Austerlitz - Sebald W.G. - ebook + książka

Austerlitz ebook

Sebald W.G.

4,7

Opis

Szkatułkowa opowieść o wyobcowaniu i walce z niepamięcią. U progu drugiej wojny światowej pięcioletni Jacques Austerlitz trafia do Wielkiej Brytanii, gdzie adoptuje go dwoje walijskich protestantów. Wkrótce chłopiec poznaje jednak swoje prawdziwe nazwisko i kraj pochodzenia, a po latach – jako dorosły mężczyzna – rozpoczyna długą wędrówkę, na końcu której spodziewa się znaleźć klucz do zrozumienia własnej tożsamości.

Na swój cichy, przesycony melancholią i ironią sposób ostatnia proza Sebalda należy do najważniejszych książek minionych dekad – pisze w posłowiu do książki Wojciech Nowicki. – Zawdzięcza to literackiej klasie, owej frazie, zdolnej unieść jej główne tematy: Zagładę, zagłady, niemożność dopasowania i pragnienie odosobnienia, potrzebę pamięci i niepamięć, świat ludzi wrogich wobec, jak uważają, istot niższych – ras podległych i zwierząt; te ostatnie Sebald przedstawia jako często zmartwiałe lub od dawna już martwe preparaty, podobnie zresztą jak ludzi, których nagrobki, kości i duchy pozbawione widomego znaku, porzucone, spalone, zwidują się bohaterowi książki.

Austerlitz to powieść na wskroś aktualna, ze zdwojoną siłą przypominająca wydarzenia, które zbyt łatwo ulatują z pamięci ludzkości. Mimo że w książce tej wszystko wydaje się nadzwyczaj zrozumiałe, przejrzysta proza Sebalda kluczy i zwodzi, odkrywając coraz to nowe światy: te rzeczywiste i te wyobrażone.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Seria: Sebald
Redaktor prowadzący: Karol Poręba
Redakcja: Agnieszka Rabińska
Korekta: Izabela Bryja, Maria Wernej
Redakcja techniczna: Karol Poręba
Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Pasierska | Pracownia Papierówka
Ilustracja 1 © by Dirk Reinartz
Opracowanie typograficzne, łamanie wersji papierowej: manufaktura | manufaktu-ar.com
Przygotowanie wydania elektronicznego: eLitera s.c.
Tytuł oryginału Austerlitz
Copyright © 2019, The Estate of W.G. Sebald.
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2019
Copyright © for the polish translation by Małgorzata Łukasiewicz
Posłowie: Copyright © Wojciech Nowicki, 2020
Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Wrocław 2020
ISBN 978-83-66267-46-6
Wydawnictwo Ossolineum
ul. Szewska 37
50-139 Wrocław
wydawnictwo@ossolineum.pl
www.wydawnictwo.ossolineum.pl

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, częściowo w celach naukowych, częściowo z innych, dla mnie samego nie całkiem jasnych powodów, raz po raz jeździłem z Anglii do Belgii, czasem tylko na dzień lub dwa, czasem na wiele tygodni. W trakcie jednej z tych belgijskich wypraw, które, jak mi się zdawało, zawsze przenosiły mnie bardzo daleko w obce strony, dotarłem też, pewnego promiennego dnia wczesnym latem, do Antwerpii, miasta znanego mi przedtem wyłącznie z nazwy. Już w momencie przyjazdu, gdy pociąg powoli wtaczał się ozdobionym z obu stron dziwacznymi spiczastymi wieżyczkami wiaduktem do ciemnej hali dworcowej, ogarnęło mnie przykre uczucie, które nie ustępowało aż do końca mego ówczesnego pobytu w Belgii. Pamiętam jeszcze, jak niepewnym krokiem krążyłem po śródmieściu, przez Jeruzalemstraat, Nachtegaalstraat, Pelikaanstraat, Paradijsstraat, Immerseelstraat i wiele innych ulic i zaułków, a wreszcie, dręczony bólami głowy i niedobrymi myślami, schroniłem się do Ogrodu Zoologicznego, położonego przy Astridplein, tuż obok dworca. Siadłem na ławce w półcieniu nieopodal ptaszarni, gdzie świergotały liczne barwnie upierzone zięby i czyżyki, i przesiedziałem tak, póki nie zrobiło mi się trochę lepiej. Gdy miało się już pod wieczór, ruszyłem spacerkiem po parku i na koniec zajrzałem jeszcze do otwartej ledwo parę miesięcy temu noktoramy. Trwało dobrą chwilę, nim oczy przywykły do sztucznego półmroku i mogłem rozróżnić zwierzęta, wiodące za szklaną ścianą przyćmiony żywot w bladym świetle księżyca. Nie przypominam sobie już dokładnie, jakie to stworzenia widziałem w antwerpskiej noktoramie. Prawdopodobnie nietoperze i skoczki z Egiptu albo z pustyni Gobi, rodzime jeże, puszczyki i sowy, australijskie torbacze, kuny, popielice i małpiatki, skaczące z gałęzi na gałąź, pomykające po szarożółtym piasku, którym wysypane były klatki, albo znikające nagle w bambusowym gąszczu. Naprawdę utkwił mi w pamięci tylko szop pracz, którego długo obserwowałem, jak z wyrazem powagi siedział nad strużką wody i bez ustanku prał ten sam kawalątek jabłka, jak gdyby w nadziei, że dzięki temu gruntownemu ponad wszelki rozsądek praniu zdoła wymknąć się z fałszywego świata, dokąd trafił poniekąd bez własnego udziału.

Poza tym zapamiętałem jeszcze tylko, że niektóre z zamieszkałych w noktoramie zwierząt miały uderzająco wielkie oczy oraz owo jawnie badawcze spojrzenie, jakie spotyka się u pewnych malarzy i filozofów, co za pomocą czystego oglądu i czystej myśli usiłują przeniknąć otaczający nas mrok.

Chyba też zaprzątało mnie wtedy pytanie, czy gdy Zoo zamyka się dla publiczności z chwilą zapadnięcia prawdziwej nocy, w noktoramie włącza się światło elektryczne, aby mieszkańcy tego opacznego miniaturowego uniwersum mogli w miarę spokojnie o brzasku dnia zapaść w sen.

Z biegiem lat sceny z noktoramy przemieszały się w moich wspomnieniach z tym, co zapamiętałem z tak zwanej salle des pas perdus antwerpskiej Centraal Station. Gdy dziś próbuję wyobrazić sobie tę poczekalnię, widzę natychmiast noktoramę, a gdy myślę o noktoramie, nasuwa mi się widok poczekalni, prawdopodobnie dlatego, że tamtego popołudnia bezpośrednio z Zoo poszedłem na dworzec, a raczej najpierw przez jakiś czas stałem na placu przed dworcem i patrzyłem na fasadę tej fantastycznej budowli, na którą rankiem w momencie przybycia ledwie zwróciłem uwagę. Teraz dopiero dostrzegłem, jak dalece budynek, wzniesiony pod auspicjami króla Leopolda, wykracza poza zasady czystej funkcjonalności, i dziwowałem się pokrytemu doszczętnie grynszpanem Murzynkowi z wielbłądem, który na szczycie wykuszu z lewej strony fasady upamiętnia świat afrykańskich zwierząt oraz tubylców i od stulecia samotnie stawia czoło flandryjskiemu niebu. Wszedłszy do hali dworcowej, nad którą wznosi się sześćdziesięciometrowej wysokości kopuła, pomyślałem od razu, może pod wpływem wizyty w Zoo i widoku wielbłąda, że to wspaniałe, choć wówczas mocno podniszczone foyer powinno mieścić w marmurowych niszach klatki na lwy i leopardy oraz akwaria z rekinami, ośmiornicami i krokodylami, tak jak, odwrotnie, w niektórych ogrodach zoologicznych można podróżować po najbardziej odległych częściach świata małą kolejką. Na skutek takich w Antwerpii po trosze naturalnie nasuwających się myśli poczekalnia, dziś, o ile mi wiadomo, służąca jako stołówka dla personelu, wydała mi się jeszcze jedną noktoramą, jedno nałożyło mi się na drugie, co mogło rzecz jasna wziąć się i stąd, że wszedłem tam akurat, gdy słońce kryło się za dachami miasta. W kolosalnych, na wpół oślepłych lustrzanych taflach naprzeciwko przeszklonej fasady dogasały jeszcze złote i srebrne refleksy, gdy salę, w której nieruchomo i niemo, daleko od siebie siedziało kilkoro podróżnych, wypełniał mrok podziemnego świata. Podobnie jak zwierzęta w noktoramie, wśród których było zaskakująco dużo ras karłowatych, pustynne liski, zające kafryjskie i chomiki, także owi podróżni wydali mi się jakoś pomniejszeni, czy to z racji niezwykłej wysokości stropu, czy gęstniejących ciemności, i przypuszczam, że dlatego przemknęła mi sama w sobie niedorzeczna myśl, jakoby byli to ostatni przedstawiciele jakiejś zredukowanej, wygnanej z ojczyzny albo dotkniętej zagładą populacji, jedyni, którzy zdołali przeżyć, toteż mieli ten sam zgnębiony wyraz twarzy co zwierzęta w Zoo.

Jedną z czekających w salle des pas perdus osób był Austerlitz, wówczas, w roku sześćdziesiątym siódmym, niemal młodzieńczo wyglądający mężczyzna o jasnych, dziwnie sfalowanych włosach, jakie poza tym widziałem tylko u niemieckiego bohatera Zygfryda, w filmie Langa. Jak przy wszystkich naszych późniejszych spotkaniach Austerlitz nosił wtedy w Antwerpii ciężkie buty piechura, coś w rodzaju roboczych spodni z wytartego granatowego drelichu oraz szytą na miarę, ale od dawna już niemodną marynarkę, a pomijając te zewnętrzne szczegóły, od pozostałych podróżnych różnił się jeszcze tym, że jako jedyny nie patrzył obojętnie przed siebie, lecz zajęty był sporządzaniem rysunków i szkiców, które najwyraźniej miały jakiś związek ze wspaniałą, nadającą się moim zdaniem raczej na oficjalne uroczystości niż na oczekiwanie najbliższego połączenia do Paryża albo Ostendy salą, w której obaj się znajdowaliśmy, bo kiedy akurat czegoś nie notował, jego spojrzenie często spoczywało dłużej na ciągu okien, żłobkowanych kolumnach albo innych częściach i szczegółach konstrukcji. W pewnej chwili wydobył z plecaka aparat fotograficzny, stary model Ensign z wysuwanym obiektywem, i obfotografował lustrzane tafle, teraz już całkiem pociemniałe, aczkolwiek pośród wielu setek zdjęć, przekazanych mi przez niego wkrótce po naszym kolejnym spotkaniu zimą 1996 roku, i przeważnie nieuporządkowanych, tych fotografii jak dotąd nie zdołałem znaleźć. Gdy wreszcie podszedłem do Austerlitza z pytaniem tyczącym jego jawnego zainteresowania poczekalnią, natychmiast odpowiedział, bez ociągania i bynajmniej nie zdziwiony moją bezpośredniością, zresztą niejednokrotnie potem mogłem się przekonać, że samotni podróżni z reguły są wdzięczni, gdy po czasem wielodniowym nieprzerwanym milczeniu ktoś ich zagadnie. Nieraz też okazywało się przy takiej sposobności, że są gotowi bez zastrzeżeń otworzyć się przed obcym człowiekiem. Ale z Austerlitzem, który nawet w dalszym ciągu naszej znajomości nie powiedział mi niemal nic o swoim pochodzeniu i życiowej drodze, wtedy, w salle des pas perdus, tak nie było. Nasze antwerpskie konwersacje, jak później je niekiedy nazywał, również tego pierwszego wieczoru, kiedyśmy przesiedzieli niemal do północy w restauracji, po przeciwległej niż poczekalnia stronie hali pod kopułą, obracały się, stosownie do jego zdumiewającej fachowej wiedzy, przede wszystkim wokół historii architektury. Nieliczni goście, przebywający tam o tak późnej porze, stopniowo rozchodzili się, aż wreszcie przy bufecie, wystrojem odpowiadającym poczekalni jak lustrzane odbicie, zostaliśmy już tylko my, jakiś samotny konsument ferneta i barmanka, królująca z nogą założoną na nogę na barowym stołku za kontuarem i pochłonięta opiłowywaniem paznokci. O tej damie, której tlenione blond włosy spiętrzone były w konstrukcję przypominającą ptasie gniazdo, Austerlitz napomknął mimochodem, że jest boginią minionych czasów. Faktycznie na ścianie za nią, pod heraldycznym lwem Królestwa Belgii, znajdował się, jako główna ozdoba bufetu, potężny zegar, po którego cyferblacie, niegdyś pozłacanym, teraz jednak sczerniałym od sadzy pociągów i dymu tytoniowego, odbywała swój obchód mierząca około sześciu stóp wskazówka. Gdy rozmowa na chwilę się urywała, mogliśmy obydwaj zauważyć, jak nieskończenie długo trwa upływ jednej minuty i jak za każdym razem poraża nas, choć przecież się go spodziewaliśmy, ruch podobnej do katowskiego miecza wskazówki, która oddzielała od przyszłości kolejną sześćdziesiątą cząstkę godziny, a potem przez moment jeszcze dygotała groźnie, aż serce niemal zamierało w piersi.

U schyłku XIX wieku, zaczął Austerlitz w odpowiedzi na moje pytanie o dzieje powstania antwerpskiego dworca, kiedy Belgia, ta szarożółta plamka, ledwo widoczna na mapie świata, rozszerzyła swoje kolonialne przedsięwzięcia na kontynencie afrykańskim, kiedy na rynkach kapitałowych i giełdach surowcowych w Brukseli robiono oszałamiające interesy, a obywatele belgijscy, uskrzydleni bezgranicznym optymizmem, wierzyli, że ich tak długo upokorzony obcym panowaniem, podzielony i wewnętrznie zwaśniony kraj stanie się oto nową potęgą gospodarczą, w tamtych teraz już odległych, choć do dziś określających nasze życie czasach, zgodnie z osobistym życzeniem króla Leopolda, pod którego patronatem dokonywał się ten na pozór niepowstrzymany postęp, pieniądze, nagle spływające w nadmiarze, obracano na publiczne budowle, które miały ambitnemu państwu zyskać światowy rozgłos. Jednym z takich wspieranych przez najwyższą instancję planów był zaprojektowany przez Louisa Delacenserie, po dziesięcioletnim okresie przygotowań i budowy zainaugurowany latem 1905 roku w obecności monarchy dworzec centralny flamandzkiej metropolii, gdzie teraz siedzimy, mówił Austerlitz.

Jako wzór Leopold zalecił architektowi nowy dworzec w Lucernie, który ujął go był szczególnie ideą kopuły, dramatycznie przewyższającej niewysokie zazwyczaj budowle kolejowe[*], co Delacenserie w swoim projekcie z ducha rzymskiego Panteonu urzeczywistnił tak imponująco, że nawet nas, ludzi dzisiejszych – mówił Austerlitz – przy wejściu do hali ogarnia, całkiem po myśli budowniczego, uczucie, jak gdybyśmy znaleźli się z dala od przyziemnej pospolitości, w jakiejś katedrze pod wezwaniem światowego handlu i komunikacji.

[*] Przeglądając te zapiski, uzmysławiam sobie zresztą, że w lutym 1971 roku, w czasie krótkiego pobytu w Szwajcarii, byłem między innymi w Lucernie i zwiedziwszy Muzeum Lodowców, w drodze powrotnej na dworzec, przystanąłem na Seebrücke i stałem tak przez dłuższy czas, bo na widok kopuły wieńczącej budynek dworca i masywu Pilatusa, rysującego się za nią śnieżnobiało na tle jasnego zimowego nieba, siłą rzeczy przypomniały mi się uwagi poczynione przez Austerlitza cztery i pół roku wcześniej na antwerpskiej Centraal Station. W kilka godzin potem, w nocy z 4 na 5 lutego, gdy dawno już spałem głęboko w zuryskim pokoju hotelowym, na dworcu w Lucernie wybuchł pożar, który rozszerzał się z niebywałą szybkością i w całości zniszczył kopułę.

Ze zdjęć, które następnego dnia oglądałem w gazetach i w telewizji i które przez wiele tygodni prześladowały mnie w myślach, ziało coś, co mnie niepokoiło i budziło lęk, a przerodziło się w wyobrażenie, że to ja ponoszę całą lub przynajmniej częściową winę za ten pożar. Jeszcze w wiele lat później widziałem w snach, jak z dachu kopuły strzelają płomienie i iluminują panoramę ośnieżonych Alp.

Główne elementy swej monumentalnej budowli Delacenserie zaczerpnął z włoskich pałaców renesansowych – mówił Austerlitz – ale mamy tu też akcenty bizantyjskie i mauretańskie, może zresztą sam po przybyciu zauważyłem krągłe wieżyczki z białego i szarego granitu, których jedynym celem jest wywołać w podróżnych średniowieczne skojarzenia. Sam w sobie śmieszny eklektyzm architekta, który projektując marmurowe foyer oraz stalowo-szklane zadaszenie peronów Centraal Station, połączył przeszłość z przyszłością, jest w istocie konsekwentnym środkiem stylistycznym nowej epoki – mówił Austerlitz – więc nic dziwnego – ciągnął dalej – że wysoko w górze, tam, skąd w rzymskim Panteonie na widzów spoglądają bogowie, na dworcu antwerpskim prezentują się w hierarchicznym porządku bóstwa XIX wieku: górnictwo, przemysł, komunikacja, handel i kapitał. Dookoła hali wejściowej, jak pewnie zauważyłem, w połowie wysokości umieszczono kamienne tarcze z symbolami takimi jak snopy pszenicy, skrzyżowane młoty, skrzydlate koła i tym podobne, a dodajmy, że heraldyczny motyw ula pszczelego nie symbolizuje, jak mogłoby się zrazu wydawać, natury wprzęgniętej w służbę człowieka ani nawet społecznej cnoty pilności, lecz zasadę akumulacji kapitału. A wśród tych wszystkich symboli – mówił Austerlitz – najwyższe miejsce zajmuje czas, ucieleśniony przez wskazówki i cyferblat. Jakieś dwadzieścia metrów ponad miejscem, gdzie rozbiegają się schody łączące foyer z peronami i stanowiące jedyny barokowy element całego zespołu, dokładnie tam, gdzie w Panteonie na osi portalu widniał wizerunek cesarza, znajduje się zegar; w charakterze reprezentanta nowej wszechmocy góruje nawet nad godłem królewskim i dewizą Eendracht maakt macht. Z owego centralnego punktu, który na dworcu antwerpskim zajmuje zegar, można kontrolować ruchy wszystkich podróżnych, i odwrotnie, wszyscy podróżni muszą zerkać na zegar i według niego kierować swymi poczynaniami. Faktycznie – mówił Austerlitz – póki nie zsynchronizowano rozkładów jazdy, zegary w Lille albo Liège chodziły inaczej niż zegary w Gandawie albo Antwerpii i dopiero od ujednolicenia w połowie XIX wieku czas stał się niekwestionowanym panem świata. Jeżeli możemy przebywać kolosalne przestrzenie, które nas od siebie dzielą, to tylko dzięki temu, że przestrzegamy narzuconych przez czas terminów. Co prawda, rzekł po chwili Austerlitz, stosunek przestrzeni i czasu, jak poucza doświadczenie podróży, aż po dziś dzień ma w sobie coś iluzjonistycznego i iluzyjnego, toteż ilekroć skądś wracamy, nigdy nie wiemy na pewno, czy rzeczywiście byliśmy gdzieś indziej.

Od początku zdumiewało mnie, że Austerlitz, mówiąc, nadaje myślom kształt, że jakby w roztargnieniu umie złożyć najbardziej wyważone zdania i że układając swoje rzeczowe wiadomości w formę opowiadania, zbliża się stopniowo do pewnego rodzaju metafizyki historii, w której wspominane zdarzenia ponownie ożywają. Nigdy nie zapomnę, że na koniec objaśnień tyczących metody użytej przy fabrykowaniu wielkich luster w poczekalni, spoglądając na odchodnym raz jeszcze na matowo połyskujące powierzchnie, zadał samemu sobie pytanie, combien des ouvriers périrent, lors de la manufacture de telles miroirs, de malignes et funestes affectations à la suite de l’inhalation des vapeurs de mercure et de cyanide. I tak zakończywszy owego pierwszego wieczoru swoje rozważania, Austerlitz ciągnął je nazajutrz, gdyśmy spotkali się, jak było umówione, na tarasie widokowym nad Skaldą. Wskazał rozległą, połyskującą w rannym słońcu wodę i powiedział, że na obrazie namalowanym w połowie XVI wieku, w czasie tak zwanej małej epoki lodowej, przez Lucasa van Valckenborcha widać z perspektywy przeciwległego brzegu zamarzniętą Skaldę i dalej, niewyraźnie, Antwerpię oraz pas ziemi, płasko zbiegający ku morzu. Z posępnego nieba nad wieżą katedry Marii Panny zacina śniegiem, a na rzece, na którą patrzymy teraz, w trzysta lat później – mówił Austerlitz – antwerpczycy zażywają ślizgawki, pospólstwo w burobrunatnych kubrakach i wytworniejsze towarzystwo w czarnych pelerynach i białych koronkowych kołnierzach u szyi. Na pierwszym planie, bliżej prawego brzegu obrazu, przewróciła się jakaś dama. Ma na sobie kanarkowożółtą suknię; kawaler, który pochyla się nad nią troskliwie, nosi czerwone spodnie, które w bladym świetle bardzo rzucają się w oczy. Kiedy tak patrzę w tamtą stronę i myślę o tym obrazie i tych malutkich figurkach, to wydaje mi się, że przedstawiony przez Lucasa van Valckenborcha moment wcale nie przeminął, że kanarkowożółta dama właśnie przed chwilą się przewróciła albo zemdlała, czarny aksamitny czepeczek dopiero co spadł jej z głowy, że mała katastrofa, przez większość patrzących z pewnością niedostrzeżona, wydarza się wciąż na nowo, bez ustanku i nic ani nikt już nigdy nie naprawi szkody. Tego dnia, gdyśmy opuścili punkt obserwacyjny na tarasie, aby przejść się po śródmieściu, Austerlitz długo jeszcze mówił o śladach bólu, które, jak utrzymywał, niezliczonymi delikatnymi liniami ciągną się przez historię. W trakcie studiów nad architekturą dworcową – mówił, gdy późnym popołudniem, zmęczeni łażeniem, siedliśmy przed bistro na Handschoenmarkt – nigdy nie opuszcza go myśl o męce rozstania i strachu przed obczyzną, choć takie rzeczy nie należą przecież do historii architektury. A jednak właśnie nasze najśmielsze plany często najdobitniej zdradzają stopień naszego poczucia niepewności. Choćby architektura twierdz, której jeden z najwybitniejszych przykładów oglądać możemy w Antwerpii, dowodzi jasno, że chcąc zapobiec wtargnięciu wrogich mocy, zmuszeni jesteśmy sukcesywnie otaczać się coraz to nowymi zaporami ochronnymi, póki idea rozchodzących się na zewnątrz koncentrycznych pierścieni nie napotka naturalnych granic. Wystarczy przestudiować rozwój tego budownictwa, od takich mistrzów jak Floriani, da Capri i Sanmicheli, przez Rusensteina, Burgsdorffa, Coehoorna i Klengla, aż po Montalemberta i Vaubana, a dziw bierze – mówił Austerlitz – z jakim uporem całe pokolenia architektów wojskowych trzymały się z gruntu fałszywego, co dziś bez trudu można stwierdzić, konceptu, jakoby rozczłonkowanie idealnego narysu przez obłe bastiony i daleko wysunięte szańce, z których działa twierdzy mogły razić całe pole natarcia przed murami, pozwalało zabezpieczyć miasto, jeśli na świecie w ogóle coś można zabezpieczyć. Dziś, mówił Austerlitz, nikt nie ma nawet bladego pojęcia o bezmiarze literatury na temat budownictwa warownego, o fantastycznych wyliczeniach geometrycznych, trygonometrycznych i logistycznych, jakie znalazły w niej wyraz, o hipertrofii fachowego języka sztuki fortyfikacyjnej i oblężniczej, nikt nie rozumie najprostszych określeń takich jak escarpe i courtine, faussebraie, réduit alboglacis, ale nawet z naszego dzisiejszego punktu widzenia łatwo dostrzec, że pod koniec XVII wieku z rozmaitych systemów wykrystalizował się ostatecznie gwiaździsty dwunastokąt otoczony rowami, ulubiony narys, wywiedziony poniekąd z zasady złotego podziału wzór idealny, który faktycznie, jak można się zorientować, oglądając zawiłe plany zespołów warownych, powiedzmy, w Coevorden, Neuf-Brisach albo Saarlouis, trafia natychmiast do przekonania nawet laikowi jako emblemat absolutnej potęgi oraz geniuszu służących jej inżynierów.

W praktyce działań wojennych jednak nawet gwiaździste twierdze, powszechnie budowane i udoskonalane w XVIII wieku, nie spełniły swego zadania, ponieważ uczepiwszy się tego schematu, nie pomyślano, że najpotężniejsze twierdze naturalnym trybem przyciągają też najpotężniejsze siły wroga, że oszańcowując się coraz bardziej, coraz głębiej popada się w defensywę i ostatecznie przychodzi nam z umocnionego wszelkimi sposobami miejsca patrzeć, jak nieprzyjacielskie siły, penetrując inny, przez siebie wybrany teren, całkiem zwyczajnie omijają szerokim łukiem nasze twierdze, zmienione w istne arsenały broni, ziejące gardzielami armat i w nadmiarze obsadzone załogą. Toteż nieraz zdarzało się, że właśnie opcja umocnień, zasadniczo – mówił Austerlitz – obciążona skłonnością do paranoidalnego dopracowywania szczegółów, kompromitowała się dokumentnie, dając nieskrępowany przystęp wrogim siłom, a co więcej, w miarę jak plany były coraz bardziej skomplikowane, wydłużał się też czas ich realizacji, więc rosło prawdopodobieństwo, że twierdze już w chwili wykończenia, jeżeli zgoła nie wcześniej, pozostaną daleko w tyle za tymczasem osiągniętym poziomem rozwoju artylerii i koncepcjami strategicznymi, stopniowo przechylającymi się ku poglądowi, że wszystko rozstrzyga się w ruchu, a nie w zastoju. A jeśli rzeczywiście ta czy inna twierdza miała okazję wypróbować swoją zdolność stawiania oporu, to z reguły, po kolosalnym marnotrawstwie środków materialnych, rezultaty były mniej lub więcej żadne. Najdobitniej – mówił Austerlitz – pokazało się to bodaj tu, w Antwerpii, gdy w 1832 roku, w trakcie toczących się jeszcze po ustanowieniu nowego królestwa rozgrywek o części belgijskiego terytorium, zbudowana przez Paciotta, a przez księcia Wellingtona dodatkowo zabezpieczona pierścieniem dzieł zewnętrznych i ówcześnie obsadzona przez Holendrów cytadela przez trzy tygodnie oblegana była przez pięćdziesięciotysięczną armię francuską, nim w połowie grudnia udało się z zajętego już fortu Montebello wziąć szturmem na wpół zrujnowane umocnienia przy lunecie St. Laurent i podciągnąć działa burzące bezpośrednio pod mury. Oblężenie Antwerpii, zarówno z racji poniesionych ofiar, jak i zaciekłości, przez kilka lat przynajmniej było czymś wyjątkowym w historii wojen; pamiętny punkt kulminacyjny nastąpił zaś wówczas, gdy wynalezione przez pułkownika Pairhansa wielkie moździerze wyrzuciły w kierunku cytadeli blisko siedemdziesiąt tysięcy tysiącfuntowych pocisków, które do szczętu zniszczyły wszystko z wyjątkiem kilku kazamat. Holenderski generał, baron Chassé, sędziwy komendant kupy gruzów, w którą obróciła się twierdza, kazał już podkładać minę, by wraz z pomnikiem swej wierności i bohaterskiej odwagi wysadzić się w powietrze, gdy w ostatniej chwili przekazano mu wiadomość, że król zezwala na kapitulację. Jakkolwiek zdobycie Antwerpii unaoczniło jasno – mówił Austerlitz – cały obłęd systemu fortyfikacji i oblężeń, wyciągnięto stąd, choć trudno to pojąć, jedną tylko nauczkę, mianowicie że trzeba opasać miasto jeszcze potężniejszym pierścieniem umocnień i jeszcze dalej wysunąć je na zewnątrz. Tak więc w 1859 roku starą cytadelę i większość fortów zewnętrznych zrównano z ziemią i rozpoczęto budowanie nowej, długiej na dziesięć mil enceinte oraz ośmiu oddalonych od tejże enceinte o ponad pół godziny drogi fortów, przedsięwzięcie, które jednak, po upływie niecałych dwudziestu lat, w obliczu zwiększonego tymczasem zasięgu dział i większej siły burzącej materiałów wybuchowych okazało się niewystarczające, toteż przystąpiono, wciąż zgodnie z tą samą logiką, do budowania nowego pasa piętnastu solidnie umocnionych fortów zewnętrznych w odległości sześciu–dziewięciu mil od enceinte. Następnie, w czasie trwającej dobre piętnaście lat budowy, pojawiło się znów, bo też nie mogło być inaczej – mówił Austerlitz – pytanie, czy spowodowany szybkim rozwojem przemysłu i handlu rozrost Antwerpii poza dawne granice miejskie nie nakazuje przesunąć linii fortów jeszcze dalej o trzy mile, w wyniku czego fortyfikacje rozciągnęłyby się jednak w sumie na ponad trzydzieści mil i weszły w obszar miejski Mechelen, z tym skutkiem, że nie wystarczyłoby całej belgijskiej armii na należyte ich obsadzenie. A więc – mówił Austerlitz – po prostu pracowano dalej nad kompletowaniem systemu już znajdującego się w budowie i, jak wiedziano, od dawna już niemogącego sprostać faktycznym potrzebom. Ostatnim ogniwem łańcucha – mówił Austerlitz – był fort Breendonk, którego budowę ukończono tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, kiedy to w ciągu paru miesięcy okazał się absolutnie bezużyteczny dla obrony miasta i kraju. Na przykładzie tego rodzaju zespołów – tak mniej więcej Austerlitz, wstając od stolika i zarzucając sobie na ramię plecak, zakończył poczynione wówczas na antwerpskim Handschoenmarkt uwagi – można się przekonać, że w przeciwieństwie choćby do ptaków, które przez tysiąclecia budują identyczne gniazda, skłonni jesteśmy swoje przedsięwzięcia rozwijać poza wszelkie rozsądne granice. Trzeba by kiedyś, powiedział jeszcze, sporządzić katalog naszych konstrukcji, uporządkowanych według wielkości, a zaraz stałoby się jasne, że budowle sytuujące się poniżej normalnej miary architektury domowej – szałasy, pustelnie, budki strażników śluz, pawilony widokowe, ogrodowe domki dla dzieci – tchną przynajmniej jakimś odblaskiem pokojowego życia, natomiast nikt przy zdrowych zmysłach nie byłby gotów powiedzieć, że podoba mu się taki kolos jak choćby brukselski Pałac Sprawiedliwości na dawnym wzgórzu szubienicznym. W najlepszym wypadku można go podziwiać, a ten podziw jest wstępną formą zgrozy, bo jakoś tam wiemy przecież, że rozrosłe ponad miarę budowle rzucają już cień własnej destrukcji i zaprojektowane są od początku pod kątem przyszłego bytowania w charakterze ruin.

Miałem jeszcze w pamięci te wypowiedziane przez niego na odchodnym zdania, siedząc nazajutrz rano, z nadzieją, że Austerlitz może znów się pojawi, nad filiżanką kawy w tym samym bistro przy Handschoenmarkt, gdzie poprzedniego wieczoru tak bez ceremonii się pożegnał. A przerzucając tymczasem gazety, natknąłem się, nie wiem już, czy w „Gazet van Antwerpen” czy w „La Libre Belgique”, na notkę o twierdzy Breendonk, z której wynikało, że w 1940 roku Niemcy, zaraz po tym, jak fort po raz drugi w swej historii przeszedł w ich ręce, urządzili tam obóz przejściowy i obóz karny, który istniał do sierpnia 1944 roku, a od 1947 roku, w możliwie niezmienionej postaci, służy jako miejsce pamięci narodowej i muzeum belgijskiego ruchu oporu. Gdyby poprzedniego dnia w rozmowie z Austerlitzem nie padła nazwa Breendonk, rzeczona informacja, zakładając, że w ogóle bym ją zauważył, zapewne nie skłoniłaby mnie do tego, by jeszcze w tym samym dniu zwiedzić twierdzę. Dobre pół godziny zeszło, nim osobowy pociąg przebył krótką trasę do Mechelen, gdzie z placu przed dworcem odchodzi autobus do miejscowości Willebroek, na której obrzeżach, wśród pól, otoczony wałem ziemnym, zasiekami drutu kolczastego i szeroką fosą rozciąga się, niczym wyspa na morzu, blisko dziesięciohektarowy areał twierdzy. Jak na tę porę roku było niezwykle gorąco, a znad horyzontu na południowym zachodzie ciągnęły wielkie kłębiaste chmury, gdy z biletem w ręku szedłem przez most. W głowie miałem jeszcze obraz gwiaździstego bastionu z wyrastającymi wysoko nad precyzyjnym geometrycznym rysunkiem murami, tymczasem ujrzałem przed sobą betonowy masyw o zaokrąglonych flankach zewnętrznych, niski, groźnie zgarbiony i przywarły do ziemi, rzekłbyś: rozłożysty grzbiet jakiegoś potwora, który niby wieloryb z fal wynurzył się tu z flandryjskiej gleby.

Bałem się wejść przez czarną bramę do samej twierdzy i zamiast tego najpierw obszedłem ją dookoła, brodząc w nienaturalnie ciemnozielonej, niemal granatowej trawie, która porastała wyspę. Z któregokolwiek miejsca próbowałem objąć budowlę wzrokiem, nie dawało się rozpoznać żadnego planu, coraz to wyłaniały się nowe wybrzuszenia i zagłębienia, a całość do tego stopnia przerastała moje pojęcie, że ostatecznie nie mogłem jej powiązać z żadną znaną sobie formą ludzkiej cywilizacji, nawet z niemymi reliktami naszej prehistorii.

A im dłużej wbijałem w nią wzrok i im częściej czułem się zmuszony uciekać od niej wzrokiem, tym bardziej robiła się niepojęta. Tu i ówdzie pokryta otwartymi wrzodami, z których wylewał się żwir, zakrzepłymi wysiękami, przypominającymi złoża guano, i wapiennymi osadami, twierdza była jednym monolitycznym pomiotem brzydoty i ślepej przemocy.

Nawet potem, studiując symetryczny narys fortu, z rozbudowanymi odnogami i kleszczami, ze sterczącymi jak wybałuszone oczy u czoła głównego traktu półokrągłymi bastionami i ze szczątkowym odwłokiem z tyłu, mogłem mimo jego najwyraźniej racjonalnej struktury rozpoznać co najwyżej schemat jakiegoś skorupiakowatego stwora, nie zaś konstrukcję zaprojektowaną przez ludzki rozum. Droga wokół twierdzy prowadziła obok smołowanych słupów miejsca straceń i obok terenu robót, gdzie więźniowie przydzieleni do niwelowania nasypów przy murach musieli przerzucić ponad ćwierć miliona ton żwiru i ziemi, mając za narzędzia jedynie łopaty i taczki. Taczki, z których jedną można jeszcze oglądać u wejścia do twierdzy, odznaczały się nawet jak na tamte czasy przerażającym prymitywizmem. Składały się z czegoś w rodzaju noszy z dwoma niezdarnymi uchwytami z jednego końca i ujętego w żelazną obręcz koła z drugiego końca. Na poprzeczkach noszy osadzona jest skrzynia z nieheblowanych desek o ukośnych ściankach bocznych – ta sama ciężka konstrukcja co w taczkach, na których chłopi u nas wywozili gnój z obory, tyle że taczki w Breendonk były dwa razy większe i nawet bez ładunku ważyć musiały blisko cetnar. To nie do wyobrażenia, jak więźniowie, z których przecież większość przed uwięzieniem i internowaniem nie wykonywała pracy fizycznej, mogli pchać te taczki, wypełnione ciężkim gruzem, po spalonej słońcem, porytej stwardniałymi bruzdami gliniastej ziemi albo po grząskim błocie, w jakie zmieniała się po jednym dniu deszczu, nie do wyobrażenia, jak musieli zapierać się całym ciałem, by poruszyć ładunek z miejsca, aż serce mało im nie pękało, a gdy nie dawali rady, nadzorca tłukł ich łopatą po głowie. Natomiast, w przeciwieństwie do męki, latami dzień po dniu trwającej w Breendonk i we wszystkich obozach głównych i filiach, doskonale mogłem sobie wyobrazić, wszedłszy wreszcie do twierdzy i zaraz po prawej stronie rzuciwszy okiem przez oszklone drzwi do tak zwanego kasyna dla SS, na stoliki i ławki, przysadzisty piec i starannie wymalowane gotyckimi literami na ścianach sentencje, że w tym pomieszczeniu po odbytej służbie siedzieli przy kartach albo pisali listy do ukochanych pozostałych w domu solidni ojcowie rodzin i zacni synowie z Vilsbiburga i Fuhlsbüttel, ze Schwarzwaldu i z Münsterlandu, bo wśród nich żyłem przecież aż do ukończenia dwudziestu lat. Wspomnienie czternastu stacji, które, zwiedzając Breendonk, przebywa się między wejściem a wyjściem, przyćmiło się z biegiem czasu albo raczej przyćmiło się, jeśli można tak rzec, już tego dnia, kiedy byłem w twierdzy, czy to dlatego, że tak naprawdę nie chciałem widzieć tego, co było tam widać, czy to, że w tym oświetlonym słabym blaskiem nielicznych lamp i na zawsze oddzielonym od naturalnego światła świecie kontury rzeczy zdawały się zacierać.

Nawet teraz, gdy usiłuję sobie przypomnieć, gdy znowu wydobywam plan skorupiaka z Breendonk i w legendzie odczytuję słowa takie jak „dawne biuro”, „drukarnia”, „baraki”, „sala Jakuba Ochsa”, „izolatki”, „kostnica”, „izba relikwii” i „muzeum”, mrok nie rozprasza się, ale gęstnieje na myśl o tym, jak niewiele możemy zatrzymać, ile wciąż idzie w zapomnienie z każdym zgasłym życiem, jak świat niejako sam się opróżnia i pustoszeje, jeśli historie, związane z niezliczonymi miejscami i przedmiotami, które same nie mają władzy pamięci, nie zostaną przez nikogo wysłuchane, zanotowane ani przekazane, na przykład – co teraz, przy pisaniu, przychodzi mi do głowy po raz pierwszy od tamtego dnia – jak historia o siennikach, które niczym cienie leżały na piętrowych pryczach, a ponieważ słoma przez lata wykruszyła się, robiły się coraz węższe i krótsze, kurczyły się jak gdyby były śmiertelnymi szczątkami tych – przypominam sobie teraz, że tak wtedy pomyślałem – którzy tu kiedyś w tych ciemnościach leżeli. I przypominam sobie też, jak zapuszczając się w tunel, który stanowi poniekąd kręgosłup twierdzy, musiałem się bronić przed przemożnym, do dziś zresztą często mnie nachodzącym w niedobrych miejscach poczuciem, że z każdym krokiem coraz bardziej brak mi tchu i coraz ciężej mi się poruszać. Tak czy owak, wtedy, w te bezdźwięczne południowe godziny wczesnym latem 1967 roku, które spędziłem wewnątrz twierdzy Breendonk, nie natknąwszy się na żadnego innego zwiedzającego, kosztowało mnie wiele samozaparcia, by dotrzeć aż do końca drugiego długiego tunelu, skąd sklepiony tuż nad moją głową i, jeśli dobrze pamiętam, opadający w dół korytarzyk prowadził do jednej z kazamat.

Owa kazamata, gdzie człowiek od razu czuje, że piętrzą się nad nim całe pokłady betonu, jest wąskim, z jednej strony zakończonym spiczasto, z drugiej zaokrąglonym pomieszczeniem, o podłodze obniżonej o dobrą stopę w stosunku do poziomu korytarza, którym się do niego dochodzi, przez co kojarzy się raczej z komorą grobową niż z więzienną celą. Gdy patrzyłem w ten grobowiec, spodem jakby coraz głębiej się zapadający, na jednolicie szarą kamienną posadzkę, na kratkę odpływu pośrodku i stojący obok blaszany kubeł, wyrósł przede mną obraz naszej pralni w W. i zarazem, wywołany przez żelazny hak zwisający na sznurze z sufitu, obraz jatki rzeźniczej, koło której zawsze musiałem przechodzić w drodze do szkoły i gdzie w południe często widywało się Benedykta w gumowym fartuchu, jak grubym szlauchem spłukuje kafle. Nikt nie umie dokładnie wyjaśnić, co się w nas dzieje, gdy nagle odemknąć drzwi, za którymi chowają się strachy dzieciństwa. Ale pamiętam, że wtedy, w kazamacie Breendonk, nagle buchnęła mi w nozdrza wstrętna woń szarego mydła, że ten zapach, zabłąkany gdzieś w mojej głowie, kojarzył się z zawsze budzącym we mnie odrazę, a z upodobaniem używanym przez ojca mianem „ryżowa szczota”, że przed oczyma zatańczyły mi mroczki i musiałem oprzeć się czołem o ścianę, upstrzoną niebieskawymi plamami, chropawą i, jak mi się zdawało, pokrytą kroplami zimnego potu. Nie iżby razem z mdłościami obudziło się we mnie jakieś wyobrażenie o tak zwanych zaostrzonych przesłuchaniach, jakie prowadzono w tym miejscu mniej więcej w czasie, gdy przyszedłem na świat, bo dopiero w kilka lat później przeczytałem u Jeana Améry’ego o straszliwej fizycznej bliskości między katami i ofiarami, o torturach, jakie przeszedł w Breendonk, kiedy za ręce skrępowane na plecach podciągano go w górę, aż z chrzęstem i trzaskiem, którego dotąd, aż do chwili, gdy o tym pisał, nie mógł zapomnieć, główki stawów wyskoczyły z panewek, a on zawisł w pustce na wywichniętych, poderwanych z tyłu do góry i sczepionych nad głową rękach: la pendaison par les mains liées dans le dos jusqu’à l’évanouissement – czytamy w książce Le Jardin des Plantes, w której Claude Simon raz jeszcze zstępuje w głąb zasobów pamięci i na stronie dwieście trzydziestej piątej zaczyna opowiadać fragmentaryczną biografię niejakiego Gastone Novellego, który tak jak Améry poddany został tej szczególnej formie tortury. Relację poprzedza notatka z dziennika generała Rommla z 26 października 1943 roku, z której wynika, że w obliczu całkowitej bezsilności włoskiej policji należy teraz wziąć sprawy w swoje ręce. W ramach podjętej następnie przez Niemców akcji Novelli, jak pisze Simon, został ujęty i osadzony w Dachau. O tym, co tam przeszedł, Novelli nigdy przy nim nie wspomniał, pisze dalej Simon, z wyjątkiem jednego jedynego razu, kiedy powiedział mu, że po wyzwoleniu z obozu nie mógł znieść widoku Niemca, ba, żadnej w ogóle tak zwanej cywilizowanej istoty, bez względu na płeć, do tego stopnia, że zaledwie jako tako przywrócony do życia wsiadł na pierwszy lepszy statek do Ameryki Południowej, aby tam zająć się poszukiwaniem diamentów i złota. Przez jakiś czas żył w dżungli, pośród plemienia niskiego wzrostu miedzianoskórych ludzi, którzy pewnego dnia nagle i bezszelestnie wychynęli przed nim z gąszczu, jakby pojawili się znikąd. Przejął ich zwyczaje i zestawił, w miarę możliwości, słownik ich języka, składającego się niemal tylko z samogłosek, a zwłaszcza z akcentowanych na nieskończenie różne sposoby wariantów głoski A, z którego to języka Instytut Lingwistyki w São Paulo nie odnotowuje, jak pisze Simon, żadnego słowa. Potem, powróciwszy do rodzinnego kraju, Novelli zaczął malować obrazy. Głównym motywem, powracającym w coraz to nowych kształtach i kombinacjach – filiform, gras, soudain plus épais ou plus grand, puis de nouveau mince, boiteux – była litera A, którą bazgrał na zamalowanej płaszczyźnie, czasem ołówkiem, czasem trzonkiem pędzla albo jeszcze grubszym narzędziem, zawsze tak samo, ale wciąż inaczej, ścisłe, przylegające ciasno do siebie rządki litery A, wznoszące się i opadające falami jak przeciągły krzyk.

Chociaż tego czerwcowego poranka 1967 roku, kiedy ostatecznie pojechałem do Breendonk, Austerlitz nie zjawił się już na Handschoenmarkt, nasze drogi krzyżowały się w sposób po dziś dzień dla mnie niepojęty niemal w czasie każdej z moich ówczesnych, całkiem bezładnych belgijskich wypraw. Już w kilka dni po tym, jakeśmy się poznali w salle des pas perdus antwerpskiego dworca centralnego, spotkałem go ponownie w przemysłowej dzielnicy u południowo-zachodniego skraju Liège, dokąd dotarłem pod wieczór, przybywając piechotą od strony St. Georges-sur-Meuse i Flémalle. Słońce raz jeszcze przebiło atramentowy front nadciągającej burzy, a hale i dziedzińce fabryczne, długie szeregi domów robotniczych, ceglane mury, łupkowe dachy i szyby okien lśniły jakby rozżarzone wewnętrznym ogniem. Gdy na ulicach zaszumiał deszcz, schroniłem się do małej kafejki, która, o ile dobrze pamiętam, nazywała się Café des Espérances i w której ku niemałemu zdumieniu ujrzałem Austerlitza, jak siedzi przy laminatowym stoliczku, pochylony nad swymi notatkami. Przy tym pierwszym ponownym spotkaniu, jak zawsze potem, kontynuowaliśmy naszą rozmowę, nie komentując ani jednym słowem nieprawdopodobnego faktu, że oto spotykamy się znowu, w miejscu, do którego poza tym żaden rozumny człowiek nie zagląda. Z okna w tyle kawiarni, gdzie przesiedzieliśmy aż do późnego wieczora, otwierał się widok na dolinę, może niegdysiejsze błonia, skąd na ciemne niebo padała łuna z pieców gigantycznej odlewni, i pamiętam jeszcze wyraźnie, że Austerlitz, gdyśmy obaj poniekąd z otwartymi ustami gapili się na to widowisko, w ponaddwugodzinnej przemowie wyłożył mi, jak to w XIX wieku zrodzona w głowach filantropijnych przedsiębiorców wizja idealnego miasta robotniczego niepostrzeżenie zmieniła się w praktykę koszar, bo przecież – pamiętam, że tak właśnie się wyraził – nasze najszlachetniejsze plany w toku realizacji zawsze obracają się w swoje przeciwieństwo. Wiele miesięcy po owym spotkaniu w Liège znowu czystym przypadkiem wpadliśmy na siebie na dawnym wzgórzu szubienicznym Brukseli, mianowicie na stopniach Pałacu Sprawiedliwości, który, jak natychmiast powiedział mi Austerlitz, stanowi największe skupisko bloków kamiennych w całej Europie.

Budowę tego osobliwego monstrum architektonicznego, któremu Austerlitz zamierzał wówczas poświęcić studium, podjęto pochopnie w osiemdziesiątych latach ubiegłego stulecia, pod naciskiem brukselskiej burżuazji, zanim jeszcze monumentalne plany, przedłożone przez niejakiego Josepha Poelaerta, doczekały się ostatecznego opracowania, co, jak mówił Austerlitz, miało ten skutek, że w tym gmachu, o kubaturze wynoszącej ponad siedemset metrów sześciennych, są korytarze i schody prowadzące donikąd oraz pomieszczenia i sale bez drzwi, dla nikogo niedostępne, a ich zamurowana pustka stanowi najgłębiej skrywany sekret wszelkiej usankcjonowanej przemocy. Austerlitz opowiadał dalej, że w poszukiwaniu labiryntu, służącego przy inicjacyjnych obrzędach wolnomularskich, o którym słyszał, że ma się znajdować albo w podziemiach, albo na poddaszu pałacu, błądził kiedyś przez wiele godzin po tym kamiennym masywie, przez lasy kolumn, obok olbrzymich posągów, w górę i w dół po schodach, i nikt ani razu nie zapytał go o cel wizyty. Po drodze, zmęczony albo dla orientacji, spoglądał niekiedy przez głęboko osadzone w murze okna na spiętrzone jak kra lodowa ołowiane dachy pałacu albo w głąb studziennych podwórek i dziedzińców wewnętrznych, do których nigdy jeszcze nie przeniknął promień światła. Szedł tak korytarzami i szedł, coraz dalej, kierując się to w lewo, to znowu w prawo i bez końca prosto przed siebie, pod wysokimi odrzwiami, parę razy zapuszczając się też na trzeszczące, na oko prowizoryczne drewniane schodki, które tu i ówdzie odchodziły od głównych korytarzy i wiodły o pół kondygnacji w górę albo w dół, trafiał w ślepe zakamarki, zastawione zamykanymi na żaluzje szafami, spiętrzonymi pulpitami, biurkami, krzesłami biurowymi i innymi sprzętami, jak gdyby ktoś zabarykadował się w ten sposób na czas oblężenia. Ba, mówiono nawet – twierdził Austerlitz – że w Pałacu Sprawiedliwości, z uwagi na jego faktycznie przekraczającą wszelkie pojęcie zawiłą architekturę, z biegiem lat w jakichś pustych pokojach i ustronnych korytarzach lokowały się drobne przedsiębiorstwa, sklepik tytoniowy, punkt totalizatora albo barek z napojami, a ponoć nawet męska toaleta w podziemiach została przez faceta nazwiskiem Achterbos, który pewnego dnia zainstalował się tam ze stoliczkiem i talerzykiem na drobne, przekształcona w publiczny ustęp dla klienteli z ulicy, następnie zaś, po zatrudnieniu asystenta umiejącego posługiwać się grzebieniem i nożycami, czasowo służyła jako zakład fryzjerski. Tego rodzaju apokryficzne historie, osobliwie kontrastujące z właściwą mu rygorystyczną rzeczowością, opowiadał mi Austerlitz nierzadko także przy naszych późniejszych spotkaniach, na przykład gdyśmy pewnego cichego popołudnia w listopadzie zasiedzieli się w kafejce z bilardem w Terneuzen – przypominam sobie jeszcze właścicielkę, w okularach o grubych szkłach, która robiła na drutach trawiastozieloną pończochę, żarzące się węgle na kominku, wilgotne trociny na podłodze, cierpki zapach cykorii – i wyglądali przez szerokie, obramowane pędami fikusa okno na niebywale rozległe, szaro zamglone ujście Skaldy. Raz, przed Bożym Narodzeniem, gdy miało się pod wieczór i na ulicach nie było widać żywego ducha, Austerlitz stanął przede mną na promenadzie w Zeebrugge. Okazało się, że obydwaj mamy bilety na ten sam prom, toteż zawróciliśmy wolno w stronę portu, mając po lewej ręce puste Morze Północne, a po prawej wysokie fasady rozsianych na wydmach twierdz mieszkalnych, gdzie w oknach migotało błękitnawe światło telewizorów, dziwnie rozedrgane i widmowe. Gdy prom wychodził z portu, była już noc. Staliśmy razem na rufie. Biała smuga kilwatera gubiła się w mroku i pamiętam jeszcze, że raz zdawało nam się, iż w blasku latarni widzimy wirujące płatki śniegu. Zresztą dopiero w czasie tej nocnej przeprawy przez kanał La Manche, dzięki mimochodem rzuconej uwadze, dowiedziałem się, że Austerlitz jest docentem w pewnym londyńskim instytucie historii sztuki. Ponieważ z Austerlitzem niepodobna było rozmawiać o sobie albo o nim samym, więc żaden z nas nie wiedział, skąd ten drugi pochodzi, od czasu pierwszego spotkania w Antwerpii posługiwaliśmy się zawsze językiem francuskim, ja z haniebną nieporadnością, Austerlitz natomiast w sposób tak perfekcyjny, że długo brałem go za Francuza. Dziwnie mnie wtedy poruszyło, gdyśmy już przeszli na wygodniejszą dla mnie angielszczyznę, że z kolei Austerlitz objawił niepewność, której przedtem nigdy w nim nie dostrzegałem, a która wyrażała się w drobnych błędach językowych i napadach jąkania, przy czym Austerlitz zaciskał palce na stale trzymanym w lewej ręce futerale okularów tak mocno, że bielała mu skóra na knykciach.

*

W ciągu następnych lat prawie za każdym razem, gdy byłem w Londynie, odwiedzałem Austerlitza w jego miejscu pracy w Bloomsbury, niedaleko British Museum. Zwykle siedziałem wtedy godzinę albo dwie w jego ciasnym pokoju, przypominającym składnicę książek i papieru, gdzie stosy teczek piętrzących się na podłodze i pod przeładowanymi regałami nie pozostawiały właściwie miejsca dla niego samego, nie mówiąc już o jego uczniu.