Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès - Maurice Leblanc - ebook

Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès ebook

Leblanc Maurice

4,1

Opis

Niezwykły pojedynek, w którym do walki stają beztroski i zuchwały nieuchwytny francuski włamywacz kontra uparty i flegmatyczny angielski detektyw, którego metody zawsze przynoszą sukces…

Ktoś kradnie mahoniowe biurko z mieszkania profesora paryskiego liceum – i przypadkiem znajdujący się w nim szczęśliwy bilet na loterię – i znika. Ktoś zabija starego barona w jego własnym domu – i znika. Ktoś kradnie błękitny diament, wcześniej należący do zamordowanego barona – i znika.

„Kiedy już zupełnie nie rozumiem, jak to się mogło stać, podejrzewam Arsène’a Lupina” ‒ mówi inspektor francuskiej policji Ganimard. Poszkodowani w tych trzech sprawach decydują się wysłać prośbę o pomoc do Herlocka Sholmèsa. O pomoc do Sholmèsa zwraca się również baron d’Imblevalle, któremu skradziono starą żydowską lampkę i znajdujący się w niej cenny klejnot. W tym przypadku Arsène Lupin, w tajemniczy sposób dowiedziawszy się, że do akcji znów wkracza Sholmès, kilkakrotnie prosi go, by nie brał tej sprawy, a potem – by się z niej wycofał. Bezskutecznie. Ambicja Herlocka Sholmèsa nie pozwala na to, co pociąga za sobą szereg nieprzewidzianych komplikacji…

W starciu dwóch wybitnych umysłów i osobowości: złodzieja i dżentelmena zarazem z detektywem i dżentelmenem z drugiej strony nie sposób przewidzieć zwycięzcy, jednak kiedy Sholmès wypowiada Lupinowi wojnę, obie strony muszą się wznieść na wyżyny swego geniuszu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 257

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (13 ocen)
5
5
2
1
0

Popularność




Maurice Leblanc Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès Tytuł oryginału Arsène Lupin contre Herlock Sholmès ISBN Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Derelkowska, 2022 Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2022All rights reserved Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redaktor Zofia Domańska Projekt graficzny okładki i stron tytułowych Urszula Gireń Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

EPIZOD PIERWSZY. Blondwłosa Dama

Numer 514 — seria 23

Ósmego grudnia ubiegłego roku pan Gerbois, profesor matematyki w liceum w Wersalu, wypatrzył w zagraconym składziku handlarza staroci mały sekretarzyk z mahoniowego drewna, który zachwycił go wielością szufladek.

„Będzie doskonałym prezentem urodzinowym” — pomyślał.

Miał dość skromne zasoby, chciał jednak sprawić radość córce, wynegocjował więc cenę sześćdziesięciu pięciu franków — i zapłacił.

W momencie, gdy podawał sprzedawcy swój adres, młody człowiek, wytworny, elegancki, który już od jakiegoś czasu szperał tu i tam, zauważył ten mebelek i zapytał:

— Ile?

— Jest sprzedany — odparł handlarz.

— Ach… Czy nie panu?

Pan Gerbois skłonił się i — ogromnie zadowolony z tego, że stał się posiadaczem mebelka, którego pragnął również ktoś inny — wyszedł.

Nie zdążył jednak na ulicy zrobić dziesięciu kroków, gdy dogonił go ów młody mężczyzna, który, trzymając kapelusz w dłoni, zapytał go tonem niezwykle grzecznym:

— Najmocniej pana przepraszam… Chciałbym zadać jedno niedyskretne pytanie… Czy poszukiwał pan takiego sekretarzyka bardziej niż czegoś innego?

— Nie, poszukiwałem używanej wagi do pewnego doświadczenia fizycznego.

— A zatem na sekretarzyku specjalnie panu nie zależy?

— Zależy mi na nim, tak po prostu.

— Może dlatego, że jest stary?

— Dlatego, że jest wygodny.

— Wobec tego czy zgodziłby się pan zamienić go na inny, równie wygodny, ale w lepszym stanie?

— Ten jest w dobrym stanie i zamiana nie wydaje mi się konieczna.

— Wszelako…

Pan Gerbois to mężczyzna, który stosunkowo szybko popada w irytację i jest dość nieufny. Odpowiedział więc stanowczo:

— Szanowny panie, proszę nie nalegać.

Nieznajomy stanął przed nim.

— Nie wiem, jaką kwotę szanowny pan zapłacił… Oferuję panu podwojoną.

— Nie.

— Potrojoną?

— Doprawdy, skończmy z tym! — zawołał zniecierpliwiony profesor. — To, co należy do mnie, nie jest na sprzedaż.

Młody człowiek popatrzył na niego uważnie, wzrokiem, którego pan Gerbois miał już nie zapomnieć, po czym, nie mówiąc więcej ani słowa, odwrócił się i odszedł.

* * *

Godzinę później przywieziono mebel do małego domku przy drodze do Viroflay, w którym profesor mieszkał. Zawołał córkę.

— Suzanne, to dla ciebie, jeśli oczywiście ci się spodoba.

Suzanne była osóbką urodziwą, towarzyską i pogodną. Rzuciła się ojcu na szyję i ucałowała go z radości, że ofiarował jej taki królewski prezent.

Tego samego wieczoru z pomocą pokojówki Hortense wniosła mebelek do swojego pokoju, wyczyściła wszystkie szufladki i starannie poukładała w nich rozmaite papiery, szkatułki na listy, całą korespondencję, kolekcje pocztówek i kilka sekretnych pamiątek, które przechowywała ze względu na swojego kuzyna Philippe’a.

Nazajutrz rano o wpół do ósmej pan Gerbois udał się do pracy. O dziesiątej Suzanne oczekiwała go — jak zwykle — przed budynkiem szkoły. Profesor zawsze ogromnie się cieszył, gdy na chodniku obok bramy zauważał jej zgrabną sylwetkę i rozjaśnioną uśmiechem twarzyczkę.

Wracali razem.

— Jakże twój sekretarzyk?

— Prawdziwe cudo! Hortense i ja wypolerowałyśmy okucia. Błyszczą jak złote!

— Jesteś więc zadowolona?

— Czy jestem zadowolona? Wprost nie wiem, jak do tej pory mogłam się bez niego obyć!

Przechodzili właśnie przez ogród otaczający domek. Pan Gerbois zaproponował:

— Może byśmy go sobie obejrzeli, zanim coś zjemy?

— Och, tak! Świetny pomysł!

Suzanne weszła pierwsza, ale gdy stanęła na progu pokoju, głośno krzyknęła.

— Cóż się stało? — pospieszył z pytaniem profesor.

Wszedł do pokoju. Sekretarzyka w nim nie było.

* * *

Sędziego śledczego zadziwiła niezwykła prostota zastosowanych środków. Podczas nieobecności Suzanne, kiedy gosposia była na zakupach, pracownik jakiejś firmy przewozowej z obowiązkową odznaką — którą sąsiedzi widzieli — zatrzymał swój wózek na wysokości ogródka przed domkiem i dwukrotnie zadzwonił. Sąsiedzi, nieświadomi tego, że gosposia wyszła, niczego nie podejrzewali, więc fałszywy przewoźnik wykonał swoje zadanie w absolutnym spokoju.

Trzeba przy tym zauważyć, że nie został potrącony żaden mebel, żaden zegar nie został uszkodzony. Co więcej, portmonetka Suzanne, zostawiona na marmurowym blacie sekretarzyka, leżała na sąsiednim stoliku, wraz ze złotymi monetami, które się w niej znajdowały. Cel kradzieży był więc dokładnie określony, a przez to tym trudniejszy do wyjaśnienia, bo przecież po co ponosić tak duże ryzyko dla niewielkiego łupu?

Jedyną wskazówką, jakiej mógł dostarczyć profesor, był incydent z poprzedniego dnia.

— Natychmiast po mojej odmowie ów młody mężczyzna okazał silną irytację i odniosłem wrażenie, że w sposobie jego odejścia kryła się groźba.

Nie było to jednak nic konkretnego. Wypytano handlarza. Nie znał ani jednego, ani drugiego mężczyzny. Jeśli chodzi o przedmiot kradzieży, to kupił go w Chevreuse na wyprzedaży po śmierci właściciela, za czterdzieści franków, i uważał, że odsprzedał za odpowiednią cenę. Przeprowadzone śledztwo nic nie dało.

Pan Gerbois był przekonany, że doznał ogromnej straty. W podwójnym dnie jednej z szufladek musiał być ukryty niemały skarb, i dlatego ów młody człowiek, wiedząc o schowku, działał z taką determinacją.

— Mój biedny ojczulku, cóż byśmy zrobili z tym majątkiem? — zapytała Suzanne.

— Jak to co? Z takim posagiem mogłabyś oczekiwać najznakomitszych pretendentów!

Suzanne, która swe oczekiwania w tej kwestii ograniczała do kuzyna Philippe’a, będącego partią dość żałosną, wzdychała ciężko. A życie w małym domku w Wersalu toczyło się dalej, trochę mniej wesoło, mniej beztrosko, przyćmione żalem i rozczarowaniem.

Minęły dwa miesiące. I nagle niesłychanie ważne wydarzenia biegną jedne po drugich, cały niespodziewany orszak wspaniałych szans i katastrof!

Pierwszego lutego o wpół do szóstej pan Gerbois wrócił do domu z wieczornym dziennikiem w ręku, usiadł, włożył okulary i zaczął czytać. Ponieważ polityka go nie interesowała, odwrócił stronę gazety. I natychmiast jego wzrok przyciągnął artykuł, zatytułowany Trzecie losowanie loterii Associations de la Presse:„Numer 514 serii 23 wygrywa milion…”.

Gazeta wypadła mu z rąk. Ściany zachwiały się, a serce na moment przestało bić. Numer 514 serii 23 to był jego numer. Kupił go przypadkowo, robiąc przysługę jednemu ze swych przyjaciół, bo nie wierzył w najmniejszym stopniu w uśmiech losu — no i właśnie wygrał! Szybko sięgnął po swój notesik. Numer 514 serii 23 był faktycznie zapisany na jednej z kartek notesiku. Ale sam bilet?

Niemal pobiegł do gabinetu po pudełko z kopertami, między które wsunął cenny bilet, lecz na progu zatrzymał się nagle, serce znów mu się zatrzymało, zachwiał się: pudełka z kopertami nie było i z przerażeniem uświadomił sobie, że nie było go już od paru tygodni! Od tygodni nie widział go przed sobą, kiedy siedział, poprawiając zadania swoich uczniów!

Usłyszał odgłos kroków na żwirowej ścieżce ogródka… Zawołał:

— Suzanne! Suzanne!

Córka przyspieszyła kroku. Szybko weszła po schodach. Ojciec wyjąkał zduszonym głosem:

— Suzanne… Pudełko… pudełko z kopertami…

— Jakie?

— To z Luwru… To, które przyniosłem w jakiś czwartek… I które stało tu na stoliku.

— Ależ, ojcze, przypomnij sobie… Razem je wkładaliśmy…

— Kiedy?

— Wieczorem… No wiesz… W przeddzień…

— Ale gdzie wkładaliśmy?… Mów!… Umrę przez ciebie…

— Gdzie? Do sekretarzyka.

— Do sekretarzyka, który został skradziony?

— Tak.

— Do sekretarzyka, który został skradziony…

Powtórzył te słowa bardzo cicho, niemal ze zgrozą. Potem chwycił dłoń córki i wyrzekł jeszcze ciszej:

— Suzanne, w tym pudełku znajdował się milion…

— Och! Tatku, dlaczego mi nie powiedziałeś? — szepnęła, pełna naiwności.

— Milion! — powtórzył pan Gerbois. — To był numer wygrywający w loterii prasowej…

Ogrom straty ich przytłoczył. Milczeli długo, nie mając odwagi przerwać tej ciszy.

Wreszcie Suzanne rzekła:

— Ależ, ojcze, przecież jednak to wypłacą.

— Ale jak? Gdzie dowód?

— Więc potrzebny jest dowód?

— A jakże!

— A ty go nie masz?

— Mam, oczywiście!

— No więc?

— Był w pudełku.

— W tym pudełku, które zniknęło?

— Tak. I ktoś inny skorzysta.

— Ależ to niegodziwe! Ojcze, możesz się temu sprzeciwić?

— Czy to wiadomo? Czy to wiadomo? Ten człowiek musi być bardzo zuchwały! I dysponuje takimi środkami! Pamiętasz sprawę sekretarzyka…

Nagle, w przypływie energii wstał i tupiąc nogą, oświadczył:

— No więc nie! Nie i nie! Nie dostanie tego miliona! Nie dostanie! Niby dlaczego miałby dostać? Ostatecznie, przy całym sprycie, on też nie może nic zrobić. Jeśli zgłosi się po odbiór, zapudłują go! No, zobaczymy jeszcze, zobaczymy!

— Masz jakiś pomysł, tatku?

— Taki mianowicie, żeby bronić swoich praw, do końca, bez względu na wszystko! I to się uda! Milion jest mój, będę go miał!

Już po chwili wysłał następującą depeszę:

Prezes Zarządu Crédit Foncier

rue des Capucines, Paris

Jestem właścicielem losu numer 514 seria 23, wszelkimi legalnymi drogami zgłaszam sprzeciw wobec wszelkich roszczeń innych podmiotów.

GERBOIS

Prawie w tym samym czasie do Crédit Foncier nadeszła inna depesza:

Los o numerze 514 seria 23 jest w moim posiadaniu.

ARSÈNE LUPIN

* * *

Za każdym razem, gdy zamierzam opowiedzieć którąś z niezliczonych przygód, jakie składają się na życie Arsène’a Lupina, odczuwam prawdziwą rozterkę, bo wciąż mi się zdaje, że nawet najbanalniejsza z nich jest już doskonale znana wszystkim, którzy będą czytać moje słowa. Bo przecież nie ma takiego czynu naszego „narodowego złodzieja” — jak go ślicznie przezwano — który nie zostałby opisany w najbardziej spektakularny sposób; nie ma takiego wyczynu, który nie zostałby zbadany ze wszystkich stron; nie ma takiego postępku, który nie zostałby skomentowany z taką obfitością szczegółów, jaka zazwyczaj zarezerwowana jest dla opisu działań bohaterskich.

Któż nie zna na przykład Blondwłosej Damy i jej niezwykłych epizodów, o których reporterzy pisali wielkimi czcionkami: Numer 514, seria 23!… Zbrodnia na avenue Henri-Martin!… Błękitny diament! A jaki rozgłos wywołało wkroczenie słynnego angielskiego detektywa, Herlocka Sholmèsa! Cóż za poruszenie po każdym zwrocie akcji punktujących pojedynek tych dwu wielkich artystów! I jaki zgiełk na bulwarach w dniu, kiedy gazeciarze przekrzykiwali się: „Aresztowanie Arsène’a Lupina!”.

Moim usprawiedliwieniem jest to, że mówię o czymś nowym: przynoszę rozwiązanie zagadki. Wokół tych wydarzeń zawsze pozostaje jakiś cień tajemnicy: ja ów cień rozpraszam. Odtwarzam artykuły wielokrotnie już czytane, przepisuję stare wywiady, ale wszystko to porządkuję, klasyfikuję i przekazuję samą prawdę. Mój współpracownik to Arsène Lupin, którego życzliwość dla mnie jest niezmierzona. W pewnych okolicznościach korzystam też z pomocy znakomitego Wilsona, przyjaciela i konfidenta Sholmèsa.

* * *

Pamiętamy powszechny wybuch gromkiego śmiechu po opublikowaniu obu depesz. Samo nazwisko Arsène’a Lupina było niespodziewaną obietnicą i zapewnieniem rozrywki dla posiadaczy biletów na galerii. A na tę galerię dostali się wszyscy.

Poszukiwania podjęte natychmiast przez Crédit Foncier wykazały, że bilet o numerze 514 seria 23 był wydany za pośrednictwem Crédit Lyonnais, filia w Wersalu, kapitanowi artylerii, Bessy’emu. Niestety, kapitan zmarł w następstwie upadku z konia. Od jego towarzyszy broni, którym się kiedyś zwierzył, dowiedziano się, że niedługo przed śmiercią musiał odstąpić bilet jednemu z przyjaciół.

— A ten przyjaciel to ja — stwierdził pan Gerbois.

— Proszę to udowodnić — zaoponował prezes zarządu Crédit Foncier.

— Mam to udowodnić? Nic łatwiejszego. Ze dwadzieścia osób powie panu, że utrzymywałem regularne kontakty z kapitanem, że spotykaliśmy się w kawiarni na Place-d’Armes. I tam właśnie pewnego dnia, żeby wspomóc go w chwili trudności finansowych, odkupiłem od niego ten bilet za dwadzieścia franków.

— Ma pan jakichś świadków tej wymiany?

— Nie.

— Na czym więc opiera pan swoją reklamację?

— Na liście, który napisał na ten temat.

— Jakim liście?

— Na liście, który był przypięty do biletu.

— Proszę go okazać.

— Ależ on znajdował się w skradzionym sekretarzyku.

— Proszę go odnaleźć.

Głos zabrał sam Arsène Lupin. Krótka notka w „Écho de France” — która to gazeta ma zaszczyt być jego oficjalnym organem i której, jak się wydaje, jest jednym z głównych akcjonariuszy — otóż ta notka głosiła, że na ręce mecenasa Detinana, swego adwokata i doradcy, przekazał list, jaki kapitan Bessy napisał do niego osobiście.

Cóż za eksplozja radości! Arsène Lupin wziął adwokata! Arsène Lupin w poszanowaniu ustalonych zasad wskazał jako swojego przedstawiciela członka palestry!

Wszyscy przedstawiciele prasy ruszyli hurmem do mecenasa Detinana, wpływowego radykalnego deputowanego, człowieka o wielkiej uczciwości i zarazem błyskotliwym umyśle, nieco sceptycznego, czasem lubującego się w paradoksach. Detinan nigdy nie miał przyjemności spotkać się z Arsène’em Lupinem i bardzo tego żałował — ale otrzymał jego instrukcje i, ogromnie poruszony i zaszczycony wyborem, zamierzał szczerze bronić prawa swojego klienta. Otworzył więc otrzymane dossier i natychmiast wyjął list kapitana. Potwierdzał on przekazanie biletu na loterię, ale nie wymieniał nazwiska nabywcy. Było w nim tylko krótkie stwierdzenie: „Mojemu drogiemu przyjacielowi”.

„»Mój drogi przyjaciel« to ja — dodał w notce dołączonej do listu kapitana Arsène Lupin. — Najlepszy dowód, że to ja mam ten list”.

Chmara reporterów natychmiast opadła ze wszystkich stron pana Gerbois, któremu pozostało jedynie powtórzyć:

— „Mój drogi przyjaciel” to nikt inny tylko ja. Arsène Lupin ukradł list kapitana razem z biletem loterii.

— Niech to udowodni — odparował natychmiast dziennikarzom Lupin.

— Przecież to on ukradł sekretarzyk! — zawołał do tych samych dziennikarzy pan Gerbois.

A Lupin znów zripostował:

— Niech to udowodni!

I tak trwał ten niezwykły publiczny pojedynek między dwoma właścicielami numeru 514 seria 23, z wędrówkami tam i z powrotem reporterów, z zimną krwią Arsène’a Lupina wobec wzburzenia nieszczęsnego pana Gerbois.

Prasa pełna była żalów tego biedaka! Dzielił się bowiem swym nieszczęściem ze wzruszającą szczerością:

— Proszę zrozumieć, panowie! Ten drań kradnie posag Suzanne! Mniejsza o mnie, nie obchodzi mnie to, ale Suzanne! Pomyślcie tylko, milion! Dziesięć razy po sto tysięcy! Och, ja dobrze wiedziałem, że w sekretarzyku ukryty jest skarb!

Na próżno starano się oponować, tłumacząc, że przeciwnik, zabierając mebel, nie wiedział, iż znajduje się w nim bilet na loterię, a już na pewno nikt nie mógł przewidzieć, że na ten bilet padnie główna wygrana, pan Gerbois wciąż lamentował:

— On wiedział, on wiedział!… Inaczej po co zadawałby sobie trud zabierania tego nieszczęsnego mebla?

— Nie wiadomo po co, ale na pewno nie po to, by wejść w posiadanie jakiegoś kawałka papieru wartego wówczas skromne dwadzieścia franków.

— To jest milion! On wiedział… On wie wszystko… O, wy nie znacie tego złoczyńcy! Nie was pozbawił miliona!

Taki dialog mógł trwać jeszcze długo. Jednakże dwunastego dnia pan Gerbois otrzymał od Arsène’a Lupina przesyłkę z dopiskiem „Poufne”. Zaczął czytać z narastającym niepokojem:

Szanowny Panie,

publika bawi się setnie naszym kosztem. Nie uważa Pan, że nadszedł moment na chwilę powagi? Jeśli chodzi o mnie, jestem naprawdę zdeterminowany.

Sytuacja jest jasna: jestem posiadaczem biletu, którego nie mam prawa tknąć, Pan natomiast ma prawo do tego biletu, ale go Pan nie posiada. Tak więc jeden bez drugiego nie może nic.

Pan nie zgodzi się na odstąpienie mi SWOJEGO PRAWA do tego biletu, a ja nie zgodzę się na odstąpienie Panu MOJEGO BILETU.

Co robić?

Widzę tylko jedno wyjście z tej sytuacji: podzielmy się.

Pół miliona dla Pana, pół miliona dla mnie. Czy to nie jest sprawiedliwe? I czy ten salomonowy wyrok nie zaspokaja potrzeby sprawiedliwości, jaką ma każdy z nas?

To rozwiązanie słuszne, ale i natychmiastowe. To nie jest propozycja, którą będzie Pan mógł do woli rozważać, ale konieczność, do której przyjęcia zmuszą Pana okoliczności. Na zastanowienie daję Panu trzy dni. Pragnę wierzyć, że w piątek rano przeczytam w ogłoszeniach drobnych w „Écho de France” krótką notkę skierowaną do „P. Ars. Lup.”, zawierającą wyrażoną w zawoalowanych słowach jasną i wyraźną deklarację zgody na proponowaną umowę, w wyniku czego natychmiast otrzyma pan bilet i odbierze milion z zastrzeżeniem przekazania mi pięciuset tysięcy franków w sposób, jaki przedstawię później.

W razie odmowy wydałem odpowiednie dyspozycje, aby wynik był taki sam. Jednakże oprócz bardzo poważnych kłopotów, jakie wywołałby Pański upór, byłoby Panu również potrącone dwadzieścia pięć tysięcy franków na dodatkowe koszty.

Zechce Pan przyjąć wyrazy najgłębszego szacunku.

ARSÈNE LUPIN

Rozjątrzony pan Gerbois popełnił ogromny błąd, pokazując ten list i pozwalając zrobić kopię. Jego oburzenie popychało go do robienia największych głupstw.

— Nic a nic! Nie będzie miał nic! — krzyczał do tłumu reporterów. — Dzielić się tym, co należy do mnie? Nigdy! Niech podrze ten bilet na kawałki, jeśli chce!

— Ale pięćset tysięcy franków to więcej niż nic.

— Nie chodzi o to, lecz o moje prawo, i to prawo potwierdzę przed sądem!

— Atakować Arsène’a Lupina? To by było zabawne.

— Nie dla Crédit Foncier. Muszą mi wydać ten milion.

— Po okazaniu biletu, a przynajmniej dowodu, że pan go zakupił.

— Dowód istnieje, skoro Arsène Lupin przyznaje, że ukradł sekretarzyk.

— Czy słowo Arsène’a Lupina sądowi wystarczy?

— Nieważne, będę składał pozew.

Publika była wniebowzięta. Robiono zakłady, jedne o to, że Lupin zmusi pana Gerbois do ustąpienia, inne, że ten odpowie za swe groźby. Odczuwano nawet pewien rodzaj obawy, tak bardzo szanse obu adwersarzy były nierówne: jeden ostro atakujący, drugi oszołomiony jak ścigane zwierzę.

W piątek ludzie wyrywali sobie „Écho de France” i gorączkowo wczytywali się w piątą stronę, w kolumnę ogłoszeń drobnych. Żadne z nich nie było skierowane do „P. Ars. Lup.”. Na wezwanie Arsène’a Lupina pan Gerbois odpowiedział milczeniem. Było to wypowiedzenie wojny.

Wieczorne gazety doniosły o porwaniu Suzanne Gerbois.

* * *

W tym, co można by nazwać spektaklami reżyserowanymi przez Arsène’a Lupina, ogromnie bawi nas wybitnie komiczna rola policji. Wszystko dzieje się poza nią. On mówi, on pisze, on uprzedza, grozi, wykonuje — jak gdyby nie istniał ani szef policji, ani agenci, ani komisarze — jakby nie było nikogo, kto mógłby go powstrzymać w drodze do celu. Wszystko to jest dla niego niczym. Przeszkody nie istnieją.

A przecież policja szaleje! Kiedy chodzi o Arsène’a Lupina, wszyscy są w gorączce, gotują się wprost, pienią z wściekłości. Arsène Lupin to wróg, i to wróg, który szydzi, prowokuje, poniża — albo, co jeszcze gorsze, ignoruje.

Jakie działania podjąć wobec takiego wroga?

Według zeznań gosposi Suzanne wyszła z domu za dwadzieścia dziesiąta. Kiedy jej ojciec wyszedł z liceum pięć po dziesiątej, nie zobaczył jej na chodniku w miejscu, gdzie zazwyczaj na niego czekała. Wszystko wydarzyło się więc w czasie tego krótkiego, dwudziestominutowego spaceru Suzanne z domu do liceum, a w każdym razie w pobliżu szkoły.

Dwoje sąsiadów potwierdziło, że minęli się z Suzanne o jakieś trzysta kroków od domu. Pewna pani pamiętała idącą ulicą młodą dziewczynę o wyglądzie odpowiadającym Suzanne. Co potem? Potem już nikt nic nie widział.

Śledztwo prowadzono wielokierunkowo: przesłuchano pracowników kolei i rogatek. Nie zauważyli niczego, co mogłoby się wiązać z porwaniem panny Gerbois. Dopiero w Ville-d’Avray pewien sklepikarz oświadczył, że sprzedał olej do jadącego z Paryża automobilu z opuszczonym dachem. W środku, oprócz szofera znajdowała się jakaś dama o niezwykle jasnych włosach, jak to określił ów sprzedawca. Po godzinie ten sam automobil wracał z Wersalu. Jakieś zamieszanie na drodze zmusiło szofera do wolniejszej jazdy, a to pozwoliło sklepikarzowi zauważyć obok widzianej wcześniej jasnowłosej damy inną kobietę, otuloną szalem i z twarzą ukrytą za woalką. Była to bez wątpienia Suzanne Gerbois.

Wobec tego należało zakładać, że porwanie nastąpiło w biały dzień, na uczęszczanej drodze, w samym środku miasta!

Jak to przeprowadzono? W którym miejscu? Nikt nie słyszał żadnego krzyku, nie zauważono żadnego podejrzanego ruchu.

Indagowany sprzedawca opisał auto jako 24-konną limuzynę Peugeon, w kolorze ciemnoniebieskim. Idąc tym śladem, poproszono o informację panią Bob-Walthour, właścicielkę firmy Grand-Garage, specjalizującej się w wynajmie automobili. Potwierdziła ona, że w piątek rano rzeczywiście wynajęła na cały dzień limuzynę Peugeon jakiejś jasnowłosej damie, której już później nie widziała.

— A szofer?

— To człowiek imieniem Ernest, zatrudniony poprzedniego dnia dzięki doskonałym referencjom.

— Czy on jest tutaj?

— Nie, odstawił limuzynę i więcej się nie pokazał.

— Czy można jakoś go odnaleźć?

— Na pewno, za pośrednictwem osób, które dały mu rekomendacje. Mam ich nazwiska.

Kiedy śledczy dotarli do tych osób, okazało się, że żadna z nich nie znała owego Ernesta.

Tak więc każdy ślad, którego chwytali się śledczy w nadziei rozjaśnienia sprawy, wręcz ją zaciemniał i przynosił nowe zagadki.

Pan Gerbois nie był w stanie prowadzić dalej tej walki, która rozpoczęła się dla niego w sposób tak okrutny. Niepocieszony po zniknięciu córki, targany wyrzutami sumienia — poddał się.

Krótkie ogłoszenie w „Écho de France”, które wszyscy komentowali, potwierdziło jego oczywistą i bezwarunkową kapitulację.

Takim oto zwycięstwem skończyła się czterodniowa wojna.

Dwa dni później pan Gerbois przemierzał dziedziniec przed gmachem Crédit Foncier. Gdy wszedł do gabinetu prezesa, okazał numer 514 serii 23. Prezes poderwał się zza biurka.

— Ach! Ma go pan więc! Oddano go panu?

— Zawieruszył mi się gdzieś, ale jest.

— Przecież twierdził pan… Podobno…

— To były tylko plotki i kłamstwa.

— Będziemy jednak potrzebować jakiegoś dokumentu uwierzytelniającego.

— Czy list kapitana wystarczy?

— Oczywiście.

— Oto on.

— Doskonale. Proszę o pozostawienie tych dokumentów w depozycie. Mamy dwa tygodnie na ich sprawdzenie. Zawiadomię pana o terminie wypłaty wygranej. Uważam też, że od tej chwili w pana interesie jest zachowanie całkowitego milczenia na ten temat i zakończenie całej sprawy w absolutnej tajemnicy.

— Taka jest też moja intencja.

Pan Gerbois milczał więc, milczał też prezes Crédit Foncier. Bywają jednak tajemnice, które w jakiś sposób ujawniają się same, bez czyjejkolwiek niedyskrecji. Nagle stało się więc wiadome, że Arsène Lupin okazał się na tyle zuchwały, iż odesłał panu Gerbois bilet 514 serii 23! Nowinę tę przyjęto z podziwem i zaskoczeniem. Tylko gracz pierwszej wody mógł rzucić na stół kartę atutową tak wielkiej wagi — niezwykle cenny bilet na loterię! Oczywiście pozbył się tego atutu po gruntownym rozważeniu i w zamian za kartę, która ustalała równowagę. Ale gdyby jednak pannie Gerbois udało się wymknąć? Albo gdyby powiodło się odbicie przetrzymywanej zakładniczki?

Policja wyczuła słaby punkt przeciwnika i zdwoiła wysiłki. Arsène Lupin rozbrojony, i to przez siebie samego, wciągnięty w tryby uknutych przez siebie kombinacji, bez złamanego centyma z upragnionego miliona… W takiej sytuacji szydercy od razu zmieniają obóz.

Trzeba było jednak odnaleźć Suzanne. Tymczasem ani jej nie odnaleziono, ani — co więcej — ona nie uciekła!

No dobrze — mówiono. Punkt zdobyty, Arsène wygrywa pierwszą rundę, ale najtrudniejsze dopiero nastąpi. To prawda, panna Gerbois jest w jego rękach, a on odda ją tylko za pięćset tysięcy franków. Gdzie jednak i kiedy nastąpi operacja wymiany? Żeby ta operacja nastąpiła, trzeba bezpośredniego spotkania, a wówczas kto przeszkodzi panu Gerbois uprzedzić policję, odebrać córkę i zachować pieniądze?

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki