Apokalipsa według - Władysław Eliasz - ebook

Apokalipsa według ebook

Władysław Eliasz

3,0

Opis

Jest to powieść satyryczna o zabarwieniu humorystycznym, przekornie i swobodnie parafrazująca Apokalipsę św. Jana. Do Łęczycy przyjeżdża dziennikarz, aby zdać relację z I Przeglądu Piosenki Turystycznej „Nocnik” (2005 r.), ale odwiedza go diabeł Boruta i od tego faktu sprawy toczą się w zupełnie nieprzewidzianych kierunkach, w których rzeczywistość miesza się ze światem magicznym. Finalną kulminacją są niebiańskie zaślubiny w mieście Swedenborga oraz awantura w redakcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wszystkie apokalipsy roszczą sobie prawo do wprowadzania w błąd swych czytelników.

F. Engels: „Przyczynek do dziejów wczesnego chrześcijaństwa”

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza, zanim przyjdzie wielki i straszny dzień Pana.

X. Malachiasza 3, 23

© Copyright by Władysław Eliasz & e–bookowo

Projekt okładki: Małgorzata Kardas i Katarzyna Krzan

Ilustracje: Małgorzata Kardas

Skład: Ilona Dobijańska

ISBN:978-83-8166-184-3

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e–bookowo

www.e–bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e–bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wydanie 1 2021

Prolog

Oto jest słowo, co pradawnymi czasy było u Najwyższego, a potem zostało mu wykradzione i zstąpiło w dół, paść się na łąkach pożywnego zmyślenia i niedocieczonej prawdy. Oto żertwa, rzucona sługom na pożarcie, aby roznieśli ją po wszystkich ludach i aby nikt nie mówił, że nie widział i nie słyszał. Oto znak dla błogosławionych, że ich chwila jest bliska, chociaż mierzona eonami.

Rozdział 1. Adres. Widzenie wstępne

Emmanuel miał sen, z rodzaju tych, które dormitolodzy z powodu sugestywnej wyrazistości nazywają fachowo ejdetycznymi, a prosty lud męczliwymi i zwiastującymi to, czego żadną miarą nie chciałoby się doświadczyć na jawie. Nazywają je też profetycznymi, a wiadomo, jakie są tego typu przepowiednie. Tylko płacz i zgrzytanie zębów. Zazwyczaj, jak wszystkim, śnią mu się pospolite głupoty, snujące się strzępami w świadomości przez cały ranek, ale tym razem było inaczej. Za zamkniętymi powiekami objawił mu się szef gazety, w której czasem pracował, w aureoli bujnych, srebrnych włosów, jakby niezasłużenie zażywał dostojeństwa biblijnych proroków. Obleczony był w prześcieradło koloru letnich obłoków, zwisające do stóp i pomimo spięcia na pępku szarfą, znaczoną słoneczną żółcienią, ujawniające krągły jak półkula globusa brzuch. Wyglądał jak emisariusz nie z tego świata. W jego wzroku tliła się gorączka, gotowa w każdej chwili wybuchnąć ogniem wulkanicznych płomieni. Spowijał go obłok dymu, snujący się ze świec, które dłonią, uzbrojoną w wielki, złoty pierścień, zapalał jedna po drugiej, aż zrobiła się jasność. Czynił to nieśpiesznie, a nawet majestatycznie, jakby był klucznikiem jakiegoś nierealnego cechu szamanów. Przytknął jedną z nich do jego czoła, mówiąc:

– Ja, alfa i omega twego bytu i niebytu, poślę cię na siedem stron świata i jedną na środku krainy wybranej. – Potem przytknął do piersi. – Zaświadczysz o sprawach, jakie ci będą odkryte, bo zostałeś wybrany na posłańca listów do tych, co jeszcze spragnieni są słowa.

Następnie tak samo naznaczył prawe ramię.

– Będziesz cichy, kiedy inni krzyczą, pokorny, kiedy inni się chełpią i powściągliwy, kiedy się radują lub wylewają żale, bo miarą mądrego zaangażowania jest stać na uboczu i nieugięcie milczeć.

Toż samo uczynił z ramieniem lewym.

– Za trud twój zasię nie będzie ci policzona żadna nagroda, bo marne są uczynki, czynione dla próżnej zapłaty.

Nachylił się nad nim, prezentując pulsujące żyły na skroniach i resztki dopiero co skonsumowanej jajecznicy na brodzie. Otworzył szeroko usta, jakby chciał go połknąć, a język zamienił się w sztylet, który zatrzymał się ostrzem tuż nad jego szyją.

– A teraz wstawaj, łachudro! Zbierz energię, potrzebną do podniesienia się z łóżka do pionu. Zaraz masz kolegium redakcyjne. Co ty sobie myślisz, że jak śpisz, to umarłeś i nie musisz uczestniczyć w życiu? Do roboty!

W tym momencie z siłą potężnej trąby zabrzmiał budzik i niemal zrzucił go na dywan. Znowu ta proza codzienności – pomyślał. Wstał i poszedł do łazienki się wysikać. Mieszając tępo kawę odartą ze srebra łyżeczką, rozmyślał nad dziwnością dopiero co doznanego majaku, nie przeczuwając, że nie wróży on niczego pomyślnego. Dopiero po ostatnim, wystygłym łyku uświadomił sobie, że dotykane miejsca utrafiały w wymowny symbol krzyża, którym w jakimś niewiadomym celu został naznaczony i to już zupełnie zwarzyło mu nastrój na całą resztę dnia, bo diabli wiedzieli, co to by mogło znaczyć.

Nawlókł z trudem na piżamę galantne spodnie, a na górę rozciągnięty sweter golfowy, ogolił się tępą żyletką, wytarł mokrym ręcznikiem zakrwawione zacięcia, sprawdził pustą lodówkę, zmył prysznicem zaskorupiałe błotem buty, wysłuchał w radiu pesymistycznej prognozy pogody i wyszedł z domu po krótkiej walce z niedomykającymi się drzwiami.

Dzień był dżdżysty i ponury, jak zawsze, kiedy groził trzęsieniem ziemi lub burzową odprawą dziennikarską. Na przystanku sprzed nosa odjechał mu autobus, więc czekał na następny, a nie doczekawszy się, postanowił poczłapać piechotą. Poza tym wszystko było w porządku.

Rozdział 2. Listy do Kościoła w Efezie, Smyrnie, Pergamonie i Tiatyrze

W lokalnym oddziale niecodziennika prasowego „Prawdomównik niesłychany” jak zwykle panował bałagan i lekki zamęt. Pismo walczyło o przetrwanie na rynku. Atakowane zewsząd przez inne tytuły, produkujące skandale obyczajowe i odpokutowywujące je potem cichcem po sądach, starało się utrzymać czytelników i za bardzo nie drażnić, co na dłuższą metę było oczywiście nie do pogodzenia z logiką. Widmo bankructwa i ostatecznego kresu zaglądało do redakcji wszystkimi oknami i drzwiami. Poczta przynosiła wciąż nowe wezwania do zapłaty, gaszone w zarzewiu, kolejka reklamodawców kurczyła się jak obwód w pasie czasu wielkiego postu, słupki sprzedaży powoli, acz nieubłaganie zamierały niczym wykres gasnącego pulsu, a wśród załogi szerzył się ferment zwątpienia z powodu marniejącej wierszówki.

Zespół nie był liczny. Ot, siedmioro recydywistów, skrzykniętych z innych podwórek, zamkniętych wcześniej z powodu braku koniunktury oraz pasożytowania mediów obrazkowych na tych tekstowych. Razem tworzyli jednak dobrane małżeństwo po przejściach, już nie pragnące rozwodu i jeszcze nie znudzone sobą.

Teraz to towarzystwo wyglądało na lekko znudzone, gotowe przyjąć każdy cios w nierównej walce o bodaj cień sukcesu, pogadujące sobie o sprawach nieistotnych, dla zabicia pustego czasu oczekiwania na to, co się dziś wydarzy. Apatycznie siorbało cienką lurę, której ukradkowo nadawało oczekiwanego charakteru dolewkami utajnionego spirytusu, gdy tylko Nadnaczelny wychodził do swego gabinetu po jakieś zapomniane notatki i okulary, które przez cały czas miał na nosie. Kiedy wreszcie kompletny arsenał utensyliów potrzebnych do rozpoczęcia zebrania leżał już w nienagannym ordynku na stole, szef zagaił z animuszem, właściwym każdemu wodzowi, niezależnie od wyniku bitwy, jaką za chwilę stoczy.

– Koleżanki i koledzy! Witam was na dzisiejszym, od razu powiem, że szczególnego rodzaju spotkaniu. Z satysfakcją odnotowuję fakt, że nikt się nie spóźnił, nie wymówił wizytą komornika ani nie usprawiedliwił zgubieniem biletu miesięcznego na dojazd. To dobrze, że jesteśmy w komplecie, bo mamy do omówienia numer szczególny. Tak. Wyjątkowy. Co ja mówię? Więcej niż wyjątkowy, bo wystrzałowy i sensacyjny, jakiego jeszcze nie było. Przecież będzie to numer trzynasty, a jubileusze trzeba czymś uczcić. Sądzę, że to wyczuliście i przynieśliście odpowiednie tematy do opisania. Takie, których nie ma żaden inny tytuł i które odcisną się głębokim wrażeniem w naszej branży. Będą ich nam zazdrościć. Podziwiać i stawiać za przykład. Z niecierpliwością oczekuję ich zreferowania. Proszę bardzo, kto pierwszy?

Zaległa szpetna cisza. Nikt nie miał ochoty się wychylać. Udawali, że pomysły na rewelacyjne tematy zostawili w domu, co znaczyło, że ich nie w ogóle nie mieli.

– Proszę państwa. – Nadnaczelny zirytował się nie na żarty. – Ja jeden nie mogę za was wszystkich myśleć. Nie jestem omnipotentny, aby w pojedynkę tworzyć pismo, choć oczywiście to ja jestem za nie odpowiedzialny. Ale wy powinniście mi pomagać. Wspólnie tworzyć jego linię. Tak. Jeśli ja jestem Bogiem tej redakcji, to wy jesteście jej apostołami, co idą ze słowem do ludów. Zrozumcie mnie i moją samotność w podejmowaniu rozmaitych decyzji. Czy ktoś mi mówi stale w głowie: „Zrób to, zrób tamto! Pomyśl o tym, pomyśl o tamtym”? No przecież nie. Czy ja mam nad sobą jakiegoś supernadnaczelnego, który by mi dyktował, co mam sam napisać? Również nie. Tak. Nikt mnie nie wyręcza. Sam mogę zagonić was do pracy, ale nie pracować za was. Nie jest łatwo być Nadnaczelnym Bogiem, wierzcie mi. To najtrudniejszy zawód na świecie. Gdyby ogłosić casting na Boga, nie zgłosiłby się nikt. Tak.

Tu uczynił pauzę, bo takiej metafory nie można było eskalować, więc zapuścił żurawia do swych notatek, grzebał w nich dobrą minutę, po czym wydusił z siebie głosem obniżonym o patetycznie zrezygnowany interwał:

– No, ale dobrze. Niech będzie. Przedostatni raz. Co my tu mamy?... Proszę. Rewersy siedmiu grzechów głównych, bo bez grzechów byłoby na ziemi nudno, jak w niebie.

Zaśmiał się dla rozładowania atmosfery, zwarzonej dopiero co wygłoszoną połajanką. A po tym, jakby sobie coś przypomniał, dodał:

– Nie pytacie, co to znaczy rewersy, więc już odpowiadam. Otóż są to drugie imiona pojęć. I my je wreszcie ujawnimy. Tak. Będziemy pisali pod włos, burzyli uczesane przez słownik znaczenia, wydobywać ze zła jakieś dobro, w wadach znajdywać jakieś zalety. A generalnie kościelne grzechy przekuwać w świeckie cnoty. O tutaj jest temat pierwszy, w sam raz, jak sądzę, dla koleżanki Pismaczej.

Wywołana poruszyła się niespokojnie i nawet zbladła nieco wokół delikatnie zarysowanego wąsa, bo lata doświadczeń w zawodzie odcisnęły się na jej fizjonomii zmaskulinowaną odpornością drwala i impetem boksera.

– Pani Kapsydo, napisze pani felieton o wywyższaniu się i pysznieniu, o pierwszym z grzechów głównych. Temat wdzięczny, bo uniwersalny. Każdy chce przecież górować nad innymi. Udawać tego lepszego. Felieton wedle nieoficjalnej, czyli praktycznej definicji, to krótka i lekka forma refleksyjna, w której autor tak przegina sprawę, żeby wyjść na mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości. Felieton to życie na skróty. Jest tym lepszy im bardziej naciągany i przewrotny. Jednym okiem łypie przymilnie do czytelnika, a drugim przeciwko rzeczywistości, w której on sam żyje. Tak. Zatem napisze pani, że pycha jest dezawuowaną, acz nieodzowną pochodną bycia wybranym z pospolitego szeregu innych. Bycia, że tak powiem na złotym świeczniku, co z humanitarnych względów należy się każdemu. Jest ona konsekwencją przekonania, że się ma rację, że się jest depozytariuszem prawdy i słuszności działania, dlatego ma się prawo do zadzierania nosa i zasługiwania na przywileje. Karmi się arystokratyczną świadomością, że się jest liderem, dlatego bez żenady pozwala podawać dłoń do pocałowania, miast do banalnego uścisku. Tak. To od strony psychologicznej, którą osadzi pani w kontekście historycznym. Bo cóż byśmy mieli dzisiaj do zwiedzania w trakcie wycieczek turystycznych. Wszystkie pałace i zamki świata są świadectwem pychy swych właścicieli. Dziś się je podziwia, ignorując intencję ich powstania. Mimochodem doda pani pochwałę manii wielkości. Mierzenia wątłych sił podług potężnych zamiarów. Wychwali pani rozmach i gigantomanię. Tak. Czyż to właśnie nie pożądanie przewrotny paradoks na treść felietonu? Oczywiście tak. I niech go pani zacznie z grubej rury. Najważniejszy jest pierwszy akapit, następnych mało kto czyta. No i jak najmniej przymiotników. Tylko podmiot i orzeczenie, przydawki wyłącznie w przypadku wyższej konieczności. Proustem można być po pracy. W pracy trzeba ludziom ładować prawdy prostą łopatą do głowy. Tak.

Zawiesiwszy retorycznie głos zostawił Pismaczą bez pytania, czy ma jakieś pytania i zwrócił się do drugiego w kolejności redaktora Wydziwiałka.

– Pan, panie Dezydery napisze wzorcowy artykuł interwencyjny o chciwości, następnym z grzechów głównych. Interwencja na papierze jest najskuteczniejsza, bo od interwencji w terenie jest tylko policja, ale to też nie jest takie pewne. Żadnej sprawy się nie załatwi, jeśli się nią nie zainteresują media, czyli my. Tak…

Żart rozproszył zupełnie wiszące w powietrzu resztki powitalnej tyrady. Przez okno zaglądnął promyk słońca i położył się na łysinie mówcy połyskliwą glazurą, podkreślając ostatnią, wątłą kępkę włosów, z której był taki dumny.

– Pójdzie pan do dowolnego urzędu, a najlepiej do magistratu i poniucha. Może zrobi jakąś prowokacyjną sondę, oczywiście nie wprost, bo się nikt nie przyzna, ale taką, jeśli chodzi o opinię, aby miał pan co odkręcać i przedłużyć życie tematowi. Coraz trudniej tam coś wskórać bez wziątek. Urzędasy celowo przedłużają procedury i piętrzą trudności, aby dostać coś w łapę. Ludzie donoszą do nas o tym stale, skarżąc się. Pogrzebie pan w naszej archiwalnej korespondencji, to pan coś znajdzie. Jakieś konkretne przykłady, które pana ukierunkują na problem. Pazerność przeszła tam już w patologię. Zajmie się pan więc tematem pożądliwości dóbr materialnych dowolnego rodzaju. Będzie to artykuł nie tyle w sprawie konkretnego człowieka, któremu dzieje się krzywda, ile w sprawie psychicznej ułomności, która jest zamiatana pod dywan, żeby nie kłuła w oczy. Pan ją zgloryfikuje. Zdezynfekuje pan otoczkę odoru wokół tego pojęcia i dokona jego chwalebnej apologizacji, że się tak kolokwialnie wyrażę. Tak. No bo gdyby człowiek nie był pazerny na pieniądze, łasy na zaszczyty i zachłanny na rzeczy materialne, to kim by był i co by miał? Nikim i nic. A przecież dobrze jest być, jak się coś ma. Każdy chce być bogaty i chwalony. Otaczać się luksusem i zbytkiem. Tak. Zainterweniuje pan w fałszywy pogląd, że wszystko jest marnością nad marnościami i że najszczęśliwsi są ludzie, co niczego nie mają, bo o nic nie muszą się troszczyć. Że goło jest wesoło. Jakaż to pobożna pomyłka! Chciwość jest właśnie energią, potrzebną do urządzenia sobie życia we względnie komfortowych warunkach. Do zrozumiałego zabezpieczania sobie bytu. Bez niej do niczego by człowiek nie doszedł. Musiałby całe życie pościć na pustyni we włosienicy. A nam chodzi o coś zupełnie przeciwnego. Tak. To ważny społecznie temat. Nie powinniśmy być na niego obojętni.

Podzwonił łyżeczką w szklance herbaty dla rozpuszczenia resztek cukru, po czym upił łyk. Redaktor Wydziwiałek skwapliwie przytaknął, bo cóż mógł zrobić innego. Sam cierpiał na przewlekłą manię bogacenia się, której symptomem było notoryczne wypełnianie kuponów rozmaitych gier losowych, w których wygrywał frustrację na dziś i nadzieję, że może jutro się uda.

Nadnaczelny spojrzał na Graff-Omanowicz.

– A dla pani, koleżanko Milucho, przygotowałem coś, co powinno panią ucieszyć. Tak. Chodzi oczywiście o rozpustę i rozwiązłość. Jest pani świeżo po ślubie, o ile się nie mylę trzecim z kolei, więc zadanie na pewno panią zainteresuje. Swoją drogą to można pogratulować pani tak udanego życia matrymonialnego w tak młodym wieku. Zaglądnie pani do majtek w celu pochwały najprzyjemniejszej antycnoty nieczystości. Spośród siedmiu grzechów głównych ten wydaje się najgłówniejszy, najpopularniejszy i zarazem najdawniejszy. A to jest sama lekkość, urok i rozkosz. Ludzi przecież głównie interesuje, ile ktoś zarabia i z kim sypia, czyli jakie ma kochanki oprócz żony. To podniecający i rozrywkowy temat. Ludzie generalnie wolą się bawić i weselić, niż zamartwiać cudzymi problemami. Im samym nawet rozwodzić się czasem nie chce z lenistwa przed otwarciem się na kogoś nowego i wprowadzeniem zmian w dotychczasowej, stagnacyjnej egzystencji, a powinni to zrobić dla urozmaicenia i wzbogacenia sobie przeżyć. Małżeństwo to czerwony znak stop a przecież nie można Bóg wie, ile lat stać w miejscu. Pani zaświeci zielony sygnał wolnej jazdy. Tak.

Mimowolnie przemknął mu przez lico lubieżny uśmieszek, dla zatuszowania którego zapuścił kolejnego żurawia w papiery, aż znalazł właściwą kartkę.

– Napisze pani wywiad z seksuologiem, obojętnie jakim, najlepiej fikcyjnym, żeby nikt znowu nie protestował, że się napisało nie to, co się powiedziało. Bo generalnie wywiad nie musi być prawdziwy, tylko interesujący i atrakcyjny dla czytelnika. A najbardziej atrakcyjne są zmyślone, bo można w nich napisać wszystko, co tylko dusza zapragnie, bez hamulców, bez cenzury i bez autoryzacji. Napisze pani, że życie erotyczne zawsze ciągnie się cieniem niespełnienia i niedosytu. Że marzenia muszą się nie spełniać, bo inaczej nie byłyby marzeniami, tylko planami. Tym, czego chcieliśmy, a nie zrobiliśmy, bo byliśmy wstydliwi w sprawach seksu. Baliśmy się coś zainicjować. Pójść na całość. Tak. Hołdowaliśmy zgubnej i fatalnej cnocie wstrzemięźliwości. Mieliśmy coś, co było na wyciągnięcie ręki, a czego nie dotknęliśmy, bo nie wypada. Taka litania zmarnowanych szans. Suma niewykorzystanych możliwości. To trzeba będzie dobitnie powiedzieć, aby uświadomić czytelnikom ogrom strat, jakich doznali bądź mogą jeszcze doznać w tej najistotniejszej dziedzinie istnienia. Napisze pani, że to, co nas ominęło okazuje się potem ważniejsze od tego, co nas spotkało. W ogólnym bilansie powołanie do grzechu nieczystości jest atrakcyjniejsze od powołania do świętości. Daje większe okazje poznawcze. Tak. Jest bliższe człowiekowi, który stworzony został raczej do promiskuityzmu niż do monogamii. Oczywiście uwzględni pani aspekt teologiczny. Religia tłumi nieczystość, bo nie chce, aby człowiek za dużo wiedział. Aby był uświadomiony, bo seks zbliża do człowieka, a oddala od Boga. A tymczasem pierwszym słowem stwórcy do człowieka było przykazanie, aby szedł i rozmnażał się. A jak tu rozmnażać się bez seksu? No i tym seksem skoryguje też pani stereotyp Polaka – katolika. Anomalie trzeba normalizować. Pytania mają być niegrzeczne i odważne, odpowiedzi zawstydzające i gorszące. Całość musi jednym pójść w pięty, innym uderzyć do głowy. Musi być najbardziej szczerą spowiedzią z erotycznych mroków natury ludzkiej. Taką, żeby każdy się wstydził, że przeczytał. Bez tabu, przemilczeń i niedomówień. Konieczne będzie uwzględnienie pozytywnych aspektów zagadnienia, skoro nieczystość uchodzi na moralną wadę. Może pani nawet popuścić wodze fantazji, rozwijając śmiałą tezę, że tak jak seks jest przyprawą życia, tak przyprawą seksu jest perwersja. Seks jest wszak jeden, a perwersji nieogarniona rozmaitość. A jeszcze są manowce, zboczenia i wszelkie aberracje. Niepojęte, z jakim bogactwem możliwości został stworzony człowiek, ten krótki przystanek ewolucji na drodze od małpy do anioła. Tak. Jest o czym pisać. Ma pani doświadczenie, jak mniemam, więc da sobie pani radę.

– Skoro muszę… – westchnęła z uczuciem posępnego nieprzekonania, bo wzorem rozkapryszonych gwiazd nie chciała wywlekać szczegółów życia osobistego, mitygując się, że najważniejsze momenty ludzkiej egzystencji dzieją się poza seksem.

– Ależ pani chce – ucieszył się szef – tylko pani o tym nie wie. My, mężczyźni wiemy, że kobiety praktykują odwrotną dialektykę wedle tej starej prawdy, że jak mówią nie, to znaczy, że myślą tak. Byłbym nawet lekko zdumiony, gdyby się pani od razu zapaliła do tego tematu. Ale któż jest bardziej uczuciowy od kobiet, przeznaczonych do macierzyństwa, a więc nie mogących ominąć doświadczeń płciowych… No to teraz pan, kolego Alfonsie.

Redaktor Rzęzipiór ocknął się z zamyślenia i dla oddalenia podejrzeń o nieuwagę, odpowiedział raźno:

– Tak, słucham.

– To dobrze, bo w dzisiejszej epoce ludzie bardziej mówią do innych, niż ich słuchają. Napisze pan w formie przekornego minieseju, że nie ma zazdrości bez miłości czy coś takiego. Że nie ma cnoty miłości bez grzechu zazdrości, a przecież nie chcemy być jako cymbał pusto brzmiący, pragniemy miłości, więc zmuszeni jesteśmy grzeszyć. Usprawiedliwi pan tę pozornie niszczycielską i potępioną domieszkę najpowszechniejszego uczucia. Doda pan wprost, że im większa miłość, tym też większa jest jej nieodstępna siostra, a przecież miłość zawsze musi być największa. To chyba jasne. Tak. Ubierze pan w stosowne słowa aksjomat, że dręcząca zazdrość jest nieodzowną ceną, jaką się płaci za ukochanie drugiej osoby. Tak, jak jasność dnia jest nie do pomyślenia bez ciemności nocy, a konstrukcja bez dekonstrukcji. Są nieodłączne, jak mędrzec i broda. Jak cios i siniec. Jednym słowem nie chcemy, ale musimy grzeszyć. Musi nas zżerać i drążyć obawa, że nasza partnerska osoba może być wobec nas nielojalna. I że nie jest to wcale grzech, tylko mankament psychologii. Na koniec, dla wyczerpania tematu może pan wspomnieć, że zazdrość potrafi także tańczyć solo w głowie. Bez partnera i bez zakochania. Bierze przecież nas cicha cholera, że sąsiad kupił sobie nowy samochód, kolega z pracy spędził urlop na egzotycznej wyspie, a jeszcze inny znajomy znalazł sobie kochankę w wieku jego własnej córki. Takie sukcesy skłaniają przecież do naśladownictwa, abyśmy sami nie czuli się gorsi. Dlatego zazdrość wbrew temu, co sądzą ojcowie kościoła jest wartością pozytywną, bo generuje w nas ambicję sprostania innym. Świat po to się ulepsza, abyśmy czynili to samo wraz z nim. Abyśmy śmiało szli do przodu, a nie smętnie odstawali w tyle. Abyśmy mieli motywację do pozytywnych zmian własnego bytu, mobilizację do ustawiania sobie wyżej poprzeczki. Bez niej, w pewnym sensie, nie byłoby rozwoju, nie byłoby marzeń, nie byłoby celów, do których warto dążyć. Tak. Zakończy pan mocnym przypomnieniem, ile to miłość poczyniła szkód w świecie, a ile dobra zazdrość. Stosowne przykłady znajdzie pan we własnej głowie, a jeśli jest pusta, to w lekturach. Czy kolega to rozumie?

– Staram się. – Redaktor przytaknął asekuracyjnie, bo wyrafinowane pojęcia przekraczały pułap jego umysłowych zdolności. Był człowiekiem poczciwym i prostodusznym. Z pokorą podejmował się zajęć, których sensu nie rozumiał. Wolał też unikać odwagi i nie narażać się nikomu, a zwłaszcza tym, których uważał za ważniejszych od siebie, czyli praktycznie wszystkim. Dzięki temu uzyskiwał święty spokój, będący nieziszczalnym pragnieniem tych, co chcą się wybić ponad przeciętność.

– No to niech tak panu zostanie – skwitował Nadnaczelny i zarządził przerwę, będącą najważniejszą częścią każdego zebrania.

Rozdział 3. Listy do Kościoła w Sardem, Filadelfii i Laodycei

Przerwa zapowiedziana na kwadrans trwała pół godziny, ale już po czterdziestu minutach kolektyw dziennikarski zaczął się schodzić z najodleglejszych zakamarków korytarza i zajmować swoje miejsca. Gdy już zupełnie dogasły tlące się szeptem, plotkarskie dyskusje, Nadnaczelny chrząknął, wysiąkał nos w chusteczkę, choć było lato i spojrzał na najstarszą w zespole wygę piśmiennictwa, redaktorkę Krągłoszpaltową – damę, uprawiającą najpraktyczniejszy rodzaj dziennikarstwa, kontemplującego, jeśli można tak rzec, pępek Buddy, który, sądząc po obfitych kształtach, niczego sobie nie odmawiał, tylko jadł, pił i popuszczał pasa. Układała bowiem przepisy do kącika kulinarnego. Układała je sama, całkowicie ignorując imponujący dorobek ludzkości w tej dyscyplinie, liczniejszy wszak niż ilość gwiazd w naszej Galaktyce. Preferowała kuchnię przeznaczoną dla współczesnego człowieka. To znaczy szybką, łatwą i szkodliwą dietetycznie, bo najsmaczniejsze są głównie potrawy niezdrowe. Ot, takie choćby jak jej słynne wypyzdrole zafarczone wykupliną, nagrodzone Diamentowym Niestrawem na Festiwalu dań niemożliwych, czy fujozawka spurwielona w omaście z poklaszcza – laureatka plebiscytu na Doskonałość kulinarną Powiatu Rapczewskiego. Poniekąd słusznie uważała, że książki kucharskie to najodpowiedniejsza literatura dla kobiet, a mniej istotną resztę można zostawić mężczyznom.

– Dla koleżanki Żywisławy mam chyba najbardziej smakowity kąsek – Nadnaczelny nie ustawał w instruowaniu. – Napisze pani specjalną instrukcję sporządzenia potrawy dla koneserów obżarstwa. Tak. Ma być obfita, ciężka i niesmaczna, aby konsumenci wierzący od razu pobiegli do konfesjonału, a niewierzący do ubikacji. Mają duchowo i cieleśnie odczuć to, co skonsumowali. Odczuć ciężkogrzeszną i ciężkostrawną naturę łakomstwa. Postawi pani pomnik pasjonującej skłonności do oralnego przeżywania egzystencji. Tak. Jedzenie to wszak największa przyjemność dla tych, co nie znają innych przyjemności. Seks na przykład nie jest konieczny do życia, ale odżywianie się jak najbardziej. Tylko ono nam zostaje, gdy stracimy wszystko. Zdewaluuje pani pojęcie postu jako metody oczyszczania organizmu, bo organizm nie chce się oczyszczać, tylko trawić. Oczyszczać się zaś można przez kąpiele wodne i odpusty zupełne. Człowiek przecież nie urodził się po to, aby dużo pościć, tylko dużo spożywać. Jeść to zdrowie. Tak. Wystawna uczta jest lepszą alternatywą niż męczenie żołądka pustką. Jałowość głodu jest szkodliwym automasochizmem, praktykowanym może dawniej na przednówku i w czasie nieurodzaju, ale nie dziś, kiedy nadpodaż pokarmu jest wręcz utrapieniem i marnotrawstwem. W komentarzu do przepisu da pani odpór dyskomfortowej manii odchudzania się, kreującej ludzi kościstych, a więc podminowanych złością, frustracją, pretensjami i żalem do wszystkich, w przeciwieństwie do pogodnych i zadowolonych tłuściochów. Tak. Na koniec dla kontrastu uwzględni pani, że nie jest też wzorem do naśladowania Ostatnia Wieczerza, która, jak wiemy, nie obfitowała w syte i wystawne menu. Ot, tylko winko i suchy chlebuś na przegryzkę.

Zaśmiał się zadowolony z udanego żartu. Powiódł spojrzeniem po zebranych, chcąc się upewnić, czy jego poczucie humoru odcisnęło się należytym zrozumieniem na twarzach zgromadzonych i zatrzymał się na przedostatnim kandydacie do przydziału.

– A właśnie, panie Boguchwale – zreflektował się. – Mam dla kolegi szczególne, może najważniejsze zadanie z tego, co nam jeszcze zostało, znaczy się kronikę sądową.

Redaktor Półnagłówek usztywnił się na krześle jak rekrut przed przyjęciem niechcianego rozkazu.

– Napisze pan o gniewie, gniewie największego kalibru, bo prowadzącym do zbrodni, do zbrodni przeciwko ludzkości. Czy pan jest w stanie podjąć takie wyzwanie?

Niecierpliwie przebierał palcami po stole.

– Ach, po co ja się pytam? Przecież wiadomo, że każdy by się podjął. Tak. No więc napisze pan o pewnym oskarżonym, od tysięcy lat poszukiwanym listem gończym i dotąd nie odnalezionym, tak się drań perfidnie ukrył. Wyda więc pan wyrok per procura. A jest za co. Zaraz, zaraz, gdzie ja to mam. Ooo, tutaj. Spisałem sobie tylko niektóre jego winy, bo ich kompletna lista byłaby zbyt długa do zacytowania, ale znajdzie je pan w aktach sprawy, zatytułowanych Stary Testament. No więc że gniew swój obrócił na Medianitów i rękami swego ludu wybranego wybił ich doszczętnie łącznie z żonami, dziećmi płci męskiej, ich miasta spalił, a majątek skonfiskował. Wśród ocalałych znalazła się jedynie garstka trzydziestu dwóch tysięcy kobiet. Poszły w niewolę tylko dzięki mało znaczącemu atutowi dziewictwa. Zaiste, osobliwy to gest łaski. W pewnym obozie zgładził Asyryjczyków w liczbie aż stu osiemdziesięciu pięciu tysięcy. Beniaminów wyciął na ponad dwadzieścia tysięcy. Filistynów w jednym tylko mieście ukatrupił dwanaście tysięcy. Eksterminował w całości nieustaloną ilość ludu Abimeleka, wraz z kobietami, młodzieżą i dziećmi. Na dwa miasta Sodomę i Gomorę, tę Hiroszimę i Nagasaki ery przedatomowej, spuścił deszcz siarki i ognia za to, że jego mieszkańcy praktykowali modny dziś liberalizm obyczajowy. Zbiorowo likwidował swoich przeciwników ideowych, którzy dzisiaj mogliby być zwykłą opozycją w parlamencie i włos by im z głowy nie spadł. Karał za grzechy ojców ich synów, licząc do czwartego pokolenia. No i wreszcie masakra nad masakrami. Za pomocą narzędzia zbrodni zwanego potopem udało mu się zgładzić całą ludzkość minus rodzina protegowanego Noego, a nadto całą florę i faunę minus zwierzęta wodne. Nasi tytularni ludobójcy, panowie Hitler i Stalin to przy nim amatorscy pikusie. Tak. Zaiste, straszne było dostać się pod pręgierz jego gniewu. Jego ręka miała cztery palce karzące i tylko jeden, piąty miłosierny, ale tylko dla swojego narodu wybranego.

Zrobił pauzę dla nabrania głębszego oddechu.

– Pana tekst będzie rodzajem Sądu Ostatecznego, na którym ofiary wymierzą karę swemu oprawcy, czyli będzie to sąd teologicznie zdeformowany a pan w nim sędzią wszystkich sędziów. Bóg na ławie oskarżonych to będzie mocna, ale i zasłużona sytuacja. Niech pan stawia w nim siebie ponad wszystkim. Każdy przytomny literat pisze najpierw dla siebie, potem na chwałę Bożą a w ostatniej kolejności dla czytelników. I to jest piękne. Tak. Tylko pan napisze „ad minorem Dei gloriam”, skoro wszyscy dotąd pisali „ad majorem”. Czy kolega rozumie powagę zadania?

– Tak. – Półnagłówek przytaknął kłamliwie cytatem ze swego szefa.

– No to wspaniale – Nadnaczelny potrącił nutę emfazy. – Nie ma doskonalszego porozumienia, jak to, kiedy ręce wykonują to, co pomyśli głowa. Tak. No to powoli kończymy. Został nam już ostatni punkt, a ten zarezerwowałem dla pana, redaktorze Emmanuelu.

Wyróżniony odpowiedział uprzejmym skinieniem głowy.

– Proszę nie mieć mi tego za złe, ale odnoszę wrażenie, że pan najbardziej obija się w całym naszym zespole. Tak. Może więcej myśli, ale mniej robi. Nie mówię, myślenie to też rodzaj pracy, ale dającej mało wymiernych efektów. Nie, nie, niech pan nie zaprzecza. U nas, jak wszędzie, liczy się konkret i ilość. Bardziej aktywność niż pomysłowość. To może brzmieć jak herezja, skoro stale idziemy pod prąd, ale tak jest. A z tym jest u pana na bakier. Tak. Znamy się nie od dziś, więc mogę być szczery. Ostatni z grzechów głównych to morze, w którym czuje się pan jak ryba. Mam wrażenie, że będąc na etacie, czuje się pan jak na urlopie. Skądinąd wiem, że w dzieciństwie był pan zdolnym, ale leniem. Teraz wyrósł pan na inteligentnego człowieka, czyli takiego, który robi wszystko, żeby nie robić nic. Nie obarczę pana napisaniem kolejnej pochwały próżniactwa, pełnej frazesów, że ludzie po to wymyślili maszyny, komputery i różne fikuśne automaty, aby nie brudzić sobie rąk pracą. Kolejnego powtarzania, że praca jest niewolą, a lenistwo wolnością. Że może w dawnych czasach, kiedy człowiek musiał wszystko robić własnymi siłami, lenistwo było wadą, ale przecież nie dzisiaj. Że ten grzech jest już staroświecki i nieaktualny. Że cywilizacja, im bardziej staje się nowoczesna, tym bardziej rozszerza obszar nicnierobienia. Że leń to szczęśliwy pasożyt, a nieszczęśliwi są pracusie, bo są ciągle przemęczeni i rujnują sobie cenne zdrowie. Że nie robiąc nic, nie można czegoś zrobić źle, więc żyje się w błogostanie autodoskonałości. Że dopiero porządne zmęczenie pozwala docenić smak wypoczynku. Dlatego pojedzie pan w teren, aby zaświadczyć czynem przeciwko tym tezom i własnemu lenistwu. Uda się pan na Nocnik.

– Na co, przepraszam? – Emmanuel sądził, że się przesłyszał.

– Na Nocnik – powtórzył. – Taką nazwę nosi łikendowy festiwal piosenki poetyckiej i turystycznej w Łęczycy. To urokliwe, starożytne miasteczko, oczywiście jak na skromny rozmiar naszej historii. Tak. Nocnik… Sam nie wiem, dlaczego tak się nazywa, ale pan się tego z pewnością dowie. Pojedzie pan tam i napisze relację. Zrecenzuje pan występujące tam kapele, ale z przychylną wyrozumiałością, bo oni dopiero zaczynają, a wiadomo, że pierwsze edycje, jak pierwsze randki, rzadko kiedy się udają. Potem, w małżeństwie jakoś rutynowo leci. Tutaj ma pan zaproszenie, które nam przysłali, bo objęliśmy ich patronatem medialnym. Program na odwrocie. Nawał materiału do zebrania zmusi wreszcie pana do wysiłku, czego szczerze redaktorowi życzę. Tak. Na uczciwe lenistwo trzeba sobie porządnie zapracować.

Zamyślił się, aby przypomnieć sobie, czego zapomniał, ale w głowie miał już pustkę, a w trzewiach tęsknotę za obiadem, więc dobiegł do wyczekiwanej przez wszystkich mety.

– Dziękuję państwu – podsumował – szczególnie za brak oporu wobec udzielonych im rozkazów i dyscyplinę, tak rzadką w naszym zawodzie. Posyłam was na wszystkie tematy świata, abyście ubrali je we właściwe słowa. Dla zachęty dodam, że z powodu szczególnej okazji jubileuszowego numeru dostarczone teksty nie będą cenzurowane. Tak. Daję dyspensę od świętej zasady, że tekst skrócony o połowę, o połowę zyskuje na jakości. Wiem, że pisanie to przyjemność, a skracanie to męka, dlatego niechaj raz będzie inaczej. Uwalniam przyjemność z cierpienia. Może nie powinienem jeszcze tego ujawniać, ale po ukazaniu się naszego świątecznego tytułu wydawca zapowiedział uroczysty bankiet.

Wiadomość ożywiła zwiędłe nastroje redakcyjnej drużyny. Rozległy się spontaniczne oklaski. Raźno powstano od stołu obrad, bo każdy dokąś się spieszył. Pismacza do zaprzyjaźnionego magla na tradycyjne ploty, bez których życie umysłowe kobiety jest jałowe i zieje pustką. Wydziwiałek do sklepu po wódkę, bowiem lubił powiadać, że jak człowiek wypije, to ma przerąbany jutrzejszy poranek, ale jak nie wypije, to ma przerąbany dzisiejszy wieczór, a to bliższa czasowo perspektywa. Graff-Omanowiczowa, aby podlać kwiatki, których zeschnięcie mogłoby dać małżonkowi pretekst do niezasłużonego rozwodu, bo chłop jest delikatny i drażliwy. Rzęzipiór do młodej kochanki, którą zostawił w mieszkaniu samą, czyli nieprzewidywalną w myślach i czynach, zwłaszcza w nieodpowiedzialnych próbach nałożenia mu na serdeczny palec złotego jarzma. Chudoszpaltowa na kolejny odcinek telewizyjnego serialu kulinarnego, który tym razem miał pokazywać, jak przyrządza się różne przysmaki kuchni egzotycznych, takie jak hiszpańskie duszone jądra bycze, nigeryjski grilowany łeb kozi, chińska potrawa z abortowanych płodów ludzkich, meksykańskie Escarnale z larw wielkich, czarnych mrówek, kambodżańsko – filipiński Bałut z gotowanych kaczych jaj tuż przed inkubacją, tatar z poporodowego łożyska ludzkiego à la anglaise, tajwańska zupa z tygrysiego penisa, a wszystko popijane koreańskim winem Etam ze sfermentowanych myszy. Półnagłówek do drugiej pracy, gdzie dorabiał sobie jako trener rozwoju umiejętności osobistych, co brzmiało poważniej niż dziennikarstwo, które jest zajęciem głównie dla młodych, bo potem trzeba zmądrzeć, czego jeszcze nie uczynił. Tylko Emmanuel zwyczajnie wyszedł na balkon, aby zaciągnąć się toksycznie odprężającym dymem papierosa pod niebem, zwiastującym mu wydarzenia, których w najśmielszych myślach nie mógłby się spodziewać.

Rozdział 4. Bóg wręcza Barankowi księgę przeznaczeń

Łęczyca powitała go prowincjonalnym urokiem miasta, które wielkość i świetność miało już dawno za sobą i wiodło normalny, spokojny byt na dawnych zgliszczach. W dworcowym bistro zaopatrzył się w kawę, mającą postawić go na nogi po usypiającej monotonii podróży. W miarę smakowania jej gorzkiego aromatu sondował wzrokiem nowe otoczenie aż wyłuskał z niego zapraszający tytuł informacji turystycznej, w sam raz dla niego i tych, co zdecydowali się przyjechać, ale jeszcze nie wiedzą, gdzie będą nocowali.

– W jakim przedziale cenowym interesują pana kwatery? – zapytała młoda, rezolutna panienka z okienka.

– Ja nie prywatnie, tylko na koszt redakcji, więc może być jakiś pensjonat.

– Pensjonat? – powtórzyła za nim z nutką szyderczego rozbawienia. – U nas nie ma żadnych pensjonatów. Nie jesteśmy modnym, luksusowym kurortem, więc polecam tylko hotel Senator. Dojście jest dość kłopotliwe, ale przed dworcem stoją taksówki. Lepiej dojechać, niż się męczyć.

– Też prawda – rzucił na pożegnanie. Dziękuję i do zobaczenia, jeśli miałbym przyjechać ponownie.

Senator wyglądał na wszystko, tylko nie na hotel. Do złudzenia przypominał staroszlachecki, parterowy dworek, którym zapewne był w przeszłości. Emmanuel wyobrażał sobie, że za progiem przyjmie go jowialny, sumiasty Zagłoba w sarmackim żupanie i sobolim kołpaku z fantazyjnym jedwabnym kutasem, a tymczasem nic z tego. Za kontuarem stał chudy recepcjonista ze sztucznie przylepionym uśmiechem.

– Czym mogę służyć? – zagaił rutynowo.

– Muszę się zatrzymać tutaj na kilka dni.

– Nazwisko?

– Sandalfon. Pisze się S-a-i-n-t D-a-l-p-h-o-n-e.

– Jak? – recepcjonista udawał, że nie dosłyszał. – Satanel?

– Nie. San-dal-fon.

– Pan jest Francuzem?

– Gdzieżbym się ośmielił… Mój pradziadek po mieczu przybył do Polski z Westerwaldu za chlebem jako guwerner do pałacu hrabiego Puciatyckiego. Przed śmiercią zapomniał spolszczyć nazwisko i tak już zostało.

– Z Westerwaldu? – Recepcjonista przez chwilę starał się odświeżyć w myślach geografię. – To znaczy z Niemiec? Pan jest Niemcem?

– Uchowaj Boże. Cóż za niestosowne podejrzenie. Jestem zwykłym Polakiem.

– Przepraszam. Nie wpadłem na to, że może pan być Polakiem. Cudzoziemska tożsamość może każdego zmylić. Jeżeli uważa się pan za Polaka to pewnie jest pan Żydem.

– Cóż za pochlebiające mi podejrzenie… Żydzi to najzdolniejsza sól tej ziemi. Gdyby kulturze polskiej odjąć Żydów, to niewiele by zostało.

– Ja też sądzę, że antysemityzm jest zazdrością innych, iż Żydom się udaje, a im samym nie. Ale może nie rozwijajmy tej dyskusji.

Dla zatarcia kłopotliwego wrażenia zmienił temat.

– Jakież to musiały być piękne czasy – westchnął. – Kto by pomyślał. Z Zachodu do Polski na zarobek. Dzisiaj w tym samym celu wszyscy emigrują w odwrotnym kierunku. Niech to diabli, jakich czasów dożyliśmy.

Oderwał wzrok od ekranu komputera.

– Niestety nie mam dla pana dobrych wiadomości. Szkoda, że nie dokonał pan rezerwacji, bo nie mamy żadnych wolnych miejsc. Mamy tylko sześć pokoi na siedemnaście osób. Wszystkie zajęte przez uczestników konferencji weterynaryjnej. W ogóle źle pan trafił w tym terminie. Dziś jest piąty lipca. Początek sezonu turystycznego. No i jeszcze zaczyna się ten Nocnik.

– Szczerze mówiąc, ja właśnie na niego.

– Pan występuje?

– Czy ja wyglądam na takiego? Jestem reporterem. Ja tylko opisuję.

– Nie szkodzi.

– Może coś się znajdzie w innych hotelach?

– Proszę pana, to jest małe miasto. Tutaj nie ma innych hoteli. Są w okolicy, ale trzeba dojeżdżać. Pan jest samochodem?

– Niestety…

– Racja. Przy dzisiejszej cenie benzyny, jednej osobie się nie opłaca.

– To może znalazłaby się jakaś kwatera? Ominie mnie luksus, ale trudno, będę za to czuł się swojsko, jak u siebie.

Recepcjonista spojrzał na niego z politowaniem.

– Jeśli tu jest sześć ulic na krzyż, to ileż może być kwater? Kwatery są najtańsze. Harcerze zaklepują je już w maju.

– To harcerze nie obozują w namiotach?

– Takie czasy. Ludzie mają wymagania, bo obrośli już w mały komfort i luksusy. Ale jeśli pan na Nocnik, to niech się pan do nich zgłosi. Do organizatorów. Dyżurują na Zamku. Oni mają własne zakwaterowanie. Ale ja mam lepszą propozycję. Pójdzie pan do więzienia.

Emmanuel pomyślał, że się znowu przesłyszał.

– Dokąd?

– Och, proszę się nie przerażać. To więzienie w stanie likwidacji. W przyszłym roku już go nie będzie. Wcześniej, przez całe wieki był tam klasztor dominikanów. Ma świetną lokalizację, bo pod samym Zamkiem. Sprzed hotelu dojdzie pan prosto Ozorkowskim Przedmieściem. Powoła się pan na mnie u dozorcy, to na pewno coś panu znajdzie. Życzę powodzenia.

Emmanuel skinął głową na pożegnanie i odwrócił się. Dopiero teraz dostrzegł niepozorny stojak z inskrypcją:

I Paranaukowa konferencja poglądowa. Menażeria urojona w teorii weterynaryjnej.

Podszedł bliżej, aby doczytać niewyraźne litery pod spodem i wtedy dobiegły go strzępy stłumionego monologu, dobiegające zza szklanych drzwi. Zaciekawiony uchylił je, a wówczas ujrzał przyciemnioną salę, wypełnioną rzędami głów, wpatrzonych w duży ekran, emanujący zmieniającymi się obrazami dziwnych stworzeń. Wszedł do środka, jak do tajemnej pieczary, kryjącej kulisy jakiegoś mrocznego kultu.

– Można by powiedzieć – referował niewidzialny prelegent – że pojęcia etyczne i moralne, jak je zwie laikat, w terminologii kręgów uduchowionych były ilustrowane za pomocą zwierząt, towarzyszących człowiekowi od prawieków, a zatem najbliższych jego codziennemu doświadczeniu. Chodziło o sprowadzenie abstrakcji do trywialnego konkretu. Pojęcia te przybierały różne formy, ograniczone jedynie wydolnością ludzkiej wyobraźni, która, jak wiemy, nie zna granic. Generalnie pomysłowość demonologii w tym względzie daleko przewyższała angelologię. Oczywiście najstarszym wyobrażeniem jest wąż kusiciel, który z czasem stracił na dogmatycznej atrakcyjności, dożywając dawnej sławy już tylko w apokryficznych piktogramach gnostyckich. Tu widzimy go na jednym z jakże wielu rajskich obrazków, zapełniających dziś już tylko katechizmy dla dzieci. To skądinąd jego właściwe miejsce, bo jako symbol falliczny, ma służyć ich uświadomieniu seksualnemu. Był czczony w kulturach antycznych, ale dopiero oficjalne chrześcijaństwo doszczętnie zepsuło mu opinię. Współcześnie tylko my, lekarze, słudzy Eskulapa, uratowaliśmy mu niezasłużenie utraconą reputację, wziąwszy go za emblemat naszej profesji. Dopiero w średniowieczu, a już szczególnie po wynalezieniu druku, poczciwego węża zastąpiły istoty lepiej nadające się do liturgicznego straszenia ludzi. Były to smoki, zwane ogólnie bestiami, zwłaszcza polikapituralne, czyli wielogłowe, które moglibyśmy traktować jako mutanty krokodyli czy waranów, gdyby ich ewolucja nie zatrzymała się miliony lat temu albo jako dinozaury, gdyby nie były uprzejme wyginąć. Tutaj widzimy jednego z nich, przeszywanego włócznią przez świętego Jerzego, który nigdy nie istniał, a mimo to dostąpił zaszczytu kanonizacji. Urodziły je szczególnie fantazyjne majaczenia słynnego czarnowidza z wyspy Patmos, który też nie istniał. Dzisiaj wszystkie te stwory wegetują w bajkach, oddziałują raczej humorystycznie na niżej zorganizowaną i łatwowierną psychikę infantylną. Diabły zaś widziano wszędzie i to pod najwymyślniejszymi wcieleniami. Takimi, jakich by nie wymyślił najbardziej szalony autor podręcznika naszej ukochanej dziedziny wiedzy, weterynarii. Patologia jest tutaj wprost niewyczerpana. Na przykład tutaj mamy lwa z łapami kaczki i kusym zajęczym ogonem. Wygląda pociesznie i niewiarygodnie. To akurat podrzędny devil imieniem Pies alias Ajperos. A teraz proszę, byk za skrzydłami gryfa. To drobny szatanek Zagam, posiadający, nie uwierzą państwo, święty dar przemiany wody w wino. Skąd my to znamy, chciałoby się zapytać. W tym zaś psie ze skrzydłami sępa rozpoznajemy oczywiście Kaakrinolaasza, tytułowanego prezydentem, bo w przeciwieństwie do wszystkich ludzkich polityków, co przepowie, to mu się sprawdzi. Są też ropuchy, partnerki do tańca dla czarownic i wiedźm na sabatach. Oczywiście dla uczciwości w zobrazowaniu zagadnienia nie mogę przemilczeć faktu, że tym szkaradnym kreaturom nadawano też postać antropomorficzną, koniecznie odzianą w małpią sierść, rogi i ogon jako szyderstwo ze stworzenia człowieka na obraz i podobieństwo boże, ale to już nie jest problem naszej dyscypliny. Weterynaria, jakkolwiek w demonologii może aspirować do wysokiej rangi animalistycznej psychiatrii, o tyle w angelologii nie ma wiele do powiedzenia. Duchy czyste to wyłącznie uskrzydleni ludzi, a więc podpadający pod medycynę humanoidalną. Trudno byłoby ich uznać za wysublimowane łabędzie czy uwznioślone gęsi. Wszystkie figuratywne wyobrażenia aniołów w ilustracjach, malarstwie i rzeźbie są statyczne, jak postaci ludzkie, a nie ujęte w locie, bo wtedy ich ptasia natura wyszłaby kompromitująco na jaw. To dla nas kłopotliwa sytuacja. Wolelibyśmy, aby te jestestwa były zdehumanizowane. Możemy zapytać, dlaczego ludzkość była tak pomysłowa w mnożeniu bytów nieczystych, a ich seraficznym odpowiednikom nadała zunifikowaną formę. Mnie osobiście brak jest wytłumaczenia. Czy przez lenistwo umysłowe? Paraliż fantazji? Bojaźń bożą? Lęk przed świętokradztwem? Na te pytania odpowiedzmy sobie sami. Dziękuję za uwagę.

Rozbłysło światło, rozległy się oklaski. Audytorium w jednolitym wieku, płci i wyglądzie, umundurowane w zawodowe, mlecznobiałe kitle powstało jak jeden mąż z krzeseł, zasłaniając widok na scenę. Gwar rozmów przytłumił zapowiedź następnych wykładów, z których można było dosłyszeć tylko coś o eufemicznym uzusie nomenklatury baranka na określenie nieprawej progenitury w Palestynie okresu początku naszej ery, deformacji umysłowej kozłów ofiarnych i gołębi, opętanych przez Ducha Świętego oraz innych, o tytułach trudnych do zapamiętania.

Emmanuel, nie chcąc być intruzem w tym towarzystwie, wyszedł do foyer. Skierował się do wyjścia, kiedy zatrzymał go kobiecy głos:

– Proszę pana!

Odwrócił się. Za recepcyjnym kontuarem nie było już jego rozmówcy, tylko młoda dziewczyna.

– Pan Sandalfon, prawda?

– Jak najbardziej.

– Kolega zapomniał przekazać, a już skończył dyżur. W boksie był list do pana.

– Do mnie? – zdumiał się – To niemożliwe. Ja tutaj nikogo nie znam, z nikim się nie umawiałem. Nikt nie wie, że tutaj przyjechałem.

– Pan może nie zna, ale widocznie ktoś pana zna – odparła rezolutnie.

Rozerwał wręczoną kopertę i wydobył ze środka bilet wizytowy. Czarną, szponiastą czcionką było na nim wykaligrafowane:

Jego ProminencjaBoruta BorowyLanciciae Consul Infernales

Na odwrocie zaś tajemniczo nabazgrane:

Do zobaczenia wkrótce

Nie wiedział, co to ma znaczyć. Uznał, że ktoś najwyraźniej stroi sobie z niego żarty więc wrzucił kopertę do stojącego nieopodal kosza i ruszył w stronę czekającego go zakładu odosobnienia.

Fronton budowli nie przemawiał złowrogą siłą. Gdyby nie kraty w oknach i sznurki kolczastego drutu w tle, można by przypuszczać, że to zwykły przedwojenny blok mieszkalny, trochę tylko nadgryziony zębem czasu i zglajszachtowany przez konformizm architekta. W odwachu siedział postawny i zaawansowanie łysiejący funkcjonariusz w rozchełstanym mundurze, spod którego wyzierał gimnastyczny podkoszulek. Dzierżył nadgryzioną bułkę w tłustym papierze, osłoniętą gazetą, którą właśnie czytał.

– Dzień dobry – Emmanuel zameldował się. – Przepraszam, że przeszkadzam w konsumpcji. Ja…

– Wiem, wiem – stróż prawa kiwnął potakująco głową po przełknięciu kęsa. – Miałem już telefon w pana sprawie. Ale nawet gdybym go nie miał, to i tak nie musi pan nic mówić. Pana wygląd mówi za pana. Hotel pełny, co?

– No właśnie. Recepcjonista…

– Wiem, wiem. Mamy taki układ z zięciem, że mi będzie podsyłał gości, jakby co. Wiadomo, jak to jest. Klient będzie zadowolony a i mnie wpadnie trochę grosza do kieszeni. Dzisiaj są ciężkie czasy. Trzeba sobie pomagać, nie? Nawet w tym pudle, kurdwa maciejowa.

I nie czekając na odzew, uciął krótko:

– Pan na długo?

– Nieeee, na dwa, może trzy dni.

– No to szkoda, kurdwa maciejowa. Wolałbym na dłużej, ale się nie dziwię. Cóż tu jest do zwiedzania? Zamek i nic więcej. Dłużej można pobyć na tym, no, turnieju rycerskim, ale to dopiero za miesiąc.

– Teraz zaczyna się jednak turystyczny festiwal piosenki o dziwnej, choć urzekającej nazwie Nocnik.

– Taaak? Nie słyszałem.

– Bo to pierwszy raz. Właśnie przyjechałem, aby zrobić sprawozdanie do gazety.

– Pan pisze do gazety?

– No cóż… Ktoś pisać musi, aby czytać mógł ktoś.

– To się świetnie składa. Dam panu celę po mężu takiej pisarki, już nie pamiętam nazwiska. Moja wnuczka przerabiała w szkole jej wiersze o sierotkach czy krasnoludkach. Mieli tu dworek niedaleko.

– A co ten mąż zbroił, że siedział? Zabił kogoś?

– Gorzej, panie. Kiblował za długi karciane. Nie miał ich czym spłacić, więc stracił honor. Dawniej honor znaczył więcej niż życie. Był na równi z Bogiem i ojczyzną. Ludzie się pojedynkowali, aby stracić życie, ale ocalić honor. Dzisiaj honorowi są tylko dawcy krwi i osadzeni. Bo u mnie jak frajer albo zgred zapodał, że uskuteczni wbitkę i tego nie zrobił, to go urkagany przecwelowali. Honor w mamrze, pierwsza sprawa. A to było porządne więzienie. W całej historii ani jednego samouwolnienia. Przez ponad trzy wieki.

– To rzeczywiście piękny dorobek. Jest z czego być dumnym.

– Ale wszystko się kiedyś kończy, nawet butelka, kurdwa maciejowa – zaśmiał się. – Teraz siedzi jeszcze recydywa w trzecim oddziale, ale do końca przyszłego roku wszystko ma być puste. Budynek pewnie pójdzie na sprzedaż. Kto go kupi, nie wiadomo. Nie ma żadnych przecieków. Na pewno nie odkupią go Dominikanie, choć to oni budowali. Brak powołań i pewnie brak pieniędzy choć dostaliby pewnie sporą zniżkę. Ja też panu dużo nie policzę. Jakieś ćwierć tej stawki, co w hotelu, bo jednak u mnie nie ma luksusów. Chodź pan, pokażę celę.

Wyszedł ze swej kanciapy na korytarz. Emmanuel podążył za nim jak cień.

– Tutaj była świetlica – objaśnił, otwierając drzwi i wchodząc do środka. – Na ścianach urki namalowali poczet królów polskich. Patrz pan i podziwiaj, jakich mieliśmy zdolnych ludzi, kurdwa maciejowa.

– No fakt – Emmanuel mlasnął z podziwem, rozglądnąwszy się po wnętrzu. – Artyści, jak się patrzy. Chyba się tutaj marnowali z takimi talentami.

– To przez nudę, panie. Nuda jest najgorszą karą w więzieniu. Mając za dużo wolnego czasu, człowiek zaczyna się zastanawiać nad sobą i odkrywa umiejętności, na których praktykowanie w normalnym życiu nie mógłby sobie pozwolić. Bo wiadomo, dziesiątki spraw do załatwienia, setki problemów, tysiące obowiązków. A w pudle, jak w klasztorze. Cisza i spokój. Nikt i nic nie przeszkadza. Raj dla klientów z pomyślunkiem i wyobraźnią. Pełna wolność dla głowy, choć reszta ciała za kratami.

Zaśmiał się ponownie. Emmanuel z grzeczności również się uśmiechnął.

– Oj, chyba pan trochę dorabia filozofię do nieciekawych realiów życia – wtrącił w polemicznym odruchu.

– Ja tam panie nie znam się na żadnej filozofii, tylko mówię, jak jest. Jestem prosty człowiek, to mówię prosto. Mieliśmy już tutaj takiego, co sam przyznał, że nasz zakład karny stał się spełnieniem jego literackich planów.

– Nooo, tu już pan naprawdę przesadził.

– Ja nie jestem ogrodnik, żeby przesadzać, tylko zwykły portier, ale taki, co to już niejedno widział. Słyszał pan o Karolu May’u?

– Jakże mógłbym nie słyszeć o ojcu Winnetou?

– No i on wlaśnie odkrył swoje pisarskie, że tak powiem, powołanie, właśnie siedząc w ciupie. Zdarzyło mu to się kilka razy za drobne kradzieże. Tam rozkwitł jego talent. Gdyby nie ten fakt, jakże uboższe byłyby nasze młode lata…

– No a co z tym marzycielem?

– To był młody gość. Pochodził z trudnej, rozbitej rodziny. Został wyrzucony z domu albo sam z niego uciekł, bo nie mógł wytrzymać. Nie miał gdzie mieszkać, więc wprosił się do jakiejś dziewczyny, ale ona znalazła sobie innego, więc meta się skończyła. Błąkał się to tu, to tam bez celu i sensu. Życie dawało mu w kość. Cały czas myślał o stabilizacji, a tę mógł znaleźć albo w rodzinie, albo w zakładzie odosobnienia. Pierwsza na razie nie wchodziła w grę, więc pewnego dnia coś tam wypił, wsiadł na jakiś, może zajumany rower i pojechał w trasę po mieście. Chciał spowodować jakąś kolizję, ale nie zdążył. Został szybko ujęty przez policję i skazany przez sąd, ale miał biedak pecha, bo wyrok oczywiście dostał w zawiasach, więc pozostała mu tylko recydywa. No więc na plenerowym festynie pieśni patriotycznych dorwał się w przerwie do mikrofonu i wygarnął władzy po imieniu w słowach, jak to się mówi, uznanych za obelżywe. Był łatwą ofiarą wymiaru sprawiedliwości. Dostał kolejny wyrok za lżenie prezydenta i Nadnaczelnych organów władzy państwowej. Wtedy odwiesili mu ten pierwszy. Pudło stanęło przed nim otworem. Siedział właśnie u nas. Z nudy zaczął pisać, jak mówił, książkę swego życia. O tym, co przeszedł i co przemyślał. O nic już się nie musiał troszczyć. Miał dach nad głową, własną pryczę, darmowy wikt i opierunek. Współwięźniowie go szanowali i nazywali profesorem. Jego książka została wydana przez resort jako wzorowy przykład resocjalizacji i wkrótce została nagrodzona na ogólnokrajowym konkursie twórczości penitencjarnej. Na wolności nie miał warunków do napisania choćby jednego słowa, a gdyby nawet miał, to potem błąkałby się po wydawcach z marnym skutkiem, a u nas od razu zrobił karierę. Brak wolności potrafi dać więcej wolności niż sama wolność, kurna maciejowa.

– No tak, to budująca historia – Emmanuel wzruszył się.

– Dałbym panu jego celę, ale jest właśnie w remoncie. Może jak pan następnym razem przyjedzie, to będzie gotowa.

– Oj, chyba nie, bo redakcja nie da mi zlecenia na drugi Nocnik. Ona nie zna recydywy.

Cerber puścił żart mimo uszu. Otworzył przyciężkawe drzwi.

– To jest pana pokój. Myślę, że będzie w miarę wygodny i mimo krat w oknie, nie będzie budził złych skojarzeń.

– Bynajmniej – Emmanuel zgodził się uprzejmie. – Postaram się czuć raczej jak w klasztorze u Dominikanów niż w więzieniu.

– No to witajcie w Łęczycy! – Wzniósł nieco sarkastyczny, abstynencki toast i skierował się na powrót do swej stróżówki. Po paru krokach odwrócił się i jeszcze dodał:

– Jak by pan czegoś potrzebował, to jestem cały czas w swoim kantorze. Łazienka jest naprzeciwko, ale prysznice chwilowo nie działają.

– Dziękuję panie generale – Emmanuel zakrzyknął do oddalających się pleców.

– Dziękuję za awans, ale w randze jestem tylko emerytowanym majorem w stanie spoczynku – odkrzyknął tamten, zanim zniknął za rogiem korytarza.

– A tak na przyszłość to mam na imię Achazriel – usłyszał jeszcze echo. – To mój pseudonim, którym podpisywałem tajne sprawozdania do centrali.

– Rozkaz, majorze Achazrielu – zasalutował, choć nie było już komu.

Rozdział 5. Wizja Baranka Bożego

W tak zwanym pokoju Emmanuel zzuł z ulgą plecak na tapczan. Rozpruł zamek błyskawiczny i zabrał się za rozpakowywanie. Wydobył z wnętrza podręczny notes marki „zapisz to i zapomnij” z wizerunkiem świętego Franciszka Salezego, suflerarz pytań do wywiadów, syrop na rozjaśnienie umysłu, zestaw ołówków różnej długości, brzytwę do ich zaostrzania, torebkę nieskonsumowanych kanapek, wymiętoszony garnitur na wypadek rozmowy z burmistrzem, fotoaparat ze zmiennym fokusem, słownik gwary łęczyckiej, podręczny generator natchnienia, pochłaniacz złej aury, kieszonkowy wykrywacz duchów oraz oczywiście pantofle, które natychmiast włożył na zmęczone podróżą nogi. Dopiero poczuwszy ulgę przypomniał sobie, że pierwszą czynnością, którą należy wykonać po przyjeździe, to wysikać się. Zamknął się w ubikacyjnym aneksie, obudowanym pilśniową płytą i spokojnie ulżył pęcherzowi.

Wychodząc spojrzał w lustro i ze zdumieniem, a nawet przestrachem zauważył w nim siedzącego wygodnie w krzesłopodobnym fotelu dystyngowanego dżentelmena w łudząco podobnym surducie, co prelegent weterynaryjnego seansu.

– Co pan tu robi? – Emmanuel zapytał nieswoim głosem.

– Och, proszę się nie denerwować – powiedział, wstając i wchodząc do środka. Był dość postawny, wysoki, z aureolą siwych włosów do ramion, wydatnym nosem sterczącym nad podkręconym do góry wąsem i z monoklem w oku, co w sumie nadawało mu wygląd staroświeckiego intelektualisty.

– Wpadłem w krótkie, kurtuazyjne odwiedziny. Rzadko się zdarza, aby nasze skromne miasto odwiedzały takie znakomitości, więc nie mogłem pozostać obojętny. Jako gospodarz tego miasta nie mogłem pana nie powitać.

– Ale jak pan wszedł? Z lustra? I w dodatku bez pukania? – dodał z oburzeniem.

– Rzeczywiście, może mi to być poczytane za pewnego rodzaju niegrzeczność, ale nie mam zwyczaju pukać. Ja przenikam.

– Co proszę? – Emmanuelowi wydało się, że po raz trzeci się przesłyszał.

– Nie, nie przesłyszałeś się młodzieńcze – przybysz czytał w jego myślach. – To przekleństwo, że mogę być wszędzie, gdzie tylko zechcę, bo widzę i wiem za dużo. Żyć w nieświadomości jest znacznie lżej i wygodniej, wierzaj mi.

– Chce pan powiedzieć, że…

– Tak. Słusznie się domyślasz. Czasami czuję się nieswojo we własnej skórze. Chciałbym być zwykły i przeciętny, ale moja natura skłania mnie do czynienia rzeczy, urągających ludzkiej logice i rozsądkowi. Mogę się chyba zwracać do ciebie poufale?

– Ależ proszę się nie krępować.

– Skłania mnie do tego sędziwość wieku. Ja już przeżyłem niemierzalnie więcej niż ty. Widziałem obrazy, których jeszcze nie pojęła twoja wyobraźnia i słyszałem słowa, jakich nikt ci, nawet szeptem, nie wlewał do ucha. Mój ród istnieje na świecie, odkąd małpa zyskała świadomość, czyli duszę i zaczęła mówić. Bóg najpierw stworzył nas, dopiero potem człowieka, że się tak nieprawomyślnie i heretycko wyrażę.

– Proszę mi wybaczyć, ale nadal nie mogę zrozumieć…

– Nie dziwię się twojemu zdziwieniu. Może powinienem wysławiać się jaśniej, ale cóż poradzić na przyzwyczajenie i rutynę.

– Jest pan iluzjonistą? Albo jasnowidzem?

– W pewnym dość szczególnym sensie tak.

– W takim razie kim pan właściwie jest?

– Powiedzmy, że jestem twoim cieniem.

– Kim? – powtórzył, nie rozumiejąc odpowiedzi.

– Częścią twojej przemilczanej, wzgardzonej, utajnionej, ciemnej i stłumionej natury. Tym, o czym nie chcesz pamiętać, a jeśli zapamiętałeś, to chciałbyś zapomnieć.

– Nie bardzo pojmuję.

– Nie musisz, skoro zaludniam twoją nieświadomość. Nie muszę się też chyba przedstawiać. To zbytek konwencji. Zostawiłem ci przecież wizytówkę.

Emmanuel zmarszczył brwi, usiłując przypomnieć sobie treść wizytówki, by ją po chwili skojarzyć z ulgą.

– Frater, znaczy się Pater Boruta? Jego Prominencja! – ni to zapytał, ni stwierdził.

– Powiedzmy… W każdym razie przyjmij mój chłopcze gratulacje z okazji poznania mnie. Nie każdy dostępuje takiego zaszczytu, uwierz mi.

– Myślałem, że ta wizytówka to jakiś żart, wymyślony dla turystów w celu promocji miasta.

– Cóż za niedorzeczna myśl – zaprotestował. – Nigdy bym się nie podjął tak trywialnej działalności. – Słyszałeś zapewne o diable Borucie.

– Każde dziecko słyszało. Oczywiście dziecko starej daty, bo te dzisiejsze nie interesują się już bajkami. Po wyjściu z kołyski od razu biegną do komputera po nie zawsze przeznaczone dla siebie treści.

– Opowiedz mi, co wiesz o tym jegomościu, abym nie musiał powtarzać faktów dobrze ci znanych.

– Z tego, co mi wiadomo, był to pewien zwalisty kmieć, co wyciągnął z błota karetę króla Kazimierza Wielkiego, gdy ten wracał ze starego, drewnianego kasztelu w zakolu rzeki Eiswarty i śpieszył się do kochanki, pewnej łęczyckiej mieszczki, czym zaskarbił sobie taką wdzięczność monarchy, że ten obiecał mu synekurę pod wznoszonym właśnie, murowanym zamkiem, czyli arendę karczmy.

– Brawo! – wykrzyknął wizytator z takim impetem, że aż monokl spadł mu z nosa.

– Musiałem trochę przygotować się przed przyjazdem tutaj – Emmanuel skwitował spazm uznania. – Mam napisać pewną relację, która potem pójdzie do druku. Doczytałem, że arenda była typowym wyszynkiem z prawem propinacji. Boruta bez skrupułów wykorzystywał to prawo do upijania każdego, najchętniej na borg, pod zastaw wszelkiego dobra materialnego, które potem sekwestrował, gdy jego posiadacz, a właściwie ofiara, nie mogła się wypłacić. Oczywiście doniesiono królowi o tym procederze, który zyskał jego uznanie. Zamek wymagał pieniędzy na dokończenie budowy, więc ustanowił Borutę starostą grodu z prawem poboru podatków i wszelkich danin. Ten w nowej roli poczuł się doskonale, łupiąc ludność ponad wszelką, przyzwoitą miarę. Dzięki temu zamek rychło był gotowy, a on sam rozsiadł się pod nim jako pan i władca. Nosił się w szlacheckim kontuszu, który mu nie przysługiwał, ale odpowiadał rozmiarowi jego pychy. Opinię miał u wszystkich zszarganą, toteż po śmierci jego dusza trafiła w mroczne zaświaty, jeśli mogę je tak oględnie nazwać. Tyle legenda. Zastanawia mnie jednak, dlaczego Wasza Prominencja chlubi się jego niegodną tożsamością.

– To chyba oczywiste. Aby być zrozumiałym dla ludu, bo skoro już dzieci. – Zaśmiał się. – Nie można być w Łęczycy diabłem i nie nazywać się Boruta. Byłoby to afrontem dla tego zacnego miasta. Prawda jest taka, że my nie mamy imion. Aniołowie też nie mają imion. Nadają je ludzie, aby nas oswajać, udomawiać i czynić bliższymi sobie. Abyśmy stali się jednymi z nich.

– Ale diabły ani anioły przecież nie istnieją – Emmanuel przypomniał sobie, co na ten temat mają do powiedzenia racjonaliści. – To są tylko wytwory nieszczęsnej ludzkiej wyobraźni. Piekło to tylko zwykły szantaż, niebo to banalne przekupstwo.

– Masz zupełną rację. – Boruta usiłował ukryć nastrój rozbawienia. – W sensie obiektywnym oczywiście tak, chociaż pewien średniowieczny znawca tematu wyliczył, że jest nas dziesięć tysięcy bilionów, a kabaliści dodali do tego, że na każdego człowieka przypada nas tysiąc z prawej i dziesięć tysięcy z lewej. A ludzi na świecie jest jakieś ponad sześć miliardów. Po przemnożeniu tych sum można dostać zawrotu głowy. Gdyby te liczby przełożyć na stosunki parlamentarne, to my jesteśmy absolutną, rządzącą większością, a aniołowie ze swymi siedmioma chórami wątłą opozycją. To działa na wyobraźnię, podobnie jak przypadek zamknięcia przez Salomona naszego brata Beliala i jego półmiliardowej armii demonów w jednej butelce. Natomiast w sensie indywidualnym jak najbardziej istniejemy. Nie jesteśmy niewidzialnymi duchami, czającymi się w ciemnych kątach opuszczonych domostw lub w podziemnych jaskiniach. Jesteśmy, że tak powiem, dodatkowym wymiarem ludzkiej nieświadomości, a właściwie tej jej części, która skrywa popędy. Tkwimy w głowach, a nie w głębi ziemi. Jesteśmy stworzeni na pokuszenie ludzi. Jesteśmy kusicielami, a nie złoczyńcami. Cieniami wszystkich i każdego z osobna w wielkim słońcu Boga. Codzienny Armagedon organizuje ludziom Wszechmogący, a nie my. Kusimy do tego, czego na ogół zabraniają nasi byli bracia w niebie, mówiąc w skrócie. Oni są strażnikami zasad, nieustannie podważanych przez nas dla równowagi. Bo dobrze jest mieć zasady moralne, ale przyjemnie jest od nich odstępować. Gdybym był bardziej ortodoksyjnym nihilistą, to może sam bym nie wierzył w swe istnienie, ale czuję się potrzebny. Dlatego jestem.

– No dobrze… – Emmanuel nadal otrząsał się z wrażenia niespodziewanej wizyty. – Jeżeli jesteście niepochwytną, niematerialną instancją umysłu, to co Wasza Prominencja tutaj robi w realnej postaci, w tym frywolnym tużurku i gada ze mną ludzkim głosem?

– Czekałem oczywiście na to pytanie – wizytator zdjął monokl i przecierając go wydobytą z wewnętrznej kieszeni chusteczką wyjaśnił: – Otóż mocą nadaną nam w pradawnych czasach i nie odebraną do tej pory, mamy dar materializacji. Przybierania człowieczej postaci do realizacji nadzwyczajnych zadań, bo u nas nie ma hierarchii, jak u aniołów, tylko specjalizacje. Najwyższy po wielokroć oznajmiał swoją wolę za pomocą widzialnych posłańców. Nasi byli bracia w górze też przyjmowali ciało, aby komunikować ludziom różne wiadomości. To oczywistość także w naszej sferze.

– Zaraz, zaraz… – Emmanuel starał się pozbierać usłyszane słowa w jedną całość. – To znaczy, że tak, jak energia może przekształcać się w materię, tak też pojęcia umysłowe mogą się humanizować w antropomorficznej postaci. Innymi słowy duch może przybierać materialną postać.

– Świetnie powiedziane – ucieszył się – choć dość skrótowo.

Emmanuel zbył pochwałę pozorną nieuwagą.

– Czy to znaczy, że Wasza Prominencja też zamieszkuje czyjąś, że tak powiem, głowę?

– Nie inaczej – odparł skwapliwie.

– A czyją, jeśli wolno wiedzieć?

– Twoją, mój synu.

Emmanuel aż stracił dech z wrażenia. Usłyszał jak w szybę okna zaczęły uderzać ciężkie krople deszczu i gdzieś daleko rozległ się stłumiony odgłos grzmotu. Wolnymi krokami zbliżała się burza wraz z wichrem i zabobonnym lękiem przed potęgą natury.

– Moją? – wydobył z siebie po dłuższej chwili.

– To chyba logiczne. W innym razie składałbym wizytę komuś innemu.

– Więc ja cały czas…

– Tak – przerwał mu Nauczyciel Ciemności. – Chodziłeś ze mną jak z ciążą. I jeszcze będziesz chodził, bo cię nie odstąpię. Bo nikt nie może być wolny od wodzenia na pokuszenie. Pamiętasz, jak jeszcze będąc w przedszkolu, kusiłem cię do zakochania się w tej ślicznej Basi, co ci sznurowała buty, bo ty jeszcze nie potrafiłeś?

– Nie. Nie pamiętam.

– Ja też już nie, ale to była moja pierwsza sprawka. Potem były następne, zapewne domyślasz się jakie.

– To znaczy… To znaczy, że każdy ma, że tak powiem, swego diabła stróża?

– Niestety – gość zasępił się – teologia zdecydowanie ignoruje nas w tej roli, dostrzegając jedynie swoich własnych faworytów. A brak równowagi nie jest stanem normalnym. Ktoś musi istnieć przeciwko aniołom. Ktoś, jak to ładnie napisał ewangelista Bartłomiej, musi rozniecać pożądanie zamiast czystości, być powodem zepsucia, pochwalać utratę dziewictwa, nakłaniać do umiłowania świata zamiast Boga, do rozpusty zamiast wstrzemięźliwości, do pychy, zamiast posłuszeństwa, do pijaństwa zamiast do trzeźwości. Wyjął mi to z ust. Każdy człowiek musi być czymś kuszony i to jest nasza rola. Hasłem przewodnim naszego stanu jest zaspokojenie zamiast wstrzemięźliwości. Kusimy oczywiście tym, czego wszyscy najbardziej pożądają. Kusimy miłością, tym dobrem powszechnego oczekiwania. Siłą, która porusza góry i osusza morza. Nie braterską i nie siostrzaną, nie ojcowską i nie matczyną, nie do ojczyzny czy czegokolwiek bądź innego, bo to mdłe, letnie i mało wyraziste jej odmiany. Nie przysparzają cierpień i nie wzniecają ognia, z którym słusznie jesteśmy kojarzeni, a więc nie są dla nas atrakcyjne. Niech sobie grzmią nimi ambony. My podżegamy do erupującej energią miłości zmysłowej. A znamy jej siłę. Poznaliśmy ją po buncie. W niebie nie było kobiet, bo Bogu zależało, aby tylko on był wielbiony i aby nikt nie dzielił pożądania go z kimś innym. Mieliśmy tam wszystko oprócz nich. Patrzyliśmy, jak one istnieją wśród ludzi i nękała nas zazdrość, że oni przeżywają coś, co nie jest nam dane. Chcieliśmy to poznać. Chcieliśmy obcować cieleśnie z córkami ziemskimi. Dlatego wypowiedzieliśmy posłuszeństwo i zostaliśmy strąceni. Z powodu pragnienia miłości.

– A ja zawsze myślałem, że kusicie raczej do zła i grzechu. Już w dzieciństwie tak mnie uczono. Tak ostrzegają też lektury, które czytałem.

– I mają rację! – Posłaniec Inferna omal nie podskoczył na swym kusym fotelu. – Generalnie namawiamy do grzechu, bo popełnienie go uwalnia człowieka z lęku przed jego popełnieniem. Z frustrującego pragnienia zachowania moralnej nieskazitelności, które tak trapiło świętych. Zresztą grzechy mają prawo odpuszczać tylko ci, wobec których zawiniliśmy, a nie obcy ksiądz w konfesjonale. Pełnimy więc rolę terapeutów sumienia. Dlatego ludzie wciąż modlą się do nas słowami „i nie wódź nas na pokuszenie”. Oczywiście pomyłkowo kierują je do ojca w niebiosach, bo do nas im nie wypada, ale to my ich musimy wysłuchiwać. I na przekór im spełniamy tę intencję wodzenia. I mamy serca, o ile je mamy, ściśnięte żałością, że podsycamy w nich to, czego pragnęliby w modlitwach uniknąć.

– W takim razie, jeśli nie wy, to kto namawia do zła?

– Powiem ci w konfidencji – Książę ciemności uderzył w ton mentora. – Tak naprawdę zło nie istnieje. – Zło jest tylko ujemną wartością dobra. Jego brakiem i deficytem. Pewien demonolog jakże bystro i odkrywczo stwierdził, że zło jako takie nie istnieje, tak jak nie istnieje dobro samo w sobie. Zło jest jedynie robieniem złego użytku z dobra, to znaczy z tego, co istnieje oraz że nasze wady są tylko źle ukierunkowanymi cnotami, bo wada jest cnotą, która zeszła z właściwej drogi. Aby się nawrócić, należy co wszyscy wiedzą, wady przekuć w cnoty. Miłość sama w sobie również jest złem o tyle, o ile rujnuje spokój człowieka i przysparza mu cierpień. Zakochanie o tyle, o ile jest nieodwzajemnione. Od całej reszty tak zwanego zła umywamy ręce. To nie nasza sprawka.

– A zatem katecheci nie mają racji, strasząc nas, że za złe uczynki będziemy poniewierać się w piekle?

– Zbyt gorliwie przeżywałeś lekcje religii, skoro dręczą cię takie banały. Religia w ogóle jest obelgą dla człowieka myślącego, bo jeśli jest oparta o racjonalne treści, to nie jest religią, a nieracjonalna jest magia i różne wariactwa, których należy się wystrzegać. Kościołów nie budują sceptycy i realiści. Religia jest też przeciwko życiu, bo ono powinno być wolnością, a dla najbardziej religijnej nacji, myślę o Żydach, każda minuta obostrzona jest zakazami. Katolicy nie mają aż tak źle, ale wcale nie mają lepiej. Ich moralista Porfiriusz z drugiego wieku, zwany przez świętego Augustyna najbardziej uczonym z filozofów twierdził na piśmie, że jazda konna, teatr, tańce, małżeństwo i kotlety baranie są przeklęte, a ci, którzy sobie tym dogadzają, nie są sługami Boga, lecz diabła. Święte słowa. Przecież my nie robimy niczego innego, niż podżegamy do tych fatalnych kotletów. Ale wracajmy do rzeczy. Nie ma podziału na niebo i piekło. To są pojęcia co najwyżej literackie. Instancje te są składnikami jednej sfery, zwanej umownie zaświatami, jak dzień i noc należą do tej samej doby, albo oskarżyciel i obrońca do jednego sądu. Ludzie zbyt bałwochwalczo czczą dialektykę, a nie wiedząc czegoś, uciekają w ambiwalencję. Pozwolisz mi chyba używać trudnych wyrazów na nazwanie prostych spraw…

– Wasza Prominencja mi wybaczy, ale to, co mówi, odbieram jako paradoksy. Wiem skądinąd, że bez paradoksów świat byłby nudny, a może nawet nie zasługiwałby na istnienie, ale trudno mi uwierzyć w tenże świat, sprowadzony jedynie do sceny gry przeciwieństw. Coś musi być w nim proste, oczywiste i jednoznaczne.

Lokator Inferna ucieszył się.