcie erotyczne, na pewno zakochasz się w tej książce”.

– Sally Thorne,

autorka bestsellerów „USA Today”

Wredne igraszki i 99 Percent Mine

„To poruszająca, szczera książka o miłości, zdradzie, żałobie, porażce i uczeniu się, jak kochać na nowo. Z ogromną przyjemnością wyruszyłam w tę podróż razem z Gusem i January, a na koniec zamknęłam książkę z westchnieniem satysfakcji”.

– Jasmine Guillory,

autorka The Proposal, bestsellera „New York Timesa”

„Beach read jest dokładnie tą błyskotliwą, uroczą i wzruszającą powieścią, o której zawsze marzyliśmy, a przy tym serwuje nam niespodziewaną dawkę emocjonalnej mądrości i błyskotliwy komentarz społeczny, jakiego nam obecnie potrzeba. Niezwykle mi się podobała”.

– Julia Whelan,

autorka My Oxford Year

„Beach read Emily Henry ma w sobie wszystko, co obiecuje tytuł: galopującą fabułę, rodzinne sekrety i miłosne podekscytowanie, a wszystko osadzone na rozległym wschodnim wybrzeżu jeziora Michigan. Nie mogę się doczekać następnej książki Henry”.

– Amy E. Reichert,

autorka The Coincidence of Coconut Cake

i The Optimist’s Guide to Letting Go

Dla Joeya – bo jesteś moją absolutnie ulubioną osobą

1

Dom

Mam jedną katastrofalną wadę.

Lubię sobie myśleć, że każdy taką ma. A przynajmniej ułatwia mi to sprawę przy pisaniu: buduję swoje bohaterki i bohaterów wokół tej jednej cechy, która szkodzi im samym, uzależniam wszystko, co im się przydarza, od tego jednego szczególnego rysu – od czegoś, co nauczyli się robić, żeby się chronić, i czego nie mogą się oduczyć, nawet kiedy przestaje im to służyć.

Może na przykład jako dziecko nie miałaś zbyt dużej kontroli nad swoim życiem. Więc żeby uniknąć rozczarowań, nauczyłaś się nie zadawać sobie pytania, czego tak naprawdę chcesz. I przez długi czas to się sprawdzało. Tylko że teraz, kiedy dociera do ciebie, że nie osiągnęłaś tego, czego podświadomie chciałaś, zasuwasz autostradą w samochodzie zdradzającym kryzys wieku średniego, z walizką pełną pieniędzy i z facetem o imieniu Stan w bagażniku.

Może twoją katastrofalną wadą jest to, że nie włączasz kierunkowskazu.

A może, tak jak ja, jesteś niepoprawną romantyczką. Po prostu nie możesz przestać opowiadać sobie tej historii. Historii o własnym życiu, z melancholijną muzyką w tle i snopami złotego światła wpadającymi przez okna samochodu.

U mnie zaczęło się, gdy miałam dwanaście lat. Rodzice usiedli ze mną i przekazali mi wiadomość. Mama otrzymała swoją pierwszą diagnozę – podejrzane komórki w lewej piersi –  i tyle razy mi powtórzyła, żebym się nie martwiła, że zaczęłam podejrzewać, że dostanę szlaban, jeśli mnie na tym przyłapie. Moja mama była kobietą czynu, śmieszką, optymistką, a nie panikarą, ale widać było, że jest przerażona, więc ja też się przestraszyłam. Zamarłam na kanapie, nie wiedząc, co mogłabym powiedzieć, żeby nie pogarszać sprawy.

Ale wtedy mój ojciec, książkowy przykład domatora, zrobił coś nieoczekiwanego. Wstał, złapał nas za ręce – za jedną mamę, za jedną mnie – i powiedział: „Wiecie, co musimy zrobić, żeby wyrzucić z siebie te złe emocje? Musimy potańczyć!”.

Na naszym przedmieściu nie było żadnego klubu, tylko jeden kiepski bar ze stekami, gdzie w piątkowe wieczory grali muzykę na żywo, ale mama się rozpromieniła, jakby zaproponował, że polecimy prywatnym odrzutowcem na Copacabanę.

Włożyła swoją pastelowożółtą sukienkę i kolczyki z młotkowanego metalu, które połyskiwały przy każdym jej ruchu. Tata zamówił dla siebie i mamy dwudziestoletnią szkocką, a dla mnie bezalkoholową Shirley Temple, a potem wszyscy troje kręciliśmy się i bujaliśmy, póki nie dostaliśmy zawrotów głowy i nie zaczęliśmy potykać się o siebie ze śmiechem. Śmialiśmy się tak, że ledwo mogliśmy ustać na nogach, a mój ojciec, zazwyczaj taki powściągliwy, śpiewał głośno do Brown Eyed Girl, nie zważając na to, że cała sala się na nas gapi.

Potem wsiedliśmy wyczerpani do samochodu i w ciszy pojechaliśmy do domu. Mama z tatą trzymali się mocno za ręce między siedzeniami, a ja oparłam głowę o okno i patrząc na przemykające po szybie światełka latarni, pomyślałam: Wszystko będzie dobrze. Nic złego nigdy nam się nie stanie.

Właśnie w tamtej chwili sobie to uświadomiłam: kiedy świat wydaje się mroczny i straszny, miłość jest zdolna porwać do tańca, śmiech potrafi odjąć trochę bólu, a piękno może powybijać dziury w lęku. Postanowiłam wtedy, że moje życie będzie pełne ich trzech – miłości, śmiechu i piękna. Nie tylko ze względu na mnie, ale też ze względu na mamę i na wszystkich ludzi wokół.

W moim życiu będzie cel. Będzie piękno. Będzie blask świec. I będą piosenki Fleetwood Mac, cicho płynące w tle.

No więc zaczęłam opowiadać sobie piękną historię o własnym życiu, o losie i o tym, jak wszystko się układa, aż wreszcie skończyłam dwadzieścia osiem lat i moja opowieść była idealna.

Idealni (wolni od raka) rodzice, którzy dzwonili po kilka razy w tygodniu, lekko oszołomieni winem albo swoim towarzystwem. Idealny (spontaniczny, znający języki, metr osiemdziesiąt wzrostu) chłopak, który pracował na pogotowiu i potrafił przyrządzić kurczaka w winie. Idealne mieszkanie w stylu shabby chic w dzielnicy Queens w Nowym Jorku. Idealna praca pisarki powieści romantycznych – inspirowanych idealnymi rodzicami i idealnym chłopakiem – dla wydawnictwa Sandy Lowe Books.

Idealne życie.

Ale to była tylko opowieść, więc kiedy pojawiła się jedna dziura w fabule, całość się zawaliła. Tak to jest z opowieściami.

Teraz miałam dwadzieścia dziewięć lat, byłam przybita, spłukana, niemal bezdomna, bardzo samotna i właśnie podjeżdżałam pod śliczny dom nad jeziorem, co przyprawiało mnie o mdłości. Snucie wyidealizowanej opowieści o własnym życiu przestało mi służyć, ale moja katastrofalna wada nadal jechała ze mną w poobijanej kii soul i relacjonowała mi wszystko na bieżąco:

January Andrews patrzyła przez przednią szybę na wzburzone jezioro, którego fale rozbijały się o pogrążony w mroku brzeg. Próbowała przekonać samą siebie, że przyjazd tutaj nie był błędem.

Oczywiście, że był błędem, ale nie miałam innego wyboru. Nie odrzuca się darmowego zakwaterowania, kiedy jest się bankrutką.

Zaparkowałam na ulicy i spojrzałam na fasadę przerośniętego domku letniskowego, na jego lśniące okna i bajkowy ganek, na kępy trawy piaskowej tańczącej w powiewach ciepłego wiatru.

Porównałam adres, który wpisałam w GPS, z odręcznym napisem na breloku przy kluczu. Zgadza się, to tu.

Ociągałam się jeszcze przez chwilę, jakbym liczyła na uderzenie asteroidy, która przyniesie koniec świata, zanim będę zmuszona wejść do domu. Potem wzięłam głęboki oddech i wysiadłam z samochodu. Wyszarpnęłam swoją przeładowaną walizkę z tylnego siedzenia, a za nią wyciągnęłam kartonowe pudełko z butelkami dżinu.

Odgarnęłam kosmyk ciemnych włosów z oczu i przyjrzałam się chabrowej dachówce oraz śnieżnobiałemu wykończeniu. Po prostu udawaj, że to Airbnb. Natychmiast przemknęło mi przez głowę zmyślone ogłoszenie: Urokliwy dom nad brzegiem jeziora, z trzema sypialniami i trzema łazienkami oraz mnóstwem dowodów na to, że twój ojciec był dupkiem, a całe twoje życie kłamstwem.

Ruszyłam po schodkach wyciosanych w trawiastym zboczu, krew szumiała mi w uszach jak woda w wężu strażac­kim, a kolana się trzęsły w oczekiwaniu na moment, w którym otworzą się przede mną wrota piekieł, a ziemia usunie mi się spod nóg.

To już się wydarzyło. W zeszłym roku. I nie zabiło cię, więc teraz też nie umrzesz.

Na ganku wszystkie odczucia w moim ciele się nasiliły. Mrowienie na twarzy, ucisk w żołądku, łaskotanie kropel potu spływających po karku. Oparłam karton z dżinem na biodrze i wsunęłam klucz do zamka, trochę licząc na to, że się zaklinuje. Że to wszystko okaże się jakimś wymyślnym dowcipem, który tata przygotował dla nas, zanim umarł.

Albo jeszcze lepiej – że tak naprawdę nie umarł. Zaraz wyskoczy zza krzaków i krzyknie: „Mam cię! Chyba nie sądziłaś, że naprawdę mógłbym prowadzić w tajemnicy drugie życie, co? Jak mogłaś pomyśleć, że miałem drugi dom z jakąś inną kobietą niż twoja matka?”.

Klucz przekręcił się bez trudu. Drzwi otworzyły się do wewnątrz.

W domu panowała cisza.

Przeszył mnie ból. Ten sam, który odczuwałam przynajmniej raz dziennie, odkąd odebrałam telefon od mamy z wiadomością o zawale i usłyszałam jej szloch: „Nie ma go już, Janie”.

Nie ma taty. Ani tu, ani nigdzie indziej. A potem kolejny cios, obrót noża: „Chociaż ojciec, którego znałaś, i tak nigdy nie istniał”.

Tak naprawdę nigdy go nie miałam. Tak samo jak nigdy nie miałam swojego byłego chłopaka Jacques’a ani jego kurczaka w winie.

To była wyłącznie historia, którą sobie opowiadałam. Ale odtąd będzie już tylko brzydka prawda albo nic. Zebrałam się w sobie i weszłam do środka.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że brzydka prawda nie jest wcale taka brzydka. Miłosne gniazdko mojego taty było urządzone na otwartej przestrzeni: salon przechodził w fikuśną kuchnię z niebieskimi kafelkami i przytulnym kącikiem jadalnianym, a tuż za nim znajdował się rząd okien wychodzących na ciemno polakierowany taras.

Gdyby to mama była właścicielką tego miejsca, wszystko byłoby utrzymane w stonowanych odcieniach beżu. Stałam jednak w pomieszczeniu w stylu boho, bardziej pasującym do mieszkania, które zajmowałam kiedyś ze swoim chłopakiem, niż do domu moich rodziców. Zrobiło mi się trochę niedobrze, kiedy wyobraziłam sobie tatę tutaj, wśród tych wszystkich rzeczy, których mama nigdy by nie wybrała: ręcznie malowany stół jadalniany w stylu folkowym, ciemne drewniane regały, zapadnięta kanapa, pokryta różnokolorowymi poduszkami.

Nie było tu śladu po tacie, jakiego znałam.

W kieszeni zadzwonił mi telefon, więc postawiłam pudełko na granitowym blacie, żeby odebrać.

– Halo? – Zabrzmiało słabo i ochryple.

– I jak? – odezwał się natychmiast głos po drugiej stronie. – Jest jaskinia seksu?

– Shadi? – domyśliłam się. Przytrzymałam telefon ramieniem i odkręciłam jedną z butelek dżinu, po czym pociągnęłam łyk na wzmocnienie.

– To naprawdę niepokojące, że jestem jedyną osobą, która mogłaby zadzwonić do ciebie z takim pytaniem – stwierdziła Shadi.

– Jesteś jedyną osobą, która w ogóle wie o tym Zagłębiu Miłości – zauważyłam.

– O nie, nie jedyną – zaprzeczyła Shadi.

Technicznie rzecz biorąc, miała rację. Podczas gdy ja dowiedziałam się o sekretnym domu nad jeziorem na pogrzebie ojca w zeszłym roku, mama była świadoma jego istnienia znacznie dłużej.

– Dobra – powiedziałam. – Jesteś jedyną osobą, której ja o nim powiedziałam. Tak czy inaczej, musisz dać mi chwilę. Dopiero przyjechałam.

– Dosłownie? – Shadi oddychała ciężko, co oznaczało, że właśnie idzie na swoją zmianę do restauracji. Ponieważ nasze rozkłady dnia tak bardzo się od siebie różniły, większość rozmów odbywałyśmy, kiedy ona była w drodze do pracy.

– Metaforycznie – odparłam. – Dosłownie jestem tu od dziesięciu minut, ale ledwo do mnie dociera, że w ogóle przyjechałam.

– Jakie to mądre – stwierdziła Shadi. – Jakie głębokie.

– Ćśś – powiedziałam. – Chłonę otoczenie.

– Sprawdź, czy jest jaskinia seksu! – rzuciła Shadi pospiesznie, jakbym chciała się rozłączyć.

Nie chciałam. Po prostu trzymałam telefon przy uchu, oddech w piersi, a serce na uwięzi i rozglądałam się po drugim życiu mojego ojca.

I właśnie wtedy, kiedy już prawie zdołałam przekonać samą siebie, że to niemożliwe, żeby tata spędzał tu czas, dostrzegłam na ścianie ramkę. A w ramce wycinek z gazety z listą bestsellerów „New York Timesa” sprzed trzech lat, ten sam, który tata zawiesił nad kominkiem w naszym domu. Właśnie tam, na ostatniej pozycji, pod numerem piętnastym, widniało moje nazwisko. A trzy pozycje nade mną – okrutnym zrządzeniem losu – znajdował się mój rywal z czasów studenckich Gus (chociaż teraz posługiwał się pełnym imieniem – Augustus, bo był Bardzo Poważnym Człowiekiem) wraz ze swoim przesadnie wyrafinowanym debiutem prozatorskim Objawienia. Utrzymywał się na liście przez pięć tygodni (nie żebym liczyła… no dobra, liczyłam).

– No i? – ponagliła Shadi. – Jak ci się widzi?

Obróciłam się, a mój wzrok zatrzymał się na chuście z mandalą wiszącej nad kanapą.

– Zaczynam się zastanawiać, czy tata palił trawę. – Spojrzałam w stronę okien na bocznej ścianie, które znajdowały się niemal idealnie na wprost okien sąsiada. Mama nigdy nie przeoczyłaby takiej wady architektonicznej przy kupowaniu domu.

Ale to nie był dom mamy, więc z miejsca, w którym stałam, mogłam wyraźnie zobaczyć regały wznoszące się od podłogi do sufitu w gabinecie sąsiada.

– O kurczę, może to wcale nie zagłębie miłości, tylko plantacja marychy! – Shadi wydawała się zachwycona. – Trzeba było przeczytać ten list, January. To wszystko jedna wielka pomyłka. Ojciec zostawił ci rodzinny biznes. Ta Kobieta była jego partnerką w interesach, a nie kochanką.

Czy to źle, że chciałam, żeby miała rację?

Tak czy inaczej miałam zamiar przeczytać ten list. Czekałam tylko na właściwy moment w nadziei, że najgorszy gniew przeminie, a wtedy ostatnie słowa od taty przyniosą mi ukojenie. Minął jednak cały rok, a lęk, jaki czułam na myśl o otwarciu koperty, rósł z każdym dniem. To takie niesprawiedliwe, że on dostał szansę na ostatnie słowo, a ja nie miałam jak mu odpowiedzieć. Ani jak na niego nakrzyczeć, ani się rozpłakać, ani zażądać więcej wyjaśnień. Kiedy otworzę ten list, nie będzie już odwrotu. To będzie koniec. Ostateczne pożegnanie.

Tak więc na razie list wiódł szczęśliwe, choć nieco samotne życie na dnie pudełka z dżinem, które przywiozłam ze sobą z Queens.

– To nie plantacja – oznajmiłam Shadi i rozsunęłam tylne drzwi, żeby wyjść na taras. – No, chyba że znajdę trawę w piwnicy.

– Nie ma szans – orzekła. – Tam jest jaskinia seksu.

– Może przestańmy już rozmawiać o moim skopanym życiu – zaproponowałam. – Co nowego u ciebie?

– Chodzi ci o Nawiedzonego Kapelusznika? – Gdyby tylko Shadi nie miała czterech współlokatorek w swoim maleńkim mieszkaniu w Chicago, możliwe, że zamieszkałabym razem z nią. Chociaż kiedy znajdowała się w pobliżu, nie byłam w stanie nic zrobić. A moja sytuacja finansowa była zbyt opłakana, żebym mogła sobie pozwolić na nierobienie niczego. Podczas pobytu w tym bezczynszowym piekle musiałam napisać kolejną książkę. Wtedy może będzie mnie stać na moje własne bez-Jacques’owe mieszkanie.

– Jeśli to właśnie o nim chcesz rozmawiać – odparłam – to tak. Dawaj.

– Jeszcze się do mnie nie odezwał. – Shadi westchnęła melancholijnie. – Ale wiesz, potrafię tak jakby wyczuć, że na mnie patrzy, kiedy jesteśmy oboje w kuchni. Bo naprawdę coś nas łączy.

– Nie zastanawiasz się czasem, czy to coś łączy cię rzeczywiście z facetem, który nosi ten staroświecki kapelusz, czy raczej z duchem jego poprzedniego właściciela? Co jeśli uświadomisz sobie, że zakochałaś się w duchu?

– Hmm – Shadi zastanowiła się przez chwilę. – Chyba będę musiała zaktualizować swoją notkę na Tinderze.

Znad jeziora u stóp wzgórza powiała lekka bryza, która poruszyła moje brązowe pukle. Zachodzące słońce strzelało na wszystkie strony snopami złotego światła, tak jasnego i gorącego, że musiałam zmrużyć oczy, żeby popatrzeć na pomarańczowo-czerwone barwy zalewające plażę. Gdyby to był tylko jakiś zwykły wynajęty dom, byłby idealnym miejscem do napisania cudownej historii miłosnej, którą obiecywałam Sandy Lowe Books od paru miesięcy.

