Bardzo długie popołudnie - Inga Vesper - ebook + książka
BESTSELLER

Bardzo długie popołudnie ebook

Vesper Inga

4,0

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Znakomity kryminał o tym, jak American dream zamienia się w koszmar.

Jest lato 1959 roku, kalifornijskie słońce wypala wypielęgnowane trawniki przed domami w Sunnylakes. Pewnego bardzo długiego popołudnia w tej sielskiej atmosferze przedmieścia znika Joyce Haney.

Tego samego dnia Ruby Wright udaje się do pracy, spodziewając się, że czeka tam na nią to, co zawsze: obowiązki domowe, których nie cierpi, obolałe stawy, pogarda ze strony białych pracodawców… a także światełko w mroku codzienności: życzliwość Joyce.

Zamiast tego znajduje dwójkę przerażonych dzieci i plamę krwi na podłodze w kuchni. Po Joyce nie ma śladu.

Do sprawy zostaje przydzielony detektyw Mick Blanke, który niedawno trafił do Sunnylakes z Nowego Jorku i szybko odkrywa, że klucz do zagadki znajduje się w rękach Ruby, nikt bowiem tak dobrze jak ona nie zna tajemnic kryjących się za wykrochmalonymi, idealnie gładkimi zasłonami.

Tyle że czarnoskórych pomocy domowych na amerykańskim Południu nie prosi się o pomoc w śledztwie. Ich o nic się nie prosi…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (242 oceny)
84
92
54
12
0
Sortuj według:
Agataa47

Dobrze spędzony czas

"Bardzo długie popołudnie" to kryminał autorstwa Ingi Vesper. Często sięgam po książki z tego gatunku, dlatego stałam się dość wymagająca i szybko wyłapuję tropy pozostawione przez autorów i autorki. Tutaj atmosfera od początku jest duszna, zarówno ze względu na klimat panujący w Sunnylakes jak i na ludzi, którzy je zamieszkują (co ważne, sposób narracji oddaje to w stu procentach). W zasadzie podejrzani mogą być wszyscy! Trzeba zaznaczyć, że nie jest to taki typowy kryminał, bardzo solidnie nakreślone jest tło wydarzeń (akcja książki to rok 1959), mamy więc tutaj masę innych problemów i przeszkód stojących przed głównymi bohaterami. Właśnie dzięki tej drugiej "warstwie" książka niesamowicie zyskuje i wyróżnia się.
10
beasia1

Dobrze spędzony czas

Świetny debiut.
00
bozanka

Dobrze spędzony czas

sympatyczna lektura, klimat odmienny od współczesności dlatego dla mnie ciekawy. Murzyni walczą o równorzędność, ale scena, w której Ruby wygraża policjantom przez nadajnik policyjny jest kuriozalna - przesada.
00
ajwar

Nie oderwiesz się od lektury

zaskakująco dobra
00
bozenasup

Nie oderwiesz się od lektury

Powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Bardzo podobała mi się duszna atmosfera małej społeczności. Ciekawie napisane. Polecam!
00

Popularność




Opisane w książce osoby, miejsca oraz zdarzenia są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących lub zmarłych, miejsc oraz zdarzeń jest czysto przypadkowe. Obraźliwy język i poglądy przedstawione w powieści stanowią odzwierciedlenie ducha czasów, w których rozgrywa się akcja, i nie należy ich utożsamiać z poglądami autorki.

Birgit, w podziękowaniu za wszystkie książki

1 Joyce

Wczoraj pocałowałam męża po raz ostatni.

On oczywiście jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, sama zresztą też nie do końca mogę w to uwierzyć, ale kiedy obudziłam się dziś rano, wiedziałam, że to prawda.

Stoję na tarasie, próbując wejrzeć w przyszłość, i mam wrażenie, jakby nie obejmowała nic poza chłodnym, nieruchomym powietrzem poranka, będącym obietnicą popołudniowego upału.

Nie potrafię przewidzieć, co będzie dalej.

Spędzę tu jeszcze pięć minut, będę piła kawę i podziwiała barwy ogrodu w pierwszych promieniach słońca.

Podwórze skrzy się kolorami: zielenią trawnika jak z obrazka, łososiowym odcieniem płytek na patio, bielą ogrodzenia otaczającego dom, szkarłatem pelargonii w terakotowej donicy. Rozciąga się nad nim jasne, błękitne niebo, odrobinę ciemniejsze i lekko zamglone na obrzeżach, tam gdzie z trudem dociera mój zmęczony wzrok. Woda w basenie jest ciemnoniebieska i tak przejrzysta, że mam ochotę wskoczyć, zanurzyć się w niej i rozpuścić jak tabletka aspiryny.

Chciałabym móc uwiecznić tę chwilę na papierze, zanim odejdzie. Ale już dawno temu pozbyłam się przyborów do malowania. Splatam więc dłonie wokół kubka i utrwalam widok w pamięci. Już nigdy nie zobaczę takiego poranka.

Trzeba podlać pelargonie. Sama nie mogę tego zrobić, bo mam ostatni dzień miesiączki. Frank nie lubi, kiedy podlewam kwiaty w czasie menstruacji. Mówi, że więdną od kobiecych miazmatów, dlatego lepiej zostawić to służącej. Ale Ruby przyjdzie dopiero po południu. Trudno, będą musiały zaczekać.

Zgadzam się z nim, rzecz jasna, i nie komentuję tego, że jednocześnie twierdzi, iż Murzyni nie potrafią o nic zadbać, dlatego w oknach ich domów nie uświadczysz skrzynek na kwiaty, a ich dzieci często umierają w niemowlęctwie.

Mroczne myśli zasnuwają świat w mojej głowie i pochłaniają światło. Rozproszyłaby je tabletka mellarilu, ale nie, nie potrzebuję jej. Jeszcze nie teraz. Poranek niesie ze sobą nadzieję, popołudnie zaś upływa pod znakiem desperacji, czas rozciąga się w nieskończoność i zarazem kurczy do krótkiej chwili, gdy wypełniają go pranie, odkurzanie, szykowanie kolacji i czuwanie nad dziećmi, które nie potrafią usiedzieć na miejscu i mogą wpaść do basenu.

Gdzie będę jutro o tej porze?

Serce mi wali, krew szumi w uszach. Po raz pierwszy w życiu nie wiem. I po raz pierwszy od wielu lat czekam z utęsknieniem na popołudnie.

Mam ochotę malować. Po wizycie u lekarza mogłabym wstąpić do sklepu i kupić materiały. Miałabym zajęcie na czas poobiedniej drzemki dzieci, wypełniłabym te wlekące się godziny, ślimaczące się minuty, to popołudnie, kiedy pelargonie więdną w skwarze, a mój umysł kruszy się w pył.

W moim brzuchu odzywa się ból, o którym zdążyłam zapomnieć. Menstruacja – to oczywiście też, ale oprócz tego mroczne myśli. Galaktyki krwi.

Jak daleko sięgają moje kobiece miazmaty? Wyobrażam je sobie jako nimb, otaczający mnie jak świętą. Tyle że ta moja aureola nie jest jasna jak światło, lecz ciemnoczerwona, ja zaś nie jestem świętą, lecz grzesznicą.

Ostrożnie odstawiam kawę na jeden z leżaków basenowych i sięgam po konewkę. Czuję mrowienie w dłoniach, gdy stykają się z chłodnym metalowym uchwytem. Pierwsza z moich dzisiejszych rewolucji. Na dnie zostało jeszcze trochę wody. Podkradam się do kwiatów, wyciągam rękę i już mam przechylić konewkę, kiedy nagle z wnętrza domu dolatuje mnie przenikliwy wrzask, a po nim niezbyt głośny, jakby trochę leniwy płacz.

Lily się obudziła.

Zastygam. Powinnam pójść do córki. Chcę pobiec do niej, przytulić ją, pocieszyć, stłumić jej zawodzenie. Ale Frank pokazał mi artykuł w gazecie, w którym profesor Summers tłumaczy, że zbyt szybka, natychmiastowa reakcja może nadmiernie rozpieścić dziecko.

W gruncie rzeczy zgadzam się z nim. Wolę spędzić jeszcze kilka chwil na tarasie i zaopiekować się pelargoniami, zanim zajmę się dzieckiem. Czy to czyni mnie złą matką? Gorszą, niż jestem?

Ignoruję płacz córki, podlewam kwiaty wątłą strużką, odstawiam konewkę i sięgam po kawę. Dopiję ją tutaj, nad basenem, w towarzystwie jedynie nieba i wody, w której odbija się nieskazitelny błękit. Czystość i ułuda. Prawda i obłuda.

Ty i ja.

2 Ruby

Autobus rusza z szarpnięciem, w żółwim tempie pokonuje dziesięć metrów Southern Boulevard i staje ze zgrzytem. Ruby tłumi westchnienie. Co za upał. Wczoraj było gorąco i jutro też będzie. I co poradzisz? Jakby słyszała mamę. „I co poradzisz, dziewczyno? Jest gorąco, pogódź się z tym. Pan nie ześle deszczu tylko dlatego, że tobie pot spływa po tyłku”.

Właśnie. Ruby ma tak mokre pośladki, że kleją się do plastikowego siedzenia. Wygina plecy w łuk i obciąga spódnicę, ale już za późno. Bawełniana tkanina zdążyła się pognieść. Pani Ingram wpadnie w szał.

Szlag by trafił tę robotę.

W taki dzień jak ten powinno się ganiać w szortach, sandałach i z rozpuszczonymi włosami, a nie kisić czaszkę pod kapelutkiem i marynować stopy w tenisówkach. Z utęsknieniem czeka, kiedy będzie mogła wzuć niezgrabne białe kapcie, przy których upierają się żony Sunnylakes; dzięki nim są w stanie prześledzić drogę każdej drobinki brudu na dywanie i trafić za nią do sprawcy-nanosiciela.

Miejsce z przodu, jak najdalej od Ruby, zajmuje biała kobieta w wielkim kapeluszu na głowie. Przyciska torebkę do piersi i wygląda na zagubioną. Nie odwraca się, więc chyba nie będzie jej przeszkadzało, jeśli Ruby na chwilę zdejmie tenisówki.

Uldze towarzyszy wyczuwalna serowa woń.

Ruby zerka na zegarek, prezent od Josepha. Minęło południe. Boże drogi, siedzi w tym autobusie już od ponad godziny, a o pierwszej powinna być u pani Ingram. Potem o piątej u pani Haney.

Wreszcie autobus dociera do granicy smogu i rozpoczyna powolną wędrówkę w dół, do Sunnylakes. Rosnące wzdłuż drogi drzewa są jeszcze niskie i cień, który rzucają, nie chroni asfaltu przed prażącymi promieniami słońca. Za oknem przesuwają się domy, każdy identyczny, z zadbanym trawnikiem, ładnym parkanem i frontową elewacją obłożoną imitacją kamienia. Tatko mówi, że prawdziwe kamienie są drogie, dlatego mężczyźni Sunnylakes woleli zamówić imitacje, kiedy stawiali te budynki za swoje ciężko zarobione dolary. Zrób mi pan, żeby było jak z kamienia, niech wygląda jak twierdza, cobym mógł obronić swoją własność przed komuchami, Japońcami i Murzynami.

Ruby chichocze pod nosem. Za późno, miły panie. Już przestąpiłam próg pana domu.

Wysiada na rogu Pine Tree Avenue i Roseview Drive. Rusza podjazdem przed domem pani Ingram, mijając plastikową papugę na drucie, którą pani Ingram umieściła na trawniku jako wyrafinowaną ozdobę. Zatrzymuje się przed różowymi drzwiami, wyjmuje klucz spod doniczki i wsuwa go do zamka. Za każdym razem, gdy to robi, coś skręca jej kiszki. Zbyt łatwo znaleźć klucz. Któregoś dnia ktoś się włamie i wyniesie wszystko, co cenne. A wtedy pani Ingram będzie wiedziała, kogo obarczyć winą.

Zresztą, wnętrze i tak wygląda jak splądrowane. Pani Ingram pracuje – rzadkość w przypadku białej kobiety – i jak często i chętnie powtarza, po prostu nie ma czasu sprzątać.

Ruby wsuwa kapcie. Potem odkurza, wyciera, myje, szoruje. Na ulicy cisza i spokój, tylko czasem przetoczy się jakieś auto i wtedy Ruby spina się przed nieuchronnym powrotem pani Ingram. Ale dopiero tuż po czwartej drzwi otwierają się ze szczęknięciem i staje w nich pani domu. Mijając toaletę, w której Ruby tkwi po łokcie w kolanku, marszczy nos i robi minę, jakby zobaczyła psią kupę na dywanie.

– Nadal w łazience? Coś wolno ci dzisiaj idzie.

Popatrz na siebie. Ruby nie odrywa wzroku od gąbki, którą szoruje muszlę.

– Dzień dobry, pani Ingram. Pani wybaczy, autobus utknął w korku.

– Autobus jeździ ekspresówką i nie stoi w korkach.

Ruby zagryza wargę.

– Tak, psze pani.

– Niech to się więcej nie powtórzy.

– Dobrze, psze pani.

Pani Ingram wciąga powietrze nosem, węsząc jak pies.

– Cóż to za przykry zapach? Nie masz w domu prysznica?

Nie, psze pani, myję się pod hydrantem na ulicy, bo jestem z South Central i tak to się u nas robi.

– Przepraszam, psze pani.

W normalnych okolicznościach biali traktują pomoc domową jak powietrze. Dziś jednak pani Ingram, przebrawszy się i odświeżywszy, czepia się Ruby, co najmniej jakby oczekiwała wizyty fotografa z „Better Homes and Gardens”. Pewnie miała kiepski dzień w biurze, domyśla się Ruby, albo może zwyczajnie się nudzi. Przesuwa palcami po powierzchniach, zbiera niewidoczne koty z kurzu i sprawdza wilgotność ścierki, którą Ruby myje zlew.

Najlepiej w takich sytuacjach obrócić wszystko w zabawę w podwójne znaczenia. Pani Ingram doskonale się do tego nadaje. Nie ma męża, używa dużo jasnoczerwonej szminki i nosi obcisłe sweterki, które podkreślają jej sterczące piersi.

– Dobrze pocieram, pani Ingram? Czy jest wystarczająco wilgotna, pani Ingram? Mam to wepchnąć głębiej, pani Ingram?

Jeszcze się nie zdarzyło, żeby któraś z kobiet Sunnylakes się połapała. Większość zachowuje się, jakby połknęła kij od szczotki, i trudno sobie wyobrazić, że ktokolwiek tutaj w ogóle uprawia seks. Pani Ingram uśmiecha się blado, chodzi tam i z powrotem po swoim czystym, pachnącym domu, pudruje swoją czystą, pachnącą twarz i prycha, i syczy, i narzeka.

Kiedy Ruby znów sprawdza godzinę, jest już prawie piąta. Na szczęście Joyce Haney nie liczy czasu. Próby zapanowania nad dziećmi wyczerpują ją do tego stopnia, że brakuje jej energii, by jeszcze wieszać się na służącej. Czasem otwiera napój gazowany i pokazuje Ruby swoje robótki. Rozmawiają o wzorach, rodzinie i dzieciach. Joyce wlicza to do godzin pracy.

Kwadrans po piątej Ruby zbiera środki czystości, wychodzi i zamyka za sobą drzwi. Będąc na podjeździe, zauważa ruch zasłony w oknie. Pani Ingram odprowadza ją wzrokiem.

Pomiędzy drzewami przeświecają złote promienie popołudniowego słońca. Ruby idzie, prostując nogi i machając rękami. Najgorsza część dnia już za nią. Jeszcze tylko dwie godziny i będzie mogła wrócić do domu z trzema dolarami w kieszeni.

Nagle ciszę zakłóca ryk silnika. Z podjazdu przed domem Haneyów z hukiem wypada samochód i prędko oddala się w stronę President Avenue. Srebrno-czarny crestliner z zielonymi tylnymi błotnikami. Pani Haney miała gości.

Dom Haneyów stoi w pewnym oddaleniu od ulicy, ponieważ z drugiej strony działka schodzi w kierunku jeziora. W tej części Sunnylakes rosną stare drzewa o groźnym wyglądzie, za którymi Ruby nie przepada, zwłaszcza zimą, kiedy ma wrażenie, że wśród posępnych konarów czai się licho. Za budynkiem drzewa wycięto, aby odsłonić widok na wodę, tyle że pan Haney wzniósł wysoki drewniany płot – który raz do roku wiosną maluje na biało – skutkiem czego z okien i tak nie widać nic poza schludnymi deskami.

Ruby zatrzymuje się w pół kroku. Na podjeździe stoi auto Joyce. Drzwi do domu są zamknięte. Rosnące przy wejściu rośliny marnieją w słońcu.

Coś jest nie w porządku. Ruby czuje mrowienie w brzuchu.

Nastawia ucha. Przez otwarte okna wpada do środka świeże powietrze, ale za zasłonami w salonie panuje martwa cisza, na zewnątrz nie wydostają się żadne dźwięki – nie słychać brzęku naczyń, wrzasków dzieci ani paplaniny z radia.

Kątem oka zauważa ruch i obraca się na pięcie. Jakaś barwna plama przemyka między drzewami. Wiatr wpada pod spódnicę Ruby i przyprawia dziewczynę o dreszcze. Ruby zwija dłonie w pięści i stara się zapanować nad oddechem.

– Halo? Jest tam kto?

