Armageddon House - Michael Griffin - ebook

Armageddon House ebook

Michael Griffin

2,8

Opis

Mark, Jenna, Greyson i Polly mieszkają w nowoczesnym bunkrze. Ten podziemny świat zaspokaja ich niezbędne potrzeby. Posiada dobrze wyposażoną kuchnię, siłownię i basen, a nawet pewnego rodzaju muzeum. Jego zaopatrzenie wystarczyłoby na całe życie. Z dala od świata zewnętrznego bohaterowie starają się zachować zdrowie psychiczne, przestrzegając ustalonych procedur i przyjmując codziennie nieokreślone leki. Tyle że żadne z nich nie pamięta dokładnie, jak się tam znalazło, ani co powinno robić. W miarę narastania pytań rośnie napięcie i rzeczywistość przestaje być stabilna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 95

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:

Popularność




Tytuł: Armageddon House

Autor: Michael Griffin

Copyright © 2020 by Michael Griffin

Copyright for the Polish translation

© 2020 by Tomasz Chyrzyński

Copyright for the cover art

© Krzysztof Biliński

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Przekład i opracowanie: Tomasz Chyrzyński

Redakcja i korekta: Krzysztof Biliński

Projekt, skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Krzysztof Biliński

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

biuro@wydawnictwoix.pl

wydawnictwoix.pl

Kraków 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-959166-1-8

Spis treści

Przedmowa

Komnata snu, widok na jezioro

Dwoje wchodzi po schodach

Kwadratowy salon, ogień nigdy nie płonie

Czworo schodzi po schodach

Centrum medyczne, pulsujące maszyny

Utracona krew i odrzucone ciało

Magazyn, maski przeciwgazowe i racje soli

Sekretne naboje

Sala słoneczna, pływalnia

Burbon w Opuszczonej Tawernie

Dolna jaskinia, tunel i drzwi

Porównywanie życzeń

Siłownia, telewizja

Zgaduj-zgadula

Marmurowe muzeum z bramą pancerną

Suknia ślubna i ukryta broń

Osobna wiadomość dla każdego

O autorze

Przedmowa

Armageddon House to pierwsza książka Michaela Griffina, która ukazuje się na polskim rynku. Sam autor może nie posiada jeszcze pokaźnego dorobku literackiego, ale na swoim koncie ma wiele cenionych przez krytyków i czytelników opowiadań, z których jedno, zatytułowane Diamond Dust, zamieszczone w antologii The Grimscribe’s Puppets, otrzymało Shirley Jackson Award w 2013 roku, a z kolei zbiór The Human Alchemy był do niej nominowany w 2018. Sięgnęliśmy po jego najnowszą powieść, a właściwie mikropowieść, aby zaprezentować polskiemu czytelnikowi najświeższe dzieło autora współczesnego weird fiction. Nie można bowiem nie zauważyć, że od czasu wydania antologii Po drugiej stronie (Agharta, 2013) weird fiction w Polsce ciągle przechodzi ewolucję i dociera do coraz szerszego grona odbiorców. Chcemy więc w tym wypadku zaprezentować jeden z najnowszych i już docenionych utworów. Od kilku lat wydania antologii Sny umarłych (Phantom Books, 2018-2020), książek Wojciecha Guni, Dawida Kaina, a ostatnio Jakuba Bielawskiego i debiutującej w tym roku Anny Marii Wybraniec znajdują wielu zwolenników nawet poza grupą fanów horrorów. Weird fiction okazało się w Polsce przełomem, który umożliwił nie tylko odświeżenie fascynacji literaturą grozy u jej zdeklarowanych zwolenników, ale również pozwolił na zainteresowanie się nią przez osoby, które dotychczas ze sporym dystansem podchodziły do tego gatunku. Wydane przez nas dwa zbiory opowiadań Roberta Aickmana cieszą się uznaniem wśród odbiorców, krytyków i dziennikarzy z rzadka spoglądających w stronę horroru. Weird fiction stało się też pewnego rodzaju poprzeczką ustanawiającą dla autorów wyzwanie do pracy nad ambitniejszymi tekstami, wykraczającymi poza utarte schematy i upodobania gatunkowe.

Książka, którą trzymacie w dłoniach, jest z pewnością kolejną z takich poprzeczek. Zacznijmy jednak od tego, że w Polsce weird fiction ciągle jeszcze nawiązuje do pewnych tradycji gatunku. Poetyka wielu tekstów to ukłon w stronę klasyki literatury grozy, Lovecrafta czy, najogólniej mówiąc, motywów ezoterycznych. Armageddon House to z kolei powieść, której sztafaż oparty został na popularnych elementach narracji postapokaliptycznej. Od lat są one podstawą wielu znakomitych powieści bądź filmów. Jest to jednak zaledwie pewna scenografia, służąca m.in. ukazaniu skomplikowanych relacji międzyludzkich. Michael Griffin traktuje ją jako jedną wielką alegorię, którą na pierwszy rzut oka łatwo potraktować jako realistyczną. Wykreowany przez pisarza świat podziemnego bunkra oraz poczucie przytłaczającej i niewyjaśnionej izolacji są bardzo spójne. Jednak, podobnie jak w naszej codzienności, a zgodnie z tradycją weird fiction, pojawiają się w nim nienaturalne „pęknięcia”, sytuacje czy miejsca, które nie przystają do rzeczywistości istniejącej w tej nowoczesnej, doskonałej konstrukcji. Wraz z ich nagromadzeniem, zgodnie z tradycjami znanymi z kanonu, rzeczywistość bliska, usystematyzowana przestaje być stabilna, a uważny czytelnik zaczyna składać w całość elementy misternej, tragicznej i zarazem bardzo smutnej zagadki.

Armageddon House to nieco ponad 100 stron naszego standardowego układu książki. Sama akcja jest dynamiczna, czytelnik nie ma czasu się nudzić, żywiołowe, naturalne dialogi dopełniają wrażenia fascynującej powieści postapokaliptycznej, która wciągnie miłośników tego gatunku. I choć niektórym ta objętość może wydać się niewystarczająca, tak naprawdę odkrywanie prawdy zawartej w historii Michaela Griffina z powodzeniem może zastąpić kilkusetstronicowe tomy i na pewno zostanie z czytelnikiem przez wiele kolejnych dni, dostarczając niezapomnianej intelektualnej przygody.

Krzysztof Biliński

Komnata snu, widok na jezioro

Tego ranka, jak codziennie, Mark budzi się o 6:20, sam w maleńkiej klitce. Mural naprzeciw łóżka przedstawia widok błękitnego jeziora otoczonego drzewami. Obraz jest na tyle realny, że przekonuje go, przynajmniej na tę krótką chwilę, gdy umysł otula jeszcze mgła snu, iż widzi piękną scenerię za prawdziwym oknem, a nie fotografię na ścianie. Przez moment jezioro jest namacalnym miejscem, na wyciągnięcie ręki.

Kiedy Mark przytomnieje, dociera do niego, że to niemożliwe. Tak głęboko pod ziemią nie ma żadnych okien.

Wszystkie pozostałe pokoje na tym poziomie są identyczne, jedynie znajdujące się w nich murale przedstawiają inny pejzaż. Tej ściany nie zastawiają żadne meble, znajduje się w niej tylko wyjście. Korytarz na zewnątrz stopniowo zatacza łuk, tak długi, że niemal tworzy koło. Po obu stronach otwierają się drzwi prowadzące do licznych pokoi. Łóżko, metalowa skrzynia na ubrania i zajmujące całą ścianę zdjęcie jeziora, góry, oceanu albo lasu, zastępujące widok, stanowi całe ich wyposażenie. Umieszczenie obrazu naprzeciw łóżka sprawia, że stanowi on pierwszą rzecz, którą widzi się co rano. Być może to pomaga złagodzić uczucie odosobnienia.

Całe to miejsce cuchnie albo tak przynajmniej wydaje się Markowi. Nigdy nie wspomniał o tym pozostałym. Czuć tu wszechobecną wilgocią, nie tyle nieprzyjemną, co absurdalną w tak głębokim, suchym miejscu. Jest to ten rodzaj wilgoci, która może się zebrać pod stertą liści na polanie albo pod przesiąkniętymi deszczem igłami sosen w lesie. Na zewnątrz taki zapach mógłby sugerować procesy organiczne, łańcuch życia. Tutaj nie ma sensu.

Mark nie pamięta, żeby wybrał ten konkretny pokój. Może się co najwyżej domyślać, że decyzja podyktowana była upodobaniem sobie gładkiego, czystego jeziora. Pewne szczegóły tego obrazu pozostają w pamięci, gdy zamyka oczy, a czasami nawet gdy nie ma go w pokoju. To, w jaki sposób drzewa okalające jezioro pochylają się nad nim, wyrażając poczucie tęsknoty, pragnienia, by się oswobodzić i ześliznąć do wody. Mimo że na pewnym poziomie Mark nigdy całkowicie nie zapomina, że to tylko duże zdjęcie, czasami wydaje mu się, jakby naprawdę mieszkał nad brzegiem jakiegoś nienazwanego akwenu, pod którego powierzchnią roi się od życia. Perfekcyjna błękitna równina ogrodzona drzewami, opasana piaszczystymi i żwirowymi ścieżkami, widoczna z innych domów lub chatek podobnych do jego własnej, budowli, których istnienie sugeruje, że w pobliżu mieszkają nieznajomi – potencjalni przyjaciele – żyjący w swoim odrębnym środowisku obrazów, zapachów, wspomnień. Nie jest sam.

Mark rzecz jasna nie mieszka w domku nad jeziorem. Mieszka tutaj w dole. Nie żeby o tym zapomniał.

Kolejnym argumentem przemawiającym za wyborem tego, a nie innego pokoju, mogło być jego położenie prawie na samym końcu urwanego okręgu korytarza. Taka lokalizacja zapewnia bliskość jednej z łaźni znajdujących się na obu końcach, a poza tym stanowi najbardziej oddalony punkt od tego, w którym mieszkają Polly i Greyson. Odległość ta, świadoma decyzja o odseparowaniu się od pozostałych możliwie największym dystansem, świadczy o wzajemnym szacunku i zrozumieniu potrzeby prywatności każdego z nich. On i Jenna na tym końcu, Polly i Greyson – na tamtym.

Pozostali chyba nadal wierzą, że Mark i Jenna dzielą jeden pokój, chociaż Jenna śpi teraz naprzeciwko. Oboje sporo z siebie dają, żeby podtrzymać przeświadczenie, że cały czas są parą, ale na koniec każdego dnia, kiedy wracają na ten poziom i na swój koniec korytarza, rozstają się i mieszkają osobno. Nie wchodząc sobie nigdy w drogę, dzielą łaźnię i natryski, zaprojektowane w taki sposób, że pomieściłyby znacznie więcej osób, hipotetycznych mieszkańców licznych pokoi, które nigdy nie są zajęte. Mają tu przegrody, kabiny i sektory umożliwiające obojgu jednoczesne korzystanie z pomieszczenia bez wpadania na siebie, bez ryzyka, że jedno wprawi drugie w zakłopotanie w trakcie jakiejś osobistej lub intymnej czynności. Dla pewności Mark z Jenną ustalili grafik, żeby za wszelką cenę uniknąć ewentualnego konfliktu podczas używania pryszniców, wanien, ubikacji, umywalek i luster. Tak jest najlepiej, idealny, harmonijny układ.

Ponieważ Jenna potrzebuje więcej czasu, żeby się przygotować, wstaje dwadzieścia minut wcześniej, bierze prysznic i wraca do siebie, gdzie dokańcza poranną toaletę. W drodze powrotnej jednym stuknięciem do drzwi daje Markowi znać, że może iść do umywalni.

Kiedy Mark jest gotowy, czeka na korytarzu pod drzwiami Jenny, potem razem idą na następną kondygnację i udają się do świetlicy nazywanej Kwadratowym Salonem. Tam każdego ranka spotykają się przy śniadaniu i kawie z Greysonem i Polly, a w niektóre wieczory wracają do znajdującej się na tym samym poziomie Tawerny.

Stojąc pod prysznicem – pryskające krople budzą echo w jednej z wielu zwyczajnych, wyłożonych płytkami kabin, ze słuchawki płynie strumieniem parująca woda – Mark czuje się zdezorientowany, wręcz rozdrażniony, ponieważ nie potrafi przypomnieć sobie jednej konkretnej kwestii.

Kiedy on i Jenna przestali być prawdziwą parą, a zaczęli udawać?

Być może tak naprawdę nigdy nie byli razem. Obawia się, że ich romans, ich fizyczna i emocjonalna bliskość, mogły być czymś, co sobie jedynie uroił. Wspólna przeszłość wydawała się kiedyś taka trwała, bezdyskusyjnie wyraźna. Wie o Jennie tyle poufnych rzeczy, których w innym wypadku nigdy by nie poznał, a jednak teraz niepokoi się, że tylko ubzdurał sobie ten prywatny katalog obrazów, smaków, zapachów, faktur i dźwięków. Mark coraz częściej powraca do początku swojego pobytu tutaj. Wyobraża sobie dni, gdy on i Jenna byli bliżej, cofa się w myślach do czasu, kiedy egzystencja miała sens, kiedy ich wzajemne relacje były naturalne, zanim skomplikowały się za sprawą pozorów. Ponieważ nie musieli martwić się o to, jak wypadną w oczach innych, zwyczajnie cieszyli się tym, że są razem. Jego wiara w tę rzeczywistość wydaje się tak samo prawdziwa jak wszystko inne, co zna. Dlaczego więc często boi się, że te wspomnienia są ni mniej, ni więcej tylko przyjemnym urojeniem, historią napisaną przez umysł, aby wytłumaczyć samotność doskwierającą mu w pustym pokoju? Musi jednak istnieć jakiś powód uzasadniający ukłucie tęsknoty za kobietą, która zawsze jest blisko, lecz osobno.

Przeświadczenie, że kiedyś był to prawdziwy związek, który jakoś się zakończył, ma więcej sensu niż jakiekolwiek alternatywne wyjaśnienie. Chociaż życie być może się zmieniło i stało dziwnym i dezorientującym, to stałość materii oraz trwałość wydarzeń i związków była niezmienna, pewna, nigdy niepodważana.

Mark budzi się w samotności. W samotności bierze prysznic, wraca do pustego pokoju i w samotności wkłada ubranie.

Następnie wychodzi za drzwi, robi cztery kroki i czeka przed pokojem Jenny. Jego zegarek, masywny złoty staroć, który własnoręcznie naprawił i odnowił gdzieś indziej, dawno temu, wskazuje szóstą pięćdziesiąt trzy. Z doświadczenia wie, że kobieta jest prawie gotowa. Za dwie, może trzy minuty drzwi się otworzą, ona wyjdzie i ruszą razem w krótką drogę na górę, do Kwadratowego Salonu. Idąc ramię w ramię, ukażą się Greysonowi i Polly, tworząc wrażenie, że są nierozłączną parą. Greyson i Polly uznają, że tych dwoje spędziło noc razem, a Mark i Jenna pomyślą to samo o Greysonie i Polly, choć nie widzieli, żeby ci wchodzili do tego samego pokoju albo kładli się do jednego łóżka. Zresztą łóżka są tak wąskie, że łatwo sobie wyobrazić, że Greyson i Polly mogą woleć spać oddzielnie, ale w zasadzie nie ma powodu, żeby tak sądzić.

Ten cykl powtarza się. Mark chce wierzyć, że każdy dzień jest zawsze taki sam jak poprzedni, a zmienia się tylko jego umysł.

Interludium

Dwoje wchodzi po schodach

 

Po betonowej klatce schodowej niesie się echo stąpania. Mark idzie przodem, za nim Jenna. Narastający pogłos daje wrażenie wielu nachodzących na siebie kroków, dźwięków więcej niż dwóch wspinających się osób. Wie, że ona jest tuż za nim. Nie upłynęła nawet minuta, kiedy wyszła ze swojego pokoju, by do niego dołączyć. Spotkali się i wyruszyli razem przed chwilą i chociaż Jenna jest poza zasięgiem wzroku Marka, a jej odgłosy z tyłu maskuje złudzenie zwielokrotnienia kroków rozbrzmiewających echem z różnych stron, nie zaczął jeszcze wątpić, że ona naprawdę tutaj jest.

Pomimo tego wątłego poczucia pewności, nie chcąc jednak, aby do reszty mu się wyślizgnęło, przystaje i schyla się, jakby zamierzał poprawić sznurówkę. Ta krótka zwłoka pozwala Jennie go dogonić. Jej obecność, mimo że oczekiwana, działa na niego kojąco i dodaje otuchy. Niepokój słabnie. Chociaż Mark jest bliżej wewnętrznej poręczy niż zewnętrznej, Jenna z łatwością wciska się w węższą lukę po lewej stronie i przemyka obok. Zawsze była drobna, lecz ostatnio jest szczuplejsza niż kiedykolwiek. Od pewnego czasu – miesięcy? lat? – wykonuje dodatkowe ćwiczenia, znacznie częściej niż nakazuje obowiązujący rygor. Zmiany zachodzące w jej ciele cieszą Jennę, jeśli sądzić po obcisłych bluzkach i rajstopach, które preferuje w ostatnim czasie. Często zostaje w ubraniach do treningu przez cały dzień. Jeśli podczas ćwiczeń spoci się i musi wziąć jeszcze jeden prysznic, po wszystkim przebiera się w nowy strój, czysty i suchy, ale poza tym identyczny, jakby liczyła się z ewentualnością kolejnej tury skoncentrowanego wysiłku.

Ostatnio Greyson żartuje sobie z „nowej, chudej Jenny”, co wyraźnie sprawia jej przyjemność, chociaż kobieta udaje zirytowaną. Mark nie znosi, kiedy Greyson to robi. Nie może ścierpieć myśli, że Greyson patrzy na Jennę, myśli o niej, ocenia jej figurę. Co gorsza, jego własna reakcja sprawia, że Mark czuje zażenowanie, bo ma świadomość, że sam myśli o Jennie w dokładnie ten sam sposób. Jest to forma zaborczości, nie lepsza od tego, co robi Greyson, ale Mark nie umie przestać.

Kilka stopni dalej Jenna ogląda się za siebie. Proste blond włosy opadają jej na oczy, lecz odgarnia je dłonią i zaczyna biec.

— Rusz się! — woła figlarnie.

Markowi nie uśmiecha się zostać z tyłu. Nie chce wejść do Kwadratowego Salonu sam, kiedy ona już tam będzie. Powinni przybyć na miejsce we dwoje, a przynajmniej tak się przyjęło i tak to wygląda za każdym razem. Biegnie, aby ją dogonić, odczuwając desperacki, niemal bolesny pośpiech.

Kwadratowy Salon, ogień nigdy nie płonie

 

Kwadratowy Salon jest ogromnym pomieszczeniem podzielonym wzdłuż i wszerz na pięć sektorów z miejscami do siedzenia, otoczonym zewnętrzną ścianą, na którą składają się duże moduły kuchenne oraz pub. Granice każdego z dwudziestu pięciu odrębnych kwadratów wyznacza bar w kształcie pękniętego okręgu, przy którym może usiąść dwadzieścia osób. Pośrodku każdego z nich znajduje się betonowa wyspa służąca jednocześnie za stół i miejsce na otwarty kominek gazowy, którego palenisko pokrywają półprzezroczyste kamienie niczym mleczne polerowane agaty.

Tylko raz rozpalili ogień, zrobili to w czwartym okręgu, tym, przy którym często siadają, najbliżej ich wspólnej kuchni. Polly wyraziła wtedy obawę o pożar w tym zamkniętym, szczelnym otoczeniu i chociaż miała w zwyczaju mówić o lęku tak często, że zwykle wszyscy ją ignorowali, tym razem Greyson i Jenna musieli przyznać jej rację. Ogień zgaszono. Tematu już więcej nie podejmowali, aczkolwiek Mark chętnie wypróbowałby kominek jeszcze raz. Wyobraża sobie, że gromadzą się wokół płomieni, przysuwają bliżej siebie, żeby ogrzać się w chłodny wieczór. Gdyby Polly i Greyson byli gdzie indziej, mieli inne rzeczy do zrobienia, on i Jenna mogliby posiedzieć sami.

Cały problem polega jednak na tym, że nigdy nie ma chłodnych wieczorów. Temperatura tutaj zawsze jest dokładnie taka sama.

Kiedy Mark z Jenną wchodzą, Polly stoi przy stanowisku do robienia jedzenia pod przeciwległą ścianą i przygotowuje coś w blenderze. W tej samej chwili, gdy Mark ma już się przywitać, zza filaru wychodzi Greyson ze szklanką lodu. Jest przysadzisty i krępy, najcięższy z ich czwórki, choć jednocześnie najniższy. Ma szeroki tors, same ubite mięśnie, jak u zapaśnika. Czupryna ciemnych kręconych włosów, kołyszący się chód na pałąkowatych nogach i wiecznie krzywy uśmieszek sprawiają, że zdaniem Marka wygląda jak wyrośnięty bobas, wiecznie o krok od strącenia czegoś.

Polly podnosi wzrok, oczy ma zaróżowione i załzawione, jakby płakała. Często wygląda w ten sposób, nie tylko, kiedy skończy szlochać albo zbiera jej się ponownie na łzy. Ze zmarszczonymi brwiami podnosi pokrywkę blendera, zagląda do środka i kontynuuje wypowiedź skierowaną zapewne do Greysona.

— To żadna izolacja. Dlaczego w kółko to powtarzasz? Jest nas tu czworo. — Na chwilę uruchamia blender.

Na desce do krojenia leży nóż do obierania i kilka ogryzków jabłek. Polly blenduje jabłka.

— Co do ciasnej? — Jenna otwiera szeroko usta. — Skąd je wzięłaś?

Mark nie ma pojęcia, kiedy ostatnio widział świeże owoce albo warzywa. Dawno temu Polly porzuciła swoją szklarnię hydroponiczną, uznając, że szkoda wysiłku, bo, jak powiedziała, i tak nigdy nie zdołają zjeść wszystkich zapasów mrożonego jedzenia, które wystarczyłyby ich całej czwórce na tysiąc lat. Mark zawsze uważał i chciał powiedzieć, że jest całkiem spora różnica pomiędzy mrożonką a chrupiącym, świeżym jabłkiem.

Greyson napełnia szklankę colą z kranu, równie obojętny na to, co robi Polly, jak i wobec przybycia Marka i Jenny.

— Mówię o izolacji, bo jesteśmy z dala od ludzkości, nie mamy kontaktu z nikim, kogo wcześniej znaliśmy. Pamiętasz swoją rodzinę? — Bierze łyka. — Ja swoją praktycznie zapomniałem.

— Izolacja oznacza coś specyficznego. — Polly otwiera szufladę i wyciąga sitko. — To nią nie jest.

— Nie — odpiera stanowczo Greyson. — Z pewnością nawet cztery osoby mogą uchodzić za odizolowane.

Polly odcedza do szklanki zblendowany przecier z jabłek. Pociąga nosem, bez przekonania.

— Co my właściwie tutaj robimy? Nie będzie żadnego bombardowania, nie po tak długim czasie. Takie ukrywanie się nie ma sensu.

— Bombardowania? — Greyson nieomal się śmieje, wygląda na to, że czeka, aż Polly przyzna, że żartuje. Rzuca okiem na Jennę i Marka, zauważając ich po raz pierwszy. — Polly, nie ukrywamy się przed bombardowaniem.

— Ach, naprawdę? — Zerka do szklanki i upija łyk. — To przed czym?

Greyson odpowiada z przesadną powolnością, jakby mówił do kogoś nierozgarniętego:

— Bierzemy. Udział. W eksperymencie.

— Polly! — woła Mark, usiłując przyciągnąć jej uwagę. — Skąd, do cholery, wytrzasnęłaś jabłka? — Rusza w kierunku lodówek, uznawszy, że nawet jeśli nie ma już więcej jabłek, to przynajmniej wypije jak zwykle kawę i napój proteinowy.

Jenna jest lekko zaskoczona stanowczością mężczyzny, ale też odwraca się do Polly, wyraźnie zainteresowana pojawieniem się świeżych owoców.

Polly opiera się o lodówkę i próbuje żartobliwie kopnąć Marka w udo, gdy ten ją mija.

— Po prostu zapomnij, okej? — Upija kolejny łyk i sprawia wrażenie zadowolonej, jeśli nie zbyt podekscytowanej. — Jak będziemy musieli wyjaśniać sobie różne rzeczy, potrwa to w nieskończoność.

Mark robi unik przed wysuniętą nogą Polly, nie rozumiejąc, co ma znaczyć jej uwaga, po czym otwiera drugą lodówkę spośród ośmiu stojących w rzędzie. On i Jenna dzielą drugą, Greyson i Polly pierwszą, a sześć pozostałych stoi niepodłączonych, tak jak wszystkie inne lodówki przy reszcie stanowisk kuchennych, znajdujących się pod ścianami. Mimo że jest mnóstwo prądu, by wszystko zasilić, Mark dawno temu zaproponował wyłączenie zbędnych urządzeń na wypadek, gdyby kiedyś potrzebowali zapasowych. Oprócz trzydziestu komercyjnych chłodziarek mają olbrzymią rezerwę mniejszych sprzętów, gadżetów i przyborów kuchennych doskonałej jakości.

Unikając Polly, Jenna obchodzi wyspę w przeciwnym kierunku, aby dołączyć do Marka przy ich wspólnej lodówce.

— Polly? — Mark nie odpuszcza. — To dotyczy nas wszystkich.

Polly spuszcza wzrok na swoje stopy i mamrocze:

— Zacznij uprawiać własne jabłka, zamiast interesować się moimi.

— Odwal się, lamusie! — Greyson warczy na Marka. — Codziennie siorbiesz ten proteinowy szajs. Na chuj ci jabłka?

Mark powtarza się, znacznie wolniej: 

— To dotyczy nas wszystkich.

Greyson przeciska się pomiędzy Markiem i Jenną, popychając mężczyznę na drzwi lodówki.