Dotarło do mnie, że Shadi przez cały czas coś mówiła. Opowiadała dalej o Nawiedzonym Kapeluszniku. Miał na imię Ricky, ale my nigdy tak o nim nie mówiłyśmy. O życiu miłosnym Shadi rozmawiałyśmy zawsze szyfrem. Najpierw był ten starszy gość, który prowadził świetną knajpę z owocami morza (Rybi Król), potem facet, którego nazywałyśmy Mark, bo wyglądał jak jakiś sławny Mark, a teraz pojawił się ten nowy współpracownik, barman, który codziennie nosił kapelusz – Shadi nie znosiła facetów w kapeluszach, ale jemu nie mogła się oprzeć.

Skupiłam się z powrotem na rozmowie w chwili, gdy mówiła:

– Czwarty lipca? Długi weekend ze Świętem Niepodległości? Mogę wtedy przyjechać?

– Przecież to dopiero za miesiąc z kawałkiem. – Chciałam jej powiedzieć, że wtedy już mnie tu nie będzie, ale wiedziałam, że to nieprawda. Potrzebowałam przynajmniej całego lata, żeby napisać książkę i opróżnić dom, a potem sprzedać jedno i drugie, tak aby (miejmy nadzieję) odzyskać względny komfort finansowy. Może nie w Nowym Jorku, ale w jakimś znacznie tańszym miejscu.

Na Duluth pewnie byłoby mnie stać. Mama nigdy by mnie tam nie odwiedzała, ale w zeszłym roku i tak prawie się nie widywałyśmy, nie licząc mojej trzydniowej wycieczki do domu na Boże Narodzenie. Zaciągnęła mnie wtedy na cztery lekcje jogi, do trzech zatłoczonych pijalni soków i na Dziadka do orzechów, w którym występowała jakaś młoda, nieznana mi gwiazda – tak jakby myślała, że jeśli zostaniemy same choćby na chwilę, wypłynie temat taty i obie wybuchniemy.

Przez całe moje życie znajomi zazdrościli mi relacji z matką. Tego, jak często i swobodnie (a przynajmniej tak mi się wydawało) ze sobą rozmawiałyśmy, jak dobrze się razem bawiłyśmy. Teraz nasza relacja sprowadzała się do bardzo mało emocjonującej gry w przerzucanie się wiadomościami na poczcie głosowej.

Kiedyś miałam dwoje kochających rodziców i chłopaka, z którym mieszkałam. Teraz miałam już w zasadzie tylko Shadi, swoją najlepszą przyjaciółkę na (zdecydowanie zbyt dużą) odległość. Jedyną zaletą przeprowadzki z Nowego Jorku do miasteczka North Bear Shores w stanie Michigan było to, że znalazłam się bliżej jej mieszkania w Chicago.

– Do czwartego lipca jest kawał czasu – poskarżyłam się. – A ty mieszkasz tylko trzy godziny drogi stąd.

– No, ale nie umiem prowadzić.

– To może powinnaś oddać to prawo jazdy – zasugerowałam.

– Wierz mi, czekam tylko, aż minie termin ważności. Wtedy znowu poczuję się wolna. Nie znoszę, kiedy ludziom się wydaje, że potrafię prowadzić, tylko dlatego że mam na to papier. – Shadi jeździła fatalnie. Przy każdym lewoskręcie piszczała. – Poza tym wiesz, jak wygląda planowanie urlopu w tej branży. Mam szczęście, że mój szef zgodził się na tego czwartego lipca. Domyślam się, że teraz oczekuje, żebym mu obciągnęła.

– No co ty. Obciąganie tylko w przypadku dłuższych urlopów. Taki kwalifikuje się ledwo na to, żeby mu zrobić dobrze stopami, jeśli już musisz się odwdzięczyć.

Upiłam kolejny łyk dżinu, a potem zawróciłam na końcu tarasu i niemal krzyknęłam. Na sąsiednim tarasie, położonym trzy metry na prawo od mojego, zobaczyłam tył czyjejś głowy, z ciemnymi, kręconymi włosami wystającymi znad krawędzi leżaka. Modliłam się w duchu, żeby ten mężczyzna spał – żebym nie musiała mieszkać przez całe lato obok kogoś, kto słyszał, jak dywagowałam o robieniu dobrze stopami.

Ale on, jakby czytał w moich myślach, pochylił się do przodu, wziął butelkę piwa ze stolika ogrodowego, upił łyk i rozparł się z powrotem na leżaku.

– Racja. Nie zdejmę nawet crocsów – powiedziała tymczasem Shadi. – Muszę kończyć, właśnie doszłam do pracy. Ale daj znać, czy w piwnicy są prochy czy pejcze.

Obróciłam się plecami do tarasu sąsiada.

– Nie sprawdzę, dopóki nie przyjedziesz.

– Jędza – orzekła Shadi.

– Ja cię tylko zachęcam – powiedziałam słodko. – Kocham cię.

– Ja ciebie bardziej – odparła z naciskiem i rozłączyła się.

Odwróciłam się z powrotem do kędzierzawej głowy, po części oczekując, że przyjmie do wiadomości moją obecność, a po części zastanawiając się, czy powinnam się przedstawić.

W Nowym Jorku nie znałam za dobrze żadnego ze swoich sąsiadów, ale teraz byłam w Michigan, a z opowieści taty na temat dorastania w North Bear Shores domyślałam się, że któregoś dnia będę musiała pożyczyć temu człowiekowi cukier (do zapamiętania: kupić cukier).

Odchrząknęłam i przykleiłam do twarzy próbną wersję sąsiedzkiego uśmiechu. Mężczyzna pochylił się i upił kolejny łyk piwa, a ja zawołałam w jego stronę:

– Przepraszam, że panu przeszkodziłam!

Machnął niedbale ręką, po czym odwrócił stronę książki, którą trzymał na kolanach.

– Niby dlaczego robienie dobrze stopami jako forma zapłaty miałoby mi przeszkadzać? – odparł przeciągle niskim, znudzonym głosem.

Skrzywiłam się, szukając w głowie odpowiedzi – jakiejkolwiek odpowiedzi. Dawna January wiedziałaby, jak się odciąć, ale w moim umyśle była tylko pustka, jak za każdym razem, kiedy otwierałam Worda.

No dobra, może trochę zdziczałam przez ten ostatni rok. Może nie byłam nawet pewna, co właściwie robiłam przez ten czas, skoro nie odwiedzałam mamy ani nie pisałam, ani nie owijałam sobie sąsiadów wokół palca.

– W każdym razie – zawołałam – właśnie się tu wprowadziłam.

Machnął znowu od niechcenia i mruknął, tak jakby czytał mi wcześniej w myślach:

– Daj znać, gdybyś potrzebowała cukru. – W jego ustach zabrzmiało to jednak bardziej jak: „Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj, chyba że zauważysz pożar w moim domu, ale nawet wtedy sprawdź najpierw, czy nie słychać syren”.

Tyle by było z tutejszej słynnej gościnności. W Nowym Jorku sąsiedzi przynajmniej przynieśli nam ciastka, kiedy się wprowadziliśmy (bezglutenowe i z dodatkiem LSD, jednak liczą się intencje).

– Albo gdybyś chciała, żebym wskazał ci drogę do najbliższego sex shopu dla fetyszystów – dodał Gbur.

Policzki zapłonęły mi ze wstydu i wściekłości. Zanim zdążyłam się zastanowić, wypaliłam:

– Zaczekam, aż wyprowadzisz swój samochód, i po prostu pojadę za tobą. – Wybuchnął zaskoczonym, gardłowym śmiechem, ale nadal nie raczył na mnie spojrzeć. – Cudownie było cię poznać – dodałam zgryźliwie, po czym odwróciłam się i ruszyłam w stronę rozsuniętych szklanych drzwi prowadzących do bezpiecznego wnętrza, w którym prawdopodobnie będę musiała chować się przez całe lato.

– Obłudnica – usłyszałam jeszcze, zanim je zasunęłam.

2

Pogrzeb

Nie czułam się gotowa na obejrzenie reszty domu, więc usiadłam przy stole, żeby pisać. Pusty plik jak zwykle gapił się na mnie oskarżycielsko i odmawiał zapełnienia się słowami i postaciami, niezależnie od tego, jak długo ja gapiłam się na niego.

Z pisaniem szczęśliwych zakończeń sprawa ma się tak: łatwiej jest, jeśli się w nie wierzy.

Ze mną sprawa ma się tak: wierzyłam do dnia pogrzebu ojca.

Moi rodzice (i cała nasza rodzina) już wcześniej bardzo wiele przeszli, ale jakimś cudem zawsze udawało nam się wyjść z kłopotów silniejszymi, bardziej kochającymi i radośniejszymi niż przedtem. Kiedy byłam dzieckiem, nastąpił między nimi krótki okres separacji, podczas którego mama zaczęła się zachowywać, jakby straciła tożsamość – wyglądała przez okna, jakby mogła tam zobaczyć siebie żyjącą własnym życiem i podejrzeć, co powinna zrobić. A kiedy tata wprowadził się z powrotem, były tańce w kuchni, trzymanie się za ręce i całowanie w czoła. Potem przyszła pierwsza diagnoza raka u mamy i szalenie kosztowna kolacja na uczczenie zwycięstwa nad nim – jedliśmy, jakbyśmy byli milionerami, i śmialiśmy się tak, że przepłacone wino rodziców i moja woda sodowa zaczęły tryskać nam kolejno z nosów – jakby było nas stać na takie marnotrawstwo, jakby dług medyczny nie istniał. Później nastąpił nawrót raka i nowe życie po mastektomii: zajęcia z garncarstwa, z tańca towarzyskiego, z jogi, z kuchni marokańskiej – moi rodzice wypełniali sobie grafik, tak jakby bardzo chcieli upchnąć jak najwięcej życia w jak najkrótszym czasie. Długie wycieczki weekendowe, żeby spotkać się ze mną i z moim chłopakiem w Nowym Jorku, przejażdżki metrem, podczas których mama błagała, żebym przestała ją zabawiać opowieściami o naszych sąsiadkach ćpunkach Sharyn i Karyn (przypadkowa zbieżność imion; regularnie wsuwały nam pod drzwi ulotki informacyjne towarzystwa płaskoziemców), bo bała się, że się posika, podczas gdy tata półgłosem obalał teorię płaskiej ziemi na użytek Jacques’a.

Próba. Szczęśliwe zakończenie. Udręka. Szczęśliwe zakończenie. Chemia. Szczęśliwe zakończenie.

I właśnie wtedy, w samym środku najszczęśliwszego jak dotąd zakończenia, on odszedł.

Stałam tam, w sali obok kościoła episkopalnego, do którego chodzili z mamą, pośród mrowia ludzi ubranych na czarno, szepczących bezużyteczne słowa, i czułam się, jakbym przybyła tu we śnie, ledwo pamiętałam lot, drogę na lotnisko, pakowanie. Przypomniałam sobie, po raz tysięczny w ciągu ostatnich trzech dni, że już go nie ma.

Mama wymknęła się do łazienki, więc byłam sama, kiedy ją zobaczyłam – jedyną kobietę, której nie rozpoznałam. Miała na sobie szarą sukienkę i skórzane sandały, ramiona owinęła szalem zrobionym na szydełku, a białe włosy rozpuściła. Patrzyła prosto na mnie.

Chwilę później ruszyła w moją stronę, a mnie – nie wiedzieć czemu – żołądek podszedł do gardła. Tak jakby moje ciało dowiedziało się z wyprzedzeniem, że zaraz wszystko się zmieni. Obecność tej nieznajomej na pogrzebie taty wywróciła moje życie do góry nogami na równi z jego śmiercią.

Stanęła przede mną i uśmiechnęła się nieśmiało. Pachniała wanilią i cytrusami.

– Witaj, January. – Głos miała słaby, a palcami mięła nerwowo frędzle szala. – Wiele o tobie słyszałam.

Drzwi za jej plecami otworzyły się i z łazienki wyszła mama. Stanęła jak wryta, a jej twarz przybrała dziwny wyraz. Rozpoznania? Przerażenia?

Nie chciała, żebyśmy ze sobą rozmawiały. Dlaczego?

– Jestem dawną przyjaciółką twojego ojca – powiedziała tymczasem kobieta. – On bardzo wiele dla mnie znaczy… znaczył. Znałam go przez całe swoje życie, no, prawie. Przez długi czas byliśmy bardzo blisko, a on… bez przerwy opowiadał o tobie. – Próbowała roześmiać się swobodnie, ale tak bardzo jej nie wyszło. – Przepraszam – powiedziała ochryple. – Obiecałam, że nie będę płakać, ale…

Poczułam się, jakby zepchnięto mnie z wysokiego budynku, jakby spadanie miało trwać bez końca.

„Dawna przyjaciółka”. Tak powiedziała. Nie „kochanka”. Ale domyśliłam się po sposobie, w jaki płakała – jak mama podczas pogrzebu, tylko w krzywym zwierciadle. Rozpoznałam na jej twarzy ten sam wyraz, który zobaczyłam na swojej tego ranka, kiedy wklepywałam korektor pod oczy. Śmierć taty zniszczyła ją nieodwracalnie.

Wyłowiła coś z kieszeni. Kopertę z nabazgranym moim imieniem i z kluczem spoczywającym na wierzchu. Do klucza doczepiony był brelok z adresem, nagryzmolonym tym samym niepodrabialnym charakterem pisma co bazgroły na kopercie. Pismem taty.

– Chciał, żebyś go dostała – powiedziała. – Jest twój.

Wcisnęła mi klucz do ręki i przytrzymała przez chwilę.

– To piękny dom nad samym brzegiem jeziora Michigan – wyrzuciła z siebie. – Spodoba ci się. On zawsze mówił, że ci się spodoba. A list napisał na twoje urodziny. Możesz go otworzyć wtedy albo… kiedy chcesz.

Moje urodziny. Do moich urodzin zostało jeszcze siedem miesięcy. Na moich urodzinach nie będzie taty. Taty już nie ma.

Za plecami kobiety mama otrząsnęła się i ruszyła w naszą stronę z morderczym wyrazem twarzy.

– Sonya – syknęła.

I wtedy wiedziałam już wszystko.

Że podczas gdy ja błądziłam w ciemności, mama wcale nie.

Zamknęłam Worda, tak jakby kliknięcie w ten mały „x” w rogu ekranu mogło zamknąć też moje wspomnienia. Dla odwrócenia uwagi przewinęłam skrzynkę mejlową do ostatniej wiadomości, którą przysłała mi moja agentka Anya.

Dostałam tego mejla dwa dni temu, zanim wyjechałam z Nowego Jorku, i od tamtej pory wynajdywałam coraz bardziej absurdalne powody, żeby go jeszcze nie otwierać. Pakowanie. Przewożenie rzeczy do przechowalni. Jazda samochodem. Próba wypicia jak największej ilości wody podczas sikania. „Pisanie”, z naciskiem na cudzysłów. Kac. Głód. Oddychanie.

Anya słynęła z tego, że w stosunku do wydawców była twarda i potrafiła pokazać pazury, ale w kontakcie z pisarzami stawała się kimś w rodzaju skrzyżowania pani Jennifer, uroczej nauczycielki z Matyldy, z seksowną wiedźmą. Człowiek za wszelką cenę starał się jej przypodobać, bo z jednej strony miał poczucie, że nikt nigdy nie darzył go większą miłością i uwielbieniem niż ona, a z drugiej podejrzewał, że gdyby tylko chciała, mogłaby napuścić na niego hordę pytonów.

Dopiłam swój trzeci dżin z tonikiem tego wieczoru, otworzyłam wiadomość i przeczytałam:

Heeeeej, rybeńko piękna, wspaniała, artystko niebiańska, żyło złota Ty moja,

wiem, że ostatnio sprawy się u Ciebie skomplikowały, ale Sandy znowu do mnie napisała – bardzo by chciała wiedzieć, jak Ci idzie z książką łamane na: czy nadal planujesz ją skończyć przed jesienią. Ja jak zwykle w każdej chwili z radością złapię za telefon albo wskoczę na czata (tudzież na grzbiet pegaza, jeśli zajdzie taka potrzeba), żeby zrobić burzę mózgów / obgadać fabułę / zrobić COKOLWIEK, co pomoże sprowadzić na ten świat więcej Twoich pięknych słów i nieporównanych wzruszeń! Pięć książek w pięć lat to duże wyzwanie dla każdego (nawet dla kogoś tak niezwykle utalentowanego jak Ty), ale wydaje mi się, że dotarłyśmy do pewnej granicy w stosunkach z SLB, więc czas przywołać uśmiech na twarz i wydać powieść na świat, jeśli to w ogóle możliwe.

Buziaki

Anya

„Przywołać uśmiech na twarz i wydać powieść na świat”. Podejrzewałam, że łatwiej by mi było urodzić pod koniec lata w pełni ukształtowane ludzkie dziecko, niż napisać i sprzedać nową książkę.

Stwierdziłam, że jeśli pójdę teraz spać, to rano mogłabym wyskoczyć wcześniej z łóżka i wyprodukować kilka tysięcy słów. Stanęłam przed sypialnią na parterze i zawahałam się. Skąd mogłam wiedzieć, które łóżka wykorzystywali tata z Tą Kobietą?

Znajdowałam się w jaskini starczego cudzołóstwa. I byłoby to nawet zabawne, gdyby cokolwiek potrafiło mnie jeszcze rozbawić po roku wymyślania historii miłosnych, które nieodmiennie urywały się na tym, że kierowca autobusu zasypiał, a wszyscy bohaterowie kończyli w przepaści.

To SUPERinteresujące – powiedziałaby z pewnością Anya, gdybym rzeczywiście wysłała jej jeden z tych szkiców. – Wiesz, ja to bym przeczytała nawet twoją LISTĘ ZAKUPÓW i płakałabym przy niej ze wzruszenia. Ale ta książka nie pasuje do Sandy Lowe. Spróbuj teraz więcej wzdychania, mniej umierania, kochanieńka.

Potrzebowałam pomocy, jeśli miałam tu zasnąć. Zrobiłam sobie kolejny dżin z tonikiem i zamknęłam komputer. W domu zrobiło się gorąco i duszno, więc rozebrałam się do bielizny i przeszłam się po całym parterze, żeby po­otwierać okna, po czym opróżniłam szklankę i zwaliłam się na kanapę.

