Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez. Powieść mińska - Uładzimir Niaklajeu - ebook

Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez. Powieść mińska ebook

Niaklajeu Uładzimir

3,7

Opis

Automat z wodą gazowaną  z  syropem z lub  bez. Powieść mińska  to  drugie wydanie książki z roku 2015 o tym samym tytule.  Jest to opowieść o pragnieniu wolności w Mińsku dławionym  żelazną  pięścią sowieckiego  totalitaryzmu.  W  gronie  stiljagów,  noszących koszule w papugi  i  słuchających  rock’n’rolla, rozgrywa się historia  miłości, przyjaźni i rozczarowania. W końcu  zostaje  tylko  bezradność po zderzeniu się z twardą  rzeczywistością  niczym  z  automatem, z którego  nie da się wydusić porcji gazowanej wody. Równorzędnym  bohaterem  powieści jest stolica Białorusi,  zamieszkana  przez fascynujące postaci  –  lingwistycznego geniusza  Biga,  Tatarkę  Nelę,  kagebistę Guryka, mordercę Johna F. Kennedy’ego Lee Harveya Oswalda. Mińsk, całkiem zrujnowany w trakcie II wojny światowej,  został odbudowany w stylu socrealizmu. Uładzimir Niaklajeu darzy swoje miasto głębokim, ciepłym uczuciem, nic więc dziwnego, że niejeden wątek powieści pławi się w jego nostalgicznym blasku.

„Kiedyś Asia wyjechała z Mińska na tydzień do krewnych w Wiedniu. I od razu tłum przy okienku z wodą przerzedził się: kolejek nie było nawet w upały. Z Wiednia  Asia  przywiozła coca-colę, o której śpiewaliśmy: „Nie idźcie, dzieci, do szkoły, napijcie się coca-coli…” – sami wprawdzie nigdy coca-coli nie piliśmy i, jak się okazało, nie była nam do niczego  potrzebna. Co tam jakaś coca-cola w porównaniu  z bąbelkową wodą z syropem ze sklepiku Sałamona Majsiejewicza!”

Uładzimir Niaklajeu – białoruski poeta, prozaik, opozycjonista, kandydat na prezydenta Białorusi w wyborach w 2010 roku. Laureat Nagrody im. Jerzego Giedroycia za najlepsza książkę prozatorska w języku białoruskim w 2012 roku za powieść Automat z woda gazowana z syropem lub bez. Powieść mińska. Automat… jest pierwsza powieścią Niaklajewa przełożoną na język polski.

Jakub Biernat – dziennikarz TV Biełsat, reportażysta, tłumacz i podróżnik. Jego reportaże i teksty publicystyczne poświęcone krajom Europy Wschodniej były publikowane w najważniejszych polskich gazetach i czasopismach. W czasie swoich podroży odwiedził już 13 z 15 krajów powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego. Jego ulubiona postsowiecka republika jest jednak Białorus.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Uładzimir Niaklajeu

Automat z wodą gazowaną

z syropem lub bez

Powieść mińska

Przełożył Jakub Biernat

Wrocław-Wojnowice 2020

Tytuł oryginału

Аўтамат з газіроўкай з сіропам і без

Przełożył z białoruskiego i rosyjskiego Jakub Biernat

Copyright © by Uładzimir Niaklajeu

Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2015

Wydanie drugie, 2020

Redakcja: Magdalena Jankowska

Korekta: Ilona Siwak

Skład: Agnieszka Szatkowska-Malak

Projekt okładki: Olga Zelenska

Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas

Opracowanie wydania elektronicznego

ISBN 978-83-7893-261-1

ISBN 978-83-7893-093-8 (EPUB i MOBI)

1. Broadway

 

Trolejbus numer 1 pachniał świeżo umytą stalą i porannym chłodem. Roznosiła się w nim również woń przebiśniegów – zaczynała się wiosna.

Niedbale związane przebiśniegi leżały na tylnym, spryskanym wodą siedzeniu. Konduktorka spoglądała na nie z uśmiechem.

W trolejbusie jak co dzień radowało się też radio. „W stolicy radzieckiej Białorusi wybiła godzina siódma” – powiedziało uroczystym głosem, a konduktorka rzuciła okiem na zegarek.

– Dzień dobry, towarzysze. Wczoraj pierwszy sekretarz KC KPZR, przewodniczący Rady Ministrów ZSRR towarzysz Nikita Sergiejewicz Chruszczow przesłał list uczniom nowojorskiej szkoły.

Raptem głośnik zamarł.

– Dzień dobry, towarzysze – przemówił kierowca głosem udającym radiowego spikera. – W stolicy radzieckiej Białorusi godzina siódma. Nasz trolejbus jedzie po trasie Dworzec–Obserwatorium.

I pstryk, powrócił głos lektora. „Drodzy amerykańscy uczniowie! – napisano w liście – poinformowaliście, że w waszej szkole uczy się około dwóch tysięcy osób, chłopców i dziewczynek różnych narodowości i wyznań. Chcę wam powiedzieć, że w naszym kraju radośnie i szczęśliwie żyją i pracują ludzie wielu narodowości. Jednoczy ich wspólne dążenie do życia w pokoju i przyjaźni ze wszystkimi narodami Ziemi”.

Pstryk…

– My chcemy pokoju – wesoło oznajmił kierowca. – Następny przystanek: plac Lenina.

Drzwi zamknęły się gwałtownie, w lewym oknie trolejbusu pojawił się dworzec kolejowy.

Żegnaj, Tatarko Nelo!

„Życzę wam, jak i całemu najmłodszemu pokoleniu Ameryki, by dowiadywało się, czym jest wojna, jedynie z podręczników i nigdy nie zobaczyło jej na własne oczy. Życzę wam szczęścia i wiele, wiele dobra. Nikita Siergiejewicz Chruszczow, 17 marca 1960 roku”.

Co za zbieg okoliczności! Wczoraj, gdy Nikita Siergiejewicz Chruszczow pisał swój list do amerykańskich uczniów, ja akurat poznałem Amerykanina!

– Kupujcie bilety u konduktorki Wiolety Kazimirounej! – znów ucieszył się kierowca. – Dziś tanio, tylko czterdzieści kopiejek, bo mamy siedemnasty marca…

Konduktorka Wioleta Kazimirouna to podstarzała i nieustannie uśmiechnięta trzydziestolatka przypominająca piosenkarkę Ninę Dordę, która codziennie w radiu wykonuje piosenkę Lilie.

– Co się tak śmiejesz… – krzywo patrzy na konduktorkę dama w karakułowym futrze. – Może jeszcze głos masz jak Nina Dorda? To czemu nie nosisz karakułów? Czemu siedzisz w trolejbusie? Idź na scenę i tam się śmiej!

– Ktoś w trolejbusie śmiać się powinien – odśmiechuje się karakułowej damie konduktorka. – Tu wszyscy są skwaszeni, jakby najedli się ogórków kiszonych.

Dałem Wiolecie Kazimirounej czterdzieści kopiejek, a ona wręczyła mi bilet. Numer 179872! Suma trzech pierwszych cyfr jest taka sama jak suma trzech ostatnich! Mam szczęście – siedemnastka na siedemnastkę! Ot, zbieg okoliczności…

„Mińska parowozownia!” – poinformowało radio. „Do dyspozytorni schodzą się maszyniści, by wymienić się opiniami. Wśród nich zastępca naczelnika parowozowni towarzysz Papkowicz”.

– Chcemy żyć w pokoju i przyjaźni ze wszystkimi narodami – radośnie zakrzyknął towarzysz Papkowicz. – Jesteśmy gotowi prowadzić handel z krajami kapitalistycznymi, konkurować w dziedzinie wielkości produkcji na głowę. Nasz kraj, prowadząc pokojową politykę, już niejednokrotnie zmniejszał wielkość swoich sił zbrojnych.

Kraj redukuje swoje siły zbrojne, a ja dziś wieczorem wybieram się na wojnę.

– Czym on w tej parowozowni zamierza handlować? Parą w gwizdek? – zapytała czy to siebie, czy konduktorkę dama w karakułach.

A kierowca, cały czas w wiosennym nastroju, zawołał na placu Lenina:

– Amerykę dogonimy i przegonimy! Następny przystanek: ulica Wołodarskiego.

Dama w futrze, delikatnie poruszając mocno uszminkowanymi malinowymi ustami, również zsumowała liczby na bilecie…

Nie, tym razem jej się nie udało. Szczęśliwy bilet mam ja.

– Trolejbusem – z niezadowoleniem skomentowała dama – dogonimy i przegonimy.

Ulica Wołodarskiego – przystanek koło Poczty Głównej, na rogu prospektu Stalina. Niedawno nad głównym wejściem zainstalowano bijący co pół godziny zegar. Teraz milczy, bo jest dopiero 7.05.

„Wiesz, czego najbardziej nienawidzę w Mińsku?” – zapyta mnie wiele lat później Edzik Haraczy, o którym jeszcze opowiem. „Tego zegara na poczcie”.

Ale na razie Edzik Haraczy jeszcze nie ma pojęcia, że znienawidzi pocztowy zegar. Jeszcze nie został aktorem rosyjskiego teatru imienia A.M. Gorkiego, którego budynek właśnie mignął w oknie trolejbusu. Na razie Edzik dopiero co skończył Instytut Teatralny i gra w Teatrze Młodego Widza, i w najczarniejszych snach nie śni mu się, że trafi do „Amerykanki” – jak potocznie nazywano więzienie KGB, którego gmach, zajmujący cały kwartał, pojawił się w lewym oknie trolejbusu. Tam, w więziennej celi, Edzik będzie słyszeć bicie pocztowego zegara. Przeciągłe na pełną i krótkie na pół godziny. Dniem i w nocy – o każdej pełnej i każdej półgodzinie. Krótko i przeciągle.

To było znacznie późnej, gdy prospekt Stalina, niegdysiejsza ulica Zacharewska, potem Radziecka, stał się prospektem Lenina. Tego Lenina, który stworzył jeszcze łagier w Mordowii, do którego trafi Edzik. Ale na razie Edzik jest aktorem Teatru Młodego Widza i słynie jako posiadacz zdjęcia z autografami Eddiego Rosnera i Louisa Armstronga. „Dla Edzika od Eddiego i Louisa” – widniał napis na tylnej stronie zdjęcia, i to wystarczyło, by być sławnym i nie mieć problemów przy zawieraniu znajomości z dziewczętami, którym Edzik opowiadał, że jest solistą orkiestry Eddiego Rosnera. Tej samej orkiestry, przy której akompaniamencie Nina Dorda, do której była podobna konduktorka Wioleta Kazimirouna, śpiewała piosenkę o liliach. I choć orkiestra Eddiego Rosnera formalnie była państwowym zespołem jazzowym Białoruskiej SRR, Edzik mógłby w niej występować jedynie w dzieciństwie, bo później orkiestra przeniosła się do Moskwy. I to jednak Edzik potrafił wytłumaczyć. „Wieczorem – mówił dziewczętom – wsiadam w pociąg w Mińsku i rano już śpiewam w Moskwie”.

„Ranek maluje delikatnym światłem ściany starodawnego kremla, budzi się ze snu radziecka ziemia! Kipiąca, potężna, niezwyciężona!” – znowu odezwało się radio, życząc sukcesów kolektywowi parowozowni i zastępcy naczelnika, którym jest towarzysz Papkowicz. Nagle mężczyzna na przednim siedzeniu poderwał się, odwrócił do konduktorki, do mnie, damy w karakułach, dwóch babulek w chustkach, dziadka w kapeluszu i podpułkownika w pagonach, i do wszystkich znajdujących się w trolejbusie, by stuknąwszy się ręką w pierś obwieścić: „Towarzysz Papkowicz to ja! Tam w radiu występuję, a jadę z wami!”.

W kosmos nie wzleciał jeszcze nawet pierwszy kosmonauta, nikt nie słyszał jeszcze o drugim kosmonaucie Titowie, kosmonaucie numer 3 Nikołajewie oraz kosmonaucie numer 4 Popowiczu, dlatego wszyscy spojrzeli jak na bohatera na wicenaczelnika mińskiej parowozowni, którego głos dobiegał z radia. W oczach konduktorki zobaczyłem jakąś dumę – oto człowiek, który występuje w radiu, jedzie z nami, prostymi ludźmi, w tym samym trolejbusie… Na chwilę wszyscy trochę się zmieszali: i dwie babulki, i konduktorka, i podpułkownik – wszyscy oprócz dziadka, który nagle orzekł:

– Głos jakiś taki niepodobny.

Zastępca naczelnika spojrzał na dziadka, potem na konduktorkę.

– Jak to, niepodobny?

– A tak – drwiąco uniósł kapelusz skrupulatny staruszek. – Nie twój.

– No, trochę zmieniony – powiedziała konduktorka, która oczywiście wolałby, żeby tak znamienity człowiek jak towarzysz Papkowicz jechał właśnie w jej trolejbusie. – To, co idzie w radiu, tak właśnie brzmi.

I nagle głos konduktorki stał się nienaturalnie niski. Nie jak u Niny Dordy. Na ten dźwięk nawet podpułkownik się obrócił.

– Niepodobny – upierał się dziadek. – Nasz kierowca w rzeczywistości ma głos taki jak w radiu i koniec.

– Kierowca nie jest w radiu. On tak przez mikrofon – nie poddawała się konduktorka.

– Ulica Komsomolska! – ogłosił kierowca. – Następny przystanek: plac Centralny.

Na placu Centralnym, w Pałacu Związków Zawodowych, gdzie wczoraj odbywały się tańce, poznałem Amerykanina.

„Szerokim prospektem spaceruję i tak cieszy mnie, że w tym wielkim pięknie jest kawałek mojego trudu!…” – radio zaczęło grać nową piosenkę, a dziadek aż podskoczył.

– A niech pokaże dowód! – I z jakiegoś powodu spojrzał na podpułkownika. – Ma dowód?

Podpułkownik odwrócił się do okna i poprawił czapkę.

– Aha – ze skargą w głosie powiedział zastępca naczelnika parowozowni – nie będę ciągać ze sobą dowodu, żeby go jeszcze zgubić.

– Nie ma dowodu! A jeśliby nawet miał, to co? Mam sąsiada Gruzina, Dżugaszwili się nazywa – czy w takim razie to Stalin?

W trolejbusie wszyscy jakoś ucichli, nawet radio.

Cztery lata temu w Moskwie ogłoszono, że Stalin nie był tak wielki, jak się wydawało, i nie ma go za co szczególnie cenić. Ale to było gdzieś daleko, w Moskwie, a nie tu. W Mińsku nikt się nie spieszy, by Stalina znielubić, bo co będzie, jeśli raptem w Moskwie znowu zmienią zdanie?

– Kto jest pańskim sąsiadem? – zapytała dama w karakułach, która nie dosłyszała staruszka. Ten jednak uznał powtarzanie swoich słów za zbędne, więc pytanie, które wydobyło się malinowych ust, zawisło w powietrzu.

„Stalin – nasze słonce; Stalin – nasza sława; Stalin – nasza wieczna wiosna…” – przypomniały mi się słowa piosenki, którą mógł śpiewać Edzik Haraczy w orkiestrze Eddiego Rosnera, tak jak ja śpiewałem ją w pionierskim chórze, a kobieta w karakułach dalej przesłuchiwała dziadka.

– Ma pan Stalina za sąsiada – malinowe usta się zacisnęły. – Toż to kult jednostki!

Dziadek przemilczał również tę uwagę, ale z jego miny można było wywnioskować, że nie podoba mu się dama w karakułach.

– Jaki k-u-lt? – pociągnął patrzący w okno podpułkownik. – Czepiają się… – uderzył ręką w kolano. – Ja z nim do Berlina doszedłem!

W lewym oknie trolejbusu przepływał plac Centralny, a na jego środku, w brązowym szynelu, przyciskając do piersi brązową dłoń, stał Stalin. Dziesięciometrowy, potężny, na wysokim, obłożonym marmurem postumencie – wydawało się, że podpiera niebo nad Mińskiem. Postawiono go tu na wieki wieków i nikt w naszym trolejbusie – ani kierowca, ani konduktorka, ani dwie babcie, ani zastępca naczelnika parowozowni towarzysz Papkowicz, ani dziadek w kapeluszu, ani karakułowa dama, a tym bardziej podpułkownik nie mogli sobie nawet wyobrazić, że wkrótce pomnika Stalina zabraknie.

Zniknął. Zlikwidowali go w jedną wiosenną noc 1961 roku, tuż przed czterdziestą czwartą rocznicą Wielkiej Rewolucji Październikowej, której autorem był przecież Lenin razem ze Stalinem, bo bez tego drugiego ani rusz.

Plac Centralny ogrodzono wtedy wysokim płotem, zza którego nic nie było widać – dochodziły jedynie szum i skrzypienie. Razem z Tatarką Nelą, Wiłem, Bigiem i Pilą wleźliśmy na dach pobliskiego domu i stamtąd patrzyliśmy, jak po zawiązaniu liny na szyi zwalano brązowego wodza wszechczasów i narodów.

Wódz uparł się jednak i nie chciał upadać. Do obalenia pomnika nie wystarczył jeden opancerzony transporter, spod którego gąsienic leciały iskry i fragmenty bruku. Za naszymi plecami po blaszanym dachu biegał pijany facet, wrzeszczący: „Józek, nie daj się!”. Ale Józek nie wytrzymał. „Nikt nie wytrzyma, gdy się na niego wszyscy naraz zwalą” – powiedziała Tatarka Nela. Na plac przyprowadzono jeszcze jeden transporter i wódz upadł.

„Zwalił Nikita Józika…” – powiedział pijany facecik, usiadł na kominie i zapłakał.

– Ja się nie czepiam – dziadek pochylił się przez siedzenie w stronę podpułkownika. – Tylko mówię, że on może być Papkowiczem, ale nie tym towarzyszem Papkowiczem, który wystąpił w radiu.

– To niby jakim? – konduktorka nie pojęła słów staruszka. – No niby jakim, jak nie tym?

– Plac Centralny! – ogłosił kierowca. – Następny przystanek: ulica Janki Kupały.

Konduktorka, sprzedając bilet dziewczynie w błękitnym kapturku, patrzyła na dziadka wyczekująco… Jednak wiceszef parowozowni nie zamierzał już nikomu udowadniać, że on to on, i milczał obrażony. Dziadek odburknął:

– A skąd ja mam wiedzieć?

Dziewczyna usiadła obok mnie. W trolejbusie było mnóstwo wolnych miejsc, a ona wybrała akurat to przy mnie.

Ładna całkiem, ale nie tak ładna jak Asia. Gdzie tam tej w kapturku do Asi.

To pewnie przez Asię Amerykanin podszedł do nas. Tańczyliśmy rock’n’rolla, a on się dołączył. Fajnie mu szło, nawet lepiej niż Garykowi Klabanowowi. A przecież nikt nie tańczy rock’n’rolla lepiej od niego.

– Udało ci się? – zapytała dziewczyna, podliczając numery na bilecie, i zaśmiała się. – Dziś nie mam szczęścia.

Konduktorka, choć nie pierwszej młodości, i tak się cieszy. Choć jej również nie trafił się szczęśliwy bilet, i tak jest zadowolona. „Kobieta to rzecz tajemna jak rzeka podziemna” – śpiewał do gitary Garyk, który najlepiej ze wszystkich tańczy rock’n’rolla.

Błękitny Kapturek nie mógł kupić szczęśliwego biletu. Następny szczęśliwy numer to 179881, i żeby komuś się trafił, konduktorka musi sprzedać dziewięć biletów. Chętnych jednak brak.

– Nie wiem, czy mój jest szczęśliwy – oszukałem Kapturka. – Możemy się zamienić.

Kapturek znowu się zaśmiał.

– Wiesz, wiesz, o swoim szczęściu wszyscy wiedzą i nie chcą się wymieniać.

„Podmianka” – powiedział wczoraj Kostek Woran do Amerykanina. „Ja tańczę z Asią, a ty z Mariną”.

I Amerykanin się zamienił.

Gdyby jednak się nie zamienił, to możliwe, że historia świata potoczyłaby się w inną stronę. Ale czy szczęśliwszą, nikt nie wie. Nikt nie ma pojęcia o swoim szczęściu, Kapturku.

W kieszeni miałem dziesięć rubli i dziesięć kopiejek. Na śniadanie: jajecznica – rubel i dziesięć kopiejek; kasza – siedemdziesiąt; kisiel – trzydzieści; bułka za darmo. Czyli razem dwa dziesięć. Obiad: sałata – pięćdziesiąt; pół barszczu – osiemdziesiąt; kotlet – rubel dwadzieścia; dodatki – czterdzieści; herbata i chleb za darmo, wychodzi dwa dziewięćdziesiąt. Za jedzenie będzie więc pięć rubli. Do tego dziewięć biletów, czyli trzy sześćdziesiąt. Razem wychodzi osiem sześćdziesiąt. Zostaje mi półtora rubla. Wieczorem będzie wojna, więc do kolacji nie dotrwam. A jutro dostanę stypendium.

Podałem konduktorce pięć rubli.

– Proszę dziewięć biletów.

Wioleta Kazimirouna uważnie popatrzyła najpierw na mnie, potem na moją sąsiadkę…

– Osiem – powiedziała, przeliczając bilety i resztę. Jeden bilet kupiła sama.

– Ulica Janki Kupały! – oznajmił kierowca. – Kto do cyrku, niech wysiada!

– Nie, to jakiś cyrk – nagle odezwał się niezadowolonym głosem dziadek. – Człowiek przypisuje sobie nie swoje zasługi, a wszyscy milczą. Że niby jest spikerem w radiu! A co, ja nie znam spikerów? I tak będzie sobie też wasze zasługi przypisywać, i moje! I co, mam na to pozwolić?

Słysząc to staruszki ubrane w liliowe chustki i czarne kozie futerka, przesiadły się, byle dalej od dziadka, a bliżej podpułkownika.

– Nie powiedział, że jest spikerem! – Wioleta Kazimirouna porzuciła zajmowanie się moim i Kapturka szczęściem. – Powiedział tylko, że występował, a pan wszystko przekręca! On wszystko przekręca, towarzyszu pułkowniku.

Wszyscy szukali wsparcia w uosobieniu siły. Słabi ciągnęli do silnego.

Mam starszego przyjaciela Pułkownika. Nie, nie prawdziwego wojskowego – po prostu taką ma ksywkę. Ale i tak jest silniejszy od prawdziwego pułkownika, a w każdym razie od tego naszego współpasażera, który patrzy na konduktorkę i nie ma pojęcia, co powiedzieć.

– Jestem podpułkownikiem – odzyskał wreszcie mowę. Obrońca ojczyzny, która wprawdzie redukowała swoje siły zbrojne, poczuł wreszcie odpowiedzialność za kobiety i dzieci, dlatego zapytał srogo dziadka: – A jakie pan ma zasługi, które ktoś mógłby sobie przypisać?

Dziadek tylko czekał na taki obrót sprawy.

– Proszę! – wyciągnął z kieszeni czerwoną książeczkę. – Bohater partyzanckiego podziemia!

Konduktorka zareagowała szybko.

– Tam nic nie jest napisane o bohaterze, tylko że można jeździć bezpłatnie.

– Plac Zwycięstwa! – obwieścił kierowca – Złóżcie kwiaty bohaterom!

Dama w karakułach, która nie zamierzała nikomu kłaść kwiatów, zapytała konduktorkę:

– Jaki plac?

– Okrągły, proszę pani. Okrągły… Wszyscy wiedzą, a każdy pyta.

Wszyscy wiedzą, a każdy pyta dlatego, że dotychczasowy plac Okrągły, na którym postawiono obelisk i zapalono wieczny ogień, dopiero niedawno stał się placem Zwycięstwa. A do nowej nazwy nie przyzwyczaiła się nie tylko dama w karakułach, ale nawet ja wciąż nazywam go Okrągłym.

– Patrz – powiedziała jedna babulka do drugiej w chwili ciszy tuż przed otwarciem drzwi. – Na placu coś się pali…

– Prawda… – druga z zaciekawieniem przywarła do okna. – Pewnie dzieci rozpaliły.

Ży-szu-szych! Drzwi otworzyły się z łoskotem i lekko niczym piórko wyleciał przez nie mój Kapturek.

Nawet się nie pożegnała.

Nawet konduktorka się zdziwiła.

Nawet babcie odprowadziły ją spojrzeniami.

Więcej nikt z trolejbusu nie wysiadł – nikt nowy nie wsiadł. Szych-ży-szu!

Od placu Okrągłego drogi rozchodziły się w czterech kierunkach.

– Szczęścia nie kupisz – powiedziała konduktorka, patrząc na zamknięte drzwi. – Trzeba było przebiśniegi dać, a tak więdną bez sensu.

Mogłem dać… więdną bez sensu… Gdyby to była Asia, wyskoczyłbym z trolejbusu, zabrał ze sobą przebiśniegi. Wyskoczyłbym jeśli nie przez drzwi, to przez okno. Jednak to nie była Asia, a Błękitny Kapturek. Nawet nie Tatarka Nela.

Wczoraj Tatarka Nela też tańczyła w Pałacu Związków. Potem w piątkę: ja, Nela, Wił, Pila i Garyk odprowadziliśmy Marinę z Amerykaninem. Woran powiedział: „Idę z Asią, a wy Marinę odprowadźcie, no w końcu jest z Amerykaninem”.

Na Marinę czekał pod domem czubaty Tolik. Amerykanin od razu na niego naskoczył – zadziorny – jak zobaczył konkurenta, zaraz chciał się bić. Taki to by się na wojnę nadawał… I gdyby nie my, na pewno by się pobili. Tym sposobem wojna mogłaby się zacząć jeszcze wczoraj, w tym miejscu, obok wiecznego ognia. Ale przenieśli ją na dziś. Chłopaki z dzielnicy Gruszewka będą się bić z tymi z Selchazpasiołka.

Uczyłem się w elektrotechnikum łączności, mieszkałem w internacie na ulicy Podleśnej, dlatego nie była to moja wojna. Ze mną jednak uczyli się Kon, Hryc i Balik. Kon i Hryc bili się po stronie Gruszewki, Balik trzymał z Selchazpasiołkiem. On zresztą wymyślił, że powinienem przyłączyć się do niego, żeby było sprawiedliwie – dwóch na dwóch. Ale ja bić się nie chciałem – ani dwóch na dwóch, ani dzielnica przeciwko dzielnicy. Chciałem tańczyć rock’n’rolla, słuchać Duke’a Ellingtona, Deana Reeda i Elvisa Presleya, czytać Agathę Christie, którą przetłumaczyli z angielskiego Big i Wił, no i kochać Asię. Jednak Kon i Hryc powiedzieli: „Jesteśmy razem. A ty jesteś stiljagą[1]. Jeśli nie jesteś z nami, to znaczy, że jesteś przeciw wszystkim”.

Byłem stiljagą, ale nie chciałem być przeciwko wszystkim – jak to tak, przeciw wszystkim w pojedynkę?

Tatarka Nela powiedziała: „Wszyscy muszą trzymać się razem, jak Tatarzy z Mongołami – wtedy będzie Złota Orda”.

Trolejbus tymczasem kręcił się po placu Okrągłym – a babcie cały czas dziwowały się ogniowi rozpalonemu przez dzieci…

Tatarka Nela uczyła się na pielęgniarkę w szkole na Podleśnej. Szkoła mieści się obok Kliniki numer 1, w której Nela dorabia. Zaczęła już używać perfum i potrzebne są jej pieniądze – niestety, rodzice na perfumy nie chcą dawać.

– Jakie tam dzieci! – nie wytrzymał dziadek, ale niczego babulkom już nie objaśniał. Burknął tylko w oczekiwaniu na wsparcie od karakułowej damy: – Co za wiocha!

Dama jednak nie wsparła staruszka, bo w ogóle nie okazywała nikomu wsparcia. Podniosła się tylko i podeszła do wyjścia. Ze swoją okrągłą twarzą przypominała trochę matkę Tatarki Neli.

Nela przestała mnie kochać, gdy zakochałem się w Asi. Zdziwiłem się wtedy, bo dotychczas myślałem, że jak miłość, to raz na całe życie. Jednak Wił powiedział mi, że bywa inaczej. Był starszy ode mnie, chociaż nie na tyle, by o tym wiedzieć z doświadczenia. I nie uwierzyłbym mu, ale właśnie odkochałem się w Tatarce Neli.

Nela też zdziwiła się tym moim odkochaniem i stwierdziła, że skoro tak, to ona również mnie już nie kocha. Dlatego było jej wszystko jedno, bo bez miłości wszystko jest prostsze

Mieszkała niedaleko dworca – na ulicy Radzieckiej. Jej rodzice byli kolejarzami, pracowali głównie na nocnej zmianie, i dlatego gdy już odprowadziliśmy Amerykanina, zaprosiła mnie do siebie. Jednak nic z tego nie wyszło – bo nawet nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Co gorsza, w środku nocy niespodziewanie wrócił ojciec – i Nela wepchnęła mnie pod stół. Przesiedziałem tam do rana, trzęsąc się z zimna…

I po tym wszystkim mam się jeszcze bić?

Kon, Hryc i Balik czuli, że nie jestem z nimi i że nie ma jedności. Dlatego wciągali mnie w cudzą wojnę. Frontowi przyjaciele muszą być do końca razem.

Konduktorka zabrała mi wstążkę biletów, oddała trzy ruble dwadzieścia kopiejek.

– Twoje szczęście wysiadło – powiedziała ze śmiechem. – Zaoszczędziłeś na lepsze czasy.

Jej piskliwy śmiech ostro kontrastował z jej niskim głosem.

Postanowiłem, że jeśli dama w karakułach wysiądzie i pójdzie prospektem w kierunku jazdy trolejbusu, ożenię się Asią. Jeśli w przeciwną stronę – z Tatarką Nelą. Wprawdzie już jej nie kocham, ale nie na tyle, żeby nie zakochać się jeszcze raz.

Jednak po wyjściu dama od razu skręciła w Długobrodzką.

Z nikim się nie ożenię…

Tak, niech będzie na lepsze czasy. Na obiad zjem dwa kotlety i do tego jeszcze pójdę na kolację. Wieczorem będzie wojna i trzeba zbierać siły.

Czubaty Tolik wprawdzie nie pobił się z Amerykaninem, ale do wojny i tak dojdzie. Na tym świecie bez niej ani rusz.

Ojciec mój i Tolika to frontowi koledzy. W każdy Dzień Zwycięstwa upijają się i strzelają do siebie z pistoletów. Jeden ucieka przez las, a drugi wali do niego. A potem na odwrót… Za każdym razem przyjeżdża major z miejscowej komendy, zabiera im broń, ale potem oddaje. W końcu on też jest frontowcem, a oni trzymają sztamę do śmierci.

Za każdym razem moja matka prosi majora, żeby już na zawsze odebrał im pistolety, a on wtedy tłumaczy, że tak na zawsze to nie może. Wygrawerowane są na nich imiona właścicieli – to prezent. Od samego marszałka Żukowa. Taka nagroda jest ważniejsza od orderu. Ojciec każe polerować napis na pistolecie: „Widzisz synku, co znaczy dobre imię. Zniesławisz je – to cię zabiję”.

– A ty byłeś na wojnie? – zapytał dziadek, pewnie żeby mu dopiec. Tamten przecież powiedział, że wkraczał do Berlina razem ze Stalinem, i dziadek poczuł zazdrość.

Ale podpułkownik nie dał się zbić z tropu.

– Byłem. Wszyscy byli.

– E tam, nie wszyscy! – zaczął dziadek, ale jego słowa przerwał kierowca: „Następny przystanek: plac Jakuba Kołasa”, i dziadek uczepił się białoruskich poetów. – Kołasa tam nie było, Kupały też nie. Po pijaku spadł ze schodów![2] A teraz jeden ma swoją ulicę, a drugi swój plac! Gdzie sprawiedliwość?

Nikt na to nie odpowiedział, nawet zaczepiany podpułkownik, tylko ja nie wytrzymałem.

– Ale panie – to poeci.

Dziadek tylko czekał na tego, kto pierwszy otworzy usta.

– Poeci? A ja byłem członkiem partyzanckiego podziemia. W czym jestem gorszy?

– W niczym – powiedziała konduktorka, żeby uspokoić krewkiego staruszka. – Mamy przecież ulicę Członków Podziemia.

– Nic nie wiem o takiej ulicy. W Mińsku są setki ulic. Może gdzieś jest i taka ulica, gdzie żyją byli partyzanci. Cała ulica pełna członków podziemia…

Gruszewka, w której mieszkają Kon i Hryc, i Selchazpasiołek, gdzie mieszka Balik, to wrogie obozy od dawien dawna. I od czasu do czasu leją się między sobą do dziewiątej krwi. Jak tylko dziewiątemu ktoś rozkwasi gębę, wojna się kończy. Drużyna, w której pobitych jest mniej, wygrywa.

Tym razem Balik zaproponował, by zorganizować bitwę w parku Czeluskinowców.

– Ale wtedy będziecie mieć przewagę – powiedział Kon. – Park Czeluskinowców to wasz teren.

– A gdzie u was można się bić? W parku Gorkiego, żeby nas milicja zabrała?

Tak jakby w parku Czeluskinowców milicji nie było.

– Plac Jakuba Kołasa! – obwieścił kierowca i dziadek, machnąwszy ze złością ręką, wyskoczył z trolejbusu. – Następny przystanek: Szósta Linia.

– Gieroj baby starej – w ślad za dziadkiem rzuciła konduktorka. – Ledwie żywy, a jeszcze skacze. A idź ty do grobu.

– Broń Boże – przeżegnała się babulka, która jako pierwsza dziwowała się wiecznemu ogniowi.

– Jaki znowu Bóg? – rozdrażnionym głosem zapytał podpułkownik. – I niby kogo ma strzec, tego starego bałwana?

Babcia przeżegnała się raz jeszcze:

– Niech Bóg wszystkich strzeże.

Konduktorka też chciała się przeżegnać, ale zerknąwszy na podpułkownika, powstrzymała się.

Przystanek przejechaliśmy w milczeniu.

Na następnym wysiadłem – i już nigdy więcej nie spotkałem ani tych dwóch babć, ani dziadka, ani podpułkownika, ani zastępcy naczelnika parowozowni, ani konduktorki Wiolety Kazimirounej, ani Błękitnego Kapturka… A nad nimi unosił się wtedy wiosenny zapach przebiśniegów.

Dziwnie tak zobaczyć razem grupkę ludzi, którzy pewnego poranka tylko na chwilę stają się częścią twojego ziemskiego żywota…

A wieczorem wybuchła wojna.

Dobijaliśmy już tych z Gruszewki, pozostało nam tylko puścić ostatnią, dziewiątą krew, gdy nagle napadli na mnie nieznajomi faceci. Pijani gitowcy z tatuażami – wyglądali na takich, co wyszli z więzienia po niedawnej amnestii. Dostałem ołowianym ciężarkiem i znalazłem się tam, gdzie rano wysiadłem z trolejbusu: w Klinice numer 1 na Podleśnej.

Pierwszą osobą, jaką zobaczyłem, była Asia. Rozpoznałem ją i zapłakałem: bo nigdy się z nią nie ożenię. Karakułowa dama skręciła przecież w Długobrodzką.

2. Plac Wolności, dawniej Wysoki Rynek

– Nie biją tylko tego, z którego nie ma czego wydusić – mówi Sałamon Majsiejewicz w odpowiedzi na moją historię o tym, że o mało co nie przeniosłem się na tamten świat, i to chyba zupełnie przypadkiem. Stoisz sobie na ulicy, ktoś podchodzi i pyta: „Czego tu stoisz?”. Nawet nie zdążysz odpowiedzieć, bo zresztą sam nie wiesz, dlaczego właściwie tu stoisz, a ten – bęc! Da ci w japę czy gdzie indziej. I idzie dalej w swoich tajemniczych sprawach. Okazuje się, że niezbyt go obchodzi, dlaczego zatrzymałeś się właśnie w tym miejscu.

Słucham Sałamona Majsiejewicza i kiwam głową z aprobatą, bo sam domyślam się, że na tamtym świecie ludzie interesują się innymi, podobnie jak tu. Jednak tam ludzie są tym, kim są, i nie udają kogoś innego – jak tu.

Jak by to nie było dziwne, łatwiej w życiu udawać kogoś niż być sobą. Dlatego wszyscy robią z siebie aktorów… i odgrywają a to swoją wojnę, a to pokój.

Pułkownik, o którym opowiem dalej, mówi, że aktor to ten, kto nie wie, kim jest w rzeczywistości. Oczywiście gdy nie jest się na przykład aptekarzem, który akurat wie, że jest aptekarzem. Kostek Woran nie zgadza się z Pułkownikiem. „O sobie samym – twierdzi Kostek – nikt nic nie wie. Nawet ten wasz aptekarz. A przecież nie każdy jest aktorem”.

– Czy ty rozumiesz, co powiedziałeś? – zapytuje Kostka Pułkownik, próbując jednocześnie uderzeniami wydusić z automatu porcję wody sodowej. Jednak Pułkownik ma małą piąstkę – i automat tylko drży i syczy, ale wody nie wydaje. – Czego taki aptekarz może o sobie nie wiedzieć? Zapytaj Sałamona Majsiejewicza, czego on o sobie nie wie.

– Ale przecież Sałamon Majsiejewicz nie jest aptekarzem… – zdezorientowany Kostek patrzy na Pułkownika, który akurat ma gdzieś, co wie czy czego nie wie o sobie Sałamon Majsiejewicz, i tylko dlatego, by Kostek pomógł mu wydusić wodę z automatu, dopowiada:

– Ale mógłby nim być.

Buch! – Kostek wreszcie przywala i automat wypuszcza z sykiem bąbelkową wodę.

Mało kto dostawał takie cięgi, jak ten pierwszy w Mińsku automat z sodówką. I to tylko dlatego, że jedynie w ten sposób można było coś z niego wydusić. Sam Bóg nie wiedział jednak, czy będzie to szklanka wody z syropem, czy bez…

Po pieniężnej reformie Chruszczowa szklanka wody gazowanej bez syropu kosztowała nie dziesięć kopiejek, lecz kopiejkę, a z syropem – trzy kopiejki. Mało kto umiał biciem wymusić z automatu wodę z syropem. Za mojej pamięci jedynie Kostek Woran, a i on dokonał tego tylko raz. Może dwa razy. Ech, kawał chłopa był z tego Kostka. Gdy Asia uciekła mu do autobusu, żeby pojechać do Guryka, a było to na końcowym przystanku na placu Okrągłym, Kostek złapał za tylny zderzak i trzymał. Kierowca dodawał gazu, dopóki nie urwał zderzaka. Automat z sodówką to była dla Kostka pestka… Psuł się prawie codziennie – i prawie codziennie był rozmontowywany.

Stał na placu Wolności, obok ulicy prowadzącej do Niemigi. Przeniesiono go tam ze sklepu spożywczego numer 6, pod zegarem na prospekcie Lenina. To tam na początku zaczęto mińszczanom sprzedawać sodówkę z syropem lub czystą. Dlaczego został przeniesiony? Nikt nie wiedział. Wszyscy domyślali się, że po to, by zamknąć sklep mięsny. Mięsa brakowało, i by było go więcej, cały Związek Radziecki obsiano kukurydzą. Po czym mięso przepadło zupełnie. Mięsny opustoszał – i wtedy zaczęto w nim sprzedawać wodę gazowaną z  saturatora. Do byłego mięsnego przychodzili jednak podpici ludzie i pytali o zakąskę. A gdy zlikwidowano sklepik z saturatorem i zamiast tego postawiono automat – to i pytać nie było kogo.

Pewnego dnia automat znikł. Wszyscy pomyśleli, że to dlatego, by już nic nie przypominało, że kiedyś był tu mięsny. Ale ja wiedziałem, że zniknął sam z siebie, by nie przeszkadzać Sałamonowi Majsiejewiczowi, który przez niego został bez pracy i napisał do Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Białorusi skargę na władze Mińska i KGB.

Znalazłem zaginionego na ulicy Brzeskiej, w podwórku domu z apteką. Powiedział mi, że Sałamona Majsiejewicza już nie ma, i dlatego sobie nie przeszkadzają – ani automat Sałamonowi Majsiejewiczowi, ani Sałamon Majsiejewcz automatowi. A do tego nikt już nie pamięta o mięsnym.

Tak oto w tym mięsnym, na ulicy łączącej plac Wolności z Niemigą, w którym kiedyś sprzedawano mięso, postawiono – gdy mięsa zabrakło – najpierw saturator z wodą sodową, a wokół kraników z wodą i syropem kręcił się co dzień Sałamon Majsiejewicz Blank. Chuderlawy, o skrzywionych plecach, z bulwiastą, połysiałą od czoła do potylicy głową. Kapryśny, wychylał się co i raz z okienka mięsnego jak kukułka z zegara. Albo jak szpak z budki. I w ogóle nie pasował do swoich czasów.

Bardziej kapryśne od samego Sałamona Majsiejewicza były jego ręce, z których każda żyła innym życiem. Gdy ktoś chciał wody bez syropu, nie trzeba było dwóch rąk… Sałamon Majsiejewicz kręcił więc pokrętło jedną ręką, drugą zachęcająco machał, prosząc o uwagę, i rozpoczynał przemowę.

Ku-ku!

A przemawiać umiał na każdy temat… Zdarzało się, że kolejka po wodę gazowaną wyczerpanych spiekotą ludzi stała od samego placu Wolności. Sałamon Majsiejewicz wybierał ten moment, by zwrócić się do wszystkich.

– Z głów wam już dymi. Zaraz głowy potracicie. Żal wam kupić kapelusz, ale są jeszcze tiubietiejki[3]! Przywieźli ich tu góry – do GUM-u[4], jakby to była jakaś Turkmenia! Do GUM-u macie dwie minuty na piechotę! Nawet rubla nie trzeba płacić, zaledwie sześćdziesiąt kopiejek! Dwadzieścia szklanek wody z syropem! Gotowi jesteście udławić się tym syropem, ale głowa niech was pali aż do śmierci! A po co wam ten syrop, jeśli głowy zabraknie? Nawet ananasy będą na nic! W ogóle nie myślicie! A o mnie mówią, że niby nieźle się ustawiłem przy tych kranikach, i do tego słońce mi nie dokucza. Raz pokręcę, nie doleję – jest kopiejka; dwa razy – już dwie! Przez cały dzień to dopiero mogę nazbierać… Na niejedną tiubietiejkę wystarczy! A żeby ktoś chociaż pomyślał o tym, że zawsze nalewam więcej, nie mniej! Ale nikt! Nikt! Nikt i o nikim w tym kraju nie myśli… I jest coraz gorzej. A dopóki tak będzie, ja będę kranik odkręcał, a wy bez tiubietiejek będziecie chodzić. Oj, przydałby się wam towarzysz Stalin!

– A Stalin tu niby po co? – z kolejki wychyla się facet nierozumiejący logiki wywodu zawartej w ostatnich słowach Sałamona Majsiejewicza. Ostrożnie patrzy na innych, żałując, że tylko jemu zachciało się pytać o Stalina. Głupio mu, że sam wyszedł przed szereg, podczas gdy inni w milczeniu piją swoją wodę.

– Przy towarzyszu Stalinie wszyscy byście w tiubietiejkach łazili! – odpowiada Sałamon Majsiejewicz, a kolejka przyjmuje to bez sprzeciwu, choć zastanawia się, dlaczego w tiubietiejkach, skoro Stalin był Gruzinem?

Sałamon Majsiejewicz nie przestaje mówić.

– Jeśli chcecie wiedzieć, poczynając od siedemnastego listopada tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego roku bardzo znielubiłem towarzysza Stalina. I wcale nie dlatego, że odchylił się od linii towarzysza Lenina. Siedemnastego listopada tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego roku zabrano mojego brata Izję, i nie wiadomo, gdzie się podział. Mój brat Izja był poetą, a towarzyszysz Stalin co robił w seminarium? Wiersze składał. A kto je czytał? Czytał pan? – pyta Sałamon Majsiejewicz przestraszonego faceta, który zdążył już pożałować swojej dociekliwości. – Nikt ich nie czytał. A wiersze mojego brata Izji możecie przeczytać. Mam książki…

Tymi słowami Sałamon Majsiejewicz kończy przemowę, przy okazji sprzedając tuzin egzemplarzy książki swojego brata Izji.

– Dwudziestego piątego lutego tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku okazało się, że towarzysza Stalina nie lubiłem nie tylko ja, ale też pierwszy sekretarz KC KPZR, przewodniczący Rady Ministrów ZSRR towarzysz Nikita Chruszczow, który osądził towarzysza Stalina za kult jednostki. I co z tego? Myślicie, że odnalazł się mój zaginiony bez wieści brat Izja? Nie, nie znalazł się mój zaginiony bez wieści brat Izja. Za to prosty człowiek radziecki, major Jurij Aleksiejewicz Gagarin, jako pierwszy poleciał w kosmos. Salam alejkum! – Sałamon Majsiejewicz wychyla się ze swojego okienka i robi taki ruch, jakby zdejmował z głowy tiubietiejkę.

Dlaczego „salam alejkum”? Że niby tiubietiejki do GUM-u przywieźli?

Kostek Woran powiedział kiedyś Sałamonowi Majsiejewiczowi, że jest podobny do Lenina, tylko brody mu brakuje. „Jestem jego krewnym – wychylił się z okienka Sałamon Majsiejewicz – tylko o tym cicho sza!” I za to, że Kostek rozpoznał w nim krewnego samego Lenina, Sałamon Majsiejewicz nalał Kostkowi wody z syropem ananasowym.

W całym mieście nie było takich syropów, jak u Sałamona Majsiejewicza! Oprócz zwykłego jabłkowego czy malinowego z wiśniowym był jeszcze morelowy, pomarańczowy, ananasowy… Ananasów w Mińsku nikt nigdy nie widział na oczy, a Sałamon Majsiejewicz miał syrop z ananasów.

Miał jeszcze córkę Asię. Nikt w Mińsku nie miał takiej córki, jak Sałamon Majsiejewicz! Wysoka, biała jak marmur, z zielonkawym smutkiem głęboko ukrytym na dnie oczu, nad których głębią płonął pożar ognistych włosów. W ogóle niepodobna do ojca. Czy do matki, nie wiadomo, bo jej matka – Sonia – zginęła w mińskim getcie tuż po urodzeniu córki, którą wychowywał Sałamon Majsiejewicz po to, by Kostek Woran spłonął w pożarze jej włosów…

Zresztą nie on jeden.

Gdy tylko Asia w białej sukience, na której wił się płomień jej włosów, przychodziła do sklepiku Sałamona Majsiejewicza, to nawet w chłodne dni, gdy nikomu nie chciało się specjalnie pić, momentalnie wyrastała niekończąca się kolejka spragnionych. Z Asią Sałamon Majsiejewicz mógłby sprzedawać wodę sodową nawet w najmroźniejszą zimę. Klienci piliby lodowaty napój i przegryzali lodem, jeśliby tylko Asia stanęła koło okienka.

Kiedyś Asia wyjechała z Mińska na tydzień do krewnych w Wiedniu. I od razu tłum przy okienku z wodą przerzedził się: kolejek nie było nawet w upały. Z Wiednia Asia przywiozła coca-colę, o której śpiewaliśmy: „Nie idźcie, dzieci, do szkoły, napijcie się coca-coli…” – sami wprawdzie nigdy coca-coli nie piliśmy i, jak się okazało, nie była nam do niczego potrzebna. Co tam jakaś coca-cola w porównaniu z bąbelkową wodą z syropem ze sklepiku Sałamona Majsiejewicza!

Tego dnia, gdy Kostek Woran rozpoznał w Sałamonie Majsiejewiczu krewnego Lenina, staliśmy koło jego sklepiku we troje: Kostek, Asia i ja. Miał się z nami spotkać jeszcze As, ale na razie był daleko. Na tyle daleko, że raczej nie mógł usłyszeć, co Sałamon Majsiejewicz powiedział na temat swojego pokrewieństwa z Leninem. Ale kto wie, z jakiej odległości słyszą idealnie zdrowi lotnicy, nawet jeśli przeszli już na emeryturę

As chodził po mieście w szynelu z pagonami generała-majora lotnictwa. Pod nim nosił zatłuszczoną i pocerowaną marynarkę, założoną na koszulę w kolorze atramentu. Z tego powodu nigdy nie rozpinał płaszcza.

Przychodził do kawiarni Wiosna, gdzie zazwyczaj przedstawiał się wszystkim swoimi pseudonimami: As! Generał! Martwa Pętla! – i czekał, aż mu naleją. Jeśli długo nie nalewali, stawał w środku sali i zaczynał pogwizdywać, naśladując lot pocisku odłamkowego. A miał do tego talent! Gdy w kawiarni siedział ktoś nieznajomy, zdarzało się, że zaskoczony tym pokazem zapraszał Asa do stolika. Za każdym razem As prosił o jedno: by nalać mu szklankę portwajnu agdam. Gdy wypił, opowiadał wyłącznie o tym, ile niemieckich i amerykańskich samolotów udało mu się strącić. „On mi na ogon, a ja wtedy w martwą pętlę”…

Nowi goście pojawiali się w kawiarni rzadko, więc najczęściej Asowi wino nalewał Kostek Woran albo Amerykanin, który zresztą otrzymał ksywkę Amerykanin. To był ten sam Amerykanin, którego poznaliśmy na tańcach w Pałacu Związków Zawodowych.

Amerykanin, nalewając, pytał Asa:

– Gdzie strącałeś te amerykańskie samoloty?

As wygadywał niestworzone rzeczy… Amerykanin tymczasem głaskał kolana przyjaciółki Asi, Mariny, która pracowała w szpitalnej aptece i przynosiła Amerykaninowi, nazywanemu przez nią Alikiem, specjalne lekarstwa, by od naszego radzieckiego życia nie rozbolała go amerykańska głowa.

Guryk przyjaźnił się z Kostkiem, kochał Asię i był podstawionym Amerykaninowi kagebistą. Podejrzewał, że ten podlewa winem Asa, by wydobyć od niego sekrety radzieckiego lotnictwa.

– Zbijałem wasze samoloty wszędzie, bo wy Amerykanie jesteście zasrańcami!

Pijany Amerykanin miał silny akcent i gdy razem z Asem przeklinał Amerykanów, nazywając ich zasrańcami, nie brzmiało to bardzo wulgarnie. Jednak protestował, gdy mówiono, że jest taki sam, jak inni Amerykanie. Oni przecież popierali kapitalizm – a on komunizm. My też byliśmy za komunizmem, chociaż właściwie nie wiedzieliśmy, w jaki sposób przykładaliśmy rękę do jego budowy. Amerykanin bardzo chciał zrozumieć, jak niby budowaliśmy ten komunizm. My, niestety, niezbyt zdawaliśmy sobie sprawę, co to właściwie jest, więc nie umieliśmy mu wyjaśnić i on nigdy tego nie pojął.

Przyjechał z Ameryki najpierw do Moskwy, a potem do Mińska, ożenił się z Mariną, wrócił ze swoją radziecką żoną do Ameryki i zabił swojego amerykańskiego prezydenta. Zabił nie dlatego, że Amerykanie to zasrańcy, którzy nie chcieli zbudować u siebie komunizmu, ale z zazdrości o Marinę, która przyjechawszy do Ameryki, zakochała się w amerykańskim prezydencie.

Amerykański prezydent był podobny do czubatego Tolika i Marina wycinała ze wszystkich gazet i czasopism zdjęcia prezydenta podobnego do jej pierwszego ukochanego. I nawet pisała do amerykańskiego przywódcy listy. Podobno raz otrzymała odpowiedź, ale nie powiedziała jaką.

As czekał tymczasem, aż Amerykanin naleje, i tylko jeśli tamten nalał, kontynuował swoją przemowę.

– Wiesz, jakie mamy samoloty? Patrz – brał widelec – te zęby to są cztery silniki odrzutowe. I każdy z nich może zmieniać kierunek ciągu. Dlatego patrz – As wyginał zęby aluminiowego widelca w jedną stronę – mogę lecieć do przodu – potem wyginał je w drugą stronę – albo do tyłu.

Amerykanin pytał: „A w bok możesz?” – i wtedy podpity Guryk rzucał surowe spojrzenie na stukniętego generała, przykładając palec do ust: „Szszsz”. Nachylał się do Asa i mówił: „Jako starszy porucznik Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego nakazuję panu: szszsz!”.

Gdy Amerykanin, którego Marina nazywała Alikiem, a tak naprawdę nazywał się Lee Harvey Oswald, wrócił do Ameryki i zabił swojego amerykańskiego prezydenta Johna Kennedy’ego, Guryk w czasie popijawy w kawiarni Wiosna powiedział Kostkowi: „Widziałeś, jak się sprawiliśmy”…

Guryk nie zamierzał długo być tylko porucznikiem. Chciał już, natychmiast – choć nie wiadomo jakim sposobem, ale jak najszybciej – zostać generałem i w siedzibie KGB zająć główny gabinet. Popijałby w nim irlandzką czy angielską whisky, popalał amerykańskie papierosy i popluwał z okna na prospekt Lenina.

Budynek KGB znajdował się przy prospekcie Lenina, niedaleko kawiarni Wiosna. Prawie naprzeciwko. As zawsze mijał go wojskowym krokiem.

Nikt nie znał nazwiska Asa ani jego imienia. As. Generał. Martwa Pętla. Miejski wariat. Integralna część mińskiego życia ostatnich lat odwilży, której wiosenny zapach dotarł już z Moskwy do Mińska, przepłynął z lewego brzegu Świsłoczy na prawy, od placu Okrągłego do placu Wolności, błąkał się po ulicach Marksa i Engelsa, zawijał się i gubił w pseudoantycznych kolumnach Teatru Młodego Widza, na którego stopniach prowadzono rozmowy o odwilży i czytano wiersze, których lubił słuchać Alik. Ten nasz Amerykanin, a raczej przybysz z innej planety.

3. Plac Zwycięstwa, dawniej Okrągły

Pomysł, że Alik to nie żaden Amerykanin, ale kosmita, nieoczekiwanie dla wszystkich zgłosił Garyk Klabanau, kiedy siedzieliśmy w kawiarni Brzózka, oczekując na czubatego Tolika, którego Alik zamierzał zabić.

– Co u nas mógłby niby robić Amerykanin? – zapytał Garyk. – Sami pomyślcie…

Po głębszym zastanowieniu nie udało nam się znaleźć mu odpowiedniego zajęcia. A bez zastanowienia od razu znaleźliśmy – czyli doganianie i przeganianie Ameryki w Mińskich Zakładach Radiowych. Związek Radziecki wtedy Amerykę dogonił i przegonił, i to nawet nie zbliżając się do niej.

W odróżnieniu od kawiarni Wiosna na rogu prospektu Lenina i ulicy Komsomolskiej, Brzózka na placu Okrągłym wyglądała jak zwyczajna stołówka. Amerykanina można tam było często spotkać, mimo że mógł sobie pozwolić na dowolną restaurację. A przychodził tam dlatego, że przy placu Okrągłym mieszkała Marina. Na początku ich znajomości Alik co wieczór, godzinami przesiadywał w Brzózce, wyglądając, kiedy i z kim Marina wróci do domu. Najczęściej wracała pod rękę z czubatym Tolikiem – stiljagą. Stiljaga – to ktoś, kto ma styl. Pokątnie skopiowana amerykańska płyta z rock’n’rollem na „kościach” – czyli zużytych kliszach rentgenowskich, nazywana czasem „szkieletem mojej babci”. Nabrylantowany lok. Spodnie rurki. Szeroka marynarka. Pstrokata koszula. I obowiązkowo „traktory” albo „szuzy”[5] – buty na grubych podeszwach nazywanych kaszą manną. Stiljaga – to idea: niechęć do wszystkiego, co szare i pospolite, czyli tak naprawdę do radzieckiej rzeczywistości. To właśnie za ideę, a nie za nabrylantowany lok i pstrokatą koszulę, stiljagę mogli wykluczyć z Komsomołu i wywalić z instytutu. To dlatego komsomołki śpiewały: „Nigdy nie pójdę spać ze stiljagą…”, a komsomolcy pisali w swoich gazetkach ściennych wiersze:

Cudzoziemski sznyt?

Jak z „brodłeju” gust,

Lecz od stóp do głów

To miejscowy chów!

Rock’n’roll zjawił się w Związku Radzieckim przed wojną, razem z Eddiem Rosnerem, a stiljadzy dopiero po wojnie, kiedy polski Żyd Adolf Ignacy Rosner siedział już w łagrze na Kołymie. Rosner przedtem zmienił sobie imię, by uniknąć komentarzy w stylu „Adolf?… Hitler?” od każdego nowo poznanego. Jako jazzman był zresztą pierwszym stiljagą – słowo „stiljaga” pochodziło właśnie z jazzmańskiego slangu.

„Stylić” oznacza grać w obcym sobie stylu, i kiedy trąbkarz czy saksofonista udawał kogoś innego, mówiono, że „rżnie stiljagę”. Eddie Rosner był właśnie takim stiljagą, który nie krył, że dmie w trąbkę, udając Louisa Armstronga. Ten zresztą kiedyś podarował Eddiemu swoje zdjęcie z dedykacją: „Białemu Louisowi Armstrongowi”. Po wojnie, gdy czarny Louis Armstrong grał jazz na Broadwayu, jego biały odpowiednik wyrąbywał las na Kołymie. Wrócił stamtąd ze szkorbutem i bez zębów, co dla trębacza jest prawdziwą tragedią. Rosner seplenił więc w kółko to samo: „Nie chcę wrócić do rąbania tajgi”. Bał się, żeby go, broń Boże, znowu nie posądzili o coś nieradzieckiego, dlatego cały czas demonstrował lojalność. Do repertuaru swojego zespołu włączył nawet piosenkę, którą śpiewała Nina Dorda.

Nie złorzecz mu, przyjaciółko,

Może to zalotne ziółko,

Może gdy mały był,

Główką w ziemię wrył,

Może jest chory? Lecz nie, uwaga!

Twój znajomek to po prostu stiljaga.

Ostatnie słowa piosenki podkreślały jazgotem wszystkie trąbki i saksofony – muzycy pokazywali na dyrektora „stiljagę” Eddiego Rosnera. Sala zrywała się do owacji.

– Eddie, co z tobą zrobiła ta Moskwa? – zapytał Pułkownik, gdy po koncercie poszliśmy za kulisy. – Przecież w Mińsku byłeś normalny.

Eddie Rosner był od niego starszy o dwadzieścia lat, Pułkownik jednak nie miał w zwyczaju zwracać się do nikogo per „pan”. Jeśli chodzi o mnie, to muzyka równego Duke’owi Ellingtonowi i Louisowi Armstrongowi widziałem po raz pierwszy. Czy to naprawdę on? Solista orkiestr jazzowych Marka Webera i Stefana Weintrauba – pierwsza trąbka starej Europy? I teraz jest tu, w Mińsku? I Pułkownik jest z nim na ty?…

– To nie Moskwa jest winna, Kim – westchnął Rosner. – To Kołyma.

– Kołyma Kołymą, ale jest też Moskwa – Pułkownik rzucił niezrozumiałą dla mnie uwagę. Rosner jednak zrozumiał go w lot i kiwnął głową.

– Tak… Kiedy w trzydziestym dziewiątym przekroczyłem granicę i znalazłem się w ZSRR, zobaczyłem wzdłuż torów kobiety z łopatami i łomami. Nigdzie indziej czegoś takiego nie widziałem i wtedy zrozumiałem, gdzie mnie przyniosło. Ale było za późno.

– Przestań jęczeć. Gdybyś nie trafił do nas, nie zostałbyś stiljagą. Gdzie jeszcze indziej są stiljadzy?

– Nigdzie – powiedział Rosner i nagle zaśpiewał, pstrykając do rytmu palcami:

Рardon me, boy

Is that the Chattanooga choo choo?

Track twenty nine,

Boy, you can give me a shine.

To był amerykański hymn radzieckich stiljagów – piosenka Pociąg to Chattanoogi z filmu Serenada w Dolinie Słońca.

Na moskiewskim „Broadwayu” – ulicy Maksyma Gorkiego – na odcinku od pomnika Puszkina do Maneżu stiljadzy pojawili się, gdy jeszcze śpiewałem w pionierskich chórze pieśni sławiące Stalina. Minęło dziesięć lat, zanim stiljadzy – albo, jak sami siebie nazywali, „sztatnicy” – pokonali dystans siedmiuset wiorst z Moskwy do Mińska. Wiele się w tym czasie zmieniło. Nie było już Stalina, nadeszła chruszczowowska odwilż, kraj przebrał się z szyneli w marynarki. Może nawet złachane jak u Chruszczowa, ale jednak już nie wojskowego kroju. Stiljadzy zaś zrzucili niewiarygodnie szerokie spodnie, szersze nawet od późniejszych „dzwonów”, kapelusze z szerokim rondem, krawaty typu „pożar w dżungli” i złoto-czerwone skarpetki. Na ich miejsce pojawiły się spodnie-rurki, wąskie krawaty typu „śledź”, zawiązywane na mały węzeł, swetry „z jeleniami”, jak u Johna Payne’a z kultowej Serenady w Dolinie Słońca. Niezmienne pozostały chyba tylko hawajskie koszule – z bananami, palmami, małpami czy papugami.

Gdy po raz pierwszy założyłem rurki, a do tego koszulę, na której rosły bananowce obwieszone małpami i papugami, poczułem, że życie to święto. Tego wieczoru w kompanii stiljagów, do której dopuszczono mnie dzięki Kostkowi, „brejknąłem na Broad”, czyli przespacerowałem się mińskim „Broadwayem” – prospektem Lenina – od Poczty Głównej do placu Okrągłego. Byłem w towarzystwie Kostka Worana, Pili Piestraka, Edzika Haraczego, Garyka Klabanowa, Wiła, Biga… Ach, co to była za kompania!

Było jak we śnie, gdy szliśmy prospektem! Koszule furkotały, skórzane „szuzy” skrzypiały raźnie! „Broadway” leżał u naszych stóp, a my po nim kulturalnie, elegancko. Nie pod ścianami, ale też niezbyt zuchwale, by nadmiernie nie rozdrażniać rodaków – to nie ich wina, że są tacy… I każdy, na kogo wpadliśmy, słyszał: „Przepraszam, proszę wybaczyć”. Mimo wszystko w ślad za nami rozlegało się: „Stiljagi! Małpy jedne! Darmozjady! Amerykanom się sprzedali! Gdzie milicja?!”.

Akurat milicja miała na nas oko… I na skwerze przy ulicy Lenina, tam, gdzie pomnik pilota Garawca[6], podszedł do nas taki jeden.