Zza pnia wychyla się głowa dziecka. Jasne blond kosmyki spływają na wielkie, niebieskie, mokre od łez oczy. Barbara. Córka Joyce.

Ruby klęka na miękkim dywanie z sosnowych igieł. Wyciąga ręce.

– Chodź do mnie, Barbaro. Co tu robisz, dziecko?

– Czekam.

– Na kogo?

– Na mamę Joanie.

Ruby musi sobie przypomnieć, kim jest Joanie. To najlepsza koleżanka Barbary, córka państwa Ketteringów, którzy mieszkają po sąsiedzku.

– Chodź – mówi. – Pójdziemy do domu.

– Obiecałam, że zaczekam.

– No, ale widzisz, że mama Joanie nie przyszła. Zaprowadzę cię do domu.

– Nie chcę.

– Ale zaraz kolacja.

– Nie.

W oczach dziewczynki Ruby dostrzega coś, co sprawia, że jej dłoń zaczyna się trząść. Barbara łypie w stronę budynku, jakby zamieszkały w nim straszydło albo smok.

– Barbaro, gdzie jest twoja mama?

– Kazała mi zaczekać.

– Pójdziemy do niej?

Barbara spuszcza wzrok.

– Narobili bałaganu, Ubi.

– Moja w tym głowa, żeby posprzątać. Chodź, skarbie.

Barbara odkleja plecy od drzewa i podaje Ruby rękę. Ruszają w kierunku domu. Barbara ma rozpaloną dłoń. Jej drobne paznokietki wbijają się w skórę Ruby.

Ruby dzwoni do drzwi. Nikt nie otwiera, ale po drugiej stronie Lily zaczyna płakać.

– Pani Haney? Joyce! – woła Ruby i ponownie naciska guzik dzwonka.

Mrowienie przechodzi w bolesne ukłucia w piersi. Dziewczynka ochrypła, płacze rozpaczliwie, jakby myślała, że już nigdy nikt do niej nie przyjdzie.

Ruby sięga po zapasowy klucz, ukryty pod stojącym przy drzwiach porcelanowym orłem, wkłada go do zamka i przekręca. W korytarzu panuje porządek, na kredensie stoją świeże kwiaty w wazonie. Dom Haneyów ma mezanin – po pierwszym dniu pracy musiała sprawdzić w słowniku, co to znaczy, i okazało się, że po prostu półpiętro – sypialnie razem z dużą łazienką znajdują się w połowie schodów.

Z pokoju dziecinnego dobiega zawodzenie Lily.

Lawendowa wykładzina tłumi odgłos kroków Ruby, która biegnąc do płaczącej małej, pokonuje po dwa stopnie. Rzuca się do drzwi i je otwiera. Lily siedzi w łóżeczku, ma czerwoną, zapuchniętą buzię i mokre od łez oczy. W pomieszczeniu unosi się nieprzyjemny zapach. Pielucha dziewczynki jest przemoczona, zawartość częściowo przesiąkła przez materiał i zabrudziła śpioszki.

Ruby wyjmuje Lily z łóżeczka i rozpina jej ubranko, a wtedy mała zaczyna wierzgać nóżkami i głośno krzyczeć. Podczas przewijania uwalnia się duszący fetor. Ruby wyciera Lily szmatką i odkłada na bok brudną pieluchę. Kiedy sięga po czystą, do pokoju wchodzi Barbara i siada na podłodze. Jej usta drżą, a oczy wypełniają się łzami.

– Barbaro, skarbie, co się dzieje? – Ruby kończy zakładać pieluchę i próbuje postawić wrzeszczącą Lily, ale mała wali ją w pierś. – Gdzie twoja mama?

– Nie ma ich tutaj – mówi Barbara. – Narobili bałaganu.

Ruby ściąga brwi i zastanawia się, co też mogło się wydarzyć. Może Joyce musiała pilnie wyjść z domu? Może wezwała ją przyjaciółka w potrzebie? Może zapomniała kupić kotlety na kolację? Ale skoro jej auto stoi na podjeździe…

Nie powinna tu zostawać. W tym domu dzieje się coś dziwnego i to nie jest jej problem. Poza tym, kiedy pan Haney wróci i zobaczy, że jego dzieci siedzą same ze służącą, chyba padnie na zawał.

– Barbaro, posłuchaj – mówi. – Zadzwonię do pani Kettering i poproszę, żeby do was przyszła. Zajmie się wami do powrotu mamy, dobrze?

Barbara nie odpowiada.

– Zejdziesz ze mną na dół, skarbie?

Barbara potrząsa głową.

– No to nie.

Ruby opiera sobie Lily na biodrze. Dziwnie się czuje, będąc w tym domu sama – bo teraz już ma pewność, że jest tu jedyną dorosłą osobą. W korytarzu zdejmuje słuchawkę z widełek i zaczyna przerzucać kartki niewielkiego notesiku o złotych brzegach, aż dociera do litery K.

Później nie będzie potrafiła sobie przypomnieć, w którym momencie Barbara prześlizgnęła się obok niej, ale dziewczynka nagle staje w drzwiach do kuchni i patrząc pełnym przerażenia wzrokiem, wyciąga upaćkaną rękę i mówi drżącym głosem:

– Nie posprzątam tego, Ubi.

– Nic się nie martw, skarbie. – Ruby przekłada Lily na drugie biodro, za co mała odpłaca się kopniakiem w brzuch. – Zajmę się tym.

Jej spojrzenie pada na dłonie Barbary i grunt usuwa się Ruby spod nóg. Skóra dziewczynki jest pokryta skorupą zaschniętego szkarłatnego brudu.

To krew.

Ruby dopada do Barbary, odciąga ją od drzwi, po czym sama zagląda do kuchni.

Widzi kałuże na podłodze. W jednej z nich zmięta ściereczka i pogniecione, nasiąknięte czerwienią listki papierowego ręcznika. Wpadające do środka promienie słońca rzucają na płytki widmowe cienie kwiatów stojących na parapecie. One też są zakrwawione, usmarowane i lepkie, ohydne jak diabelski jęzor.

Ruby przyciska Lily do piersi, z której dobywa się przeraźliwy krzyk.

3 Mick

Mick wyciera rękawem krople potu, które wystąpiły mu na czoło. Masz za swoje, detektywie Blanke. Tak się cieszyłeś, że przyjeżdżasz z Nowego Jorku, i na dzień dobry trafia ci się narożny gabinet. Od południowo-zachodniej strony. Komendant musiał pękać ze śmiechu, przydzielając najgorętsze pomieszczenie w całym biurze nowemu w swoim wydziale. Kiedy Mick odebrał klucze i niósł je z dumą, zmierzając w stronę swego miejsca pracy, niektórzy z chłopaków nie zdołali się powstrzymać i rechotali pod nosem. Już wtedy powinna była mu się zapalić czerwona lampka.

Jest dopiero dziesiąta, a już nie ma czym oddychać. Mick wsuwa palec za kołnierz koszuli, by choć odrobinę go poluzować, i okazuje się, że jest mokry od potu. W obawie, że lada moment dostanie udaru cieplnego, otwiera na oścież okna i drzwi. Tyle że otwarte drzwi to zachęta do odwiedzin – z czego oczywiście skwapliwie korzysta komendant Murphy.

– Już w pracy, Blanke? Dopiero dziesięć po dziesiątej. Powinieneś się wysypiać, no wiesz, dla urody.

– Z nas dwóch, szefie, to raczej panu przydałoby się więcej takiego snu – odpowiada Mick z szelmowskim uśmiechem. – Zarywam noce. Dużo pracuję, mało śpię.

– Nie pomyliło ci się czasem? Bo usłyszałem „mało pracuję”. Skoro tak, to masz pecha, bo przynoszę ci nową sprawę. Przedmieścia. Zaginiona kobieta, prawdopodobnie włamanie. Wszędzie ślady krwi i cały ten bajzel. Masz tu akta. Rusz tyłek i jedź na miejsce, czeka tam na ciebie sierżant Hodge. Miłego dnia.

Mick przejmuje od komendanta tak zwane akta sprawy – trzy zapisane na maszynie kartki z paroma odręcznymi notatkami na marginesach – i opiera stopy na blacie nowoczesnego biurka z laminatu, wspartego na czterech rozkraczonych jak dziwka z East Tremont nogach. Elegancki mebel, o niebo lepszy od tamtego starego, rozchwierutanego, który miał w biurze na Brooklynie i za którym w sumie tęskni bardziej, niż gotów jest przyznać. Odwraca się plecami do słońca, żeby nie raziło go w oczy, i zabiera się do lektury raportu.

O siedemnastej trzydzieści dyspozytor przyjął zgłoszenie i wysłał patrol na Roseview Drive 47. Funkcjonariusze, którzy jako pierwsi przybyli na miejsce, zastali sąsiadkę – to ona wezwała policję – a także pomoc domową oraz dwoje dzieci. Pomoc domowa powiedziała, że kiedy przyszła do pracy, dzieci były same. Odkryła ślady krwi w kuchni. Pani domu zaginęła i nie wiadomo, gdzie przebywa. Pan domu wyjechał na konferencję w Palmdale. Dzieci pozostawiono u sąsiadki, natomiast pomoc domową aresztowano.

Aresztowano?

Przechodzi do zeznania kobiety. Przyszła kwadrans po siedemnastej, udała się do pokoju dziecinnego na półpiętrze, zmieniła pieluchę młodszej dziewczynce, następnie wróciła na dół i odkryła plamy krwi w kuchni. Powiadomiła sąsiadkę i razem z nią zaczekała na przyjazd policji. Funkcjonariusze natychmiast ją aresztowali.

Dlaczego?

Zerka na dane osobowe. Ruby Wright, lat dwadzieścia dwa, zamieszkała przy Trebeck Row 1467, South Central. Czarna.

Ach, no tak.

– Szefie. – Zamyka za sobą drzwi i rusza zamaszystym krokiem. – Szefie. Chłopcy dokonali zatrzymania…

– Na wszelki wypadek. Dopóki nie zweryfikujemy jej wersji zdarzeń.

– Ona jest świadkiem, a nie podejrzaną.

– No tak. Ale może być w to zamieszana. Była pierwsza na miejscu, a to zawsze jest podejrzane.

– Chcę z nią porozmawiać.

– Nie powinieneś najpierw zahaczyć o Roseview Drive? – Murphy łapie się za fałdę tłuszczu wokół pasa. – Do roboty, panie oficerze śledczy. Wyśledź pan coś.

– W porządku, szefie. Niech się szef nie unosi.

Mick wie, kiedy przegrał bitwę. Komendant za nim nie przepada i ma po temu powody. Przenosiny Micka na Zachodnie Wybrzeże wyglądały bowiem tak, że jego brookliński szef pociągnął za kilka sznurków i ni stąd, ni zowąd policja w Santa Monica zapragnęła wzbogacić się o detektywa. W ten sposób trafił do najnudniejszego miasta Kalifornii, gdzie kręci mu się w głowie od nadmiaru słońca i gdzie jak dotąd najpoważniejszą zbrodnią była kradzież nowego rowerka małego Timmy’ego.

W Sunnylakes myli kierunki, i to aż dwukrotnie. Szlag by trafił te nazwy. Hillview Crescent, Berrywood Road, Grand Park Street, Meadow Hills. Główna ulica miasteczka nosi miano President Avenue. Kto wie, czy nie otwierał jej sam Eisenhower, w każdym razie bez dwóch zdań wygląda jak wycięta z plakatu wyborczego: schludne domy, flagi, lśniące w słońcu metalowe skrzynki na listy. Do tego jest tak nieskazitelnie czysta, że można jeść kolację prosto z asfaltu – ale oczywiście tutaj nikt by czegoś takiego nie zrobił, bo przecież każdy ma jadalnię, a w niej stół i porcelanową zastawę zamówioną z Wardsa.

Wbrew nazwie przy Roseview Drive nie uświadczysz ani jednej róży. Numer czterdzieści siedem znajduje się na końcu ulicy, po sąsiedzku z różowym domem z jednej strony i większą, dwupiętrową, ledwie widoczną za drzewami rezydencją z drugiej. Wzdłuż krawężnika parkuje sznur samochodów, a przed stojącym w głębi dużym budynkiem kłębi się spory tłumek. Zapewne ekipa poszukiwawcza.

Mick skręca na podjazd i zatrzymuje się obok czerwonego chevroleta bel air. Kiedy wysiada, zauważa ruch zasłon w różowym domu. Zatem jest obserwowany. Ciekawe. W tym spokojnym miejscu raczej nie ma możliwości, by ktoś obcy podjechał pod posesję i uprowadził którąś z mieszkających tam osób, nie zwracając na siebie uwagi sąsiadów.

Drzwi zostały zaklejone taśmą, ale ktoś ją zerwał. Luźny koniec leży na schodach prowadzących do wejścia. Mick rozgląda się, czując się trochę jak włamywacz, i wchodzi do środka.

Dom wygląda… nowocześnie. Na podłodze w korytarzu linoleum w fioletowe kwadraty, u sufitu chromowane lampy. W widocznym miejscu na kredensie zdjęcie całej rodziny. Joyce Haney z dziećmi na kolanach. Młodsza córeczka to jeszcze niemowlę, starsza nosi warkoczyki i uśmiecha się jak dziewczynka z reklamy Sunbeam Bread. Frank Haney, kochający mąż i dumny ojciec, obejmuje całą trójkę opiekuńczym i zaborczym gestem. Ma blond włosy, niebieskie oczy i kwadratową szczękę – znaki rozpoznawcze rozgrywającego w licealnej drużynie futbolowej. Gęba jak szybka przycisku alarmowego – myśli Mick – natychmiast ma się ochotę ją stłuc.

Joyce jest naturalnie ładna, lecz także zadbana. Ciemne, nienagannie ułożone włosy, wąskie, rozjaśnione szminką usta, brązowawe, niezbyt duże oczy o lekko rozmarzonym, filmowym spojrzeniu. Nie pasuje do niej ten sztuczny wygląd, myśli Mick. Ten niby czuły, ale zmęczony uśmiech. Bez tego wszystkiego musi być swojską dziewczyną.

Kuchnia to jedyne pomieszczenie w całym domu, które w obecnym stanie nie przystaje do pozostałej części wychuchanego obrazka. Mick zatrzymuje się w wejściu i przez kilka chwil po prostu stoi, patrzy i zapamiętuje to, co widzi. Od zlewu aż do drzwi ciągnie się długa, nieregularna smuga krwi. W kącie leży częściowo rozwinięta rolka ręcznika papierowego, a w zakrzepłej, brudnobrązowej kałuży tkwi niebieska ściereczka. Są też zmięte chusteczki przy drzwiach, tam gdzie ktoś próbował wycierać podłogę.

Mick przygląda się plamie krwi i przywołuje wspomnienia z dawnego życia na Brooklynie: wojny gangów, napady z nożem w ręku, włoskie tortury, stukniętego dziadzia Japończyka, który wbił sobie sztylet w brzuch i wypruł wnętrzności. Tutaj, u Haneyów, krwi jest w sumie niewiele, jeśli porównać jej ilość z tamtymi miejscami zbrodni, ale niesamowite, wręcz upiorne wrażenie robi sama jej obecność w tej kuchni, w domu na przedmieściach, gdzie hoduje się kwiatki na parapecie, przyczepia dziecięce rysunki do lodówki i trzyma cukier, kawę i mąkę owsianą w stojących w równym rzędzie na blacie blaszanych puszkach.

Na górze właściwie nie ma czego oglądać. Czysta sypialnia, duże, równo posłane łóżko, narzuta z falbanami. W jednym z rogów lawendowa toaletka zastawiona kosmetykami. Mick wysuwa szuflady komody i pobieżnie przegląda ich zawartość – sporo zupełnie zwyczajnej bielizny, nic fikuśnego. W szafie między innymi garderoba męża: na półkach poskładane eleganckie koszule, na wieszakach garnitury i spodnie z zaprasowanymi zaszewkami. Wszystko nieruszone. Nic nie wskazuje na to, by ktoś w pośpiechu pakował rzeczy do walizki.

W pokoju dzieci większy nieporządek. Łóżko starszej posłane, ale w łóżeczku młodszej pościel zbita w kupkę i zsunięta w kąt. Na przewijaku brązowa plama, na podłodze cuchnąca, brudna pielucha. Z kolei łazienka i pokój gościnny niczym się nie wyróżniają.

Sierżant Hodge siedzi na stojącym na tarasie nad basenem pasiastym leżaku. Trzyma w ręku butelkę napoju gazowanego i z błogą miną wpatruje się w najbardziej pedantycznie przystrzyżony trawnik, jaki Mick kiedykolwiek widział.

Mick podkrada się do niego i spuszcza mu dłoń na ramię z taką siłą, że sierżant o mało nie oblewa się napojem.

– Mam nadzieję, że to twoja prywatna cola.

– Oczywiście, detektywie. – Hodge zrywa się na nogi. – Przecież nie wziąłbym z lodówki. Przysiadłem, bo nie idzie wytrzymać w tym cholernym upale.

Mick walczy z pokusą, by pójść w ślady sierżanta i przycupnąć na leżaku. Promienie słońca tańczą na okalających basen płytkach, spomiędzy których nie wyrasta nawet jedno źdźbło trawy, nawet jeden chwaścik. Wyłącznym ukłonem w stronę roślinnej bujności jest stojąca na tarasie donica pelargonii.

– Najwyraźniej mąż ma smykałkę do ogrodnictwa – podsuwa Hodge.

– Mąż to najwyraźniej neurotyk – odpowiada drwiąco Mick.

– Słucham?

– Nieważne.

– To jaką ma pan teorię, detektywie?

– Na razie nie mam żadnej. – Mick szczerzy zęby.

– Ale przecież…

– Staram się niczego nie zakładać. Na tym etapie jest zbyt wcześnie, by wyciągać wnioski.

– W porządku. – Hodge kiwa głową, jakby zrozumiał, o co chodzi, ale wyraźnie widać, że nic z tego nie pojmuje.

– To na czym stoimy? – pyta Mick. – Czytałem raport – dopowiada na wszelki wypadek – ale chciałbym to usłyszeć od ciebie.

– Pierwszy na miejscu był Murray. Zobaczył krew i zadzwonił do centrali. W Sunnylakes mają tylko zespół do spraw wykroczeń. Wie pan, prowadzenie po kielichu, rodzinne awantury, takie rzeczy.

– Ale tu nie chodziło o rodzinną awanturę?

– Męża nie było w domu. W niedzielę wieczorem wyjechał do Palmdale. Dziś rano świadkowie widzieli żonę. Około dziewiątej zostawiła starszą córkę u sąsiadki, pani Nancy Ingram, i wybrała się do centrum handlowego. Wróciła o jedenastej, w dobrym humorze, i odebrała dziecko. Zamieniła z panią Ingram kilka słów na temat lunchu, po czym sąsiadka udała się do pracy, a żona poszła do siebie. Nic nadzwyczajnego. Co było potem… nie wiadomo.

– Starszą dziewczynkę znaleziono poza domem?

– Tak, natknęła się na nią pomoc domowa. Powinna przyjść o siedemnastej, ale się spóźniła. To Murzynka, rozumie pan. Wzięła małą, zaprowadziła ją do środka, zmieniła pieluchę młodszej, a kiedy weszła do kuchni, zobaczyła krew.

– Więc ją aresztowaliście.

Hodge wzrusza ramionami.

– To wszystko brzmiało jakoś mętnie.

– W jakim sensie?

– Poszła przewinąć dziecko, a nie sprawdziła nawet, czy państwo są w domu.

– Może pani Haney zwykła zostawiać dzieci pod opieką pomocy domowej? Spytaliście ją o to?

– Murzynka była… wzburzona.

– Próbowaliście ją uspokoić? – Mick czuje gorzki posmak w ustach. Wyobraża sobie, jak to wyglądało: krew, wrzeszczące dzieci, podniesiony głos sierżanta Hodge’a. „Wzburzona”… Na jej miejscu szarpałby za kraty klatki jak wściekła małpa.

Hodge wzrusza ramionami.

– Szkoda, że pan tego nie widział, detektywie. Dziecko miało na sobie samą pieluchę, darło się wniebogłosy i kopało pomoc domową, która trzymała je na rękach. To chyba o czymś świadczy, prawda?

Mick unosi brew.

– Tak? A o czym?

– Ta kobieta krzyczała na starszą, żeby niczego nie dotykała w kuchni. Dziewczynka próbowała zmyć krew mamusi, rozumie pan. Potem przyszła sąsiadka, pani Ingram, spoliczkowała ją i…

– Sąsiadka uderzyła małą?

– Nie, pomoc domową. Zdzieliła ją w twarz. A myśmy…

– Nie zabezpieczyliście terenu? Nie usunęliście świadków z miejsca zdarzenia? Kto jeszcze tu był? Ilu ludzi się tędy przewinęło?

– Niewielu. – Sierżant Hodge podnosi rękę, żeby policzyć na palcach. – Byłem ja i funkcjonariusze Murray, Stanwitz i Anderson. Poza tym pomoc domowa, dzieci i pani Ingram. Nikt więcej. Aha, i jeszcze mleczarz.

– Mleczarz?

– Przyjechał jakoś tuż przed szóstą. Powiedział, że zapomniał zostawić masło.

– Trzymajcie mnie, bo nie zdzierżę.

– Potem zakleiliśmy drzwi taśmą. Dzisiaj nikogo tu nie było. Ci ludzie na zewnątrz nie przyszli po to, żeby się gapić. Zamierzają przeczesać okolicę.

Mick rozmasowuje nasadę nosa i stara się uspokoić, by móc zapanować nad głosem. Nie ma sensu pouczać sierżanta. Już na to za późno.

– Po południu mają nam przysłać techników i fotografa – dodaje Hodge. – Przeszukaliśmy sąsiednie posesje i brzeg jeziora. Nie udało się znaleźć ciała. Samochód nadal stoi na podjeździe, więc na pewno nim nie odjechała.

– A mąż się odezwał?

– Z początku nie mogliśmy go złapać, bo wrócił do hotelu dopiero późnym wieczorem. Ale jest już w drodze, powinien dotrzeć jakoś popołudniem i odebrać dzieci od Nancy Ingram.

– Nie ma innej rodziny? Dziadków, wujków i tak dalej?

– Krewni męża mieszkają w Filadelfii, a jeśli chodzi o żonę… Cóż, czekamy, aż pan Haney powie nam, z kim powinniśmy się skontaktować.

– Zatem nie macie żadnych tropów.

– No… nie. – Sierżant Hodge wygląda jak szczeniak, który zorientował się, że torebka ze smakołykami jest pusta. – Ale na pewno dowiemy się więcej, jak tylko odnajdziemy ciało.

– Nie mamy pewności, że ona nie żyje, sierżancie.

– Jasne. Ale niech się pan zastanowi, detektywie. Pani Haney jest matką. Żadna matka przy zdrowych zmysłach nie porzuciłaby własnych dzieci.

Mick uznaje, że nie będzie tego komentował. Podąża wzrokiem za spojrzeniem Hodge’a, które zatrzymuje się na parkanie. Przez chwilę obaj wpatrują się w śnieżnobiałe deski, jakby się spodziewali, że lada moment wychynie zza nich Joyce Haney i pomacha drobną dłonią w rękawiczce. „Halo, chłopcy, wróciłam”.

Hodge powoli unosi ramiona aż do uszu, po czym pozwala rękom opaść.

– Patrz pan, jaki płot. Jakby ich nie interesowało, co jest na zewnątrz.

– Albo jakby nie chcieli, żeby ktokolwiek zaglądał do środka.

– Słucham?

– Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Hodge. – Mick unosi kapelusz. – I nigdy nie zakładaj niczego z góry.

Mick wraca do kuchni. Otwiera kilka szafek na chybił trafił, ale nie znajduje nic niezwykłego. Na lodówce wisi lista zakupów spisana wprawną, pewną ręką: „jajka, majonez, płatki kukurydziane, ryż, kakao, miętówki”. Lodówka jest prawie pusta.

Stąpa ostrożnie, żeby nie wejść w plamy krwi. Jego wzrok pada na niebieską ściereczkę. Dopiero teraz Mick zauważa, że z jednej strony doszyto fragment białego materiału, na którym widnieją przeskakujący przez przeszkody i spadający z koni kowboje na rodeo. Chwyta za szmatkę i zaczyna ciągnąć, ale ta się nie poddaje; krew solidnie przykleiła ją do podłogi. Mick odpuszcza, nie chce narobić jeszcze większego bałaganu.

Dociera do niego, że ten kawałek szmatki to nie ściereczka, tylko dziecięce śpioszki. Miękki niebieski materiał, maleńkie białe stópki, jasny kołnierzyk, a na brzuchu zabarwiona na brązowo łatka z kowbojami. Mick usiłuje sobie przypomnieć, jak wyglądały Sandy i Prissie, kiedy były takie małe, ale jego wspomnienia toną w zapachu mleka, wiecznym niedospaniu i dotyku drobnych paluszków, tak kruchych, że bał się, że może je zgnieść w dłoni.

Sprawdza metkę. Zgadza się: śpiochy dla noworodka.

4 Mick

Nancy Ingram spodziewała się wizyty policji. W przypadku kobiet to zawsze widać. Pospieszna próba doprowadzenia salonu do porządku, na ustach szminka, nałożona grubo jak pasta izolacyjna…

Pani Ingram pochyla górną połowę ciała nad ławą, wskutek czego materiał jej żółtego sweterka napina się na piersiach. Mick odruchowo prostuje plecy i porusza szklanką, jakby mieszał whisky; cholernie żałuje, że gospodyni nie poczęstowała go niczym procentowym.

– Wybaczy pan bałagan – odzywa się pani Ingram, obejmując wnętrze domu teatralnym gestem. – Byłam zajęta opieką nad dziećmi. W nocy Barbarze trzy razy śnił się koszmar. A kiedy małe oglądały telewizję, wyskoczyłam na chwilkę porozmawiać z Laurą Kettering, która mieszka po drugiej stronie ulicy. Niestety Joyce nie dała znaku życia. Widział pan tych wszystkich ludzi? Chcą rozpocząć poszukiwania i… – Przełyka ślinę. – Może później zabiorę dzieci na dwór. Albo może lepiej nie. Bo mogą się przestraszyć. Mój Boże, sama nie wiem, co robić.

Korzystając z milczenia pani Ingram, Mickowi udaje się wtrącić pytanie:

– Czy kontaktowała się pani z Frankiem Haneyem?

– O ile wiem, jest w drodze z Palmdale. Biedaczek wychodzi z siebie. Dowiedzieliście się czegoś? Joyce się odezwała?

– Zapewniam panią, że pracujemy nad tym. Czy mogę zadać pani kilka pytań?

– Coś okropnego – wzdycha pani Ingram. – Nie wiem, co o tym myśleć. Ta kuchnia…

Warstwa makijażu skrywa zmęczone oblicze. Widać, że pani Ingram bardzo się martwi o przyjaciółkę i jednocześnie stara się zachowywać spokój ze względu na dziewczynki. Jedna z nich siedzi teraz na tarasie i zmusza lalkę do mycia nieistniejącej podłogi w kuchni.

– Czy zauważyła pani coś dziwnego, kiedy po raz ostatni widziała się z panią Haney?

– Nie przypominam sobie nic takiego. Była ubrana jak do miasta i właśnie wróciła z centrum handlowego. Odebrała Barbarę, którą zostawiła u mnie na dwie godziny.

– Czy to normalne? To znaczy często zostawiała u pani córki?

– Och, tak. Uwielbiam dziewczynki. – Delikatne drżenie ust. Pani Ingram nie ma własnych dzieci. – Nie miałam nic przeciwko temu. Zaczynam pracę dopiero przed południem, a Joyce znacznie łatwiej robić zakupy, kiedy musi pilnować tylko jednego dziecka.

– Czy po powrocie pani Haney z centrum handlowego jej zachowanie wydało się pani pod jakimkolwiek względem nietypowe?

– Sprawiała wrażenie, jakby bardzo jej się spieszyło. Trzymała Lily na rękach i miała ze sobą dużą torbę zakupów. Zamieniłyśmy dosłownie dwa zdania. Zapytała, czy Barbara była grzeczna, odpowiedziałam, że tak, na co ona, że musi iść szykować lunch, więc jej nie zatrzymywałam… – Pani Ingram zagląda do szklanki z napojem gazowanym, jakby ta była kryształową kulą. – Mój Boże, nawet nie chcę myśleć o tym, co się tam mogło stać… Tyle krwi…

– Na pewno bardzo się pani przestraszyła.

– Właśnie wróciłam z pracy i poprawiałam makijaż. Nagle usłyszałam płacz Lily. Mała darła się wniebogłosy i trochę to trwało, dlatego po pewnym czasie wyszłam na dwór. Drzwi były otwarte, Ruby stała na trawniku przed domem i wrzeszczała jak harpia. Pomyślałam… – Wahanie. – Od razu wiedziałam, że coś się stało Joyce. Może pan to nazwać kobiecą intuicją.

Pod ciężkimi od tuszu rzęsami pani Ingram szklą się łzy.

– Jeśli chodzi o ilość krwi, to tylko złudzenie. Zwykle nie jest aż tak źle, jak to wygląda – zaznacza prędko Mick, byle gospodyni się nie rozpłakała. – Oczywiście trudno wyrokować, ale wiele wskazuje na to, że pani Haney została tylko ranna.

– Czy to możliwe, że ją uprowadzono?

– To jeden ze scenariuszy, które bierzemy pod uwagę – przyznaje Mick. – Mogła też się zranić i wyjść z domu w poszukiwaniu pomocy. Sprawdzamy okoliczne szpitale.

– Mogła mnie wezwać. Albo Laurę.

– Laurę Kettering? Przyjaźni się z Joyce?

Pani Ingram robi lekko nadąsaną minę.

– Jest wspaniałą sąsiadką, ale… poświęca bardzo dużo czasu prowadzeniu domu. Jej mąż pracuje na kierowniczym stanowisku w branży filmowej i tyra jak wół. Mają trójkę małych dzieci, co mocno ogranicza ich życie towarzyskie. Laura i Joyce przyjaźnią się, owszem, ale nie są tak blisko ze sobą jak Joyce i ja.

Mick poprawia się w fotelu, który cicho skrzypi pod jego ciężarem.

– Dlaczego uderzyła pani Ruby?

Na starannie upudrowaną twarz pani Ingram pada cień obrzydzenia.

– Bo wpadła w histerię. I straciła panowanie nad dziewczynkami. Barbara zamoczyła dłonie w krwi, a Lily… mój Boże, była brudna i naga jak dziecko ulicy. Musiałam przejąć kontrolę nad sytuacją.

– Panna Wright sprząta u pani?

– Mniej więcej od dwóch lat Ruby jest moją pomocą domową.

– Jak często przychodzi?

– W poniedziałki, środy i piątki. Pracuje od pierwszej do wpół do piątej.

Mick odruchowo rozgląda się po wnętrzu parterowego budynku. Co tu można sprzątać przez ponad dziesięć godzin w tygodniu?

– Kończy u pani i idzie do Haneyów?

– Kiedy Joyce i Frank się wprowadzili i zapytali, czy znam kogoś do pomocy przy utrzymaniu czystości, poleciłam im Ruby. Joyce pedantycznie dba o porządek, a przy dwójce małych dzieci… – Uśmiecha się uprzejmie. – Gdybym mogła się poświęcić prowadzeniu domu, zatrudnianie pomocy nie byłoby konieczne. Ale niestety, po śmierci męża… Pracuję w miejscowej agencji nieruchomości, zajmuję się prezentacją lokali.

Mick wypija łyk napoju, który w ciemnożółtej szklance wygląda jak mocno sfermentowana próbka moczu.

– Opowie mi pani o małżeństwie Haneyów?

– Och, Frank to cudowny człowiek. Bardzo troskliwy i przywiązany do żony. Haneyowie są szczęśliwą parą. Nawet… – Kilka razy szybko zamyka i otwiera powieki. – Nawet nie chcę sobie wyobrażać…

Mick odstawia szklaneczkę i wstaje. Niczego więcej się nie dowie.

– Dziękuję – mówi. – Proszę do nas zadzwonić, jeżeli przypomni sobie pani coś ważnego.

Okazuje się, że zastawił go wielki czarny pontiac. Mick klnie pod nosem, wsiada do swojego auta i manewruje, by uwolnić się z pułapki. Spogląda w stronę drzew i widzi rząd kapeluszy i sukienek. Przyjaciele Joyce Haney szukają zagubionej owieczki Sunnylakes.

To podsuwa mu pomysł. Gasi silnik w połowie manewru, wysiada i rusza w kierunku domu, w którym, jak mu się zdaje, mieszkają państwo Ketteringowie. Gdy jest już prawie na miejscu, spomiędzy drzew wyłania się kobieta i zaczyna iść przed nim, chowając do torebki złożoną kartkę. Kiedy orientuje się, że nie jest sama, nagle zatrzymuje się i pyta:

– A pan to kto?

Mick unosi kapelusz.

– Detektyw Michael Blanke, policja Santa Monica. A pani?

– To chyba nie powinno pana interesować.

Ależ interesuje mnie, a jakże, myśli Mick. Przygląda się rozczochranym włosom kobiety, jej znoszonym butom na płaskim obcasie i turkusowemu żakietowi, który ostro się gryzie z fioletową spódnicą. Jest raczej młoda, ale nie sposób nie dostrzec przygnębienia wypisanego na jej twarzy.

– Wyszła pani z tego domu? – pyta Mick.

– Jestem tu po to, żeby pomóc w poszukiwaniach.

– Sąsiadka?

– Nie – obrusza się.

– Wobec tego może przyjaciółka rodziny? Co to za kartka, którą schowała pani do torebki?

– Ulotki.

– Czy mogę…

– Deena! Tu jesteś!

Odwraca się. Jedna z kobiet odłączyła się od grupy. Ma jasnozieloną sukienkę, białe rękawiczki i poważną minę.

– Czekamy na ciebie – mówi do kobiety o imieniu Deena. – Pierwsza ekipa już wyruszyła. Możesz ich dogonić albo zaczekać z Laurą. Zostanie tu na wszelki wypadek.

– Chodzi o Laurę Kettering? – pyta Mick.

Dopiero wtedy zaszczyca go spojrzeniem.

– Zgadza się, proszę pana. Czy pan z policji?

– Detektyw Michael Blanke, psze pani. Czy mogę poznać pani nazwisko?

– Doskonale. – Posyła mu smutny uśmiech. – Bardzo się martwimy o Joyce. Nazywam się Genevieve Crane, a to – wskazuje ponurą kobietę, która reaguje odwróceniem wzroku – jest Deena Klintz.

– Przyjaciółka Joyce?

– Jak my wszystkie – wyjaśnia pani Crane. – Prowadzę Komitet na rzecz Rozwoju Kobiet, oddział w Sunnylakes. Zapewne chciał pan rozmawiać z Laurą. Proszę za mną, zapoznam was.

Laura Kettering, żona pracownika szczebla kierowniczego w branży filmowej oraz pani dwupiętrowej willi w stylu nawiązującym do budownictwa sprzed wojny secesyjnej, jest drobną, spłoszoną kobietką o zaczerwienionych oczach. Pani Crane przedstawia Micka jako funkcjonariusza policji, co wywołuje kolejny potok łez.

– Coś okropnego. – Pani Kettering szlocha. – W dodatku w naszej dzielnicy. Po prostu straszne.

– To prawda – potwierdza Mick. – Ale dotrzemy do sedna sprawy. Czy zauważyła pani wczoraj coś nietypowego?

– Nie. Byłam w domu, z dziećmi.

– Nie dostała pani telefonu z prośbą o odebranie… – sięga do pamięci – …Barbary?

– Właśnie to jest w tym najgorsze. Joyce zawsze dzwoniła z wyprzedzeniem. Gdybym wiedziała… – Przechodzi ją dreszcz. Pani Kettering ścisza głos. – Sądzi pan, że została… zgwałcona?

– Nie zakładajmy najgorszego – zaznacza pani Crane, lecz mimo to na jej oblicze pada ponury cień. – Lauro, po prostu odpowiadaj na pytania pana detektywa.

– Co może mi pani powiedzieć na temat małżeństwa Haneyów?

Pani Kettering spogląda na niego w osłupieniu.

– Co pan ma na myśli?

– Czy jest szczęśliwe? Czy Joyce kiedykolwiek zwierzała się pani z problemów?

– O ile mi wiadomo – wtrąca pani Crane – Joyce jest szczęśliwa w małżeństwie.

– Pomijając typowe problemy – dodaje pani Kettering.

– To znaczy?

– Och, nic takiego – dopowiada prędko pani Crane. – Frank ciężko pracuje, a Joyce przez pewien czas nie mogła dojść do siebie po narodzinach Lily. Lekki baby blues, wie pan. Lekarz przepisał jej tabletki i jakoś się pozbierała. Zawsze byli szczęśliwą parą.

– A dzieci? – odzywa się pani Kettering. – Czysta słodycz. Zawsze elegancko ubrane. Joyce ma świetne oko do kolorów. Widział pan, jak urządziła salon? Wprost…

– Znała ją pani, zanim się tu sprowadziła?

– Nie.

– Czy kiedykolwiek opowiadała o swojej przeszłości?

Pani Kettering zerka na panią Crane, która odpowiada za nią.

– Rzadko. O ile mi wiadomo, wychowała się w Filadelfii pod okiem przybranych rodziców. Jej właśni zmarli, kiedy była mała. Pracując w sekretariacie, poznała Franka, pobrali się, a potem urodziła im się Barbara. Przeprowadzili się do Sunnylakes przed dwoma laty, gdy Frank dostał awans. Mieli już dosyć deszczowej pogody.

– Na pewno ucieszyła się pani z takich sąsiadów… – Mick zwraca się do Laury Kettering.

– O tak. Poczułam się znacznie bezpieczniej, gdy w pobliżu zamieszkali ludzie godni zaufania. – Uchodzi z niej powietrze. – Ale teraz…

– Proszę się tak nie zadręczać.

– Właśnie – przytakuje pani Crane, posyłając Mickowi żarliwe spojrzenie. – Detektyw i jego ludzie na pewno zrobią wszystko, żeby odnaleźć Joyce.

Mick uchyla kapelusza i rozgląda się za Deeną Klintz. Musiała się ulotnić. Wraca do swojego buicka, wsiada i odjeżdża, mocno zaciskając dłonie na kierownicy.

W gabinecie zdejmuje marynarkę i ciska kapelusz w kąt. Na koszuli pod pachami ma plamy od potu, a wokół szyi mokry krąg, który wygląda jak cholerna wodna garota. Kładzie nogi na biurku – bo mu wolno – zamyka oczy i poświęca kilka minut na myślenie o niebieskich migdałach.

Joyce Haney. Kobieta, która zniknęła. Skąd krew? Walczyła z kimś? Z włamywaczem? A może po prostu poślizgnęła się i uderzyła w głowę? Wyszła chwiejnym krokiem na palące słońce i zaczęła iść ulicą, niezauważona przez nikogo? Czemu kazała córce zaczekać na zewnątrz?

Śpioszki. Przegapił trop i teraz nie może się pozbyć wątpliwości oraz dręczącego poczucia, że coś tu nie gra. Tylko co? W desperacji łapie za telefon i wykręca numer żony.

Fran odbiera błyskawicznie.

– Halooo, rezydencja państwa Blanke’ów.

Fran go nie widzi, dlatego Mick może sobie pozwolić na przewrócenie oczami.

– Może od razu królestwo Micka? Albo Pretensjonalny Pałac?

– Co cię gryzie?

Mick wzdycha.

– Czemu odbierasz telefon, jakbyśmy byli Rockefellerami?

– A co mam mówić? Dom spokojnej starości dla skompromitowanych detektywów?

Komentarz żony dotyka go do żywego. Mick ma ochotę odpowiedzieć czymś równie kąśliwym, ale nie ma okazji, bo Fran wpada w słowotok.

– Kochanie, jestem naprawdę zajęta. W sobotę Prissie bierze udział w pokazie cheerleaderek, a Sandy nie jest pewna, czy da radę dotrzeć, bo przecież po południu są korki. Ale mówi, że może przyjadą razem z Bradem. Dlatego planuję wystawną kolację. Jak myślisz, co będzie lepsze: kurczak czy jagnięcina?

– Obojętnie…

– Ale co byś wolał?

– Nie wiem. – Mick uciska nasadę nosa. – Dopiero wtorek.

– No chyba wiesz, co lubisz? – Przez ułamek sekundy cisza na łączach. – Lubisz kurczaka.

– Fran. – Zaciska palce na słuchawce, aż trzeszczy plastik. – Przestań z tym kurczakiem. Jestem w pracy.

– Ja też, kochanie.

Mick ponownie zamyka oczy i bierze głęboki, bardzo głęboki oddech. W takich chwilach jak ta żałuje, że nie pali. Dobrze by mu zrobiło, gdyby mógł się teraz długo zaciągnąć śmierdzącym, smolistym dymem.

– Przecież ty nie pracujesz – odzywa się w końcu.

– Czyżby? Określenie „prace domowe” nic panu detektywowi nie mówi? A może myślisz, że pichcę ci kolacyjki dla przyjemności?

Krótko po przeprowadzce do Santa Monica Fran odkryła miejscowy oddział Komitetu na rzecz Rozwoju Kobiet. Zaczęła regularnie chodzić na spotkania i rzeczywiście, jej życie się rozwinęło – w każdym razie zdecydowanie zmieniło się na lepsze – czego Mick nie mógł powiedzieć o własnym…

– Fran. – Mick odpuszcza i przechodzi do sedna. – Jak długo Sandy i Priscilla nosiły najmniejsze śpioszki?

– Przeważnie przez kilka godzin, dopóki nie przydarzyło się małe co nieco.

– Fran. Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Ile miały miesięcy, kiedy przestały się w nie mieścić?

– Jakieś cztery.

– Nie były starsze?

– Nie. Zwłaszcza Sandy. Miała długie nogi i paznokietkami robiła dziury w materiale.

– Czy te śpioszki się brudziły?

– Mick. – W głosie Fran słychać oburzenie. – Nie byłeś zbytnio zaangażowanym ojcem, ale nawet ty powinieneś pamiętać…

– Spierały się?

– Jaki materiał?

– Hę?

– Z jakiego materiału uszyto śpiochy, które znalazłeś?

Mick uśmiecha się pod nosem. Fran to cwana sztuka.

– Z czegoś miękkiego – mówi. – Nie miało splotów. W dotyku jak ręcznik, ale bez tych takich węzełków.

– Flanela. Co tak naprawdę chcesz wiedzieć?

– Da się stwierdzić na oko, czy śpioszki są nowe? Po czym poznać, że przechodziły z niemowlaka na niemowlaka?

– Nie można prać flaneli w zbyt wysokiej temperaturze, bo się zbiegnie. W przypadku znoszonych śpiochów spodziewałabym się mniejszych lub większych odbarwień.

Aha. Zatem śpiochy były nowe. Maleńkie stópki lśniły żywą bielą.

– Chyba że mowa o sanforyzowanej flaneli – zaznacza Fran.

– Słucham?

– No wiesz. Sanforyzacja.

– Nie wiem…

– Kiedy naukowcy przepuszczają tkaninę przez jedną z tych swoich maszyn – wyjaśnia zniecierpliwiona. – Wtedy możesz ją prać w dowolnej temperaturze i nie traci koloru.

– Świetnie.

– Cieszę się. To co będzie? Kurczak czy…

– Nie teraz, Fran.

Odkłada słuchawkę. Wrócił do punktu wyjścia.

Nie, nie całkiem. Jest jeszcze jedna osoba, z którą musi pilnie porozmawiać.

Bierze notes i idzie do kuchni. Wybiera dwa najmniej wyszczerbione kubki, starannie odmierza wodę, następnie parzy nieco mocniejszą niż zwykle kawę z dużą ilością mleka i cukru. Czeka go najtrudniejsze zadanie tego dnia: rozmowa z Ruby Wright.

5 Ruby

Policjanci zjawiają się po południu i zabierają ją do nowej celi. Ruby trzęsie się przez całą drogę. Nie jest w stanie nad tym zapanować. Drżą jej kolana. Dygot odbija się echem w żołądku. W nocy zwróciła wszystko, co zjadła w ciągu dnia. Na przemian płakała, modliła się i drżała ze strachu przed każdym dźwiękiem.

W nowej celi nie ma metalowego łóżka i toalety, w której nie można spuścić wody i z którą nie rozstawała się przez długie godziny; są za to stół i trzy krzesła. Policjanci sadzają ją i zdejmują jej kajdanki. Potem wychodzą. Jeden z nich staje na straży przy drzwiach; przez siatkowe okno Ruby widzi jego czapkę z daszkiem i krótko przycięte włosy.

Wstrząsa nią kolejny dreszcz. Ruby walczy z paniką, usiłuje zgnieść ją jak pusty karton po mleku. Nic to nie daje. Ruby wie, że kobiety takie jak ona nie wychodzą z takich cel jak ta, a jeśli nawet im się udaje, już nigdy nie są sobą.

Słyszy kroki na korytarzu i stłumione fragmenty rozmowy. Składa dłonie na podołku i odmawia pospieszną modlitwę. Panie, zbaw mnie ode złego. Panie, pozwól mi dziś wrócić do rodziny. Panie, spraw, bym wyszła stąd żywa. Proszę cię, Panie.

Otwierają się drzwi i do celi wchodzi ubrany trochę flejtuchowato mężczyzna z dwoma kubkami kawy. Ma jasnoniebieskie oczy o przeszywającym spojrzeniu, którego Ruby nauczyła się bać. Stawia kubki na stole obok magnetofonu i przysuwa sobie krzesło. Siada naprzeciwko Ruby.

– Dzień dobry, panno Wright – odzywa się. – Nazywam się Mick Blanke, jestem detektywem policji w Santa Monica. Pomyślałem, że zechce się pani napić kawy.

Przesuwa kubek po blacie. Ruby wbija wzrok w naczynie, żeby nie musieć patrzeć na mężczyznę. Detektyw sięga po drugi kubek i wypija łyk kawy. Potem włącza nagrywanie w magnetofonie.

– Przesłuchanie w sprawie Joyce Haney. Jest wtorek, dwudziesty piąty sierpnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku. Godzina siedemnasta. Osoby obecne przy przesłuchaniu to detektyw Michael Blanke oraz panna Ruby Wright, zamieszkała przy Trebeck Row w Los Angeles. Panno Wright, czy zechciałaby pani opowiedzieć o tym, co się wydarzyło wczoraj po południu?

Ruby trzyma się mocno siedziska krzesła, jakby było tratwą ratunkową. W jej gardle tkwi coś gorzkiego, co sprawia, że nie jest w stanie wydusić słowa. Myśli tylko o jednym – że wszystko, co powie, trafi na taśmę i potem puszczą to nagranie w sądzie, i zapuszkują ją do końca życia. Albo gorzej.

– Panno Wright – próbuje ponownie detektyw. – Sprawa jest poważna. Została pani aresztowana w miejscu, w którym prawdopodobnie popełniono brutalną zbrodnię. Jeśli będzie pani współpracować, dopilnuję, by w ciągu godziny wróciła pani do domu.

Zawsze tak mówią, to oczywiste. Puść farbę, dziewczynko. Zaufaj białemu tatusiowi, kiedy zapewnia, że wszystko będzie dobrze.

O nie, nie da się nabrać. Przysięga na duszę matki. Nie ma mowy.

Burczy jej w brzuchu. Detektyw unosi brew.

– Znowu głodna?

Znowu? Rano wsunęli kanapkę przez prostokątną szparę w drzwiach. Kiedy do niej zajrzała, zobaczyła spleśniały ser i lśniącą plwocinę. Oczywiście nawet tego nie tknęła, a gdy jeden z policjantów wrzasnął: „Żryj, niewdzięczny czarnuchu!”, podzieliła kanapkę na mniejsze części, wrzuciła je do toalety i przykryła nasiąknięte okruchy ostatnimi dwoma listkami papieru.

Detektyw wzdycha.

– Proszę chwilę zaczekać.

Wyłącza magnetofon, wychodzi z celi i wraca po dwóch minutach, niosąc butelkę coli i pojemnik na lunch z obrazkiem chevroleta na wieczku. Butelka jest zamknięta. Detektyw wręcza ją Ruby i zdejmuje otwieracz z kółka breloka.

Ruby ogląda butelkę ze wszystkich stron, szukając śladów, które potwierdziłyby, że ktoś przy niej majstrował, ale nie znajduje niczego takiego i w końcu podważa kapsel. Od bąbelków pusty żołądek zaczyna podjeżdżać jej do gardła, ale mimo to Ruby pije colę długimi haustami.

Opróżnia butelkę i dopiero wtedy dostrzega utkwione w niej spojrzenie detektywa. Jest w nim sporo gniewu, ale zdaje się, że ta złość nie jest wymierzona w nią.

– No dobrze – odzywa się detektyw. – Jak pani widzi, nie włączyłem nagrywania. Proponuję luźną rozmowę, zanim cokolwiek trafi na taśmę.

Ruby siedzi nieruchomo.

– Proszę posłuchać. Jeśli chodzi o aresztowanie… To nie powinno się wydarzyć. Postaram się, żeby panią zwolniono, ale musi mi pani pomóc. Była pani pierwsza na miejscu zdarzenia i to, co pani widziała, może mieć ogromne znaczenie dla śledztwa. Wiem, że nasza współpraca kiepsko się zaczęła, ale… – Wzrusza ramionami.

Ruby siedzi i czeka. Słodki musujący kop ją otrzeźwił.

– Czy mogę dla pani zrobić coś jeszcze? – pyta detektyw.

Tak, zadzwoń do mojego tatka i powiedz mu, że wszystko gra. Kup mi bilet na autobus. Oddaj mi torebkę i moje rzeczy, ty mendo. Pozwól mi się umyć.

Detektyw tłumi kolejne westchnienie.

– Panno Wright, w moim odczuciu jest pani jedynie świadkiem zdarzenia. Nie musi pani nic mówić, ale bardzo by mi pomogło, gdyby jednak zdecydowała się pani ze mną porozmawiać. Mogę wezwać prawnika, jeśli dzięki temu poczuje się pani lepiej.

Łzy napływają jej do oczu. Z całej siły zaciska zęby, żeby się nie rozpłakać. Byle się nie rozbeczeć. Nie tutaj, nie przy tym człowieku.

Detektyw robi zaniepokojoną minę.

– Poinformowano panią, że przysługuje pani prawo do adwokata, prawda?

Otóż nie. Zresztą, co za różnica? To, że przysługuje jej prawo do diademu z brylantami, nie oznacza, że go dostanie.

Detektyw mieli w ustach coś, co brzmi jak przekleństwo. Potem odchyla się na krześle.

– Niech pani posłucha. Martwię się o los pani Haney. To, co się wydarzyło, nie układa się w sensowną całość, nie sądzi pani?

– A co się właściwie wydarzyło?

Powinna palnąć się w czoło. Miała nic nie mówić. Na szczęście magnetofon nie jest włączony, choć to właściwie bez znaczenia. Jeśli będą chcieli ją oskarżyć, na pewno znajdzie się odpowiedni paragraf.

– Nie odnaleźliśmy ciała, jeśli o to pani pyta. – Obserwuje jej reakcję. – Wiemy, że rano pani Haney wybrała się na zakupy, a po powrocie do domu zamierzała przygotować lunch i położyć Lily na przedobiednią drzemkę. Kolejne godziny to biała plama, aż do momentu, w którym spotkała pani Barbarę.

Coś ściska Ruby w żołądku, niekoniecznie z głodu. Joyce. Co się z nią, na Boga, stało?

– Skończyła pani pracę u pani Ingram nieco później niż zwykle, zgadza się?