Była nawet wygodniejsza, niż się spodziewałam. Szlag by trafił Tę Kobietę z jej urzekająco eklektycznym gustem. Uznałam też, że kanapa jest za niska, żeby facet z bolącym kręgosłupem miał się z niej codziennie zwlekać, a to oznaczało, że prawdopodobnie nie używali jej do TEGO.

Chociaż tata nie zawsze miał problemy z kręgosłupem. Kiedy byłam mała, w większość weekendów, które spędzał w domu, zabierał mnie na łódkę, a z mojego doświadczenia wynikało, że żeglowanie składa się w dziewięćdziesięciu procentach z pochylania się, żeby zawiązać albo rozwiązać linę, a tylko w dziesięciu procentach z płynięcia pod słońce z ramionami rozrzuconymi na boki, z kurtką szeleszczącą na wietrze i…

W mojej piersi wezbrała mściwa fala bólu.

Te wczesne poranki na sztucznym jeziorze oddalonym o pół godziny drogi od naszego domu należały zawsze tylko do nas dwojga i zdarzały się zwykle tuż po powrocie taty z wyjazdu. Czasem nawet nie wiedziałam, że już wrócił. Budziłam się w jeszcze ciemnym pokoju, a tata łaskotał mnie w nos i nucił piosenkę Deana Martina, od której wzięło się moje imię: It’s June in January, because I’m in love… Podrywałam się z bijącym sercem, wiedząc, że to oznacza wycieczkę na łódce, tylko we dwoje.

Teraz zastanawiałam się, czy wszystkie te cudowne, rześkie poranki nie były zadośćuczynieniem za weekend spędzony z Tą Kobietą, czasem przeznaczonym na powtórne dopasowanie się do życia z mamą.

Powinnam oszczędzać swoje zdolności narracyjne na potrzeby pisania książki. Wypchnęłam to wszystko z głowy, naciągnęłam na twarz ozdobną poduszkę i zaczęłam zapadać w sen jak w paszczę biblijnego wieloryba.

Kiedy poderwałam się na kanapie, w pokoju było ciemno, a zza okien płynęła ogłuszająca muzyka.

Wstałam i w dżinowym zamroczeniu ruszyłam do kuchni, kierując się w stronę bloku na noże. Nigdy nie słyszałam o seryjnym mordercy, który rozpoczynałby zbrodnię od obudzenia ofiary piosenką Everybody Hurts zespołu R.E.M., ale właściwie nie mogłam tego wykluczyć.

Kiedy przeszłam do kuchni, muzyka nieco przycichła i uświadomiłam sobie, że dochodzi z przeciwnej strony budynku. Z domu Gbura.

Spojrzałam na świecące cyfry na piekarniku. Pół godziny po północy, a mój sąsiad puszcza na cały regulator piosenkę, którą najczęściej można usłyszeć w starych komediodramatach, w momencie gdy główny bohater wlecze się samotnie do domu w strugach deszczu.

Pognałam do okna i wychyliłam się. Okna w domu Gbura też były otwarte i w rozświetlonej kuchni zobaczyłam grupkę ludzi, trzymających kieliszki, kubki i butelki, opierających sobie ospałe głowy na ramionach, obejmujących się za szyje i wyśpiewujących z dzikim zapałem słowa piosenki.

Odbywała się tam szalona impreza. Najwyraźniej Gbur żywił awersję tylko do mnie, a nie do wszystkich na świecie. Przystawiłam dłonie do ust i wydarłam się:

– Przepraszam!

Gdy dwie kolejne próby nie przyniosły skutku, zatrzasnęłam okno i zrobiłam rundkę po parterze, żeby pozamykać pozostałe. Kiedy skończyłam, nadal miałam wrażenie, że R.E.M. gra koncert na stoliku w moim salonie.

I wtedy na jedną piękną chwilę piosenka ucichła, a odgłosy imprezy – śmiechy, rozmowy i stukanie butelek – przeszły w jednostajny szmer.

A potem zaczęło się od nowa.

Ta sama piosenka. Tylko jeszcze głośniej. No nie! Wciągając z powrotem spodnie od dresu, rozważałam wszystkie za i przeciw zadzwonienia ze skargą na policję. Z jednej strony, zachowałabym możliwość wiarygodnego uchylenia się od odpowiedzialności przed sąsiadem. (Toż to nie ja wezwałam mundurowych! Jestem tylko młodą, niespełna trzydziestoletnią niewiastą, a nie zrzędliwą starą panną, którą mierżą śmiech, zabawa, pieśni i tańce!). Z drugiej strony, odkąd straciłam tatę, coraz trudniej przychodziło mi wybaczanie niewielkich występków.

Narzuciłam bluzę z nadrukiem w pizzę i wybiegłam z domu, a po chwili wparadowałam na schody sąsiada. Zanim zdążyłam dwa razy pomyśleć, sięgnęłam do dzwonka. Rozległ się donośnym barytonem przypominającym bicie dużego stojącego zegara i poniósł się nad muzyką, ale śpiew nie ucichł. Policzyłam do dziesięciu i zadzwoniłam jeszcze raz. Głosy w środku ani się zająknęły. Nawet jeśli imprezowicze usłyszeli dzwonek, celowo go ignorowali.

Jeszcze przez chwilę dobijałam się do drzwi, ale w końcu pogodziłam się z tym, że nikt mi nie otworzy, i odmaszerowałam do domu. Do pierwszej – postanowiłam. Dam im czas do pierwszej, a potem wzywam policję.

W domu było nawet głośniej, niż to zapamiętałam, a w ciągu tych paru minut od zamknięcia okien temperatura podniosła się do poziomu lepkiego skwaru. Nie miałam nic lepszego do roboty, więc wzięłam z torebki książkę i ruszyłam na taras.

Wymacałam włącznik światła koło przesuwanych drzwi. Pstryknęłam go, ale nic się nie wydarzyło. Żarówki na zewnątrz były przepalone. Czyli o pierwszej w nocy zabieram się za czytanie przy świetle z telefonu na tarasie drugiego domu mojego ojca! Wyszłam na zewnątrz, a skóra aż ścierpła mi od rześkiego powiewu, który niósł się znad wody.

Na tarasie Gbura też było ciemno, jeśli nie liczyć pojedynczej świetlówki otoczonej przez ślamazarne ćmy, i właśnie dlatego prawie krzyknęłam, kiedy w mroku coś się poruszyło.

A kiedy mówię, że prawie krzyknęłam, oczywiście mam na myśli to, że definitywnie krzyknęłam.

– Jezu! – Cień zachłysnął się z przerażenia i poderwał się z fotela, na którym siedział. Cień, czyli rzecz jasna facet, który relaksował się w ciemności, dopóki nie wystraszyłam go na śmierć. – No co, co? – zaczął pytać, jakby oczekiwał ode mnie informacji, że łażą po nim skorpiony.

Sytuacja byłaby mniej niezręczna, gdyby faktycznie łaziły.

– Nic! – odkrzyknęłam, nadal dysząc z zaskoczenia. – Nie widziałam, że tam jesteś!

– Nie widziałaś, że tu jestem? – powtórzył, po czym wybuchnął szorstkim, niedowierzającym śmiechem. – Naprawdę? Nie widziałaś mnie na moim własnym tarasie?

Technicznie rzecz biorąc, nadal go nie widziałam. Lampa tarasowa paliła się kawałek za nim i nad nim, tak że wyglądał jak przydługi cień w kształcie człowieka, ze świetlistą aureolą wokół ciemnych, zmierzwionych włosów. Ale po tym wszystkim i tak najlepiej bym zrobiła, gdybym przez całe lato zdołała unikać nawiązywania z nim kontaktu wzrokowego.

– Jak mijają cię samochody na autostradzie, to też krzyczysz? Albo jak zauważasz ludzi w oknach restauracji? Może na wszelki wypadek zasłoń sobie wszystkie okna, które wychodzą prosto na moje, żebyś nie zobaczyła mnie przypadkiem z nożem albo brzytwą?

Groźnie skrzyżowałam ramiona na piersi. A przynajmniej spróbowałam. Nadal byłam nieco oszołomiona i ociężała od dżinu.

Miałam zamiar mu powiedzieć – bo dawna January właśnie tak by mu powiedziała: „Czy dałoby się ściszyć trochę tę muzykę?”.Chociaż tak naprawdę pewnie obsypałaby się brokatem, włożyła swoje ulubione aksamitne pantofelki i stanęła w jego drzwiach z butelką szampana i z mocnym postanowieniem zjednania sobie Gbura.

Ale jak na razie był to trzeci najgorszy dzień w moim życiu, a tamta January leżała prawdopodobnie tam, gdzie pochowano dawną Taylor Swift, więc w rzeczywistości powiedziałam:

– Czy mógłbyś wyłączyć ten podkład do użalania się nad swoim smutnym losem?

Cień roześmiał się i oparł o barierkę tarasu. U jednej ręki zwisała mu butelka piwa.

– A wygląda ci na to, że sam puszczam tę muzykę?

– Nie, wygląda mi na to, że siedzisz sam w ciemności na własnej imprezie – powiedziałam. – Ale kiedy dzwoniłam do drzwi, żeby poprosić twoje towarzystwo o ściszenie, nie było mnie słychać ponad libacją, więc teraz proszę ciebie.

