Awaria uczuć - Joanna Kruszewska - ebook + audiobook + książka

Awaria uczuć ebook i audiobook

Joanna Kruszewska

3,8

Opis

CZEGO PRAGNĄ KOBIETY?

Życie Matyldy na pierwszy rzut oka wydaje się idealne: wspaniały, oddany jej bez reszty chłopak, świetna praca w dużej firmie, oparcie wśród koleżanek. Czego chcieć więcej? Niestety pewnego dnia wszystko staje na głowie: zamiast oczekiwanego awansu dostaje wypowiedzenie, Paweł musi wyjechać na rok za granicę, rzekoma przyjaciółka okazuje się wrogiem , dolegliwości żołądkowe nie są grypą…. Na dodatek na horyzoncie pojawia się dawna miłość. Jak Matylda poradzi sobie z przeciwnościami losu? I czy to aby na pewno są przeciwności…?

JEŚLI PRAGNIESZ:

Lektury ciepłej i optymistycznej, ale bez cukierkowej słodyczy; historii, która mogłaby przydarzyć się każdej z nas, opowieści o szukaniu własnego szczęścia, które często mamy przed oczyma, ale nie zawsze je dostrzegamy -

TO JEST TO KSIĄZKA DLA CIEBIE.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 42 min

Lektor: Joanna Kruszewska

Oceny
3,8 (49 ocen)
12
18
14
5
0

Popularność




 

 

 

 

 

Copyright © Joanna Kruszewska

 

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2020

 

eISBN 978-83-66481-47-3

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Swój” lakier, szampon, fryzjer, krem do twarzy… Jest cała lista rzeczy, które człowiek latami testuje i dopasowuje do własnych, najwłaśniejszych wymagań. Testy dosyć często prowadzą do godnych pożałowania następstw. Na przykład do uczulenia na jakiś magiczny, gorąco polecany przez koleżanki preparat, który potrafi wszystko. Sprawi, że – jak głosi dołączona do niego ulotka – skóra stanie się bardziej odporna na stres, a zarazem delikatniejsza, zrelaksowana i promienna. Reklamowe banialuki i tyle. Banialuki, bo po zastosowaniu okazuje się zwykle, że wymienione w ulotce zalety nijak się mają do rzeczywistości. Kosmetyk zaś jedno potrafi na pewno: przyozdobić – twarz na ten przykład – fantazyjnymi plamami. We wszystkich odcieniach czerwieni i różu.

A opłakane w skutkach próby w tzw. salonach piękności? Zbyt rozpędzone nożyczki fryzjera albo kosmetyczka z ambicjami na charakteryzatorkę do najgorszych, czy może najlepszych – zależy, z której strony na to patrzeć – horrorów, gotowa wyregulować kobiecie brwi na wzór zombie, to tylko dwa z brzegu przykłady na potwierdzenie tezy o złudności obietnic.

No i wreszcie „swój” facet.

Przy testowaniu kolejnych egzemplarzy tego gatunku również można się nabawić zmian wszelkiego rodzaju. Zdaje się nawet, że o wiele gorszych niż dwu lub trzydniowa pokrzywka. Uczuleniowa opuchlizna po jakimś czasie przecież schodzi.

Włosy odrastają.

Ale skrzywienie charakteru czasami zostaje do końca życia. Uboczny efekt ciągłego pochylania się nad wybrankiem serca, skłonność do postrzegania rzeczywistości przez pryzmat potrzeb drugiego człowieka. Niekoniecznie tak bliskiego, jakim mógł się na początku wydawać.

Jedno jest pewne: w aptece antidotum na skrzywioną psychikę się nie znajdzie.

Matylda snuła rozważania na temat damsko-męskich relacji już od jakiegoś czasu, wpatrując się w tego, który je wywołał. Przesuwała kosmyk włosów za ucho i zastanawiała się, na ile ten tu osobnik jest w stanie ją skrzywić. No, odgiąć od normy, jej normy oczywiście. Byli w nieformalnym związku już od trzech lat, więc gdyby się miały pojawić jakieś skrzywienia, to chyba już by je zarejestrowała, prawda? Chociaż – Matylda podwinęła nogi pod siebie i usadowiła się wygodniej w fotelu – może takie zmiany przychodzą powoli, tak, że nie sposób ich zauważyć? W tym momencie myśli wprowadziły ją na tory, których zdecydowanie unikała. Unikała, bo nie lubiła. Matylda Bięcka była bowiem osobą przewidywalną, ściśle planującą wszystko i omijającą szerokim łukiem wszelkie przykre niespodzianki. Udawało jej się to w dużej mierze właśnie dzięki temu, że potrafiła – jak żartowali znajomi – sięgać wyobraźnią w kilku kierunkach. Po prostu nauczyła się opracowywać plany awaryjne w takiej ilości, aby nic nieoczekiwanego nie sprowadziło jej z jasno wytyczonego kierunku jazdy. Zakręty, omijanie, owszem, ale żadne znaki stopu czy zakazu na życiowej drodze nie wchodziły w grę.

Paweł, rozsiadłszy się wygodnie na kanapie i położywszy długie nogi na stoliku, zdawał się nie zauważać rzucanych na niego spojrzeń, bo pochłonęły go całkowicie i bez reszty rozgrywki piłkarskie.

– Pawle, przycisz odrobinę – rzuciła amatorka testów znad laptopa.

– Uhm. – Puszka z niedopitym piwem stanęła na stoliku i Paweł zaczął macać naokoło siebie w poszukiwaniu pilota, a nie znalazłszy go, przysunął się do telewizora i przyciszył ręcznie, ani razu nie spuszczając wzroku z ekranu.

– Strzelaj, strzelaj, na co czekasz… – mruczał wyraźnie zniecierpliwiony brakiem postępów ulubionej drużyny.

Matylda porzuciła na chwilę pracę na rzecz konstruktywnych przemyśleń i podsumowań.

Egzystowali obok siebie i ze sobą już od dobrych paru lat. Hołdowali tym samym zasadom, dogadywali się zarówno w kwestii przyszłości, kryzysu gospodarczego, jak i wybranych dzieł kinematografii. Mieli także podobny stosunek do pracy.

I bardzo dobrze, bo to praca zajmowała w ich życiu miejsce pierwsze i najważniejsze. Ustalili, czy może samo się ustaliło, że dopóki nie zgromadzą odpowiednich funduszy, nie ma mowy o zalegalizowaniu związku. Wprawdzie bywały chwile, kiedy Matylda – dopatrzywszy się w lustrze kolejnej zmarszczki na swoim trzydziestotrzyletnim obliczu – wklepywała kolejny, cudowny preparat regenerujący skórę z napisem już (już!) „30 plus” i zaczynała się zastanawiać, co kryło się pod określeniem „odpowiednie fundusze”. I czy nie leży to czasami w sferze daleko przekraczającej ich fizyczne możliwości. Będąc jednak osobą twardo stąpającą po ziemi i daleką od snucia pesymistycznych wizji, rozpraszała wątpliwości jednym, małym machnięciem ręki. Gestowi temu towarzyszyło zazwyczaj pospieszne zerknięcie na zegarek. Wiadomo, czas…

Dzisiaj zrobiła podobnie.

Niech sobie baby w pracy gadają, że się zmieniła, że nie jest już taka, jak kiedyś, że to pod wpływem stałego związku traci siebie, i inne takie tam pierdoły. A właśnie, że nie traci. Jest taka jak zawsze. I kropka. Zapisz, zamknij, start, zamknij, enter. Dobranoc.

– Zostajesz dzisiaj? – odsunęła nogi Pawła i odłożyła w bezpiecznej odległości swój bezcenny sprzęt.

– Tiaa, już późno, obejrzę sobie do końca, ale ty idź spać, nie czekaj na mnie. – Cmoknąwszy Matyldę przelotnie w brodę, z powrotem wlepił oczy w ekran, na którym dwudziestu dwóch dorosłych facetów w krótkich spodenkach bezskutecznie próbowało posłać piłkę do bramki przeciwnika. Przecież to niepoważne – zauważyła w myślach Matylda – chociaż z drugiej strony może to najlepszy sposób na uwolnienie się od nadmiaru testosteronu? Kto wie? Ziewnęła ze zmęczenia i ruszyła do łazienki, magicznego miejsca, gdzie można było spłukać trudy dnia i nakremować się odżywczo na spokojną i zazwyczaj krótką noc. Krótką, bo bladym świtem trzeba było podnieść raczej średnio wypoczęte członki i ruszyć znowu do wyścigu.

W tym „wyścigu szczurów” – jak go z przekąsem nazywali zazdrośni – chętnie i z własnej nieprzymuszonej woli zaczęła uczestniczyć kilka lat temu. Zaczynała od miernie płatnej posadki szarego konsultanta, ale dzięki wytrwałości i niezliczonej ilości kursów wdrapywała się po szczeblach drabiny władzy coraz wyżej. Nie bez znaczenia był też fakt, że robiła to z uporem osła i pracowitością nie jednej, ale całego stada mrówek. Zadzierała kusą spódniczkę i wyciągała długie nogi o wiele szybciej niż koledzy próbujący stanąć jej na drodze. O nie, płeć nie miała najmniejszego znaczenia. A może właśnie miała…? Może właśnie dzięki temu, że na Matyldę przyjemnie było popatrzeć, jak pochylała małą głowę nad ważnymi papierzyskami, jak marszczyła w skupieniu czoło, jednocześnie mrużąc oczy zwyczajem krótkowidza. Nie da się ukryć, że jej osoba stanowiła o wiele przyjemniejszy widok niż przedstawiciele płci przeciwnej. Zwłaszcza jeśli przełożony miał wyszukany gust i cenił wrażenia estetyczne. Jedynie kwestią czasu było zauważenie przez szefa sporego potencjału, który kryło na dodatek to urocze opakowanie, i w efekcie właściwie samoistna redukcja konkurencji.

Matylda z namaszczeniem wklepywała krem przeciwzmarszczkowy, nowo nabyte cudo, które pozostawało na twarzy do rana, choćby nie wiadomo jak przewracała się po poduszce.

No, cudo po prostu.

Okolice oczu kolejną tubką z półki.

Jeszcze uda. Trzeba pamiętać. I wcierać specyfiki ze zdwojoną siłą, bo to już lato za pasem. A za niecałe dwa miesiące urlop. Sapnęła pod nosem, katując szczupłe nogi. Nie ma co, genetyczne obciążenie było zbyt duże, żeby mogła pozwolić sobie na ryzyko. Rodzice, oboje, przypominali wyglądem dobroduszne misie. Mama miś była okrągła właściwie od zawsze, tata zmisiał, gdy przeszedł na emeryturę. Ona nie zmisieje.

Co to, to nie.

Rzuciła krytycznym okiem na swoje odbicie w lustrze i skonstatowała z zadowoleniem, że nie jest źle.

 

* * *

 

Majowe słońce z uporem maniaka wciskało się już od jakiegoś czasu pod powieki. Kazało otwierać oczy i pod żadnym pozorem nie marnować świeżo obudzonego dnia. Kolejnego ciepłego dnia, który niósł ze sobą kolejne wyzwania. Matylda jednak, rzuciwszy okiem na okrągły budzik, stwierdziła, że nic się wyzwaniom nie stanie, jeśli sobie jeszcze ze dwadzieścia minut poczekają. Bo co? Że niby na mocy stracą? Nieeee. A dzisiaj pościel była wyjątkowo przytulna, jakiś sen jeszcze ostatkami wspomnień majaczył jej w głowie niewyraźnie, ale na tyle przyjemnie, że zaczęła się bezwiednie uśmiechać.

– Przeciągnij się jeszcze ze dwa razy i wstawaj, robię tosty. – W drzwiach stanął Paweł. Jeden ręcznik opasywał mu biodra, drugim wycierał zdecydowanymi ruchami włosy. – Chociaż tak apetycznie wyglądasz, że mam ochotę zamiast tostów zjeść… coś innego.

– Uaaa – przeciągnęła się posłusznie, jednocześnie odsuwając go kategorycznie od siebie – mokry jesteś. Rano nie jadam tostów. Pamiętasz?

– Mmm, lubię cię rano, taką zaspaną, mięciutką – mruczał jej do ucha.

– Ja też cię lubię rano. Zimnego, mokrego i w ogóle. – Odepchnęła go znowu, po czym wyskoczyła z łóżka. – Czas, czas goni, Pawełku.

Matylda codziennie rano wmawiała sobie (skutecznie – trzeba przyznać) że sucharki z sezamem to coś, co uwielbia. A jeszcze sucharki posmarowane serkiem o zerowej zawartości tłuszczu, obłożone jednym plasterkiem przeźroczystej wędliny i górą warzyw były po prostu spełnieniem marzeń.

Tyle że tym marzeniom poważnie zagrażały śniadania z Pawłem. Mizerne dwa sucharki plus zielona herbata stawały w opozycji do jajecznicy na boczku albo tostów z żółtym serem, roztopionym do granic możliwości. I uczciwie trzeba przyznać, że przegrywały sromotnie. Albowiem Matylda, łykając swój niskokaloryczny posiłek, dostawała jednocześnie potężnego ślinotoku, a nie znajdując na to żadnej rady, bo niby jak zawładnąć odruchem bezwarunkowym, wpadała we wściekłość. A tę z kolei wyładowywała na zadowolonym z siebie i objadającym się bezwstydnie Pawełku.

Może dlatego, że ciężko im było pogodzić niektóre przyzwyczajenia, wciąż odkładali decyzję o zamieszkaniu razem? A może powodem było to, że każde z nich miało mieszkanie blisko miejsca swojej pracy i dojeżdżanie z drugiego końca miasta w godzinach szczytu żadnemu z nich się nie uśmiechało?

Trudno rozstrzygnąć.

W każdym razie mieli po dwa komplety szczoteczek, golarek i najbardziej niezbędnych akcesoriów toaletowych.

 

– Matyldaaaaa! Czekaj, gdzie pędzisz? Uf, uf, uuufff, tak ci się pali do pracy, czy jest… uff… jakiś inny powód twojego pośpiechu? – Do windy wpadła zdyszana, filigranowa postać.

– Może powiesz mi, dlaczego faceci mogą zjeść konia z kopytami, popić to hektolitrami piwa, na deser wchłonąć tryliony kalorii i wyglądać jak z żurnala? – sapnęła Matylda w odpowiedzi na powitanie, mocując się jednocześnie z teczką i torebką. W tej ostatniej wybrzmiewały właśnie takty Dawnej dziewczyny. – No, co tam, Pawełku? Czego nie wzięłam? Zadzwoń za chwilę, bo jestem w windzie. Nic nie słyszę.

– Paweł nocował u ciebie – zawyrokowała Weronika – i znowu się zastanawiasz nad niesprawiedliwością losu.

– Jakbyś zgadła, czasami po prostu szlag mnie trafia. A zwłaszcza w tych dniach, kiedy zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju pyszności mam o wiele większe. Uch.

– Moja droga, nie przejmuj się tym, z czym walczyć nie możesz. Zresztą to nieważne. Słuchaj – rozejrzała się po pustej windzie i szepnęła konspiracyjnie – awansik ci się szykuje.

– Co ty wygadujesz? Skąd wiesz?

– Skąd wiem?! Wstydziłabyś się kochana, ja wiem wszystko, a na pozyskiwanie informacji mam swoje sposoby… – Weronika założyła obie ręce i z uśmiechem wyższości czekała na pytania.

– No to mów.

– Dyrektor administracyjny wyleciał. – Weronika wypaliła wreszcie, zadowolona, że może podzielić się cudowną wiadomością. – Zwalnia się stanowisko. No i kto jest brany pod uwagę? Kto ukończył ekonomię z wyróżnieniem, kto jest jedną z najbardziej twórczych jednostek w tej firmie? Ha.

– Nie mów? – Matylda uniosła brwi w wyrazie zdziwienia, nie zauważając nawet, że dotarły już na właściwe piętro.

– Oj, Matylda, to mów, czy nie mów? Może entuzjazmu trochę? Dzień dobry, pani Danuto.

– Dobry, dobry, telefony się urywają od samego rana. Ja tu sobie na centrali nie daję rady sama o tej porze. Pani Matylda to mogłaby trochę ciała nabrać, bo jeszcze trochę, a cień z niej zostanie.

– Pani Danusiu, kocham panią – rzuciła portierce Matylda, po czym pociągnęła za sobą poinformowaną koleżankę.

– A co do entuzjazmu… okażę go więcej, kiedy już będę wiedziała, co i jak. A może mi powiesz?

– Hm, tak od razu? – Weronika założyła nogę na nogę i rozsiadła się w fotelu, po czym ziewnęła. – A może kawy byśmy się najpierw napiły, ledwo na oczy patrzę.

Och, ty podła! – krzyknęło coś w Matyldzie, która dobrze wiedziała, że niczego więcej na razie nie dowie się od przyjaciółki. Zrzucić plotkarską bombę, zasiać spustoszenie i… kazać czekać na ewentualne skutki promieniowania – taka była z grubsza taktyka Weroniki. Niewykluczone, że resztę szczegółów wyjawi dopiero po zaproszeniu na jakiś obiad, ewentualnie drinka. Może zażyczy też sobie bardziej materialnej pamiątki w zamian za tak cenną informację. Och, udusiłaby ją najchętniej.

Lata pracy z ludźmi bezczelnie wykorzystującymi wrażliwość Matyldy, jej szczerość i otwartość, uzbroiły ją w charakterystyczny pancerz. Nie pozwalała już sobie na okazywanie jakichkolwiek emocji, jej niewzruszona, pokerowa twarz potrafiła zamaskować wszystko. Od złości, przez wściekłość, wzruszenie, aż do skrajnej euforii. Początkowo nieprzenikniona maska, za którą mogła skryć swoje uczucia, pojawiała się wyłącznie na wyraźne życzenie Matyldy. Panowała nad nią i zakładała dopiero po przeprowadzeniu błyskawicznej analizy sytuacji. Zagraża, nie zagraża, człowiek obcy czy bliski, życzliwy czy nie. Plusy sumowały się po jednej stronie, minusy po drugiej. Szybki bilans i – w zależności od wyniku – albo decydowała się na ujawnienie prawdziwej twarzy, albo chowała za maską obojętności.

Teraz też opanowała się błyskawicznie i nic w jej twarzy nie wskazywało na zdenerwowanie. Dla ułatwienia wyobraziła sobie zieloną łąkę pełną pachnącego kwiecia i małego baranka… a może właściwie owieczkę…? No, w każdym razie uroczo sobie to zwierzę brykało, skubiąc to tu, to tam roślinki.

Po chwili wściekłość na Weronikę osłabła, a Matylda jak gdyby nigdy nic zasiadła naprzeciwko koleżanki, sięgając po swój ulubiony kubek z Garfieldem. Obracała go chwilę w dłoniach, po czym wyjrzała przez okno.

– Ech, dzisiaj będzie piękny dzień, lato już właściwie się zaczęło… nie uważasz, moja droga? A co do kawy, masz rację, chodź, uzupełnimy braki. Paweł wczoraj do późnej nocy czy może wczesnego ranka – sama straciłam rachubę – oglądał piłkę, a ja nie mogłam zasnąć i prawdę powiedziawszy, przydadzą mi się dodatkowe litry kofeiny. Chodź. O, czekaj, znowu dzwoni. – Odebrała telefon, przyglądając się wiercącej na krześle Weronice, po której było widać, że nieoczekiwanie dojrzała do podzielenia się wszelkimi posiadanymi informacjami, najlepiej teraz, zaraz, bo za chwilę gotowa eksplodować. – Co chciałeś? Kanapek? Jakich kanapek…? A nie, najwyżej w pracy sobie coś kupię. Aha, Pawełku, dzisiaj wieczorem chyba nie będę miała zbyt wiele czasu, jutro się widzimy, dobrze? Mecz? Aaa, więc mam spokojne sumienie. Buziak. Tobie też.

W kuchni pełnej zaspanych grafików, informatyków i asystentów wszelkiego rodzaju, Weronika nie wytrzymała. Owszem, nie lubiła zdradzać wszystkich szczegółów od razu, ale jeszcze bardziej nie cierpiała, kiedy ktoś nie był nimi w ogóle zainteresowany.

– To jest manipulacja, czysta, bezczelna manipulacja. I to na kim, na najserdeczniejszej przyjaciółce. – Wbiła wskazujący palec w dekolt Matyldy.

– O czym ty mówisz, kochana? Nie rozumiem.

– Ty dobrze wiesz, o czym mówię, już, już przez chwilę myślałam, że mi się uda, że się choć trochę ugniesz, bo złamać to pewnie nie miałabym najmniejszej szansy, ale dupa.

– Kogo chciałaś ugiąć? – zainteresował się Marcin, niekwestionowana kopalnia pomysłów na to, jak najlepiej sprzedać wychodzący, świeżutki produkt na rynek, potencjalny konkurent na stanowisko administracyjnego. – Naszą nieugiętą? Nikomu się jeszcze nie udało, więc nie łudź się, Nika, że tobie przypadnie palma pierwszeństwa. – Po czym mrugnął do Matyldy i oddalił się szybko, nie wdając w dyskusje. Wiadomo, czas to pieniądz.

– Boże, jak on tak mruga, to mnie się robi… ech, lepiej nie będę mówić, co mi się robi, ale jedno jest pewne, dla tego faceta jestem w stanie zrobić wszystko. – Weronika wpatrzyła się w plecy, czy raczej zakończenie pleców, odchodzącego. – Wszyściutko. A ty…

– Weroniś, obudź się, kobieto i powiedz mi, czy nie masz czasami niczego do zrobienia?

– A ty w ogóle nie jesteś ciekawa, co i jak? – odparowała zapytana.

– Jestem, oczywiście, że jestem, ale tak czy siak dowiem się wszystkiego we właściwym czasie, czyż nie? – Matylda wzruszyła ramionami i zaopatrzywszy się w pełny już kubek, ruszyła do siebie.

Zdążyła usiąść przed biurkiem, poprawić nieskazitelny makijaż, przejechać delikatnie po ustach błyszczykiem i właściwy czas nadszedł, czy raczej wparował z pretensją na przesadnie wykrzywionej twarzy.

– Ty manipulatorko jedna, ty – zasyczał czas, po czym z prędkością karabinu zaczął wypluwać z siebie informacje: – Papiery odchodzącego już leżą u mnie na biurku, prawie skompletowane, zasili szeregi konkurencji, skubaniec. Wszystko ma się rozegrać w przeciągu tygodnia, może dwóch, wiadomo, da się ogłoszenie dla formalności, ale ty jesteś najbardziej pożądana i właściwie już masz ciepłą posadę w łapach. Dzisiaj, najdalej jutro przyjdzie info, że masz się zjawić przed obliczem najwyższego, który przedstawi ci propozycję nie do odrzucenia. Oczywiście nie powie ci, że tylko ty jesteś brana pod uwagę, ale będzie namawiał, żebyś złożyła papiery. Gwoli formalności. A ty masz udawać wielce zaskoczoną i wdzięczną, że o tobie pomyślał. Poza tym powiedz, jak ty to robisz?

– Co, kochanie? – Matylda zamrugała rzęsami z udawanym zdziwieniem.

– Już ty dobrze wiesz co. Manipulujesz ludźmi, ot co. Też tak chcę. Naucz mnie wreszcie, co?

– Ja nie manipuluję, tylko biorę na wstrzymanie, odrobina cierpliwości i dowiem się, czego chcę. A z tobą, Weronik, jest jak z wulkanem. Chodzisz i dymisz, trzeba tylko poczekać aż nastąpi erupcja. Oto cała filozofia. Siłownia? Po pracy?

– Taaaak, rozgryzę cię, zobaczysz. – Pomachała ręką i już jej nie było.

Faktycznie, chwilami trzeba wziąć na wstrzymanie i pomyśleć, zanim coś się palnie. Matylda opanowała to do perfekcji. Przynajmniej na gruncie zawodowym. Im chłodniejsze relacje utrzymywała z jakąś osobą, tym łatwiej szło. Dzisiaj niewiele brakowało, a zaproponowałaby Weronice w ramach przekupstwa choćby i cały wagon złotej biżuterii, w której ta od lat się kochała.

Co się ze mną dzieje? Zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim porwał ją codzienny rytm pracy.

 

* * *

 

No i doczekała się. Nie minęły dwa tygodnie, maj przeszedł niepostrzeżenie w czerwiec, kiedy odebrała „ten” telefon.

Wezwana przed oblicze szefa szefów zrobiła pokorną, ale nie za bardzo, i zdziwioną, to już bardzo, minę. Wysłuchała posłusznie tyrady, że na takie stanowisko jest cała masa chętnych i na dobrą sprawę czeka ich porządny przesiew. Ale niech próbuje. Nie zaszkodzi. Przy czym dyrektor dwa razy powtórzył, żeby raczej nie zwlekała ze składaniem dokumentów.

Po wyjściu z gabinetu wycięła wzorowego, na ile tylko pozwalała jej wąska spódnica i wysokoobcasowane buty, hołubca, po czym wpadła na Weronikę, jakby nigdy nic przeczesującą włosy.

– Czyżbym widziała jakieś emocje, moja miła? – zagadnęła Matyldę niewinnie.

– Nie podejmę się ustalenia, co widzisz, ale jeśli chodzi o słuch… powiedz mi proszę, czy ty się przemieszczasz z dyżurnym zestawem szklanek? – zrewanżowała się ironicznie.

– Och, od razu szklanki… drzwi były niedomknięte, więc słyszałam to i owo, przechodząc oczywiście zupełnie przypadkiem. – Weronika niezrażona wzruszyła ramionami.

– Oczywiście. Ty zawsze wiesz, kiedy pojawić się we właściwym miejscu… Skoro jesteś tak domyślna… dzisiaj jest piątek, jutro sobota. Jakieś skojarzenia?

– Jasne. Spijemy się na umór za twój awans. Ha, nawet mam propozycję. – Odciągnęła Matyldę pod ścianę i zaczęła szeptać z powoli wypływającym na twarz rumieńcem. – Wybieramy się dzisiaj na występ. Bez gadania się dołączasz, bo przewidująco kupiłam bilet i dla ciebie.

– Na jaki występ? – odszepnęła Matylda, z zainteresowaniem obserwując zmianę kolorytu przyjaciółki.

– Chippendalesów – zaszemrała Weronika z rozmarzeniem. – Na dwudziestą drugą, dogadamy się później.

 

Matylda pozwoliła sobie na chwilę refleksji. Czy może być jeszcze piękniej? Za oknami cudowny dzień, ciepło, mnóstwo ludzi paradowało już w koszulkach z krótkim rękawem, czerwiec kwitnie po prostu. Z Pawełkiem układa się jak marzenie, co prawda mało czasu spędzają razem, ale jeśli już spędzają, to bezkonfliktowo, słodko i nader przyjemnie.

W połowie sierpnia urlop. Długo wyczekiwany, ale na pewno warto było czekać. Doszli oboje do wniosku, że darują sobie Grecję, Egipt i wszystkie gorące o tej porze roku kraje na rzecz Wenecji Północy.

Ugryzła ze smakiem czekoladowy batonik kupiony wyjątkowo, w ramach świętowania awansu. Taaak, co prawda zawsze marzyła o tym, żeby trafić do Sankt Petersburga właśnie teraz, na osławione „białe noce”, ale trudno. Ermitaż czy Carskie Sioło pozostaną tak czy siak; w sierpniu miasto zaliczane do najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejsc na świecie wciąż będzie miało swój urok. A że planują spędzić tam prawie dwa tygodnie, może uda się wszystko obejrzeć dokładnie, a nie na łapu capu.

No i teraz jeszcze ten awans… Zdjęła buty i ostrożnie postawiła bose stopy na miękkiej wykładzinie. Jestem szczęściarą.

Dzwonek telefonu przerwał jej zachwyty. Mama.

– Cześć, mamo misiowa, stało się coś? – zapytała z niepokojem w głosie, matka nigdy nie przeszkadzała jej w pracy.

– Cześć, Misiaczku…

– No, no, tylko nie misiaczku – nie mogła się nigdy powstrzymać przed poprawieniem.

– Dla mnie będziesz zawsze Misiaczkiem. Nic się nie stało, nie dzwonisz, ja do ciebie też się dodzwonić nie mogę. Tyle razy się nagrywałam, czy tobie się, dziecko, telefon w domu zepsuł, czy może zmieniłaś numer? A może już u Pawełka mieszkasz?

– Nie, mamo, nie przeprowadziłam się, to czas, czasu ciągle mi brakuje.

– A masz teraz chwilę, czy przeszkadzam ci w czymś? – Taktowna jak zawsze, nienarzucająca się w niczym i nikomu… Tkliwość zalała serce Matyldy.

– Nie, mamuś, nie przeszkadzasz. Opowiadaj, co tam u was słychać. Jak Karolina?

Karolina była młodszą siostrą Matyldy i pojawiła się na świecie w najbardziej nieoczekiwanym momencie, kiedy to Matylda zaczęła już zdradzać dość poważne oznaki dorosłości. Przejawiało się to między innymi w postrzeganiu siebie jako grubasa i rozpoczęciu testowania wszelkiego rodzaju diet. Mama natomiast była pewna, że właśnie wkracza w charakterystyczną dla kobiet w wieku dojrzałym fazę przekwitania. Brak comiesięcznej przypadłości oraz napady złego humoru składała przez pierwsze cztery miesiące na karb klimakterium właśnie. Lekarz, do którego wybrała się wreszcie po rodzinnej naradzie, oznajmił jej – usadowiwszy uprzednio wygodnie w fotelu – że jest w dwudziestym tygodniu… ciąży. Dobrze, że poprosił, aby usiadła, bo po usłyszeniu radosnej nowiny pani Zofii zrobiło się słabo, pobladła z lekka i ani chybi runęłaby jak długa na podłogę. Ale wystarczyło unieść jej nogi, poklepać delikatnie po twarzy i naturalny koloryt wrócił.

Karolina przyszła na świat, krzycząc na całe gardło i, jak pamiętała Matylda, krzyk ten, a właściwie ryk, towarzyszył jej nieustannie przez pierwsze lata życia. Jeśli czegoś nie mogła dostać, a pragnęła nade wszystko, wystarczyło włączyć naturalną syrenę alarmową i problem błyskawicznie się rozwiązywał. Pojętne dziecko nauczyło się bardzo szybko, szybciej chyba niż odróżniania biologicznej matki od Matyldy, że dziki wrzask o natężeniu przekraczającym dopuszczalne normy decybeli nie jest tolerowany przez najbliższe otoczenie, a jego umiejętne dawkowanie doskonale usprawnia życie.

Tak więc Karolina krzyczała wniebogłosy, jeśli chciała lizaka, lalkę w sklepie, bluzkę siostry, i wszystko dostawała. Wyrosła na niezłą egoistkę, przekonaną o tym, że należy jej się każde dobro świata.

A teraz ten pępek świata zdawał właśnie maturę i cała rodzina zamartwiała się, co będzie, jeśli zawali nie daj Boże choć jeden przedmiot albo otrzyma ocenę inną, niż pragnęła.

– No nie wiem, twierdzi, że poszło jej dobrze, ale wyników jeszcze nie ma. Teraz są same procenty, wiesz, trzeba to wszystko przeliczać, sprawdzać, na którą uczelnię wystarczy… Na razie się pakuje i twierdzi, że musi odreagować. Nad morzem. Z kolegą. Czy ja cię puszczałam nad morze z kolegą, jak byłaś w jej wieku, bo nie pamiętam, a przyznam szczerze, że gryzie mnie to trochę.

– Co cię gryzie, niepamięć, czy to, że masz ją puścić? – zapytała Matylda, śmiejąc się w duchu na samą myśl o tym, że młoda mogłaby nie postawić na swoim.

– Co masz, co masz, ja nic nie mam – zaperzyła się mama.

– A jak ci się rozwrzeszczy?

– To dostanie w tyłek – oświadczyła kategorycznie mama. – Tak, dostaniesz. – To było już do Karoliny, która widać pojawiła się niespodziewanie po drugiej stronie słuchawki. – Nie patrz tak na mnie, zobaczymy, kto postawi na swoim. Misiaczku, siostra pozdrawia cię właśnie i wywraca oczami. Nie śmiejcie się, baby jedne, bo zrobię z wami porządek. Idź, pomóż ojcu i daj mi porozmawiać.

W tym momencie Matylda zauważyła, że przy jej biurku wyrósł nagle Marcin i zaczął uprawiać jakąś dziwną ekwilibrystykę z zakładaniem rąk i zawziętym tupaniem nogami na przemian. Rozbawiona Matylda na migi pokazała mu, że za chwilę skończy, na co on wywrócił oczami i puknął parę razy w zegarek na monitorze. Kiedy i to nie poskutkowało, syknął:

– Zebranie…

– Mamo, zadzwonię do ciebie wieczorkiem, muszę kończyć, uściskaj wszystkich – rzuciła do słuchawki.

– Ej, dziecko, przepracowujesz się, nie masz nawet czasu porozmawiać. Pa. Zadzwoń.

– No pa, pa.

– Uścisków sto dwa – dokończył Marcin, prawie wlokąc ją po korytarzu. – Nie poznaję koleżanki, prywatne rozmowy w trakcie pracy, hm, hm, czyżby awans cię tak rozpieścił?

– Jaki awans? – zapytała, sięgając po telefon i włączając wyciszenie.

– A wiesz, trąbią tu i ówdzie, że wylatujesz nieco wyżej, może w tym trąbieniu jest trochę prawdy.

– Nie słuchaj. Chociaż… – zerknęła na niego – ty też zdaje się składasz papiery, hę? Przyznaj się, konkurencjo.

– Niech ci będzie, jedziemy na tym samym wózku, a kto dojedzie, to się okaże. A teraz szaaa, najwyższy będzie przemawiał i mam wrażenie, że jego przemowa odbierze nam znowu trochę chęci do życia.

 

* * *

 

Przed klubem roiło się od spragnionych wrażeń niewiast. Mimo tego, że dochodziła dopiero dwudziesta pierwsza i pozostała jeszcze godzina do występu, tutaj wrzało jak w ulu. Matylda rozejrzała się wśród tłumów, wyłuskując znajomą gromadkę, w której zdecydowanie pierwsze skrzypce grała Weronika i jej blond czupryna. Podskakiwała entuzjastycznie, co chwila wydając z siebie nieartykułowane piski. Właścicielka czupryny znaczy. Przy jednym z podskoków dostrzegła Matyldę i zamachała do niej szaleńczo.

– Matiiiiiii! Tu jesteśmy, heloooouuu!

– Widzę przecież. – Matylda mruknęła cicho i ruszyła do nich przez rozstępujące się niechętnie i taksujące ją morze spojrzeń.

– No to mamy komplet. Ruszamy, tu mam bilety. – Weronika pomachała czarnymi arkusikami. – Ruszamy, dziewczyny, bo nam zajmą najlepsze miejsca. No, Katie. – Tu bezceremonialnie klepnęła po tyłku najbliżej stojącą Kasię z recepcji i nie zważając na jej protesty, popchnęła ją do wejścia.

Oczywiście wieść o awansie Matyldy rozniosła się lotem błyskawicy. Gdy już zasiadły wygodnie w kącie, jak najbliżej sceny, wszystkie naraz zaczęły składać jej gratulacje i na wyścigi zapewniać o swojej radości z tego powodu. Wiadomość sama się nie rozniosła, Weronika nie tylko nie próbowała udawać, że to nie jej sprawka, ale sprawiała wrażenie, jakby to ona awansowała.

– A ile będziesz zarabiała, wiesz już?

– Gabinet już pewnie szykują…

– Oho, to teraz nie wiadomo, jak do ciebie trzeba będzie mówić, per „pani dyrektor” czy…

Wielbicielki męskiego striptizu zapomniały na chwilę o celu swojej wizyty i zaczęły z ożywieniem dyskutować nad właściwą formą zwracania się do przyszłej pani dyrektor.

– Dziewczyny – wydusiła oszołomiona Matylda – ja jeszcze nie byłam na żadnej rozmowie, dopiero złożyłam papiery, jeszcze nic nie wiadomo, dajcie spokój.

– Ech, Mati, już zaczynasz dyrektorować – podsumowała Zuzanna, wyraźniej niż zazwyczaj artykułując głoski, każdy dźwięk wypowiedziany był z przesadną starannością. Zuzannie wydawało się to szczytem elegancji.

– Nie zaczyna dyrektorować, tylko włączyło jej się pesymistyczne myślenie. – Weronika położyła Matyldzie dłonie na ramionach, po czym potrząsnęła nią mocno. – Obudź się, nie ma nic gorszego niż takie właśnie podejście do życia. Ale nie przejmuj się, kochana, pomożemy ci, prawda dziewczyny? Pomóżmy Mati!

Ze wszystkich stron posypały się zgodne pomruki, po czym jedna przez drugą zaczęły ją przekonywać o istocie pozytywnego myślenia i wyższości tegoż nad negatywnym podejściem do sprawy. Jakiejkolwiek sprawy, a tu przecież chodziło o awans, na Boga.

– Yyy, czy oznacza to, że w twoim domu, cicho moje panie – Zuza podniosła drobną dłoń monarszym ruchem – trzeba zacząć od podstaw? Czy w twoim, yyy, domu, moja droga, układ był planowany przez specjalistę?

– Eeee, układ czego? – zainteresowała się Matylda.

– No jak to czego?! – krzyknęły wszystkie ze zgrozą. – Jak to czego? Układ mebli, kwiatów, no wszystkiego.

– Nie, to na nic, jak ty przetrwałaś w ogóle, dlaczego do tej pory nam się nie zgadało, pomogłabym ci przecież… – Weronika złapała się za czoło w wyrazie niedowierzania.

– Nie, spokojnie, od początku: chodzi o feng shui, moja droga. – Zuza położyła jej na ramieniu swoją małą dłoń.

– Aaaa, rozumiem.

– No widzisz.

– No widzę, ale specjalisty nie było, po co właściwie ten cały specjalista?

– Jak to po co? Żeby osiągnąć harmonię, szeroko rozumianą harmonię własnego jestestwa z otoczeniem. Można to naprawić. Nie ma najmniejszego problemu, yyy, masz tutaj wizytówkę, to mój dobry znajomy, wprawdzie na termin trzeba czekać tygodniami, ale powołaj się na mnie, pamiętaj. I musisz zrobić to niezwłocznie. – Zuzanna podała jej mały kartonik opatrzony jakimiś chińskimi, na pierwszy rzut oka, znakami. – Kolejna sprawa to pozytywne myślenie. Odmienne stany świadomości, samokontrola umysłu. Mówi ci to coś?

– No, tak jakby. Trochę parapsychologicznie brzmi…? – zgadywała Matylda, myśląc jednocześnie, że przejęta wagą swojej instruktorskiej funkcji Zuzanna wygląda w tym momencie jakby rzeczywiście znajdowała się w odmiennym stanie świadomości.

– Bardzo, ale to bardzo parapsychologicznie, kochanie, skoro dobrze ci się kojarzy, to jeszcze nie jest z tobą tak źle. Przecież na tym bazuje cały dzisiejszy świat, bez tego ludzie sobie nie radzą…

Matylda z ciężkim westchnieniem poddała się tyradzie, która trwałaby pewnie do ostatniego drinka, tyle że zmieniłaby charakter na bardziej bełkotliwy. Przyszła pani dyrektor na chwilę wyłączyła się więc, dla niepoznaki rzucając od czasu do czasu: uhm, tak, aaa na dowód głębokiego namysłu nad kolejnymi propozycjami zmian. Myślała zaś o trunkowych możliwościach swoich towarzyszek.

Dziewczyny umiały w siebie wlać, o czym niejednokrotnie miała okazję się przekonać. Czemu niby służyły wszelkie firmowe wyjazdy integracyjne, żeby o szkoleniach nie wspominać? Poza szeroko, najszerzej jak się tylko da, pojętą integracją i szkoleniem… hm, równie szeroko pojętym, służyły testowaniu możliwości indywidualnych jednostki. A właściwie jednego organu tejże jednostki. Wątroby.

Tymczasem perora uczonej Zuzanny trwała nadal, przybierając nawet charakter wyraźnie ofensywny. Matylda poczuła, że dłużej nie zdzierży, zaczęła nawet rozglądać się za jakimś ciężkim przedmiotem w celu ostatecznego uciszenia koleżanki, ale na szczęście w tym samym momencie rozbrzmiały gromkie brawa i piski podekscytowanych pań. Wszystkie koleżanki jak na komendę odwróciły się w stronę sceny.

I słusznie, bo zaczynał się występ.

Światło przygasło, co sprawiło, że kobiety zachłysnęły się powietrzem, jakby w oczekiwaniu na jakiś cud. Te, którym ciężko było się opanować, podskakiwały nerwowo na kanapach, to biorąc do ręki, to odstawiając z powrotem szklanki z drinkami. Zaciągały się papierosami, Matylda miała wrażenie, że wystarczył im jeden raz i już dochodziły do filtra. Wzruszyła ramionami. Owszem, ciekawa była, jak się panowie zaprezentują, no i co pokażą przede wszystkim. Czy wystąpią tak, jak ich Pan Bóg stworzył, czy zostawią sobie jakieś sznureczki w strategicznych miejscach. Niech będzie, czekała, z nieco mniejszą niecierpliwością, niż dajmy na to Weronika, która w tej chwili nie odrywała wzroku od sceny i wstrzymywała oddech w najwyższym napięciu. Matylda na wszelki wypadek trąciła ją delikatnie łokciem.

– Hyyym – odszepnęła w odpowiedzi zaczepiona i zaczerpnęła przy okazji potężny haust powietrza. Rzuciła jeszcze niewyraźnie: Ćśśśś i powróciła do kontemplacji pustej sceny. Znudzona Matylda nie miała jednak zamiaru się poddać:

– Co ćśśś? Sprawdzam, czy żyjesz.

– Żyję, ale już pewnie niedługo, zamknij się wreszcie, Matylda, i daj mi się ponapawać tym wszystkim.

– Co ci z napawania, skoro nic z tego nie będziesz miała?

– Wiesz co? – Weronika na sekundę oderwała wzrok od sceny, tylko po to, żeby obrzucić przyjaciółkę wzrokiem pełnym nagany i oburzenia. – Ty się czasami zachowujesz jak facet, wiesz.

– A czemu?

– Dziewczyny! – Zuza również nie wytrzymała i ryknęła gromko.

– Już, już się zamykam, ale dopiero teraz zaczyna się coś dziać. – Matylda cofnęła się na swoje miejsce, biorąc do ręki drinka. W wyjątkowo odpowiednim momencie, bo zaczęły się rozlegać dźwięki gitary elektrycznej. Solo. No, do tego miała słabość, może będzie nieźle. Poprawiła się w fotelu i wzorem koleżanek wbiła wzrok w rozjaśniającą się powoli scenę.

Jeden po drugim pojawiali się panowie. Wymuskani, w pełnym makijażu, gdzieniegdzie ciut zbyt widocznym, jak na Matyldowy gust, no i odziani w niekoniecznie kompletne garnitury. Po gitarze nie zostało nawet śladu, zastąpiły ją dźwięki jakby discopolowe.

O nie.

Po pierwszych kilku minutach występu zerknęła na zegarek i nie mogła dać wiary, że minęło ich dopiero pięć. Po kolejnych pięciu, nie zważając na syki towarzyszek, ruszyła w długą wędrówkę do toalety. Cholera, zajęło tylko dziesięć minut. Ileż oni się jeszcze będą wyginać? Oj, niedobrze, zarejestrowała kątem oka, zabierają do zabawy najbliższe sceny egzemplarze z… naszego stolika…

Stała więc spokojnie przy samych drzwiach i czekała, kiedy ten cyrk się zakończy. Po paru chwilach nawet zrobiło się jej odrobinę niedobrze i postanowiła odetchnąć świeżym powietrzem.

Weronika dopadła do niej zarumieniona i zdumiona od małych stópek począwszy, a na blond czuprynie zakończywszy. Wszystko w niej wydawało się zarumienione i zdumione.

– Nienormalna jesteś, wiesz, uciekać jak cnotliwa panienka w trakcie występu takich atrakcyjnych, mmmm… – Zarumieniła się jeszcze bardziej. – Ciasteczka, no prawdziwe ciasteczka. A widziałaś, jak mi założył przepaskę na szyję? Widziałaś?

– Widziałam – rzuciła Matylda krótko, rozglądając się po parkingu w poszukiwaniu taksówki. – Widziałam, a jakże, widziałam też, że wcześniej tą samą przepaską jeździł sobie po tyłku. Dokładniej rzecz ujmując: centralnie.

– Ale po jakim, jakim tyłku… – Weroniki nic nie mogło wytrącić ze stanu upojenia.

– Wracam do domu, niedobrze mi.

– Bo wytrąbiłaś cztery malibu, mnie też po nich niedobrze. Wódkę trzeba pić. To do poniedziałku… Ja zostaję. A z tobą… faktycznie coś trzeba zrobić, Mati, no nic, lecę. Pa.

– Pa.

Była więcej niż pewna, że nieźle ją obsmarowują w tej chwili, zaczynając pewnie od tego, że zachowuje się czasami jak facet, no bo skąd ta jej oziębłość? Nie jest przecież tak serdeczna, tak otwarta jak reszta „normalnych” kobiet. Poza tym żeby uciekać w najdalszy kąt sali, w momencie kiedy takie cudowne ciacha się produkują tak blisko, to przecież niedopuszczalne. Powinna siedzieć i czekać, aż ją któryś z pięknych panów omota skrawkiem lichej garderoby… No właśnie, pięknych. Matylda wpatrywała się w światła pulsującego życiem o tej porze miasta i stwierdziła, że facet nie powinien być piękny. Przystojny, a i owszem. Ale nie piękny. Nie taki wymuskany. Ma mieć w sobie to bliżej nieokreślone coś.

Taksówka stanęła na światłach, a przez przejście przedefilował właśnie taki facet, jak trzeba. Ramiona ściągnięte do tyłu, ręce rozłożone swobodnie po bokach, ale tak, jakby sobie czegoś napakował pod pachy. Niewiele, wystarczająco jednak, żeby unieść ręce parę centymetrów w górę. W pewnym momencie niespiesznie sięgnął do kieszeni i zdecydowanym ruchem odebrał telefon. A przyklejonej do taksówkowej szyby twarzy rzucił półgębkiem uśmiech. Taki pewny siebie, ale sympatyczny.

Matyldę cofnęło z powrotem na siedzenie, po czym uśmiechnęła się sama do siebie. Niech gadają, na zdrowie. Ona wiedziała swoje, a że chwilami nieco odstawała od towarzystwa, trudno. W tej chwili najbardziej obchodziły ją oczy: wyjąć soczewki, przemyć twarz i paść czym prędzej w wygodne łóżko, postawione w najlepszym według niej miejscu. Według niej, a nie jakiegoś specjalisty od feng shui.

 

* * *

 

– Oszalałeś, Marcin, to miało być na wczoraj, jeżeli nie na ubiegły tydzień, co ja mam z tym teraz zrobić? – Patrzyła z niedowierzaniem na nową koncepcję Marcina, która była, nie da się ukryć, w rozsypce zupełnej.

– Dasz sobie radę. W końcu masz szansę się wykazać do awansu. – Błysnął zębami w jednym ze swoich uwodzicielskich uśmiechów i zniknął.

A razem z nim zniknęła też szansa na spędzenie wieczoru w towarzystwie Pawła. Jednego z ostatnich wieczorów. Okazało się bowiem, że wysoce cenionego specjalistę wysyłano na kontrakt. Roczny kontrakt. Do Berlina.

– Kochanie, Berlin to nie Sydney. Będziemy się widywać co drugi tydzień. To najrzadziej – przekonywał ją wczoraj, całując po rękach.

– Jak to, co drugi tydzień? – Matylda wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.

– Normalnie, przecież to żadna odległość i wiesz co? – dodał tajemniczo. – Myślę, że dzięki temu kontraktowi nasz status się nieznacznie polepszy.

– I?

– I myślę już poważnie o tym, że moglibyśmy… naprawdę…

– No wyduś wreszcie, Paweł, nie mam siły na zgadywanki. – Czekała z zapartym tchem. Oświadczy mi się teraz, na pewno się oświadczy. I co ja mu powiem?

– Moglibyśmy zamieszkać razem.

Powiedział wreszcie. Tylko nie to, co chciała. A może to taki wstęp? Może najpierw trzeba będzie pomieszkać ze sobą jakieś parę lat, dotrzeć to, co niedotarte, uzupełnić się, a później dopiero… Nie, chwileczkę. Dokonała błyskawicznej kalkulacji. Paweł pojedzie na roczny kontrakt, zanim znajdą odpowiednie lokum, minie kolejnych parę miesięcy. Następnie będą się docierać przez lat, powiedzmy, trzy, cztery.

Wyprostowała się gwałtownie. Będzie dobiegać czterdziestki. Jak nic. Stanie na ślubnym kobiercu, przechodząc już klimakterium. Chociaż nie, mama urodziła Karolinę, gdy miała czterdzieści dwa lata.

Mimo wszystko!

– Pawełku, a co z nami? – zapytała cicho.

– Jak to, co z nami? Matuś, czy ty nie dramatyzujesz troszeczkę? Wszystko się odrobinę przeciągnie w czasie, ale pomyśl tylko, nareszcie będziemy ustawieni finansowo tak, jak chcieliśmy. Czy to nie wspaniałe? Dodaj do tego twój awans, cud-miód, świat przed nami otworem.

– Tylko czy nie za późno stanie przed nami tym otworem? – zapytała z przekąsem, pozwalając się przytulić. Jakaś jej cząstka krzyczała, głośno protestując, ale za chwilę dołączyła się druga z kuszącymi podszeptami. Dłużej będziemy młodzi, dłużej sobie pożyję sama i nacieszę się samodzielnością i wszystkim, co z tym związane. Może i racja. Poza tym droga awansu praktycznie nigdy się nie zamyka… spocząć dopiero w miejscu, z którego nikt nie będzie mnie w stanie wyrzucić. Roześmiała się głośno. Pytanie tylko, czy jest dzisiaj takie miejsce.

– Nie za późno! Ja ci to mówię! A co cię tak rozradowało? – Paweł dolał szampana do kieliszków.

– Hm, wizja mnie samej w fotelu dyrektorskim, stamtąd chyba mogę już mieć bezpieczne widoki na przyszłość, nie sądzisz? – Podwinęła nogi pod siebie i wpatrzyła się w okno. – Paweł?

– Hm?

– Czy ty wiesz, jak ja widzę światła latarni?

– Nie rozumiem. – Spojrzał na nią z góry.

– Wiesz, tak bez okularów i szkieł.

– Jak?

– Wyglądają jak wielkie kule, jednolite, tylko takie trochę jakby rozmyte – nieudolnie próbowała mu wytłumaczyć.

– A te, które stoją dalej? – Taki był Paweł, nie machał ręką, tylko pytał. I za to go najbardziej kochała. Wszystko, co dotyczyło Matyldy, było ciekawe, niepowtarzalne i warte każdego pytania i każdej odpowiedzi.

– A te, które stoją dalej, są takiej samej wielkości, tylko mają odrobinę mniej intensywny kolor. A jak przymrużę oczy, to dzielą się na dwie części, taką poziomą – pomogła sobie dłońmi – kreseczką.

– Świat widziany oczami krótkowidza. Kocham cię, zobaczysz, ułoży się nam wszystko tak, jak chcieliśmy. – Paweł cmoknął ją w głowę.

Tak było wczoraj.

A dzisiaj na biurku miała całą stertę spraw do załatwienia i nie miała pojęcia, od czego zacząć. Koleżeństwo najwyraźniej uparło się, żeby miała szansę zejścia z tego padołu łez tuż przed awansem, a tym samym zredukowania potencjalnej konkurencji do minimum.

I wycieczka też odchodzi w niepamięć. Nie, przepraszam, jak to pięknie ujął Paweł, odchodzi w dalszą, chociaż nieokreśloną przyszłość. Co się odwlecze, to nie uciecze.Tak powiedział. A jak uciecze…?

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu, tłukącego się wściekle po biurku. Zerknęła na wyświetlacz, po czym przybrała służbowy ton głosu.

– Matylda Bięcka, słucham.

– Ohoho, jak poważnie zabrzmiało. – Z drugiej strony popłynął przyjemny dla ucha barytonik. – Więc nie mniej poważnie, Patryk Kuźmowski.

– …yyy? – Grzebała w zakamarkach pamięci, bezskutecznie jednak. – Czy ja… bardzo przepraszam, nie kojarzę nazwiska, w czym mogę pomóc?

– Oj, Matylda, pomyśl jeszcze chwilę, ja tymczasem podrzucę kilka faktów, które powinny odświeżyć ci pamięć: Park Branickich, pierwszy dzień wiosny i nasza kąpiel w lodowatej jeszcze wodzie…? Jakieś szesnaście lat wcześniej… I co – pomogło?

Wraz z wizją zamarzniętego jeszcze częściowo stawu, nadpłynęła druga, sympatycznej twarzy Patryka, wpatrzonego w nią jak w najpiękniejsze dzieło sztuki malarskiej.

Niemożliwe. Niemożliwe!

– Patryk! – wrzasnęła na pół piętra, podrywając z krzeseł pogrążoną w ciężkiej pracy kadrę, po czym zganiona spojrzeniami, prawie szeptem, upewniła się jeszcze raz. – Patryk?

– No, już przez chwilę myślałem, że twoja mama podała mi numer do jakiejś innej Matyldy. – Odetchnął z wyraźną ulgą.

– Ale… mów, co u ciebie? – Właściwie od czego zacząć rozmowę przerwaną jakieś, chwileczkę, ile dokładnie? Trzynaście lat wcześniej? Tak, bo widzieli się jeszcze ze dwa, trzy razy w trakcie studiów. No, ale mimo wszystko.

– A masz wolne dwie godziny? – zaśmiał się przyjemnie baryton. – Na to będzie czas, mam nadzieję. Słuchaj, organizowany jest wielki zjazd, pięćdziesięciolecie szkoły i ja, jako główny sprawca zamieszania, zebrałem lwią część naszej starej, poczciwej B. Ciebie też nie może zabraknąć.

– Kiedy, gdzie?

– Aaaaa, to już w tę sobotę – powiedział ostrożnie. – Mam nadzieję, że nie masz jeszcze żadnych planów, a jeśli masz, to natychmiast wszystko poprzekładaj. Da się? Matylda, powiedz, proszę, że się da…

– Czekaj, czekaj. – Zerknęła na stertę papierów, rejestrując przy okazji w lusterku stan makijażu. Zdąży, zarwie najwyżej ze dwie, trzy noce. – Mam, rozplanuję sobie wszystko tak, że będę miała. Na rzęsach stanę.

Wymienili się jeszcze szybko adresami, Patryk przekazał szczegóły spotkania, po czym rozłączył się, nie zdając sobie sprawy, w jaki stan wprowadził Matyldę.

A był to stan, nie wiedzieć czemu, czystej euforii i głębokiego niedowierzania. Matylda chwyciła lusterko w obie dłonie i przysunęła blisko do twarzy.

Piętnaście lat. Większości z nich tyle czasu nie widziała. W sobotę, dzisiaj mamy wtorek. To tylko trzy dni! Przeczesała palcami włosy, przyglądając się kolorowi. Nie, tutaj niewiele widać, pod słońce trzeba… Chociaż nie, widzieć się będą wieczorem. Nieważne, wszystko ma być doprowadzone do perfekcji. Podekscytowana, nie spostrzegła, że ostatnie zdania wypowiedziała na głos.

– Co wieczorem, co do perfekcji? – Zuzanna stanęła nie wiadomo kiedy obok niej. – Dlaczego tak wnikliwie analizujesz swój nieskazitelny wygląd?

– Bo ma być nieskazitelny, Zuza. Ma być i basta. Właśnie zadzwonił do mnie kolega ze szkoły. Średniej, rozumiesz?

– Rozumiem i co? – Zuzka wzruszyła ramionami, najwyraźniej nieporuszona rewelacją.

– Jak to co? Nie widzieliśmy się od lat, a teraz jest spotkanie klasowe. Czy ty wiesz, jak ja muszę wyglądać?! Właśnie nieskazitelnie. – Matylda wróciła do jeżdżenia nosem po lusterku.

– Mania jakaś z tymi spotkaniami. Bez przerwy słyszę, że ktoś coś organizuje i podnieca się tak właśnie jak ty. Zupełnie nie wiem, dlaczego. Takie odgrzewane kotlety. – Zuzanna wzruszyła ramionami.

– Jakie odgrzewane kotlety znowu?

– No takie znajomości po latach, na co to komu? Ludzie się zmieniają…

– Właśnie dlatego, że się zmieniają, całkiem przyjemnie będzie popatrzeć, co wyrosło na przykład z mojej pierwszej miłości, jak sobie radzi w życiu klasowy prymus, co robi ten czy tamten.

– Nie wiem. Mniejsza z tym. – Zuza machnęła niecierpliwie ręką i zaświszczała ze zdwojoną mocą. – Do Luisa dzwoniłaś?

Armstrong. To było pierwsze, co przyszło Matyldzie do głowy, gdy oderwała nieprzytomne spojrzenie od swego odbicia. Przecież on nie żyje, chyba zabrały go wczesne lata siedemdziesiąte ku rozpaczy wszystkich jazzmanów.

– Jakiego Luisa?

– No jak to jakiego? Dałam ci wizytówkę, zrób porządek w tym swoim mieszkaniu, może nareszcie zaczniesz myśleć o tym, o czym powinnaś… – Tu na chwilę przerwała dla wywołania właściwego efektu, po czym ciągnęła dalej, niezrażona miną Matyldy. – Porządek w mieszkaniu i porządek w sobie. Tak, Matyldo, tak. Nie patrz tak na mnie. A, do fryzjera też możesz pójść. Parę świeżych pasemek by się przydało.

Jak to nie ma się czym podniecać? No jak? Pomijając fakt, że była ciekawa, jak pozmieniali się ci wszyscy ludzie, którzy kiedyś stanowili dość zgraną paczkę, to na dodatek wiele razy przecież zastanawiała się, do czego doszła na przykład Monika. Jej serdeczna koleżanka ze szkolnej ławki. Moniki „marzenie na przyszłość” dobrze pamiętała, bo kiedyś napisały listy do siebie i miały je otworzyć tuż po przekroczeniu lat dwudziestu pięciu. Ot, takie sobie bzdurki nastolatek. Tak więc Monika za cel nadrzędny obrała sobie bogate zamążpójście i usidlenie męża za pomocą trójki, przynajmniej, rozbrykanych dzieciaków.

Albo Michał. Michał chciał być lekarzem. Na biologii jego twarz zawsze przybierała nieobecny wygląd. Mikroskopy ubóstwiał po prostu, a pływające w formalinie gady i płazy darzył wręcz macierzyńskim, czy ojcowskim raczej, uczuciem.

Wystukała natychmiast parę alarmowych numerów, a umówiwszy wizyty, wróciła do pracy ze zdwojoną energią.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej