Batawe. Wędrowcy - Augusta Docher - ebook

Batawe. Wędrowcy ebook

Docher Augusta

5,0

Opis

Trzecia część cyklu “Wędrowcy”

Annie znów grozi niebezpieczeństwo. To z powodu Księgi stała się celem Wędrowców z plemienia Habbatum. Dziewczyna jednak z każdym dniem jest coraz bardziej świadoma swojej mocy i wspierana przez ukochanego Leo przybliża się do odczytania własnego przeznaczenia. Czy obojgu wystarczy sił, by wypełnić swój los?  Jaką rolę w tym wszystkim odegra Alisha i jaki jest jej związek z Brianem? Czy Eperu zdołają powstrzymać plemię Habbatum przed przejęciem władzy nad Wędrowcami, a nawet światem? Skomplikowane losy bohaterów, nieoczekiwane sploty zdarzeń, dramaty i chwile szczęścia – wszystko to sprawia, że lektura ostatniej części „Wędrowców” dostarczy czytelnikom wielu wrażeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 564

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Sortuj według:
Hnatkiewicz

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana książka, mnie uzależniła, nie mogłam się oderwać.
00

Popularność




Batawe. Wędrowcy

Projekt okładki: Dorothea Bylica

Copyright © INFOBIS Rafał Głąb

Copyright © Wydawnictwo BIS 2018

ISBN 978-83-7551-552-7

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Marzenia są dla słabeuszy. Ludzie z charakterem mają cele i z determinacją dążą do tego, żeby je osiągnąć. Wyznaczają je, te łatwiejsze do osiągnięcia i te trudniejsze. I choćby po trupach, prą do przodu, ani na sekundę nie tracąc z oczu tego, co dla nich najważniejsze.

Byłam pewna, że kiedyś spotkam Braci Omal. Nie wiedziałam jedynie, kiedy to nastąpi. Może dlatego nie okazywałam entuzjazmu, ba, nawet go nie odczuwałam, dowiedziawszy się, że Bracia oficjalnie mnie zaprosili. Zaproszenie obejmowało osobę towarzyszącą i chociaż Jack z pewnością nie zasługiwał na ten zaszczyt, postanowiłam zabrać go ze sobą, choćby po to, żeby czuł jeszcze większy podziw, szacunek i respekt niż dotychczas.

Siedziba Bractwa znajdowała się tuż przy wschodniej granicy Bośni i Hercegowiny, w samym środku najbardziej wysuniętej na północ części Narodowego Parku Una. Musiałam przyznać, że miejsce było wyjątkowo urokliwe, a także, co bardzo ważne, ustronne i zapewniające prawie stuprocentową dyskrecję. Bracia Omal byli właścicielami dawnego kościoła oraz zabudowań pełniących funkcję plebanii i budynków folwarcznych. Otoczyli całą posesję wysokim, ponadtrzymetrowym murowanym ogrodzeniem, a sam kościół odremontowali, zachowując niezmienioną bryłę budynku i większość architektonicznych detali.

Wnętrze? To już zupełnie inna historia. Wprawdzie i tu zachowano sporo akcentów ukazujących talent budowniczych, rzemieślników i artystów, ale przeważał nowoczesny wystrój – szkło, chrom, wyglansowane na wysoki połysk marmurowe płyty i wszelkie techniczne nowinki. Dla odmiany moja sypialnia prezentowała się po królewsku. Przepych, luksus i wygoda. Wprawdzie budynek otaczały lasy, a od pobliskiej rzeki docierała przyjemna bryza, ale w tych okolicach lato potrafiło dać się we znaki. Zimą bywało z kolei bardzo mroźno. Pewnie dlatego pokój, a raczej coś na kształt komnaty, dosyć wysokiej i z gotyckim sklepieniem, wyposażono w klimatyzację i kominek. Eleganckie meble i dodatki nadawały mu poloru, a kilka grafik autorstwa najlepszych współczesnych rysowników ozdabiało ściany na przemian z łukowatymi okienkami, przez których matowe szyby, niestety, nic nie było widać.

Już przyniesiono moje bagaże, a miła i bardzo pomocna pokojówka pomogła mi założyć suknię. Starannie ją dobrałam, przygotowując się do przyjazdu tutaj. Wyszła spod ręki projektantów tworzących dla Ralpha Laurena i przypominała nieco ostatnią kreację księżnej Kate: długa, z plisowanym dołem i koronkową górą, cała w odcieniu szmaragdowej zieleni, wyjątkowo dobrze podkreślającej mój obecny kolor włosów. Skończyłam się szykować do uroczystej kolacji i zeszłam na dół. Panowie już czekali. Rozmawiali, siedząc przy długim, hebanowym stole. Na mój widok wstali.

– Witamy. – Podszedł do mnie najstarszy z Braci Omal i kurtuazyjnie cmoknął powietrze nad moją dłonią.

– A Jack? – zdziwiłam się chwilę później, gdy zdążyłam stwierdzić, że stół zastawiono dla sześciu osób.

– Jutro przyjdzie na niego czas – odparł niczym niewzruszony Pierwszy, czyli najstarszy z Braci.

Tak właśnie kazał mi się do siebie zwracać. Zresztą żaden z nich nie używał imion, tylko określeń: Pierwszy, Drugi, aż do Piątego, w odniesieniu do najmłodszego. Pierwszy mógł mieć sześćdziesiąt lat, a Piąty około dziesięciu, może ciut więcej. Miał miękkie rysy twarzy i dziecięcą sylwetkę, której pewnie trochę się wstydził, bo usilnie próbował wydawać się wyższy i szerszy w barach. Na szczęście szykowny i typowo męski strój nieco mu to ułatwiał. Wiedziałam, że gdy Pierwszy skończy siedemdziesiąt lat, odbierze sobie życie, precyzyjnie wskazawszy miejsce swoich ponownych narodzin. Drugi awansuje na przywódcę Bractwa, a nowo narodzony Piąty zostanie niezwłocznie sprowadzony do siedziby, żeby Bractwo od początku miało kontrolę nad jego wychowaniem.

Musiałam przyznać, że to rozwiązanie było genialne w swej prostocie. Organizacji nawet na moment nie groził brak przywódcy z doświadczeniem i wiedzą, jak sprawować tę funkcję. Pewnie dlatego tworzyli tę legendarną strukturę od ponad tysiąca lat, choć w różnych miejscach – siedziba Bractwa zmieniała lokalizację po każdej pełnej kolejce, jeśli mogłam tak określić wymianę wszystkich pięciu Braci Omal na stanowisku Pierwszego.

Kolacja upływała w milczeniu. Towarzyszyła nam jedynie barokowa muzyka dobiegająca z bliżej nieokreślonego źródła. Ukradkiem obserwowałam Braci znad kolejnych wykwintnych dań serwowanych nam przez kelnerów. Każdy z gospodarzy założył taki sam strój. Stanowiły go czarny smoking, biała koszula i gładka, krwistoczerwona muszka. Ten zestaw pasował każdemu z nich – zarówno wysokiemu, dosyć szczupłemu przywódcy, jak i Trzeciemu, który wyraźnie nie przestrzegał żadnej diety. Musiał ważyć co najmniej dwieście funtów, o ile nie dwieście pięćdziesiąt. Prawie wszyscy Bracia byli biali, tylko Czwarty miał ciemną skórę i bardzo ciekawy znak szczególny, a mianowicie różne kolory tęczówek oczu. Drugi zaś był ewidentnie najprzystojniejszy. Miał pełne usta, mocno zarysowaną szczękę i gęste, ciemne brwi osadzone nad czarnymi oczami.

– Może zanim przejdziemy do rozmów, nasz gość powinien poznać wielką księżniczkę Anastazję? – zaproponował, gdy służba bezszelestnie wyniosła brudne naczynia, a na stole zostały jedynie kielichy i kilka butelek wina.

– Tak mówisz, Bracie? – Pierwszy spojrzał na swojego zastępcę i uśmiechnął się z aprobatą. – Dobrze. Niech tak będzie. – Gestem ręki przywołał jednego z lokajów i szepnął mu coś do ucha. Ten pokiwał głową i wyszedł. – Zanim poznasz nasze rezydentki, drogi gościu – zwrócił się do mnie – chciałbym wznieść toast za to spotkanie.

Wszyscy podnieśliśmy napełnione kielichy, a Pierwszy wygłosił z emfazą: „Za zdrowie Szóstej”. Odpowiedział mu chór męskich głosów. Poczułam, jak wzdłuż mojego kręgosłupa pociekł strumyczek potu.

– Dziękuję za wspaniałe przyjęcie – odparłam, gdy wszyscy wychyliliśmy kielichy do dna.

– Moja droga, wprawdzie dopiero aspirujesz do tego zaszczytnego miana, ale uznałem, że już teraz należy ci się ten tytuł. Bractwo Omal od setek lat składało się wyłącznie z mężczyzn i do tej pory nie zasiadała wśród nas żadna białogłowa, lecz świat pędzi do przodu.

– Parytety – zażartował Drugi.

– Otóż to. – Pierwszy łaskawie skinął głową, ale nawet nie zerknął na swojego zastępcę. Nie spuszczał ze mnie wzroku, a ja czułam coraz większy niepokój, bo jego spojrzenie przeszywało mnie na wylot. – Obdarzamy cię ogromnym zaufaniem. Mam nadzieję, że wiesz, co to oznacza. Nie tylko prawa, ale przede wszystkim obowiązki. Będziesz musiała niejednokrotnie udowodnić nam swoją lojalność i choć od trzech ostatnich wcieleń sprawujesz się bez zarzutu, nie licząc oczywiście drobnych wpadek, nie oznacza to, że skończył się czas próby.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odpowiedziałam, ukradkiem wycierając spocone dłonie w rozłożoną na kolanach serwetę.

– Gdy wykonasz zadanie i zdobędziesz dla nas Księgę, oficjalnie przyjmiemy cię do Bractwa. Uważamy, że dla dobra wszystkich Wędrowców, nie tylko z plemienia Eperu czy Batawe, ale przede wszystkim dla nas, noszących z dumą znak Habbatum, Księga powinna znaleźć się w naszym posiadaniu, ale to chyba oczywiste?

– Tak.

– Wesprzemy cię na wszystkie możliwe sposoby, żebyś mogła ją dla nas odzyskać.

– A co ze Strażniczką Księgi? Bez niej nie odczytamy treści – ośmieliłam się przypomnieć.

– O tym pomyślimy później. Naturalnie, gdybyś dostarczyła nam i Księgę, i Strażniczkę, nasza wdzięczność nie będzie znała granic, ale to Księga jest ważniejsza. Nawet jeśli nie będziemy jej mogli odczytać – oświadczył Pierwszy stanowczym tonem.

Od razu pojęłam, że to oznacza koniec dyskusji o Księdze. Okazało się, że właściwie oceniłam intencje Pierwszego, bo w tym momencie otworzyły się wielkie dwuskrzydłowe drzwi i do jadalni wkroczył lokaj. Prowadził za rękę małą dziewczynkę, a za nimi do wnętrza wjechała staruszka, wieziona na wózku inwalidzkim przez kobietę w białym uniformie.

– Oto i nasza księżniczka! – Pierwszy z emfazą klasnął w dłonie. Spojrzał na mnie, więc natychmiast wstałam z wysokiego, kunsztownie wyrzeźbionego w hebanowym drewnie i niewygodnego jak diabli krzesła i podeszłam do kobiet.

Nagle cała służba dyskretnie się oddaliła, włącznie z pielęgniarką. Widocznie takie dostali instrukcje.

– To księżniczka Anastazja. – Pierwszy również się podniósł, a po chwili wokół wózka stanęli wszyscy Bracia.

Piąty stanął za dziewczynką i wsparł dłonie na jej ramionach. Miała kruczoczarne gęste włosy spięte w kucyk, śliczne duże oczy w ciemnej oprawie, cerę do złudzenia przypominającą kolorem tłustą wiejską śmietanę i delikatny meszek nad pełnymi ustami.

– Pochodzi z Kirgistanu – powiedział najmłodszy z Braci. – Ma prawie sześć lat i jest pod moją opieką.

Z uznaniem wydęłam wargi. Piąty musiał zauważyć, że to dziewczynka przyciągnęła moją uwagę jako pierwsza.

– Jak ma na imię? – zapytałam i chcąc okazać uprzejmość, uśmiechnęłam się do najmłodszego Brata.

– Jeszcze nie ma imienia – wyjaśnił, wprawiając mnie w chwilowe zaskoczenie.

– Śmiało, przedstaw się. Ty możesz, przecież już masz imię – zachęcił mnie Pierwszy.

– Jestem… – zawahałam się. Chyba zabrakło mi odwagi, żeby posłużyć się nazwą, którą otrzymałam niejako na kredyt.

– Szósta. Dziecko, poznaj, oto Szósta – powiedział Piąty i popchnął ją delikatnie w moją stronę.

Podała mi rękę i uśmiechnęła się blado. Zapanowała konsternacja, bo dziewczynka trzymała moją dłoń i nie chciała jej puścić. Zacisnęła mocno palce, jakby od tego zależało jej życie. W końcu Piąty nachylił się i powiedział jej coś do ucha. Odetchnęłam z ulgą, gdy mała rozluźniła w końcu uścisk i wyszła wraz z Piątym z jadalni.

– Kopię zapasową już poznałaś, a teraz czas na oryginał – stwierdził żartobliwie Pierwszy i klepnął lekko rączkę wózka. Siedząca na nim staruszka dopiero teraz otworzyła oczy. Nie miałam pojęcia, ile może mieć lat, bo jej twarz była nienaturalnie gładka, choć okolona wianuszkiem białych włosów, a błękitne niegdyś tęczówki pokrywało bielmo charakterystyczne dla bardzo starych osób. – Księżniczka Anastazja, a właściwie: Wielikaja Kniażna Anastasija Nikołajewna Romanowa – rzekł z idealnym rosyjskim akcentem. – Wersja dwa zero – dodał i roześmiał się na cały głos.

Bracia ochoczo poszli w jego ślady, więc i mnie nie wypadało zachować powagi. Kilka razy zaśmiałam się z wdziękiem.

– Czy ona rozumie, co mówimy? – spytałam, bo staruszka nie okazała nam ani grama zainteresowania. Mlasnęła kilka razy, podrapała się po obfitym podbródku i znów zapadła w drzemkę. Jej dłonie w białych koronkowych rękawiczkach, leżące na podołku, delikatnie drżały, a ciałem co jakiś czas wstrząsał lekki skurcz.

– Ostatnio jest z nią coraz gorzej, ale to naturalne. I tak nieźle się trzyma ta nasza babunia na sto dwa – powiedział po chwili Pierwszy. – Dzisiaj wyjątkowo słabo kontaktuje.

– Miewała lepsze dni – dodał Drugi, spoglądając na Czwartego. Ten od razu chwycił rączki wózka i opuścił jadalnię razem z Anastazją.

Minęły może dwie minuty i obaj Bracia znów do nas dołączyli. Pierwszy poprosił, żebyśmy usiedli, i zaproponował kolejny toast, tym razem za zdrowie i powodzenie całego Bractwa Omal.

– Pewnie jesteś ciekawa, kim są te dwie panie, które miałaś okazję przed chwilą poznać. Otóż to nasze filtry. Anastazja ma sto dwa lata, wkrótce, w połowie lipca, skończy sto trzy, o ile oczywiście dożyje. Od lat zmaga się z parkinsonem i alzheimerem. Swoją dobrą formę zawdzięcza między innymi tobie, moja droga. – Skinął głową. – Ostatnia terapia twoimi lekami znacząco poprawiła stan jej zdrowia. Jednakowoż liczymy się z jej rychłą śmiercią, stąd zapasowa kopia, czyli Dziecko.

– Obie są z plemienia Eperu? – domyśliłam się, a gdy Pierwszy przytaknął, spytałam: – Chodzi wam o ich Astrum czy o odczytanie Księgi?

– Żadna z nich nie jest Strażniczką, więc nie przydałyby się nam w tej roli.

– Czyli jednak Astrum?

– Tak. Astrum kobiet z plemienia Eperu jest znacznie większe niż mężczyzn. Miewa zasięg nawet do dwudziestu metrów, zwłaszcza gdy Wędrowiec przeżył sporo wcieleń. Anastazja przeżywa dopiero drugie lub trzecie, ale Dziecko już dwunaste. Jej Astrum chroni całą posesję.

– Dlaczego nie chcecie być podsłuchiwani przez innych z Habbatum? – spytałam, bo nieco zdziwił mnie ten brak lojalności i zaufania wobec innych współplemieńców. Przecież zarówno członkowie Bractwa, jak i ja, Jack, Brian i pewnie jacyś inni osobnicy z trójkątnym znamieniem, wszyscy stanowiliśmy jedność.

– Wolimy być ostrożni. Zawsze możemy wezwać pozostałych członków plemienia Habbatum i porozmawiać twarzą w twarz. To najlepsza forma kontaktu.

– Rozumiem. Mam pytanie – powiedziałam po chwili namysłu.

– Śmiało. W Bractwie nie mamy żadnych tajemnic.

– Czy wasza Anastazja…

– Nasza – poprawił mnie Pierwszy.

– Czy nasza Anastazja była kiedyś Anastazją Romanową, czy to twój żart, Bracie?

– Lubię żartować. – Pierwszy lekko się zaśmiał. – Ale tym razem to nie żart. Nie wiem, czy ci wiadomo, ale John, twój dobry znajomy i jednocześnie dziadek Anastazji Wilk, czy też Anny Wilk, miał romans z Anastazją Romanową.

– O! – Z trudem powstrzymałam się, żeby nie zakląć. John nigdy mi o tym nie powiedział. Zrozumiałam, dlaczego w pewnym momencie jako członek plemienia Habbatum przeszedł na drugą stronę barykady i tak skutecznie ukrył Księgę, że zniknęła na długie lata.

– Szukaliśmy Anastazji, bo wiedzieliśmy o jego afekcie i chcieliśmy użyć jej jako karty przetargowej. John miał nam oddać Księgę, a my – zwrócić mu Anastazję. Niestety, nigdy się po nią nie zgłosił, a Księga zaginęła.

– Nie zgłosił się, bo już dawno zakończył swoje ostatnie wcielenie – powiedziałam. – Johna nie ma.

– Otóż to. Nie wiemy, dlaczego John postanowił ostatecznie zakończyć swój żywot Wędrowca. W akcie desperacji spłodził Jana, Wędrowca z plemienia Batawe, a ten też wypadł z gry, gdy urodził się kolejny potomek, tym razem dziewczynka z plemienia Eperu, czyli Anna Wilk. – Drugi mówił o tym z wyraźnym niesmakiem, zupełnie jakby brzydził się czymś, co ma choćby najmniejszy związek z tak zwanymi wyższymi uczuciami.

– Anastazja – poprawił Pierwszy. – Ona ma na imię Anastazja. Myślę, że to przez ten głupi sentyment Jan tak właśnie ją ochrzcił, kierując się wspomnieniami odziedziczonymi po Johnie. Na szczęście nas nie dotyczą te wszystkie porywy serca, chyba że stanowią wątek fabuły książki lub filmu. Miłość jest szalenie niepraktyczna – ocenił.

– Ciekawe spostrzeżenie. – Rozciągnęłam usta w uśmiechu. – I bardzo celne.

– Dziękuję. – Pierwszy rozejrzał się wokół, pewnie sprawdzając, czy pozostali Bracia podzielają moją opinię. – A teraz ty, moja droga, powiedz, co wiesz o naszym mniejszym bracie, czyli o Brianie czy też Edmundzie.

– Odnalazłam go. Mieszka w Londynie, w jakiejś norze na obrzeżach Whitechapel. Odwiedziłam go kilka razy. Moim zdaniem ma poważne problemy z psychiką. Był w śpiączce, ale to wiecie. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy udaje amnezję, czy faktycznie nic nie pamięta z ostatniego wcielenia.

– Ma znamię?

– Tak – odpowiedziałam bez wahania.

– Nie poznał cię? – zainteresował się Drugi.

– Na początku nie. Szczerze mówiąc, sama miałam z tym problem. – Parsknęłam pod nosem i poprawiłam włosy. – Ale głosu nie zmieniłam, więc dosyć szybko domyślił się, kim jestem. Zresztą w poprzednim wcieleniu pałał do mnie wielkim afektem – powiedziałam żartobliwie.

– Szkoda, że nie jesteś w stanie stwierdzić, jak jest naprawdę z tą amnezją – westchnął Pierwszy. – Był bardzo dobrym żołnierzem. Idealnie wtopił się w szeregi Eperu. Wszedł między nich i został w pełni zaakceptowany. Na pewno do dzisiaj wszyscy mu ufają. Może poza tym… – Pierwszy zmarszczył czoło. – Jak się zwie ten komediant?

– Leo Black – poddałam usłużnie. – To zwykła samcza zazdrość, nie brak zaufania. Ręczę za to.

– Musimy ci uwierzyć. Jeszcze raz gratuluję opracowania całej intrygi.

– Dziękuję – odpowiedziałam, nie kryjąc dumy.

– W naszych szeregach też mamy artystę – zauważył Drugi. – Bracie, czy zagrasz nam którąś ze swoich kompozycji na fortepian? – Zerknął na Czwartego, a ten od razu pokiwał głową.

– To może za chwilę, bo teraz proponuję wznieść toast za odzyskanie Księgi. – Pierwszy spojrzał wymownie na Piątego. Ten, choć jako jedyny nie pił wina, lecz czystą wodę, z widoczną wprawą napełnił nasze kielichy.

– Za odzyskanie Księgi.

– Za odzyskanie Księgi!

Rozdział 1 Przekleństwo losu

– Wchodźcie, zapraszam. – Kris powitał nas w progu. – Głodni?

– Dzięki, może później. Jedliśmy po drodze – odpowiedział Leo, klepiąc się po brzuchu.

– Szkoda. Iksha przygotowała wyśmienity dhodak.

– Czyli? – spytał mój chłopak.

– Placuszki z ogórka i kokosa. Wegetariańskie danie, ale całkiem pożywne – wyjaśniła Dalila, która właśnie stanęła w korytarzu.

Już kiedyś widziałam ją w sari, ale dzisiaj założyła wyjątkowo piękny strój. Delikatna różowa tkanina połyskiwała szmaragdowymi refleksami przy każdym ruchu. Dalila rzadko nosiła biżuterię, pewnie dlatego, że była jej zupełnie niepotrzebna. Wystarczyło bindi przyklejone między dwiema idealnie wyregulowanymi brwiami i onyksowy blask oczu.

Gdy już wyraziłam swój zachwyt, zaczęłam się rozglądać, próbując wyczuć panujący tu klimat. Czy będzie tak jak w przytulnym domu na Saint Andrew’s Road? A może zupełnie inaczej? Obecna partnerka Krisa niewątpliwie miała inny gust niż Jane, jego była żona.

– I jak? – Gospodarz chyba zauważył, że strzelam oczami na prawo i lewo. Niewątpliwie zapamiętał, jak zareagowałam, gdy odwiedziłam go po raz pierwszy. Wyszłam wtedy na gąskę, bo oczekiwałam Bóg wie czego, a zobaczyłam możliwie najbardziej tradycyjny angielski wystrój.

– O matko, jak tu ślicznie! – jęknęłam, ledwie przekroczyliśmy z Leo próg salonu.

– To zasługa Ikshy – stwierdził Kris, ostrożnie stawiając tacę z imbrykiem i filiżankami na niskim stoliczku przykrytym mieniącą się tkaniną.

– Dziękuję – zawstydziła się Dalila, widząc moje cielęce spojrzenie. – Jesteś zbyt miła.

– Naprawdę, niesamowicie to wygląda – mruknęłam, nie wiedząc, na co patrzeć.

Wnętrze oszałamiało. Dla mnie, czyli dla kogoś, kto dorastał otoczony albumami o malarstwie, kto przynajmniej raz w tygodniu chodził do muzeów albo na wystawy, kto znał na pamięć wszystkie galerie Tate, ten pokój był czymś nieprawdopodobnym. Otaczała nas nie feeria barw, lecz prawdziwa ich lawina. Ściany pomalowano farbą w kolorze chłodnego pruskiego błękitu, ale dla kontrastu zasłony krzyczały intensywnym oranżem. Sofę przykryto złocistą narzutą w drobny ciemny wzorek, na niej położono stos poduszek czerwonych niczym chilli i zielonych jak jalapeño. Do tego bogato rzeźbione meble w indyjskim stylu, zastawione dziesiątkami uroczych drobiazgów: metalowymi dzbankami, misami pełnymi owoców i świecznikami.

Stąpaliśmy po miękkim jak najdelikatniejszy angielski trawnik dywanie w orientalne wzory. Nasze sylwetki odbijały się w kilku lustrach rozmieszczonych tak zmyślnie, że wydawało się, że salon jest trzy razy większy niż w rzeczywistości, ale mimo to wciąż bardzo przytulny. Do tego zapach kadzidełek i indyjska muzyka sącząca się gdzieś z góry. Bajka…

– Hm… Wyszło na to, że mieszkam w prosektorium – zażartował Leo, siadając w jednym z miękkich foteli.

– Nie da się ukryć – przytaknęłam.

– Mogę zamówić projekt podobnego wystroju? – Popatrzył na Dalilę.

– Bez problemu. – Mrugnęła do niego.

– Gdzie Alisha? – spytałam, nalewając sobie herbaty o przedziwnym, korzennym aromacie.

– Śpi. Wszystko zbyt mocno ją przytłoczyło. Londyn, nowe mieszkanie, Kris… – zaśmiała się Dalila. – Byłyśmy rano u psychologa-logopedy. Będzie tu przyjeżdżał dwa razy w tygodniu, może coś drgnie z jej mową, bo na razie nie ma żadnych postępów – stropiła się.

– Musisz być cierpliwa – powiedział Kris, obejmując ją ramieniem.

– Masz rację. Przepraszam, że ciągle marudzę. – Dyskretnie otarła kącik oka. – Opowiadajcie, co z Brianem?

Leo dzwonił do Krisa zaraz po naszej porannej pobudce, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy o nowym wstrząsającym fakcie, czyli o zniknięciu Briana. Rozmawiali raptem minutę, więc teraz dosyć dokładnie opowiedział, co wydarzyło się w nocy, a ja wtrąciłam kilka uwag, żebyśmy wszyscy mieli pełny obraz sytuacji.

– Brian samoistnie odzyskał przytomność, jest w pełni sprawny fizycznie, głównie dzięki tobie. – Kiwnęłam lekko głową w stronę Dalili. – Sprawiał wrażenie kogoś, kto właśnie się przebudził z mocnego snu, był wypoczęty i pełen energii. Odpowiadał logicznie, ale uparcie twierdził, że nazywa się Edmund Lidz.

– Tak nazywał się w poprzednim wcieleniu – przypomniał Leo. – Podkreślił to kilka razy.

– Lekarze uznali, że Brian ma amnezję, co jest typowe dla pacjentów, którzy byli w śpiączce – dodałam.

– Jak on się teraz czuje? – spytał Kris. – Został w hospicjum?

– Nie wiemy, jak się czuje, bo Brian zniknął – odpowiedziałam, przełykając gulę.

– Co?! – wyrwało się z ust Krisa. – Uciekł?

– Tak – potwierdziłam.

– No dobrze, ale jak mu się udało uciec? – spytała Dalila, gdy Leo skończył referować drugą część historii, czyli to, co wydarzyło się do przedpołudniowej wizyty Powella, który oznajmił nam, że doktor Bailey godzinę wcześniej opuścił szpital i w związku z tym nasza obecność jako rodziny jest zbędna.

– Brian nie uciekł. Po prostu wypisał się na własne żądanie – doprecyzowałam.

– Ale jak? Przecież mówiliście, że stracił pamięć, że przedstawił się jako Edmund…

– Lidz – dokończyłam za Dalilę. – Tak było w nocy. Brian konsekwentnie twierdził, że nazywa się Lidz, mimo że lekarz podpowiadał mu, jak brzmi jego nazwisko. Ponoć dzisiaj rano obudził się, wezwał pielęgniarkę i stwierdził, że chce się wypisać ze szpitala. Powell, czyli lekarz, który go ratował, i Elfman byli na obchodzie, ale gdy usłyszeli, co się stało, zaraz tam przybiegli.

– I co? – Kris z wrażenia kręcił się nerwowo i co chwilę upijał łyk herbaty.

– Zbadali go, a potem Powell znów wypytał Briana o wszystko: adres, datę urodzenia, dane z prawa jazdy i tak dalej. Brian odpowiedział prawidłowo, więc nie mieli podstaw, żeby go dłużej trzymać. Był pewien problem, bo oprócz dokumentów nie miał nic: pieniędzy, ubrania, butów, telefonu komórkowego, ale stwierdził, że sobie poradzi, i opuścił oddział w lekarskim fartuchu i chodakach, które mu pożyczyli – dokończył opowieść Leo.

– Dlaczego was nie powiadomili?! – Kris uderzył dłońmi o uda.

– Mówili mu, że jesteśmy w tym samym budynku i rodzina czeka na niego, ale nie zgodził się nas poinformować, że zamierza opuścić oddział. Podobno bardzo się zdenerwował tą propozycją, więc nie naciskali – wyjaśnił Leo.

– Pięknie! Uciekł nam łobuz – warknął Kris. – Mam jego telefon, ale bez karty SIM. Musiał ją wyjąć jeszcze w Delhi, w hotelu. W pamięci aparatu nic nie ma, sprawdziłem. No to teraz szukaj wiatru w polu. Pewnie ma już nowe papiery. – Machnął ręką.

– Jak sądzisz, miał amnezję czy nie? – spytałam.

– Nie mam zdania. Mógł udawać, przecież leczył setki takich ludzi. Widział, jak wyglądają, jak się zachowują, co mówią.

– Moim zdaniem nie miał, skoro odpowiedział na wszystkie pytania dotyczące swoich danych osobowych – wtrąciła Dalila.

– Mógł opuścić ciało i zobaczyć, co widnieje na karcie pacjenta – rozważał Kris. – O ile pamiętał, kim jest i że jako Wędrowiec może tak zrobić.

– Zaraz zwariuję – mruknął Leo. – Dywagujemy, tworzymy teorie, a podstawowe pytanie brzmi: dlaczego tak zrobił? Czemu uciekł?

– Nie mam pojęcia – odparł Kris, a Dalila wzruszyła ramionami i popatrzyła na mnie.

– Ja też nie wiem. – Zagryzłam wargę. Z jednej strony cieszyłam się, że Brian jest zdrowy i zamiast tkwić właśnie na stole operacyjnym jako dawca narządów, biega gdzieś po Londynie lub podróżuje w nieznanym nam kierunku, a z drugiej strony czułam do niego ogromny żal.

– Jak go znam, pojawi się w najmniej oczekiwanym momencie – zaśmiał się Kris. Chyba zauważył, że posmutniałam, bo wstał i poklepał mnie krzepiąco w ramię. – Nie martw się, mała, on jest jak diabeł: ani się obejrzysz, a wyskoczy z pudełka.

– Oby – westchnęłam.

– Słuchajcie, był jeszcze jeden problem, na szczęście chyba sam się rozwiązał. – Leo nerwowo chrząknął i od razu mocno mnie przytulił.

– Jaki problem? – Kris głośno westchnął.

– Ze znikającym znamieniem Anny.

– Co? Jak? – żachnął się Kris. – Co on mówi?! – Popatrzył na mnie.

– Kilka godzin po tym, jak dźgnęłam nożem pana Jiao, poczułam mrowienie w miejscu, gdzie mam znamię. Okazało się, że wyraźnie zbladło – wyznałam.

– Och! – Dalila z wrażenia zatkała usta. Dobrze wiedziała, że pan Jiao nie żył, gdy go uzdrawiała. Pewnie sądziła, że to nie miało znaczenia, ale teraz, gdy wyprowadziłam ją z błędu, zbladła tak samo jak to nieszczęsne znamię.

– Bladło z godziny na godzinę, aż stało się niemal niewidoczne. Mam zdjęcia w telefonie.

– Czemu nic nie powiedziałaś? – spytał z pretensją Kris.

– Nie miała okazji – wybronił mnie Leo. – Nie było czasu. Na szczęście dzisiaj rano Anna odkryła, że wszystko jest raczej w porządku. A skoro znamię nie znikło całkowicie, jej przewinienie nie było, zdaje się, aż tak poważne. Swoją drogą, nie uważacie, że to głupie? Gdy Anna w samoobronie dziabnęła bandziora nożem, znamię od razu zbladło. Nasza koleżanka Debora odpowiada za śmierć setek ludzi, a mimo to nadal chodzi po świecie tylko dlatego, że to inni odwalają za nią czarną robotę – powiedział Leo.

– W tej ciasnej celce raczej nie ma okazji do swobodnych spacerów. A co do jej pomagierów, przecież nikt ich nie zmusza. To ich wolna wola. Niektórzy nie mają oporów, gdy w grę wchodzą pieniądze, zawiść albo niespełnione ambicje. Nie czytałeś nigdy historii o zaprzedawaniu duszy diabłu? – Kris zerknął na Leo.

– Czytałem – burknął.

– Może później porozmawiamy o moralności i zasadach? – zasugerowała Dalila. – Dla mnie ważniejsza jest kwestia, dlaczego znamię z powrotem przybrało normalny kolor.

– Zanim to się stało, rozważałem opcję, że… – zagaił Leo.

– Naprawi się samoistnie, gdy Anna uratuje komuś życie – weszła mu w słowo Dalila. – Pomyślałam o tym samym.

– Właśnie tak. Na logikę: znamię zbladło, bo Anna w samoobronie zabiła człowieka, i przybierze normalny kolor, gdy uratuje życie komuś innemu.

– Czyli Brian przebudził się ze śpiączki dzięki tobie? – Kris popatrzył na mnie.

– Chyba tak. – Wzruszyłam ramionami, bo nie miałam pojęcia, jak tego dokonałam. – Przytknęłam jego rękę do mojego znamienia, ale wtedy nic się nie stało. Nadal był nieprzytomny. Przebudził się kilka godzin później.

– Kiedyś dowiemy się prawdy, a na razie musisz nam pokazać znamię – orzekł Kris, patrząc na mnie. – Porównamy.

– Może ja to załatwię? – Dalila podniosła się z sofy. – Anna ma je pod ubraniem.

Odetchnęłam z ulgą. Nie uśmiechało mi się zdejmowanie bluzki przy takim konsylium, zwłaszcza przy Krisie. Pomaszerowałyśmy do łazienki. Nad wanną wisiało tyle halogenów, że nawet u mojego stomatologa nie było tak jasno.

– Nie martw się. – Dalila pogłaskała mnie po policzku. – Najważniejsze, że znamię z powrotem przybrało normalny kolor.

– Uhm… – mruknęłam bez przekonania. – Przez to całe zamieszanie z Brianem zapomniałam o nim, a teraz znów się boję, że w przyszłym wcieleniu już nie będę z Eperu, a ósemkę zastąpi ten okropny trójkąt plemienia Habbatum. Wystarczy jeszcze jedna podobna sytuacja… Co mam wtedy zrobić? Pozwolić się zabić? A jeśli nie będzie cię w pobliżu? Co się stanie z moją mamą? Ona tego nie przeżyje, ma tylko mnie – mówiłam przez uparcie napływające łzy.

– Nie martw się na zapas – powtórzyła.

Drżącymi rękami rozpięłam guziki koszuli, zdjęłam ją i podwinęłam podkoszulek. – I jak? – wychrypiałam.

– Poczekaj… – mruknęła Dalila, przystawiając swój nadgarstek do mojego brzucha, tuż pod piersią. – Hm, szczerze mówiąc, nie widzę różnicy – powiedziała, podnosząc na mnie wzrok. – Jest takie samo jak moje.

– Na pewno?

– Na pewno.

Dalila obróciła mnie w stronę lustra. Znamię było ciemnomalinowe, tak jak kiedyś. Stałyśmy przed zwierciadłem: Dalila, ciągle trzymająca rękę przy mojej piersi, i ja, patrząca na nasze dwa znamiona.

– Są takie same.

– Ono naprawdę było jasne. Zawołaj Leo, jeśli mi nie wierzysz – powiedziałam, więc Dalila uchyliła drzwi i krzyknęła w stronę salonu. Leo po kilku sekundach znalazł się w łazience.

– Co się dzieje? – spytał, zerkając z niepokojem to na mnie, to na nią.

– Leo, popatrz. – Wypięłam dumnie brzuch. – Naprawiło się.

– Pokaż. – Obrócił mnie w stronę światła. – Dalilo, możesz na moment przystawić swoje?

– I jak? – dopytywałam, bo Dalila zabrała rękę, a Leo dalej wpatrywał się w znamię.

– Jest w porządku! Boże! Dzięki… – Nagle ścisnął mnie tak mocno, że aż zabolało.

– Chodźcie, Kris na pewno się denerwuje – popędziła nas Dalila.

– Idźcie, zaraz przyjdę – powiedziałam.

Musiałam na chwilę zostać sama. Wzniosłam wzrok ku górze, dziękując wszystkim bóstwom, które były odpowiedzialne za ten cud. Szybko zsunęłam podkoszulek, nawet nie zakładałam bluzki, bo przez te oględziny zrobiło mi się wściekle gorąco. Ochlapałam twarz lodowatą wodą i dopiero gdy rumieńce trochę zelżały, wróciłam do salonu. Moi zwariowani przyjaciele powitali mnie brawami. Zanim dotarłam na miejsce, Kris zdążył potarmosić moją fryzurę, a Dalila – wyrwać koszulę i rzucić mi ją na głowę.

– Wariaci – sapnęłam, siadając obok Leo. Jak ja ich wszystkich kochałam, aż ściskało mnie w dołku.

– Mam pomysł! – powiedział Kris. – Ja i Iksha idziemy do kuchni, przygotujemy kolację, Leo otworzy wino, a Anna niech obudzi naszą śpiącą królewnę. Mamy przecież poczwórną okazję do radości! – Uśmiechnął się od ucha do ucha.

No tak: zdrowa Ruby, odnaleziona Alisha, Brian przywrócony do życia i moje znamię! Zasłużyliśmy na porządne świętowanie.

Pół godziny i tysiąc kalorii później ledwie żyliśmy. Miało być lekko i wegetariańsko: ogórki, kokos, orientalne przyprawy, a skończyło się na kilku daniach, między innymi przepysznym kurczaku, wołowinie w sosie curry, wprost obłędnych pierożkach samosa i ogromnym deserze. Leo prawie pękł, najadł się wszystkiego, zupełnie jak na naszej Wigilii, choć zarzekał się, że tylko skosztuje. Kris w niczym mu nie ustępował, stwierdzając, że od kiedy Iksha wprowadziła się do jego domu, przytył prawie pięć kilogramów. Przy Jane na pewno tak sobie nie używał. Ona całe życie dbała o linię.

– Niewątpliwie gotowanie to kolejny talent mojej ukochanej dziewczynki. – Uniósł dłoń Dalili i złożył na niej głośny pocałunek.

– À propos talentów, musicie coś zobaczyć! – pisnęła gospodyni.

Przysunęła się do Alishy i szepnęła jej coś na ucho. Dziewczyna spiekła raka, pokręciła głową, ale ostatecznie chyba udało się ją przekonać, bo wstała, bezszelestnie opuściła salon i po chwili wróciła z małym pudełeczkiem. Wyglądało bardzo zwyczajnie: z szarego kartonu, nieco przybrudzone i ze zgniecionymi narożnikami, ale gdy właścicielka otworzyła je, odwinęła burą szmatkę i powoli zaczęła wyjmować zawartość, aż mnie zatkało.

Zresztą Leo wyglądał podobnie: nachylony nad stołem i z wybałuszonymi z wrażenia oczami. Oboje nie mogliśmy uwierzyć, że to, co widzimy, jest dziełem ludzkich rąk, na dodatek tak znajomych.

– Mogę? – spytałam, wyciągając dłoń po jedną z maleńkich, ażurowych figurek.

Alisha pokiwała głową, przesuwając w moją stronę kilka tych cacek. Czegóż tu nie było: rybka, motyl, drzewko bonsai, Budda, kilka tajemniczych roślin, nawet malusieńka książka. Córka Dalili rzeźbiła swe figurki w drewnie lub delikatnie połyskującym białym kamieniu. Jedna z nich, przedstawiająca owada, powstała z kawałka czegoś czarnego, a inna chyba ze zwykłej cegły, bo miała specyficzny ciepły kolor i porowatość.

– Jakie maleństwa… – Leo z niedowierzaniem pokręcił głową. – Aż boję się dotknąć.

– Jak to zrobiłaś? – spytałam tak, żeby oprócz autorki tych miniaturowych dzieł sztuki wszyscy mogli mnie usłyszeć w swoich głowach.

– Rzeźbi igłą. Niektóre nawet kilka miesięcy – wyjaśniła za córkę Dalila. – Robi to od lat. Zamiast układać rangoli, jak większość jej rówieśniczek, brała kawałek drewna i zaczynała rzeźbić. Myślałam, że to taka dziecięca zabawa, ale teraz widzę, że ten talent tkwił w niej od zawsze. Piękny, prawda? – spytała, biorąc do ręki maleńkiego motylka.

– Wszystkie są piękne – westchnęłam. – Gdybym musiała wybrać, który najbardziej mi się podoba, miałabym kłopot.

– Nie ma co, dziewczyna jest równie utalentowana jak jej mama, choć w zupełnie innej dziedzinie. – Kris przyglądał się im z zachwytem.

– Mam pomysł! – pisnęłam. – Znam świetną galerię, już trzy razy tam się wystawiałam. Wspierają debiutantów, organizują wernisaże i sprzedaż wystawionych prac. Nie pobierają przy tym żadnych opłat. Ich działalność sponsorują duże firmy i podobno nawet ktoś z rodziny królewskiej. Galeria jest niedaleko Trafalgar Square, więc odwiedza ją sporo osób. Myślę, że udałoby się zorganizować wystawę rzeźb Alishy, oczywiście nie musi ich sprzedawać – zwróciłam się do Dalili, chcąc sprawdzić, czy zaakceptuje ten pomysł.

– Sama spytaj artystkę – odpowiedziała ze śmiechem. – Dobrze, że przynajmniej po tobie nie muszę jej powtarzać, co mówiłaś.

Szybko przedstawiłam Alishy moją propozycję. Najpierw uniosła brwi, później oblała się rumieńcem i zerknęła na Dalilę, szukając jej aprobaty. Gdy ta promiennie się uśmiechnęła, młoda rzeźbiarka od razu pokiwała głową.

– Świetnie! – Aż podskoczyłam na krześle.

– Powinnaś jej pokazać swoje rysunki – stwierdził Leo. – Też nie masz się czego wstydzić.

– Nie dorastam jej do pięt – powiedziałam, patrząc na Alishę, która powoli i skrupulatnie układała rzeźby w pudełku.

– Nie bądź taka skromna. Miałem jeden z twoich rysunków, wiem, co potrafisz – wtrącił się Kris, nalewając nam wszystkim po kolejnym kieliszku wybornego wina.

– Serio? Który? I skąd go masz?

– Kupiłem. Przedstawia jeden z pejzaży Antibes. Niestety, Jane bardzo go lubiła i został u niej – odparł, zajmując swoje miejsce.

– Mam coś w telefonie – przypomniałam sobie. – Chcesz zobaczyć moje rysunki? – Popatrzyłam na Alishę. Oczywiście ochoczo się zgodziła, więc przysunęłam się bliżej jej krzesła i położyłam smartfon na stole.

– Ja też chcę zobaczyć – oświadczyła Dalila, przysiadając się z drugiej strony.

Dobrze, że miałam pretekst, żeby nie pić kolejnej lampki wina, bo już i tak szumiało mi w głowie. Zdaje się zresztą, że panowie konkretnie się wstawili, bo mówili coraz głośniej. Na szczęście Kris poprosił Leo, żeby przeszli na moment do gabinetu. Chciał się pochwalić nową pasją, a raczej akcesoriami do niej, czyli kijami do golfa. Zostałyśmy same.

– Już, chwileczkę, gdzieś tu muszą być… – mamrotałam, przesuwając kolejne zdjęcia. – Mam okropny bałagan w tej galerii – westchnęłam, natrafiając na fotki ze świąt, wizyty u Wiktorii, a nawet te, które Brian wysłał mi kiedyś z naszego wspólnego pobytu w Zakopanem.

Nagle usłyszałam jakiś dziwny odgłos: chrząknięcie? Zastygłam z palcem wiszącym w powietrzu. Popatrzyłam na Alishę, wyglądała, jakby właśnie ujrzała ducha. Trzymała się za usta i z przerażeniem wpatrywała w ekran smartfona.

– To Brian, mój przyjaciel – szybko wyjaśniłam, zerkając na zdjęcie. – Byliśmy w Zakopanem, to miejscowość w Polsce, stamtąd pochodzi moja mama.

– Pati… – niespodziewanie wykrztusiła Alisha.

– Ona mówi – jęknęła Dalila.

Patrzyłam to na matkę, to na córkę. Alisha nadal uparcie wpatrywała się w ekran, a jej mama wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć.

– Co ona powiedziała? – Szarpnęłam Dalilę za rękę.

– Pati w języku hindi znaczy „mąż”.

– Mąż? – powtórzyłam, robiąc idiotyczną minę. – Jaki mąż?

– Nie wiem – wyszeptała po chwili.

– Alisha, czyj to mąż? – spytałam, obracając się w prawo, żeby widzieć reakcję dziewczyny. Alisha od razu wskazała na siebie. – O matko, ona mówi, że to jej mąż. Ale jak? Kiedy? – Znów spojrzałam na Dalilę.

– Poczekaj, chyba wiem, o co chodzi.

Podniosła się z krzesła, przykucnęła u stóp córki i zagadała do niej w pięknym, świergoczącym języku. Powtarzała w kółko słowo driszti, a dziewczyna za każdym razem potakiwała, wskazując na głowę i zamykając oczy.

– Boże. Już wiem wszystko… – Dalila aż przysiadła na piętach. – Moja ukochana córeczka… Taki dar, takie przekleństwo… – Nagle opuściła głowę i zaszlochała.

– Co się dzieje?! – usłyszałam głos Krisa. Nie zauważyłyśmy, kiedy nasi panowie wrócili.

– Co się stało? – Leo też się wystraszył, widząc przyjaciela, który dopadł do Dalili, ukląkł obok i teraz próbował wydobyć z niej jakąkolwiek odpowiedź.

– Oglądałyśmy zdjęcia, na jednym był Brian. Alisha go zobaczyła i powiedziała, że to jej mąż. Dalila z nią porozmawiała, a potem się rozpłakała – szybko zreferowałam przebieg zdarzeń.

Wiedziałam, że w tym momencie tylko ja mogę im o tym opowiedzieć. Dalila ciągle szlochała, a Alisha doznała chyba jakiegoś szoku, bo wyglądała dokładnie tak jak w chwili, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Trzęsła się jak osika, a oczy prawie wypadały jej z orbit.

– Iksha, kochanie… Powiedz, co się stało? – Kris nie dawał za wygraną.

– Powiedziała? – powtórzył po mnie Leo. – Alisha mówi?

– Tylko jedno słowo. Pati. To znaczy „mąż” w języku hindi – wytłumaczyłam.

– Zaraz wam wyjaśnię… – jęknęła Dalila. – Córeczko, chodź do mnie. – Wyciągnęła ręce, a Alisha od razu zsunęła się z krzesła i dołączyła do mamy, tuląc się i kryjąc twarz na jej piersi. – Moje dziecko, jak każda kobieta z Eperu, posiada jeden wyjątkowy dar. Pęka mi serce, bo dar Alishy to prawdziwe przekleństwo. Ludzie boją się takich osób. Jestem pewna, że nieraz ją prześladowali właśnie przez tę straszną umiejętność. To dlatego udawała niemowę – zaszlochała Dalila.

– O czym ona mówi?

Leo był przerażony, spoglądał to na Krisa, to na mnie, ale ja już domyśliłam się, co otrzymała w darze Alisha.

– Ona widzi przyszłość…

Rozdział 2 Pamiątki z Japonii

Nasz wspólny wyjazd do Tokio stanął pod znakiem zapytania, a tak bardzo się nań cieszyłam. Najpierw trudności robiła mama, później złapałam paskudne zapalenie ucha, na szczęście z tym kłopotem szybko poradziła sobie Dalila, przywieziona przez Krisa pod nieobecność moich domowników, a na koniec wybuchła prawdziwa bomba.

W najgorszym znaczeniu tego słowa.

– Ptaszek uciekł z klatki – oznajmił nam Thor, gdy zebraliśmy się u niego.

– Debora? – upewnił się Leo, licząc pewnie na to, że Thor zaprzeczy, ale kogo innego mógłby mieć na myśli?

Przełknęłam ślinę przez ściśnięte ze strachu gardło. Chyba nigdy nie uda mi się zapomnieć miesiąca spędzonego w podziemnym bunkrze, w którym więziła mnie Debora vel Dorothy, najgorsza z najgorszych członkini plemienia Habbatum, wyjątkowo okrutna i przebiegła istota, równie piękna jak podła, inteligentna i bezwzględna, mająca za cel uprzykrzyć życie wszystkim członkom Eperu.

– Kiedy uciekła? – zapytał Kris.

– Wcioraj – odpowiedziała mu Rebecca i popatrzyła na mnie z troską, doskonale wiedząc, co spotkało mnie z rąk Dorothy. Leo od razu przysunął się na kanapie i ścisnął moją dłoń.

– Nie bój się. Ta kobieta już nigdy cię nie dopadnie. Przysiągłem ci to i słowa dotrzymam – oznajmił stanowczo.

– Jak to się stało? – dopytywał Kris. Potarł nerwowo tył głowy i potrząsnął nią, podobnie jak my, nie mogąc uwierzyć, że ktoś mógł uciec z tak dobrze strzeżonego miejsca odosobnienia, jakim było więzienie stanowe San Quentin w Kalifornii.

– Daliśmy ciała – stwierdził markotnie Thor i błysnął białkami oczu. Patrzył gdzieś przed siebie, błądząc niewidzącym wzrokiem to po naszych twarzach, to po ścianie obwieszonej niezliczonymi zdjęciami i obrazkami. – Bekan kończy ten swój doktorat, a ja właśnie pracuję nad dodatkiem do ANBA i wyszło, jak wyszło… – Wydął usta.

– Nie obwiniaj się – odparła Dalila. – Nawet gdybyście monitorowali ją całą dobę…

– I tak by uciekła. To sprytna bestia – dokończył Kris.

– Nie da się ukryć – potwierdził Thor, choć jego głos nadal brzmiał wyjątkowo żałośnie. – Oglądaliśmy z Bekan nagrania. Odwaliła niezły numer. Metoda na jasnowidza. – Mlasnął z uznaniem. – Wcisnęła strażnikowi kit, że widzi przyszłość. Przepowiedziała, że jego stara puści się z sąsiadem, choć pewnie żonka już od dawna przyprawiała mu poroże. Biedny frajer, niejaki Bob Tyler, nie dość, że rogacz, to naiwniak. Pojechał do domu, zastał corpus delicti, a dokładnie dwa korpusy in flagranti i doznał łaski wiary w cud jasnowidzenia.

– Ech… – Leo głęboko westchnął.

– Pomógł jej uciec? – spytałam, myśląc, że to wdzięczność popchnęła strażnika do złamania prawa.

– A jakże – potwierdził Thor. – Naobiecywała mu, że wygrają w każdej loterii, bo przewidzi numery, które padną. Opracowała plan i wykorzystując Tylera, opuściła pensjonat. Całkiem nieźle jej było w firmowych ciuchach jakiejś strażniczki.

– Niech to szlag! – warknął Kris. Sięgnął po puszkę z fantą, dopił ją i zgniótł w dłoniach puste opakowanie. – Kiedy to ujawnili?

– Jeszcze nie ujawnili – odpowiedział natychmiast Thor. – Żaden zaszczyt dać się zrobić jak małe dzieci. Na razie tam jest niezły pierdo… – ugryzł się w język. – Bałagan mają. Tego Boba też wcięło. Ciekawe, gdzie jest? – dodał, wykrzywiając usta w dziwnym grymasie. – Jedno jest prawie pewne, chłopina żyje, choć co to za życie?

– Jak go złapią, trafi za kratki, a kogo jak kogo, ale byłych klawiszy więźniowie nie traktują z atencją i sympatią – wyjaśnił nam Kris.

– Na odwiedziny żonki też bym nie liczył – parsknął Thor.

– I co teraz? – zapytała Dalila, zerkając to na mnie, to na Krisa i Leo. – Musimy im pomóc jeszcze raz ją schwytać. Tylko my jesteśmy w stanie to zrobić.

– A Brian? – spytałam, wiedząc, że najprawdopodobniej to on stał za ujęciem Dorothy.

– Briana nie ma – odparł Leo, niezbyt umiejętnie skrywając w głosie lekką nutkę irytacji. Pokręciłam głową. Ileż czasu musi jeszcze upłynąć, żeby przestał być zazdrosny o Briana?

– Może mu o tym powiem? – zaproponowałam, mając na myśli mentalny przekaz. – Raz ją tam wpakował, wpakuje i drugi.

– Sam nie wiem. To raczej kiepski pomysł. – Kris podrapał ryżą bródkę. – Nie mamy pewności, czy Brian cokolwiek pamięta. Nie wiemy, czemu zwiał z kliniki. To wszystko mi śmierdzi. A co, jeśli to on pomógł Deborze w ucieczce? Chyba na razie musimy spokojnie przeczekać, a jedyne, co faktycznie można zrobić, to…

– Wynajmę ochronę – wszedł mu w słowo Leo i popatrzył na mnie zatroskanym wzrokiem.

– Leo, przecież Alan mieszka z nami, ze mną i z mamą – przypomniałam. – Jak to sobie wyobrażasz? Ktoś ma się do nas wprowadzić? Alan się wkurzy. – Alan Barrow, brat Thora, był policjantem i nowym facetem mojej mamy. Już widziałam jego reakcję, gdyby na kanapie w naszym salonie pojawił się jakiś mięśniak i razem w czwórkę oglądalibyśmy programy z Delią Smith, a potem uczyłabym ich obu, jak ugotować polski rosół. – To nie przejdzie.

– Anna ma rację. – Dalila wzięła moją stronę. – Poza tym ja bym nie panikowała na zapas. Pamiętajcie, że szukają Dorothy, depczą jej po piętach i spryt sprytem, ale teraz musi uważać podwójnie, bo jest ścigana przez prawo. A co do Briana, przekazałabym mu wiadomość. I tak się dowie, a Dorothy zna doskonale, chociażby z poprzedniego wcielenia.

– Przy założeniu, że w ogóle go to interesuje – mruknął bez przekonania Kris.

Rozmawialiśmy jeszcze godzinę, a potem Thor po prostu wygonił nas z domu.

Zaprosiłam ich do siebie, a gdy przyjechał Alan – urwał się na chwilę z dyżuru – wszystko mu powtórzyliśmy. Od razu się nastroszył i oświadczył, że będzie mnie strzegł jak źrenicy oka. Napomknął, że może złożyć wniosek o urlop, ale ostudziłam jego zapędy. Bez przesady. Owszem, trochę się bałam, nawet bardziej niż trochę, lecz postanowiłam nie poddać się temu uczuciu. Przystałam za to na prośbę Leo, czyli na dwóch dyskretnych aniołów stróżów towarzyszących mi przy opuszczaniu domu.

– A co z Nat? – zażartowałam, mając na myśli moją ochroniarkę, która była mimowolnym świadkiem przywracania do życia martwego pana Jiao. – Nadal jest na was obrażona?

– Raczej przerażona – zaśmiał się Kris. – Niezbyt często bywa się naocznym świadkiem wskrzeszania zmarłych. Nawet w Biblii dosyć oszczędnie eksploatowano ten wątek. – Mrugnął do mnie.

– Za trzy dni lecimy do Tokio. – Leo rozejrzał się dookoła. – Pytanie, czy Anna powinna zostać tutaj, czy może lecieć ze mną…

– Leo! – Aż podskoczyłam w jego objęciach. – Obiecałeś mi!

– Myślę, że z tobą będzie bezpieczniejsza, Leo. Bez urazy, Alan. – Dalila lekko kiwnęła głową w jego stronę.

– Dzięki. – Nachyliłam się i cmoknęłam ją w policzek. – A co u Alishy? – Postanowiłam wreszcie zmienić temat. Miałam po dziurki w nosie Dorothy i wspomnień z nią związanych.

– A właśnie! Czy moja córka mogłaby cię odwiedzić?

– No pewnie! – Ucieszyłam się, bo nie widziałam jej od ostatniego spotkania w domu Krisa.

– Poza nami nie ma tu żadnych znajomych. – Dalila lekko uniosła swoje piękne, kruczoczarne brwi. – Może być jutro?

– Jutro!

* * *

Wprosiłem się na tę wizytę. Trochę z nudów, ale bardziej z lęku o Annę. Gdybym mógł, nie opuszczałbym jej nawet na minutę. Niestety, Julia uparcie nie zgadzała się, żeby Anna zamieszkała u mnie, z kolei ja nie liczyłem raczej na to, że kiedykolwiek wprowadzę się na Hambrough Road.

Dalila przywiozła Alishę, zapowiedziała, że wróci po nią za kilka godzin, i życzyła nam dobrej zabawy. Szczerze mówiąc, wątpiłem, że tak będzie. Mimo że cała nasza trójka wywodziła się z plemienia Eperu, różnił nas nie tylko wiek, ale i doświadczenia, a Alisha sprawiała wrażenie wyjątkowo nieśmiałej.

Szybko zmieniłem zdanie. Może dlatego palnąłem gafę, a prawdę mówiąc: wyszedłem na kompletnego ignoranta, gdy na początku spotkania spytałem ją, skąd tak doskonale zna angielski.

– To jakiś dodatkowy talent? Nauczyć się angielskiego w dwa tygodnie? – Nie potrafiłem pojąć, jak z niemowy, osoby, która w ogóle się nie odzywała, Alisha zmieniła się w całkiem rozmowną młodą niewiastę. – Zdążyłaś nam tyle opowiedzieć – nawiązałem do jej wcześniejszych refleksji o życiu w Londynie.

– Ale ja… – Alisha lekko się spłoniła i spojrzała na swoje dłonie splecione na podołku. – Ja przecież znam angielski z poprzednich wcieleń. Mama wam nie mówiła? – Spoglądała to na mnie, to na Annę.

– Mieszkałaś na Wyspach? – Zdziwiłem się. Sięgnąłem po kawałek sernika, który zrobiła Anna, i wbiłem zęby w miękki jak pianka twarożek.

– Od zawsze mieszkałam w Indiach, a tylko w ostatnim wcieleniu w Chinach – wyjaśniła Alisha.

– Hm… – Zmarszczyłem czoło, a wtedy Anna zaniosła się śmiechem. Już miałem spytać, co ją tak rozbawiło, gdy nagle uświadomiłem sobie, na jakiego ignoranta właśnie wyszedłem. – Indie były brytyjską kolonią?

– Bingo! – zachichotała Anna. – Leo, pała z historii. Wstyd!

– Masz rację. – Wykrzywiłem usta w grymasie mającym przypominać uśmiech, choć wcale nie było mi do śmiechu. Tak się skompromitować? I to przed narzeczoną? Zwłaszcza młodszą?

– Jak wtedy było? Opowiedz – poprosiła Anna, poprawiając się na łóżku.

Wszyscy na nim siedzieliśmy, choć muszę przyznać, że Alisha wyjątkowo nie pasowała do otoczenia. I do nas. Anna jak zwykle wrzuciła na siebie mocno nieformalny domowy strój, czyli spodnie od dresu i jakąś koszulę w kratę, ja byłem w dżinsach i bawełnianej bluzce, za to nasz gość wystroił się niczym kandydatka na miss. Córka Dalili oszałamiała urodą, mogła sobie podarować tę zbyt elegancką sukienkę, ale może po latach spędzonych w nędznej chacie na wzgórzach Zhangmu miała potrzebę błyszczeć od rana do zmierzchu.

– Mam opowiedzieć? Naprawdę was to ciekawi? – Znów się lekko zawstydziła.

– Anna jest świeżym Wędrowcem – powiedziałem. – To jej pierwsze wcielenie. Moje trzecie, więc też nie mam dużego doświadczenia. Zresztą sama widziałaś, jaki ze mnie gamoń. Historii nie znam.

– Chyba was zawiodę. Moje życie było dosyć nudne. I smutne – dodała Alisha.

– Ale teraz… – Anna przysunęła się do niej i ujęła jej rękę w swoje dłonie. – Będzie dobrze.

– To może o… – zawahała się na moment Alisha. – Kiedyś byłam z mężczyzną, który bardzo przypominał twojego… – zamilkła i wzięła głęboki wdech.

– Mówisz o Brianie? – odpowiedziała jej Anna i mimowolnie zerknęła na mnie. Udałem, że tego nie zauważyłem.

– Tak. To było w drugim wcieleniu. Pierwsze zakończyłam w tysiąc osiemset pięćdziesiątym dziewiątym, w tym samym roku, w którym zmarła mama. Niestety, nie poradziłam sobie sama na świecie. Nawet z mamą było ciężko, a gdy jej zabrakło… – Przełknęła ślinę. – Dwa lata wcześniej zaczął się bunt sipajów. Wiecie coś o tym? – Spojrzała na nas i chyba się domyśliła, że niekoniecznie znamy ten fragment historii, bo posłała mnie i Annie wyrozumiały uśmiech. – Sipajowie byli hinduskimi żołnierzami służącymi w brytyjskim wojsku. Służyli w Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Wszczęli bunt, bo kazano im strzelać z nabojów, które były nasączone krowim i wieprzowym tłuszczem.

– Naboje nasączone tłuszczem? – Potrząsnąłem głową, bo nie mogłem sobie tego wyobrazić. Od lat ćwiczyłem strzelectwo, zresztą Anna też doskonale posługiwała się bronią palną, nawet lepiej ode mnie, wszak jej dziadek był mistrzem olimpijskim w strzelectwie. – Jakie naboje?

– To była taka papierowa tutka, na jej dnie leżał mały ołowiany krążek, a nad nim proch strzelniczy. Odgryzało się górę opakowania, wsypywało zawartość do lufy karabinu, dociskało specjalnym metalowym drutem i już. Można było strzelać – wyjaśniła nam Alisha.

– A ten tłuszcz był zakazany ze względów religijnych? – domyśliła się Anna.

– Tak. Dla hindusów krowa to święte zwierzę, nie wolno nam było jeść krowiego mięsa, z kolei muzułmanie nie jedzą wieprzowiny. I stąd bunt sipajów.

– Uhm – przytaknęła Anna.

– Rok przed moimi drugimi narodzinami skończył się bunt, a Brytyjczycy zaostrzyli swoje rządy w Indiach. Kompania działała jeszcze aktywniej, handlowali przyprawami, barwnikiem indygo, wszystkim rolnikom kazano uprawiać mak, a potem z maku robiono opium i wysyłano do Chin.

– Ale po co? – Anna zmarszczyła czoło.

– Wymieniali opium za herbatę i srebro. W końcu cesarz się zbuntował, bo cały naród popadł w narkomanię i wybuchła wojna, ale to… – Alisha machnęła ręką. – Gdybym chciała wam wszystko opowiedzieć, nie starczyłoby nam tego życia.

Chciałem zażartować, że będą następne, ale Alisha kontynuowała swoją historię.

– Urodziłam się w dosyć wysoko postawionej rodzinie i wyszłam za mąż za równie szanowanego człowieka. Niestety, mój mąż był staruszkiem. Miał ponad sześćdziesiąt lat, co wówczas było wyjątkowo rzadko spotykane. Dożyć takiego wieku – dodała wyjaśniająco. – Zresztą do dzisiaj w Indiach ludzie, zwłaszcza mężczyźni, nie żyją długo.

– Owdowiałaś?

– Tak. Dwa lata po ślubie. Nie mieliśmy dzieci, więc rodzina męża nisko mnie ceniła.

– Wygonili cię jak kiedyś twoją mamę? – spytała Anna, przypominając dolę Dalili, która też została wdową i razem z maleńką Alishą została wygnana przez teściową.

– Gorzej. Miałam przejść sati.

– Sati? – powtórzyłem i aż mnie zatchnęło ze zgrozy, bo przypomniałem sobie, na czym polega ten okrutny, nieludzki obrzęd.

– Mój mąż był bardzo bogaty. Posiadał kilkaset wiosek i sati miało być hołdem dla niego. Ale ja go wcale nie kochałam – wyznała z trudem Alisha.

– Ale co to jest to sati? – Anna spojrzała na mnie. Jej oczy rozszerzyło przerażenie.

– Samospalenie wdowy. Wdowa płonie na tym samym stosie, na którym palone są zwłoki jej męża – wyjaśniłem, przeklinając w duchu barbarzyństwo tych ludzi.

– Prawie wszyscy mężczyźni z wiosek męża zebrali się, żeby uczestniczyć w sati. Ubrani na biało powiedli mnie na stos. Był gigantyczny. Na środku ułożyli ciało męża, a ja klęczałam nad nim. Podłożyli ogień w kilku miejscach. Nie wyobrażacie sobie, jak szybko zapłonął stos. Próbowałam uciec, ale mi nie pozwolili. Stali wokół i dźgali mnie długimi tyczkami, kiedy tylko próbowałam się zsunąć – wykrztusiła Alisha. – Dym gryzł w oczy, dławił i odbierał oddech, a płomienie zaczęły docierać do moich szat.

– Spalili cię? Żywcem? – zszokowana Anna przytknęła dłoń do ust.

– Nie. Ktoś mnie uratował – odpowiedziała Alisha.

Odetchnąłem z ulgą, dopiero teraz uświadamiając sobie, że wstrzymywałem oddech od chwili, kiedy zaczęła opisywać pogrzeb.

– Ten zwyczaj był chyba w Indiach zakazany? – zasugerowałem.

– Tak – potwierdziła Alisha. – To właśnie Brytyjczycy go zakazali, ale i tak czasami działano wbrew prawu, zwłaszcza gdy zmarły był bardzo zamożnym człowiekiem. Przepłacano, kogo trzeba, i nikt się nie sprzeciwiał.

– To jakiś horror! – Anna wyraźnie nie mogła się z tym pogodzić. – Ale po co? Czemu to miało służyć? – Potrząsnęła głową.

– Kiedyś słyszałam, że ten zwyczaj wziął się ze strachu przed mężobójstwem. Żona mogła otruć męża, a w dawnych czasach nikt nie potrafił wykryć trucizny w zwłokach – wytłumaczyła Alisha.

– No błagam, naprawdę ktoś uzasadnił to w tak pokrętny sposób?

– Samospalenie ma wyrażać ogromny żal po stracie ukochanego. Teoretycznie musiałam wyrazić zgodę na poddanie się rytuałowi sati, ale wiadomo, jak to wyglądało w praktyce. – Alisha zadrżała, jakby owionął ją podmuch lodowatego powietrza. – Miałam dużo szczęścia, bo mnie uratowano. Ocalenie zawdzięczałam brytyjskiemu oficerowi. Miał na imię William.

– William? Jak Leo w poprzednim wcieleniu – odezwała się Anna, wciąż mocno poruszona historią Alishy.

– To przez bunt sipajów Brytyjczycy sprowadzili do Indii oficerów. Przed powstaniem sporo ich stacjonowało w Delhi, w Czerwonym Forcie, ale po upadku buntu przybyło ich prawie dziesięć razy więcej. Mieli chronić Kompanię i zapobiegać kolejnym powstaniom. Jednym z nich był mój wybawca, William Brassey, oficer, arystokrata, wdowiec. Ocalił mnie, zabrał do swojego domu i zostałam tam już do końca.

– Chyba nie żałuję, że to moje pierwsze wcielenie – westchnęła Anna i zagryzła kącik ust. – Okropne czasy.

– Trochę tak, ale nie zawsze było źle. – Alisha uśmiechnęła się blado. – Kocham Indie. Tęsknię za tym krajem. Za Holi. Holi to święto radości i wiosny – wyjaśniła. – Obchodzimy je w lutym lub marcu, gdy księżyc jest w pełni. Wszyscy tańczą i śpiewają, a potem posypujemy się kolorowymi proszkami. Wyglądają jak farbki, są we wszystkich kolorach tęczy, różowe, czerwone, żółte, fioletowe, jakie tylko chcecie. Niesiemy je na specjalnych tacach, wysypujemy na głowy, wcieramy w twarze i ciało, we włosy. – Uśmiechnęła się. – Nigdy tego nie zapomnę. To chyba najpiękniejsze święto, jakie wymyślił człowiek. Gdy chłopak kocha dziewczynę, a ona jego, malują się w kolorach miłości. Sypią na siebie czerwony proszek albo różowy, gładzą po policzkach, po szyi i dekolcie… – Jej głos wyraźnie złagodniał.

– Kochałaś Williama? – zagadnęła Anna. – Ile miał lat, gdy cię ocalił?

– Był po trzydziestce, a ja nie miałam nawet dwudziestu lat. Czy go kochałam? Nie wiem. – Alisha zamilkła na chwilę. – Gdy patrzę na mamę i Krisa, myślę, że chyba jeszcze nikogo nie pokochałam. Co do Williama, byliśmy razem. Jak kobieta z mężczyzną. – Westchnęła głośno. – Był dla mnie bardzo dobry. Mieszkałam w jego domu, służyłam mu, ale rodzina mojego zmarłego męża nie dawała nam spokoju. Niecały rok później nas dopadli. Przyszli w nocy. William próbował się bronić, ale przekupili służbę i nikt nam nie pomógł. Skryli się w zaroślach wokół rezydencji. Strzelali z łuków.

– Zatruli czymś groty? – zapytałem.

– Tak. Na szczęście nie cierpieliśmy. William umarł pierwszy, bo trafili go w szyję, ja kilka minut po nim. To była sprawa honorowa. – Alisha wzruszyła ramionami. – Przyniosłam hańbę rodzinie. Tym, że uciekłam z Williamem i żyłam z nim jak żona. Uznali mnie za nietykalną albo nawet gorszą niż nietykalna.

– Ładna mi nietykalność – burknąłem.

– Nietykalni to najniższa grupa ludzi. Poza kastami. Nikt nie może ich dotknąć, rozmawiać z nimi, jeść.

Anna zerknęła na mnie. Nie musiała nic mówić, widziałem wszystko w jej oczach. Mnie też przygnębiła opowieść Alishy.

– Podziwiam cię – powiedziałem. – Podziwiam i nie zazdroszczę.

Nagle na dole trzasnęły drzwi, a po chwili usłyszeliśmy odgłos kroków na schodach.

– Mama wróciła – uprzedziła Alishę Anna.

Zaczął się niezły cyrk, wszystkie trzy panie zdominowały rozmowę, zwłaszcza że Julia nie poznała jeszcze Alishy, którą przedstawiliśmy jako przybraną córkę Dalili. Klepały jak najęte, na szczęście zadzwoniła Angela i dała mi pretekst, żeby opuścić ten babiniec. Pożegnałem się z ulgą. Wyszedłem z domu Anny i stanąłem przy samochodzie, żeby zapalić. Ostatnio coraz częściej pozwalałem sobie na tę przyjemność. Tłumaczyłem, że to przez stres, ale i tak należało z tym skończyć. Pstryknąłem niedopałek na chodnik i rozejrzałem się wokół. Jeden z wynajętych ochroniarzy machnął do mnie przez przednią szybę range rovera.

Mogłem jechać do agencji…

* * *

– Twoja mama jest świetna. Polubiłam ją od pierwszego wejrzenia – powiedziała Alisha, gdy mama wreszcie zeszła na dół.

– Uhm – przytaknęłam, myśląc, że wprawdzie moja Julka jest nieoceniona, ale czasami potrafi doprowadzić mnie do szewskiej pasji, zwłaszcza swoją nadopiekuńczością i dziwnym przywiązaniem do, jak to ona nazywała, zasad rządzących w porządnym polskim i katolickim domu.

– Ona wie? – spytała Alisha i czujnie zerknęła na drzwi pokoju.

– Coś tam wie. – Pokiwałam głową. – Ale niewiele. Tylko tyle, że ja, Leo i Kris należymy do jakiegoś dziwnego plemienia. Mama nie chciała nic więcej słyszeć. Na szczęście. Nie wyobrażam sobie, jak miałabym wytłumaczyć jej to wszystko. – Zagryzłam wargę. Ciągle czułam wyrzuty sumienia, że nie mówię mamie całej prawdy, a z drugiej strony, byłam pewna, że to najlepsze wyjście. – Wiesz, że Ruby, obecna mama Leo, niedawno ciężko zachorowała i Dalila ją uzdrowiła? – zapytałam.

– Tak. Kris mi o tym opowiedział.

– No właśnie. Teraz sobie wyobraź, co mogłoby się stać, gdybyśmy opowiedzieli wszystkim naszym bliskim o umiejętnościach Dalili? Leo ma szczęście, że jego rodzice postąpili podobnie jak moja mama: nie wnikają i nie próbują dotrzeć do prawdy. Swoją drogą, Dalila ma cudowny dar. Chyba najlepszy ze wszystkich – stwierdziłam, nieudolnie próbując ukryć nutkę zazdrości w głosie.

– Umiesz mówić myślami tylko do nas, Wędrowców? – Alisha w skupieniu przymrużyła oczy.

– Na szczęście. – Mrugnęłam do niej. – Niestety, czasami zdarzy mi się chlapnąć nie to, co trzeba, albo przekazać wiadomość nie temu, komu trzeba, ewentualnie wszystkim zamiast jednej osobie.

– Oj… – syknęła Alisha. – Trochę kłopotliwe.

– Trochę tak, ale pracuję nad tym.

– Przekazujesz tylko myśli?

– Nie. Potrafię również pokazać obraz, ale muszę się mocno skupić, a i odbiorca powinien się wtedy skoncentrować wyłącznie na odbiorze. Kiedyś pokazałam Leo zorzę polarną, gdy byłam w Norwegii, ale to się udało tylko dlatego, że Leo właśnie spał. Obudziłam go moimi myślami.

– Super – westchnęła z uznaniem Alisha. – A możesz relacjonować jakąś sytuację? Na przykład tę naszą rozmowę, jako obraz i dźwięk, i wysyłać komuś mentalnie na bieżąco? Jak reporter w telewizji?

– Jak wóz transmisyjny? – podpowiedziałam, bo czasami brakowało jej niektórych słów lub sformułowań. – Chyba tak, choć nigdy nie próbowałam. Z fonią nie ma kłopotu, gorzej z wizją – zażartowałam. – A tak w ogóle, to ile masz lat? Pytam, bo doskonale wszystko pamiętasz.

– Za pół roku skończę dwadzieścia.

– I już potrafisz latać? Wszystko sobie przypomniałaś z poprzednich wcieleń?

– Już dawno. Jakieś dwa albo trzy lata temu.

– No tak. Masz za sobą kilka wcieleń. Nie to co ja. Żółtodziób. – Pokiwałam smętnie głową.

– Nie zazdrość mi. Mój dar jest… – Alisha wzięła głęboki wdech. – Żałuję, że go mam.

– Szczerze? Nie zazdroszczę. Nie wiem, jak sobie z tym radzisz. I nie bój się, w życiu nie spytam, co mnie czeka. Co to, to nie. – Podniosłam ręce i pomachałam nimi.

– To nie tak, że samoistnie widzę i znam twoją przyszłość. Musiałabym chcieć ją zobaczyć. Na szczęście to działa podobnie jak twój mentalny przekaz czy dar uzdrawiania mojej mamy. Mogę to kontrolować, choć i mnie zdarzają się wpadki. – Alisha uśmiechnęła się blado. – Widzę przyszłość Wędrowców i zwykłych ludzi, ale muszę ich znać, zobaczyć na zdjęciu lub poznać osobiście, wiedzieć, jak mają na imię. Masz przyjaciółkę?

– Uhm.

– Nie mów, jak ma na imię – dodała szybko.

– Okej.

– Nazwę ją umownie Wiktoria – powiedziała Alisha i ze zdziwieniem zerknęła na mnie, bo parsknęłam śmiechem.

– Ona naprawdę ma na imię Wika – wyjaśniłam.

– Nieźle – zachichotała Alisha. – Niech będzie, że znam jej imię, ale to za mało, żebym mogła zobaczyć jej przyszłość. Musiałabyś nas sobie przedstawić, dopiero wtedy mogłabym zajrzeć w jej przyszłość. A tak w ogóle, to zazdroszczę ci, że masz przyjaciółkę.

– Już nie musisz. – Przysunęłam się bliżej i uścisnęłam rękę Alishy. – Mam nadzieję, że…

– Nigdy nie miałam przyjaciółki – ciągnęła. – Zanim nauczyłam się kontrolować swój dar, zraziłam do siebie sporo ludzi. Bali się mnie, a ja tylko chciałam ich ostrzec. Niestety, zazwyczaj kończyło się to tragicznie. Gdy widziałam, że spotka ich coś złego, próbowałam temu zapobiec.

– I nie mogłaś na to wpłynąć? – Potrząsnęłam głową, bo panowanie nad przyszłością było znacznie bardziej skomplikowane niż moja umiejętność.

– Mogłam. W przedostatnim wcieleniu, które przeżyłam w Indiach, ostrzegłam mojego ówczesnego ojca, żeby nie szedł na połów ryb. Zobaczyłam, jak atakuje go krokodyl. Poznałam całą wizję i wiedziałam, że tato przeżyje, ale do końca życia będzie kaleką, bo straci prawą nogę. Poprosiłam, by został w domu, ale nie chciał mnie posłuchać, więc udałam, że mdleję. Tato pojechał po lekarza, a gdy wracał z miasteczka, napadli na niego nietykalni. Obrabowali go z pieniędzy i zranili. Pięć dni po tym zdarzeniu mój ojciec zmarł, bo dostał zakażenia.

– Jezu… – Przycisnęłam dłoń do ust. – Makabra.

– Nie mogę zapobiec nieszczęściu. Mogę je tylko ujrzeć, zanim się wydarzy – powiedziała, nie kryjąc smutku w głosie.

– A co ze szczęśliwymi zdarzeniami? Też je widzisz?

– Tak.

– Czy to, że Brian zostanie twoim mężem, to będzie szczęście? – zapytałam o coś, co ciągle mnie nurtowało.

– Nie wiem, czy zostanie moim mężem, bo przerwałam wizję – powiedziała stropiona Alisha. – Wiem jedynie, że będziemy razem jak mąż i żona – wyznała.

– Rozumiem.

– Nie znam Briana. Nie wiem, jakim jest człowiekiem. Z twarzy jest podobny do Williama, ale to na pewno ktoś inny. Kris mówił, że dobrze znałaś Briana, że on jest z Habbatum i że… – zamilkła, a jej policzki oblał delikatny rumieniec.

– Dobrze, że Leo pojechał do agencji. Jest okropnie zazdrosny o Briana.

– A ma powód? – Alisha popatrzyła mi prosto w oczy.

– Trochę tak. Kiedyś bardzo się posprzeczaliśmy, poszło o twoją mamę.

– O moją mamę? – Zdumiona wybałuszyła te swoje piękne oczyska.

– Uhm. Myślałam, że Dalila i Leo się kochali i byli razem w którymś z poprzednich wcieleń. Ot, nieporozumienie. Potem się wyjaśniło, że Leo szukał Dalili dla Krisa, no ale zanim to się stało, zdążyłam nieźle namieszać. Zerwałam z Leo i wyjechałam z Brianem do Polski. Tam prawie doszło między nami do… – przełknęłam ślinę, widząc minę Alishy. Wyraźnie ją zaskoczyłam i chyba trochę zawiodłam, bo jej oczy niepokojąco się zwęziły, podobnie jak usta zaciśnięte w wąską linijkę. – Nic się nie wydarzyło, bo Leo wrócił, żeby rozmówić się z Brianem. Tu z kolei chodziło o matkę Leo z poprzedniego wcielenia. Brian był częściowo odpowiedzialny za jej chorobę i śmierć.

– Jak w jakimś filmie. Nic z tego nie rozumiem. – Alisha pokręciła głową.

– To skomplikowana historia – skwapliwie przyznałam jej rację. – I trochę się wstydzę, że brałam w niej udział. Na szczęście Leo mi wybaczył.

– On bardzo cię kocha – powiedziała Alisha, głaszcząc moją dłoń.

– A ja kocham jego. Nie wiem, jak mogliśmy bez siebie żyć.

– Też tak chcę.

– I oby tak było. – Zacisnęłam kciuki.

* * *

Czasami rozmyślałam, gdzie chciałabym się urodzić w kolejnym wcieleniu. Już po jednym tygodniu pobytu w Tokio stwierdziłam, że Japonia to całkiem niezły pomysł. Odpowiadała mi pogoda, ludzie byli bardzo mili, apartament w hotelu Peninsula – wygodny, a wszystko, co nas otaczało, budziło we mnie zachwyt.

Większość czasu spędzałam z Leo na planie. Jak dobrze po tylu miesiącach i perypetiach zobaczyć znajome twarze… Sebastian prawie mnie zmiażdżył w swoich objęciach. Nawet Judith Durant okazała się znacznie milsza niż ostatnio. Leo stwierdził, że to wyłącznie dzięki Julianowi: nowemu „fagasowi” naszej gwiazdy. Piękny Julio był Hiszpanem, ponoć znacznie młodszym od Jud, a jego jedynym zajęciem było spanie do południa i włóczenie się po okolicznych barach z sushi. Zamieszkał razem z Judith w sąsiednim apartamencie, czasami rozrabiali do rana, więc po kilku dniach przenieśli ich gdzieś dalej.

Oczywiście Rickman wrzeszczał i ciskał się jak w Kalifornii, ale na początku traktował mojego chłopaka z zadziwiającą rezerwą. Do czasu. Przeszło mu, gdy dowiedział się, że Ruby wyzdrowiała. Nieraz zatykałam uszy, bo nie było nic miłego w słuchaniu, jak obrzucał Leo niewybrednymi epitetami typu: „Black, lebiego, masz w sobie mniej emocji niż przypalona owsianka!”. No cóż, coś za coś. Na szczęście Leo nic sobie z tego nie robił. W trakcie przerwy, podczas której wszyscy wychodzili na papierosa, mój „Ron Duffy” przysiadał się do mnie, obejmował i mówił, że musi naładować baterie.

Czasami było śmiesznie, czasami strasznie, zwłaszcza gdy kręcono brutalne sceny, które składały się głównie z wszelkich odmian mordobicia. Leo zaproponował, żebym się przełamała i zobaczyła, że nikomu nie dzieje się krzywda. Dałam się przekonać. Zafascynowana patrzyłam na pracę charakteryzatorki, która w ciągu godziny potrafiła zamienić twarz mojego przystojniaka w przerażającą kompozycję ran, siniaków i obrzęków. Po kilku dniach już nic nie robiło na mnie wrażenia. Prawie nic. Chyba zbyt szybko przywykłam, bo Sebastian i Thomas spłatali mi figla. Gdy w swoim kubku znalazłam obcięty ludzki palec, wrzeszczałam trzy minuty. Rickman żałował, że nikt z dźwiękowców tego nie nagrał. Rechotał, że to było takie prawdziwe w przeciwieństwie do tej niewinnej silikonowej atrapy zanurzonej w kawie z mlekiem.

Poza tym towarzyszyłam Leo, gdy ponownie go „tatuowano”. Przez kilka ładnych godzin dwoje tutejszych artystów specjalizujących się w „body art”: Aya i Naoto, odtwarzało na ciele Leo japoński tatuaż irezumi. Mieli o tyle ułatwione zadanie, że bazowali na zdjęciach z poprzedniej sesji. Może dlatego mogliśmy w miarę spokojnie porozmawiać, choć Leo co chwilę nam przeszkadzał, chichrając się jak głupi, gdy coś go łaskotało. Aya studiowała charakteryzację i wizaż na jakiejś tutejszej uczelni, a Naoto od lat prowadził studio tatuażu, oczywiście tego prawdziwego. Mimo to chętnie skorzystali z nadarzającej się okazji, aby coś zarobić, i właśnie tak znaleźli się na planie filmu Tokio.

Przez tych kilka godzin tyle się naklepaliśmy, że aż rozbolała mnie jadaczka. Aya stwierdziła, że na moim miejscu rozważyłaby pracę przy filmie, skoro tyle godzin spędzam w studiu. Oczywiście w pierwszym momencie pomyślałam, że chce ze mnie zrobić aktorkę, i popłakałam się ze śmiechu, ale Leo odparł, że to genialny pomysł. Zarządził krótką przerwę na kawę, ale najpierw pochwalił się moimi rysunkami.

Nie wpadłabym na to. Przecież film to również scenografia i kostiumy! Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? Leo od razu obiecał, że mi pomoże. Wielu jego znajomych studiowało w RADA, a on sam przyjaźnił się z kilkoma wykładowcami. Zaledwie skończył roztaczać przede mną wizje, jak to pojedziemy razem do akademii i przedstawi mnie swym znajomym, gdy stwierdziłam, że nie ma mowy. Zagroziłam, że jeśli użyje protekcji, moja noga nigdy nie postanie w Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej. Jakoś doszliśmy do porozumienia, Leo szybko wycofał swoją ofertę, choć nie byłam do końca przekonana co do jego szczerości.

Oprócz życia zawodowego mieliśmy również to prywatne…

W dni nagraniowe ograniczało się w zasadzie do kolacji i bardzo przyjemnych chwil w naszym wielkim hotelowym wyrku albo w łazience, na dywanie i w jeszcze kilku miejscach. Leo nie narzekał. W pierwszy wolny dzień stwierdził, że nawet w weekendy może siedzieć w hotelu. Zmroziłam go wzrokiem, więc szybko się zreflektował, że coś mi obiecał… Zwiedzanie Tokio? Spacery? Mieliśmy nieco obaw związanych z fotoreporterami, ale było lepiej, niż zakładałam. Leo w nieśmiertelnych okularach i bejsbolówce nie rzucał się w oczy. Na wszelki wypadek nosił zresztą mały kompaktowy aparat przewieszony przez pierś.

Nasz program wycieczek nie był oryginalny. Obejmował najpopularniejsze zabytki: sanktuarium Meiji, Pałac Cesarski, świątynie Sengaku-ji i Sensō-ji. Planowaliśmy jeszcze zawitać do dzielnicy Roppongi z dziwaczną repliką wieży Eiffla i w kilka innych miejsc, ale gdy stanęłam na środku parku Shinjuku Gyoen, przepadłam z kretesem. Jeśli kiedyś istniał raj, to wyglądał właśnie tak, skąpany w promieniach majowego słońca. Żałowałam jedynie, że nie zdążyliśmy na czas kwitnienia wiśni, ale park nadal wyglądał pięknie i był znacznie mniej oblegany niż w trakcie święta Hanami.

Byliśmy tu już trzeci raz. Dzisiaj znaleźliśmy miłą ławeczkę niedaleko budynku sanktuarium. Zamierzałam narysować jego odbicie w niewielkim stawie, nad którym stał. Leo zabrał scenariusz Tokio, żeby trochę się pouczyć, a ja – szkicownik i ołówki. Po półgodzinie wstępny szkic był gotowy, a ja znałam na pamięć dialogi z jutrzejszej sceny.

– Nie jesteś zmęczona? – spytał Leo.

– Czym? Japonią? – Zerknęłam na niego.

– Mną, moją pracą i tym wszystkim… – Pstryknął palcami w daszek czapki. – Czasami myślę, że życie ze mną musi być bardzo nudne. Nie mogę porwać cię spontanicznie gdzieś, gdzie bym chciał, bo jakaś psychofanka może nam zepsuć całą radochę.

– Hm… – Wzruszyłam ramionami. – Szczerze? Zmęczona czasami, znudzona nigdy – oświadczyłam, odkładając szkicownik i obracając się w stronę Leo. – Skąd takie pytanie? Coś się stało?

– Nie.

Chwilę później scenariusz trafił pod ławkę, a mój towarzysz czujnie rozejrzał się dookoła i przysunął się na siedzisku. Uwielbiałam całować się z Leo. Nie miałam porównania, ale i tak byłam pewna, że robi to doskonale. Ledwie nasze usta się zetknęły, a poczułam miły dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Leo objął mnie, jego ręka wślizgnęła się pod bluzkę, a druga wylądowała na moim karku. Docisnął wargi jeszcze mocniej, a nasze języki rozpoczęły swój taniec. Jego był wyjątkowo natarczywy i panoszył się bezceremonialnie. Zarzuciłam ramiona na szyję Leo, brakowało mi jego jedwabistych, gęstych włosów, ale ta krótka i szorstka szczecina działała na mnie jeszcze mocniej. Leo wyglądał męsko w tej fryzurze, pasowała do kanciastej linii jego podbródka. Wystarczyło nań spojrzeć i już coś łaskotało mnie w dole brzucha.

– Poszukajmy jakichś krzaków. – Głos Leo brzmiał wyjątkowo błagalnie.

– Chcesz siusiu? – próbowałam żartować, choć pomysł z poszukaniem ustronnego miejsca wydawał mi się coraz bardziej kuszący.

– Wiesz, czego chcę… – Przycisnął mnie jeszcze silniej.

– Tutaj? – jęknęłam, gdy Leo lekko przygryzł moją dolną wargę, a potem wessał ją do ust. Od razu przypomniałam sobie, jak zabawialiśmy się zeszłego wieczoru.

– Nie odbieraj – wychrypiał, bo nagle coś zadźwięczało za moimi plecami.

Nie zamierzałam. Wpiłam się jeszcze mocniej w wargi Leo, po czym wsunęłam dłonie pod jego koszulkę i zaczęłam gładzić napięte mięśnie. Niestety, ten ktoś nie chciał się poddać: po krótkiej przerwie telefon znów zadzwonił.

– Może mama? – Z żalem wyswobodziłam się z objęć Leo i sięgnęłam do plecaczka. – Wika… – stwierdziłam, a Leo natychmiast pokręcił głową i spojrzał w niebo. Cóż, oboje wiedzieliśmy, że zapowiada się dłuższa pogawędka.

– Co jest, siostra?! – powitała mnie energicznie. – Czemu nie odbierałaś? A, wiem! Pewnie ty i mój szef mieliście jakąś ciekawą scenę do odegrania… – zachichotała.

Przewróciłam oczami.

– Zawsze myślisz o jednym? – burknęłam.

– Ja nie myślę, ja działam. Robimy siostrzyczkę…

– Serio? – Wybałuszyłam oczy, bo James Junior nie skończył jeszcze trzech miesięcy swojego słodkiego życia u boku, a raczej piersi mojej zwariowanej przyjaciółki.

– Serio. Powiedz narzeczonemu, niech się rozgląda za nową asystentką.

– E… – zająknęłam się.

– Zamierzam żyć z socjalu, jeśli się uda.

– Aha – odzyskałam głos. – Która jest u ciebie? – spytałam, bo coś mi nie pasowało. Mama nigdy nie dzwoniła o tej porze.

– Druga w nocy.

– Druga? – pisnęłam. – Czemu nie śpisz?

– Mówiłam: robimy z Jamesem siostrzyczkę – skwitowała Wika. – James! Potwierdź, bo Anka nie wierzy!