Przyglądał mi się przez chwilę w ciemności – a przynajmniej tak zakładam, bo żadne z nas właściwie nie widziało drugiego. W końcu się odezwał:

– Słuchaj, sam byłbym wprost zachwycony, gdyby ta impreza się skończyła i wszyscy poszli sobie z mojego domu, ale jednak mamy sobotni wieczór. Lato, w dzielnicy letniskowej. Więc jeśli cała ta okolica nie przeniosła się przypadkiem do purytańskiej mieściny z Footloose, to nie wydaje mi się, żeby puszczanie muzyki o tej godzinie było zakazane. I może, tak sobie tylko myślę, może świeżo przybyła sąsiadka, która wykrzykiwała na swoim tarasie o robieniu dobrze stopami tak głośno, że wszystkie ptaki pouciekały, mogłaby sobie pozwolić na odrobinę wyrozumiałości, kiedy jedna mała impreza trochę się przeciąga.

Teraz to ja wpatrzyłam się na moment w niego, a raczej w ciemną plamę.

Kurczę, miał rację. Był gburem, ale ja wcale nie okazałam się lepsza. Imprezy Karyn i Sharyn z piramidą witamin w proszku trwały znacznie dłużej niż ta, a odbywały się w tygodniu, zwykle w wieczór przed porannym dyżurem Jacques’a. Czasem nawet na nie chodziłam, a teraz nie mogłam znieść sobotniego karaoke?

A co najgorsze, zanim zdążyłam wymyślić jakąś odpowiedź, w domu Gbura jak za dotknięciem różdżki zapanowała cisza. Przez rozświetlone tylne drzwi zobaczyłam, jak imprezowicze zaczynają się rozchodzić: ściskają się, żegnają, odstawiają szklanki i wkładają lekkie okrycia.

Pokłóciłam się z tym facetem o nic, a teraz musiałam mieszkać obok niego przez kolejne parę miesięcy. Będę miała okropnego pecha, jeśli kiedyś zabraknie mi cukru.

Chciałam go przeprosić za komentarz o „użalaniu się nad swoim smutnym losem” albo przynajmniej za te cholerne spodnie. Ostatnio moje reakcje zawsze wydawały się wyolbrzymione, a niełatwo było to wytłumaczyć obcym, jeśli akurat nieszczęśliwie się napatoczyli.

Przepraszam – zaczęłam swoją wyimaginowaną przemowę. – Nie chciałam się zamieniać w zrzędliwą starą babę. Ale mój tata umarł, a potem dowiedziałam się, że miał kochankę i drugi dom, i że moja mama cały czas była tego świadoma, ale nigdy mi nie powiedziała i nadal nie chce ze mną o tym rozmawiać, a kiedy się w końcu rozsypałam, mój chłopak stwierdził, że już mnie nie kocha, moja kariera utknęła w miejscu, a moja najlepsza przyjaciółka mieszka za daleko. I jeszcze PS. to jest ten wspomniany Dom Schadzek, a ja kiedyś lubiłam imprezy, ale ostatnio nic już nie lubię, więc proszę, wybacz mi moje zachowanie i baw się dobrze. Dziękuję, dobranoc.

Jednak zamiast wypowiedzieć te słowa, poczułam w brzuchu gwałtowny, wykręcający ból, do nosa napłynęły mi piekące łzy, a głos zapiszczał żałośnie, kiedy rzuciłam w przestrzeń:

– Jestem strasznie zmęczona.

Choć widziałam tylko zarys jego postaci, mogłam śmiało stwierdzić, że zesztywniał. Jak zdążyłam się zorientować, jest to dość powszechna reakcja u ludzi, którzy wyczuwają, że kobieta znajduje się na skraju załamania psychicznego. W ciągu ostatnich kilku tygodni naszego związku Jacques zachowywał się jak jeden z tych węży, które potrafią wyczuć nadchodzące trzęsienie ziemi – kiedy tylko rosły we mnie emocje, momentalnie się napinał, po czym stwierdzał, że potrzebujemy czegoś ze sklepu, i wybiegał z domu.

Mój sąsiad nic nie powiedział, ale też nie uciekł. Po prostu stał zakłopotany i wpatrywał się we mnie w ciemności. Mierzyliśmy się wzrokiem przez dobre pięć sekund, zastanawiając się, co wydarzy się najpierw: czy ja zaleję się łzami, czy on zwieje.

Wtedy znowu gruchnęła muzyka – jakiś kawałek Carly Rae Jepsen, za którym w innych okolicznościach wprost przepadałam – a Gbur aż podskoczył.

Zerknął za siebie, przez przesuwne drzwi, a potem znowu na mnie. Odchrząknął.

– Wyrzucę ich – powiedział sztywno, po czym odwrócił się i wszedł do środka. Na jego widok imprezowicze zgromadzeni w kuchni zakrzyknęli chórem: „Everett!”.

Wydawali się gotowi złapać go za nogi i podnieść nad beczkę z piwem, żeby się napił, ale on nachylił się do jakiejś blondynki i chwilę później muzyka umilkła na dobre.

Ech. Następnym razem muszę zrobić lepsze wrażenie. Może pomógłby mi talerz ciastek z LSD.

3

Na-Pat-oczenie

Obudziłam się z łupaniem w głowie na dźwięk esemesa od Anyi:

Hej, złotko! Chciałam się tylko upewnić, że dostałaś mojego mejla Re: twój wspaniały umysł i letni dedlajn, o którym gadałyśmy.

Końcowa kropka rozbrzmiała mi w czaszce jak dzwon pogrzebowy.

Pierwszego prawdziwego kaca miałam w wieku dwudziestu czterech lat, w poranek po tym, jak Anya sprzedała moją pierwszą książkę, Całuj mnie, całuj, śnij o mnie, śnij, wydawnictwu Sandy Lowe. (Jacques kupił swojego ulubionego francuskiego szampana i piliśmy go prosto z butelki na moście Brooklińskim, czekając na wschód słońca, bo wydawało nam się to szalenie romantyczne). Później, kiedy leżałam na podłodze w łazience, przysięgałam sobie, że prędzej rzucę się na nóż, niż pozwolę, żeby mój mózg znowu przypominał jajko skwierczące na rozgrzanej skale pod słońcem Cancún.

A jednak! Oto leżałam z twarzą wciśniętą w poduszkę wyszywaną koralikami, a mój mózg smażył się na patelni czaszki. Pobiegłam do łazienki na parterze. Nie chciało mi się wymiotować, ale liczyłam na to, że jeśli będę dobrze udawać, moje ciało da się nabrać i wyrzuci z siebie truciznę.

Upadłam na kolana przed sedesem i podniosłam wzrok na ramkę zawieszoną na wstążce na ścianie za nim.

Tata i Ta Kobieta stali na plaży ubrani w sztormiaki, on otaczał ją ramieniem, wiatr rozwiewał jej jasne, posiwiałe włosy, a jemu rozpłaszczał szpakowate loki na czole, oboje się uśmiechali. I wtedy nieco bardziej subtelnym, choć równie dowcipnym zrządzeniem losu spojrzałam na stojak na gazety znajdujący się obok sedesu i zawierający dokładnie trzy pozycje.

Numer „Oprah Magazine” sprzed dwóch lat. Egzemplarz mojej trzeciej książki Światło północy. I te przeklęte Objawienia – w twardej oprawie i z błyszczącą nalepką, głoszącą ni mniej, ni więcej, że to książka z autografem.

Otworzyłam usta i wyrzygałam się doszczętnie w muszlę klozetową. Potem wstałam, przepłukałam usta i obróciłam oprawione zdjęcie twarzami do ściany.

– Nigdy więcej – obiecałam sobie głośno. Jaki jest pierwszy krok do życia bez kaca? Prawdopodobnie nieprzeprowadzanie się do domu, który pobudza człowieka do picia. Muszę znaleźć jakieś inne strategie radzenia sobie. Na przykład… kontakt z przyrodą.

Wróciłam do salonu, wyszperałam z torby szczoteczkę i umyłam zęby nad zlewem. Kolejnym elementem niezbędnym do podtrzymania mojego istnienia była kroplówka z kawy.

Zawsze kiedy tworzyłam pierwszą wersję nowej książki, praktycznie nie wychodziłam ze swoich spektakularnie powyciąganych gaci, więc poza kolekcją równie paskudnych dresów nie spakowałam zbyt dużo ciuchów. Obejrzałam nawet parę nagrań vlogerów na temat „garderoby kapsułowej”, żeby spróbować zwiększyć liczbę „stylizacji”, które mogłabym „skomponować” z pary uciętych dżinsowych szortów, noszonych głównie, kiedy chcę się odstresować przy sprzątaniu, i z kolekcji wyświechtanych tiszertów z wizerunkami znanych ludzi – pozostałości po mojej młodzieńczej fascynacji.

Wciągnęłam na siebie ciemną koszulkę z czarno-białą twarzą Joni Mitchell, wcisnęłam swoje opite ciało w dżinsowe szorty i włożyłam buty za kostkę z kwiatowym haftem.

Miałam słabość do butów, począwszy od bardzo tanich i tandetnych po bardzo drogie i efektowne. I właśnie ta moja słabość okazała się zasadniczo niekompatybilna z koncepcją garderoby kapsułowej. Spakowałam tylko cztery pary i miałam wątpliwości, czy ktokolwiek uznałby moje brokatowe tenisówki albo muszkieterki od Stuarta Weitzmana, na które się kiedyś szarpnęłam, za „klasyki”.

Złapałam kluczyki do samochodu i już miałam wyjść na oślepiające letnie słońce, kiedy usłyszałam bzyczenie telefonu spod poduszek na kanapie. To była wiadomość od Shadi: Poszłam do łóżka z Nawiedzonym Kapelusznikiem, a dalej rządek czaszek.

Ruszyłam znowu do drzwi i potykając się, odpisałam: NATYCHMIAST IDŹ DO SPOWIEDZI.

Kiedy zbiegałam po stopniach do swojej kii, usilnie starałam się nie myśleć o upokarzającej konfrontacji z sąsiadem poprzedniego wieczoru, ale to tylko pozwoliło moim myślom powędrować do najmniej lubianego przeze mnie tematu.

Do taty.

Ostatnim razem, kiedy byliśmy na łódce, zawiózł nas właśnie tą kią nad sztuczne jezioro i oznajmił, że chce mi ją dać. Tego dnia powiedział też, że powinnam to zrobić – przeprowadzić się do Nowego Jorku. Jacques już tam mieszkał ze względu na swoje studia medyczne, więc utrzymywaliśmy związek na odległość, żebym ja mogła zostać przy mamie. Tata musiał dużo podróżować w związku z „pracą”, a ja, nawet jeśli ostatecznie uwierzyłabym w swoją opowieść – że nasza historia musi się mimo wszystko dobrze skończyć – nadal bardzo się bałam zostawić mamę samą. Tak jakby moja nieobecność mogła zrobić miejsce dla raka, który zakradłby się po raz trzeci.

– Jest zdrowa – zapewniał mnie tata, kiedy siedzieliśmy na wyziębionym, ciemnym parkingu.

– To może wrócić – spierałam się. Nie chciałam stracić ani sekundy czasu, jaki mi z nią pozostał.

– Wszystko się może zdarzyć, January. – Tak powiedział. – Wszystko się może zdarzyć i z mamą, i ze mną, a nawet z tobą, w każdej chwili. Ale teraz nic się nie dzieje. Dziecko, zrób raz w życiu coś dla siebie.

Może wydawało mu się, że moja przeprowadzka do Nowego Jorku i zamieszkanie z chłopakiem to w gruncie rzeczy to samo, co z jego strony kupno drugiego domu i ukrywanie się w nim z kochanką. Ja rzuciłam studia, żeby pomóc opiekować się mamą podczas drugiego cyklu chemioterapii, odkładałam każdy grosz na opłacenie rachunków medycznych, a on gdzie wtedy był? Siedział w sztormiaku na plaży i pił pinot noir z Tą Kobietą?

Odepchnęłam od siebie tę myśl, wsiadłam do samochodu i poczułam pod udami rozgrzaną skórę fotela. Zjechałam z krawężnika, otwierając po drodze okno.

Na końcu ulicy skręciłam w lewo i zaczęłam oddalać się od wody, w stronę miasta. Zatoczka, która rozciągała się na prawo od drogi, błyskała plamkami migoczącego światła prosto w okno samochodu, a rozgrzany wiatr huczał mi w uszach. Poczułam się, jakby mój świat przestał na chwilę istnieć. Przepływałam a to obok stadka skąpo ubranych nastolatków, którzy kłębili się pod budką z hot dogami po mojej lewej stronie, a to obok rodziców z dziećmi, stojących w kolejce do lodziarni po prawej, a to obok grupek rowerzystów, jadących na plażę.

Kiedy wpłynęłam na główną ulicę, budynki zaczęły zbliżać się do siebie, aż w końcu stłoczyły się ściana przy ścianie: maleńka włoska restauracja z tarasami porośniętymi winoroślą kleiła się do sklepu z deskorolkami, który przytulał się do irlandzkiego pubu, a ten z kolei do staroświeckiego sklepu ze słodyczami, za którym znajdowała się wreszcie kawiarnia Pat’s Coffee – nie mylić z sieciówką Peet’s Coffee, chociaż szyld wyglądał tak, jakby chodziło właśnie o to, żeby je mylić.

Wjechałam na miejsce parkingowe i wskoczyłam do przyjemnie chłodnych, klimatyzowanych pomieszczeń kawiarni Pat nie Peet. Deski podłogi pomalowano tu na biało, a ściany były granatowe, upstrzone srebrnymi gwiazdkami, które wirowały między stolikami, przetykane tylko od czasu do czasu banalnymi sentencjami w ramkach, przypisywanymi „Anonimowi”. Sala kawiarniana otwierała się bezpośrednio na jasno oświetloną księgarnię, a nad przejściem widniała wymalowana tą samą, dobrze wróżącą srebrną farbą nazwa PAT’S BOOKS. Na zapadniętych fotelach w tylnym kącie siedziała para staruszków w bluzach polarowych. Byli tu jedynymi gośćmi poza mną i kobietą w dojrzałym średnim wieku stojącą za ladą.

– Chyba za ładnie dzisiaj, żeby siedzieć w czterech ścianach – odezwała się baristka, jakby czytała mi w myślach. Miała szorstki głos i krótkie blond włosy, a małe złote kółka w jej uszach zabłysły w łagodnym świetle, kiedy machnęła do mnie zapraszająco dłonią o bladoróżowych paznokciach. – Nie wstydź się. Tutaj wszyscy jesteśmy rodziną.

Uśmiechnęłam się.

– Oby nie.

Pacnęła w ladę i się roześmiała.

– Fakt, z rodziną bywa różnie – zgodziła się. – Co dla ciebie?

– Podwójne espresso.

Pokiwała mądrze głową.

– A więc ten typ. A skąd cię tu w ogóle przywiało, złotko?

– Teraz akurat z Nowego Jorku. Wcześniej z Ohio.

– O, mam rodzinę w Nowym Jorku. W stanie, nie w mieście. Ale ty pewnie miałaś na myśli miasto, co?

– Dzielnicę Queens – potwierdziłam.

– W życiu tam nie byłam – oświadczyła. – Mleko? Albo jakiś syrop?

– Trochę mleka poproszę.

– Pełne? Półtłuste? Półprocentowe?

– Wszystko jedno. Nie jestem wybredna, jeśli chodzi o procenty.

Odchyliła głowę do tyłu i znowu się roześmiała, a potem zaczęła powoli gmerać przy ekspresie.

– Kto by miał na to czas? Słowo daję, nawet tu, w North Bear Shores, świat biegnie za szybko. Może gdybym sama piła to twoje podwójne espresso, patrzyłabym na to inaczej.

Baristka, która nie pija espresso, nie jest może ideałem, ale i tak z miejsca polubiłam kobietę w złotych kolczykach. Szczerze mówiąc, polubiłam ją tak bardzo, że poczułam w sobie delikatne ukłucie tęsknoty.

Za dawną January. Tą, która uwielbiała urządzać imprezy tematyczne i załatwiać przebrania dla całej grupy, która nie mogła wybrać się na stację benzynową albo stanąć w kolejce na pocztę, żeby nie umówić się na kawę albo na wernisaż wystawy z kimś, kogo właśnie poznała. W komórce miałam pozapisywane takie zagadkowe kontakty jak „Sarah, bar Anchor, śliczny pies” albo „Mike, właściciel tego nowego sklepu ze starociami”. Nawet Shadi poznałam w toalecie w pizzerii, kiedy wyszła z kabiny w najpiękniejszych kozakach, jakie kiedykolwiek widziałam. Brakowało mi tego nieodpartego zaciekawienia ludźmi, tej iskry podekscytowania, kiedy różne osoby uświadamiają sobie, że coś je łączy, albo podziwu, kiedy odkrywają ukryty talent lub cechę.

Czasem tęskniłam po prostu za lubieniem ludzi.

Ale tej baristki nie dało się nie lubić. Nawet gdyby kawa była fatalna, wiedziałam, że tu wrócę. Nałożyła plastikową pokrywkę na kubek i postawiła go przede mną.

– Pierwszy raz na koszt firmy – powiedziała. – Obiecaj tylko, że wrócisz.

Uśmiechnęłam się i przyrzekłam, że tak zrobię, po czym wcisnęłam swój ostatni banknot jednodolarowy do słoiczka na napiwki, a kobieta wróciła do wycierania blatów. Skierowałam się do wyjścia, ale zaraz przystanęłam, bo w mojej głowie rozległ się głos Anyi: Heeeeej, cukiereczku! NAPRAWDĘ nie chcę się wtrącać, ale sama wiesz, że kluby książki to dla ciebie WYMARZONY rynek. Jeśli już WESZŁAŚ do księgarni w małym miasteczku, to koniecznie powinnaś się przywitać!

Wiedziałam, że moja Wyimaginowana Anya ma rację. W tej chwili liczył się dla mnie każdy sprzedany egzemplarz.

Przylepiłam do twarzy uśmiech i przeszłam przez drzwi do księgarni. Gdybym tylko mogła przenieść się w czasie i włożyć na siebie cokolwiek, byle nie ten strój à la Jessica Simpson z teledysków z dwa tysiące drugiego roku.

Wzdłuż ścian księgarenki stały niskie dębowe regały, a między nimi wił się labirynt jeszcze mniejszych półek. Przy kasie nikogo nie było, więc w oczekiwaniu zerknęłam na trio gimnazjalistek z aparatami na zębach, stojących w dziale romansów, żeby się upewnić, że to nie z moich książek mają taki ubaw. Cała nasza czwórka miałaby traumę do końca życia, gdybym poproszona przez sprzedawcę o podpisanie dostępnych egzemplarzy odkryła Rozkosze południa w rękach rudowłosej. Dziewczyny zachłysnęły się i zachichotały, a rudowłosa przycisnęła książkę do piersi, odsłaniając okładkę: półnagi mężczyzna całujący się z kobietą, a dookoła płomienie. Zdecydowanie nie moja.

Upiłam łyk kawy i pospiesznie wyplułam ją z powrotem do kubka. Smakowała jak błoto.

– Przepraszam za zwłokę, złotko. – Szorstki głos dobiegł zza mojego ramienia, więc obróciłam się, żeby spojrzeć na kobietę kluczącą w moją stronę między krętymi rzędami półek. – Moje kolana nie ruszają się już tak jak kiedyś.

Z początku myślałam, że to siostra bliźniaczka baristki, że razem otworzyły rodzinny biznes, ale potem się zorientowałam, że kobieta po drodze do kasy zdejmuje z talii szary fartuch z napisem „Pat’s Coffee”.

– Dasz wiarę, że kiedyś byłam mistrzynią roller derby? – zagadnęła, rzucając zmięty fartuch na ladę. – Możesz wierzyć albo nie, ale byłam.

– W tym momencie nie zdziwiłoby mnie, gdybyś się okazała burmistrzynią North Bear Shores.

Wybuchnęła rubasznym śmiechem.

– O nie, to akurat nie! Chociaż gdyby mnie wybrali, to może coś bym tu ruszyła! Ta mieścina jest cudnym zagłębiem progresywizmu w naszym stanie, ale ci, co decydują o kasie, to nadal banda skąpiradeł.

Stłumiłam uśmiech. Te same słowa spokojnie mogłyby paść z ust mojego taty. Przeszył mnie gwałtowny ból, ostry i gorący jak pogrzebacz.

– Nie zwracaj uwagi na mnie i na moje o-pi-nie – wyartykułowała, unosząc gęste popielate brwi. – Jestem jedynie skromną przedsiębiorczynią. W czym mogę ci pomóc, słodziutka?

– Chciałam się tylko przedstawić – przyznałam. – Właściwie to jestem pisarką, wydaję w Sandy Lowe Books i przyjechałam tu na lato, więc pomyślałam, że mogę się przywitać i podpisać swoje książki, jeśli masz coś u siebie.

– Oooch, kolejna pisząca osoba w mieście! – wykrzyknęła. – To cudownie! Wiesz, North Bear przyciąga wielu artystów. To chyba ten nasz styl życia. No i jeszcze uniwersytet. Mamy tu najróżniejszych wolnomyślicieli. Świetna, mała społeczność. Spodoba ci się u nas… – Sposób, w jaki urwała tę wypowiedź, sugerował, że oczekuje, żebym uzupełniła zdanie swoim imieniem.

– January – podsunęłam skwapliwie. – Andrews.

– Pat – przedstawiła się i uścisnęła mi dłoń z werwą godną wojskowego, który właśnie zakrzyknął: Daj grabę, synu!

– Pat? – zdziwiłam się. – Ta słynna Pat od Pat’s Coffee?

– Właśnie ta. W dowodzie mam wpisane Petunia. Ale co to za imię? – Udała odruch wymiotny. – Poważnie, czy ja ci wyglądam na petunię? Czy ktokolwiek wygląda jak petunia?

Pokręciłam głową.

– No, chyba że noworodek w kwiecistych poliestrowych śpioszkach.

– Jak tylko nauczyłam się mówić, naprawiłam ten błąd. Tak czy siak, January Andrews. – Pat podeszła do komputera i wystukała moje nazwisko na klawiaturze. – Zobaczmy, czy mam tu twoją książkę.

Nigdy nie poprawiałam ludzi, którzy mówili „książka”, a nie „książki”, ale czasem to założenie potrafiło dotknąć mnie do żywego. Czułam się, jakby uważali, że zrobiłam karierę fuksem. Jakbym kichnęła i wyszła mi z tego powieść.

Zdarzały się też osoby, które zachowywały się, jakbyśmy były razem w jakiejś żartobliwej konspiracji, kiedy po rozmowie o sztuce albo polityce, dowiadywały się, że piszę lekką prozę kobiecą: „Z czegoś trzeba żyć, nie?” – stwierdzały, niemal błagając mnie o przyznanie, że tak naprawdę nie chcę pisać książek o kobietach albo o miłości.

– Wygląda na to, że nic nie mamy – odezwała się Pat, odrywając wzrok od ekranu. – Ale wiesz co zrobimy? Zaraz zamówię parę egzemplarzy.

– Byłoby świetnie! – odparłam. – Może mogłybyśmy nawet zorganizować jakieś warsztaty tego lata.

Pat otworzyła usta z zachwytu i chwyciła mnie za ramię.

– Mam pomysł, January Andrews! Musisz przyjść na spotkanie naszego klubu książki. Wpadnij koniecznie! To świetny sposób na wejście w środowisko. Spotykamy się w poniedziałki. Dasz radę w poniedziałek? Jutro?

Anya w mojej głowie szepnęła: Wiesz, skąd się wziął fenomen Dziewczyny z pociągu? Z klubów książki.

To było wyzwanie. Ale polubiłam Pat.

– Poniedziałek będzie okej.

– Fantastycznie. Podeślę ci adres. Siódma wieczorem, dużo alkoholu i kupa śmiechu. – Wyciągnęła z biurka wizytówkę i podała mi ją przez blat. – Sprawdzasz mejla, tak?

– Bez przerwy.

Pat uśmiechnęła się szerzej.

– To napisz do mnie, a ja prześlę ci na jutro wszystkie szczegóły.

Obiecałam, że tak zrobię, obróciłam się w stronę wyjścia i prawie wpadłam na stolik z ekspozycją. Piramida książek się zachwiała i kiedy tak stałam i patrzyłam, czy się przewróci, uświadomiłam sobie, że są to egzemplarze jednej i tej samej książki, a na każdej widnieje nalepka obwieszczająca, że w środku znajduje się autograf.

Po plecach przebiegł mi niepokojący dreszcz.

Na abstrakcyjnej czarno-białej okładce, pod tytułem Objawienia widniało wypisane kanciastą czcionką jego nazwisko. Wszystko zaczęło mi się układać w głowie jak kostki domina pociągające za sobą kolejne olśnienia. Nie zamierzałam mówić tego na głos, chociaż nie wiem, czy mi się nie wyrwało.

Bo w tym momencie zadzwonił dzwonek nad drzwiami księgarni, a kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam właśnie jego. Oliwkowa cera. Kości policzkowe, które mogłyby zranić. Wykrzywiony kącik ust i ochrypły głos, którego nie mogłam zapomnieć. Zmierzwione ciemne włosy, które natychmiast wyobraziłam sobie otoczone aureolą blasku jarzeniówki.

Augustus Everett. Gus, jak mówiliśmy na niego na studiach.

– Everett! – zawołała serdecznie Pat.

Mój sąsiad, Gbur.

I wtedy zrobiłam to, co zrobiłaby na moim miejscu każda rozsądna, dorosła kobieta, kiedy staje twarzą w twarz ze swoim rywalem z czasów studenckich, który nagle okazuje się jej sąsiadem. Dałam nura za najbliższy regał.

4

Usta

Dostępne w wersji pełnej

5

Labradory

Dostępne w wersji pełnej

6

Klub książki

Dostępne w wersji pełnej

7

Przejażdżka

Dostępne w wersji pełnej

8

Zakład

Dostępne w wersji pełnej

9

Manuskrypt

Dostępne w wersji pełnej

10

Wywiad

Dostępne w wersji pełnej

11

Nie-randka

Dostępne w wersji pełnej

12

Restauracja

Dostępne w wersji pełnej

13

Sen

Dostępne w wersji pełnej

14

Zasada

Dostępne w wersji pełnej

15

Przeszłość

Dostępne w wersji pełnej

16

Meble z ganku

Dostępne w wersji pełnej

17

Potańcówka

Dostępne w wersji pełnej

18

Eks

Dostępne w wersji pełnej

19

Plaża

Dostępne w wersji pełnej

20

Piwnica

Dostępne w wersji pełnej

21

Przyjęcie

Dostępne w wersji pełnej

22

Wycieczka

Dostępne w wersji pełnej

23

Jezioro

Dostępne w wersji pełnej

24

Książka

Dostępne w wersji pełnej

25

Listy

Dostępne w wersji pełnej

26

Najlepsza przyjaciółka

Dostępne w wersji pełnej

27

Deszcz

Dostępne w wersji pełnej

28

Dziewięć miesięcy później

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Przewodnik czytelniczy

PRZEWODNIK CZYTELNICZY

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:Beach Read

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska Wydawczyni: Agata Garbowska Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska Korekta: Martyna Tondera-Łepkowska Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski Projekt okładki: Sandra Chiu

Beach Read Copyright © 2020 by Emily Henry All rights reserved. Readers Guide copyright © 2020 by Emily Henry

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Weksej, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66967-16-8

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska