Bardzo długie przebudzenie - Grażyna Jeromin-Gałuszka - ebook

Bardzo długie przebudzenie ebook

Grażyna Jeromin-Gałuszka

4,6

Opis

W prywatnej klinice psychiatrycznej operatywnego doktora Bargiela spotyka się niezwykła trójka pacjentów: ekscentryczna pisarka Aurelia, prywatny detektyw Rajmund i zbuntowana nastolatka Inez. Skazani na swoje towarzystwo, częściowo dla zabicia czasu, częściowo w ramach terapii, rozmawiają o swoich problemach. Kiedy przychodzi pora na Inez, ta zaczyna snuć opowieść o Magnolii, knajpie z pensjonatem w dalekich Bieszczadach. To miejsce, gdzie zdarzają się małe cuda, takie jak wzajemna życzliwość i bezwarunkowa przyjaźń.
Opowieść Inez rozpoczyna się w momencie, gdy pewnego sierpniowego popołudnia w Magnolii pojawia się zjawiskowo piękna kobieta, Beata. Melduje się, idzie do pokoju, a potem wychodzi na spacer i znika bez wieści. Kilka dni później do pensjonatu przyjeżdża Daniel, narzeczony kobiety. Nie rozumiejąc powodu, dla którego znalazła się w tak dziwacznym miejscu, czeka, aż Beata wróci i wszystko wyjaśni. Mija miesiąc, dwa miesiące, rok... Życie w Magnolii toczy się swoim niezwykłym trybem, a świat mężczyzny staje na głowie. Mimo to Daniel wciąż czeka.


Grażyna Jeromin-Gałuszka – absolwentka bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim oraz scenopisarstwa w PWSFTviT w Łodzi. Publikowała utwory poetyckie i krótkie formy prozatorskie w czasopismach oraz antologiach. Laureatka ogólnopolskiego konkursu na temat filmowy zorganizowanego przez Agencję Scenariuszową i tygodnik „Film”. Współautorka scenariusza jednego z popularnych seriali telewizyjnych. Jej debiutancka powieść „Złote nietoperze” otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie literackim „Kolory życia”. Autorka powieści: „Oczy Marzanny M.”, „Kobiety z Czerwonych Bagien”, „Nie zostawiaj mnie”, „Magnolia”, „Gdybyś mnie kochała”, „Długie lato w Magnolii”, Złoty sen”. Mieszka na wsi pod Radomiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (35 ocen)
22
11
2
0
0

Popularność




Copyright © Grażyna Jeromin-Gałuszka, 2016

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Fang Tong/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-634-4

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Więc Mathilde w oczekiwaniu prostuje plecy na oparciu wózka, krzyżuje ręce na kolanach i patrzy na niego. Tak, patrzy na niego, i patrzy; życie jest długie i może przenieść na swoich barkach jeszcze o wiele więcej.

I patrzy na niego.

Sébastien Japrisot, Bardzo długie zaręczyny

ZAGUBIENI

Klinika psychiatryczna doktora Bargiela znajduje się w starym parku, otoczonym wysokim murem, gdzie rozgościł się winoroślopodobny bluszcz – zwisa sobie swobodnie w pewnych miejscach, w innych zaś szczelnie i gęsto go okrywa, nie pozwalając dostrzec rdzawych cegieł, z jakich ten mur dawno temu ułożono. Jest to teren spokojny, żeby nie powiedzieć sielski. Pełno tu budzących zaufanie wiekowych dębów, a między nimi wiszą hamaki. Płaszczyznę idealnie wykoszonych trawników urozmaicają pochylone nad nimi krzewy, za którymi czasem kryją się wariaci z północnego skrzydła, jak tylko dojrzą niedomkniętą furtkę między tymi dwoma światami.

Nie ma co im się dziwić – to w istocie dwa światy: publiczny i prywatny. Tam mają tylko parkan i kawałek wydeptanej trawy, której nikt nie kosi, nic więcej. Ani drzew, ani krzewów. Ani nawet hamaków. Narodowy Fundusz Zdrowia uznał, że hamaki to daleko posunięta ekstrawagancja, gdy pacjenci tej publicznej strefy zaczęli się o nie z zazdrości upominać, i że nie ma głupich.

– Nie wiem, o co tym czubkom chodzi! – zdziwiła się pewnego dnia Aurelia, kobieta w nieokreślonym wieku, od dwóch miesięcy zajmująca elegancki pokoik w południowej części kliniki. Miewała lepsze i gorsze dni. W te dobre można jej było dać lat czterdzieści, w gorsze nawet pięćdziesiąt.

– Może o sprawiedliwość społeczną – podpowiedział Rajmund, po czym skrzywił się z niesmakiem, nie wiadomo dlaczego. Szyderczy śmiech byłby o wiele bardziej na miejscu.

Aurelia prychnęła z pogardą i na tym mogła poprzestać, bo każdy wiedział, że właścicielka niezłej fortunki, której dorobiła się na produkowaniu szmirowatych powieścideł, nazywana przez siebie (i tylko przez siebie) pisarką ekscentryczną, równie mocno zazdrości tamtym pacjentom doktora Bargiela, jak tamci tym tutaj hamaków. Doktor bowiem tych prywatnych, a zwłaszcza zakochaną w nim bez pamięci Aurelię, traktował dość obcesowo. Większość dnia spędzał po północnej stronie, gdzie z prawdziwym oddaniem i całkiem bezinteresownie leczył owładnięte szaleństwem dusze nieszczęśników, których nie stać było na komfort południowego skrzydła. Prywatnym zaś stanowczo i uparcie zalecał tak zwaną terapię duetów. Z grubsza polegała ona na tym, że łączył w pary dwie diametralnie różne od siebie osoby ze zbliżonym problemem wiodącym i kazał im rozmawiać ze sobą o swoich sprawach.

W ten oto sposób Aurelii trafił się Rajmund. I odwrotnie. Gdy miała dobre dni, byli w zbliżonym wieku, różnili się wszystkim, a łączyła ich obsesja na punkcie fikcyjnych poniekąd postaci. Poniekąd – Rajmund bowiem upierał się, że kobieta, na której punkcie dostał lekkiego bzika, naprawdę istnieje. Poza tym nie lubił autorki romansideł, ona zaś, poza doktorem Bargielem, nie lubiła nikogo. I poza Maksymilianem, ma się rozumieć, bohaterem jednego z jej cykli powieściowych, którego w dwudziestej trzeciej książce cyklu beztrosko uśmierciła i dotąd nie mogła sobie z tym poradzić.

Po niezbyt głębokim namyśle Aurelia uznała, że jednak na pogardliwym prychnięciu poprzestanie. Poprzestała więc, chociaż nie mogła sobie odmówić pełnego niechęci spojrzenia, jakim obrzuciła swojego partnera.

Rajmund jej spojrzenia, pogardliwe czy też nie, miał w głębokim poważaniu. Rozłożył się w jednym z kilkunastu hamaków – swoim ulubionym, zawieszonym między dwoma jesionami – i z tego miejsca patrzył bezmyślnie na snujących się po parku pacjentów. Niektórzy, jak on, leżeli w hamakach, bujali się w nich denerwująco i nic nie można było na to poradzić. Tak jak i na Aurelię. W kremowej spódnicy, opiętej na tłustym tyłku, koronkowej bluzce, szpilkach i w pełnym makijażu, rozsiadła się na ławce obok i, założywszy nogę na nogę, popatrzyła na Rajmunda już bez cienia – dostrzegł to kątem oka – niechęci.

– Przyszło mi dziś z samego rana do głowy… – zaczęła prawie przyjaznym głosem. – Konkretnie siódma osiem… żeby mimo wszystko wybrnąć jakoś z tej śmierci Maksymiliana.

– Przypomnij mi, jak zginął – zagadnął Rajmund i parsknął krótkim, ale pełnym nieukrywanej satysfakcji śmiechem.

– Spadł w stumetrową przepaść! Cóż z tego?

– Roztrzaskał głowę o skałę na samym dole…

– Cóż z tego?!

– A potem zsunął się do wody i tam, jeśliby wcześniej jakimś cudem udało mu się przeżyć, to już nieodwołalnie się utopił.

– Co tam! – Aurelia machnęła ręką lekceważąco. – Nie ma rzeczy nieodwołalnych.

– Poza śmiercią.

– Wystarczy, że zrobię to wiarygodnie.

Z uporem szukała sposobu na wielki powrót Maksymiliana.

– Po tym, jak położyłaś go na stole sekcyjnym, gdzie patolog przeprowadził sekcję, podczas której odkrył w nodze delikwenta płytkę tytanową z numerem seryjnym, przypisanym tylko jemu…

– Wystarczy! – Aurelia zezłościła się nie na żarty. Demonstracyjnie odwróciła głowę i zabębniła palcami o brzeg ławki.

– Rozłożyłaś go na amen. – Rajmund dokręcał śrubę.

– Bo mnie wkurzył, jak zostawił Elwirę przed ołtarzem i poleciał do tej lafiryndy w czerwonym cadillacu. Dupek jeden!

Rajmund położył dłonie na twarzy, po czym przechylił się na prawy bok i wyrzucił ręce za brzeg hamaku, pozwalając, by swobodnie zwisały. Wyglądał jak lew, wylegujący się leniwie na sawannie na konarze jakiegoś drzewa.

– Chryste Panie, gdzie ja jestem! – jęknął.

– W domu wariatów! – warknęła Aurelia. – Przypomnisz mi dlaczego?

Odwrócił się na drugi bok i znowu zakrył twarz rękoma. Pisarka zmroziła go wzrokiem.

– Z uporem osła nie chcesz rozmawiać o swoim problemie… – odezwała się po chwili. – Doktor Bargiel nie będzie zadowolony.

– Ty i ten twój doktor Bargiel!

– Ja tu jestem na własne życzenie. Ciebie wsadził prokurator.

– Co z tego?

– Od doktora zależy, czy trafisz na długie lata do więzienia albo wrócisz na północną stronę do tamtych czubków, czy też wyjdziesz stąd z diagnozą: zdrowy, lecz w chwili zdarzenia niepoczytalny.

Rajmund poderwał się w hamaku, o mało z niego nie wypadając.

– A kim ty jesteś, żeby mi wiercić dziurę w brzuchu?! – wrzasnął.

Tamta eleganckim ruchem zdjęła nogę z nogi i zsunęła okulary przeciwsłoneczne z czoła na oczy.

– Wrześniowe słońce… – mruknęła rozleniwionym głosem, po czym odparła wyniośle: – Pisarką ekscentryczną, Rajmundzie. Ni mniej, ni więcej. Jesteś w stanie tak samo w dwóch słowach określić swój status społeczny? Swoje położenie? Swoje miejsce na ziemi? Powiedz mi więc, kim jesteś…

Rajmund nieznacznie wzruszył ramionami. Odruchowo. Popatrzył na pacjentów, błąkających się po odpicowanym, nienaturalnie pięknym parku, lecz nie zatrzymał na żadnym z nich wzroku na dłużej. Skulił się i zapłakał bezgłośnie.

Był czas, gdy mógł powiedzieć o sobie, że jest szczęśliwym człowiekiem. Prowadził bardzo spokojne życie. Jego dni były jednakowe: dom–biuro, biuro–dom. Nie miał żadnej pasji poza oglądaniem starych kryminałów, a i tej oddawał się w domowym zaciszu. Każdego wieczora wybierał jakiś film ze swej bogatej kolekcji i usadowiwszy się wygodnie, oglądał go w skupieniu. Analizował intrygę kryminalną, poczynania detektywa, krok po kroku dochodził wraz z tamtym do rozwiązania zagadki. Niektóre filmy znał na pamięć, wypowiadał więc całe kwestie bohaterów, nim padły z ekranu, śmiał się razem z postaciami, złościł… Nie pamiętał, ile razy umierał ze strachu pod prysznicem, nim padł ostatni cios psychopaty w Psychozie, a ile razy był oczami Grace Kelly w Oknie na podwórze. Zawsze podziwiał staranność, z jaką twórcy dawnych filmów przykładali się do wiarygodności kreowanej fabuły i przejrzystości motywów kierujących bohaterami. Bez wydumanej psychologii, ćwiartowania zwłok, obdzierania ich ze skóry, wymyślnych tortur, wszystkich tych makabrycznych obrazów, w których gubiła się istota opowiadanej historii, nie wnosząc nic w zamian – żadnego dreszczyku emocji, napięcia, żadnego strachu, tylko niesmak albo wręcz obrzydzenie.

Pewnej zimy w przypływie jakiejś fantazji (spowodowanej być może wysoką premią za piętnaście lat nienagannej pracy za biurkiem) Rajmund wyrobił sobie licencję detektywa, burząc dotychczasową rutynę wykonywanych każdego dnia czynności, i uskrzydlony tym faktem, przyjrzał się dość krytycznym okiem swej do bólu przewidywalnej egzystencji.

Wreszcie postanowił zatrzymać uciekające bez sensu dni, miesiące, lata i coś w swoim życiu zmienić. Dodatkowym impulsem, być może, okazała się młoda kobieta, sprzedająca różne gatunki herbaty w małym sklepiku naprzeciw kamienicy, w której mieszkał. Spodobała mu się. Po ilościach herbaty, zalegającej w jego szafkach kuchennych, którą kupował w nadmiarze, a potem nie był w stanie jej wypić, stwierdził pewnego dnia, że chyba się zakochał. Wiedział, że wychowała się w domu dziecka i poza tym sklepikiem nie ma nic.

Rajmund miał tylko kamienicę po babce ze strony ojca, znajdującą się w jednej z bocznych uliczek w centrum miasta. Tylko, bo kamienica była mocno zaniedbana, żeby nie powiedzieć: zdewastowana. Babka, kobieta lekkomyślna, w ciągu całego swego życia przepuściła pięć takich kamienic. Tą ostatnią, odzyskaną na początku lat dziewięćdziesiątych od państwa, obdarowała jedynego wnuka, zdejmując z reszty rodziny kłopot. Jaki to był kłopot, Rajmund miał się przekonać, gdy poważnie potraktował darowiznę i zaczął załatwiać pozwolenia na remont, którego owa budowla pilnie się domagała. Po uzyskaniu wszystkich papierów zabrakło mu energii, żeby ten remont zacząć. Zajął obszerne mieszkanie na trzecim piętrze, choć mógł wybrać każde inne, ale to wydawało się najmniej tknięte zębem czasu. Rajmund nieco ogarnął mieszkanie i w jego części otworzył biuro.

Izabela, dziewczyna z herbaciarni, miała przyjaciółkę. Ta prowadziła jakieś modne spa, do którego schodziła się cała śmietanka towarzyska, tak zwane wyższe sfery, podatne na kontrolowanie wszystkiego wokół siebie bardziej niż inne. Wkrótce posypały się zlecenia na niewierne żony, niewiernych mężów, dzieci balangujące nocami w podejrzanych klubach, wspólników, pracowników, nianie, sprzątaczki, a nawet ogrodników. Sprawy kryminalne, odpowiadające detektywistycznym ambicjom Rajmunda, wprawdzie się nie trafiały, ale i tak było dobrze. Wreszcie, po czterdziestu latach życia, a bez mała dwudziestu jałowego przekładania papierków za biurkiem, mógł powiedzieć, że jego świat stał się przejrzysty jak powietrze w czerwcowe, słoneczne popołudnie. Wiedział, gdzie jest, kim jest i o co mu w tym życiu chodzi. Wreszcie zaczęło mu o coś chodzić.

Wystarczyło wyremontować kamienicę, gdyż psuła estetykę uliczki, na której powstało (sam nie wiedział kiedy) pełno kawiarenek i butików, a na samym rogu, na miejscu piekarni z tradycjami, stanął majestatyczny bank. Jedna jego ściana z przyciemnionego szkła warta była więcej, niż stary piekarz zarobił w całym swoim życiu.

Pewnego dnia, kiedy wyraził żal za piekarnią na rogu i, niejako przy okazji, objawił lekką dezaprobatę wobec nowej placówki, Izabela powiedziała, że gdyby nie bank, ona nigdy nie otworzyłaby swojej małej herbaciarni. I żeby nie bać się owych instytucji, bo pieniądze tam gromadzone są dla ludzi. Wystarczy wziąć tyle, ile trzeba, ustalając wysokość rat na poziomie łatwym do spłaty.

Niczego się nie bał. Zazdrośni mężowie płacili od ręki i do ręki niezłe honoraria za dowody niewierności znudzonych żonek. Zdesperowane żonki bez mrugnięcia okiem kładły na biurku plik gładziutkich, dopiero co podjętych z banku, pachnących farbą setek. Rajmund dość szybko i niespodziewanie łatwo uzyskał kredyt w banku na rogu pod hipotekę i ledwie odczuł pierwsze raty.

Weszły ekipy: hydraulicy, elektrycy, murarze, malarze, dekarze i coś zaczęło się dziać. Instalowano nowe okna i solidne drzwi. Ponieważ szkielet domu miał się dobrze, Rajmund nawet nie musiał się wyprowadzić na czas remontu. Raz, że cały czas kontrolował postęp prac poszczególnych ekip, a dwa, że nie miał gdzie. Z klientami biura spotykał się po drugiej stronie ulicy, w herbaciarni Izabeli. Siedząc przy stoliku pod oknem, który specjalnie dla niego i jego zleceniodawców postawiła, spoglądał na piękniejącą z dnia na dzień kamienicę.

Oczami duszy widział lokatorów (najchętniej młode małżeństwa z dziećmi), zajmujących ziejące teraz pustką dwa piętra, a na parterze, gdzie za komuny znajdowały się świetnie prosperujące delikatesy, którym babka po odzyskaniu własności kazała się wynosić, wielką herbaciarnię ze stolikami dla Izabeli.

W życiu Rajmunda działo się różnie (przeważnie nijako), ale to był taki piękny czas, gdy – po raz pierwszy i ostatni w życiu – mógł o sobie powiedzieć: Jestem szczęśliwym człowiekiem.

I wtedy pojawiła się Mela.

Wraz z Melą skończyło się jego szczęście.

Wiedział, że w życiu nie ma nic za darmo. Poza pechem, który przyplątał się do niego wraz z Melą Kwiatkowską i od tamtej pory nie opuszczał go na krok. Od tamtego dnia, gdy stanęła w drzwiach jego nieźle prosperującego biura detektywistycznego szurnięta kretynka w plisowanej spódniczce. Weszła do środka jak do siebie, rozejrzała się i zakręciwszy na palcu lewej ręki rudy warkoczyk, a potem na palcu prawej drugi, powiedziała: „Wiem, czego tu brakuje!”. Właściwie stwierdziła to, zdecydowała w jednej chwili, omiatając chabrowymi oczętami wnętrze, któremu nie brakowało niczego. Było biurko, komputer, szafa na dokumenty, szafka na detektywistyczne gadżety i wieszak na ubrania.

Następnego dnia Mela zaczęła obwieszać ściany fotosami ze sfilmowanych powieści Raymonda Chandlera, piejąc z zachwytu, że wszystko się tak pięknie składa (zwłaszcza imię), i upychała Rajmundowi po kieszeniach płaszcza piersiówki z wódką, żeby zawsze miał pod ręką, kiedy tylko przyjdzie mu ochota. Zdeklarowanym abstynentem nigdy nie był, nie zamierzał jednak popijać, szlajać się z dziwkami i od czasu do czasu w podejrzanych miejscach oberwać po pysku, żeby się wpasować w klimat kryminałów noir.

Mela Kwiatkowska miała wiele denerwujących cech, lecz jedna z nich denerwowała go szczególnie. Otóż gdy dziewczyna ruszała z miejsca, najpierw oglądała się za siebie. Nieznacznie, ledwo zauważalnie, ale zawsze, wszystko jedno, czy wychodziła z domu, czy tylko wstawała od biurka, by podejść do okna albo nastawić w czajniku wodę na herbatę. Zerkała przez lewe ramię i dopiero wtedy robiła pierwszy krok. Tak go tym złościła, że wciąż jej to wypominał. W końcu przywykł, zaakceptował ją z całym zestawem irytujących wad, nie zdając sobie sprawy, że pech to jej drugie imię.

Najpierw urwały się intratne zlecenia. Z dnia na dzień niemalże. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Złej czarownicy, ma się rozumieć.

Potem bank wstrzymał wypłatę drugiej transzy kredytu. Akurat wtedy, gdy trzeba było płacić za okna. Rajmund dopiero wtedy się dowiedział, ile w jego kamienicy jest okien, a ich liczba go z lekka oszołomiła.

W następnej kolejności konserwator zabytków te okna zakwestionował. Bo miały być inne i takie być nie mogą. Co było robić? Wymontować i wyrzucić na śmietnik. Takie piękne, dzielone okna… Takie piękne schody z drewna dębowego, żyrandole kryształowe na klatkach schodowych i pachnące farbą, odremontowane pokoje…

Długo by mówić. Po co i komu, nie wiadomo. Lepiej urwać w tym momencie i nie rozdrapywać ran. Straty zawsze bolą. Rajmund stracił wszystko, a bank na rogu zyskał prawie wyremontowaną kamienicę.

– Gdybym wiedział, do czego doprowadzi mnie ta idiotka, nie pozwoliłbym jej nawet zajrzeć do mojego biura, a co dopiero tam wejść. Zmarnowała mi życie – mówił smętnym głosem, bujając się rytmicznie, leniwie. – I co za wyczucie! – Parsknął ironicznym śmiechem. – Jak wiedziała kiedy! Za pięć dwunasta! W ostatnim momencie, w którym mogła mi je zmarnować. Stało się!

– A bo to wiadomo, czy coś już się do końca stało, czy dopiero się dzieje. – Usłyszał za sobą niski, denerwujący głos i nie musiał się oglądać, by mieć pewność, do kogo należy. – Danowi też z początkiem tamtej jesieni zdawało się, że jest skończony.

Obejrzał się mimo wszystko. Jasne! To ta cholerna Inez, kolejny wrzód na tyłku. Jakby Aurelia nie wystarczyła. Może nawet od niej gorsza, tyle że od niedawna. Pojawiła się na początku września, smętna, milcząca, dziwaczna. Aurelia twierdziła, że to przypadek beznadziejny, niesklasyfikowany, sam doktor Bargiel rozłożył ręce, bo nie zdołał znaleźć dla niej nikogo, z kim mogłaby stworzyć duet terapeutyczny. Tak więc pałętała się po parku, zdana na siebie, w swoim dziwacznym, bezsennym świecie. Pałętała się także po budynku, gdy wszyscy spali, bo ona nie spała. Od miesiąca. Przynajmniej. Może od dwóch. Czasem było widać, jak chodziła między drzewami, muskając palcami chropowatą korę, czasem leżała cały dzień z otwartymi oczyma w jednym z hamaków, więc nie spała, ale nie reagowała na nic, tak jakby spała. Ostatnio, ku utrapieniu Rajmunda, wyraźnie odzyskała mowę i zagadywała kogo bądź o to lub tamto, ale mało kto zwracał na nią uwagę. Z niewiadomych powodów najbardziej upodobała sobie duet Rajmund–Aurelia. Mogła mieć osiemnaście, góra dziewiętnaście lat, trudno to określić, bo ubierała się i malowała jak jakaś satanistka: czarne ciuchy, czarny cień wokół oczu, czarne nastroszone włosy. Jej oniryczny, lekko ochrypły głos doprowadzał Rajmunda do szału.

– Co za Dan? – zainteresowała się żywo, ku jego zdziwieniu, Aurelia.

Ta dziewczyna działała jej na nerwy tak samo jak Rajmundowi, a może jeszcze i bardziej, bo bez przerwy miała coś do powiedzenia, a pisarka ekscentryczna tego nie znosiła. Najbardziej komfortowo czuła się w sytuacjach, gdy to ona sama mówiła lub o niej opowiadano. Już fakt, że musiała dopuścić do głosu Rajmunda, był dla niej dostatecznie frustrujący, ale to na wyraźne życzenie doktora Bargiela, a polecenia doktora to rzecz święta, więc trudno.

– Głucha jesteś?! Co to za Dan, pytałam!

Dziewczyna zagapiła się na drzewa pod parkanem. Na jednym z nich bluszcz niewinnie owinął się pojedynczą odnogą, tylko patrzeć, jak je pochłonie.

– A taki jeden – odparła w zamyśleniu. – Normalnie, Dan… Daniel Jakiśtam, z zawodu chemik, z zamiłowania podróżnik, do niedawna właściciel dużej firmy komputerowej.

– Chemik… Podróżnik… – rzuciła sceptycznie Aurelia. – Tak na poczekaniu go sobie wymyśliłaś?

– Zwiedził cały świat. Kończył jedną podróż, wyruszał w kolejną – kontynuowała Inez, nie zwracając uwagi ani na słowa, ani na miny pisarki. Zamyśliła się na moment, znowu omiatając wzrokiem drzewa pod parkanem. – Ciekawe, że z takim apetytem na życie, z nieustającym pragnieniem poznawania najodleglejszych zakątków ziemi dotarł wreszcie do Magnolii i tam skończyła się jego wielka podróż. A wszystko przez kobietę.

Rajmund prychnął pogardliwie. Jakżeby inaczej! A od czego zaczęły się wszystkie nieszczęścia tego świata? Przez kogo Bóg pozbawił ludzkość raju? Mimo to zapytał ze źle skrywanym zainteresowaniem:

– Magnolia? A cóż to takiego?

Inez ziewnęła ostentacyjnie.

– Nudy na pudy – odparła. – Nieciekawa knajpa na końcu świata, pięknie brzmiąca nazwa, nic więcej.

– Więc jaki jest powód, że zaczęłaś o niej gadać? – W głosie pisarki zabrzmiała nutka zniecierpliwienia.

– Taki tam… Nawet nie wiem… Aha, doktor mi kazał. Powiedział, że jak się wygadam, to może w końcu usnę.

– Nie może ci dać procha? – spytała ze złością Aurelia, zazdrosna o każdy kontakt doktora z innym pacjentem. Zwłaszcza z pacjentką. – Czy my z Rajmundem musimy twojego paplania słuchać?

– Możecie nie słuchać – odrzekła Inez. – Mam to gdzieś.

– Nie mówcie do mnie Rajmund! – zawył Rajmund w reakcji na swoje imię, wypowiedziane przez pisarkę ekscentryczną. Nie wiadomo, dlaczego akurat w tej chwili tak się zdenerwował, przecież słyszał je setki razy z jej ust.

Kobieta pogardliwie wydęła wargi.

– To sobie wymyśl jakąś ksywkę, wielka mi rzecz. Przecież Aurelia to nie jest moje chrzestne imię, tylko pseudonim literacki. A Inez to zapewne zwykła Agnieszka. Prawda, Inez?

Inez wodziła po bezchmurnym niebie podkrążonymi od niewyspania oczami, podkreślonymi czarnym cieniem.

– Ta idiotka sto razy dziennie je wypowiadała. Co drugie słowo „Rajmund”, jasna cholera! – Rajmund nie zareagował na dygresję pisarki, uparcie skupiony na własnych myślach. – Cholerna Mela Kwiatkowska, absolwentka Wyższej Szkoły dla Przynoszących Pecha. W jednej chwili rozpieprzyła mi świat. Był tak poukładany. Taki pewny.

– Pewna jest tylko śmierć – odezwała się sennym głosem Inez. – W poukładanym świecie wszystko może się zdarzyć. I to, co najgorsze, i to, co najlepsze.

– A możesz się zamknąć? – warknął Rajmund.

– Nie – odparła spokojnie. – Najwyżej możesz nie słuchać.

Ostentacyjnie odwrócił się na bok i zarzucił na głowę lekki koc, który wyciągnął spod pleców. Aurelia rozsiadła się wygodnie na ławce. Z hipisowskiej podłużnej torby, obszytej koralikami, wyciągnęła gruby notes w skórzanej oprawie. Przewertowała go od początku do końca, a potem od końca do początku. W tym czasie bezwiednie wymacała na dnie torby paczkę papierosów, wyjęła jednego, włożyła do ust i grzebiąc dalej w poszukiwaniu zapalniczki, jęknęła:

– Och, Maksymilianie… Gdyby nie ten kretyński chirurg, który w Płomiennym zmierzchu wsadził ci w złamaną nogę tę cholerną płytkę, sprawa nie byłaby beznadziejna. Swoją drogą wszak wszyscy cię ostrzegali przed tą zdzirowatą małpą, której tyłek przyrósł do skórzanej tapicerki cadillaca, widać nie na tyle, żeby nim jeszcze w odpowiednim momencie nie zakręciła.

– Wygłupia się, co nie? – dyskretnym szeptem spytała Inez Rajmunda.

– Też tak na początku myślałem – odparł.

– Nawet ona sama cię przed sobą ostrzegała, w Słodkim poranku – kontynuowała Aurelia. – Nie mów, że nie pamiętasz, bo to akurat była znamienna kwestia. „Ze mną, przystojniaku, nie ma żartów, w jednej chwili tracisz grunt pod nogami, wystarczy, że nadepniesz mi na odcisk…”. Co tam mamroczesz pod nosem, Inez?!

– Jest taka wioska w Bieszczadach… Długa, przecięta przejrzystą Osławą na dwa światy: codzienny, zwyczajny, i drugi, niezwykły, w którym wszystko może się zdarzyć i od czasu do czasu właśnie się wydarza, choć zdawać by się mogło, że coś tam w nim było już poukładane, a niektóre sprawy pewne jak amen w pacierzu – mówiła cicho dziewczyna. – Na jednym z jej końców znajduje się Magnolia.

– Akurat chce mi się słuchać o jakiejś Magnolii! – burknęła Aurelia.

– To dziwne miejsce… – ciągnęła tamta. – Trochę jakby niepozbierane, niedokończone… Może dlatego, że dawniej było tam więzienie. Takie małe, zewnętrzny oddział istniejącego do dziś kilka kilometrów dalej. Pełno ich powstało po wojnie w bieszczadzkich wioskach. Roboty przy drogach czy wycince lasów było w huk, skoro świt gnano więc do pracy więźniów z takich właśnie miejsc jak dzisiejsza Magnolia.

– Rozumiem, że to rys historyczny, wprowadzający we właściwy temat – stwierdziła ironicznie Aurelia. – Miało być o jakimś Danie.

– Będzie – zapewniła ją dziewczyna.

– Kiedy?

– Za chwilę. – Nie przejmowała się zniecierpliwieniem Aurelii ani tym, czy ktoś chce, czy nie chce jej słuchać. Kontynuowała spokojnym głosem: – Kilkanaście lat temu, krótko mówiąc, zaczęto w Bieszczadach wyprzedawać różne dziwne obiekty. Schroniska, stacje kolejowe…

– Stacje kolejowe?

– A co?! – wydarła się Inez. – Taka jedna niedaleko Magnolii ciągle jest do sprzedania! Jesteś bogata, jak chcesz, możesz kupić.

Aurelia gwałtownie pokręciła głową, lecz starannie zrobiona fryzura nic na tym nie ucierpiała.

– Uważasz, że mam nierówno pod sufitem? – rzuciła w stronę Inez pisarka.

– Obie macie! – wrzasnął Rajmund.

Tamte dwie wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, jednocześnie robiąc znaczący gest na czole.

– W ten właśnie sposób – wróciła do tematu Inez – więziennictwo pozbyło się kłopotu. Na początku dwudziestego pierwszego wieku kupił to niejaki Madej z żoną…

– O! To już jesteśmy w dwudziestym pierwszym wieku – zauważył Rajmund. – Super!

– …i w budynku administracyjnym otworzył knajpę, ogarnął parę biurowych pomieszczeń na dole na noclegi dla turystów, na górze natomiast zamieszkali oboje. Trzeba to było jakoś nazwać, więc wymyślili sobie tę Magnolię i przez wiele lat szczęśliwie ją prowadzili. Na noclegi po trzydzieści złotych chętnych w sezonie nie brakowało, a jak i na tyle kogo nie było stać, to Madej otwierał celę w betonowym, niskim budynku naprzeciwko knajpy i za piątkę można się tam było przespać. Ale to bardziej dla jaj niż dla zysku.

– Wyobrażam sobie – mruknęła Aurelia. – Z czego więc tak szczęśliwie żyli? Turyści, których stać na nocleg za trzydzieści złotych, noszą w plecakach własny prowiant.

– W pewnym momencie knajpa zaczęła całkiem nieźle funkcjonować. Odkąd zatrudnili świetną kucharkę, Cześkę Gawlińską – wyjaśniła Inez. Po chwili dodała w zamyśleniu: – Nie było takiej drugiej w okolicy…

Aurelia spod zmrużonych powiek patrzyła na młodą kobietę, zbliżającą się od strony budynku. Efemeryczna blondynka zaglądała pod każdy krzew i za każde drzewo, co chwila oglądając się z obawą dookoła.

– O! Żółtą Torebkę wypuścili spod klucza. Było trochę spokoju.

– Cóż z tego – ciągnęła sennie Inez – skoro żonie Madeja w pewnym momencie znudziło się życie na końcu świata. Ni z tego, ni z owego wyjechała. Wtedy Madej, który świata poza nią nie widział, wziął flaszkę whisky i poszedł na stację, gdzie od dawna nie przyjeżdżają już pociągi. Usiadł na pustym peronie i pił. I wtedy napatoczył się Filip Spalski, były pilot, po zawale…

– Skąd były pilot nagle tam się znalazł?! – rzucił podniesionym głosem Rajmund.

Inez wzruszyła ramionami.

– Po prostu skończyła mu się droga. Parę miesięcy wcześniej, po osiemnastu latach szczęśliwego małżeństwa żona machnęła sobie dzieciaka z kimś innym i z dnia na dzień odeszła. Filip po rozwodzie dostał zawału, a potem sprzedał wszystko, co miał, wsiadł w samochód i pojechał przed siebie. Dojechał do stacji, gdzie Madej topił swoje żale w butelce whisky, usiadł koło niego…

– Nie widzieliście mojej żółtej torebki? – zagadnęła blondynka, wyłaniając się zza grubego konara starego dębu.

– Nie widzieliśmy! – warknęła Aurelia i ciszej dodała: – Było trochę spokoju.

– Miałam tam wszystkie dokumenty…

– Sto razy pytałam, zapytam jeszcze raz: Po co ci dokumenty?

– Bez nich nie wiem, kim jestem… – odparła tamta zagubionym tonem. Jej wyblakłe oczy wyraźnie kontrastowały z ogólnie młodzieńczym wyglądem. Aż się prosiły o delikatny makijaż, którego z pewnością dawniej nie unikała.

Aurelia ostentacyjnie otworzyła notes i zaczęła go wertować w roztargnieniu.

– Powiedzmy, że z nimi byś wiedziała – mruknęła lekceważąco.

– Wiedziałabym – potwierdziła tamta skwapliwie. – Znałabym swoje przeznaczenie.

Aurelia z kamienną twarzą wyciągnęła rękę, wskazując na chłopaka, studenta astrofizyki, samotnie spacerującego pod parkanem. Co jakiś czas przystawał i wspinał się na palcach, jakby chciał wyjrzeć na drugą stronę.

Blondynka posłusznie ruszyła w kierunku wskazanym przez pisarkę.

– Przeznaczeniem Filipa Spalskiego – wróciła do tematu Inez – była, zdaje się, Magnolia. – I może by tak zostało, gdyby nie to, że po roku oswajania się z nią, gubienia i odnajdywania siebie po prostu umarł.

Aurelia przewróciła oczami.

– Całe szczęście. Teraz już będzie o tym Danie?

– Za chwilę, stara, nieczuła krowo – odparła Inez jednostajnie brzmiącym głosem i w podobnym tonie kontynuowała: – Na krótko przed śmiercią, być może tknięty jakimś przeczuciem, przekazał Magnolię Czesi Gawlińskiej…

– Słyszałeś, Rajmund, co ta gówniara powiedziała? – Aurelia uniosła się gniewem.

– Słyszałem.

– I nie jesteś oburzony tak ewidentnym brakiem szacunku dla ludzi w starszym… – Ugryzła się w język: – Starszym od niej?

– Nie jestem – odparł beztrosko.

Aurelia zmroziła go wzrokiem.

– Ciekawe, co doktor Bargiel na to powie.

Rajmund po raz kolejny przewrócił się z boku na bok w hamaku. Tym razem przodem do Aurelii i Inez.

– Gówno mnie obchodzi – stwierdził – co powie doktor Bargiel. Jak i wszystko inne.

Inez mówiła dalej:

– Cała Magnolia płakała po Filipie Spalskim…

– Rozumiem – weszła jej w słowo Aurelia – że „cała Magnolia” to taki skrót myślowy.

– Ty, sławna pisarka, rozumiesz to najlepiej – przytaknęła bez cienia ironii w głosie nastolatka, mimo to Aurelia rzuciła jej podejrzliwe spojrzenie. – Życie jednak musiało się toczyć dalej. Cześka wzięła się do roboty, bo innego wyjścia nie było. Miała do pomocy kolorową Doris i zwyczajną Małgośkę, a także Marlenę, która dwa razy dziennie przychodziła do Magnolii na kawę, i Gawlińska nie wyobrażała sobie, że kiedyś może nie przyjść. Marlena parę lat wcześniej kupiła nieopodal łemkowską chatę, a rok po śmierci Filipa wyszła za mąż za jednego z braci Wilczewskich i u jego boku w wyżej wymienionej chacie, w bliskim sąsiedztwie Magnolii, przeżywała swoją drugą młodość. Mimo niedawnej walki z rakiem, po wielu chemiach i radioterapii, a może właśnie dlatego, wręcz zachłystywała się tym swoim odzyskanym życiem. Była szczęśliwa jak nigdy dotąd. Właściwie to śmiało można powiedzieć, że szczęście wreszcie na dobre zagościło w Magnolii. Doris z Markiem remontowali chatę na skarpie, gdzie dwadzieścia parę lat temu przyjeżdżał na wakacje Rudolf i skąd każdego ranka biegł do swojej Luizy…

– Ożeż kurwa, Inez! – Rajmund usiadł w hamaku i postawił nogi na ziemi.

Dziewczyna wsunęła dłoń w czarne, nażelowane włosy i trzymała ją tak chwilę, patrząc w niebo, po czym wyrecytowała bez zająknienia:

– Każdy tam był na swoim miejscu i swoje miejsce w życiu znalazł. Zdawało się, że nic tego już nie zmieni, tak tam wszystko było poukładane i pewne. Tuśka, wścibska smarkula, która przy tej Magnolii kręciła się od czasów Madeja i prawie nie było dnia, żeby tam swojego nosa nie wściubiła, pewnego wrześniowego ranka usiadła na schodach przed knajpą i zapytała Cześkę Gawlińską, czy trochę jej nie żal, że tak tu się wreszcie uspokoiło, na co tamta tylko wzruszyła ramionami i mruknęła pod nosem, że najwyższa pora. Gości raz było więcej, raz mniej, wpadali znajomi i stali bywalcy, którzy minęli dziesięć restauracji przy szosie i docierali do Magnolii, gdzie kończyły się wszystkie drogi. Najbardziej jednak przycichła Marlena, chociaż dotąd zawsze miała coś do powiedzenia. Przycichła, a potem umarła…

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

ZAGUBIENI

WYZNANIA

TO JA, TOŚKA

MASKARADA