Arena. Cykl Pendorum. Część I - Krzysztof Bonk - ebook

Arena. Cykl Pendorum. Część I ebook

Krzysztof Bonk

3,7

Opis

Cykl Pendorum to epicka opowieść spod znaku miecza z domieszką magii. To historia o dorastaniu, mierzeniu się z przeciwnościami losu oraz własnym, trudnym przeznaczeniem, gdzie niekoniecznie jest się wybrańcem, a nosi znamiona przekleństwa. Poznajcie niemą niewolnicę – gladiatrix Anreę i jej historię pełną walki, namiętności oraz czysto ludzkich pragnień w zmilitaryzowanym świecie kontynentu Pendorum.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (129 ocen)
34
43
35
15
2

Popularność




Krzysztof ‌Bonk

ARENA

Cykl Pendorum I

© ‌Copyright ‌by ‌Krzysztof Bonk

Projekt ‌okładki: Krzysztof Bieniawski

ISBN ‌wydania elektronicznego: 978-83-7859-947-0

Wydawnictwo: ‌self-publishing

e-wydanie ‌pierwsze 2018

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Wszelkie ‌prawa ‌zastrzeżone.

Kopiowanie, ‌rozpowszechnianie części ‌lub ‌całości

bez zgody ‌wydawcy ‌zabronione

Konwersja ‌do epub i ‌mobi

JESTEŚ KIM BYŁAM, ‌BĘDZIESZ KIM JESTEM

Ku ‌pamięci Mason ‌Purcell, ‌aka Fawzia dokhtar-i-Sanjar

I. ARENA

Wieje ‌porywisty wiatr ‌i pada rzęsisty ‌deszcz, które wespół smagają ‌mnie ‌niczym ‌wilgotnym biczem. Mnie, ‌czyli ‌drobną, rudą i piegowatą ‌dziewczynę. Jednak przede ‌wszystkim niewolnicę, zziębniętą i ‌zamkniętą w drewnianej klatce ‌na jednym z ‌wozów. Ten, ‌zaprzężony ‌w dwa woły, z ‌trudem ‌pokonuje w ‌kondukcie błotnistą drogę. Lecz ‌moja ‌droga przez życie ‌wcale ‌nie jest łatwiejsza, o ‌nie. ‌Zabici bliscy, spopielona wioska, ‌pozostawione za sobą ‌pot, krew i ‌łzy. Wszakże ‌się nie poddaję, ‌na ‌przekór wszystkiemu wciąż istnieję, ‌a razem ze ‌mną moje ‌dziedzictwo i posłannictwo zarazem, ‌tak. Winni zostaną ‌ukarani tymi ‌oto ‌wątłymi rękami, które ‌teraz kurczowo ściskają ‌omszałe drewno – więżące ‌mnie ‌kraty. ‌Ta myśl daje mi ‌siłę, ‌nadzieję ‌i wiarę oraz ‌nadaje sens istnieniu w ‌kolejne naznaczone cierpieniem dni.

Z ‌przegniłych łąk ‌zatopionych w ‌jesiennej szarudze ‌przenoszę wzrok ‌na panoramę wyłaniającego ‌się w oddali ‌wielkiego ‌miasta. To zbudowana z kamienia i marmuru stolica Terraticos, cesarstwa, jednego z pięciu władztw kontynentu Pendorum.

Na horyzoncie dominują potężne, niezdobyte mury wysokie na kilkunastu ludzi, które swym ogromem wręcz przytłaczają widnokrąg. Ponad nimi piętrzą się białe i szare szczyty budynków. Wśród ich zarysów wyróżnia się cesarski pałac na wzgórzu otoczony kolumnami, nieopodal zaś wznosi niebotyczne Koloseum.

Jednakże ja sama zmierzam prosto na targ niewolników, miejsce, z którego mam trafić do czyichś rąk, niczym zakupiony przedmiot, rzecz. Jeżeli natomiast nie znajdzie się na mnie kupiec, wówczas z podobnymi sobie istotami będę oddana wprost na arenę na krwawą rzeź. Tam, ku uciesze gawiedzi, rozerwana zostanę przez dzikie zwierzęta, zmasakrowana w nierównej walce, bądź zgwałcona na oczach tysięcy czy wbita na pal, jeśli taką wyznaczą mi śmierć. Jedno jest pewne, a mianowicie nie czeka mnie tam nic dobrego, o nie.

Następnie, zamiast podziwiać zarys wielkiego miasta, spoglądam na dziewczynę w ubłoconym, drelichowym worku – obskurny stroju podobnym, jak mój. Tak samo, jak ja siedzi ona w klatce i czeka na nowe rozdanie kart przez los. Mimo pyszałkowatych uwag nie jest w stanie ukryć ogarniającej ją trwogi. Jej pełne usta drgają nerwowo, a krągłe piersi pod szarym materiałem coraz szybciej falują. Bezwiednie odgarnia skołtunione, krucze i kręcone włosy, a także drapie czyraki na ręku. Widzę, że im bardziej się lęka, tym wzgardliwsze posyła mi spojrzenia, pragnąc mnie upokorzyć i dodając tym sobie odwagi.

Ja sama z kolei odbieram wrażenie, zupełnie jakbym dosłownie zapadała się w sobie. Odkąd pamiętam, przeżywam chwile, gdzie wygasają we mnie wszelkie uczucia, emocje, a wtedy moje ciało wypuszcza z siebie na wielki świat czystego ducha. Potrafi on wznieść się wysoko i szybować w nieograniczonej przestrzeni niczym przezroczysty, niewidzialny ptak. I czyni to także teraz.

Już nie spoglądam na stolicę Terraticos z poziomu wozów. Obecnie podziwiam ją z lotu ptaka, którego nie imają się ani rzęsiste krople deszczu, ani też porywisty wiatr. Widzę nieprzebrane rzędy prostokątnych budynków o białych barwach. Przypominają one wyspy pomiędzy którymi, jak kolorowe rzeki, wiją się całe zastępy maszerujących ludzi.

Na moment wzlatuję ponad poziom gęstych, granatowych chmur, aby doświadczyć bezkresu błękitnego nieba oraz spojrzeć w zawieszone na nim złociste słońce. Zaraz potem nurkuję w dół i jestem już na targu pomiędzy ludźmi i zwierzętami. Patrzę na nieznane mi owoce, warzywa, a także przyprawy oraz inne dary natury, od których aż uginają się obszerne stragany. Spoglądam na owce, kozy i osły oraz chłonę egzotyczne zapachy pokazowo zapalanych kadzideł, którymi wabi się klientów. Słyszę również ludzki zgiełk: wyławiam płacz dziecka, żebrzące prośby o jałmużnę, gwarne nawoływania czy puste śmiechy. I nagle znowu całą sobą jestem zamknięta w klatce na wozie. Mój wyzwolony duch powraca do zniewolonego ciała.

Odczuwam, że szarpie mnie za ramię dziewczyna z naprzeciwka, po czym uderza otwartą dłonią w twarz. Próbuje zadać mi kolejny cios, ale tym razem zdecydowanie chwytam jej dłoń. Spogląda na mnie z niechęcią i przez chwilę się waha, zastanawiając, czy iść ze mną na konfrontację. Krzywi się paskudnie na pyzatej twarzy, ale daje za wygraną i cofa do swego kąta w klatce.

A zaraz gniewnie posykuje, nazywając mnie czarownicą, której nagle rozświetlają się oczy. Złowrogo wspomina o swoim bracie należącym do Zakonu Lancy Czarnego Orła. Zarzeka się, że takie ohydztwa, jak ja, zakonnicy obdzierają żywcem ze skóry i podpalają na stosie. Gdy zaś wychodzi z ofiar demoniczna dusza, przyzywają czarne orły, które ostatecznie unicestwiają eteryczne istnienie heretyków. Dobitnie zaznacza, że to kres mrocznych pomiotów. Zakatowane wiedźmy zostają odesłane wprost do Otchłani skąd nie ma powrotu.

Po tym wywodzie dziewczyna w kruczych włosach spluwa mi siarczyście w twarz i zaciska ręce gotowe do walki, jeśli sama zaatakuję. Ale ja tylko ocieram szorstką tkaniną rękawa policzek i czoło. Nie uśmiecham się cynicznie, nie szczerzę zębów w gniewnym grymasie. Po prostu odwracam wzrok. Właśnie przekraczamy zdobioną rzeźbieniami bramę wielkiego miasta.

Sklepienie w kształcie łuku pokrywają kunsztownie wyryte w marmurze dumne postacie wodzów ze wzniesionym orężem. Towarzyszą im mniejsze wizerunki szeregów żołnierzy i gladiatorów. Są tu też liczne napisy, których nie rozumiem.

Tak, nie umiem pisać ani czytać. Do niedawna nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego, jak pismo. Tajemnicze znaki, którymi ludzie potrafią wyrażać własne myśli, doprawdy niezwykła dla mnie rzecz.

Tymczasem wóz mija kolejne zatłoczone ulice, które widziałam już z lotu ptaka. Dlatego wiem, że szybko zbliżamy się do celu, czyli na targ, którego część wydzielona jest do sprzedaży ludzi, obecnie takich, jak ja, niewolników.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmia zmęczonym głosem mój właściciel, który nie tak dawno nabywa mnie w porcie i wstrzymuje on parę wołów. Mężczyzna ten jest już postarzały z włosami i brodą w całości pokrytymi siwizną. Na prawym policzku ma długą, silnie wypukłą bliznę, do tego liczne, srebrne kolczyki w uszach. Oczy ma zielone, a wzrok bezwzględny, za pasem zaś klucze do kajdan, a w ręku dzierży bat. Ubrany jest w szarą tunikę kiepskiej jakości pokrytą do kolan wilgotnym błotem.

Schodzi on ociężale z wozu i kluczem otwiera drewnianą klatkę. Gestem ręki wskazuje nam, abyśmy wyszły na zewnątrz, co niniejszym czynimy. Gdy we dwie stajemy naprzeciw niego, ogląda nas dokładnie od stóp do głów i zdegustowany spluwa w kałużę, gdzie krople deszczu czynią rozliczne kręgi. Następnie gwałtownie rozrywa ubranie mojej współtowarzyszki niedoli, czyniąc to na wysokości jej klatki piersiowej. Waży w dłoni jej obnażone, pełne piersi i na jego krzywych ustach pojawia się cień satysfakcji.

Niebawem my, niewolnice, stoimy wspólnie w łańcuchach oplatających nam ręce i nogi pod poszarzałą, spękaną ścianą, gdzie wystawia się ludzki towar. Nasz właściciel z kolei zasiada na pobliskiej, zadaszonej ławie i popijając wino z glinianego kubka, łapczywym wzrokiem lustruje okolicę w oczekiwaniu na potencjalnych klientów.

Ci jednak przechodzą koło nas z reguły nawet na nas nie spoglądając bądź obrzucając wzgardliwym spojrzeniem. Czasem któryś z mężczyzn dłużej ogniskuje wzrok na nagich piersiach dziewczyny koło mnie, ale zaraz odchodzi dalej.

I tak ranek przechodzi w południe i powoli zbliża się zmierzch, czas, kiedy targ zostaje zamknięty na kolejny dzień. My zaś nieustannie stoimy głodne, zziębnięte na bosych stopach w cieczy, gdzie woda z deszczówki miesza się z naszym własnym moczem.

Aż wreszcie wzbudzamy zainteresowanie pewnej pary. Kobieta oraz mężczyzna w średnim wieku za to w wykwintnych tunikach zatrzymują się przed nami, a ich sługa dzierży nad nimi obszerny, bladoniebieski baldachim chroniący od deszczu.

Nie mija chwila, a pojawia się koło nich nasz właściciel. I jak umie zaczyna zachwalać swój towar, wskazując najpierw na dziewczynę, z którą dzieliłam uprzednio miejsce na wozie:

– Jest młoda, jest zdrowa. – Chwyta ją ordynarnie za szczękę i pokazuje w większości białe, równe zęby. – Zdrowa i płodna. – Obmacuje bujne piersi z różowiącymi się sutkami. – Płodna i silna. – Klepie po zwalistych pośladkach oraz udach. – Silna i posłuszna. – Kładzie jej rękę na ramieniu, po czym ściąga na dół. Ona ulega i w akcie pokory klęka, pochylając nisko głowę. Jest nagle, niczym inna osoba odarta z buty i zawziętości, które demonstrowała w drewnianej klatce. Ale to zrozumiałe. Jeżeli właśnie znajduje na siebie kupca, to nadchodzącej nocy uniknie swej okrutnej kaźni na arenie w sławetnym Koloseum.

– Może i na coś się nada… – mówi z pewnym zainteresowaniem mężczyzna z przybyłej pary i rozciera między palcami mokre, poskręcane loki dziewczyny.

– Sama nie wiem… – oznajmia z kolei leniwie towarzyszka mężczyzny, poprawiając własne, zaczesane w wysoki kok blond włosy. – Na służbę do żadnego z domów jej nie weźmiemy, prezentuje się zbyt wulgarnie. Natomiast w polu ma kto robić. Nasi niewolnicy aż nadto się rozmnożyli niczym króliki z Favers. – Macha lekceważąco dłonią zdobną w drogocenne pierścienie oraz obrączki i zaraz dodaje: – Choć mnie osobiście nieco intryguje ta druga, mniejsza niewolnica… – Spogląda na mnie. – Jest jakaś inna, dziwna… Skąd pochodzi…?

– Aaa… – Trochę zdenerwowany właściciel rozkłada szeroko ramiona: – To prawdziwy unikat, choć niedoceniany – odpowiada z udawanym podziwem. – Pochodzi zaś ona… z odległej, zamorskiej krainy bez nazwy… A jej rodowodem są półdzikie plemiona… I może wygląda dość niepozornie, ale swoimi talentami może wnieść w każdy arystokratyczny dom powiew egzotyki oraz nowości…

– Ciekawe… – wyraża tym razem zainteresowanie przybyły mężczyzna. – Co takiego na przykład potrafi? Niech coś powie…

Na co właściciel załamuje ręce i przez zaciśnięte zęby wycedza:

– Kiedy to… niemowa… Ale zaręczam, że zdrowa na umyśle, pojętna i usłużna. Rozumie polecenia…

– Hm… Może moglibyśmy przyuczyć ją do sztuki cyrkowej – zastanawia się na głos kobieta. – Do widowiskowej jazdy konnej, połykania ogni… Tak, aby zabawiała gości.

– Tak… – wtóruje jej w zamyśleniu arystokratyczny mężczyzna… – Wydaje się zwinna i ma coś niezwykłego w oczach jak magię… – Myślę, że możemy ją nabyć za trzy złote Aureusy. Co ty na to, kochanie…?

– Za dwa, Artusie, za dwa… W końcu będzie tresowana od podstaw. Wygląda na dość dziką. Na pewno nie gryzie…? – Kobieta ostrożnie wyciąga dłoń z pierścieniami na wysokość mych ust.

– Pocałuj… – posykuje do mnie właściciel i desperacko ściska w rękach bicz. Ja zaś wiem, że jeżeli zawiodę, to zanim odda mnie na arenę, na śmierć, to w akcie zemsty zedrze ze mnie skórę swym batem. Dlatego delikatnie całuję wyciągnięty ku mnie złoty pierścień, czym wywołuję pełen satysfakcji uśmiech na twarzy jego właścicielki.

A zaraz, pokazując batem na klęczącą koło mnie dziewczynę, ponownie odzywa się właściciel:

– Dorzucę jeszcze tę sztukę za… połowę ceny… One, te niewolnice, się znają i pragnąłbym sprzedać je razem…

– Hm… – Arystokratyczny mężczyzna spogląda na wilgotne, nagie piersi dziewczyny, z których miarowo skapują krople deszczu. Lecz w tym momencie kobieta przechwytuje kierunek jego spojrzenia i nie pozostawia mu złudzeń:

– Wykluczone – oświadcza. – Uzgodniliśmy wcześniej, Artusie, że zakupimy co najwyżej jedną niewolnicę, tak było między nami postanowione.

– Racja… – przyznaje mężczyzna.

Na te słowa dziewczyna na klęczkach zaczyna nieśmiało łkać aż całkiem szlocha. Podnosi wykrzywioną grymasem bólu twarz na kobietę i desperacko łapię ją za długą, białą tunikę, szepcząc:

– Błagam… zaklinam…

W odpowiedzi elegancka kobieta z niesmakiem wyrywa swoją nieskazitelnie białą suknię z brudnych, dziewczęcych rąk. Natomiast właściciel bierze zamach batem, aby skarcić niewolnicę. Jednak ta niespodziewanie chwyta go za rękę i gwałtownie odpycha, po czym z zajadłością rzuca się wprost na mnie. Wbija mi długie, brudne paznokcie w twarz i krzycząc, boleśnie rani moją twarz. Następnie bez opamiętania okłada mnie pięściami i wpija zęby w ramię.

Zaskoczona nie zdążam nawet zareagować, gdy wtem dziewczyna zastyga w bezruchu, niczym kamień. Chwyta mnie kurczowo, jakby się podtrzymując, aby nie upaść i powoli osuwa po mym ciele na wilgotne podłoże. Rozkłada się na nim niedbale i otwiera szeroko usta, spoglądając pustymi oczyma w granatowe niebo. Zaś spod jej pleców wypływa stróżka czerwonej krwi, która łączy się z deszczówką i spływa do pobliskich kanałów. W tej chwili w rękach właściciela dostrzegam długi nóż.

Ocieram krew z własnej twarzy. A kiedy znowu spoglądam przed siebie, widzę oddalającą się pospiesznie arystokratyczną parę, która dopiero co zamierzała mnie kupić. Przenoszę wzrok na właściciela i widzę, jak narasta w nim gniew, aż ogarnia go prawdziwa furia. Wymownie spogląda na mnie spode łba i wyrok jest oczywisty, a brzmi on – arena.

Lecz zanim trafiam przed bramy górującego nad miastem Koloseum, otrzymuję tuzin siarczystych batów. Wymierza mi je mężczyzna, który dokonuje tak feralnego zakupu, nabywając mnie i zasztyletowaną przez siebie dziewczynę.

Nieustannie popychana w plecy i przewracając się na marmur czy w błoto, z krwawymi pręgami na tułowiu docieram na obszerny plac w cieniu Koloseum. W tym miejscu za pół worka mąki skupuje się ludzi przeznaczonych na rzeź na arenie. I taki los przytrafia się właśnie mnie.

Teraz kroczę w długim sznurze skazańców przed celami gladiatorów. A już niebawem zostanie mi wskazany mój ostateczny los. Wręcz czuję, jak lodowate wołanie śmierci przyzywa mnie. Jednak zaciskam dłonie w pięści i ze wszystkich sił mówię jej w duchu: nie… jeszcze nie, o nie.

*

– Hah, Dornikusie! I jak tam opanowanie przed walką?! – odzywa się gromko jeden z gladiatorów i nakłada rękaw ochronny na rękę.

– Ciągle nie mogę się rozluźnić, nosi mnie, Gamidosie – odpowiada, stojący jedynie w przepasce biodrowej samnita w randze ciężkozbrojnego gladiatora.

– Hah! Więc się rozluźnij! Wszak do zachodu słońca mamy jeszcze czas! Wtedy zaś… – Chwyta dwuręczny miecz i wykonuje błyskawiczną sekwencję ruchów w duchu walki, po czym spokojnie, jakby wieńcząc zwycięski cios, dodaje: – Zabijemy xeratoksa… Samego potwora z Otchłani i… wszystkie damy w Terraticos będą przed nami mdlały!

– Damy… – powarkuje nerwowo Gamidos i podchodzi w pośpiechu do zamkniętych, zakratowanych drzwi. Sugeruje coś stojącemu tam strażnikowi, a już niebawem powraca na uprzednie miejsce, pchając przed sobą niepozorną, piegowatą i rudą dziewczynę. Podrywa ją niczym piórko na ręce i niedbale rzuca na stół. Następnie odwija sobie przepaskę biodrową i staje całkiem nagi.

– Na Boga Biramond, pogromcę demonów! – krzyczy na ten widok jego kompan, przyglądając się zakrwawionej dziewczynie. – Gdzieś ty znalazł coś tak mizernego i żałosnego zarazem?!

– Nieważne. I nie mam czasu szukać dłużej. Po prostu muszę sobie ulżyć przed walką…

– Skoro tak twierdzisz, to powodzenia, Dornikusie! Nie przeszkadzaj sobie! – Mężczyzna odwraca się i przywdziewa okrągły hełm. Z kolei jego kompan chwyta ze swego rynsztunku sztylet i rozcina na dziewczynie ubranie, po czym zaczyna się z nią szamotać. W tym czasie Gamidos wykonuje lekką rozgrzewkę, wywijając mieczem, aż w pewnym momencie rzuca swobodnie za plecy:

– Nie słyszę żadnych jęków, westchnięć! Coś słabo! A gdzie namiętność, gdzie pasja w imię Bogini miłości i walki Harremid?! – Robi gwałtowny piruet i raptem zastyga zszokowany. Oto ukazuje mu się kompan klęczący na posadzce i ściskający rękoma za swoje obficie krwawiące krocze. Natomiast w dłoniach półnagiej dziewczyny dostrzega sztylet Dornikusa. – Ty… – posykuje do niej i rusza na nią z obnażonym mieczem.

*

Ciągnięta pospiesznie za rękę, kroczę u boku Gamidosa długim korytarzem, gdzie po dwóch stronach płoną zapalone pochodnie, osmalając owalne sklepienie, a para naszych cieni przyjmuje na ścianach postacie złowrogich gigantów.

Samotnie udajemy się wprost na arenę sławetnego Koloseum. Mamy tam stoczyć nocną walkę, mierząc się z krwiożerczym potworem zwanym xeratoksem. Nie mam wyboru, idę, a w uszach ciągle jeszcze pobrzmiewają mi ochrypłe pokrzykiwania nadzorcy gladiatorów:

„Skoro ta bezimienna karlica wykastrowała samego Dornikusa, to ma teraz większe jaja od niego, ha! Więc niech go zastąpi na arenie, bohaterka! Sprzedamy ją publiczności jako odrodzoną, mityczną władczynię Pendorum! Prawdziwą zabójczynię potworów! I co z tego, że ona sama zaraz także zginie. W końcu mityczna Anrea również nie żyła zbyt długo, ha! I nie, nie obchodzi mnie, Gamidosie, że i ty przez nią zginiesz. Ja zaś hojnie obstawię zwycięstwo xeratoksa i zgarnę garść złotych aureusów za głupotę twojego kompana. Idźcie już! Zejdźcie mi z oczu na chwałę areny! I tak dalej! Niech pozdrowiona będzie śmierć! Ha, ha”!

I oto staję z Gamidosem u wejścia na arenę. Ta jest doprawdy olbrzymia, przytłaczająca, a po ostatnich opadach deszczu znaczy ją błotnisty piasek. Do tego otacza ją wysoki mur, wokół którego płoną setki zawieszonych kadzi z czerwonym ogniem. Te palą się także wyżej na każdej kondygnacji, a tych nie jestem wręcz w stanie zliczyć. Z kolei wszystkie poziomy są szczelnie wypełnione przez krzyczący, wielobarwny tłum ludzi.

Odnoszę wrażenie, że doświadczam prawdziwego szaleństwa. Po dotychczasowej katordze ledwo już słaniam się na nogach i nie wiem, czy dam radę iść dalej, nie upadając. Uginają się pode mną kolana, gdy wtem ktoś wręcza mi sztylet oraz ciężką, krągłą tarczę. Z tą chwilą Gamidos, wskazując na środek areny, przekrzykuje skandujący tłum:

– Masz tam iść! Rozumiesz?! Pójdziesz na środek placu i przyjmiesz na siebie szarżę bestii! Tak! Na siebie! Na swoją tarczę! I nawet nie próbuj atakować! – Wyrywa mi z dłoni sztylet i odrzuca daleko. – Masz się tylko cofać! Zaś ja w odpowiednim momencie wyskoczę zza twoich pleców i zabiję potwora! Zaufaj mi! Ćwiczyłem to z… Dornikusem… Zaufaj mi…

A więc kroczę niczym w jakimś transie na środek areny z uniesioną przed siebie tarczą. Ludzie na widowni nieustannie coś krzyczą o jakiejś władczyni, pogromczyni bestii z Otchłani. Nie wiem, czy szydzą ze mnie, czy może podziwiają. Wszystko, na czym koncentruję obecnie uwagę, to aby nie upaść, bo wiem, że wtedy nie znajdę już w sobie sił, by na powrót stanąć na nogi

I oto nagle objawia się przede mną prawdziwy potwór.

Po przeciwległej stronie podnosi się krata między murami Koloseum i na arenę wstępuje złowrogie monstrum. Bestia wielkości byka posiada jego umięśnienie, a długich, ostrych rogów na łbie doliczam się sześciu par i tyle samo dostrzegam czerwonych ślepi. Cztery racice uzbrojone są w orle szpony, a całe ciało pokrywa lśniąca, zielona łuska. Zaś w paszczy pomiędzy dwiema parami szczęk wije się niezwykle długi jęzor przywodzący na myśl bicz, którym bestia smaga na wszystkie strony. Aż ogniskuje ona wzrok wszystkich ognistych oczu właśnie na mnie, zupełnie jakby w ten sposób pragnęła mnie nimi spalić.

Z wrażenia niemal tracę oddech i odruchowo czynię krok w tył, gdzie na przeszkodzie staje mi potężna dłoń Gamidosa. Następnie pcha mnie on bezceremonialnie naprzód z taką siłą, że potykam się i ląduję brzuchem w błocie.

Spoglądam przez ramię na gladiatora, a ten pręży się na ugiętych nogach i trzyma w gotowości dwuręczny miecz. Lecz widzę, że nie patrzy na bestię, a cały czas przygląda się jedynie mi samej, zupełnie jakbym to ja była celem. Czyżbym mogła być nim naprawdę…?

I raptem objawiony mi zostaje prawdziwy zamysł Gamidosa. Wówczas sama się sobie dziwię – iskra gniewu wskrzesza we mnie pragnienie walki i krew w moich żyłach rozgrzewa się.

Dlatego znowu staję na równe nogi, po czym raz jeszcze nawiązuję kontakt wzrokowy z potworem, który wydaje się niepokonany. Co odczytuję w jego ślepiach? Jest tam tylko jedna rzecz – niczym niepohamowana żądza krwi. Więc dam ją xeratoksowi. Dam mu ją, skoro to krwi tak pożąda.

Odrzucam tarczę, zwracam się plecami do monstrum i w ogłuszającej wrzawie tłumu kroczę wprost na wielce zaskoczonego Gamidosa. Gdy jestem tuż przed nim, chowam dłonie pod moją przepaską biodrową. Następnie wyjmuję unurzane w krwi miesięcznej czerwone ręce i bez wahania wycieram je o nagi, męski tors zszokowanego mężczyzny. Potem się odwracam i zajmuję miejsce z boku.

Z tą chwilą dostrzegam szarżującego na nas xeratoksa. Tuż przed nami wstrzymuje on bieg i łypie ślepiami na mnie to Gamidosa. Aż potwór koncentruje uwagę na zakrwawionym torsie gladiatora i rzuca się w szale wprost na niego.

Ja sama padam na mokry piach, czyniąc to w tym samym momencie, kiedy bestia zderza się mężczyzną. Powala go zdecydowanie na ziemię i skacze mu do gardła, by w fontannie czerwonej krwi rozrywać ludzkie ciało na strzępy.

Podźwigam się do pionu i z wolna z trudem podnoszę porzucony, ciężki, dwuręczny miecz Gamidosa. Xeratoks cały czas pastwi się nad truchłem gladiatora i łapczywie pożera krwawe ochłapy jego ciała. Zajmuję pozycję z jego boku i w niewiarygodnej ekstazie krzyczącego tłumu wznoszę wysoko miecz.

– Władczyni!

– Władczyni areny!

– Władczyni Pendorum!

– Anrea!

– Mityczna Anrea!

– Mityczna Anrea władczyni Pendorum!

Dochodzą do mnie wręcz opętańcze wrzaski i jakby tchną we mnie siłę, nadając memu ciosowi prawdziwą moc. Srebrzyste ostrze miecza opada, przebija się przez łuskowatą skórę i zatapia w karku potwora. Ten pada sparaliżowany z przeciętym kręgosłupem, po czym łypie bezradnie ognistymi ślepiami z łbem zanurzonym w krwawych wnętrznościach – pozostałościach Gamidosa.

Biorę głęboki wdech i ponownie unoszę miecz. Pragnę zadać cios w to samo miejsce i ostatecznie zakończyć demoniczne życie istoty, która spoczywa bezradna u moich bosych stóp. Lecz naraz zastygam jak sparaliżowana.

Stoję tak dłuższy czas z uniesionym dumnie orężem, niczym mityczny posąg bohaterki, której imieniem zostałam przezwana. Aż na wspomnienie imienia Anrea mój duch sam wyrywa się ze mnie i zupełnie jakby pragnął uciec z tego miejsca, wzbija się wysoko nad Koloseum.

I raptem z lotu ptaka dostrzegam na środku areny drobną dziewczynę z jaśniejącymi oczyma, klęczącą w błocie z mieczem na kolanach, w otoczeniu krwi oraz mięsa u boku dogorywającego potwora. Wzlatuję jeszcze wyżej i wyżej, spoglądając na zatopione w ognistych światłach Koloseum, a potem na całe miasto, jawiące się niczym mgławica świetlików. I wzbijam się jeszcze dalej, przemierzając nieskończone niebiosa, aż niemal sięgam srebrzystych gwiazd. Nastaje wówczas tak utęskniona przeze mnie cisza, spokój i światłość w mroku. Światło oraz mrok biorą mnie w swe objęcia i otulają.

Czy to jest moja śmierć? Nie, jeszcze nie, o nie. Cokolwiek się stanie, nie poddam się.

II. KOSZARY GLADIATORÓW

Pod moimi gołymi stopami z lekka ugina się ciepły, suchy i złocisty piasek. W oczy zagląda mi jaśniejące słońce. Ubrana jedynie w dwie szare przepaski, biodrową oraz piersiową, znajduję się na obszernym, ćwiczebnym placu otoczonym barakami. Tak, xeratoks umiera i dzieje się to za moją sprawą, ja zaś za dwa złote aureusy trafiam z areny do szkoły gladiatorów.

Rozglądam się ponownie. Po lewej stronie ćwiczą kobiety, a po prawej mężczyźni. Słychać szczęk stępionej broni, smaganie biczy i gniewne okrzyki nadzorców.

Jeden z nich, niezwykle rosły i barczysty podchodzi do mnie tak blisko, aż uderza mnie od niego kwaśna woń potu. Spogląda na mnie z pogardą, a ja odczytuję w tej postaci bezwzględność i okrucieństwo. Kąciki ust mężczyzny są obniżone ku dołowi, a spod krzywej, górnej wargi wystaje złoty kieł. Nadzorca jest łysy z tatuażem na czaszce na kształt wzoru pajęczyny. Opuszcza się z niej na nici wytatuowany pająk, umiejscowiony tuż pod zielonym okiem mężczyzny. Ponadto ten zwalisty osobnik jest niemal nagi, wyłącznie w przepasce biodrowej, jego ciało znaczą dziesiątki blizn, a w rękach miętosi gruby, pokryty węzłami bicz.

– Mięso… – chrypi do mnie, zupełnie jakby z odrazą wypluwał to słowo. – Mięso areny… Oto czym teraz jesteś. A żeby to mięso zachowało przez jakiś czas świeżość i nie zgniło po pierwszy prawdziwym starciu na bitewnym piasku, masz być mi bezwzględnie posłuszna, rozumiesz…? – Kiwam z lekka twierdząco głową. – Powiedz, że rozumiesz! – Podnosi głos i unosi nade mną rękę z biczem.

– Pajosie! – Zastygła w napięciu słyszę zza pleców kobiecy, odważny głos. – To niemowa! Ta obecna Anrea… czy jak jej tam, która pokonała samego xeratoksa!

– Chyba raczej podstępem zabiła Gamidosa… – Nadzorca opuszcza z lekka bat, ale jego twarz przybiera jeszcze bardziej wzgardliwy wyraz. Zaraz zgrzytliwie do mnie mówi: – Wybierz broń, w jakiej się będziesz szkolić. – Łypie oczyma na stojak z rozlicznym orężem. Podchodzę do niego i moje dłonie obejmują łuk. Tak, kiedyś polowałam w lasach koło mojej rodzinnej, obecnie spalonej wioski. Karmiłam upolowaną zwierzyną bliskich, na ten czas martwych, bliskich… – Dobrze, zatem pokaż, co już potrafisz… – Pajos wskazuje na odległą tarczę z pięcioma kręgami namalowanymi białą kredą i umieszczoną na stojaku.

Biorę z kołczanu strzałę, naciągam nią cięciwę i uważnie celuję. To dobry łuk – myślę, gdy wtem nadzorca gwałtownie mnie popycha. Ląduję twarzą w piachu, a wypuszczona przeze mnie strzała trafia w najbardziej zewnętrzny krąg tarczy.

– Ha, trafiła! – krzyczy na to odzywająca się wcześniej kobieta. Na co Pajos gani jej zachwyt:

– Na arenie trafiłaby co najwyżej w kończynę nieruchliwego grubasa! – Wbija we mnie srogi wzrok i cedząc przez zęby, tłumaczy: – W ogniu walki nie ma czasu na celowanie. Chwytasz strzałę tylko po to, aby wypuścić ją z łuku i natychmiast sięgasz po kolejną, a do tego nieustannie musisz być w ruchu. – Składam razem dwie dłonie, co w języku bez głośnych słów znaczy, że rozumiem. – Zobaczymy… – Pajos najwyraźniej odczytuje mój przekaz i robiąc mi trochę miejsca, wskazuje na kołczan ze strzałami. Chwytam go i zakładam na biodra, a wtedy nadzorca staje pomiędzy mną i tarczą, do tego szeroko rozpościera potężne ramiona. – Teraz traf… – cedzi drwiąco.

Biegnę w bok, ale zanim zajmuję pozycję strzelecką, Pajos jest już naprzeciw mnie i uniemożliwia mi oddanie celnego strzału. Uciekam w drugą stronę i sytuacja się powtarza. Robię zwody i uniki, aby zgubić prześladowcę, ale bez pożądanego rezultatu. Aż naraz zastygam w bezruchu i się odwracam, po czym mierzę w wypowiadającą się uprzednio kobietę, która dotąd podziwia moje wysiłki, a teraz ze zdziwienia szeroko otwiera usta.

Wystrzelona przeze mnie strzała zgodnie z mym zamierzeniem nie rani jej, ale przybija jeden z posiadanych przez nią czarnych warkoczyków wprost do drewnianej futryny. Błyskawicznie okręcam się na pięcie i widzę zastygłego niczym słup soli Pajosa. To jest ta chwila. Dobywam z kołczanu jeszcze jedną strzałę. Robię przewrotkę w bok i z przyklęku trafiam w sam środek tarczy. Następnie spoglądam pytająco na nadzorcę.

Ten, z krzywym wyrazem na twarzy, miętosi w rękach bat, zastanawiając się widocznie czy zasługuję na nagrodę, czy raczej naganę. I raptem podchodzi do nas kobieta ze strzałą oraz odstrzelonym warkoczykiem w ręku, które wyjęła z futryny.

– Co za wściekła, ruda, suka! – wydaje z siebie krzyk, gdzie gniew miesza się z podziwem. Jednak pierwsze uczucie w niej przeważa i uderza mnie otwartą dłonią w twarz, po czym bezceremonialnie popycha na piasek. Potem odchodzi.

Leżąc, spoglądam za nią i przenoszę wzrok na Pajosa. Ten patrzy na mnie z pewną dziwną satysfakcją i oznajmia:

– Nie jesteś normalna, ale o tym prawie wszyscy już wiedzą, a nieliczni, pozostali, się o tym niedługo przekonają. I wierz mi, że nie będą dla ciebie tak wyrozumiali, jak Viria, z którą miałaś właśnie styczność. Powiem więcej, zachowuj się tak dalej, arogancko, a wojownicy szkoły gladiatorów znamienitego Artusa sami utną ci ten twój piegowaty łeb, zanim stoczysz pierwszą prawdziwą walkę na arenie. Ale to już nie mój kłopot. Ja mam jedynie sprawić, że otrzymasz szansę, by zginąć na piasku areny możliwie widowiskowo oklaskiwana podczas swej agonii przez tłumy. Zatem zobaczmy, jaką dać ci broń białą… – Patrzy zniechęcony na stojak z orężem. – Krótki mieczyk dla krótkiej dziewczynki i mała tarcza dla… małej dziewczynki? – Drwiąc, marszczy twarz do tego stopnia, aż można odnieść wrażenie, że jego wytatuowany pająk opuszcza mu się na nici po policzku.

– Wykluczone! – Dochodzi do nas męski, donośny głos. Spoglądam na jego właściciela i uświadamiam sobie, że ten przyglądał nam się od dłuższego czasu, a ja brałam go do tej pory za posąg. Jego przewiązane przepaską biodrową ciało jest doskonale zrównoważone, a każdy mięsień, jakby wyrzeźbiony wręcz z artystycznym pietyzmem. Rysy twarzy ma niezwykle wyraziste i szlachetne przywodzące na myśl posągowe wizerunki bohaterów. Włosy posiada kasztanowe i długie, zaplecione w warkocz. Jest pewny siebie, ale nie widać w nim dumy.

Kim jest ten mężczyzna, który dalej do nas przemawia na temat doboru broni?

– Widać, że dziewczyna ma ikrę. Jest niegłupia, a do tego zwinna, gibka i przede wszystkim niekonwencjonalna.

– I co z tego? – pyta zniecierpliwiony Pajos.

– Ona jest inna… – Przygląda mi się intensywnie. – Naprawdę inna, a co za tym idzie, niech otrzyma unikatową broń i walczy, jak jej mityczna imienniczka, Anrea. Niech chwyta dwa krótkie miecze i szkoli się w widowiskowej walce.

– Chyba kpisz, Avesie! – rzuca w odpowiedzi wzgardliwie nadzorca. – Na jedną noc, Bogowie, z tylko sobie znanych względów uczynili z niej swoją ulubienicę. Pewnie jak zwykle, aby zakpić sobie ze śmiertelników. I oto trafia ona tutaj, do szkoły znamienitego Artusa. Ale to koniec jej drogi, nie zaś początek. Samo wielkie imię nie uczyni z niej wielkiej wojowniczki! Przejrzyj na oczy!

– Wolę przeglądać się w nich… w jej oczach, są niezwykłe… – Mężczyzna nazwany Aves bierze mnie delikatnie za brodę. Uśmiecha się lekko i kieruje moją twarz ku sobie.

– Wielu widziało to na arenie ten błękit bijący z jej oczu, którego teraz już przecież nie ma. – Pajos spluwa z pogardą na piasek. – Mroczne bestie mają z kolei ślepia, mieniące się czerwienią, a błękit jest boskim przejawem. Ot na arenie jej ciało pewnie przejął na moment wielki Bóg Arezar albo jego brat potężny Gragezon. Ale to w żadnym razie nie czyni jej Boginią!

– Ale uczyniło z niej istotną inwestycję twojego pana, Artusa. Została okrzyknięta mityczną Anreą i tak będzie trzeba ją sprzedać tłumowi. Zaś w naszej gestii leży, aby ją wyszkolić oraz żeby mogła reprezentować szkołę Artusa dumnie i wiele razy.

– Zależy ci na tym, naprawdę…? Więc możesz ją sobie szkolić, do woli! – rzuca złowrogo Pajos. Patrzy jeszcze na mnie z niesmakiem, po czym oddala się w inną stronę. Natomiast Aves pozostaje nieustannie w dobrym humorze i tym razem po raz pierwszy zwraca się bezpośrednio do mnie:

– Wiem, że pochodzisz zza wielkiego morza, oraz iż jesteś niemową. Na kontynencie Pendorum nieumiejętność wypowiadania głośno słów jest uznawane za klątwę Bogów. Ale nie przejmuj się tym zbytnio. – Puszcza mi oko i szeptem, jakby w tajemnicy, dodaje: – Ja sam przeklinam Bogów… – Następnie powraca do poprzedniego, ciepłego brzmienia swego głosu, zapytując: – Jesteś lewo czy praworęczna? – Wymownie wysuwam przed siebie obie dłonie: – Takaś wszechstronna?! – Nie kryje podziwu. – Dobrze, a zatem… – Bierze ze stojaka na broń dwa krótkie miecze i ich rękojeści wkłada mi do rąk. Sam chwyta buławę oraz tarczę, sugerując: – Zaatakuj i nie bój się mnie zranić. – Odchodzę krok do tyłu, zastanawiając się, jak mogę najlepiej wypaść w tym pokazie. W końcu, co innego mi pozostaje?

Naraz zawzięcie atakuję, młócąc z pasją dwoma mieczami. Wszystkie moje ciosy są z łatwością parowane, aż zziajana daję za wygraną i wywołuję jedynie pełen politowania uśmiech na twarzy Avesa.

– W porządku, w porządku… Nie przejmuj się, dopiero zaczynamy – mówi pojednawczo mężczyzna: – Masz niezbyt mocne ręce, za to całkiem dobrze trzymasz się na nogach. Do tego wydajesz się wytrzymała i prezentujesz niezłą gibkość. O technice władania bronią się nie wypowiem, bo takowej praktycznie nie posiadasz. – Zabiera mi z dłoni miecze i wręcza sztylety. – Na początek zaczniesz ćwiczyć z takim orężem. A niebawem odwiedzimy kowala i postaramy się dobrać ci parę krótkich mieczy. Odpowiednio krótkich mieczy – poprawia się z nieschodzącym mu z twarzy uśmiechem. I nagle uderza mnie silnie w brzuch trzymaną ciągle tarczą. Zdezorientowana lecę w powietrzu i padam boleśnie na plecy. – Zawsze bądź czujna, Anreo. Twoja mityczna imienniczka wygrała niezliczoną ilość walk, ale jedna porażka sprawiła, że przegrała wszystko, o co walczyła. Podobnie my, wojownicy areny, możemy dać się pokonać tylko raz…

Niebawem Aves odchodzi ode mnie i instruuje jednego z pomocników Pajosa, jaki powinnam rozpocząć trening. Od tej pory wykonuję dużo ćwiczeń siłowych w ruchu, a także zaznajamiam się z technikami uchwytu i podstawowymi wymachami krótką, białą bronią.

Kiedy słońce staje w zenicie, na placu rozlega się donośny dźwięk trąbki, który wyraźnie przebija się przez stukot ćwiczebnego oręża. Jak się zaraz przekonuję, jest to obwieszczenie czasu wspólnego posiłku. Już się cieszę na samą myśl strawy w moich ustach, bowiem od rana nic nie jadłam i jestem niesamowicie głodna. Wyglądam wzrokiem Avesa, lecz pomocnik Pajosa wskazuje mi miejsce za ławą, gdzie zasiadają osoby niewyglądające na wojowników, a służbę.

Idę tam i zostaję uraczona miską nieco przypalonej kaszy jęczmiennej z dodatkiem soczewicy i warzyw. Mimo dojmującego łaknienia jem niespiesznie, tak jak mnie wychowano, a jednocześnie bacznie obserwuję zasiadające koło mnie osoby. Pierwsza postać, na której spoczywa mój wzrok, po drugiej stronie ławy, ma na sobie poplamiony, kucharski fartuch i wygląda na prawdziwego giganta.

– Bądź pochwalona, królowo areny, o wielka, Anreo! – rzuca do mnie teatralnie ogromny mężczyzna i spogląda z zachwytem na swoją miskę aż czubatą od piętrzącego się pożywienia. Łapie on łyżkę, która rozmiarem przypomina raczej chochlę, a po jego potrójnym podbródku widać, że nad wyraz sprawnie posługuje się tym orężem. Zresztą nie tylko twarz ma nalaną. Cały przypomina zwalistą baryłkę i jest naprawdę ogromny niczym mityczny olbrzym.

Aż w pewnym momencie, gdy ociera rozgotowany jęczmień z nabrzmiałych, czerwonych ust, ponownie wzbudzam jego zainteresowanie i oznajmia:

– Było o tobie naprawdę głośno. Cała stolica podobno aż huczała o tym, jak wysmarowałaś…

– Zamordowałaś… – Tłusty mężczyzna nie kończy zdania, bo otrzymuje uderzenie z łokcia w bok od zasiadającej koło niego, znanej mi już kobiety, która koryguje wypowiedź i pogodnie dodaje: – Jestem Viria. Ty zaś, nowa gladiatrix, jesteś mi winna odstrzelony warkoczyk. – Przeczesuje się po włosach i wyciąga ku mnie dłoń. – A to nasz kucharz, Gabu. – Drugą ręką tarmosi pociesznego tłuściocha po kędzierzawych blond lokach.

Ja sama nie odwzajemniam powitalnego gestu, tylko przyglądam się kobiecie, czyniąc to obecnie dokładniej niż podczas naszego pierwszego spotkania. Stwierdzam, że jest nieco starsza ode mnie. Trochę wyższa i krępa. Jej czarne włosy są zdaje się zafarbowane, a do tego posiada czarne piegi. Nie, zaraz dostrzegam, że nie są to naturalne piegi. To kropkowany wzór tatuażu na twarzy, lecz nie wiem, co ma on obrazować. Z kolei Viria obojętnie wzrusza ramionami. Cofa dłoń i widząc, że analizuję jej malunek na niegrzeszącym urodą licu, wyjaśnia:

– To widok gwiaździstego nieba z miejsca, skąd pochodzę.

– Z konfederacji Favers – precyzuje między kolejnymi kęsami olbrzym Gabu.

– Zgadza się – przytakuje kobieta. – Akurat trwa wojna moich plemion oraz cesarstwa Terraticos no i pech… Przegrana bitwa i…

– Viria trafia do niewoli prosto na mój gulasz z jęczmienia – kwituje beztrosko kucharz i ani na moment nie przestaje pałaszować jadła.

– Można tak powiedzieć – zgadza się ponownie kobieta. – Cóż powiedzieć, walczyłam w ojczyźnie, a teraz będę toczyć boje na arenie, bywa. I zapewne niebawem tutaj zginę. To dobra śmierć. – Wzrusza rezolutnie ramionami. – Choć trochę żałuję, że nie zobaczę już układu gwiazd na nocnym niebie z siedziby mego plemienia. – Pokazuje na swoją twarz, po czym koncentruje się na mnie i nawiązując do moich piegów, zawadiacko zapytuje: – A co oznacza twój wzór na twarzy? I… czy to w ogóle jest tatuaż? – Krzyżuję razem dłonie, co oznacza moje zaprzeczenie. – Aha… rozumiem, że nie. Ale nie przejmuj się. Jeszcze tego dnia otrzymasz prawdziwy i trwały malunek na swoim udzie, zapewniam – kończy tajemniczo.

– Za xeratoksa – rzuca pochłonięty jedzeniem dokładki Gabu. A Viria wyjaśnia:

– Podobno twój nabywca, Artus, nakazał robić ci tatuaż za każdego pokonanego wroga.

– Mityczna władczyni tak miała, Anrea – wtrąca kucharz. – Legendy głoszą, że po każdym zwycięstwie sama tworzyła sobie na udzie obraz czaszki, symbolizujący pokonanego wroga. A kiedy doszła do liczby dziewięciu i prawie zabrakło jej miejsca na nodze, wówczas zaczęła łączyć czachy czarnymi znacznikami. Zaś każdy z tych znaczników to, no… wiadomo… – Gabu na chwilę odrywa się od pałaszowania i ostentacyjnie wymachuje łyżką.

Nieopatrznie część lepkiej strawy zostaje wystrzelona, niczym z katapulty i ląduje przy innej ławie na nagim torsie Pajosa. Nie mija chwila, a nadzorca podchodzi wściekły do grubasa i unosi bat. Jednak, co znamienne nie na kucharza, a siedzącą koło niego Virię i ryczy do niej gardłowo:

– Pięć batów za zniewagę, teraz!

– Agh… ghe… – mamrocze wstrząśnięty Gabu, spoglądając błagalnie na kobietę koło siebie, to na mnie. Z kolei Viria krzepiąco kładzie mu dłoń na plecach. Wstaje i pochyla się nad stołem, aż kładzie się brzuchem na nieoheblowanym blacie.

– Spokojnie… – słyszę z tyłu pełen troski, męski szept i czuję dłoń na moim ramieniu. – Ona wytrzyma, tak… ona wytrzyma… Pajos widział, że to nie Viria zawiniła… Mści się, bo nie może jej mieć…

Spoglądam z ukosa na stojącego za mną nieznanego mi mężczyznę, gdy raptem rozlega się smagnięcie biczem i plask w jego kontakcie ze skórą, na której pozostaje krwawa pręga. Przechodzi mnie dreszcz, a na ramieniu odczuwam zaciskającą się, niczym żelaza klamra dłoń mężczyzny, który cicho posykuje:

– Wytrzyma… ona wytrzyma… Ale Bogowie mi świadkiem, że przyjdzie dzień lub noc, a własnoręcznie zabiję Pajosa. Ja to uczynię, właśnie ja, własnymi rękoma…

Pada drugie uderzenie, a wokół ławy, gdzie wymierzana jest niesprawiedliwa kara, zbiera się coraz więcej osób. Chcę wstać, ale siła trzymającego mnie mężczyzny usadza moją postać na miejscu. Jednocześnie dostrzegam w pobliżu przyglądającego się zajściu Avesa, który kręci do mnie przecząco głową, sugerując, abym nie reagowała.

Pada trzecie uderzenie batem i tym razem Viria wydobywa z siebie żałosne jęknięcie. Odpowiada jej głośne pociągnięcie nosem Gabu, który naraz kompletnie traci apetyt i drżącymi dłońmi kurczowo obejmuje trzęsącą się miskę z resztą strawy.

Następuje czwarty cios batem, a katowana kobieta wydziera ze swej piersi doniosły krzyk. W tej chwili sama nie wytrzymuję. Gwałtownie nurkuję pod ławę i wyskakuję po jej drugiej stronie, aby oskarżycielsko wbić wskazujący palec w grubasa Gabu. Przyświeca mi tylko jeden cel – niech ostatni bat będzie dla niego, przecież to on zawinił! Sama dopiero co byłam biczowana przed trafieniem na arenę Koloseum i wiem, jaki to ból oraz ile może wytrzymać jedna osoba.

I raptem się orientuję, że w swoim działaniu nie jestem już osamotniona. Ponownie odczuwam na ramieniu dłoń mężczyzny, który aż do tej pory mnie przytrzymywał. Lecz teraz jest to krzepiący dotyk. Stajemy razem w jednej linii, a w sukurs nam idą też inne osoby.

W reakcji na nasze zachowanie Pajos spogląda na mnie zaskoczony i wodzi gniewnym wzrokiem po pozostałych.

Nastaje pełna napięcia cisza. Viria szybko i ciężko oddycha, podczas gdy grubasowi Gabu pojawiają się łzy w oczach. Aż nadzorca robi kwaśną minę, zgina w ręku bat i kładzie go na pośladkach katowanej kobiety, po czym przejeżdża nim po jej kroczu, aż wzgardliwie z siebie wyrzuca:

– Koniec przedstawiania. Opatrzcie ten nieposłuszny, ułomny towar i radzę się nie wychylać. – Odchodzi do innej ławy, gdzie wraz ze swoimi pomocnikami spożywał do tej pory posiłek.

Ja sama zastanawiam się, czego byłam właśnie świadkiem? I dochodzę do wniosku, że w tym dziwnym miejscu panuje specyficzny układ sił. Nadzorcy nie są absolutnymi panami i choć pragnęliby niepodzielnie rządzić, to do pewnego stopnia muszą się liczyć ze zdaniem zniewolonych wojowników. Inaczej ich władza może obrócić się wniwecz, gdy przeciw zbyt radykalnemu działaniu wzniecony zostanie bunt.

Jednak wszystko ma swoją cenę. Kiedy Viria jest opatrywana, a Gabu ze spuszczoną głową sprząta z kilku ław, nie dane jest mi kontynuować treningu. Pajos odsyła mnie do mycia wychodka. I zaśmiewa mi się w twarz, że mam to czynić jedynie gołymi rękoma, aby je ćwiczyć. Więc robię to, a nadzorca zapowiada mi kolejne niespodzianki, które mają nastać już o zmierzchu.

W końcu słońce zaczyna się chylić ku zachodowi, a wówczas przybywam na wezwanie Pajosa. Staję na placu pomiędzy barakami, gdzie ćwiczą już tylko najwytrwalsi. Zaś koło mojego zwierzchnika dostrzegam postawnego, także łysego, jak nadzorca Pajos, mężczyznę.

Do tej pory jeszcze nie zwróciłam na niego szczególnej uwagi. Wydaje mi się, że w pewien sposób stronił od innych osób. Nie jest on zbyt muskularny, ale co specyficzne niemal całkiem pozbawiony owłosienia. Karnację natomiast ma wyjątkowo jasną. Do tego stopnia, że można go uznać za albinosa. I tak jest w rzeczywistości. W półmroku zauważam jego bardzo rzadkie, białe brwi.

Tymczasem Pajos bez ogródek wskazuje batem na jego krocze i oświadcza:

– Mocny mężczyzna, który zostawia w kobiecie swoje nasienie, daje jej tym samym siłę. Kobieta odwdzięcza się dawaną za sprawą swego ciała przyjemnością. A kiedy jest silna i ona wzmacnia mężczyznę. To odwieczne prawo Harremid, uwodzicielskiej i wojowniczej bogini walki, miłości oraz rozkoszy. – Przenosi bat na wizerunek wyryty na drewnianych drzwiach jednego z baraków obrazujący skrzydlatą kobietę z głową łani i z wydatnymi piersiami, a ponadto z włócznią w dłoniach oraz w wyzywającej pozie. – Niniejszym, na rozkaz naszego pana, Artusa, przydzielony zostaje ci mężczyzna, Anreo… z którym od tej pory będziesz dzielić swoją celę, jak i ciało. Heh… – Śmieje się lubieżnie nadzorca. – Ale zanim to nastąpi, dostąpisz jeszcze jednego… zaszczytu… – Spogląda na moje udo i donośnie gwiżdże na palcach. Nie mija chwila, a czuję znajomy, męski uścisk na ramieniu i słyszę rezolutnie wypowiedziane do mnie słowa:

– Moje imię brzmi Ravel. Chodźmy, zrobię ci tatuaż. Identyczny z tym, jaki nosiła na skórze mityczna Anrea. Spokojnie, znam się na rzeczy… – Pokazuje na swoje pokryte czarnymi malunkami ramiona. A zaraz, gdy idziemy razem pod rękę, szeptem dodaje: – Z całego serca dziękuję ci za reakcję wobec Pajosa przy Viri. Jestem twoim dłużnikiem i już nim pozostanę.

Wkrótce zasiadam na drewnianym pniaku w kącie placu i przy blasku pochodni spoglądam na klęczącego przede mną mężczyznę z nieco skośnymi oczyma. Macza on narzędzia przypominające gwoździe w czarnej mazi i systematycznie nakłuwa nimi moje ciało na udzie, wprowadzając pod skórę obcą substancję, która już tam pozostaje.

Ta procedura lekko boli, ale wobec tego, co ostatnio przechodzę, ten ból zdaje się niczym. O wiele bardziej przykre dolegliwości odczuwam w brzuchu, spoglądając z ukosa na oczekującego mnie albinosa. Jeszcze nigdy nie byłam z mężczyzną i dałabym naprawdę wiele, aby odwlec ten moment. Jednak uświadamiam sobie, że nie mam nic, dosłownie niczego, abym zdołała to uczynić. W tym nowym świecie jestem zniewolona, a przez to całkowicie skazana na łaskę obcych Bogów oraz ludzi. I zdaję sobie sprawę, że do czasu odmiany losu będę niemal bezwolną zabawką w ich rękach. Czasem więc wspomniani Bogowie czy ludzie wyciągną do mnie pomocną dłoń jak poznany przeze mnie Aves. A znowu innym razem będą bezwzględni niczym nadzorca Pajos. I aby przetrwać, muszę być na to gotowa. Jednakże z całą siłą uświadamiam sobie, że na to, co ma mnie zaraz spotkać, wcale nie jestem przygotowana i bynajmniej nie będę. I nie zmienię tego ani trochę, nieważne jak bardzo zaklinałabym rzeczywistość.

– Skończone – oznajmia zadowolony z siebie Ravel. Patrzy z uznaniem na swoje dzieło, gdzie na moim udzie widnieje wytatuowany obraz czarnej, trupiej czaszki oznaczający pokonanego wroga. Następnie mężczyzna przemywa budzący respekt wizerunek piekącym mnie płynem.

Nieznacznie się krzywię na ustach, lecz naprawdę chciałabym to nieprzyjemne uczucie przy sobie zatrzymać, jeżeli tylko mogłabym pozostać z nim tu, na tym pniaku i w obliczu płonącej pochodni czy wstępujących na niebo gwiazd. Z daleka zaś od mężczyzny mającego mnie zaraz posiąść.

Jednak na me nieszczęście nie ma kto spełnić mojego życzenia. Ravel uśmiecha się dobrodusznie i odchodzi niespiesznie do wnętrza baraków. Podobnie czynią też wszyscy pozostali jeszcze na placu wojownicy. Właśnie bowiem rozbrzmiewa sygnał trąbki obwieszczający, że czas udać się na spoczynek.

Więc idę. Kroczę w towarzystwie obcego mi albinosa, który ciągle się do mnie nie odzywa, a nawet nie raczy spojrzeć w moim kierunku, zupełnie jakby mnie nie dostrzegał, czy jakbym nie była dla niego żywą istotą. Czy cały czas będzie mnie tak traktował, jak rzecz? Na tę myśl tylko się wzdrygam.

Czuję się przy tym mężczyźnie mała i słaba, praktycznie bezbronna. Nie jest to dobre uczucie. Ale to nie ja je wybieram. Nieproszone samo przychodzi. Pozostaje moim towarzyszem i prowadzi mnie, niczym za rękę aż do środka celi, która okazuje się moją oraz albinosa.

Jeden z nadzorców zamyka za nami metalowe, zakratowane drzwi i pozostawia nas samych. Wewnątrz widzę wyłącznie jedną zapaloną pochodnię na ścianie, a na podłodze tylko jedno posłanie zasłane szarym kocem. Poza tym stoi tu mały stół. Koło niego z kolei dwa skromne krzesła, a na nim dwa kubki i wiadro z wodą.

To wszystko. Nie ma tu niczego więcej. Żadnego miejsca, gdzie mogłabym się schować, żadnego sposobu, aby stąd uciec. Dlatego odwracam się, przylegam mocno do zakratowanych drzwi i patrzę wprost za nie, tęsknie wyglądając kierunku wolności, która jednak w żaden sposób nie może się stać moim udziałem.